Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematuShare
 

 Arena Carringtonów

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Arena Carringtonów - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime16.07.16 16:54

First topic message reminder :

Arena Carringtonów

Arena Carringtonów  to otwarta przestrzeń, na której odbywają się różnego rodzaju pokazy. Czarodzieje gromadzą się wokół, na rozległej polanie, czasem przysiadając na pieńkach drzew, co mniejsi i odważniejsi - na gałęziach wyższych, bardziej oddalonych konarów. Nie do końca wiadomo, gdzie konkretnie arena się znajduje, choć wejście do niej znajduje się w dokach, zdaje się ono działać na zasadzie teleportu - takiego samego, jak porozrzucane po miastach świstokliki zapraszające czarodziejów na wyjątkowy spektakl. Obszerny teren otoczony jest drewnianymi wozami, z których od czasu do czasu słychać odgłosy zwierząt oraz śmiechy i przyśpiewki magicznych artystów. Wokół areny palą się ogniska nadające temu miejscu niepowtarzalną atmosferę każdego wieczoru.
W oddali, za wozami, widać pomniejsze namioty, do których można wejść, kiedy na arenie nic szczególnego się nie dzieje.



Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Frances Wroński
Frances Wroński

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka, prawa ręka profesora
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Beauty may be dangerous, but intelligence is lethal.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime20.02.21 14:39

Eteryczna alchemiczka wzdrygnęła się delikatnie, słysząc jego pytanie.
- Och, z pewnością nie! - Zaprzeczyła żywo, nie zauważając rozbawienia w jego głosie. Uroki mknące w jej kierunku przerażały, nawet jeśli posiadała znajomość zaklęć ochronnych, nieraz czuła się sparaliżowana strachem. O wiele bardziej wolała eliksiry, nawet jeśli kociołek nie raz wybuchł, pozostawiając po sobie bałagan oraz przykre skutki uboczne.
Uważnie wsłuchiwała się w słowa Marceliusa z melancholią w spojrzeniu. Nie miała okazji poznać słonia, było jej jednak szkoda, iż w taki sposób przechodził wydarzenia minionych miesięcy. Sama nie zniosłaby widząc smutek oraz przygnębienie na niewielkiej twarzyczce zielonego nieśmiałka, który od kilku miesięcy był jej najczęstszym towarzyszem. - Mój młodszy brat lubił, gdy czytało mu się baśnie gdy coś go przestraszyło… Może to też jakaś możliwość? - Zaproponowała po chwili namysłu. Nie mieli pewności, czy którykolwiek ze sposób przyniesie jakiekolwiek rezultat, panna Burroughs była jednak pewna, że warto było spróbować. - Och, Nicolas to cudowna istota! Jestem pewna, że znaleźliby sposób, aby się dogadać. - Odpowiedziała z wyraźnym zachwytem w głosie. Jej nieśmiałek był wyjątkowy w sposobie swojego bycia i z pewnością byłby w stanie zrozumieć biednego słonia. Uśmiechnęła się ślicznie, przytakując mu delikatnym ruchem głowy, a złote pukle zatańczyły wokół delikatnej buzi. Miała cichą nadzieję, że pojawi się okazja, aby spróbować pomóc poszkodowanemu zwierzęciu, a jej przyjdzie go poznać.
Ciche westchnienie uleciało z jej ust, gdy Marcelius śmiało stwierdził, że nie wszystko da się opisać w naukowy sposób. Stwierdzenie, którego analityczny umysł nie potrafił zaakceptować, w ostatnich tygodniach właśnie tak radził sobie z problemami - bazując wszystkie rozterki na dokładnych, nie raz abstrakcyjnych, obliczeniach.
- Och, to co mówisz wydaje mi się takie… nierealne. Widzisz, w pracy wszystkie działania opisuję obliczeniami, przez co intuicja wydaje mi się nie zwykle abstrakcyjnym czynnikiem. - Wyznała z delikatnym rumieńcem, jaki pojawił się na jej buzi. Nie była pewna, że towarzysz zrozumie skąd brały się jej poczucia oraz przekonania i z pewnością nie miałaby mu za złe, gdyby jej słowa wydały mu się co najmniej dziwne. - Mam wielką nadzieję, że będą to jedynie pozytywne zaskoczenia. - Nadzieja pojawiła się w jej głosie, a delikatny rumieniec ponownie pojawił się na buzi, gdy jego palce odsunęły włosy z jej twarzy. Frances uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, chcąc ukryć swoje zawstydzenie lecz jedynie na chwilę, by cicho zaśmiać się pod nosem słysząc kolejne jego słowa.
- Oczywiście. W dodatku śmiem stwierdzić, że jesteśmy w tym najlepsi. Widzisz, znamy wszystkie zasady i doskonale wiemy, jak między nimi lawirować. - Odpowiedziała również rozbawionym głosem. W jej słowach było ziarno prawdy - doskonale znała każdą, nawet najmniejszą zasadę jaka panowała w szkole oraz sposoby kolegów na ich uniknięcie, sama jednak nigdy nie miała odwagi, by również spróbować je ominąć.
Atmosfera szybko jednak uległa zmianie. Pierwszy plan tyczący trzymania planu, polegającego na nie mówieniu o niczym Marceliusowi szybko spalił na panewkach. Nie potrafiła go okłamać w tak delikatnej kwestii, gdzieś w środku mając nadzieję, że nie zareaguje źle. Nie była specjalistką w relacjach międzyludzkich, nie była pewna jak się w nich poruszać oraz czego dokładnie powinna po nich oczekiwać. Łzy spływały po jej policzkach przysłaniając wizję wzroku, gdy wyrzucała z siebie kolejne słowa.
- Och, jest z Nokturnu ale nie jest bandytą… Czasem musi kogoś zastraszyć, albo użyć odrobinki czarnej magii, ale nie szasta nią na prawo i lewo... To naprawdę porządny czarodziej…. - Zaprotestowała, jakoś nie potrafiąc zestawić słowa bandyta z postacią przyjaciela. Może i posiadał specyficzną pracę, panna Burroughs jednak najlepiej wiedziała, że ze stereotypowym bandytą nie miał wiele wspólnego, zwłaszcza jeśli, jak ona, miało się okazję aby poznać go bliżej. A może myślała tak przez przekonanie, iż odnalazła w nim bratnią duszę? Nie była pewna. - Ja… Ja naprawdę nie wiem… Nie mam najmniejszego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi… - Wydukała, gdyż jego słowa sprawiły, że w jej głowie pojawiły się nowe wątpliwości tyczące się ich planu. Wątpliwości które wymagały kolejnej porcji obliczeń, rozważań oraz zapewne kolejnej odnogi planu.
- Jego rodzina się nie dowie, a nawet jeśli… Temu da się zaradzić kilkoma, odpowiednio dobranymi eliksirami… - Nie chciała wnikać w relacje rodzinne przyjaciela, doskonale jednak wiedziała, że te z pewnością nie będą stanowić problemu tkwiąc w pewności, że Daniel nigdy nie naraziłby jej na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Ciche westchnienie opuściło jej usta, nie zwlekała jednak długo z odpowiednią na zadane pytanie - odpowiedź wydawała jej się jasna niczym letnie słońce w zenicie.
- Ufam bardziej niż rodzinie. - Delikatny głos wybrzmiał pewnością. Co do tej kwestii nie posiadała nigdy choćby niewielkiego cienia wątpliwości. - Ja… Gdyby nie on… Gdyby nie on, byłabym martwa już od dawna… Zabijanie kogoś, kogo życie kilkukrotnie się ratowało jest zupełnie pozbawione sensu bądź logiki… Statystyczne szanse na to wynoszą jakieś dwa i pół procenta, nie więcej… Mam wszystko obliczone... - Ostrożnie uniosła dłoń by otrzeć łzy ze swojej buzi. Wiedziała, że gdyby nie pomoc ze strony przyjaciela zapewne straciłaby życie tamtego wieczoru w porcie, gdy po raz pierwszy przyszło im się poznać.
Zapłakane spojrzenie powędrowało w kierunku buzi Marceliusa odrobinę nieśmiało, nie pewna czy w ogóle powinna zerkać w jego kierunku. - Cieszę się, że żyjesz. - Wyszeptała cichutko, odczuwając faktyczną ulgę ze świadomością, iż był cały i żywy. Nie życzyła mu źle, nie chciała by doświadczał przykrości, nawet jeśli sama swoim zagubieniem mogła być sprawcą jednej z nich. Nieśmiało wyciągnęła w jego kierunku dłoń, by na chwilę zacisnąć smukłe palce na jego dłoni, jakoby chciała potwierdzić prawdziwość swoich słów. Nie orientowała się w konflikcie, jaki miał miejsce w czarodziejskim świecie, a plan jaki zaproponował jej Daniel w tym całym zagubieniu wydawał jej się najpewniejszym, najbezpieczniejszym sposobem na przetrwanie kolejnych miesięcy.
- Marcel… Nie chodzi mi o reputację. Ja… Ja się boję, że bez czyjejś pomocy skończę martwa w jakiejś uliczce… Kilka razy było blisko i… - Głos eterycznej alchemiczki drżał, a z szaroniebieskich oczu wylała się kolejna porcja dziewczęcych łez. Gdyby chodziło o reputację zapewne nie posunęłaby się do podobnego rozwiązania, przerażało ją jednak to, co działo się wokół. To, iż nie rozumiała tego konfliktu oraz to, że czuła się pozostawiona samej na pastwę losu. Z jej najbliższego otoczenia jedynie Daniel zdawał się być zainteresowany tym, czy uda jej się przeżyć kolejne miesiące. - Treść przysięgi można dowolnie modyfikować, a dzięki temu nie muszę składać żadnej obietnicy, której bym nie spełniła. - Odpowiedziała wzruszając delikatnie ramionami pewna, że będą to jedynie czcze słowa. Zagubione, podszyte strachem oraz smutkiem spojrzenie utkwiło na chwilę spojrzenie w buzi Marceliusa, poszukując w niej… W zasadzie nie była pewna, co chciała w niej ujrzeć. - Jak chcesz mi pomóc? Masz jakiś lepszy pomysł? - Spytała z nadzieją w głosie. Zapewne jeśli istniałaby lepsza opcja, która mogłaby oszczędzić przyjacielowi możliwych problemów bądź rozczarowania jej osobą, z pewnością by z tego skorzystała.
Ciężkie westchnienie uleciało z jej ust, Frances otarła wierzchem dłoni łzy spływające po jej policzkach, by wyjąć z niewielkiej torebki kawałek pergaminu.
- No tak, bo… Bo ja wszystko policzyłam… - Wtrąciła nieśmiało, ukazując mu pergamin pokryty spisane znakami alchemicznymi oraz wartościami, zapisanymi zgrabnym, eleganckim charakterem jej pisma. - Widzisz? Zmodyfikowałam wzór korelacji oraz współdziałania składników alchemicznych tak, aby za jego pomocą dało się określić prawdopodobieństwo powodzenia pewnych akcji… To świeża teoria, jeszcze ją sprawdzam… Ale z obliczeń wyszło mi, że istniało jakieś siedemdziesiąt pięć procent szans na to, że unikłabym zranienia Ciebie. Siedemdziesiąt pięć procent to całkiem dobry wynik przy eliksirach... Ale tu, w tym momencie… - Drżącą dłonią wskazała jeden punkt na pergaminie. - Popełniłam błąd, bo dane odpowiadające za wyrzuty sumienia, bazujące na zmodyfikowanych danych ingrediencji niestabilnych, uznałam za stałą, a nie zmienną... W ten sposób, błędnie, w pierwszej fazie tej idei sądziłam, że będzie to lepszym wyjściem i... Och, już wiem, że to był zły pomysł… I wierz mi, czuję się z tym paskudnie. - Wyznała ze skruchą w głosie oraz przepraszającym spojrzeniem, jakie powędrowało w kierunku mężczyzny. Nie chciała sprawiać mu przykrości, czuła się jednak niezwykle zagubiona w… zasadzie we wszystkim, co niebyło alchemią.
- Nie myśl, że to nic dla mnie nie znaczy… - Zaczęła ostrożnie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. - Ja… Ja chyba miałam nadzieję, że na mnie poczekasz i później... ale wiem, że byłabym potworem gdybym tego od Ciebie oczekiwała bądź, co gorsza, zażądała... - Odpowiedziała cicho, nie mając odwagi by spojrzeć mu prosto w oczy, zagubiona oraz niepewna, co powinna w tej chwili zrobić. Przeprosić? Wstać i wrócić do domu? Z cichym westchnieniem uniosła kieliszek do ust czując, jak powoli zasycha jej w gardle od tych wszystkich wypowiedzianych słów. - To nie tak, że chcę… - Zaczęła. Zawsze była pewna, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie jej wyjść za mąż, będzie to podparte innymi powodami niż bezpieczeństwo i nie będzie obłożone terminem ważności. - Ja… Ja po prostu mam wrażenie, że to jedyny sposób, żebym choć przez chwilę poczuła się bezpieczna i jakoś przetrwała tę dziwną burzę. - Wyjaśniła, nadal jednak nie znajdując w sobie odwagi, by przenieść spojrzenie na jego buzię. - Daniel Wroński, chodzi z szablą u boku i czasem kręcił się po porcie. - Wyjawiła kim jest jej przyjaciel, niemal pewna, że z tej informacji nie wyniknie nic niedobrego jednocześnie nie wstydząc się przyjaźni akurat z tym czarodziejem.


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime06.03.21 22:24

Atmosfera runęła jak domek z kart tchnięty podmuchem wiatru, poprzednie słowa Frances rozmywały się w bezkresie rozpaczy, jej rodzeństwo, szkolne czasy, prefektura, jakież to miało znaczenie? Z wiszącą między nimi świecą, z butelką kradzionego wina i pod niebem upstrzonym gwiazdami, poczuł się jak idiota. Źle zinterpretował jej sygnały, jej list, całe to spotkane? Na Merlina, przed chwilą go całowała! Ściągnął jasną brew, w bezradności szukając rozwiązania, z których wszystkie wydawały się tak samo złe. Wygłupił się tylko, kolejny raz, zabawiała się z nim, zamierzając wyjść za bandytę z Nokturnu.
- Co? Czy ty się słyszysz, Frances? - zapytał drżącym głosem, nieco uniesionym, nie potrafiąc zapanować nad sztormem emocji kłębiących się w jego głowie i w jego sercu. - Nazywasz porządnym czarodzieja, który sięga po czarną magię? Nie zdziwię się, jeśli okaże się powiązany z tym całym... sama wiesz z czym, na Merlina, Frances, twój ojciec jest mugolem! - Co, jeśli to się wyda? Czy klątwy sięgną i jej - czy pewnego dnia skończy jak jego matka, nie tylko zamordowana, upokorzona, zniszczona i cierpiąca niewyobrażalne tortury. Igrała z niebezpiecznym, bał się o nią. A może - usilnie pragnął zatrzymać ją przy sobie. Rósł w nim gniew, tak potworny i niemożliwy, że szukał ujścia w słowach, odznaczał się na twarzy, przecinając grymasem czoło, wykrzywiając usta i wprawiając krew we wrzenie. - Nie wiesz o co w tym chodzi - powtórzył po niej głucho, jeszcze to wszystko w sobie kotłując. - Wiesz o co chodzi, Frances? - mówił dalej, jego głos drżał. - Chodzi o to, że tacy jak on, popieprzeni czystokrwiści czarnoksiężnicy uważają, że tacy jak ty nie mają prawa do magii, że mugolskie pochodzenie przekreśla cię w oczach wszystkich, że zasługujesz na przełamanie różdżki lub śmierć. Hańbisz ich wielkie i szumne idee samym swoim urodzeniem, bo urodziłaś się jako córka mugola. - Jak mogła być tak naiwna? Jak długo była w stanie ukrywać swoje pochodzenie? Ile mogło minąć czasu, nim je wykryją? - Jak długo zamierzasz chachmęcić przy nich eliksirami, Frances? Będziesz sama naprzeciw całej rodziny, naprzeciw całego jego środowisku... naprawdę myślisz, że się nie połapią? - Nie była aż tak sprytna, to jedno wiedział na pewno. Największy geniusz upadnie naprzeciw tuzina idiotów, a wszyscy pewnie idiotami nie byli.
- Nie bądź śmieszna, on doprowadzi cię tylko do śmierci. Nie widzisz, jak wiele jest jej teraz na ulicy? Ukrywanie się za nazwiskiem kogoś takiego, kogoś z Nokturnu... Frances, to lekkomyślne. On cię zrani. To niebezpieczne - powtarzał jak mantrę, głęboko wierząc, że miał rację. Nie mogła zaufać czarnoksiężnikowi, oni stali dziś murem za Lordem Voldemortem. A ich straszne idee niosły tylko zniszczenie. Nie chciał, nie mógł jej na to pozwolić. - Obliczenia? To tylko cyfry, Frances, papier przyjmie wszystko. Statystycznie ty i ten koń - wskazał dłonią na jednego z przeprowadzanych aetonanów - macie po trzy nogi i jednym skrzydle - Nie był dobry w liczeniu, ale jedno wiedział na pewno - nie dało się przeliczyć życia. Było nieobliczalne, nieustannie zaskakiwało, a w chwilach takich jak te potrafiło wydrzeć z piersi serce. Co gorsza, wcale przy tym nie zabijając. Odwrócił spojrzenie w bok, cieszyła się, że żył? On żałował, że nie umarł. Wrócił ku niej spojrzeniem dopiero, kiedy chwyciła jego dłoń - spoglądając wpierw na jej rękę, potem dopiero na jej twarz.
- On ci nie da tego, czego szukasz - oświadczył z przekonaniem, pewnie, z gniewną iskrą w oku, czarnoksiężnik w jej życiu, w tych czasach, mógł przynieść tylko destabilizację. Była córką mugola. Wpatrywał się prosto w jej oczy, a jego głos przepełniony był chmurnymi emocjami. - On nie da ci życia, rozumiesz? On cię tylko narazi, to przez niego... przez niego... możesz mieć kłopoty - Bo w prawdziwość swoich słów też szczerze wierzył, po krótkim opisie tego czarodzieja wysnuwając na jego temat własny osąd. Zignorował jej słowa o przysiędze, nie mówiła chyba poważnie. - Ja... wyjdź za mnie, Frances - rzucił, pośpiesznie, bezmyślnie, ale szczerze; musiał tylko poprosić o zgodę pana Carringtona, zarabiał, mógł ją utrzymać, tutaj. Warunki nie były może najlepsze, ale z czasem będzie go przecież stać na mieszkanie -  zresztą, nie pieniądze były przecież w życiu najważniejsze. - Carrington to dobre i czystokrwiste nazwisko, na pewno ma lepszą reputację niż nazwisko człowieka z Nokturnu, a tutaj nic nie będzie ci groziło. I ja... ja mogę cię obronić - dodał z przekonaniem, zaciskając dłoń na dłoni, którą złożyła na niej wcześniej. Patrzył wciąż w jej oczy. - Zrobię to lepiej niż on, bo w przeciwieństwie do niego w coś wierzę. Frances, daj mi szansę - poprosił, wciąż drżącym głosem. - Przecież nie przyszłaś tu bez powodu. To, co nas połączyło... to nic dla ciebie nie znaczyło? - Nie była taką, nie mogła być. Była elegancka, porządnie wychowana, dobra.
- Co... - Zabrał od niej pergamin z rozpisanymi znakami, z których nic nie rozumiał; nie mogła mówić poważnie, czy to był ponury żart? - Wyrzuty sumienia? - powtórzył po niej, bez zrozumienia. - Chcesz mi powiedzieć, że wyrzuty sumienia to jedyne, co cię teraz boli? - Przedarł pergamin na pół, a potem jeszcze raz na pół, ze złością wyrzucając je w bok, pozwalając fragmentom opaść gdzieś na ziemię wokół wagonu. - A twoje uczucia, Frances? Czym były te pocałunki? - Krótką, nic nie znaczącą chwilą przyjemności? - Poczekam? Aż się rozwiedziesz? A co jeśli on nie da ci rozwodu? - Przetarł dłonią skroń, jego serce biło jak oszalałe, krew wrzała, tętniąc w skroniach, pulsując w krtani, przyśpieszając oddech. Nie można było przecież przerwać małżeństwa tak po prostu. Nie powinien siedzieć bez ruchu, musiał to z siebie wyrzucić. Daniel Wroński, nigdy o nim nie słyszał, choć o dziwaku z szablą pewnie powinien - musieli się mijać.
- Z szablą? Nie dość, że czarnoksiężnik, to jeszcze świr? Posłuchaj mnie, Frances - Gwałtownie odwrócił się w jej stronę, by pochwycić w drugą dłoń jej drugą dłoń, spojrzeć jej prosto w oczy - w jego lśniły emocje, burzliwe, skrzące, silne; Marcel żył życiem w pełni i przeżywał je też - całym sobą. - Nie musisz tego robić, nie musisz żyć w ten sposób, z człowiekiem, z którym nie łączy cię więź, a który nie da ci nawet bezpiecznej i stabilnej przyszłości. Świat się zmienia, jutro jest niepewne, ja, ty... wojna może zabrać każdego, nie marnuj życia, które ci zostało! Nie marnuj go na... na wyrachowany układ, zasługujesz na coś więcej. Na prawdziwe uczucie. Na coś, co... co da ci szczęście - A czy może to zrobić ktoś, kto nie jest mną, Frances? - Nie przyszłaś tu dzisiaj bez powodu - przypomniał jej. - Jesteś zaręczona, ale siedzisz tu dzisiaj ze mną. Nie chcesz tego. Usłuchaj serca, zajmę się tym. Zajmę się tym wszystkim - zapewnił ją bez zawahania, ze zdecydowaniem, z ogniem, w głosie i w sercu.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Frances Wroński
Frances Wroński

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka, prawa ręka profesora
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Beauty may be dangerous, but intelligence is lethal.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime11.03.21 16:17

Ciche westchnienie wyrwało się z piersi eterycznej alchemiczki, powoli zaczynającej żałować, iż w ogóle zachciała być fair w stosunku do Marceliusa. W końcu mogła postąpić tak samo, jak postąpiła względem toksycznej rodziny - zwyczajnie zniknąć jednego dnia, zatrzeć za sobą ślady by, być może, powrócić gdy układ zawarty z przyjacielem dojdzie do końca. Mogła tak zrobić, a jednak coś nie pozwalało jej tak postąpić, nie była jednak pewna, czy to czcza nadzieja iż ten zrozumie jej strach czy coś innego, czego nie potrafiła w pełni nazwać.
- Wiem, kim był mój ojciec i on również doskonale o tym wie. A jeśli posiadałby jakieś powiązania, które mogłyby mi w jakikolwiek sposób zagrażać, z pewnością by mi o tym powiedział. - Odpowiedziała nader spokojnie, ocierając łzy z delikatnej buzi. W tej kwestii nie miała najmniejszych wątpliwości. Był jej bratnią duszą, kimś, kto doskonale wiedział i rozumiał to, przez co przyszło jej przechodzić. A to sprawiało, iż panna Burroughs, zapewne odrobinę naiwnie wierzyła, iż ten nigdy nie zrobiłby czegoś, co mogłoby ją skrzywdzić.
Wsłuchiwała się uważnie w słowa, wypowiadane przez Marceliusa. Brzmiały one inaczej, od opinii, jakie przyszło jej poznać do tej pory. Drew, Cillian, a niegdyś i Dudley z którymi przyszło jej poruszyć podobne tematy zawsze wypowiadali się w zupełnie inny sposób - wychwalający zalety działania Ministerstwa Magii oraz problemy, powiązane z istnieniem mugoli. Sama Frances nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji, zagubiona bez dokładnych, naukowych danych, statystyk oraz obliczeń, które byłyby w stanie potwierdzić bądź obalić którąś z teorii, pozostawiając sytuacją jasną oraz niezwykle klarowną.
- Nie gniewaj się na mnie Marceliusie, lecz w tym momencie wyjawiasz podobne myślenie. Widzisz, ocenianie kogokolwiek przez krew płynącą w jego żyłach, pochodzenie czy miejsce w którym przyszło mu żyć, wydaje mi się niezwykle niesprawiedliwe. Czym różni się dyskryminacja mugoli od zakładania z góry, że ktoś mieszkający na Nokturnie jest zły? To ten sam schemat, mój drogi. Nigdy nie wiesz, z jakiego powodu dany czarodziej musiał obrać taki, a nie inny kierunek, czemu jego kroki skierowały się w daną stronę… - Mówiła spokojnie, spoglądając na niego ciepłym spojrzeniem. Widziała dobro w Drew, który mimo maczania palców w klątwach był uczciwy w ich interesach i był gotów pomóc jej, gdy ktoś ją skrzywdził. Wdziała dobro w Cilly’m, który mimo podejrzanych interesów pilnował, aby otrzymywała najlepsze igrediencje i wspierał w trudnych decyzjach, a sam Wroński był dla niej ucieleśnieniem dobrej duszy, mimo szorstkiej powierzchowności. - Znam go jak nikt inny i wiem, iż mimo obranej drogi jest porządnym czarodziejem. - Dodała jeszcze, nie będąc jednak pewną, że jej słowa przekonają towarzyszącego jej czarodzieja.
Kolejne słowa Marcela wydawały jej się niezwykle abstrakcyjne. Nie sądziła, aby prędko przyszło jej poznać kogokolwiek z Wrońskich, lecz o tych zawiłościach ich relacji Marcel nie powinien wiedzieć - wydawały jej się zbyt prywatne, by dzielić się nimi z osobą trzecią. - Nie będę sama. On… on nigdy by mnie nie zostawił samej i nie zaproponował czegoś, co mogłoby ściągnąć na mnie problemy. - Odpowiedziała z pewnością, wybrzmiewającą w delikatnym głosie. Gdyby Wroński chciał jej zaszkodzić, z pewnością zrobiłby to już dawno temu, miast tego pomagał jej, otaczał nad nią woal ochrony oraz pomóc uwierzyć, iż poradzi sobie z daleka od niezwykle toksycznego otoczenia. Była pewna, że ten nie pozostawiłby ją w potrzebie i z pewnością nie pozwoli, aby ktokolwiek ją skrzywdził. Nie mogło być inaczej, sam w końcu jej obiecał, że niezależnie od tego kim dla siebie będą, ten ochroni ją przed złem tego świata. - Czemu uważasz, że mnie zrani? Co powoduje, że tak myślisz? - Spytała, naprawdę starając się zrozumieć tok myślenia towarzyszącego jej czarodzieja. Będąc jednak w bliskiej relacji z Danielem, zwyczajnie nie potrafiła spojrzeć na sprawę oczami Marceliusa. Jej samej z pewnością nigdy nie przeszłoby przez myśl, że mogłaby ją spotkać jakakolwiek krzywda ze strony najlepszego przyjaciela. - Statystyka a alchemia to dwie różne rzeczy… - Napomknęła cichutko, powstrzymując w sobie chęć wciśnięcia choćby niewielkiego wykładziku, uświadamiającemu mu różnicę w tych dwóch, pozornie podobnych pojęciach związanych z najróżniejszymi obliczeniami… Coś w jego spojrzeniu nie pozwalało jej jednak wypowiedzieć cisnących się usta słów.
I już miała coś powiedzieć, ponownie zaprzeczyć przepełnionym emocjami słowom, gdy Marcelius zrzucił na nią całą skrzynkę mikstury buchorożca. Zaskoczenie pojawiło się na delikatnej twarzy, a eteryczna alchemiczka potrzebowała chwili, by przyswoić jego słowa.
- Ja? Wyjść… za Ciebie? - Powtórzyła w wyraźnym niedowierzaniu. Gdy wszystko było w porządku czuła się ignorowana przez płeć przeciwną a teraz, gdy świat wywracał się do góry nogami w ciągu ledwie miesiąca otrzymała aż dwie oferty zamążpójścia. Gdzieś w środku pojawiło się w niej przeczucie, że chyba wolała towarzystwo swoich kociołków od zawirowań relacji między ludzkich - alchemia była dziedziną niezwykle logiczną oraz poukładaną, w czasie gdy relacje z czarodziejami przypominały jej bardziej wybuch kociołka niż udaną miksturę. - Marceliusie… Jak to widzisz? Mieszkam i pracuję w Surrey, a moja praca wymaga dostępu do pracowni… Zostawiłbyś to wszystko dla mnie? - Spytała ostrożnie, uważnie lustrując spojrzeniem jego buzię. W tym przypadku decyzja wydawała jej się niezwykle trudną do podjęcia, zwłaszcza biorąc pod uwagę brak konkretniejszych informacji oraz dwa, zupełnie różne tryby życia, choć wcześniej gdy usłyszała podobną propozycję, nawet nie zastanowiła się nad podobnymi wątpliwościami. Ciche westchnienie opuściło jej usta, gdy kolejne słowa wypadały z jego ust, a eteryczna alchemiczka nie miała pojęcia, jak powinna wytłumaczyć tę sytuację bez użycia odpowiednich obliczeń, pomagających jej uporządkować fakty w głowie.
Wyrzut pojawił się w jej spojrzeniu gdy młody Sallow podarł sumiennie wykonane obliczenia, a coś w środku nieprzyjemnie zabolało. Pergaminów pokrytych obliczeniami nie powinno się niszczyć pod żadnym, choćby najmniejszym pozorem.
- To nie tak, że to nic dla mnie nie znaczyło… -Zaczęła nieśmiało, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, poszukując w głowie odpowiednich słów, które mogłyby opisać to, co przewijało się przez jej myśli. - Ja… Ja nie mam doświadczenia w uczuciach. Większość swojego życia spędziłam nad podręcznikami i teraz… Nie wiem, jak opisać to co czuję, nie mam pojęcia jak to skategoryzować bądź w jakikolwiek sposób wyjaśnić. Dlatego też układam przeistoczone obliczenia bazujące na alchemii, gdyż tak łatwiej mi to wszystko zrozumieć. Nie wiem, jak inaczej przekazać to, co dzieje się w mojej głowie. - Wyznała, spojrzeniem wodząc po otoczeniu, niemal pewna, że jej słowa spotkają się z negatywnym odbiorem. Zawsze była zbyt nieśmiała oraz zapatrzona w kociołki, by zrozumieć ideę wszystkich uczuć, jakie mogły pojawić się w czarownicy. W jej świecie panowała logika, dokładne ciągi obliczeń będących w stanie określić poprawność kolejnych działań oraz teorie, które niezwykle łatwo było potwierdzić bądź obalić. Uczucia nadal były dla niej kwestią nową, dopiero poznawaną i jeszcze nie w pełni rozumianą w swej naturze gdyż niektóre z nich czuła po raz pierwszy w życiu.
- N-nie da? To… To chyba niemożliwe… - Odpowiedziała z zaskoczeniem w głosie. Do pewnego momentu była przekonana, że Daniel nie lubi ją w ten sposób, lecz ostatnie ich spotkania zasiały w jej umyśle ziarnko wątpliwości podsycane przez wspomnienia czasem powracające do świadomości. Ta idea, mimo iż gdzieś w środku wydawała jej się całkiem… przekonująca, wydawała jej się odrobinę nierealna. Nie zasługiwała na tak dobrego czarodzieja, wartego w jej oczach więcej niż ona.
Powiew dziwnej irytacji przetoczył się przez jej umysł.
- Nie mów tak o nim. - Odpowiedziała z chłodem w głosie, nie potrafiąc słuchać złych słów w kierunku kogoś, kto niejednokrotnie uratował jej życie. Ciche westchnienie wyrwało się z jej piersi, a spojrzenie niepewnie powędrowało w kierunku towarzyszącego jej czarodzieja. - Zawdzięczam mu życie, nie zasłużył, aby określać go tak paskudnymi słowami. - Dodała odrobinę mniej chłodnym głosem, w którym wybrzmiewała pewność. W uwadze słuchała kolejnych słów, jakie padały z ust Marceliusa, wodząc spojrzeniem między jego buzią, a dłonią spoczywającą na jej dłoniach. Powstrzymała w sobie chęć, by zaprzeczyć jego słowom - w końcu Daniel nie był byle pierwszym czarodziejem. Był jej przyjacielem, bratnią duszą oraz kimś, kto potrafił ja zrozumieć… Nie chciała jednak rozniecać tego złego ognia, jaki mógł się w nim pojawić podobnych słowach.
- Ja… - Zaczęła, a rozbicie pojawiło się na jej twarzy. Słowa wypowiadane przez Marceliusa były piękne, zapewne niejedna panna chciałaby usłyszeć podobne przysięgi w swoim kierunku… Coś jednak nie pozwalało jej aby przystać na propozycję i rzucić się w kolejny spontaniczny plan. - Jesteś pewien, swoich słów? Naprawdę chcesz, żebym rozważyła taką możliwość? - Odpowiedziała nieśmiało, niepewnie zerkając w jego buzię. Strach, niepewność oraz rozbicie dominowały w jej delikatnych rysach. - Och, muszę się nad tym zastanowić, nie potrafię podejmować podobnych decyzji ot tak. - Dodała, mimo iż odpowiedź powoli rysowała się w jej umyśle. Taki obrót spraw wydawał jej się jednak... lepszy. Pomyślniejszy, na spokojnie rozważy jego słowa, Marcel ochłonie z emocjami i zapewne wtedy... Nie wiedziała, co wtedy, czuła jednak, iż potrzebuje czasu oraz odddechu.


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime14.03.21 18:04

Miał ochotę szarpnąć się za włosy i wyrwać sobie kłaki ze skalpu, jeden po drugim, miał ochotę odwrócić się i ugryźć się w tyłek, palce mimowolnie zacisnęły się w pięści, mięśnie żuchwy napięły się niebezpiecznie, iskry w oczach, pełne żalu, przeszły gniewem.
- Mugolskie powiązania ci zagrażają, Frances! - rzucił jej w twarz, podniesionym głosem, lecz z pewnością stłumił je dmący nad areną wiatr. Z dachu z pewnością nikt go nie usłyszał. - Wciąż nie rozumiesz? Oni zabijają ludzi tylko za to, kim są. Kim się urodzili. Skąd pochodzą. Od kogo pochodzą, od mugoli! - Chcieli wyłapać ich wszystkich, jak dzikie psy, a potem rzucić na pożarcie w najlepszym przypadku dementorom, które uśmiercą ich dusze, ale nie ciała, na wieki pozostawiając w przeraźliwej wegetacji. I właśnie to mogło ją czekać - tylko za to, że jej ojciec był mugolem, którego koneksje nie miały dziś żadnego znaczenia, pewnie o ile tylko nie były koneksjami z wysokopostawionymi urzędnikami Ministerstwa Magii. Całą krzywdę, jaką jej wyrządził - wyrządził własnym urodzeniem. - I... co? Ty mówisz poważnie? Pytasz mnie, dlaczego czarnoksiężnik jest zły? Czarna magia jest zła, Frances, dlatego zawsze była zakazana! Jest plugawa, niesie zepsucie, daje władzę, kosztem cudzego życia. Mugolem człowiek się rodzi, sięgając po czarną magię - dokonujesz wyboru. Jesteś taka mądra, a nie rozumiesz podstawowych rzeczy - Aleja Śmiertelnego Nokturnu nie bez powodu była instynktownie omijana przez zdecydowaną większość czarodziejów. Siedlisko zła, zepsucia, dzielnica śmierci, klimatem miała w sobie coś cmentarnego. Czy jej obraz, który tak skrupulatnie pielęgnował w głowie, miał jednak mieć na sobie skazy? Nie wierzył, żeby rozsądna dziewczyna naprawdę wierzyła w te słowa. Nie ona, córka mugola. Nikt i nic nie mogło obronić w jego oczach ludzi choć odrobinę przychylnie wypowiadających się o zwyrodnialcach rządzących teraz krajem.
- Nigdy? Jak długo wy... - Spojrzał na nią z niedowierzaniem, umawiała się z nim, przez cały ten czas pozostając pod opieką innego mężczyzny? Nie chciał jej widzieć taką, rozwiązłość nie pasowała do jej ślicznej twarzy, lśniących oczu i pięknego uśmiechu. - Wiem, że cię zrani, bo jest złym człowiekiem - oświadczył buntowniczo, na podstawie tego krótkiego opisu szczerze w te słowa wierząc. Gdyby nie był zły, nie byłby powiązany z Nokturnem. Z bandytami. Nie zastraszałby ludzi. - Naprawdę myślisz, że nie stać cię na więcej? - Niż byle zabijaka, bandyta. Naprawdę jej to imponowało? Naprawdę sądził, że on był kimś więcej? Grymas wykrzywił jego usta, kiedy chwycił dłonią butelkę wina, nie zważając już na minioną romantyczną atmosferę, niedbale pociągając większy łyk z gwinta; wsparł łokieć o podciągnięte pod brodę kolano, nie wypuszczając przy tym butelki - i spoglądając przed siebie, gdzieś na barwne płachty największych namiotów. Był nikim, przecież to wiedział, błaznem cyrkowej areny. - Przestań mi już wyjeżdżać z tą całą statystyką, nauką i logiką! - żachnął się, może nieco zbyt ostro, bo nie rozum a serce przez niego przemawiało. Nie dało się przeliczyć na cyfry gamy ludzkich emocji, a gdyby się dało, Marcel stanowiłby pewnie liczbę pi, nieskończony ciąg chaotycznych i niepowiązanych ze sobą cyfr, który dzień za dniem odkrywał skryte wcześniej znaki.
- Za mnie - oświadczył, pewniejszym głosem, ze zdecydowaniem, jak gdyby przez kilka minionych chwil zdążyłby to wszystko przemyśleć. - Zapomnij o Surrey, i tak bierzesz ślub. Będziesz musiała opuścić dom, a na Arenie i tak jest mniejszy cyrk niż na Nokturnie - oświadczył równie pewnie. Nie zostawiłby dla niej cyrku, przecież to kobieta podążała za mężczyzną, nie odwrotnie. A skoro tego pragnęła, skoro zamiast poświęcić się karierze, chciała teraz oddać się małżeństwu... - Po ślubie i tak będziesz musiała na jakiś czas przerwać karierę - Pojawią się dzieci, dziwna wizja. - Będę pracować więcej i ciężej. Mam dziewiętnaście lat, Frances, jestem u progu kariery - mam świetną formę, a jeśli nie zwolnię tempa, niebawem mogę zawładnąć tą sceną. Uzbieram pieniądze na mieszkanie dla nas, będzie tam miejsce na twoją pracownię alchemiczną. Musisz tylko dać mi szansę - Spojrzał na nią z powagą, zupełnie nie zwracając uwagi na okazaną przed momentem szorstkość. - Frances - zwrócił się do niej łagodniej. - Spójrz na mnie - poprosił. - Czujesz coś do mnie, czy nie? - Nie trzeba było mieć przecież doświadczenia, żeby usłyszeć własne serce. Nie trzeba było pokochać stu chłopców, by wiedzieć, czy kochało się choć jednego. Nie trzeba było wiedzieć, czym była miłość, by móc poczuć jej rytm. Lgnęła do niego pocałunkami, lgnęła do niego dotykiem - jeśli prawdą było, co mówiła, nie mogła nią przecież kierować nic nie znacząca zabawa.
- Oczywiście, że możliwe. Jesteś piękną kobietą, a on złym człowiekiem. Będziesz na jego łasce i niełasce, naprawdę tego chcesz? Być zależną od człowieka żyjącego z haraczy? - Czy w ogóle rozumiała, czym było małżeństwo? Że wiązało się to z czymś więcej, niż tylko zmianą nazwiska? - Frances, ja... ja bym cię szanował, nie zrobiłbym nigdy niczego wbrew twojej woli - obiecał, nie odejmując spojrzenia od jej oczu - iskrzyła w nich dziwna gorliwość, zapał, żar przebłyskujący też żalem.
- Zwabił cię w pułapkę - skontrował jej słowa niemal od razu, może i ocalił jej życie, a z pewnością nie zrobił tego bezinteresownie. Nie taki obraz rysował się ze słów Frances. - Nad czym chcesz myśleć? Wolisz wyjść za mąż bez miłości? - Zmyślny plan, układ, strategia działania, czy jakakolwiek dziewczyna o tym naprawdę marzyła?




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Frances Wroński
Frances Wroński

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka, prawa ręka profesora
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Beauty may be dangerous, but intelligence is lethal.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime16.03.21 16:17

Ciche westchnienie wyrwało się z ust eterycznego dziewczęcia, czującego dziwny żal względem nie pamiętanego ojca. Zginął nim zdążył jakkolwiek zapisać się w jej pamięci, a brzemię jego istnienia odbierało tak bardzo utęskniony spokój.
- Och wierz mi, gdybym mogła zmienić to, kim był mój ojciec z pewnością bym to zrobiła… Proszę, przestań mi o nim przypominać… - Odpowiedziała z bólem w głosie oraz szaroniebieskim spojrzeniu. Nigdy nie lubiła rozmawiać na temat ojca. Nie pamiętała jego twarzy czy głosu, pamiętała jednak, że jego śmierć była początkiem piekła, jakie przeszła w otoczeniu toksycznej rodziny oraz portowych doków. - Oni? Jacy oni? - Spytała, odrobinę zbita z tropu. Rozmawiali o jednym, konkretnym przypadku, a nie połowie społeczeństwa. A jej bratnia dusza była niezwykle wyjątkowa, niemożliwa do skategoryzowania według sztywnym ram oraz wytycznych. - Daniel nigdy nie pozwoliłby, żeby ktokolwiek w jakikolwiek sposób mnie skrzywdził. Jestem tego pewna, jak tego, iż składników szlachetnych nie winno się łączyć z plugawymi. - Dodała, zapewne już któryś raz się powtarzając. Fakt, iż Wroński nie pozwoliłby by stała się jej jakakolwiek krzywda wydawał jej się być niezwykle oczywistą oczywistością. Był przy niej zawsze, kiedy potrzebowała pomocy, nigdy nie odmawiając ratunku bądź wyciągnięcia dłoni, jeśli tego potrzebowała. A nawet jeśli posiadała jakiekolwiek wątpliwości, rozwiały je ostatnie słowa Wrońskiego, podczas ich wspólnego obiadu. Po tamtych słowach nigdy, choć przez chwilę nie zwątpiłaby w swoje bezpieczeństwo w towarzystwie przyjaciela.
- Chodziło mi o to, iż w tym momencie wykazujesz dokładnie ten sam rodzaj myślenia, co urzędnicy Ministerstwa - oceniasz po pozorach, kierując się stereotypami. - Odpowiedziała dość lakonicznie, szaroniebieskie spojrzenie skupiając gdzieś na jednym z cyrkowych namiotów. Powielanie teorii bez odpowiednich badań oraz danych mogących potwierdzić bądź obalić daną teorię było działaniem niezwykle szkodliwym nie tylko w nauce, lecz i niestabilnej codzienności. - Znam go jak nikt inny i nigdy, ale to przenigdy nie użyłabym względem niego tak plugawego określenia. - Dodała ciszej, odrobinę oschlej nie rozumiejąc, czemu towarzyszący jej czarodziej upierał się przy swoim, będąc głuchym na jej słowa. Nie była przecież głupia, może i nie posiadała wielkiego doświadczenia w relacjach z innymi czarodziejami, umiała jednak analizować ora wyłapywać niespójności oraz braki w logice. Frances przygryzła delikatnie dolną wargę w zastanowieniu. Czy zawsze miał być głuchy na jej poglądy oraz opinie?
- Mówiłam Ci, że to mój przyjaciel. Znamy się od początku tego roku, nasza relacja jest czysto platoniczna. - Odpowiedziała z cichym westchnieniem, nie chcąc być posądzoną o jakikolwiek brak moralności. Nie należała do kobiet, próbujących złapać za ogon wszystkie sroki chadzające po tym świecie, w swej nieśmiałości w zasadzie nigdy nie sądząc, że przyjdzie jej kiedykolwiek rozważać jakąkolwiek propozycję zamążpójścia. Nie odpowiedziała na kolejne jego słowa, zupełnie nie przekonana podanym argumentem, samej będąc w stanie podać co najmniej kilkaprzykładów, które obaliłyby jej teorię. Może i Wroński znał czarną magię, może i potrafił zastraszać a jego zawód nie należał do tych społecznie akceptowanych, dla niej jednak był niczym rycerz w lśniącej zbroi, a otrzymywane od niego dobro skutecznie przysłaniało inne detale jego codzienności, mniej istotnej przy wiedzy, dlaczego właściwie obrał daną ścieżkę.
Dopiero przy kolejnym pytaniu szaroniebieskie spojrzenie nieśmiało powędrowało w kierunku buzi Marceliusa. Nie chciała przyznawać się do braków w jej pewności siebie oraz tym, jak bardzo rodzina zdeptała jej poczucie własnej wartości i tak przybita tematami, jakie wychodziły na powierzchnię. - Nie zaczynajmy tego tematu ponownie, Marceliusie. - Poprosiła jedynie pewna, że w tym momencie podobne rozważania nigdzie ich nie doprowadzą.  Jednocześnie nie chciała ponownie wchodzić w przepychanki, dotyczące przyjaciela, doskonale wiedząc, że zapewne nikt inny nie poznał go równie dobrze jak ona.
- Nie zaczynajmy tego tematów znów, Marceliusie. - Poprosiła jedynie pewna, że nie będą w stanie zrozumieć sposobu, w jaki druga osoba patrzy na poruszany temat… I nie pewna czy zniesie jeszcze kilka negatywnych określeń względem przyjaciela. Brak porozumienia oraz oschłe tony jego głosu sprawiały, że eteryczna alchemiczka zamykała się w sobie, tracąc chęci by choćby spróbować wyjaśnić to, co działo się w jej umyśle bądź nazwać emocje, przetaczające się przez wątły organizm. Daniel by zrozumiał przeszło jej przez myśl, mimo iż była niemal pewna, że zapewne nigdy nie znaleźliby się w podobnej sytuacji. Wroński jednak potrafił jej słuchać, rozumiał subtelne informacje przekazywane gdzieś między słowami i zapewne nigdy nie miałby jej za złe naukowych porównań, nawet jeśli pewnie części nie byłby w stanie pojąć.
Kolejnych słów słuchała uważnie, wodząc spojrzeniem między buzią Marcela a jednym z cyrkowych namiotów, coraz mocniej nabierając przekonania, że szkolne marzenia miały pozostać jedynie szkolnymi marzeniami. Ich wyobrażenia znacznie różniły się od siebie a stwierdzenie, iż będzie musiała przerwać swoją karierę nieprzyjemnie zakuło gdzieś w piersi. Obecna praca była dla niej niezwykle ważna i nie chciała być postawioną w sytuacji, gdzie będzie musiała porzucić swoje największe oraz najskrytsze marzenie.
- Nie mogę zapomnieć o Surrey, ani przerwać swojej kariery, Marceliusie. - Odpowiedziała spokojnie, acz z pewnością w głosie. Nawet planowane małżeństwo miało nie zmienić tego aspektu. Daniel chciał mieszkać z nią w Szafirowym Wzgórzu pełnym domowego ciepła, którego do tej pory nie miał okazji zaznać. Z pewnością również nie pozwoliłby, aby zaniechała kariery dającej jej poczucie spełnienia, możliwości rozwoju oraz zwykłą, czystą satysfakcję z wykonywanego zawodu. - Nie mogę zamieszkać w porcie, to miejsce kojarzy mi się ze wszystkim, co najgorsze. - Dodała jeszcze, wzruszając delikatnie wątłymi ramionami. Ich rzeczywistości były niezwykle odmienne, choćby przez fakt, że eteryczna alchemiczka niezwykle źle czuła się w portowym otoczeniu, przekonana o toksyczności tego miejsca. Piętnaście długich lat spędzonych w tym otoczeniu przywodziło na myśl jedynie negatywne wspomnienia, przepełnione strachem oraz paskudnymi wpływami toksycznej rodziny, a powrót w te strony z pewnością by ją wykończył. - Nie wątpię, że Ci się to uda i naprawdę życzę ci, aby udało ci się to osiągnąć… Ale ja nie mogę zrezygnować ze swojej pasji. Jeśli zamkniesz mnie w porcie i odetniesz od pracy złamiesz mi serce. - Dodała z dziwnym spokojem w głosie, jedynie dokładnie analizując propozycję. Ona zaś nie mogła wymagać, aby ten porzucił dla niej cyrk będąc pewną, że z pewnością by go to zraniło.
Niepewne spojrzenie powędrowało w kierunku Marcela, a ciche westchnienie opuściło usta eterycznego dziewczęcia. - Czuję. - Przyznała szczerze. Reminiscencje szkolnego zauroczenia nadal pozostawały w niej żywe po ich ostatnim spotkaniu i zapewne gdyby po spotkaniu w Parszywym Pasażerze odezwał się prędzej, choćby jednym krótkim listem, a ona nie straciła nadziei, to spotkanie mogło wyglądać zupełnie inaczej. Los jednak układał się w niezwykle dziwny oraz trudny do przewidzenia sposób. Frances zamilkła tonąc w swoich rozmyślaniach oraz dokładniej analizie podanego pomysłu, nie potrafiąc podjąć decyzji bez odpowiednich analiz. Świadomość uderzyła w nią niczym grom z jasnego nieba, sprawiając, iż Frances wzięła głębszy oddech. Merlinie, jak mogła przegapić jakże oczywistą oczywistość? Ta niespodziewana bliskość oraz ciepło, jakie zakradły się do jej życia zdawały się być zbyt naturalne oraz proste, by być dziełem przypadku. Żywiła pewne uczucia względem Marceliusa, co do tego nie miała wątpliwości, te uczucia jednak były niczym nieśmiałek postawiony obok zouwu w porównaniu do uczuć, żywionych względem przyjaciela. To ciepło, zaufanie, zrozumienie, bliskość oraz dziwny spokój i poczucie bezpieczeństwa towarzyszące jej gdy Dan był obok miały przecież znaczenie większe oraz głębsze znaczenie, mimo iż świadomości nie udało się jeszcze go odkryć. Wroński był jej bratnią duszą. Kimś, kto był gotów stanąć przeciw całemu światu, by ustrzec ją przed złem. Kimś, od kogo otrzymywała ciepło, wsparcie oraz wiarę, których nie otrzymała od nikogo innego. Kimś bez kogo nie wyobrażała sobie swojej rzeczywistości i kogo wybrała by ponad wszystkich innych czarodziejów tego świata. Co prawda potrzebowała jeszcze kilku obliczeń, by w pełni zdać sobie sprawę ze znaczenia odkrycia, wszystko jednak nagle poczęło jawić się w jaśniejszych barwach.
Odrobinę pogodniejsze spojrzenie powędrowało ku buzi Marcela, a na ustach eterycznej alchemiczki pojawił się delikatny uśmiech. - Wiem, że byś mnie szanował. - Odpowiedziała, co do tego nie mając wątpliwości. Słowa dotyczące Daniela zignorowała, nie chcąc dalej kontynuować słownej przepychanki. Ona znała prawdę; nie raz widziała w zielonych tęczówkach, iż jest dla niego ważna. I chyba ten jeden, jedyny raz posiadała stuprocentową pewność swoich osądów.
- Nie lubię podejmować spontanicznych decyzji, ale skoro tego chcesz… - Zaczęła, delikatnie zaciskając palce na jego dłoni, a ciężkie westchnienie uleciało z jej ust. - Ja… naprawdę Cię lubię, wiesz? I kiedyś myślałam, że może pewnego dnia… Nie mogę za Ciebie wyjść. Może w innych okolicznościach, gdyby sprawy ułożyły się inaczej… Teraz jednak, nie mogę się na to zgodzić. Ta decyzja wiąże się nie tylko z moim życiem przez co nie mogę patrzeć jedynie na to, czego ja chcę, ale muszę również myśleć o tym, jak to się skończy dla drugiej osoby. To się nie uda, mój drogi.  Ja nie będę szczęśliwa w porcie bez moich przyrządów alchemicznych oraz ciągów obliczeń, Ty nie będziesz szczęśliwy w Surrey, z daleka od cyrku nie mogąc poddawać się swojej pasji. Nie mogę zgodzić się na coś, co spowoduje, że za rok czy dwa nie będziemy mogli na siebie patrzeć, zjadani przez wyrzuty sumienia. Ty nie zniesiesz mojej rozpaczy, ja nie zniosę świadomości, iż odebrałam ci coś, co było dla Ciebie niezwykle ważne. - Mówiła łagodnie, z palcami zaciśniętymi na jego dłoni, wypowiadając pierwsze ze swoich odkryć, to drugie decydując się pozostawić dla siebie. Niezwykle niegrzecznym byłoby wspominać o podobnych przemyśleniach w tej, konkretnej sytuacji. - W dodatku, niezależnie od tego, czy wyjdę za niego czy też nie, nie zrezygnuję z przyjaźni z Danielem. Nie mam lepszego przyjaciela i jest dla mnie niezwykle ważny. Nie chcę żyć w codzienności, gdzie będę pozbawiona jego obecności. A Ty pewnie nie potrafiłbyś znieść jego obecności. - Dodała z pewnością w głosie. Sam Daniel przecież zapewnił ją, iż będzie przy niej zawsze, niezależnie od tego, czy dojdzie do ich ślubu bądź też nie. A ona nie wyobrażała sobie rzeczywistości, w której ich znajomość mogłaby się w jakikolwiek sposób rozpaść. - Przepraszam. Nie miej mi tego za złe, proszę. Po prostu nie mogę się na to zgodzić wiedząc, że któreś z nas mogłoby skończyć w cierpieniu. - Dodała, zerkając na niego niepewnie i mając nadzieję, że ten zrozumie czemu podjęła taką, a nie inną decyzję.


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime21.03.21 1:17

Przyciągnął butelkę do ust, z gwinta upijając kolejny większy łyk alkoholu, nie wierzył, nie wierzył w to co słyszał: czy nie wstyd jej było wypierać się własnego ojca za to tylko, jaką miał krew? Czy aż tak bolesnym, by budzić smutek na jej ślicznej twarzy, było wspomnienie niemagicznych krewnych? Czy uwierzyła w rozsiewaną propagandę, czy jednak był ktoś, kto w nią wierzył, czy naprawdę potrafiła wzgardzić drugim człowiekiem przez wzgląd na jego urodzenie? Nie potrafił tego zrozumieć - tutaj, na Arenie, akceptację znajdował każdy, kto znacznie bardziej wyłamywał się ze społecznych ram - zdeformowani, mutanci po zmianach transmutacyjnych, ofiary nieudanych eksperymentów alchemicznych, pokazywano tu każdego, kto budził przerażenie, lęk lub zaciekawienie. I każdy z nich był człowiekiem, z którym jadał posiłki, spędzał czas przy wspólnym ogniu i ćwiczył przed pokazami, przykra była myśl, że ktoś tak mu bliski jak ona gotów był szydzić w ten sposób.
- Oni - burknął, patrząc już nie na nią, a gdzie sprzed siebie, w tańczące płomienie ognisk, w płachty piętrzących się namiotów. Czy było sens jej to tłumaczyć, chyba nie. Odpierała jego słowa, jakby osłaniając się niewidzialną tarczą przed prawdą. Trwała wojna, straszna i przykra, wojna o czystą krew. - Jeden czarodziej nie jest aż tak potężny - By nie ugiąć się przed presją krewnych, by ochronić ją mocą swoich wpływów, nie ktoś taki jak Wroński, człowiek, o którym nigdy nic nie słyszał. Miał poczucie, że z własnej woli wchodziła w pułapkę. Próbował trzymać ją za rękę, ale nie potrafił jej utrzymać: wymykała się z jego objęć, po tylko , by wskoczyć w ogień - taki sam jak ten, który obserwował. - Frances - zgrzytnął zębami, napięte mięsnie szczęki ledwie pozwoliły na rozchylenie ust; ton jego głosu pozostał gniewny, lecz pozbawiony aury troski, która wybrzmiewała w nim jeszcze przed chwilą. To było dla niego zbyt wiele. - Nigdy, ale to nigdy nie porównuj mnie do tych ludzi - oświadczył lodowato, w sercu czując wyłącznie bezradność wobec absurdalnych oskarżeń. Jak można było mówić o stereotypach, kiedy na ulicach dzień za dniem ginęli ludzie? Trwała otwarta wojna: fakt, że miała miejsce, nie był domysłem, nie był stereotypem. Nie rozumiała. - Nie oceniam po pozorach - żachnął się niecierpliwie. - Oceniam po tym, co widziałem na własne oczy. A widziałem ból, śmierć, krew i łzy. Nie chcę, by to samo spotkało ciebie. - Ale ty tego pragniesz - co mogę zrobić? Żadne jego słowo nie było w stanie do niej dotrzeć.
- Ślub nie jest platoniczny - odparł pusto, nawet jeśli go nie kochała, zostanie jego żoną i jako taka - będzie od niego zależna. Przyjmie jego nazwisko, stając się jego. Znali się ponad pół roku, szmat czasu, dłużej niż z nim. I przez ten czas - ani razu nie pomyślała, że to, co robi, nie jest właściwe? Nie mówmy o tym, nie zaczynajmy tego tematu. Naprawdę?
- Mamy nie rozmawiać o gościu, za którego chcesz wyjść za mąż po tym, jak przyszłaś do mnie spędzić tu wieczór? Frances, ja... o czym w takim razie chcesz jeszcze rozmawiać? - Spojrzał na nią szkliście, bez zrozumienia. Jego naiwne słowa rozbijały się o ścianę, emocjonalne słowa nie dotarły do jej serca. A jednak - wciąż siedziała obok.
- Na Merlina, chcesz wyjść za mąż! - Niemal wszedł jej w słowo, przecież to nie był jego pomysł - wychodziła za innego mężczyznę. Zamierzała zostać we własnym domu, sprowadzić go do siebie? Czy ten facet nie miał jaj? - Ze wszystkim, co najgorsze, Fran? Tylko tym dla ciebie jestem? - Był przecież częścią tego miejsca, częścią tego świata. Nie potrafił jej zrozumieć: wpadli na siebie tamtego dnia, czy to tylko w jego wyobraźni to ona zainicjowała ich bliskość? Czy te kilka chwil, które ich połączyły - czy to była tylko krótka chwila nic nie znaczącej przyjemności? Przecież nie była taka. Nie wydawała się. Nie zareagował w żaden sposób na jej ckliwe zapewnienie, że coś czuła. Chyba po tym, co usłyszał, że nie był w stanie w to uwierzyć. Żal ściskał jego serce, oczy chyba zaczynały się czerwienić, ale w nocnym półmroku trudno było to dostrzec - nie patrzył zresztą na nią. Jak to się stało, że w to uwierzył? Że uwierzył, że mógł sięgnąć po coś więcej? Był tylko cyrkowym błaznem - i nikim więcej, czas przełknąć gorzką prawdę.
Nie rozumiał, że mogła potrzebować czasu do namysłu, sam nigdy tego nie robił. Przez całe życie podążał za sercem, a to wykrzykiwało swoje pragnienia od razu. Wysunął dłoń z jej uścisku, nie pojmując, dlaczego wciąż pragnęła tej bliskości. Mówiła jedno, robiła drugie. Może nie wszystko było już stracone? Na ten moment wydawało się że owszem - Frances odmówiła, powody wydawały mu się bzdurne. I znów wracał Wroński, jak cień rzucany przez straszną przeszłość. Może nie wspominała go jednak całkiem bez powodu, miała zresztą zostać jego żoną.
- Jest dla ciebie ważniejszy - skwitował krótko jej słowa. Pusto, ponuro, pociągając z butelki kolejny łyk wina. Była w stanie poświęcić Marcela dla Daniela, ale nie odwrotnie. - Po co właściwie tu dzisiaj przyszłaś? - zapytał, drżącym od emocji głosem, chyba nie potrafiąc jej w trakcie tego pytania spojrzeć w oczy. Sama obdarowała go pocałunkami, bynajmniej nie platonicznymi, sama zmierzała do ponownych spotkań i wreszcie sama się tutaj pojawiła, wciąż otwarta na jego bliskość, wciąż smakując jego ust i pozwalając jemu posmakować własnych, tylko po to, by wyznać mu, że zamierza wyjść za kogoś innego. Zamknął oczy, na chwilę, dwie, zbierając chaotyczne myśli, powstrzymując nabiegające do oczu łzy i usiłując uspokoić rytm rozkołatanego serca. Jak, jak mógł być tak naiwny i pomyśleć, że mógł się stać dla kogoś ważnym? Że mogła by chcieć wyjść za niego - chłopca z cyrku.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Frances Wroński
Frances Wroński

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka, prawa ręka profesora
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Beauty may be dangerous, but intelligence is lethal.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime25.03.21 1:43

Ciche westchnienie wyrwało się z dziewczęcej piersi. Nie była pewna, kto dokładnie krył się pod jego pojęciem oni do tej pory nie mając wielu okazji by obeznać się z panującą polityką, zbyt skupiona na ucieczce z paskudnego, toksycznego otoczenia rodziny, nowej pracy oraz stabilizowaniu nowej, odrobinę samotnej codzienności. Strzępki informacji wydawały jej się niewystarczające do postawienia ostatecznej tezy, której nie mogła do tej pory poprzeć żadnymi, naukowymi faktami które w jakikolwiek sposób mogłyby pomóc jej w pełni zrozumieć naturę tego, wydającego się niezwykle bzdurnym, konfliktem. Eteryczna alchemiczka zignorowała kolejne słowa swojego towarzysza będąc pewną, iż nigdzie ich nie doprowadzą. On nie rozumiał. Nie był w stanie przejrzeć przez szaroniebieskie spojrzenie, zrozumieć sensu skrytego między jej słowami, wyczytać z jej lakonicznych gestów tego, co mogła chcieć mu przekazać, lecz nie chciała określać słowami, zwyczajnie nie odnajdując ich odpowiedniego złożenia. Lodowaty ton jego głosu sprawił, iż nieprzyjemne ciarki przeszły przez jej drobne ciało. Chciała zaprzeczyć, wyjaśnić iż wykazuje te same, niezwykle zgubne schematy szybko jednak porzuciła te chęci. Jeśli będzie chciał i tak odsunie od siebie podobne rozważania bądź schematy, przedstawiając je w sposób, jaki jemu pasował - ona sama doskonale znała takie podejście, nie raz przeinaczając rzeczywistość w swojej głowie by uchronić delikatne wnętrze.
- Ale przecież to nie on to zrobił, Marceliusie. To, że mieszka na Nokturnie wcale nie oznacza, że w jakikolwiek sposób przyłożył rękę do tego, co działo się na ulicach. - Mówiła spokojnie, a delikatny głos wchodził niemal w kojące tony. Nie chciała by ten zbytnio się niepokoił będąc przekonaną, iż nic jej nie grozi w towarzystwie Daniela. - Doceniam, że się o mnie martwisz. Cieszę się, że nie chcesz abym podzieliła podobny los i jestem niezwykle za to wdzięczna lecz mogę cię zapewnić, iż on również nie chce mojej śmierci. Nie należę do odważnych i z wierz mi, gdyby był jakimkolwiek dla mnie zagrożeniem z pewnością nie utrzymałabym z nim znajomości. - Dodała, chcąc zapewnić go o tym, iż jest pewna tej znajomości. Sama wobec przyjaźni z Wrońskim nie posiadała żadnych, choćby najmniejszych zastrzeżeń, już od pierwszego dnia ich znajomości gdy uratował ją przed niezwykle paskudnym losem.
Nie komentowała jego słów tyczących się ślubu który, przynajmniej w jej mniemaniu z pewnością był platoniczny - według układu miał trwać jedynie przez krótki wyrywek czasu oraz zakończyć się planowanym rozwodem.
Szaroniebieskie spojrzenie na chwilę powędrowało w kierunku Marcela, by przyjrzeć mu się uważniej w poszukiwaniu... w zasadzie nie była pewna czego. - Nie. Nie chcę rozmawiać o tym, na co zasługuję, a na co nie. To... To nie jest dla mnie przyjemny temat. - Odpowiedziała niepewnie. Jej samoocena nadal pozostawała wiele do życzenia, mimo iż od trzech miesięcy pozostawała odcięta od toksycznej rodziny. Nadal jednak pamiętała wszystkie wątpliwości padające z ust matki oraz reszty rodziny, nadal pamiętała, jak to Keat uznał ją za niewystarczającą, by być jego siostrą, woląc towarzystwo podejrzanych portowych pijaków.
- Tylko na kilka miesięcy. - Odpowiedziała na jego słowa. Nie widziała sensu, by przenosić pracownię co kilka miesięcy, gdy już poczuje się w niej w pełni zadowolona, jednocześnie chcąc przez te kilka miesięcy dać Wrońskiemu namiastkę prawdziwego ciepłego domu jakim było Szafirowe Wzgórze. Decyzja wydawała się jej być niezwykle oczywista. Eteryczna alchemiczka przygryzła delikatnie wargę, słysząc pytanie, jakie padło z jego ust. - Nie Ty, lecz port. Widzisz, ja... mój ojciec był mugolem, zginął w jednej z ich wojen... Mama ledwo wiązała koniec z końcem, więc przygarnął nas wuj który mieszkał w dokach. O ile Keat szybko się tam odnalazł, ja nigdy nie potrafiłam znaleźć tam swojego miejsca... Przeszłam tam przez piekło. Keata nigdy nie było, mama chorowała, a wszystko spadało na moje barki, w dodatku moja rodzina była niezwykle dla mnie toksyczna. Wtedy kiedy próbowali mnie... zhańbić... Keat miał odebrać mnie z pracy, ale zapomniał, napadli na mnie niemal pod oknem mojego wuja i gdyby Daniel mnie nie uratował... - Ciche westchnienie uleciało z jej ust, a szaroniebieskie spojrzenie utkwiło w dachu jednego z namiotów. Nie lubiła przyznawać się do tego, iż kiedyś mieszkała w porcie, uznając to miejsce za najokrutniejsze w całym Londynie. - A gdy włamano mi się do mieszkania i zabito sąsiada, moja wspaniała rodzina nie ruszyła nawet palcem, zrzucając na mnie jeszcze więcej problemów. Do tego stopnia iż nie raz rozważałam rzeczy o których młoda panna nigdy nie powinna myśleć. Dlatego nie mogę znów tu się znaleźć i... i dlatego wolałabym zmienić to, kim był mój ojciec. Jak widzisz, to nie ma nic wspólnego z tobą. - Łzy ponownie zalśniły w szaroniebieskim spojrzeniu na wspomnienie tamtych dni spędzonych w paskudnych, portowych dokach. Nie widziała jednak innego sposobu na przekonanie Marceliusa, iż to nie on kojarzy jej się ze wszystkim co najgorsze. Prawda była inna, dla niej dużo bardziej przykra oraz nieprzyjemna.
A gdy zabrał dłoń od jej dłoni nie protestowała, zakładając ręce na piersi, jakoby ten gest miał dodać jej odwagi, by przebrnąć przez resztę tej rozmowy. Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust, nie będąc pewną co powinna powiedzieć na jego stwierdzenie. Potwierdzić? Zaprzeczyć? A może spróbować wyjaśnić, jak wiele Wroński dla niej zrobił i jak bardzo obawiała się, że sobie bez niego nie poradzi? To wszystko wydawało się być nieodpowiednim. - Nie zwykłam stopniować znajomości, Marceliusie. - Odpowiedziała nieco ciszej, spojrzeniem uciekając gdzieś na bok. Dopiero kolejne jego pytanie sprawiło, że Frances niepewnie przeniosła spojrzenie na jego buzię. - Mówiłam ci i... chyba zwyczajnie chciałam się z tobą spotkać. Miałam nadzieję, że... Merlinie nie wiem, jakoś magicznie wszystko się wyklaruje, a ja będę wiedziała co robić, ale to wszystko... mam wrażenie jakby świat wywracał się do góry nogami. - Wyznała odrobinę niepewnie. Kiedyś właśnie tego chciała -przypadkowego spotkania z dawnym obiektem westchnień oraz szczęśliwego zakończenia, teraz jednak nabierała pewności, iż chciała czegoś, a raczej kogoś innego, o czym nie powiedziała głośno, nie chcąc ranić uczuć młodego Sallow.


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime26.03.21 1:10

Pełen był emocji, które nie do końca potrafił od siebie odróżnić i rozpoznać, jak ocean targany sztormem, w jedną i drugą stronę, jak łódź roztrzaskana uderzeniem wody, dryfująca na morskiej pianie połamanymi fragmentami burty, nieskładny, zagubiony, pełen sprzeczności. Ściśnięte serce rwało się do niej jak rumak, trzymany jednak na więzach jej bezdusznych słów. To ona miała być tym, co przetrwało, co w świecie innym niż wcześniej wciąż niosło ciepło: kiedy dostał tamten list - naprawdę uwierzył.
A teraz nie wierzył własnym uszom, kiedy broniła człowieka z Nokturnu, a chcąc go uspokoić, wychwalała zalety Wrońskiego; nie chciał o nim słyszeć, nie w ten sposób, nie tylko dlatego, że słów tych wcale nie rozumiał. Nazywała go przyjacielem, tylko przyjacielem, a jednak chyba więcej go było w jej myślach niż jego. Przez chwilę nie potrafiła skoncentrować się na nim - momentami uciekając myślami do człowieka, który miał mu ją zabrać. Naprawdę przyszła tu po to, żeby o nim opowiadać? Nie interesowała go jego praca, zwyczaje, miejsce zamieszkania ani jego parszywa gęba, chciał, żeby trzymał się po prostu z dala od niej. Ale ona tego nie chciała - i nie widziała nic niewłaściwego w jego kryminalnym życiu. Ona, szkolny prefekt, przywiązana do zasad czarownica, o sercu, jak mu się wydawało, szczerym i dobrym. Kolejne negacje jego słów tylko mocniej go rozsierdzały: rozruszane emocje nie mogły znaleźć ujścia, a rosnąca frustracja podsycała wrzącą krew. Był gwałtowny. Emocjonalny i zbyt porywczy. Podczas gdy ona analizowała swoje przemyślenia i nie wypowiadała słów, których nie była pewna, on miał zwyczaj mówić ich zbyt wiele i zaczynać myśleć dopiero po tym, jak wykonał już swój ruch. Czasem żałował, teraz wpatrywał się przed siebie w milczeniu, przyjmując jej kolejne słowa: brakowało mu w nich głębi, przyjaznego słowa, wsparcia, zrozumienia. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zrozumieć więcej. Nie wierzył w analizy, w długie wywody, wierzył w moc serca i w moc uczuć, których nie dało się oszukać - a z których ona wydawała się w tym momencie ponuro obdarta, inaczej jeszcze ledwie kilka chwil temu. Kiedy prowadził ją na ramieniu, kiedy smakował jej słodkich warg i trzymał jej ciepłą dłoń. Nie rozumiał jej. Małżeństwo z rozsądku było jednak czymś innym niż improwizowane małżeństwo na kilka chwil. Tego nie dało się nazwać rozsądkiem - najwyżej wyrachowaniem. Nawet w jego świecie jednak monogamia wśród czarodziejów była czymś absolutnie naturalnym, w jej - najwyraźniej niekoniecznie.
Słyszał już historię o dokach, o porcie, o jej rodzinie, choć bardziej rozrzuconą, porwaną strzępami, opowiadała już o ojcu, o swoim problemie, o włamaniu. Nie przyznałby przed sobą samym, że był hipokrytą, ale w tym momencie nie chciał myśleć o jej problemach: nie wzruszały go, czuł się zraniony. Potrzebował czegoś więcej. Pragnął czegoś więcej. Zwykłej ludzkiej życzliwości. Dopiero co zamordowano jego matkę - wypruto jej flaki tylko za jej pochodzenie - a gdyby nie Billy, skończyłby pewnie tak samo jak ona. Po piętnastu latach spotkał się z ojcem, który okazał się zwyczajnym dupkiem. Pobili go na ulicy - też za nic. Okradli - kiedy leżał nieprzytomny. O żadnym z tych zdarzeń jej jednak nie opowiedział, mimo to oczekując wyrozumiałości. A ona, ona myślała tylko o tym, że jako panna młoda nie powinna się teraz smucić.
Panna młoda, powtórzył to słowo w myślach jeszcze parę razy. Odrzuciła jego propozycję, nie z powodów, które podała, odrzuciła ją, bo pragnęła kogoś innego. A mimo to - siedziała tu wciąż przy nim. Naprawdę chcesz trzymać dwie sroki za ogon, Frances?
Marcel nie lubił się dzielić - chciał brać tak jak dawał, całym sobą.
Pokręcił przecząco głową, kiedy oznajmiła, że nie zamierza stopniować ich znajomości. Przed momentem wyznała mu, że coś do niego czuje, kilka chwil temu, czy to samo czuła do Wrońskiego? Czy właśnie oznajmiła, że traktuje ich na równi, choć parę chwil temu sugerowała, że mógłby poczekać, aż weźmie rozwód?
- Chciałaś się ze mną spotkać - powtórzył po niej głucho. Trochę chyba kpiąco, bo w jego sercu zgromadził się już żywioł dość silny, by skruszyć mury. Jego oczy były zaczerwienione, lśniły, głos drżał, ale wysiłkiem powstrzymywał się od płaczu. - Stwierdziłaś, że to będzie zabawne? Że co się wyklaruje, Frances, twój ślub czy nasza relacja? Ty masz wrażenie, że twój świat wywraca się do góry nogami? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co dzieje się z moim światem? Czy ciebie to w ogóle interesuje? - Nie chciała mu mówić, żeby go nie zranić. Pamiętał. Morgano, naprawdę była w to beznadziejna. Chyba coś w nim pękło, słowa wylały się potokiem żalu. - Przychodzisz tu, trzymasz mnie za rękę, całujesz mnie, twierdzisz, że coś do mnie czujesz, ale zapierasz się, że wyjdziesz za mąż za świra z szablą tkwiącego po uszy w siedlisku czarnej magii, bo raz ocalił cię na ulicy, a poza tym zaraz weźmiecie rozwód - Więc po co ten cholerny ślub, Frances? - Jeśli jesteś znudzona, są inne sposoby na to, żeby się zabawić. Może następnym razem nie cudzym kosztem - Poderwał się, z pozycji siedzącej, na nogi, z których płynnie - jednym susem, podtrzymując się lewą dłonią dachu - zeskoczył na dół, wylądował miękko na ugiętych nogach. Wino, które trzymał w dłoni, trochę się rozchlapało, ale nie zwrócił na to większej uwagi - w butelce wciąż było trochę alkoholu - na tym samym impecie odwrócił się w jej stronę, zadzierając brodę, by na nią spojrzeć.
- Wiesz co, Frances? Wszystkiego najlepszego - Coś sprawiało, że w jego ustach nie brzmiało to wcale jak szczere życzenia. Bliższe były jednak klątwie. - Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! - zawołał w jej stronę, unosząc nieznacznie butelkę w toaście, nim obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, w kierunku migoczących nieopodal ognisk. Nie obejrzał się ani razu, wiedząc, że zostawia ją samą - na dachu, z którego trudno jej będzie zejść, pośrodku cyrkowego zaplecza, z którego nie znała drogi do domu.
Może ktoś ją ocali i to jednak z nim weźmie ślub.
Upił łyk wina z butelki, wkrótce znikając gdzieś między wagonami, w nocnych ciemnościach, zaciskając powieki, które skrywały szkliste oczy. Serce krwawiło boleśnie, ścisk w żołądku wydawał się mocniejszy tym bardziej, im mocniej oddalał się od Frances, choć powinien chyba odczuć ulgę. Nie czuł wcale. Czuł ból: ból istnienia i ból świata, wdzierający się ponurą czernią do każdego zakątka jego myśli i obezwładniając całe jego ciało. Jeśli tak smakowała miłość, chyba wcale nie chciał jej znać. Miała uwznioślać, nie sprowadzać na ziemię, tymczasem smakowała rozczarowaniem, które znał aż zbyt dobrze. Przedwcześnie uwierzył w siebie, w jutro.
A co gorsza już zaczynały nawiedzać go wyrzuty sumienia, że tak ja tam zostawił.

zt chlip




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Frances Wroński
Frances Wroński

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka, prawa ręka profesora
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Beauty may be dangerous, but intelligence is lethal.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Arena Carringtonów - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Arena Carringtonów [odnośnikArena Carringtonów - Page 4 I_icon_minitime09.04.21 2:04

Nie wszystko było proste, przyjemne bądź przypominające słodkie kotki skąpane w waniliowym budyniu, zwłaszcza jeśli o relacje z innymi czarodziejami chodziło. Przynajmniej w tej relacji brak zrozumienia zdawał się poganiać kolejne wyrzuty sumienia oraz lawinę pretensji i niewypowiedzianych niedomówień. Frances znała jednak jeszcze inny rodzaj relacji - taką, pozbawioną pretensji, wypełnioną ciepłem oraz porozumieniem dusz, którego nie dało się opisać zwykłymi, prostymi słowami. Z dwojga złego wolała ten drugi rodzaj relacji; chęć zrozumienia zamiast próby wbicia jej kolejnego noża bądź obraźliwych określeń, kierowanych w kierunku jej najbliższego przyjaciela.
Daniel na pewno by tak nie zrobił... Była nawet pewna, iż nie podniósł by na nią ni razu głosu doskonale wiedząc, że to może zranić wrażliwe wnętrze, niejednokrotnie skrywane pod maską obojętności. W przeciwieństwie do Daniela, Marcelius zdawał się nie rozumieć jej słów, niczym najbardziej uparty ze wszystkich osłów kurczowo trzymając się swojego zdania. Szkolne nadzieje oraz marzenia prysły niezwykle szybko, zamienione innymi, o wiele bardziej skrytymi marzeniami.
I w niej wzbierała powoli złość, podsycana kolejnymi, paskudnymi określeniami względem bratniej duszy, kolejnymi zarzutami oraz wyrzutami, pozbawionymi choćby odrobiny chęci zrozumienia. Chciała dobrze. Wpierw nie chciała zranić jego uczuć, później nie potrafiąc jednak kryć przed nim tak istotnej informacji. Zdradziła swoje obawy, on nadal jednak nie umiał spojrzeć na sytuację z jej punktu widzenia. Sama Frances próbując wyobrazić sobie podobny scenariusz, mimo uczucia zranienia byłaby wdzięczna - za szczerość, oraz uwzględnienie w odpowiedni na tamto, jakże ważne pytanie, również jej przyszłości i tego, jak mogłaby ona wyglądać.
Łzy ponownie napłynęły do jej oczu rozmywając wizję oraz znacząc błyszczące ścieżki na jasnych policzkach, mając wrażenie, iż jego słowa wbijają się w jej umysł niczym niewielkie szpilki, boleśnie przypominające o swoim istnieniu. Bezwiednie uniosła dłoń by wymierzyć mu policzek, jak powinna zrobić już kilka minut wcześniej, miast próbować wyjaśnić sytuację. - Przestań! - Wyrzuciła z siebie łamiącym się głosem, jeszcze do końca nie będąc pewną, co dokładnie przyszło jej zrobić. - Jesteś hipokrytą, Marcel. W dodatku takim, który pominął kilka lekcji manier! Nie słuchasz mnie, uparcie brniesz w swoje miast choćby spróbować zrozumieć moją decyzję. Wiem, że to ciężkie, lecz nie spróbowałeś choćby dokładnie mnie wysłuchać. Próbowałam pytać więc nie zarzucaj mi teraz podobnych rzeczy. - Wyrzuciła z siebie wstając z dachu niewielkiego wagoniku, krzyżując później ramiona na piersi. - On przynajmniej mnie słucha i stara się zrozumieć, gdy coś mu tłumaczę. - Dodała, smukłą dłonią ocierając łzy spływające z szaroniebieskich tęczówek, w zasadzie nie będąc pewną, czemu dodała te słowa. Daniel nigdy nie pozwoliłby, by choć jedna, niepotrzebna łza uleciała z jej oczu.
- Nigdy się Tobą nie bawiłam. Jesteś okrutny i... i ty naprawdę niczym się od nich nie różnisz. - Głos eterycznego dziewczęcia był przepełniony smutkiem oraz wyraźnym zawodem. Nigdy nie podejrzewałaby go o podobne zachowania. Jak w ogóle mógł pomyśleć, iż zrobiła to specjalnie, jedynie dla rozrywki? Sama czuła się źle z tym, iż postawiła go w takiej sytuacji świadoma swojego braku jakiegokolwiek wyboru. Mówiła, zapewniała iż nie chciała go zranić, ten jednak był głuchy na jej słowa. Ostanie, zawiedzione spojrzenie powędrowało w jego kierunku, nim odwróciła się do niego plecami, pozwalając łzom swobodnie wypłynąć z szaroniebieskich tęczówek. Słyszała jak odchodził; słyszała również jego jakże podsycone jadem życzenia, jedynie przez chwilę łapiąc się myśli, iż najlepszą decyzję podjęła ledwie kilka minut temu, nawet jeśli teraz pozostała sama na dachu wagoniku. To jednak nie było problemem - wystarczyło zapłakane spojrzenie szaroniebieskich tęczówek oraz uprzejma prośba względem jednego z chyba pracowników cyrku, by ten pomógł jej zejść. Niebo na szczęście było czyste - to pozwoliło jej z odrobiną trudu, odnaleźć wyjście z Areny.

| zt. chlip


Powrót do góry Go down
 

Arena Carringtonów

Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: Arena Carringtonów-
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21