Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Zaułek

Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 17 ... 29, 30, 31
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zaułek - Page 31 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime07.09.15 23:09

First topic message reminder :

Zaułek

Ulica Pokątna składa się nie tylko z głównej ulicy, choć to na niej tętni życie. Pomiędzy wejściami do niektórych sklepów, znajdują się odnogi mniejszych uliczek, bardziej zaniedbanych, ponurych, często wyboistych - nikt nie widzi celu w ich odnowie. Czasami przebiegnie tu bezpański kot, by za chwilę zniknąć w cieniu. Dróżki najczęściej krzyżują się ze sobą, tworząc skomplikowaną sieć, w której można łatwo się zgubić, niektóre są ślepe, a wszystkie wydają się tak samo podobne.
W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Zakonników i +10 dla Gwardzistów.




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 29.08.18 15:58, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime09.04.20 19:04

Polityka nie lubiła się z Philippą, ale sięgała wszędzie, bez wyjątku, do najpodlejszych odmętów portu również. Odnajdowała najmniejszą kryjówkę, potrafiła otumanić najtwardszy umysł. Znała kilku cwanych roboli, którzy w oparach papierosowego dymu wylewali po męsku łzy, plugawiąc w podłym słowie wszystko to, co działo wokół tego zamieszania. Władza stawała się mordercą. To jedno wiedziała, choć nie brakowało tych, którzy w wojennej dobie opijali kolejną uliczną rzeź. Świat się podzielił, a ona stawała się powiernikiem jednej i drugiej strony, łakomie wyciągając ucho po garść informacji. Ich wartość wzrosła gwałtownie. Niestety wymieniane komentarze nasiąkały tajemnicą, docierały do niej często pod postacią resztki przemielonych emocji. Przekopywała się przez zakamuflowane treści, niekiedy odkrywając to, o czym wolała się nigdy nie dowiedzieć.
Nigdy nie wybierała. Zawsze lokowała się wygodnie gdzieś po środku, odnajdując jakąś logikę w ciemnych interesach i zarazem w bohaterskiej obronie słabszych. Ludzie potrzebowali knuć, świat na tym zyskiwał. Nie wyobrażała sobie nazwać kogoś tak po prostu dobrym czy złym. To te przydomki zatrzymywały w miejscu. Pozwalały na zbyt wiele chwil zawahania, zamykały w prostym tunelu zachowania, wydzierały człowieczeństwo. Tymczasem teraz wygrywał ten, kto był odważny. Zapędzone do nory szczury nikomu nie mogły zagrozić, dawały się potulnie zadeptywać, kiedy otoczenie błagało o głos. Może te wędrówki były bezmyślne, może sama prosiła o karę, pchając się prosto w wojenne pułapki. Nic się jednak nie stało. Tylko zyskiwała, napotykając nagle na dziewczynę zaklętą w sercu całego zamieszania. Zaklętą w sercu jej brata. Nie mogła tak po prostu zignorować tej okazji.
- Nie wiem, co musiałoby się stać, by ludzie w dokach przestali pić – odpowiedziała wkrótce. Hannah miała dość naiwne spojrzenie na rumowe królestwo. – Nie miej nadziei. Piją, odkąd istnieje świat. I będą to robić – odparła lekko, zapewne demolując jej resztki wiary. Co tam refleks, kiedy umysł potrzebował oderwać się od przygnębienia? Alkohol łechtał duszę, alkohol odblokowywał zatrzaśnięte bramy. Był tani, dostępny, działał.  – Nie chcę, nie będę się chować. Niech tylko spróbują się zbliżyć – burknęła, wciskając dłonie do kieszeni płaszcza, popatrzyła gdzieś w bok. W głosie dało się wyczuć ten bunt. Nie lękałaby się okazać jawnego sprzeciwy, gdyby tylko ktoś ośmieliłby się dotknąć ją bezpośrednio. – I nie mam też dokąd. Ale jest wielu takich, którym łatwo przyjdzie odgrodzenie się od bliskich, porzucenie domu. Strach zmienia. Dlatego nie możemy się bać. O cokolwiek tutaj chodzi – oznajmiła nagle natchniona do zbyt rozległego wyznania. Nie wstydziła się swojej postawy, szydziła za to z decyzji niektórych. Ci nawet nie próbowali się kryć, a ona pluła im w twarz, z pogardą obserwując pośpiesznie pakowane walizki. Ludzie, których znała, nagle stawali się kimś innym. Sparaliżowani potężnym lękiem, choć tak naprawdę ogień nie zdołał jeszcze pochłonąć portowej dzielnicy. Skłamałaby jednak, przyznając, że zupełnie nie wie, o co toczy się gra. Dolatywało do jej ucha zbyt wiele głosów, by mogła wciąż udawać. Nie dzieliła jednak ludzi tak, jak próbował to robić cały ten konflikt. Mugolski nędzarz czy wielkie panisko, każdy z nich ostatecznie i tak tonął w jej kieliszku. Nie różnili się tak bardzo.
Już nie reagowała na chłodnawe podmuchy i echo cwanych kroków. Wciąż i wciąż deptały jej po piętach, ale większość nigdy nie zdołała jej zagrozić. Nie mieli powodów, a jeśli jednak… wciąż pozostawała nienaruszona i może ten podejrzany spokój coraz odważniej popychał ją w odmęty niebezpieczeństwa.
- Nie jestem – przyznała rację. – I jednocześnie jestem – kontynuowała, zachęcona opcją drobnej igraszki. – Dziś jestem Philippą – odpowiedziała wreszcie, niespecjalnie już się z tym kryjąc. Każdy, kto wiedział o Annie, wyczuwał, jak dobrze czuła się z nowym nazwiskiem. Jak wiele mocy jej ono dawało, dewastując bez krępacji wątłe kawałki sierocej przeszłości. One nie znikną, ale można było zepchnąć je na samo dno myśli.
Zaradna dziewczyna. Poradziła sobie z odnalezieniem mniej ciekawskich ścian. Czy to jednak oznaczało dłuższą rozmowę? Philippa poszła za nią, nie do końca wiedząc, czy można ufać dziewczynom z plakatów. To jednak nie zdołało jej powstrzymać. Rozejrzała się po porzuconym zakątku.
- Dobrze go znasz – oceniła szybko. Tym samym przyznała jej rację. – Nie powiedział, ale nie musiał mówić. Broni cię nawet, gdy w niezbyt przyjemnych słowach próbuję rozszyfrować waszą historię. Albo milczy. Nigdy go takiego nie widziałam i nie podoba mi się to – odparła nieco rozżalona faktem perfidnego omijania tematu przez Keata. To tylko pozwalało jej snuć coraz śmielsze domysły i zerkać z coraz większym chłodem na winowajczynię. W tym zaułku jednak otrzymała szansę na rozwikłanie tajemnicy. Może spadła jej z nieba. A może nie oznaczała już zupełnie niczego dla sprawy zadrapanej wieki temu. – Coś zrobić musiałaś – stwierdziła, nie porzucając badawczego spojrzenia. – Dawno… - powtórzyła. Słówko zechciał wykończyć niezbyt pochlebny uśmiech. Skoro dawno, to powinien zapić i zapomnieć, ale tak się nie stało. Moss nie była ślepa, widziała, jak dławiło go to wspomnienie – czymkolwiek ono było. Może powinna udawać, że wie i zaatakować Hannah jeszcze bardziej? Keatowi jednak zależało na niej, a Filipie zależało na nim. Szkoda, że nie potrafił zebrać się w sobie i przedstawić jej tej starej opowieści. Nigdy nie przejmował się panienkami aż tak. Troszczyła się o Keata, a jednocześnie nie chciała wyciągać z niego parszywymi metodami rzeczy, którymi wolał się nie dzielić, które bolały aż tak. Ale jeśli już napatoczyła się ona… Nie znała jej i nie chciała, by Keaton przez nią cierpiał.
– Znasz to miejsce? – zapytała, porzucając nagle temat. Weszła bardziej do środka.


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I've seen the blood
I've seen the broken
The lost and the sights unseen
I want a flood
I want an ocean
To wash my confusion clean
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zaułek - Page 31 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime13.04.20 0:47

Takich, jak ona mogło być wielu. Poszukujących informacji, wrażeń, a nawet miejsca w nowej rzeczywistości, która spadła na społeczeństwo znienacka. Ci, którzy wspięli się po stercie ciał na szczyt władzy uknuli doskonały plan na rozszerzanie swoich wpływów, ograniczanie wolności, swobody i praw do życia większości obywateli. Nie mogła mieć pewności, że jej nie zdradzi, nie sprzeda. Oferowane sumy zaskoczyły nawet ją samą. Nie znała jej na tyle, by choćby spróbować zgadnąć jaką wartość miał dla niej mieszek monet. Osądziła ją wedle własnej miary, może naiwnie, łatwowiernie zakładając, że istniały na tym świecie rzeczy ważniejsze od pieniędzy. Zaufała jej. Czy słusznie? Miało się dopiero okazać z czasem, kiedy skutki tego spotkania, a może tej rozmowy i słów, które dopiero padną odbiją jej się czkawką.
— Pewne rzeczy w takim razie nigdy się nie zmienią. Jest w tym jakaś pociecha — zadumała się na moment, spoglądając w oczy znajomej nieznajomej, barmance z Parszywego, siostrze chłopca, który zajmował szczególne miejsce w historii jej dorosłego życia. — Jakaś stałość, do której zawsze można wrócić.— Tam, gdzie czas się zatrzymał, jakby wojna omijała doki szerokim łukiem. Wiedziała jednak, że było to wrażenie złudne. Prędzej czy później konflikty dotrą i tam, mniej lub bardziej krwawe, szalone. Lecz niektórzy i tego nie zauważą, pochłonięci wyglądaniem dna przybrudzonego kieliszka. Czy będzie wtedy bezpieczna? Czy Keat zdoła przygotować ją na najgorsze, ostrzec przed tym, co może się zdarzyć? Nie pytała, nie musiała. Mogła być pewna, że umiał chronić tych, na których mu zależało. Właściwym pytaniem było, czy kobieta, która przed nią stała pozwoli otoczyć się troskliwą opieką, czy za wszelką cenę postawi na swoim. Każdy z nich o coś walczył w swojej własnej, indywidualnej walce. Mniej lub bardziej beznadziejnej, spisana na porażkę. Nie śmiała osądzać jej wyborów, ani decyzji, po tych, które podjęła sama. Czyniły to samo, różniły je jedynie przyczyny. To był ich dom. Świat, do którego należały, i z którym nierozerwalnie były związane. I były gotowe go bronić kosztem samych siebie. Tak samo butnie, tak samo zuchwale. Uśmiechnęła się na jej słowa pobłażliwie. W tej drobnej istocie drzemał prawdziwy duch walki gotowy do stoczenia bojów, o których złym ludziom nawet się nie śniło.
— A jak spróbują— pociągnęła dalej temat, przyglądając jej się z większym zaciekawieniem.— To co zrobisz?— Nie kpiła. Nawet nie próbowała. Raczej chciała się dowiedzieć, czy miała jakiś plan ponad to stawianie się w razie potrzeby, samoobronę. Nie miała wątpliwości, że potrafiła się obronić przed natrętami, w końcu była portową księżniczka, a w Parszywym nikt nie mógł jej podskoczyć. CI, którzy musieli z nią dobrze żyć nie mieli szans w starciu, ale co z tymi bestiami, które wymordowały większą część Londynu?
Zamyśliła się na chwilę.
— Jeśli będziesz potrzebowała kryjówki, może będę mogła ci jakoś pomóc — zaproponowała po chwili, nie sądząc jednak, by skorzystała z tej propozycji. — Strach ma różne oblicza. Nie każde z nich jesteśmy w stanie zrozumieć i zaakceptować. Czasem jest ostatnim głosem rozsądku, jaki mamy.— Westchnęła cicho, spuszczając jednocześnie wzrok na jedną chwilę. Strach zmieniał, to prawda. Strach podsuwał myśli, o które człowiek by się wcześniej nie posądzał. Ale towarzyszył każdemu, w mniejszym lub większym stopniu. Ona sama się bała. Każdego dnia bała się coraz bardziej, a lista powodów powiększała się w zawrotnym tempie. To był tez jakiś powód do wstydu, ale nie wypadłaby się go nigdy. Bo to on z czasem czynił ją silniejszą. To naprzeciw jemu wychodziła każdego dnia i jemu spoglądała w oczy, mierząc się ze słabościami. — Strach trzeba nauczyć się kontrolować. Czasem tylko wtedy można jakoś przetrwać. Dla niektórych to zbyt wiele i nie oznacza to, że są gorszymi ludźmi. — Nie wszyscy. Nie każdy kto się bał, był przecież tchórzem.
Szkło skrzypiało po jej krokami, kiedy znalazła się w pomieszczeniu. Zatrzymała się w pół kroku, kiedy weszła za nią do środka. Obejrzała się, by znów skrzyżować z nią spojrzenie czekoladowych tęczówek, ale dziewczyna dobrze znała się na swojej roli, a grę aktorską z pewnością miała we krwi. Trudno będzie ją podejść, trudno pojąć bez zadawania odpowiednich pytań. Enigmatyczna odpowiedź niewiele rozjaśniała, więc postanowiła strzelać w ciemno:
— Nowa tożsamość pozwoliła ci z sukcesem zostawić za sobą to, z czym nie czujesz się związana?— Dziwki też przyjmowały obce imiona, czasem pozwalały nazywać się dowolnie, wchodząc w nowe buty i grubą kreską oddzielając rzeczywistość od fikcji. Pracę od życia prywatnego. Teraźniejszość od przeszłości. Czy tak samo było z nią? – Ukrywasz się przed czymś?— próbowała dalej, szukając powodu dla tej zmiany. Burroughs nazywał ją Annie, więc to imię musiało mieć dla niego większą wartość. Może jedyną prawdziwą. Czy Philippa była tylko sztucznym tworem?
Jej słowami była zaskoczona. Mile? Może jakieś dziwne uczucie ulgi spłynęło na nią na chwilę, wraz ze świadomością, że nie było tak źle, że wciąż tliła się nadzieja na lepsze jutro. Zastygła na moment w bezruchu, zawieszona we własnych myślach przez chwilę, pozwalając tym samym drugiej stronie na wnikliwszą analizę. W końcu jednak drgnęła i skręciła z głównego pomieszczenia w korytarz, opuszkami palców dotykając pokrytym tapetą ścian.
— Dawno — powtórzyła po niej. — Pięć lat temu — dodała, choć ciszej, jakby do siebie, powracając myślami znów do tamtego czasu. Zacisnęła usta, żwawiej ruszyła przed siebie, docierając na zaplecze, gdzie zaczęła myszkować po kredensie. — Popełniłam błąd. I... — właściwie co? Co miała, co mogła jej powiedzieć, skoro on tego nie uczynił? — I to mu się nie spodobało — łagodnie i jednocześnie nietrafnie rzecz ujmując. Łatwiej było zmienić temat. — Wtedy w barze... — Zaczęła, wyciągając w końcu dwie szklanki. Nigdzie nie mogła jednak znaleźć herbaty, szukała więc dalej, licząc na to, że może jakiś alkohol ocalał. — Zachowałam się jak idiotka. Poniosło mnie. Byłam zła, że mnie tak skrupulatnie ignorował. Ale należało mi się — podsumowała, wzrokiem błądząc po pustych szafkach. Łatwiej było mówić do kawałka drewna niż drugiego człowieka. Niż patrzeć mu prosto w twarz, tym bardziej kiedy oceniał tak szybko i tak łatwo. Może i trafnie? — Znam ludzi, którzy prowadzili tu sklep. Sprzedawali mydła i pomady. To byli dobrzy ludzie. Zawsze pomocni i uczynni. A teraz nie wiem nawet, czy wciąż żyją.— Ręka zastygła jej na otwartej szafce, kiedy spojrzała w pęknięte okno.





If you could flick the switch and open your third eye
*
You'd see that we should never be afraid to die
Powrót do góry Go down
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime14.04.20 13:54

Być może pisana jest im wrogość, zlepiona z kilku wyraźnych fragmentów wątpliwość, bo przecież mimo zachęcającego początku ostatnie ich spotkanie mogło wydawać się dość niefortunne. Dłużniczka, zbyt tajemnicza, zadająca pytania, a potem ten obraz Keata zanurzonego desperacko w kieliszku. Dziś dowiadywała się z każdej miejskiej ściany o długiej liście dość niekonkretnych przewinień. Jednak łatwo było rzucać hasłami, dopisywać kolejne zera do nagrody i wskazywać, za którymi oczami należało wodzić oskarżycielskim palcem. Choć w dokach zabrakło głośnego podniecenia złapanymi i możliwymi do złapania, Phils wiedziała, że każdy z nich połasiłby się na dobrą sumkę i długie miesiące balowania. Hannah mogła nie znać paru faktów, Moss też była komuś winna. Sierota z ulicy nie kupuje mieszkania ot tak, pieniądze nie spadają z nieba. Obskurna nora nie jest żadnym cudem i wciąż nie należy całkowicie do niej. Szkoda. Panna Wright musiała wiedzieć, że rozmawia z kimś, kto mógł, ale niekoniecznie musiał sprowadzić na nią kłopoty. Philippa nie kryła się z dość ograniczonym zaufaniem i wścibskim pociąganiem jej za język. Zwykle do konkretów dochodziła powoli, ale wcale nie dlatego, że nie umiała zapytać wprost. Czasami tylko nużące podchody pomagały dokopać się do kopalni błyszczących informacji. Teraz pytała otwarcie, ale nie padały żadne odpowiednio satysfakcjonujące odpowiedzi. Trudno, miały czas, niemożliwa rozmowa przeciągała się, ale czuła się z tym całkiem dobrze. Może ta zagadka wymagała długich godzin i odpowiednich środków.
Kiwnęła głową przekonana o namiastce prawdy chowającej się w tym stwierdzeniu. Zatrzymywał się czas. Dokerzy zadeptywali ogień ciężkimi buciorami, a jednocześnie w ustach ściskali beztrosko fajkę. Niepozorną, rozkosznie zadymioną. Ukrywała lęki, których ci mniej bystrzy nie umieli się skutecznie wyprzeć. Philippa czuła, jak drżą siwiejące łebki, kiedy barmańska dłoń głaskała zbyt poplątane myśli. Wybuch nie nastąpił, ale był blisko. Obiecali sobie bronić domu, wszyscy. Pani Boyle, Rain, Keat, Fred i Billy, a potem każdy spragniony żeglarz i każda dziwka zaniepokojona wysuszoną skórą i pustoszejącą sakiewką. Powiadają, że na pewne usługi nigdy nie skończy się zapotrzebowanie. Jeszcze. Brutalna fala dopiero miała uderzyć, ale marynarze już szykowali się do największego sztormu od stulecia. Oby nigdy nie nadszedł. W lekceważonym obliczu Moss faktycznie rozgrzewał się bojowy duch. Nie ustawała, szczególnie teraz. Jeszcze częściej wypinała pierś, wystawiając się na bolesną próbę. Każda kolejna przybliżała ją do celu. Na wojnie nie walczyło się szklanką i miotłą, choć… przecież wojna nie miała żadnych zasad prócz tej jednej: ktoś miał przegrać i ktoś musiał wygrać.
- A jak spróbują, to będziemy bronić tego, co nasze – oświadczyła zupełnie lekko, jakby nie mówiła o możliwej rzezi. Choć chłopcy z tawerny z pasją kłócili się o byle co, gdy zachodziła potrzeba, stanowili jedność. Trudno było to wytłumaczyć, ale gdzieś ponad absurdalnymi burdami wciąż byli rodziną, wciąż mówili jednym głosem. Po wszystkim znów będą darli mordy jak gdyby nigdy nic. Świat zatrzyma się tylko na parę chwil i oby tylko było do czego wracać, choć Philippa nie miała wątpliwości. Znaczenie tej dzielnicy rosło. Mówił o tym Burroughs, mówił Rineheart. W końcu coś się wydarzy. Uderzą w sam port czy może we wszystkowiedzącą tawernę? – Umiemy poruszać się po własnym terenie, znamy miejsca, do których nigdy nie dotrą. Wygonimy ich – objaśniła jedynie. Nie istniał plan doskonały, chyba nie istniał jakikolwiek, ale coś wymyślą. – Albo zginiemy. – dodała po chwili, choć z tym scenariuszem nie chciała się godzić. Bo przecież po ich stronie stanąć mogli tutejsi, a to znacząco godziło w szkic tego planu. Zbyt wielu było przekupnych, wplątanych w mroczny handel i mroczne znajomości.
- To istnieją jakieś bezpieczne kryjówki? – Uniosła brew wyraźnie zaskoczona jej przyjaznym gestem. A może to tylko czysta grzeczność? Ukrywać się z poszukiwaną. To nie uczyniłoby Philippy zbrodniarzem? – Zapamiętam – odpowiedziała krótko. Być może nastanie moment, w którym nie będzie mogła skontaktować się z bliskimi. Warto było tworzyć sojusze tam, gdzie nikt się tego nie spodziewał. Ten wydawał jej się wyjątkową abstrakcją, ale czemu nie? Hannah wysyłała co chwila przyjazny sygnał, niespodziewany, ale trudno było mówić jeszcze o zaufaniu. I wcale nie chodziło o jej uliczny status. – Obawiam się, że to nie rozsądek nas uratuje. – Nie była szalona, ani rozsądna. Działanie składało się z kilku składników. Jednych czasem dodawało się więcej, innych mniej. Ostatecznie jednak pierwszy krok należał do zwycięskiej emocji. Instynktu. – Nie są gorsi, ale potrzebują opieki, której w pewnej chwili może zabraknąć. Co wtedy? Potrafisz kontrolować strach? – podpytała. Dziwne to były rozmowy, filozofowanie o czymś, co jeszcze nie nastąpiło, trochę też o czymś, o czym Philippa nie miała bladego pojęcia. Dziarsko upierała się przy swojej myśli i wyliczonej dobrze postawie, choć tak naprawdę nie zderzyła się jeszcze z ogniem. To naiwność czy głupia śmiałość? Trudno jej było zaakceptować myśl, że któregoś dnia to ona mogłaby poprosić o pomoc. Za wszelką cenę starała się być samodzielna. Jedni to rozumieli, a drudzy widzieli w niej dalej kruche stworzenie, możliwe do zadeptania w pierwszym ruchu.
Widoki prawie jak po zadymie w Parszywym. Ktoś się bardzo spieszył, ktoś nie zdążył zabrać ze sobą wszystkiego, a przecież pamiętała, jak jeszcze kilka miesięcy temu na Pokątnej życie przepychało się z życiem, byleby tylko znaleźć dla swojego handlu kawałek przestrzeni. Teraz zabite dechami izby przełykały żałośnie łzy, a wewnątrz kurz rozkładał pierzynę. Jak długo miało to potrwać? – Od Annie wolę Philippę. Nowa rodzina, nowe imię. Nie podobała mi się Ania, więc zostałam Filipą. Nie ma w tym większej historii – czyżby? – Obie są mną. Może też powinnaś rozważyć zmianę tożsamości? Jeśli któraś z nas ma się przed kim ukrywać, to ty, Hannah – stwierdziła odrobinę  kąśliwie. Nie podobały jej się te próby rozgrzebywania jej życiorysu. Wolała zejść z tego tematu, nie były przyjaciółkami. Bardzo wąskie grono znało pełną historię Philippy. Dziś Wright nie zasługiwała na wylewne wyznania.
W nieznośnie przedłużającej się ciszy sięgnęła po jakieś pudełko i zajrzała do środka, znajdując tam bezużyteczne drobiazgi. Potrafiła sobie wyobrazić, że takie miejsca są jaskinią skarbów dla okolicznych złodziejaszków. Nie trzeba było znać wymyślnych sztuczek, by wyłamać parę zamków. Gdy zaczęła się opowieść, podążyła po jej cieniu, by wyśledzić choć skrawek tamowanych w półmrokach spojrzeń.
To mu się nie spodobało. – Pierwsza miłość, zadrapane nadzieje – padł wyrok, który nawet jej nie zdziwił. Zacmokała odrobinę ckliwie, nieprzyjemnie. – Więc złamałaś mu serce. Tak, to błąd – odparła sucho, sięgając dłońmi do kolejnej półeczki, aż wreszcie znudziło jej się to grzebanie. Posunęła po podłodze krzesło, podstawiając jej wygodne miejsce. To będzie długa rozmowa. – Siadaj. A potem powiedz, dlaczego go zostawiłaś, a ja zastanowię się, czy cię lubię. Czegoś mu brak? A może któryś był bardziej obiecującym kandydatem? Keat ma swoje za uszami, ale jest dobry, troskliwy, poświęca się. I, sądząc po tym, co widziałam, przeżył to. Przeżywa chyba wciąż, w barze się bronił. – Nie warto udawać, że jest inaczej, skoro obydwie to już wiedziały. Wytargała krzesło i dla siebie. Usiadła naprzeciw niej, a nogi wyciągnęła do góry, by oprzeć pięty bucików o wystający kawałek szafki. Kiedy jednak to zrobiła, jedna z szuflad wysunęła się, a w środku zatrzeszczało szkiełko. Barmańskie ucho wyłapało dość charakterystyczny odgłos. – Oho! – zawołała, wyginając ciało w stronę kryjówki. Wciągnęła flaszeczki. – Ale nie widzę ginu. Wino czy ognista? – zapytała, czytając wypłowiałe etykietki. Nie było szklanek, ale portowe dziewczyny potrafią pić z gwinta. Dziewczyny portowych chłopaków też powinny. Popatrzyła na nią z uniesionymi brwiami. – Dobrzy ludzie zostawili nam dobre flaszki. Miejmy nadzieję, że żyją i nie będą się gniewać. Z mydłami niewiele zrobimy, ale to… - to może rozsupłać zablokowane języki. Wyśmienicie. Szkoda tylko, że te krzesła nie należały do zbyt wygodnych.


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I've seen the blood
I've seen the broken
The lost and the sights unseen
I want a flood
I want an ocean
To wash my confusion clean
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zaułek - Page 31 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime23.04.20 23:05

Przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu, starając się z jej postawy wyczytać jak najwięcej, ale dziewczyna znała sztuczki, musiała być ostrożna, jeśli nie chciała okazać się bardziej naiwna.
— I domyślam się, że będziecie walczyć przeciwko wszystkim, którzy się napatoczą, nie stając po żadnej stronie konfliktu — spytała, a może już stwierdziła, wyciągając własne wnioski. Port w tej walce jako trzecia siła, broniąca swojego terenu początkowo mogła wydawać się zabawna, lecz dopiero po chwili objął ją tragizm takiego prawdopodobieństwa. Nie potrzebowali rozlewu niewinnej krwi, kolejnych osób walczących o to samo. Czy byli to sklepikarze z Pokątnej, czy matki z dziećmi, czy pijusy z okrętu, który ledwie dobił do portu. Jakby nie patrzeć, oni wszyscy walczyli o jakiś dom. Mniej lub bardziej radykalnymi sposobami, z całkiem odmiennym poczuciem sprawiedliwości i rozumieniem krajowego porządku. Ogarnął ją smutek — gdzie tkwiła granica pomiędzy altruizmem, a egoizmem? W którym miejscu należało szukać złotego środka, pomiędzy walką o tych, których się kochało, a walką o dobro wszystkich, którzy mieli takie samo prawo do życia, własnego zdania i wolności? Może niepotrzebnie się nad tym zastanawiała, to nie była ich walka, nawet jeśli mieli stać się przypadkowymi ofiarami narastającej wojny. Czy powinni szukać w nich sojuszników? Wiedziała, kto mógł znać odpowiedź na to pytanie, kto mógł rozjaśnić jej wszystkie wątpliwości. Może kiedyś, może spyta o to przy najbliższej okazji. Dziś ją miała przed sobą, wścibską i czujną. Chciała dowiedzieć się jak najwięcej. Za informacje, które próbowała z niej wyciągnąć nie dostanie pokaźnej sumki. Co najwyżej, odpłaci się jak kobieta kobiecie. No, jak będzie, Annie, w którą stronę zawieje wiatr?
— Wiesz, że są bezwzględni, prawda?— spytała, choć może niepotrzebnie. Nie był to też wyraz troski, ale nie próbowała oszacować jej możliwości. Powinna uważać, być ostrożna. — Wiesz, że nie zawahają się przed niczym? Że to, co funkcjonariusze ministerstwa nazywają przesłuchaniem u nich jest istną torturą? Że odbierają człowiekowi wpierw to, co jest dla niego najcenniejsze, czerpiąc z tego... po prostu satysfakcję? Że wiedzą, gdzie trafić, jak wilki wytropią ranną owcę, by zamęczyć ją i pożreć w całości? — Czy miała świadomość, że ludzie Voldemorta byli najgorszymi z możliwych i należało unikać ich szerokim łukiem?Mogła ich znać. Mogli bywać w Parszywym. Pić serwowane przez nią drinki, flirtować z nią, udawać czarujących, poważnych, nieszkodliwych, a w rzeczywistości byli potworami, którzy nie znali pojęcia sumienia. Chciała powiedzieć, że takie jak one były dla nich przystawką. Ale nie zamierzała jej prawić morałów — jeśli wiedziała, jeśli znała ryzyko, w porządku. Nic jej do tego. Ale może istniał cień szansy, że jednak łudziła się co do nich wszystkich. — Uważaj na siebie — tak po prostu rzuciła ze zwykłej życzliwości. — Istnieją. Dla tych, którzy się boją. I dla tych, którzy się nie boją, ale tego potrzebują.— Pomimo ślicznej buzi, drobnej postury w jej oczach błyszczała pewność siebie. Nie bała się. I była gotowa powziąć każde ryzyko, byle tylko bronic swego. Nie ciągnęła jednak tematu. Gdyby czegoś potrzebowała, mogła jej pomóc. Tak po prostu, nie chcąc niczego w zamian.
W szafkach nie znalazła niczego, co mogłoby je zainteresować, wróciła więc do głównej przestrzeni, biorąc z kontuaru mydło, które skądś wypadło. Miało zapach bzu, kolor bladego fioletu.
— Nie. Nie potrafię — odpowiedziała po chwili zamyślenia, zerkając na nią. — A ty?— Ona też się bała, nawet jeśli nie dała tego po sobie poznać. O swój dom, o bliskich, którzy każdego dnia toczyli swoje własne walki. Propozycję zmiany imienia przyjęła z uśmiechem. Dlaczego, by nie? Obróciła kostkę w dłoni, odkładając ją w końcu na jedną z półek, dostawiając do innej, by leżały w odpowiednim porządku, równo, nienagannie. Ale nikt tu nie wróci zbyt prędko, nie zwróci na to uwagi. Wokół był tylko kurz i bałagan, mnóstwo szkła. — Dla ciebie nie muszę być sobą. Mogę być... Maisie. — Wzruszyła ramionami, zerkając w końcu na krzesło, które przysunęła. — Czy to sprawi, że po tym wszystkim, co ci powiem zaczniemy od nowa? — Uniosła brew, podchodząc, aż w końcu zajęła miejsce naprzeciw niej. Oparła buty o jej krzesło, odchyliła się na własnym nieco do tyłu. — Że wszystko, co ci powiem zostanie gdzieś z tyłu, nieważne, jakby nigdy się nie wydarzyło? Nowe imię, nowa ja? — Taka jak sobie wymyślisz, jak narysujesz od zera. Czy to w ogóle było możliwe? Ile trzeba było zostawić za sobą, poświęcić, by stać się kimś innym?
— Ognista — odpowiedziała bez zawahania, na wino nie miała ochoty. Patrzyła na nią, przeciągając moment odpowiedzenia jej na pewnie najbardziej interesującą ją kwestię. Brała ją więc na spytki. Nie powiedział jej nic, a ją zżerała ciekawość. Nie mogła mu się dziwić, trudno było przełknąć gorycz. Znała ją dobrze. Może więc Annie, zwana Philippą dobrze trafiła? Była przecież zdolna unieść ciężar tej odpowiedzialności.
— Nie polubisz mnie. Nawet nie powinnaś. Jakiś siostrzano-braterski kodeks, czy coś, tego wymaga — skwitowała, wzruszając ramionami. — Brak? — Jemu? Czego mogło mu brakować? — Tylko przy nim człowiek jest w stanie mieć zakwasy na twarzy po całym dniu szczerzenia się jak głupi. ...dobry, troskliwy, poświęca się — ciepły, zaradny — dodała do wymienionej przez niej listy. Był obecny w najczarniejszych godzinach, przypominając o tym, że poza ciemnymi zakamarkami dziadkowej ruiny za drzwiami świeciło słońce, kwitło życie. Zamilkła na moment, błądząc po twarzy barmanki. No już, raz dwa, to przecież łatwe.— Uznałam, że na realizację zmyślnych, typowo babskich planów dwudziestoparoletniej panny był za młody. —  Za młody, by mogła pozwolić sobie samej na coś więcej, na wiarę w to, że czymkolwiek to było, miało jakąś przyszłość. Jej słowa brzmiały gorzko, ale taka właśnie była prawda. Gorzka. Nieprzyjemna. Odwróciła głowę w bok, w stronę wybitego okna, opuszkiem środkowego palca dręcząc zewnętrzny kącik oka. Może nie był za młody. Może to on nabyła za głupia. — A potem pojawił się ktoś inny. Zakochałam się. Beznadziejnie, bez wzajemności. Łatwo go było wtedy odciąć, nie dopuścić do uczucia pustki. — Do tęsknoty za kimś, komu zależało. Choć był jak światło w ciemnym tunelu, w którym utknęła. I odcięła go, kiedy tylko ją z niego wypchnął. — Oto cała historia — rozłożyła ręce na boki, a potem splotła je na piersi, znów spoglądając na dziewczynę. Chciała wiedzieć - była zadowolona z tego, co usłyszała?— I co? Myślisz, że mnie polubisz? — spytała cierpko, drwiąco. — Ja siebie nie lubię za to. Ale nie mogę cofnąć czasu.





If you could flick the switch and open your third eye
*
You'd see that we should never be afraid to die
Powrót do góry Go down
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime25.04.20 19:21

- Bronimy swojej przestrzeni i wolności. W pierwszej kolejności. Czy wiesz, ilu ludzi ma gdzieś całą wojnę? Czy wiesz, ilu z nich nie rozumie, co się dzieje? Ilu chce tylko bezpieczeństwa dla swojej rodziny? Ilu nie chce, by ich dzieci stały się porzuconymi na ulicy sierotami? – wyrzucała z siebie kolejne pytania, snując opowieść o tym wejrzeniu w obecny konflikt, która mógł być jej daleka, skoro ustawiała się po konkretnej stronie. Tak naprawdę brodzili w morzu pełnym jednostek, małych komórek ściśniętych ze sobą więziami i poczuciem przynależności do określonego skrawka miasta. Philippa może niewiele wiedziała o tym, jak to było mieć rodzinę złożoną z matki, ojca i rodzeństwa, jak to jest dorastać w ciepłym domu, ale znała wiele historii wypłakiwanych nie nawet w samym Parszywym, ale w otaczających go kamienicach. Przerażeni ludzie nie potrafili pojąć politycznych, rasowych idei, przede wszystkim chcieli przetrwać, mieć coś włożyć do gara, mieć dach nad głową. Port był cwany i zjednoczony, ale jednak biedny, przez co stawał się możliwy do przekupienia. Dochodziło do tego, że wybierali tego, kto ofiarował im gwarancję, że dla niego za niewielki mieszek łamali swoje zasady, że dla niego mogli pracować i zdradzać braci. Błędne koło, w którym zaczynali się gubić wszyscy, poszukując najlepszych wyborów. Statek potrafił zatonąć przez jedną, niespecjalnie szeroką dziurę. Przez nią do środka przedostawało się ciężkie zło.
- Ale ty się im przeciwstawiasz, tej morderczej bezwzględności – zauważyła najpierw. – Muszą być potworami. Tu nikt nie spodziewa się łagodności. To jest wojna. Podobno. A teraz… cisza przed burzą? – Podeszła do drobnego pasa mdłego światła przebijającego się przez zabite deskami okno. Brązowe oczy wyjrzały na osamotnioną uliczkę. – Kimkolwiek są, o cokolwiek tutaj tak naprawdę chodzi… Nie wypłoszą mnie stąd, zostanę. Uważasz, że to głupie? Naiwne? – zapytała, przekręcając ciało w jej stronę. Oparła się o lichawe parapety, wyraźnie nabrała powietrza. Oczywiście, że nie chciała być pożartą owcą. Ale porzucenie domu, tchórzliwe schowanie się w podziemiu wydawało jej się abstrakcją, ostatnim ratunkiem. Chciała pomagać portowym braciom. Nie władała potężnymi siłami, nie zabijała pięścią, ale nie widziała też siebie w roli kompletnie bezużytecznej wojowniczki. Robotnicy, żeglarze, barmani. Wszyscy mieli jeden dom, choć odpływali i przypływali. – Powinnam uciec? Spakować się, zatrzasnąć drzwi i powrócić po tym wszystkim? Będzie do czego? Wszyscy mi to sugerujecie, jakby to było najłatwiejszą drogą, jedyną słuszną. Dla mnie nie jest – Uciec? Jak Keat? Przeszło jej przez myśl, bo przecież zniknął gdzieś zaangażowany w tajemnicze sprawy, a przecież pierwszy palił się do buntu przeciwko tym, którzy chcieli rozebrać port na kawałki i zagarnąć dla siebie. – Uważam. Jestem baramanką, Hanno. Tą, która ostrzega, bo słyszy za dużo. Choć mogę o tym nie wiedzieć, rozmawiam z jednymi i drugimi. I z tymi trzecimi, o których wojna lubi zapominać, również. A co robisz ty? – zapytała na koniec, bo przecież ostatnim razem sprytnie wymigała się od ciekawskich pytań o naścienne zarzuty.
Pewnie była tym pierwszym lub drugim typem. Bała się lub nie bała, ale potrzebowała. Rozmyślała o przedstawionym podziale, rozciągającą się myśl zaczęła konstruować pewne obrazy. Każda z emocji była ludzka, jedne pozostawały wygodne, inne mniej. Należało się pogodzić z lękami i widmem porażek, dla Philippy to było trudne. Wolałaby nauczyć się przemieniać własne słabości i strachy w nową moc, niech one staną się siłą. Przecież przerażenie zmuszało do działania. – Nie – powiedziała tylko krótko, nie grając żadnej boskiej istoty, która jakimś cudem żyła ponad tym. Może czasami chciałaby opanować część jej czarów, pożonglować czyimiś losami. Ale czy wtedy nie stałaby się jedną z tych, którym sprzeciwiały się twarze z plakatów? To wszystko stawało się jakimś przeklętym testem. Żadna z odpowiedzi nie była oczywista.
- Możesz być Maisie – odparła dość beztrosko, mentalnie dmuchając w przykurzony kawałek przestrzeni. Dobry wstęp do nowego rozdziału? – Możesz być kimkolwiek chcesz. Tylko ja, będąc Philippą, jestem sobą. To nie jest jakaś pusta, wyimaginowana kreacja. To jestem ja, tylko pod inną nazwą. Ci, którzy byli przy Annie i są dziś przy Philippie, rozumieją. To wystarczy – odparła, mogąc owych wybranych wyliczyć na palcach jednej dłoni. Co do jednego nie była pewna, ale wygodnie jej było właśnie tak to sobie układać. Hannah nie poznała Ani. Philippa nie chciała jej teraz o tym opowiadać zbyt wylewnie. A jednak… – Możemy zacząć od nowa, ale to nie sprawi, że zapomnimy. Zostanie z tyłu, ale się wydarzyło, może powracać, może wołać do siebie i gnieść uciążliwie w niespodziewanych momentach. O wiele łatwiej jest, kiedy nie masz niczego, będąc Anią. To przegroda, ale nie jest nieprzepuszczalna. Chyba że tego potrzebujesz i zechcesz… może ci się uda. Ty wybierasz, kim jesteś dzisiaj i co chcesz mi powiedzieć – oznajmiła, zdradzając część tajemnicy na temat tego, jak działa kwestia zmiany imienia. Przyjaciółka Keata mogła zdecydować, czy faktycznie dane im będzie dzisiaj zawiązać niepisany sojusz. A może powinny rzucić się na siebie i wygryźć z tajemnic? Chyba żadna z nich tak nie działała. Hannah brzmiała rozsądnie, była ostrożna i najwyraźniej coś jednak próbowała jej przekazać. Siedziały naprzeciwko siebie gotowe na prawdę, która mogła zabrzmieć… różnie.
Wcisnęła jej w dłoń flaszkę, wcześniej dokładnie grzebiąc w magicznej szufladce. Za parę dni to miejsce będzie porządnie przegrzebane przez lokalnych złodziejaszków. Dziś sprzyjało im, może rozpoznawało w osobie Hani swoją przyjaciółkę. Philippa raczej nie bywała w królestwach pachnących mydeł. A już szczególnie nie na Pokątnej. – Bracia bywają wyjątkowo nieokrzesani, irytujący i głupi. Czasami też nie mają racji. Chociaż jest bratem, pozostaje dalej facetem. Może twoja opowieść zdoła zagiąć nasz braterski kodeks. Masz szansę – oznajmiła, przykładając do ust butelkę. Parę łyków mogło ułatwić przełknięcie ciężkich skrawków przeszłości.
Keat działał jak lekarstwo. Przyjemne, nagłe, szybkie. Lekarstwo wymykające się z banalnych ram w swojej metodzie. Philippa znała to. – Przy nim łapie się radość nawet w złej godzinie – przyznała, mimowolnie wpuszczając na usta uśmiech. Czuła więź, wyjątkową, silną. Zadziwiającą. Lubiła mieć go przy sobie i wiedzieć, co się z nim dzieje. On i pani Boyle byli najważniejszymi dla niej osobami. Dobrze, że Hania wiedziała, że wzgardziła naprawdę dobrym chłopcem. – Co to są zmyślne, typowo babskie plany? Chciałaś domku z ogródkiem, ślubu i dzieci, a on miał kilkanaście lat? – Strzeliła więc, podejrzewając, że mniej więcej gdzieś w tej okolicy mogły się lokować jej rozmyślenia. Za młody. – Jak to rozegrałaś? Powiedziałaś mu o tym, co myślisz, wyjaśniłaś, dlaczego musicie się rozdzielić? Czy pozostawiłaś zakochanego gówniarza samego? – wyrzucała kolejno, przeczuwając odpowiedzi. Ktoś inny zawsze był dobrym powodem, wymówką. Ktoś w kim tak nagle, szybko się zakochała? Philippa nigdy nie była zakochana, nie znała tego uczucia, nie próbowała go też sobie jakoś specjalnie wyobrażać. Ale za to umiała poczuć, co mogło się wtedy zadziać z Keatem.  Niby cała historia, ale dalej niejasna, pełna skrótów i dziur. Napiła się znów, czując pierwsze fale ciepła w żołądku. – Skoro siebie nie lubisz, to żałujesz. Dziś wierzysz, że podołałby? Albo że twoje plany mogłyby dla niego zaczekać? Gdzie dzisiaj jesteś? Masz przy sobie jakiegoś innego? – Zabujała się lekko na krześle, chwytając się dla bezpieczeństwa pobliskiego kawałka szafki. Uniosła głowę i popatrzyła w sufit. Rozczarowała się tym, że nigdy jej o tym nie powiedział. To mogło jednak oznaczać, że za bardzo cierpiał, może czuł wstyd i złość za swoja naiwność. Bo łatwo było zgadnąć, że dla ich obojga to nie było byle coś. – Uwierzył w ciebie, może tak jak w nikogo innego wcześniej – mruknęła bardziej w ścianę niż do niej. Na pierwszy rzut oka historia nie była wyjątkowa. Tylko że dotyczyła Keata. To zmieniało postać rzeczy.


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I've seen the blood
I've seen the broken
The lost and the sights unseen
I want a flood
I want an ocean
To wash my confusion clean
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zaułek - Page 31 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime02.05.20 22:56

Obserwowała ją, kiedy z jej ust padały kolejne pytania podszyte cichą pretensją — jakby nie rozumiała.
— Wiem — wiedziała, widziała to na własne oczy. Znała ludzi, którzy uciekali z tych sklepów, porzucali swoje mieszkania, zabierając tylko to, co mogli zmieścić we własnych kieszeniach. I oni nie stawali do walki. Jak wielu innych, w dokach, czy na wsiach; bez znaczenia. Znaczna większość społeczeństwa nie była na to przygotowana i być może nie potrafiła podjąć podobnej decyzji. Gdyby oni wszyscy się zmobilizowali, wygrana przyszłaby łatwo, szybko. Byli wtedy w porażającej większości. Władza miała jednak narzędzia, moc i potęgę, które dawały jej często miażdżącą przewagę. Wyjście przeciw nim było nieraz misją samobójczą. Nie mogli oczekiwać, że inni się jej podejmą. Nie dawali ultimatum, nie prosili, nie szukali w tych, którzy potrzebowali pomocy sprzymierzeńców. Byli tymi, którzy mieli szansę stać się zaporą, oddzielającą ich od zła. — Ci ludzie na plakatach— zaczęła, odbierając od niej butelkę alkoholu. Przez chwilę przyglądała jej się, palcami prawej dłoni gładząc szyjkę. — Walczą za nich. By nie musieli — Zakonu Feniksa było zbyt mało, by mogli w sposób łatwy i szybki pokonać wrogów, ale nie ustawali w swych wysiłkach. I któregoś dnia zwyciężą. — Dokonywać wyboru pomiędzy walką o obcych, a rodziną. Życiem i śmiercią. By nie musieli rozumieć, by móc pozostać wolnymi, by żyć tak jak chcą.— Spojrzała na Philippę, liczyła, że zrozumie. Portowi mieszkańcy nie byli dla niej, dla nich wrogiem, którego należało zwalczyć, podbić, czy pokonać. Prawdziwy wróg kąpał się w swych łaźniach, okrywał jedwabiem, grzał rzyć w ciężkim, obitym atłasem ministerialnym stołku. Prawdziwy wróg pojawiał się i znikał w czarnomagicznej czerni, epatował śmiercią i nieszczęściem, chęcią zniszczenia. Nie tylko doków, ich wszystkich. Podporządkowania sobie słabych i głupich, taranując w drodze po potęgę wszystko i wszystkich, którzy wejdą mu w drogę.
Ona walczyła. Nie miała autorskiego przeszkolenia, nigdy nie stała się mistrzem pojedynków. Ale wierzyła, że nie musiała. Liczyła się każda różdżka, każdy kto miał w sobie choć trochę wiary w to, że jego deklaracja może pomóc odwrócić bieg zdarzeń. Podjęła się treningów i nauki, by zminimalizować ryzyko porażki, ale też by nie narażać innych. Miała pomóc, nie owej pomocy potrzebować. Dobre chęci już nie wystarczyły, musieli rosnąć w siłę, jeśli chcieli cokolwiek zmienić. Walczył też Keat, ale póki szczęśliwie, jego krzywy nos nie zdobił ścian Londynu, jego siostra nie miała o tym pojęcia. Może i dobrze. Nie była tą, które powinna ją uświadamiać.
— Bo uważam, że to co robią jest złe. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a kategoryzowanie nas według pochodzenia jest po prostu barbarzyństwem — odpowiedziała jej, mimowolnie krzywiąc się na samą myśl. Jej matka była mugolką, miała wielu przyjaciół, których rodziny wyglądały właśnie w ten sposób. I niewiele różnili się od wielkich arystokratów. — Nie — zaprzeczyła. — Jesteś odważna. Chronisz to, co jest ci bliskie. Tak samo jak ja.  — To nie były puste idee, polityczne niezrozumiałe argumenty. Chciała dla tych, których kochała godnego i spokojnego życia. Wolności, poczucia bezpieczeństwa. Świadomości, że byli tak samo wiele warci, jak inni. Jeśli Philippa zamierzała walczyć o swój dom musiała znaleźć w sobie odwagę, by stawić czoła temu, co dopiero nadejdzie. Może nie wiedziała, co ją czeka. Może nie doświadczyła siły przeciwników, ale miała prawo do tego, by podjąć własną decyzję i zwyciężyć lub przegrać za to, co na swój sposób kochała. — Nie — zaprzeczyła, powoli kręcąc głową. Upiła łyk z butelki, znów przenosząc wzrok na szkło. Złapała je obiema dłońmi, ciasno zaciskając palce. — Po prostu bądź ostrożna. I nie lekceważ tego, co czai się za rogiem, w ciemności. Jeśli czegoś nie widzisz, wcale nie znaczy, że tam tego nie ma — dodała enigmatycznie, pociągając kolejny łyk, i dopiero wtedy decydując się na oddanie butelki z alkoholem kobiecie. — A ja tak po prostu wiszę sobie na plakatach — mruknęła, wzruszając ramionami. Nie miała listy oficjalnych zasług, którymi mogła się pochwalić, a sprecyzować działań zakonu nie mogła. Postanowiła więc nie mówić nic.
Popatrzyła na Annie, a zarazem Philippę, nie komentując jej wyborów, jej decyzji. Jej to też wystarczyło, choć nie znała jej z tamtego życia.
— Więc jaki to miałoby cel? Iść dalej z nowym imieniem, dźwigając ten sam ciężar? — Nie musiała jej odpowiadać, nie oczekiwała od niej głębokiego wyjaśnienia. Nacisnęła mocniej butem na jej krzesło, odchylając się do tyłu, a po chwili znów wróciła do swojej pozycji. Krzesło skrzypiało cicho przy każdym bujnięciu. — Mam zbyt wiele do stracenia — dodała po chwili, uśmiechając się lekko. Doceniała to, co miała, nie śmiała nawet na to narzekać. Hipoteza pozostawała hipotezą, pewnie taką, której nie sprawdzi. Zbyt dobrze zdawała sobie sprawę, jak wiele miała w życiu szczęścia i jak wielu mogło jej zazdrościć. — Zostanę Maisie, kiedy będzie to konieczne — choćby po to, by chronić ludzi, których kochała. Dziś już było na to za późno, to ona wisiała na czarnobiałych plakatach, to jej i brata nazwisko wybrzmiewało w szeptach łowców nagród. — Ale nie dziś.— Alkohol rozwiązywał język, kilka porządnych łyków to zbyt mało, by upić Wrighta, ale wystarczająco, by rozpalić ostudzone emocje.
— Mam dwóch braci. Starszych — mruknęła, podnosząc na nią spojrzenie. Chciała dodać, że nie zamierzała łamać łączącego ją kodeksu, ale w tej samej chwili pomyślała o Percivalu, nie wiedzieć czemu. — Bywają nieokrzesani i irytujący — wyznała więc, pozwalając sobie na lekko uśmiech. Zatrzymała go na ustach na chwilę. Miała rację. Bywał żywym felix felicis. Świat przy nim wyglądał inaczej, nabierał innych barw i kolorów. I momentami nie było rzeczy niemożliwych. Potrafił zmienić sposób patrzenia, wpłynąć na utarte poglądy. Uwierzyć w nieprawdopodobne. A do tego przynosił szczęście.
— Tak, chyba coś w tym stylu — prychnęła śmiechem, spoglądając gdzieś w bok, ale chyba wcale ją to aż tak nie bawiło. Tak została wychowana, trudno było uwolnić się od wpajanych przez tyle lat schematów funkcjonowania, wyrwać się ze sztywnych ram. — Nie powiedziałam nic, nie wiem dlaczego. Stchórzyłam. Przestałam odpowiadać na listy.— Które miała do dziś, schowane w kufrze razem ze wszystkimi innymi, które chciała zachować. — Czy podołałby? — Niedowierzanie zakradło się do jej głosu, szybko też skrzyżowała z nią spojrzenie, zdumione. — Ostatnie lata nauczyły mnie, że człowiek jest w stanie podołać wszystkiemu, jeśli naprawdę chce. Znajdzie w sobie każdą siłę i pokona wszystko, co mu stoi na drodze. Ale tych planów już nie ma. Tak jak tej dziewczyny, która je snuła. Kto wie, co przyniesie jutro. Do rana może nas już nie być. — Powodziła wzrokiem za jej spojrzeniem, prosto na sufit, ale nie ujrzała tam niczego, co mogłaby chcieć zobaczyć. Dłonie wplotła we włosy, zastanawiając się nad jej pytaniami, na tym co powiedziała. — Chyba nie poruszyłam się nawet o krok – właśnie zdała sobie z tego sprawę. Choć miała wrażenie, że przeszła mile, godząc się z jednym i przeciwstawiając drugiemu. Jej kolejne słowa spowodowały nieprzyjemne ukłucie w mostku, a potem w żołądku, jakby głaz spoczął jej na piersi. Nie miała na to żadnych słów, niczego, co by załagodziło sprawę. Widziała to w jego oczach dwa miesiące wcześniej. Słyszała w jego głosie. I minie mnóstwo czasu, nim zapomni. A może ten moment nie nadejdzie nigdy, może właśnie na tym będzie polegała kara. — Zawiodłam go, wiem.





If you could flick the switch and open your third eye
*
You'd see that we should never be afraid to die
Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 52
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 41
UROKI : 22
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Zaułek - Page 31 SZkQsQ6

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime09.05.20 23:58

stąd

Zdołał przemknąć się z Carkitt Market dalej, nie napotykając przy tym żadnych trudności, zdołał jednak zauważyć, że Skaczący Garnek wciąż był otwarty, ale przed pubem nie znajdowały się długie ławy. Właściwie nie był pewien, czy ktokolwiek siedzi w środku, specjalnie do środka lokalu przez szyby nie zaglądał, a i nikt nie uchylił drzwi. Dziwnie było odkryć, że niektórzy wciąż mogą żyć w tym mieście normalnie, zajmować się swoimi interesami, dbać o siebie i rodziny. Pomimo wojennej zawieruchy życie toczyło się dalej, gdzieniegdzie i czasem. Nie przystanął, szedł przed siebie, nie naciągając kaptura bardziej i trzymając głowę prosto, aby nie wydawać się podejrzanym. Choć jego twarz stała się rozpoznawalna, nikt nie stanął na jego drodze, ale tak naprawdę nie minął zbyt wielu osób. Pewniejsze kroki zaczął stawiać wówczas, gdy dotarł do wytyczonego sobie celu w jednym kawałku. Wciąż można było chadzać po Londynie, ale trzeba było mieć głowę na karku.
Ulica Pokątna wydała mu się opustoszała, zmizerniała, poszarzała, po prostu umarła. Minął dawną lodziarnię rodzeństwa Fortescue i z żalem wspomniał jak po grudniowym ataku pomagał odbudować w niej sufit, znów dzieląc część usługową na mieszkalną. Szyby w lokalu pozostały całe, chyba nikt nie zdecydował się niszczyć czegoś, co już i tak stoi puste. Po kątach nie walały się trupy, nigdzie nie było zgliszczy, ale było tak bardzo cicho i pochmurnie. A przecież tyle szczęścia się zaznawało, kiedy przychodziło się tu całymi rodzinami i pokazywało najmłodszym same cuda, przy okazji podkarmiając słodyczami. On tak nie robił i znów ubodło go to, jak kiepskim ojcem był dla swoich dzieci.
Nie zapomniał o swoim zadaniu, musiał upewnić się, że nic podejrzanego się tutaj nie dzieje. Rzecz jasna na głównej ulicy nie ściągną nagle podejrzane typy, musiał ruszyć wąskimi uliczkami, wejść w zaułki. Przy sklepie Ollivanderów skręcił w mniejszą uliczkę i po kilku metrach poruszył różdżką, szepcząc cicho Carpiene. Nie wyczuł żadnej pułapki, więc po przebyciu kolejnych kilku metrów rzucił kolejne zaklęcie, tym razem wyszeptując inkantację Homenum Revelio. Dwie sylwetki zamigotały jasnym blaskiem przez ceglaną ścianę, ale po ich usytuowaniu Kieran wiedział, że nie znajdują się tuż za nią, ale dalej, w głębi lokalu. Trudno było po takim odkryciu zgadnąć, czy po kątach skrywają się ofiary potrzebujące pomocy, czy może zwyrodnialcy szukający zwady. Przed wyruszeniem na ten patrol postanowił samemu nie dążyć do konfrontacji, bo i od początku zamierzał tylko się rozejrzeć, upewnić w swoich podejrzeniach, bądź całkiem je rozwiać. Wolał wiedzieć, czy zepsucie utożsamiane z Nokturnem wypłynęło dalej, sięgając już Pokątnej, nawet jeśli w obecnej sytuacji zdawało się to tylko kwestią czasu. Starcie było dla niego tym razem ostatecznością, w pojedynkę miał niewielkie pole do działania, ale czuł, że musi zaryzykować. Ostrożnie ruszył do drzwi i otworzył je bez trudu, po czym wślizgnął się do środka, od razu dostrzegając, że przestrzeń wokół niego mocno podupadła, może jeszcze przed nastaniem krwawych starć na ulicach Londynu. Rzucone wcześniej zaklęcie podpowiadało mu, aby ruszyć korytarzem. Z kolejnego pomieszczenia dotarły do niego skrzypnięcia i głosy.
Zawiodłam go, wiem – tylko te słowa rozpoznał wypowiadane kobiecym głosem i instynktownie skierował wzrok w stronę, skąd wypłynęły. Nie usłyszał już więcej, dlatego postawił kolejne kroki, znów ostrożnie, mocniej ściskając różdżkę w dłoni asekuracyjnie.
Kto tu jest? – spytał rzeczowo, nie musząc rozglądać się zbyt wiele, zaraz ujrzał ustawione naprzeciwko siebie dwa krzesła, odgadując, że to one skrzypiały za sprawą siedzących na nich postaci. Dwie dobrze znane mu czarownice, których nigdy w swoim umyśle nie zestawiłby obok siebie, zdawały się być pogrążone w rozmowie, ale nie tylko, niebieskie spojrzenie dostrzegło butelki. Stanął jak wryty, nierozumnym wzrokiem spoglądając to na jedną, to na drugą, nie bardzo wiedząc, co zrobić, jak zareagować. Co się tutaj w ogóle działo? Próbował się skupić, ale sytuacja wymykała się ze sztywnych ram jego rozumowania.
Wright? – rzucił pytającym tonem, jakby nie wierząc, że to ona we własnej osobie. Mimowolnie uniósł różdżkę, sygnalizując, że nie ma z nim żartów. – Co tutaj robisz? – spytał władczo, oczekując natychmiastowych i wyczerpujących wyjaśnień, które nie wzbudzą u niego rozczarowania. Zawsze miał Hanię za mądrą czarownicę i na pewno nie ryzykowałaby bez potrzeby. Patrolowała okolicę?  Czemu zatem rozsiadła się w takim miejscu nazbyt swobodnie? Przypadkiem natknęła się na znajomą twarz? – Co robisz z nią? – dopytał z jeszcze większym naciskiem, rzucając surowe spojrzenie Moss. Chciała zostać w porcie, swoim domu, który znała najlepiej, więc dlaczego, do cholery, znajdował ją w takim miejscu? Szwendała się niepotrzebnie, za nic mając własne bezpieczeństwo i troskę innych. Tak zuchwała, bezmyślna, uparta dziewucha.




(

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

)
Powrót do góry Go down
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Zaułek - Page 31 Empty
PisanieTemat: Re: Zaułek   Zaułek - Page 31 I_icon_minitime10.05.20 14:39

Dzień za dniem między stłoczonymi w sprzecznościach myślami musiały dokonywać się wybory. Wiedziała o tym. Słabość wygrać mogła ze słusznymi powinnościami, ból przezwyciężał wolę walki, troska uginała kolana nawet tych, którzy uważali, że stąpają po świecie żelaznym krokiem. Tak naprawdę nic o tym nie wiedziała, nic prócz podsłuchanych przy rumie strzępków wielkich rozmów napęczniałych głów. Ale rościła sobie prawa do wypowiadania się, odważnego, nieopatrzonego dosadnym doświadczeniem.  Od dawna już nie czuła się tak, pozbawione znaczenia kwestie upominały się o swoje, kiedy wyrzeźbione latami wspólnych szant więzi stawały się trwalsze, splecione jeszcze grubszymi sznurami. Wcale nie chodziło o krew, poczucie tożsamości wołało głośno, korzenie zapuściły się za mocno w tym portowym szlamie. Świadomie lub nie – gdzieś tam zawsze do tego właśnie dążyła, a teraz dotarło do niej przekleństwo uczuć. Odbierały słodką wolność, smakowały goryczą, której nie dało się wypluć. Wcale tego nie chciała, ale słowa same wypadały spomiędzy warg, były siłą nie do powstrzymania. Za nimi chował się duch, podziurawiony, ale nieustający w krzyku. Bo tak trzeba. Znaleźli się w sytuacji, która mogła przywoływać wiele skrajnych nastrojów. Filipa sama nie wiedziała, czy bardziej woli mieć to wszystko gdzieś czy jednak posłuchać i stanąć murem za przyjaciółmi. To drugie zdawało się przemawiać dziś bardziej.
– Ci ludzie na plakatach to też ty – Czyj łeb zawiśnie na ścianach za miesiąc? Keatona? Rain? Asty? A może przeklętego Morgana? Wydawane są wyroki, ale skoro wybrali właśnie tę drogę, to muszą drżeć po kątach przed tymi zdradzieckimi twarzami. Nie znała prawdziwych przewinień, pod zdjęciami były tylko hasła, które brzmiały wielce, ale tak naprawdę były niczym. Szlama. Faktyczne przewinienie, ale świat wolał dzielić czarodziejów na lepszych i gorszych. Tak jak i robili to mugole. Zawsze ktoś musiał być słabszy. Jak w sierocińcu. Płaczliwe dzieci nie śpią spokojnie, nikt ich nie chce i nikt o takie nie dba. Chowają się, moczą i marzą w tajemnicy. – Jesteś z nimi. Ryzykujesz, łamiesz czyjeś prawa, by oddać je tym, którzy je tracą w tym absurdalnym konflikcie. Tak to działa? Poświęcasz się – wyrzucała słowo po słowie, by ostatecznie napić się, porządnie, trochę gwałtownie. – Bohaterstwo jest przekleństwem, nie? – Popatrzyła po ścianach, a na jej usta wkradł się dość mdły uśmiech. Palcami lekko zastukała w butelkę. – Krzywdą dla bliskich, dla siebie. Dla tego jedynego życia. I wybawieniem dla tych innych. To popieprzone – skwitowała jakże kwieciście, uznając, że każda z racji miała jakąś moc. Chciała tego, więc to robiła. To był jej wybór. Zawsze przecież mogła zbiec, no nie? Żadna z myśli nie otwierała się łatwo, nie płynęła jednym prądem. Być może to zbyt zawiłe, by Filipa potrafiła pojąć w pełni, o co właściwie chodziło. Co jest dobre a co złe. Doświadczyła wielu krzywd, ale czy kiedykolwiek mierzyła się z groźbą śmierci poza durnymi tekstami od zbójów z doków? Chyba nie, nie tak, by bała się naprawdę. Igrała z życiem, nabierając coraz więcej pewnością. Kiedy nastąpi kulminacja?
- Jest głupotą, ale weszło im do głów za bardzo, Hannah. Żyją tym, patrzą okiem podziału. Ale musisz wierzyć, że twoje, wasze działania mają jakiś sens – zauważyła, oblizując lekko usta spragnione jeszcze paru kropli ognistej. Ta z wielką ochotą rozlewała jej się po ciele. Z przyjemnością większą niż cokolwiek innego w ostatnich tygodniach. – Na dzieleniu zbudowano ten świat. Nawet dzieci dzielą, zanim jeszcze ktokolwiek zacznie je uczyć. Jakby to było w naszej naturze – kontynuowała, nie mogąc się znów uporać z piekącymi obrazami ze swojego jakże szlachetnego dzieciństwa. Zabawy bywały absurdalne, ohydne, ale stanowiły dobrą karykaturę dla późniejszego życia tych… dzieci. – Ale to, co dzieje się teraz, jest nienawiścią. Silną, morderczą – przyznała jej rację. Nie chciała widzieć już żadnego trupa na ulicach w porcie. Ani poza nim. Choć te obrazki były nieuniknione, to wcale nie musiały determinować codzienności. Pochowani jak myszy ludzie wreszcie będą mogli się wydostać. Jeśli tym z plakatów się uda.
Pokiwała głową, przyjmując jej słowa. O wspólnej postawie, o zbliżonych potrzebach troski o ukochanych. O konieczności wyszarpywania z ramion wrogów wszystkiego, co jest drogie. Dopóki mieli opiekunów, to nie przepadną. Może łączyło je jeszcze więcej, niż na pierwszy rzut oka. Może Hannah doświadczyła bólu i potęgi, z którą któregoś dnia przyjdzie się zmierzyć Moss. Ciągnąca się rozmowa była ponura, ale dziwnie wróżebna. – Tak po prostu… – dorzuciła tylko. Tak po prostu Moss wolała, by jej oczy nigdy nie spoglądały z wytarganych przez uliczne podmuchy świstków.
– Właśnie – odparła lakonicznie, bez dalszego rozwodzenia się. Przeczuwała, że trudno będzie Wright to zrozumieć, nie spodziewała się nawet tego. Ciężar wymazać mogło tylko magia. Przynajmniej ten, który dźwigała Philippa. Niezbyt pogodne rysy rozjaśnił uśmiech, gdy tylko obiecała pozostać Hanią. – Skoro tak, to mam szansę wreszcie się czegoś dowiedzieć.
Napiła się znów, bo ponad nimi niewidzialnie kumulowały się szare chmury. To, co miało nadejść, już z daleka nie wyglądało na wesołą opowiastkę. Zamydlić im oczy nie mogło nawet przywołanie wizerunku dobrego brata i przyjaciela – w tym najmilszym jego wydaniu. Mówiła o trudnych wspomnieniach, pięknych i bolesnych. Obcych Filipie, ale chyba możliwych do wyobrażenia, choć to dość naiwne próby, kiedy nigdy nie odkryło się mocy zakochania. Decyzje niosły krzywdę potrzebną w tamtych chwilach. Była zła o to, że nie pozwolił, by była przy nim w morzu cierpienia, zakopał je głęboko, wyrzucił z siebie, choć pewnie wyjadało go od środka przez długie miesiące. Czy sama postąpiłaby tak samo? Nie umiała przywołać żadnego możliwego scenariusza dla tej rozgrywki, dla tych suchych, abstrakcyjnych dziś odczuć. – Keat cierpiał. A może wystarczyło odpisać na jeden cholerny list i kazać mu spadać? – zadumała się na moment. – Milcząca ucieczka była podła. Zostawiłaś go z niczym. Nigdy nie… – urwała, kręcąc głową. Przecież do dziś był sam, do dziś nie pojawił się nikt. Nikt ważny, nikt, kto przywiązałby go do siebie na dłużej. Pewnie dzięki niej. – To teraz tkwicie dokładnie w tym samym momencie, chociaż starsi. Mądrzejsi? Wielka wiara, Hannah, ale dorosłość i tak jest do kitu – mruknęła, znów mocząc usta ognistą. – Wydaje nam się, że sami sterujemy swoim życiem, a potem wszystko się wali, bo dzieją się rzeczy, które nigdy nie miały nastąpić. Wciąż jest ci bliski? – zapytała cwanie, pamiętając jego wkurwione przejęcie. Tamtego dnia w tawernie serce musiało mu ostro łomotać. Czyżby stare emocje nie umarły?
Kurwa.
Widocznie choroba przekleństw przechodziła z brata na siostrę. Zbyt płynnie. Aż za dobrze znała głos, który nagle wkradł się do opuszczonego sklepiku. To jakiś żart, niezdrowa imaginacja. Kto go tu wpuścił?! No jasne, przylazł sam, bo przecież wszystko mu wolno. Znów ją śledził, nawet mimo obietnic wykrzyczanych ostatnim razem. Nie miała nawet ochoty na niego spojrzeć. Najpierw należało się napić, porządnie. – A co jest ze mną nie tak? Że nie może być właśnie ze mną, co? Więc teraz pilnujesz Hanny – rzuciła jakże zadumana. Śmiech powoli wydostawał się z dna jego gardła. – Popatrz uważniej, Rineheart – odparła kąśliwie. Widocznie wzrok już nie ten, pewnie nie zauważył dwóch flaszek i rumieńców na dziewczęcych policzkach. Zaciskające się na szyjce butelki palce może pozostawały niewidoczne w półmroku tej rudery. Był ostatnią osobą, którą miała ochotę spotkać. Kiedy w końcu na niego popatrzyła, nie otrzymał ani jednego przychylnego oka. – Nie mam dla ciebie flaszki, możesz już iść – oświadczyła chłodno. Kłamstwo.


Powrót do góry Go down
 

Zaułek

Powrót do góry 
Strona 31 z 31Idź do strony : Previous  1 ... 17 ... 29, 30, 31

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20