Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Pub przy fabryce
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Pub przy fabryce

To niewielki pub, dawno zapomniany przez reprezentantów klasy mieszczańskiej. Główną klientele stanowią pracownicy pobliskich fabryk - największy ruch notuje się po tuż zakończeniu zmiany. By wejść do środka należy zejść po kilku schodkach w dół, do piwnicy. Salę wypełnia silny zapach dymu papierosowego i podmokłych fundamentów. Osobom szukającym sposobu na rozluźnienie, barman rozlewa piwa produkowane przez najlepsze angielskie browary z terenu całego kraju; są to w większości piwa kraftowe oraz rzemieślnicze, charakteryzujące się bogactwem smaków i aromatów. Na półkach wyróżnia się cydr nie najgorszej jakości, zwykle wybierany przez panie. Z szafy grającej sączy się błoga muzyka - nie do tańca, a dla relaksu.
Pub został założony tuż po I wojnie światowej przez dwójkę braci - dawnych marines, którzy osiadli na Wyspach. Pomimo upływu lat, z łatwością można tutaj wyczuć ducha minionej historii - wysłużone meble, zapadające się kanapy, na ścianach zawieszono zdjęcia Anglii z przed wojny, przypominając tym samym, co odebrały raz na zawsze wichry niedawno minionej wojny.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pub przy fabryce - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Doki były idealnym miejscem, gdyż w ich obrębie nikt nie zapragnie wtrącić się w jakąkolwiek żywą dyskusję, a tym bardziej wejść między dwóch mężczyzn celujących do siebie różdżkami. Mówiąc wprost tutejsi mieszkańcy mieli w dupie problemy innych ludzi i wszelkie konfliktowe sytuacje omijali szerokim łukiem - bez chęci zaistnienia jako bohaterski pierwiastek. Macnairowi było to na rękę i podobnie powinno to działać w stosunku do Dudleya, bowiem chyba nie chciał szukać wzrokiem pomocy wśród przechodniów? Szatyn liczył, że ten pokaże odwagę, da mu popis swych prawdziwych możliwości i tym samym pozwoli się zapamiętać nie jako jąkająca cipa, ale prawdziwy wojownik. Czy potrzebował do tego czarnej magii? Być może, ale zasady były ostatnim o czym przyszło mu pomyśleć.
Widząc idącego w jego kierunku towarzysza, u którego pasa umocowana była szabla zamrugał oczami. Czy on tak na serio? Upijając łyka z piersiówki powstrzymał się przed paskudnym komentarzem, gdyż zdawał sobie sprawę, że o wiele szybciej podłubałby sobie nią w nosie nim zrobił mu krzywdę – bynajmniej na odległość. -No, no. Mógłbyś już przestać kłamać.- uniósł brew wpatrując się w Dudleya z ironicznym uśmiechem. Kogo on chciał oszukać? Rzecz jasna nie poruszał z Frances owego tematu, lecz jeśli nie przyszło mu zerwać owoców pamiętnej kolacji to widocznie nie potrzebował tylko treningu związanego z magią. -Tarmosisz ją po dokach? Czy może Nokturnie?- dodał pół żartem pół serio, po czym schował srebrny pojemnik do czarnej szaty na rzecz wężowego drewna. Spotkali się w jednym celu i nie zamierzał przeciągać tego w nieskończoność.
-Na riposty. Porzucajmy żartami, kpiną i zobaczmy kto jest lepszy.- westchnął odsuwając się od ściany budynku, a następnie wycelował wprost w przybyłego mężczyznę. - Aquassus.- zaczął delikatnie, tak z niższego pułapu, choć po głowie chodziły mu o wiele gorsze klątwy. Ciekaw był czy znał się na najpotężniejszej z magicznych dziedzin i być może właśnie był to mały sprawdzian? Oby go zdał, bo jeśli nie czeka go w przyszłości długi i... wyjątkowo bolesny trening.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

The member 'Drew Macnair' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 3

--------------------------------

#2 'k10' : 4
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pub przy fabryce - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Każdy poważny mężczyzna powinien znać przynajmniej podstawy szermierki – tak zawsze powtarzał mu ojciec, a Sheridan zwykł powtarzać jego słowa. Dudley nie wątpił więc, że taki mężczyzna jak Drew wie jak broni białej używać. Bo i czemu miałyby nie wiedzieć? Brat cudownej Frances na pewno był człowiekiem honoru i znał się na walce.
Nie sądził jednak, że mężczyzna zacznie używać takich… takich słów! Przecież o takich rzeczach się nie rozmawia! Matula go uczyła, aby pilnować języka, zwłaszcza w towarzystwie obcych. Drew był jednak od niego starszy, a przy tym z powodu pokrewieństwa z Frances miał o wiele lepszą pozycję. Dudley nie był w mocy, bo go poprawiać. Pokrył się jeszcze mocniejszym rumieńcem.
– Ale ja nie kłamię! Ale ja obiecuję, że ja z Frances nic… nic zdrożnego nie robię! – obiecywał. – To… to szanowana alchemiczka i nie śmiem tego zniweczyć! – odparł oficjalnie, podświadomie udając jednego z bohaterów czytanych przez siebie powieści.
Zawahał się, nie wiedząc, jak interpretować kolejne słowa Drew. Spojrzał na niego niepewnie, zastanawiając się, czy mężczyzna mówi na poważnie. W spojrzeniu chłopaka śmierciożerca mógł dostrzec niepewność. Kolejne czyny mężczyzny świadczyły jednak wyraźnie o tym, że jednak mieli stanąć w szranki na różdżki. Niech będzie i tak.
Sheridan uniósł różdżkę, jednak Drew był od niego szybszy. Zaklęcie, które rzucił, okazało się jednak nieskuteczne… i czy w ogóle było fakczycznym czarem? Może mężczyzna się przejęzyczył? Sheridan nigdy nie poznał tej inkantacji. A co, jeśli to jakiś bardzo potężny urok? Dudley nigdy nie miał bliższej styczności z czarną magią, więc nie miał pojęcia, cóż to może być za zaklęcie.
Za to sam doskonale wiedział, że jeśli ma zrobić na przeciwniku wrażenie, trzeba było szybko mu pokazać, jak utalentowanym człowiekiem jest. Uniósł więc różdżkę, wybierając czar, który ostatnio przedstawiał Frances w trakcie ich wycieczki do parku.
Commotio! – krzyknął, przekonany, że tak podstawowy, choć silny, pojedynkowy czar, zrobi na Drew pozytywne wrażenie.

Szafka zniknięć


.. kiedy idę popływać, nie lubię się torturować, wchodząc do zimnej wody stopniowo. Nurkuję od razu i jest to paskudny skok, ale po nim cała reszta to pestka.

Dudley Sheridan
Dudley Sheridan
Zawód : Młodszy archiwista i genealog ds. rejestracji w MM
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Nie masz obowiązków wobec nikogo z wyjątkiem siebie.
OPCM : 15
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Pub przy fabryce - Page 3 EdI3Em4
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7817-dudley-sheridan-w-budowie https://www.morsmordre.net/t7936-barberus#226451 https://www.morsmordre.net/t7939-ja-tu-tylko-sprzatam#226459 https://www.morsmordre.net/f103-pokatna-87-4 https://www.morsmordre.net/t7938-skrytka-nr-1880#226453 https://www.morsmordre.net/t7937-dudley-sheridan#226452

Powrót do góry Go down

The member 'Dudley Sheridan' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 87
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pub przy fabryce - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


11 XII 1957 (?)


mouth full of white lies

Opuszki palców uderzały w rytm muzyki płynącej z szafy grającej, obcas buta pochwycił melodię, gdy z podpartą o dłoń brodą wyglądała przez okno. Sylwetki przechodniów mijały się pospiesznie, każda otulona oparami własnych problemów, niepomna na troski innych. To wszystko wydawało się takie normalne, grudniowy chłód oraz płatki śniegu zaciekle uderzające o brukowane ulice, szmery tłumów, wypełniony po brzegi pub pracownikami fabryki. A mimo to nie było, bo czy można się przyzwyczaić do grozy czającej się za zakrętem? Do lepkich dłoni paniki zaciskających się na gardle, przypominających, iż rzeczywistość dawno odbiegała od swych spokojnych, ustalonych ram? Przygryzając dolną wargę, drgnęła wyrwana z plątaniny myśli, popielate oczy w zdziwieniu przylgnęły do męskiej sylwetki, nim delikatny uśmiech osiadł na wargach z chwilą postawienia przed nią parującego kubka.
- Dzięki Eddie, ciężki dzień? - zapytała, czubkiem paznokcia zarysowując brzeg naczynia, gdy aromat grzanego cydru unosił się w powietrzu. Chłopak, na oko dwudziestoparoletni zmierzwił rudą czuprynę, posyłając jej ni to krzywy, ni wesoły grymas. Wyglądał na mocno zmęczonego, ale był żywy. Jeszcze.
- Jak nigdy Fin, dawnośmy takich tłumów nie mieli. W porze obiadowej to norma, ale teraz? - pomocnik barmana zamachał ręką, gestem ukazując ilość obecnych w pomieszczeniu, faktycznie przekraczającą zwyczajową ilość o tej porze - Stary Jerry się nie wyrabia, mówi, że go do grobu wszyscy wpędzą, ale tylko tak gada. Święta niedługo, trza ciułać co się da - wyjaśnił, pocierając nos. Blondynka pokiwała wyrozumiale głową, nikt nie mógł narzekać, teraz, kiedy każdy najlichszy knut się liczy.
- Dziwisz się? - pyta więc, chmurnie marszcząc brwi. Przygryza zaraz policzek, jakby zastanawiała się, czy w ogóle powinna coś powiedzieć - Po Pasażerze, każdy szuka na nowo swojej przystani, Jerry musi przywyknąć, albo cierpieć w swoim sukcesie. Ale to naprawdę sukces? - ogrom tęczówek wbija się w młodzieńca, lekko zaszklony, jakby gniew i tkliwość jaka walczyła w Jones zaciekle - Ostatnio to częste Eddie, wzbogacać się na czyjejś krwi. Słyszałeś, co zrobili, nie? - pochyliła się w stronę rozmówcy, zniżając głos - Wywlekli ich z Pasażera, jak kundle. Jak robale, które nie mają żadnych praw. Nie pozwolili im nic zabrać ze sobą, nawet okrycia. Część nie wróciła wcale - widziała błysk w jego spojrzeniu, Eddie kochał niezłe historie, a jeszcze bardziej lubił je przekazywać dalej - Nawet Celine, pamiętasz ją? Ta śliczna, co lubiła pląsać po porcie z głową wiecznie w chmurach - nie znała jej osobiście, w zasadzie nie była pewna, czy wzrok jej na Lovegood osiadł kiedykolwiek na dłużej, ale Marcelowi zależało i miał powód, zbyt poważny powód by nawet ona mogła to wszystko zignorować - Zniknęła na trochę, znalazła posadę u lordów. Samych Blacków, myślisz, że wyrwała się stąd i wiedzie dobre życie? Nu-uh. Zabrali ją tamtej nocy, a jej pani, ta, o której wyrażała się z takim oddaniem, kompletnie ją zignorowała. Co więcej, słuchaj - paluszkiem wskazującym zachęciła go, by się do niej zbliżył jeszcze bardziej - Podobno zaraz po tym, jak się stało jasne, gdzie Celine wylądowała, jej rzeczy znalazły się na śmietniku, a wszelkie próby wstawienia się za nią kończyły się nasłaniem policji. Za słowa Eddie, po prostu za słowa. A teraz ta sama lady Aquila, która ot tak odrzuciła osobę zapatrzoną w nią, jak w obrazek, psami zaś szczując tych, co chcieli małej Cel pomóc, planuje akcję dobroczynną z rozdawaniem żywności. I może mogłaby mieć jakieś wyrzuty sumienia, ale Ed, oni to robią na Connaught Square. Jakby pluli nam w twarz, zapomnij o tym co złe, a dostaniesz chleb - Finnie odsuwa się, dłonie zaciskając wokół kubka. Wzdycha cicho w rozżaleniu, a następnie kręci głową - Nie wiem Eddie, to podejrzane. Choćby i sypali ciastkami w tłumy, ja tam nie pójdę. Skoro mogła zrobić coś takiego osobie, która poświęcała dla niej każdą swoją chwilę życia, to co może zrobić innym? Naiwnym, w potrzebie, głodującym. To jakaś popaprana sprawa Ed. Uważaj na siebie, ty i Jerry, nie dajcie sobie oczu zamydlić - poprosiła, cicho, na moment chwytając za rękaw koszuli rudzielca, pragnąc przekonać się, iż pojął jej słowa, iż dobrze odczytał mowę ciała. Najwyraźniej wyszło, bo ten pokiwał głową, równie nachmurzony co ona przed chwilą. Przekaże dalej? Oby.
- Jasne, ty też Fin. Zmiatam, a - odchylił się do tyłu, patrząc na drzwi wejściowe - Chyba twój znajomy wreszcie przyszedł, jakby cię kiedyś wystawił, to wiesz gdzie uderzać - parsknął, mierzwiąc jasne kosmyki artystki, nim opuścił jej stolik. Fin przewróciła oczami, upijając łyk cydru, nim zerknęła przez ramię.
- Spóźniłeś się

| kokieteria I, kłamstwo II

[bylobrzydkobedzieladnie]


I'm living in an age
That calls darkness light


Ostatnio zmieniony przez Finley Jones dnia 28.06.21 21:19, w całości zmieniany 2 razy
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Dręczyła go myśl, że próbując trzymać się z dala od kłopotów wpadają prosto w sidła ludzi, którzy przed dwoma laty doprowadzili do tragedii. I nie był w stanie pojąć, dlaczego Eve i Thomas tak łatwo przykładali do tego rękę. Właściwie, brat nie powinien go dziwić wcale. Zrobił to raz, mógł zrobić kolejny. Wpaść w kłopoty i sprowadzić na nich wszystkich ponownie ponurą groźbę śmierci. Ale miał pewną słabość. Dla rodziny zrobiłby wszystko, a Marcel nią przecież był. Nie potrafił odmówić jego prośbie, kiedy tak bardzo mu zależało, Chciał wierzyć, wierzył, że to wszystko rozbija się głownie o Celinę, o to, co jej zrobiono. Wmawiał sobie, że to wszystko ma jakiś cel i ma szansę jej pomóc, a nie jest tylko formą porwania głupców w wir rebelii, do której wcale nie chciał przynależeć. Nie chciał umierać. Nie chciał grzebać bliskich. Już raz uniknął tego, kolejny raz mu się nie poszczęści. A jednak szedł przed port, ciemnymi alejkami, spoglądając w ponuro patrzące twarze z plakatów. Wciąż zdarzało mu się myśleć o groźbie Sallowa, tym, że mógł się na nich znaleźć bez większego powodu. Wystarczyło, że powinie mu się noga, wydarzy się coś, czego nie opanuje. To, co zbudował runie jak domek z kart.
W torbie przewieszonej przez ramię znajdowały się ulotki. Serce waliło mu jak w piersi — przemycał różne towary, kradł, ale nigdy nie był tak zdenerwowany tym, co miał zrobić jak dziś. Przed oczami wciąż stawała mu twarz chłopaczka złapanego w Parszywym. Tego, który w podobnej torbie miał Proroka Codziennego. Tego, którego ścięto w Tower za karę.
Wyciągnął jedną z ulotek, tuż po tym, gdy upewnił się, że w pobliżu nikogo nie było, przynajmniej nie dostrzegł w pierwszej chwili. Popatrzył na nią, marszcząc brwi, a potem przywarł do jednej z wiszących przed nim ruchomych twarzy. Anthony Skamander patrzył na niego znad horrendalnej kwoty za swoją głowę. Wyciągnął różdżkę, machnął nią lekko, zaklęciem trwałego przylepca zasłaniając na dobre twarz Zakonnika. Mógł pewnie przykleić to gdzieś dalej na murze, ale co to była za różnica? Pierwszy był najgorszy. Obejrzał się w prawo i w lewo, był tuż przed pubem przy fabryce. Wyciągnął kolejną ulotkę i przykleił ją na następnej twarzy. Anthony Macmillan. A potem przykleił jeszcze dwie, zasłaniając kolejne listy gońce zupą z trupa.
Drzwi z pubu się otwarły, ruszył więc w tamtą stronę, zamykając torbę i chowając różdżkę. Nie chciał, by ktoś go widział, rozpoznał. By jego twarz utkwiła mu w pamięci. Zaciągnął czapkę mocniej na czoło, obrócił głowę w drugą stronę, kiedy mijał jednego z mieszkańców doków, dość mocno pachnącego alkoholem.  W ręce wciąż miał poskładaną w kostkę ulotkę, której nie zdołał przykleić i wsunął mu ją do kieszeni, kiedy otarli się o siebie przed drzwiami. Wszedł do środka, zdejmując kaszkiet. Nie rozpiął kurtki. Ruszył przed siebie, wyglądając dziewczyny, a kiedy ją dojrzał od razu się tam udał. Minął jakiegoś rudego, którego zmierzył nieprzychylnym spojrzeniem i stanął przy stoliku Finley, a później, wsunął się na krzesło, brakiem rozpłaszczenia wyraźnie dając jej do zrozumienia, że nie będzie z nią tu siedział.
— Miałem coś do załatwienia po drodze — wyjaśnił zdawkowo, ogniskując na niej spojrzenie. — Wciąż jesteś na mnie zła za tamto? — Brwi same uniosły się ku górze, a on nachylił się bardziej przez stolik. — Nie bocz się na mnie, wiesz, że żartowałem. Poza tym mamy coś do załatwienia, a skoro jesteśmy... partnerami w zbrodni — ściszył głos konspiracyjnie.— To musimy sobie ufać i wiedzieć, że między nami jest okej.— Uniósł znów brwi i rozejrzał się po pubie. — Przejdziemy się? — Rozejrzał się jeszcze raz, ale zdawało mu się, że zobaczył na drugim końcu kogoś kogo zna.— Albo czekaj...


ulotka:


Do każdego, komu życie miłe

-->Connaught Square jest miejscem, w którym każdy z nas może stracić życie - i miejscem, w którym wielu z nas straciło bliskich.

Aquila Black drwi z naszych żyć, przychodząc w najbardziej uciążliwy miesiąc roku i dla własnej uciechy rozdawać jedzenie nam, którzy nie mamy go pod dostatkiem. Rozdaje jedzenie w miejscu, w którym morduje nas i z uciechą chce patrzeć jak zniżamy się i upadlamy tylko po to, aby dostać kawałek chleba - coś, czego osoby pozbawione życia nie doświadczą, a do których możemy dołączyć.

Szlachta nie ma szlachetnych serc - szuka sposobu, aby wyplenić i zabawić się kosztem tych pod nimi. Musimy zadbać o swoje bezpieczeństwo i nie pozwolić, aby drwiono w taki sposób z miejsca, w którym każdy z nas może stracić życie za niewinność.

Fałszywa dobroczynność może być zasadzką do masowej egzekucji i rzeźni. Ostrzeżcie rodziny i przyjaciół - nie ufajcie zupie z trupa.



| zręczne ręce II; zaklęcie


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I'm a little dysfunctional, don't you know?
If you push me, It might be bad
Get a little emotional, don't you know?
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Powrót do góry Go down

The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 52
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pub przy fabryce - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Gwiazdy zsyłały na nich tyle, ile każdy był w stanie udźwignąć i chociaż podobna wiara w siłę wyższą, należała do dosyć śmiesznych działań, tak pozwalała wierzyć, iż przy kolejnym kroku nie padnie na kolana, nie podda się przygniatającemu do ziemi ciężarowi win własnych oraz obcych, nie skruszeje tak łatwo, nawet jeśli miała wrażenie, że zaraz, za chwileczkę się rozpadnie. Trzymała wszystkie odpadające fragmenty kurczowo, z zacięciem wzniecając kurz pod stopami na Arenie, z desperacją w popiele oczu przeszukując stos zapisków oraz poszlak, w marnej próbie pozostania sobą. Tylko która ja była tą prawdziwą? Ta, która płakała rzewnie w ruinach Oldstones, żegnając się ze swym dawnym światem? Czy ta, którą zwano igrającą z ogniem, a która teraz zamierzała pląsać ze swoim własnym losem, na cienkiej szali stawiając wszystko, na czym jej zależało? Bo to, co zamierzali robić, było czystym szaleństwem. Buntowanie się przeciwko władzy, wznoszenie głosu tam, gdzie surowo nakazywano milczeć. To było przerażające, ta perspektywa tego, co może spotkać najbliższych jeśli popełni jeden drobny błąd. Ale było w tym coś innego, coś, co zmuszało serce do gwałtownego trzepotu, co siłą napędzało słowa wypowiadane na Solsbury Hill. Nie chciała się z nich wycofać, nie zamierzała się z nich wycofać, po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, że się rusza. Że nie stoi bezczynnie w miejscu, że nie czeka na cud, że nie jest bezradna i tak słaba, jak zawsze się czuła. Nawet jeśli nie mogła działać w tej całej aferze sama. Palce zacisnęły się mocniej na kubku, szarością spojrzenia śledząc swobodne opadanie chłopaka na krzesło. Drgnięcie, a różane usta ułożyły się w radosny uśmiech, chmurny wzrok nabrał iskier i wydawało się dla postronnego, iż oto nastąpiło długo wyczekiwane przez dziewczątko spotkanie, że wreszcie nieznośne minuty się dłużące obrały normalnego dlań tempa.
- Może - odpowiedziała, nachylając się w stronę Jamesa, jakby właśnie zdradzała mu sekret najtajniejszy z możliwych - Sądzisz, że nie powinnam? - ton cichy nie pasował do twarzy wyrażającej zadowolenie z obecności swego towarzysza, ale Finnie była dobra w kłamstwa, musiała być jeśli nie mieli wzbudzać podejrzeń. Żartowałem. Żartowałem. Żartowałem - Między nami jest okej Jamie - a przynajmniej dopóki nie dowiesz się, że większość osób, do których tak tęskniłeś, była przy mnie obecna od dawna. Jak wtedy zareagujesz? Nie spodziewała się szczęścia z jego strony, w zasadzie niczego nie mogłaby oczekiwać po czymś takim i chociaż winy Jones w skomplikowanych relacjach rodziny Doe nie było wcale, tak wyrzuty sumienia z radością kąsały dusze, nie zezwalając na wytchnienie. Łagodnieje wyraźnie, stawiając na stole grzany cydr, którego już nie dokończy - Chętnie - potwierdziła, sięgając po ciemny płaszcz, zarzuciwszy go na ramiona, upewniła się, iż nie wystaje pod nim nic charakterystycznego i dopiero wtedy szyje oraz buzie oplotła szalikiem. Czapka kryjąca pod sobą jasne pukle nie była niczym dziwnym w taką pogodę, zimno było, śnieg zacinał, czekały na nich prawdziwie białe święta. Fantastycznie. Zatrzymała się w połowie ruchu, mającego na celu odgarnąć opadające na oczy kosmyki - Hm? - przekręciła głowę, rozglądając się w ślad za brunetem i kiedy ten nie wykonał żadnego gestu, świadczącego o tym, że zamierzał gdzieś iść, po prostu złapała go za nadgarstek pociągając za sobą - Dość już czekałam - uznała, teatralnie zadzierając nosa, normalnie puściłaby go prędko, ze śmiechem obracając się wokół własnej osi na kości śródstopia, jednak nie powinni ściągać zbyt wiele uwagi na siebie - Chodźmy - tym razem brzmiała szczerzej, weselej, jakby wcale nie pakowali się w potencjalne kłopoty. Drzwi do pubu trzasnęły za nimi cicho.

| zt x2, idziemy tutaj


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

17 XII 1957


what i create is chaos

Drobne dłonie uderzają do rytmu, gdy śmiech perlisty osiada w powietrzu, niczym zimne krople sunące po powierzchni szklanych kufli. Światła są przytłumione, wnętrze pełne dymu papierosowego słabej jakości, a mimo to nie czuć przytłoczenia, ni mdłości jakiś, kiedy głosy wspólnie wypełniają przestrzeń pomieszczenia. Ciężkie buty uderzają o drewnianą podłogę, melodią nadając tempo pieśni i tylko cud, jaki sprawił, że budynek w posadach się nie trzęsie od nagromadzonych weń istnień. Chce uderzać razem z nimi, ale małe stopy zbyt wiele rabanu nie narobią, te same roztańczone, które gotowe są pomknąć w ślad za sylwetką towarzyszki, roześmianej i zarumienionej od wysiłku, pląsającej w podskokach na jednym ze stołów, pod ramię z jakimś lekko odurzonym od alkoholu i atmosfery chłopcem. Prawie jej tutaj nie było, niemal odmówiła przyjścia, pojawienia się u boku jednej z akrobatek oraz aktorów z jednego ze słabiej prosperujących teatrów. Wojna nie sprzyja sztuce, a przecież wbrew pozorom ta kwitła, gdy ludzie złaknieni oderwania się od ponurej rzeczywistości, szukali ukojenia w występach artystycznej braci. Jednak między pajdą chleba, a przedstawieniem trwającym ledwie parę godzin wybór był prosty. Czy równie łatwy będzie wtedy? Kiedy stoły zastawione zostaną suto, jadło pęcznieć nań będzie, a te wszystkie pięknie ubrane damy ofiarują złaknionym, wiecznie głodnym swą wypielęgnowaną rączkę, na kilka godzin zapewniając wsparcie, nim chłody zimy na nowo wedrze się do ich życia? Przestań, karci się, kiedy dźwięki wydają się przytłumione, jak brzęczenie owadów, a serce obija się boleśnie o pręty kościanej klatki, byle uciec, byle dalej, nie patrzeć więcej na Londyn gotowy sprzedać się za miskę ciepłej zupy. Nie myśleć, co to będzie, jak im to wyjdzie. Co mogli, to zrobili, teraz pozostawało czekać. Głębszy wdech, szturchnięcie gdzieś obok i nagle znowu jest głośno, ruchy dookoła szybsze, nastrój pogodniejszy. Buzia obleka się raz jeszcze w radosną maskę, szare oko mruga wesoło do Eddiego roznoszącego kolejne trunki, mijającego ją pospiesznie. Zapomnij, utoń w wygrywanej muzyce, w portowych przyśpiewkach oraz szantach z głębi piersi wydzieranych, powtarzała non stop w swej jasnej głowie, chichocząc, gdy któryś z towarzyszy rzucił jakiś zaczepny komentarz ponad tłum. Melodia zmienia się raptownie, staje się bardziej stonowana, spokojniejsza, rzewniejsza, a emocje opadają, zezwalając na oddech, na moment ukojeniem zroszony, na zanurzenie się w krainy wód i nieskończonych przestworzy. Tym razem to morskie wilki wiodą prym, skąd ich tu tyle było, Finnie nie wiedziała, być może wiele knajp zamknięto, albo ta była najbliższa, chyba nie oczekiwała odpowiedzi, skupiając się na padających słowach. Och, zna ją. Te wersy w powietrzu krążące, sięgające jeszcze czasów życia, którego nie było i knajp odleglejszych, mokrym wrzosem pachnących. Nie będziemy spać, by grosz kupcom w kabzę pchać, to wielorybnika los wybrzmiewa i ma ochotę dołączyć, swój głos podnieść, ale ktoś za nią uderza ciężką pięścią w stół nieopodal i Finnie potyka się, w zdziwieniu próbując nie tyle zorientować się w sytuacji za sobą, ile utrzymać w miarę względną równowagę i nikogo nie podeptać. Bo miało być przecież miło.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Zawinęli do poru na dłużej z początkiem grudnia. Brzask wymagał napraw a kapitan oznajmił, że do nowego roku nigdzie wypłyną, nakazł załodze odwiedzić rodziny, a Pierwszemu żeby nie pakował się w kłopoty. Kapitan Brown znał swoją prawą rękę, wiedział, że ten jest wytrwanym żeglarzem, tak samo jak miał słabość do płci pięknej. Serce marynarzy nigdy nie było zbyt wierne, poza jednej kobiecie – Morzu. To właśnie morze miało najpiękniejszą pieśń wśród ryczących fal uderzających w poszycie statku w czasie groźnego sztormu. To morze wzywało aż po horyzont, a marynarz biegł na każde ich wezwanie. Kenneth kiedy schodził na ląd włóczył się od pubu do pubu, nie miał zbyt wielu przyjaciół, nie przywiązywał się do ludzi, mógł sam zginąć w każdej chwili, poza tym większość życia spędzał na morzu, nie miał jak budować trwałych i silnych relacji. Ludzie przychodzili i odchodzili, byli, a potem znikali, a Pierwszy nigdy się tym zbytnio nie przejmował. Tak samo jak nikogo nie interesował jego psi los.
Ledwo dwa tygodnie był na lądzie a już tęsknił na swoją kajutą i rejsami, pragnął wrócić na pokład, ale nie mógł. Choć i tak praktycznie codziennie zachodził do portu aby patrzeć na posuwające się konieczne naprawy i renowacje jakie musiały został poczynione na Brzasku.
Zaszedł więc do jednego z nielicznych pubów, które nadal były otwarte. Po przekroczeniu progu powitał go gwar, muzyka i tańcząca para na stołach. Uśmiechnął się zadowolony z tego co widzi i zamówił szybko piwo ma barze, które wypił zaraz duszkiem. Gdy zamawiał kolejne ktoś poklepał go po plecach i dostrzegł twarz innego wilka morskiego, którego nie widział dobrych parę lat. Padli sobie w ramiona klepiąc się po plecach. Zaraz wymienili się najnowszymi informacjami, gdzie kto pływał, kto zaginął na morzu, jak wyglądają przybrzeżne wody i jak toczy się handel. Nim się spostrzegł kolejny kufel został opróżniony i zaraz napełniony od nowa trunkiem. Zabawa w pubie trwała w najlepsze, a mężczyźni śmiali się do rozpuku co jakiś czas zerkając na dziewczęta wirujące w tańcu. Było w nich pełnia życia, jakby wojny nie było, jakby jutro miało nie nadejść. Kenneth to rozumiał. Każdy dzień na morzu mógł być twoim ostatnim, należało czerpać z życia pełnymi garściami i nie oglądać się przez ramię do tyłu. Nie marnować czasu na rozmyślania czy zmartwienia, które nie przynosiły niczego poza dodatkowymi siwymi włosami.
Nagle skoczna muzyka ustała, a on usłyszał tak charakterystyczną nutę szanty, którą osobiście uwielbiał, nie minęła chwila nim sam włączył się swoim barytonem do męskich głosów.
-Błękitne niebo i ostra lodu biel. Tak daleko rodzinny został próg. Jeszcze kilka dni i przed dziobem ujrzysz cel. Wypłyniemy po nasz łup. – Wraz z innymi śpiewał w głos, a powietrze wibrowało do śpiewu, od przejęcia jakie mu towarzyszyło. Uniósł jak inni kufel piwa w górę i śpiewał dalej tak jak to robił z załogą w czasie rejsu. Ujrzał już dno kufla więc postanowił wstać i udać się znów do baru, a kiedy przechodził poczuł jak ktoś na niego wpada. Odwrócił się by dojrzeć szare niczym popiół oczy w drobnej twarzy. Przerwał w połowie śpiewanie i przytrzymał kobietę kiedy ta się zachwiała.
-Wszystko w porządku? – Zapytał, było tu dość tłumnie. Musiał się przeciskać i uważać aby na nikogo nie wpaść, choć z tym ostatnim nie miał problemu.

Kenneth Fernsby
Kenneth Fernsby
Zawód : Marynarz, przemytnik
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość.
OPCM : 18
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10073-kenneth-fernsby https://www.morsmordre.net/t10121-nereus#306722 https://www.morsmordre.net/t10122-devil-of-the-seas#306723 https://www.morsmordre.net/f380-dzielnica-portowa-horn-link-way-3 https://www.morsmordre.net/t10123-skrytka-bankowa-nr-2283#306724 https://www.morsmordre.net/t10127-kenneth-fernsby

Powrót do góry Go down

Niczym syreni śpiew, tak słodko upajający przyciągał ich w swe ramiona, kusząc dachem nad głową oraz złotem galeonów, złudnym poczuciem bezpieczeństwa oraz misą ciepłej strawy, nadziejami na lepsze jutro nie wspomniawszy wcale, iż świt już dalej nigdy nadejść nie miał. Była to fałszywa pieśń, bo gdy raz zanurzysz się w zawiłe ulice, tak tylko zgrozę i zgryzotę poznasz, puste twarze poszarzałe od głodu oraz znoju, zagrożenie czające się w cieniach przez wysokie lampy rzucane. Londyn kusił możliwościami, roztaczając przed złaknionymi oczami oraz pokruszonymi sercami wizje stabilności, swoistego zabezpieczenia przed mroźnym oddechem zimy oraz odrobiną beztroskiej zabawy oferowaną przez przybytki artystyczne, bądź te niższego, acz równie przyjemnego sortu - to co jednak dawał, odbiegało od podobnych wyobrażeń. Nakazy oraz zakazy piętrzyły się, patroli przybywało nawet w miejsca, w które nie zwykły się zapuszczać, zapasów brakowało coraz bardziej, przemoc była na porządku dziennym. Chwile spędzone na pstrej zabawie nie służyły już tylko czczej potrzebie poprawy humoru, a były ucieczką przed tym wszystkim, co ich otaczało, zdaniem władzy służąc każdemu obywatelowi, wszak świat na lepsze zmieniali. I może dlatego, patrząc tak na ludzi morza przeplatających się ze starymi bywalcami pubu, mimowolnie zastanawiała się, czy nie lepiej być jak oni. Nie przywiązani do konkretnego domostwa, jeno do desek pokładu, za wody niezmierzone mając swoje królestwo. Nie dbać o nowe kaprysy Ministerstwa, tylko prądy i wiatry, jakie dmą w żagle. Czy tak wygląda wolność? Finnie nie wie, trochę obawia się popuszczać wodze wyobraźni, tworzyć w umyśle obraz wyidealizowany, kiedy większość żeglarzy cechowała się nie romantycznymi opowieściami o swych brawurowych przygodach, a zbyt ciętym i dosyć luźnym obyczajowo językiem i skłonnością do częstego nurzania ust w alkoholu. Chociaż nawet to nie brzmiało źle, uznawała, zasłuchana w pierwsze wersy szanty, w muzykę skrzypiec oraz gitary, na której grał jeden z przyjaciół Eddiego. Może dlatego uderzenie za nią wprawia ją w takie zaskoczenie, wyrywając z zamyślenia, poddając drobne instynktownej potrzebie ochrony oraz uniknięcia ciosu, jaki nigdy nie nadszedł. Małe stopy, dotąd roztańczone, gotowe nieść ciężar sylwetki w najprzeróżniejsze obroty oraz wirowania, tracą grunt i przed szaleńczym machaniem rękoma ratuje ją czyjeś ramie, potem silne dłonie i nieco dziecięce skołowanie w szarości oczu napotyka brąz spojrzenia. Jak mleczna czekolada, zauważa, nim otrząśnie się, nim jasna skóra zacznie być zbyt ciasna, krzycząc rozpaczliwie: nie dotykaj, nie dotykaj, nie wolno. Nie wzdryga się jednak, jeszcze nie, jeszcze ma moment na normalność.
- Wasza pieśń ma w sobie czar, jakby się samemu na morzu było, gdzie o zachwianie się nie jest trudno - język reaguje szybciej niż głowa, bezsensowne zdanie zdobione żartobliwym tonem unosi się w powietrzu i Finley czuje się dosyć głupio, acz nie jest to uczucie obce, stąd przechodzi z tym do porządku dziennego - Przepraszam, nie chciałam przeszkodzić - dodaje, bo to dosyć niegrzeczne tak wpadać na kogoś, nie do końca ze swojej winy. I odsuwa się, nim swoje limity wyczerpie, zanim odskoczy jak płocha zwierzyna niby pod drapieżnika spojrzeniem.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Śpiewanie razem z załogą na statku spajało ludzi jeszcze bardziej. Zamknięci w małej, drewnianej przestrzeni, skazani na swoje towarzystwo, a wokół tylko głębia wody. Okrutnej zimnej wody, która nigdy nie pytała o to skąd jesteś ani co cię przywiało na środek oceanu, pochłaniała każdego kto nie miał w sobie wystarczającej ilości pokory by uszanować siłę żywiołu. Kiedy fale miotały niczym skorupką orzecha, modlili się o suchy ląd i bezpieczną przystań, a gdy stali w porcie chcieli od razu wypływać w morze. Taki to był los marynarza, który całe swoje serce oddawał tej ciemnej, gębokiej toni, która cały czas go wołała swoim syrenim śpiewem.
Słysząc szanty w pubie coś w nim drgnęło, odezwało się to pragnienie popłynięcia ponownie w długi rejs. Lubił swoje życie, choć przy kolejnym sztormie mógł zginąć. Matka żegnała go tylko bez słowa zdając sobie sprawę, że może syna widzieć po raz ostatni więc każde spotkanie traktowali jakby jutra nie było. Życie na kredyt, takie życie właśnie wiódł i nie czuł potrzeby jego zmiany.
Szanta, która właśnie trząsła ścianami należała do jednej z jego ulubionych więc chętnie się dołączył do głosów jakie rozbrzmiewały w środku. Wszyscy inni ucichli jakby wiedzieli, że to pieśń żeglarzy, którzy tęsknią za morzem czekając na kolejny rejs. Zimowanie dla jednych było zbawieniem, dla innych było katorgą. Kenneth czasami czuł się jak w więzieniu na lądzie, a innym razem cieszył się, że może przejść się gdzieś dalej niż od rufy do dziobu i spowrotem.
Taka osoba jak dziewczyna stojąca przed nim raczej nie pasowała do pubu gdzie wilki morskie postanowiły się zasiedzieć i snuć swoje opowieści. Kiedy upewnił się, że stoi stabilnie na swoich nogach i nie straci równowagi sam odstąpił krok do tyłu.
-Cóż… marynarze to dość sentymentalna grupa ludzi. - Odparł z rozbrajającą szczerością uśmiechając się przy chłopięco i zaczepnie. -Poczekaj aż zaśpiewają pieśń korsarzy… - Puścił jej oczko jakby właśnie ostrzegał przed psotą, którą wykona. - Chłopaki! Chant de corsaires! - Zakrzyknął w głos unosząc do góry pusty kufel aby dodać im animuszu. Zaraz podniosły się głosy zadowolenia, które przystały na jego propozycję. Rozległ się równo wybijany rytm męskich, obutych w ciężkie buty uderzeń nóg w ziemię. Zaraz po nim rozległy się słowa w języku francuskim, które są rytmiką oraz wydźwiękiem przypominały opowieść o odbytej bitwie morskiej. Zebrani ludzie bujali się w rytm melodii i choć zapewne połowa nie rozumiała słów, to dała się porwać przedziwnej opowieści niczym morskiej fali. -Chcesz poczuć się jak na morzu? - Zerknął na nią bystro i być może trochę niebezpiecznie, ale zaraz to wrażenie minęło kiedy podszedł do szynku i machnął na nią dłonią aby podeszła. -Dwa razy grog! - Zamówił bez wahania, a gospodarz wyciągnął szklanice, do których nalał rumu, rozcieńczył to wodą, dosypał cukru i wlał soku z cytrusów. Jedna ze szklanek Kenneth podał Finley i uniósł w salucie swój trunek po czym wychylił za jednym razem. Zapiekło, a słodycz zmieszana z kwasowością cytrusów orzeźwia natychmiast i szybko też uderzała do głowy. Ciekaw był jak dziewczyna podejdzie do alkoholu, który właśnie otrzymała.
Kenneth Fernsby
Kenneth Fernsby
Zawód : Marynarz, przemytnik
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość.
OPCM : 18
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10073-kenneth-fernsby https://www.morsmordre.net/t10121-nereus#306722 https://www.morsmordre.net/t10122-devil-of-the-seas#306723 https://www.morsmordre.net/f380-dzielnica-portowa-horn-link-way-3 https://www.morsmordre.net/t10123-skrytka-bankowa-nr-2283#306724 https://www.morsmordre.net/t10127-kenneth-fernsby

Powrót do góry Go down

I cierpienie potrafiło do siebie zbliżać, ten lęk oraz niepewność, zmęczenie oraz złość straszliwa, co to duszę zwykła dręczyć mocno, acz nigdy w słowach głośnych ukazać się nie mogła, tylko szeptem, tylko wtedy, gdy pewność jest, że żadne zachłanne ucho nie słyszy, gotowe podać dalej to, co uszczknąć zdoła, niczym najsmaczniejsze danie na srebrnej tacy tym, którzy żerowali na mieszkańcach stolicy. Więc zbierali się tutaj, nieco liczniejsi odkąd Pasażera spotkało to, co spotkało, zanim osoby tam przebywające oraz obsługa została wyciągnięta na chłód nocy jak jakieś zwierzęta, brutalnie, podle i zamknięta w Tower. Zbierali się tłumnie, przy kuflu kraftowego piwa i grzanego cydru dla pań, którym nie w smak chmielne uroki, pośród twarzy mniej więcej znanych, przecież portowa brać trzyma się razem, a przynajmniej w zasięgu wzroku coby się upewnić, czy jeden, aby drugiego, oskubać nie chce czasem. Więc siłą rzeczy musieli spojrzenia przyciągać, ci ludzie morza, wilki, którym niestraszne są wysokie fale, a nawet jeśli, to za galeona lądowym szczurom nie przyznają się do tego nigdy. Dzielni, butni, niebezpieczni. Bo za ich wolnością i gwałtowność się czaiła, a nie tylko romantyczny zew za nieskończoną taflą wód, rojący się w jasnej głowie artystki. Powinna o tym pamiętać, ba, rozsądnie było czujności ogniki osadzić w szarości spojrzenia, jednak kiedy śpiewano z takim uczuciem, niemal tęsknotą wybrzmiewającą w każdym wersie, to trudno tak było ramiona spinać, za znajomymi się oglądać w panice, bo dziewczynie nie przystoi oddalać się od swojej małej gromadki. Ale przecież to nie tak, że chciała. Dała się ponieść tłumowi, albo własnej nieuwadze, zaskoczyć się i pozwolić wpaść sobie na jakiegoś gwiazdom winnego druha, który tylko odpoczynku oraz czegoś mocniejszego szukał. Stała już stabilniej, pewniej, zderzając się z orbitą istnienia właściciela o czekoladowych tęczówkach, który miast pozwolić jej umknąć przed dalszym robieniem z siebie głupka, postanowił pozostać w miejscu. To dobrze, czy wbrew przeciwnie?
- Kto by pomyślał, a bardziej na twardych, niż sentymentalnych wyglądają - odpowiada, zastanawiająco naiwnie, jak nie ona. Ale Finnie się uśmiecha ładnie, jeden kącik ust wyżej unosząc na widoczną psotę i odwraca się w stronę zgromadzonych, którzy pełną piersią kolejną pieśń snują. Ta wydaje się bardziej stabilna, mniej chaotyczna pomimo uderzeń ciężkich buciorów o podłoże. Nie słyszała jej, cyrkowy kucharzyna Moe takiej nie śpiewał, chociaż może nie chciał, może nie pamiętał, może nigdy nie był marynarzem, co to jedną ręką morskie smoki dusił, a drugą łapał dorodnego dorsza.
- Mam się kiwać i potencjalnie czuć mdłości? Jasne - wzrusza ramionami, chociaż dostrzega tę niepokojącą aurę. Ten wilk miał kły w swym uśmieszku, musiała na nie zważać koniecznie. Nim podążyła za nim, tak wzrokiem wyszukała Eddiego i mrugnęła do rudzielca, ten zaś się po głowie podrapał, ich swoisty znak, że doskonale wie, o co chodzi, nawet kiedy sama panna Jones nie wie, o co właściwie chodzi. Grog. Kolejna niewiadoma, chociaż chyba nie taka straszna, gdy w błękitnych liniach żył szkocka krew płynie, a whisky strumieniami zwykła lać się przy klanowych biesiadach. Odbiera szklankę, dosyć nieufnie zerkając na jej zawartość, ale zaraz to obserwuje mężczyznę, czujnie i wreszcie z westchnieniem bierze zeń przykład, duszkiem wypijając, nim skrzywi się zaraz i dłonią zacznie machać, jakby to pieczenie mogło odgonić w jakiś sposób - Odczuwana słodycz i kwaskowość, to jakaś metafora, czy po prostu dobrze do rumu pasuje? - pyta, językiem sunąc po podniebieniu, żeby cierpkości się pozbyć. Ciepło uderza w bladość policzków, bladym różem się kładzie, ale jeszcze alkohol w panowanie umysłu nie wziął, więc było w porządku - Ognistą Whisky, żeby poczuć się jak na lądzie? - tym razem ona proponuje i chyba nawet chciałaby przy barze usiąść, ale kolejny huk słyszy. A kiedy się odwraca, tak widzi, jak robotnik z pobliskiej fabryki ponownie próbuje się na żeglarza zamachnąć - Szlag, jak różdżki wyciągną, to patrol wpadnie - syczy, mordobicie na pięści jeszcze jako tako znośne było, póki samemu się ciosu nie otrzymało. Tylko Finley nie była taka pewna, czy się do tego ograniczą, kiedy tak dwie grupy podchmielone się ze sobą zetrą z niewiadomego zapewne i dla nich powodu.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Marynarze byli stworzeni z soli, wody morskiej i grogu, ale serce mieli po właściwej stronie. Należeli do grupy, która lubiła wypić, pobawić się i obić parę pysków, ale mimo wszystko jakaś romantyczna natura w nich tkwiła, choć nie tak duża jak to wyobrażały sobie panienki na wydaniu, widząc w kapitanach przystojnych buntowników, którzy porywają ukochane panny i żyją z nimi na statku. Tak to nigdy nie działało, ale nikt nikomu nie na zabraniał marzyć, czyż nie?
Pieśń Korsarzy brzmiała niczym grom w ścianach pubu, a Kenneth patrzył jak jego nieznana z imienia towarzyszka próbuje grogu.
-Mdłości nie, bujanie się zdecydowanie tak. - Zaśmiał się w głos, a następnie mrugnął na barmana, który polał kolejną kolejkę. Grog przyjemnie piekł w gardło i przywoływał wspomnienia.-Mieliśmy takiego majtka, co to rzygał przy każdym sztormie. Wisiał przez burtę jak szmata i krzyczał, że zaraz wypluje swoje wnętrzności. Daliśmy mu ze dwa kubki grodu. Pijany był jak bela, ale rzygać przestał. - Przytoczył opowieść nie przejmując się tym, że obok niego jest kobieta. Jeżeli tu przebywała to musiała słyszeć o wiele gorsze opowieści, nasłuchać się słownictwa, które do przyzwoitego nie należało.-Ot dobrze smakuje i marynarze uwielbiają grog. - Na potwierdzenie jego słów, dwóch innych mężczyzn zamówili to samo, a Kenneth na nich wskazał z pewnym siebie uśmiechem wymalowanym na smagłej twarzy, otrzaskanej przez morskie fale.
-Ognistą! - Zgodził się, a kiedy barman polewał trunek usłyszał huk, który wyrwał Finley z ich rozmowy. Spojrzał w tym samym kierunku widząc jak fabrykant próbuje swoich sił z jednym z marynarzy. Kiedy fabrykantem miotało na boki z powodu nadmiaru trunku tak jego przeciwnik stał w miarę stabilnie na nogach. Życie na statku swoje robiło, a łapanie równowagi nie było niczym szczególnym dla wytrawnych żeglarzy. Padły słowa takie jak: matka, obraza, kapuś i szczur lądowy. Kenneth zaśmiał się surowo kiedy usłyszał wyzwiska świadczące o tym, że na jednym obiciu mordy się nie zakończy. -Nie daj się! Co szczur lądowy będzie cię obrażał, kolego!? - Zawołał sam aby podkręcić atmosferę. Podniosło się parę głosów ze zgodnym “aj!”, a sam Kenneth pochwycił szklanicę z ognistą i wychylił ją za jednym zamachem. Atmosfera zaczęła gęstnieć, dało się ją prawie ciąć nożem, a to zwiastowało albo mordobicie albo realną walkę za pomocą różdżek. Pięści poszły w ruch. Usłyszeli okrzyki radości z jednej i drugiej strony. Walczący potoczyli się na ziemię, a otoczył ich tłum skandujących ludzi. Kenneth zaśmiał się w głos, najwidoczniej dobrze się bawił. Przeniósł spojrzenie ciemnych, błyszczących oczu na Finley, a w uśmiechu błyskając bielą zębów.
-Kogo obstawiasz? Szczura lądowego czy wilka morskiego? - Zapytał zaczepnie, a potem dostrzegł, że do bójki dołączyli inni. Gospodarz rzucił wściekły ścierą na ladę widząc, że musi interweniować. A w ich stronę poleciał talerz który roztrzaskał się tuż przy nogach Finley. -Hmm… na nasz już czas, nie sądzisz? - Zagadnął do kobiety widząc, że zaraz się zacznie większa burda, w której nie chciał uczestniczyć. W tym momencie podbił do niego mężczyzna, który wyglądał na miejscowego robotnika.
-Chcesz się zmyć cwaniaczku, co? Będziesz obrażał nas, pracowników fabryk? - Ewidentnie szukał zwady i łypał spode łba na Kennetha.
-Kurwa… - Mruknął pod nosem Pierwszy a to tylko podjudza agresora.
-Kurwą to jest twoja matka.
To wystarczyło aby Pierwszy ściągnął brwi, a jego szczęka napięła się niebezpiecznie. Zaciśnięta pięść poszybowała w stronę mężczyzny trafiając prosto w nos, z którego buchnęła krew. Rozkwaszony nos niczym dojrzała śliwka puchnął w oczach, a mężczyzna warknął wściekły. Kenneth złapał szklankę po ognistej i rozwalił ją na skroni przeciwnika samemu rozcinając sobie dłoń boleśnie.
-Idziemy. - Zawyrokował i złapał Finley za nadgarstek ciągnąc ją za sobą do tylnego wyjścia. A kiedy usłyszał jak wypowiadane jest zaklęcie wiedział, że muszą się zmywać jak najszybciej.
Kenneth Fernsby
Kenneth Fernsby
Zawód : Marynarz, przemytnik
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość.
OPCM : 18
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10073-kenneth-fernsby https://www.morsmordre.net/t10121-nereus#306722 https://www.morsmordre.net/t10122-devil-of-the-seas#306723 https://www.morsmordre.net/f380-dzielnica-portowa-horn-link-way-3 https://www.morsmordre.net/t10123-skrytka-bankowa-nr-2283#306724 https://www.morsmordre.net/t10127-kenneth-fernsby

Powrót do góry Go down

Z czego były zagubione dzieci, które już za dzieci nie powinny być brane? Z naiwności wymieszanej z tak gromko przypisywanym im buntem? Z niepewności, która znaczyła każdy ich krok i z błędów, jakie to popełnią, zagłębiając się w nieznany dotąd im dorosłości świat? Możliwe, ale Finnie się wydawało, że nade wszystko są stworzone z brawury oraz czystej głupoty. A że nie powinno się postępować wbrew naturze, to zanurza wargi w obcym sobie trunku, aż wypija go jednym haustem, witając znajome uczucie palenia w gardle skrzywienie na buzi wywołujące. Jest ciekawy ten grog, który różnorodnością smaków przyciąga całkiem, ale nie tylko on jest interesujący, bo mężczyzna przed nią, wciąż nieznajomy, wciąż mający w sobie tę niebezpieczną nutę opowiadał iście czarująco całkowicie mało czarującą anegdotę. I knykciami usta zasłania, również się śmiejąc cicho, nie bacząc na język, w jakim się do niej zwraca. Nie była damą, a krew wciąż ogniem wrzała na szkocką modłę, zresztą byli w porcie - sam ten fakt tłumaczył wszystko.
- Może to remedium. Mam znajomego, co to się zarzeka, że nie wymiotuje już wcale, może w jego przypadku grog zadziała odwrotnie i będę mogła go wyśmiać - aż dłoń do serca przykłada urzeczona podobną myślą, gotowa zagrać na nosie nazbyt pewnego siebie chłopaka. Zerka na kolejną szklankę, mieszanie alkoholi zakończy się zdecydowanie słabo, a głos trenerki rankiem będzie brzmiał jak pod wpływem sonorusa. Tylko jeden, zarzeka się, idąc w ślady niespodziewanego towarzysza, słodycz rozlewa się na języku, nim kwaskowatość zatańczy na jego powierzchni. Może zaproponowała tę ognistą na wyrost, chociaż jeszcze stabilnie myślała, tylko róż rozlał się po bladych policzkach i wargi chętniej w uśmiechu się wykrzywiały. Dobra, to ostatni postanawia, potem wróci grzecznie do znajomych i zostanie równie miło odprowadzona do cyrku, gdzie matczyne ramiona kociej królowej otoczą ją troskliwie, albo po prostu nawiedzi wagon swej drogiej przyjaciółki i zrzuci ją z łóżka, bo tak robią prawdziwie bliskie sobie dusze. Tylko że nie udaje się jej nawet chwycić za naczynie, bo popielate tęczówki już pędzą na spotkanie z zamieszaniem, gdzie pozwala sobie brwi lekko zmarszczyć. Oczywiście, że to musiało się tak skończyć, jakby nie mogli sobie po prostu pośpiewać. Faceci, grzmi we własnych myślach, przewracając przy tym oczami tak mocno, iż dziw brał, że do innej rzeczywistości jej nie przeniosło. Może w tamtej nikt by sobie mord nie obijał z byle powodu. Ale poza irytacją jest też obawa, bo to nie pierwsze lepsze miasteczko ni podrzędny pub. Są w Londynie, nie tym starym, ignorującym wszelkie zamieszki, a tym nowym, brutalniejszym w próbach trzymania ładu. Ale mężczyzna obok nie wydaje się spięty, ba! Wręcz wygląda tak, jakby się dobrze bawił i Jones martwi się, że może faktycznie jakaś z niej straszna sztywniara, niszczycielka dobrej zabawy, co to przejmuje się za bardzo.
- Ey - burczy, wyraźny akcent szkocki wybrzmiewa w pojedynczym słowie, bo też szczurem lądowym była. A powinnam być smokiem, zauważa gorzko, marszcząc nos śmiesznie, kiedy walczący zaczynają się tarzać po podłodze. Część osób zgromadzonych, co zwady nie szuka, umyka prędko, zanim zrobi się zbyt poważnie. Ale zew, który namawia ją do ucieczki znacznie częściej, niż chciałaby to przyznać, jak na złość milczy. Dziwne, dosyć niezrozumiałe, aż w zaskoczeniu rzęsami trzepocze, nim uwagę na nowo przyniesie na pociągłą twarz żeglarza.
- Szczury zwykle poruszają się stadami i potrafią przetrwać wiele w nawet najbardziej parszywych warunkach - połknięte żywcem, są w stanie wygryźć swą drogę desperacko na wolność, ale tego nie dodaje już na głos - Czy wilk morski równie groźny jest na lądzie? - pewnie jest, oczywiście, że jest, nie pływa się na morzu beztrosko bez żadnych kłopotów i trudów. Tylko Fin próbuje się droczyć, zagłuszyć zakradającą się coraz bardziej niezręczność. I wydaje jej się, że może podobna zaczepka byłaby odebrana nawet pozytywnie, Kenneth wyglądał na takiego, co to wyzwań się nie lęka, tylko nagle talerz rozbija się tuż u jej stóp, a Fin odskakuje, uderzając o bar za sobą, do przodu nogę unosząc, jakby chciała sprawdzić, czy odłamek czasem się w skórę nie wbił. Czerwieni jednak nie dostrzega, za to zbliżające się w ich stronę sylwetki już tak.
- Zdecydowanie, odwrót panie kapitanie - zarządza, acz nic z tego zarządzania nie wychodzi, bo durny robotnik z fabryki zagradza im drogę i wszystko dzieje się zbyt szybko. Idiotyczna wymiana zdań, a potem cios i roztrzaskanie szklanki na głowie, Finley zastyga, jednak pociągnięta za nadgarstek porusza się posłusznie za marynarzem, przez ramię się odwracając, jakby chciała się upewnić, czy gość, co padł, wciąż żyje. Co z Eddiem? I resztą? Przygryza wnętrze policzka, ale nie wyrywa się.
- Niezły cios - chwali do nader głupio, tylko milknie zaraz, bo coś obok wybucha małą eksplozją spowodowaną confringo. Alhokol i wybuchy to nie jest najlepsze połączenie, nawet ktoś tak głupiutki jak Finnie to wiedział. Uciekaj, uciekaj, uciekaj, coś się w niej odzywa i blondynka ma ochotę sarknąć ogromnie, bo wielkie dzięki sierżancie oczywistość, totalnie nie zauważyłam, że coś się dzieje!


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Pub przy fabryce

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach