Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Teatr na klifach
AutorWiadomość
Teatr na klifach [odnośnik]16.07.16 18:11
First topic message reminder :

Teatr na klifach

Wśród nagich, granitowych skał klifów nadmorską straż pełnią kamienne rzędy widowni, usytuowane w zboczu. Wzorowany na swych antycznych poprzednikach, Teatr Minack uosabia w sobie esencję sztuki teatralnej. Chociaż na pierwszy rzut oka cały przybytek wydaje się być niepozorny, to jednak jego twórcy szczegółowo zadbali o odtworzenie całej infrastruktury starożytnej. Gdy akurat nie są w teatrze wystawiane żadne sztuki, Minack jest doskonałym miejscem na wybranie się na popołudniowy spacer - zasiadając na widowni można wtedy obejrzeć niezwykły spektakl, jaki prezentuje zachodzące na horyzoncie słońce, powoli opadając ku morskiej toni.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Teatr na klifach - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Teatr na klifach [odnośnik]30.06.22 2:33
Idąc tu szedł w nieznane - skreślał kolejne miejsce z listy, którą pozostawił mu Peter. Kolejne pośmiertne życzenie, którego miał być egzekutorem. To nie było w porządku. Oni byli zbyt młodzi, powinni mieć jeszcze czas. Jednakże wiecznie nienażarta, krwiożerca bestia nie pytała o wiek, żywiąc się dziećmi i starcami, prawymi i nikczemnikami. Bo wojna nie znała litości.
Zaopiekuj się nimi.
Zaopiekuj się nią.

Dwie bliźniaczo podobne prośby.
Raz zawiódł. Nie odciągnął Petera od wojennej zawieruchy, a pozwolił mu zapaść się w nią bez reszty.
Uczucie ulgi przychodziło i odchodziło niczym fale rozbijające się o ostre, klifowe skały. Na chwilę zalewało go całego, dając złapać oddech, po którym przychodził smutek tak głęboki, trudny do opisania nawet w najbardziej wyszukanych słowach. Odnalazł ją - widział to w nerwowym ruchu głowy, w niepewnych ruchach, gdy wyłaniała się zza poszarpanych skalnych pagórków.
Odnalazł - jedna pozycja z listy mniej.
Wraz z ulgą przychodziło świadomość.
Posłaniec śmierci.
Kostucha deptała mu po piętach, ale uciekał jej o włos.
Zamiast tego niósł jej brzemię, jej klątwę.
Chociaż w jego głosie pobrzmiewała wątpliwość, serce już wiedziało.
Wszędzie rozpoznałby te oczy. Z domieszką niepewności i nadziei. Takiego wzroku się nie zapomina. Nie kiedy tańczyły zaplątane w niebieskozielone niteczki. Wtedy ona była mniejsza. Znacznie mniejsza, na tyle, że mogła schować się za komodą.
Znowu w dłoni miał stary zegarek i kopertę, która musiała starczyć. Bo nie miano już ciała, które można było pogrzebać.
Ta świadomość wgniatała go w skalną powłokę.
Bo jeszcze przez te kilka sekund, kilka uderzeń jej serce było wolne. Całe. Nie do końca złamane.
Rozumiał jej strach, jej niepewność. Martwiłby się, gdyby nieostrożnie wyszłaby naprzeciw.
- Nazywam się Alfred, Alfred Summers - przedstawił się pełnym imieniem licząc, że zyska chociaż strzępek jej zaufania. I być może w kartotece wspomnień odnajdzie jego nazwisko. - Ja... służyłem w wojsku z twoim ojcem - jeszcze nie umiał, imię Petera stawało mu w gardle. Wolał posypać solą starą ranę, aniżeli otwierać kompletnie nową. Nawet jeżeli wiedział, że teraz jedynie odwlekał coś, co i tak było nieuniknione. Sięgnął powoli do kieszeni płaszcza, z której wyciągnął zegarek, ten sam, który należał do jej ojca. Ten sam, który przekazał Peterowi przy ich pierwszym spotkaniu. Złapał za łańcuszek, pokazując jej przedmiot. - Nie zrobię ci krzywdy, Anne - zapewnił. Nie wykonał jednak żadnego ruchu w jej stronę, pozwalając aby to ona wykonała pierwszy ruch. Czuł się jak bohater tragedii wygłaszanej wielokrotnie na tej scenie. Problem w tym, że nie podobała mu się rola, jaką miał odegrać w jej życiu.
Posłaniec śmierci.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Teatr na klifach [odnośnik]13.07.22 17:28
Ciężko było znaleźć ukojenie w surowości skał; dłonie stykające się z chłodem szarości, nieprzyjazną fakturą pełną wyżłobień i ostrych końców, a mimo to palce przemierzały nierówność płaszczyzn, jak gdyby potrzebowała jakiegoś oparcia w obawie, że zaraz straci równowagę i runie przed siebie.
Sylwetka wyrosła przed nią, obca, inna, choć nie mogła być przypadkowa – nie mógł być przechodniem, nie mógł być pracownikiem patrolu, nie mógł być kimś obcym; jej własne imię dźwięczało w uszach, dudniło niemalże boleśnie, tak jak równie mocno o żebra uderzało serce, wystraszone i bojące się werdyktu.
Wróżba, choć niejednoznaczna, miała przynieść jedno – miała pomóc znaleźć jej Petera, miała określić gdzie jest, miała doprowadzić do niego, by już nigdy mogła go nie opuszczać. Ale przed nią wcale nie stał Peter.
Nie zarejestrowała momentu, w którym na moment wstrzymała oddech, zmuszona nabrać go po upływie długich kilkunastu sekund stworzonych jedynie z intensywnego, sparaliżowanego spojrzenia wlepionego w jego twarz. Ciężko było jej określić kim mógł być – trudno było także oszacować jego wiek, choć sposób w jaki na nią patrzył był łagodny i pozbawiony przypadku, choć wciąż nie potrafiła zrozumieć, skąd wiedział jak ma na imię.
Alfred. Alfred Summers.
Przekartkowane na prędce wspomnienia, zajrzenie w głąb własnej głowy, która zawodziła albo wcale nie poznała tych słów, nawet jeśli miała wrażenie, że coś w środku faktycznie chce się dobić do głosu. Może faktycznie skądś go znała?
Summers, Summers, Summers...
Pojawiło się i rozmyło prędko wraz z kolejnym świstem wiatru, który porwał kolejne słowa; ojciec dotarło do niej i rozpłynęło się w przestrzeni wraz z bezdźwięcznym westchnieniem. Nie zdążyła poznać ojca, nie pamiętała go, zaczynała nawet zapominać czarno-białe, nieruchome zdjęcie opatrzone czarną wstążką. Kim jesteś, Alfredzie Summers?
Sięgnął do kieszeni by niedługo później ukazać jej przedmiot; zegarek, charakterystyczny bo na łańcuszku, choć wciąż mówiący jej niewiele. Odrętwienie powoli opuszczało nogi, miało także opuścić język. Z cichym sykiem wciągnęła powietrze, puszczając się w końcu nierówności skalnej, o którą opierała się do tej pory z jakąś nieopisaną obawą.
– Ja... nie do końca rozumiem – rzuciła, choć cicho i mamrotliwie, kiedy zapewnił, że nie zrobi jej krzywdy. Kim był i dlaczego był w tym miejscu? – Co Pan tutaj robi? Ja... ja słyszałam wróżbę o tym miejscu i o tym czasie, miałam się tutaj zjawić, bo... bo mój brat... – mówiła strzępkami faktów, bo sama nie wiedziała cóż miała powiedzieć, a on sam mógł nie rozumieć.
Ale skoro tutaj był, musiał być powiązany ze sprawą.
– Mój brat, Peter Beddow, może jego też Pan znał? On... on miał tutaj być, tutaj, chyba, lub gdzieś w okolicy, ja nie jestem do końca pewna...


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Teatr na klifach [odnośnik]15.07.22 12:49
Nie wierzył we wróżby, a jednak życie na ulicach Birmingham sprawiało, że na każdym rogu można było spotkać romkę w kolorowych szatach, która za zaledwie kilka monet mogła zdradzić sekrety skrywane przez przyszłość.
I chociaż nie miały one wiele wspólnego z prawdziwymi wróżbami wypowiadanymi przez osoby obdarzone darem jasnowidzenia to w jednym mieli rację.
Wróżba przychodzi zawsze, ale nigdy w taki sposób, w jaki się tego spodziewamy.
Czy to był jeden z takich momentów? Niewątpliwie.
Miał informacje o jej bracie, mógł zakończyć jej poszukiwania, ale z pewnością nie tego się spodziewała.
Patrzył na nią i słowa więzły mu w gardle. W otoczeniu ostrych skał zdawała się tak krucha. Jakby informacja o śmierci brata miała rozbić kruchą sylwetkę na miliony kawałków, a jedyne co mógł zrobić to być biernym świadkiem tego, jak kolejne życie zostało pożarte przez wiecznie głodną bestię.
Odchrząknął, a spojrzenie stalowych tęczówek utkwiło w końcu w jej twarzy, nie uciekając po bokach.
- Peter przekazał mi ten zegarek, który wcześniej w imieniu waszego ojca przekazałem jemu - zaczął, próbując wśród tego chaosu znaleźć jakiś początek, który pozwoli im jakoś nadać kształt tej rozmowie, wytyczyć odpowiedni kierunek. Prawda była taka, że było to niemożliwe - bo właśnie fala tragedii miała rozbić się o jej drobne ciało. - Miałem ci go zwrócić na wypadek gdyby... gdyby nie mógł zrobić tego osobiście - nie umiał nazwać tego wprost. Zbyt wiele razy wypowiadał to słowo na głos. Uważnie jej się przyglądał i w międzyczasie powoli wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni płaszcza, z której ostrożnie wyciągnął zapieczętowaną kopertę. - Przykro mi, Anne - naprawdę było mu przykro. Wojna po raz kolejny żywiła się na niewinnych istnieniach młodych ludzi, którzy mieli mieć przed sobą jeszcze wiele lat. Kolejne zmarnowane pokolenie. - Wskazał mi kilka miejsc, w których mógłbym cię znaleźć na wypadek, gdyby coś mu się stało. Chciał, żebym przekazał ci ten list - dodał, wyciągając dłoń z kopertą w kierunku dziewczyny. Czuł się, jakby czekał na sztorm. Trwał w ciszy przed nadejściem burzy, która niewątpliwie miała nadejść.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Teatr na klifach [odnośnik]20.07.22 17:33
Wciąż próbowała sobie przypomnieć, przywołać wspomnienie, znaleźć odpowiednie miejsce, odpowiedni obraz i odpowiednie słowa; ale mężczyzna, który przed nią stanął wciąż był enigmą, czymś zupełnie niepasującym do układanki, obcym elementem w rozsypanych puzzlach. Rzeczywisty, a jednocześnie tak drażniąco nierealny, zupełnie jak gdyby przywiał go tutaj wiatr, wichry otulające klify stworzyły jego sylwetkę i postawiły na drodze Beddow, wysokiego i postawnego, z zatroskaniem malującym się na twarzy.
Cały czas starała się dopasować jego nazwisko, po nici do kłębka kiedy kolejne fakty płynęły z jego ust – zegarek, ojciec, Peter; musiał znać ich rodzinę, musiał znać ją, skoro imię chwilę temu zadźwięczało w jego ustach, i choć porwał je wiatr, wyryło się w pamięci natychmiastowo.
Odsunęła się od głazu oddzielającego bok sceny od niższych partii skalnego teatru po jakimś czasie, ostrożnie schodząc w dół by zmniejszyć dzielący ich dystans, wciąż jednak ostrożna i niepewna, świdrująca zielono-niebieskim spojrzeniem jego ruchy, niedługo później przenosząc je na zegarek bujający się na metalowym łańcuszku. Próbowała – niemalże boleśnie spoglądała na nieco przyrdzewiałą tarczę – odnaleźć odpowiednie wspomnienie, zrozumieć dlaczego ten mężczyzna miał coś, co należało do jej ojca i dlaczego Peter ofiarował mu ten przedmiot.
Ale odpowiedzi nie nadchodziły – a może wręcz przeciwnie; stojący przed nią Alfred Summers odkrywał kolejne zakryte pola prawdy, a ona okrutnie bała się im przyjrzeć.
Przykro mi, Anne. Zawisło gdzieś w przestrzeni, rozepchało się pomiędzy dwiema sylwetkami – niską i drobną i tą zdecydowanie postawniejszą.
Dziewczęce brwi zmarszczyły się wyraźnie, wzrok wędrował od metalowego zegarka do twarzy mężczyzny, która niosła w sobie wiele emocji, w tym momencie jednak dziwnie trudnych do zidentyfikowania.
– Chyba nie rozumiem – powiedziała wprost, odrobinę kręcąc głową, kiedy jego dłoń powędrowała w jej kierunku. List, kartka, pergamin otulony kopertą – co skrywał, czym był, dlaczego Peter nie wręczał jej tego osobiście? Co znaczyła wróżba? Kim był Alfred Summers? Czy zegarek w jego dłoni potrafił jeszcze odliczać czas?
Odpowiedzi nie nadeszły, paradoksalnie rozciągały się na zwitku papieru, który jej wręczył. Podniosła dłoń by przechwycić list dopiero po czasie, jak gdyby niepewna, że to faktycznie należało do niej.
– Ja.... skąd pan zna Petera? Coś kazał przekazać? Gdzie on teraz jest? – rzucała pytaniami jeden po drugim, w końcu odnajdując palcami zaklejone miejsce koperty, które należało otworzyć – To na pewno dla mnie? To jakieś... nie w jego stylu... – kiedyś pisali listy, dawno temu, a teraz od wielu miesięcy nie było po nim słowa. Pergamin ustąpił, palce wysunęły kartkę ze środka, wzrok znów podążył za mężczyzną.
– O czym Pan mówi...


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Teatr na klifach [odnośnik]25.07.22 22:10
Słowa więzły w gardle. Nie chciały wyjść same, a i Alfred nie kwapił się do wypchnięcia ich z własnej krtani. Prędzej wolałby się nimi udusić, jakby miało to w jakikolwiek sposób zmienić rzeczywistość, sprawić, że Peter jednak wdrapie się po stromym zboczu i stanie wraz z nimi na tej scenie, będącej obecnie jedynym świadkiem tragicznej farsy, która właśnie miała miejsce.
Czy to nie nadawało całej sytuacji dodatkowego, ironicznego wymiaru? On pamiętał jej drobną, dziecięcą sylwetkę aż za dobrze, nawet jeżeli była tylko tłem dla blednącej twarzy matki. Ona? Nie odnajdowała w rysach twarzy Summersa odpowiedzi na niemo zadawane przez jej spojrzenie pytanie. I wydawało się, że podsuwane przez niego obrazy nie przynosiły rezultatu.
Zwykle obojętne spojrzenie o barwie przypominającej stal teraz wyrażało ból. Dlaczego zmuszała go do powiedzenia tego na głos. Dlaczego po raz kolejny miał być posłańcem śmierci, niosącym ciężar odpowiedzialności za coś, co w rzeczywistości jego odpowiedzialnością być nie mogło. Chociaż czy na pewno? Czy na łożu śmierci nie złożył ich ojcu obietnicy, której nie umiał dochować?
Raz jeszcze przełknął ślinę, która w tym momencie smakowała goryczą.
Targnęła nim również dziwnego rodzaju irytacja - czego nie rozumiała? Dlaczego znęcała się nad nim? Czy nie mógł mieć chociaż krztyny świętego spokoju? Ta irracjonalna złość była jedynie efektem ubocznym wieloletniego zmęczenia i wyrzutów sumienia, które nie od miesięcy a od lat trawiły całą jego codzienność, zatruwały myśli.
W przypływie tej złości, kulminacji różnych, gromadzących się w klatce piersiowej emocji niemalże wypluł następne słowa.
- Peter nie żyje - to zdanie brzmiało przerażająco znajomo. Ile razy wypowiadał jego parafrazę, najczęściej zmieniając jedynie odbiorę? Ile razy te dwa ostatnie słowa spotykały się koło siebie w korowodzie słów? - Po śmierci waszej matki Peter złapał ze mną kontakt, od czasu do czasu pomagałem mu finansowo. List z prośbą o odszukanie ciebie wraz z zegarkiem otrzymałem niedawno - nie uciekał wzrokiem, chociaż bardzo by chciał. Powinien oswoić się ze śmiercią. I po części tak było. Ta już go nie szokowała, była niczym niezbyt lubiana towarzyszka sprzed lat. To właśnie patrzenie na jej spotkania z innymi, to jak wykrzywiała twarze żyjących w przerażające maski bólu, żalu i złości sprawiało, że najchętniej odwróciłby wzrok, zacisnął mocno powieki i udawał, że nie widzi.
- Przykro mi, Anne - jeszcze raz powtórzył te słowa. Nie tego się spodziewała, przychodząc w miejsce, które kojarzyło jej się ze starszym bratem, namiastką tego, co kiedyś nazywać mogła rodziną. - Peter walczył o coś w co wierzył, chciał, żebyś miała szansę poznać prawdę od niego - dodał jeszcze, zerkając na miętoloną przez nią kopertę. Wielu nie miało okazji usłyszeć zmarłych zza grobu. Sam też rozumiał - chociaż nie pochwalał - zaangażowania jej brata w działania wojenne. Nawet jeżeli kilkanaście lat wstecz, w innej wojnie, w innym życiu, zrobił to samo.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Teatr na klifach [odnośnik]26.07.22 20:24
Summers, Summers, Summers...
Powtarzała to w myślach jak jakąś mantrę, namiastkę rzeczywistości, która paradoksalnie dryfowała gdzieś poza świadomością. Był jak ze snu. Teatr na klifach był snem, a oni w nim występowali, zupełnie jak aktorzy na desce kamiennego teatru, grali tutaj swoje role w wielkiej sztuce, którą ktoś napisał wraz z jasnowidzką wróżbą. Przez moment naprawdę w to wierzyła.
Przez ułamki sekundy trzymała się, kurczowo i desperacko, przekonania, że to wszystko tylko jej się śni.
Ale on tutaj był, ona stała przed nim, skały były szorstkie, wiatr zimny, a słowa niezrozumiałe.
Były jego oczy, wpatrzone w te należące do niej; choć okrutnie chciała odwrócić wzrok, a później plecy i całą sylwetkę, uciekając stąd ze słowem krótkiej wymówki, nie potrafiła. Nie potrafiła powiedzieć nie, nie potrafiła zaprotestować i odejść. Bo choć nie chciała łączyć go i tego co mówił z tym, co miała usłyszeć, musiała.
Papier koperty przemykał między palcami, miękki i nieco wybrudzony, pognieciony, wciąż dziwnie obcy, a rzekomo należący do Petera. Nie chciała patrzeć na zaklejony list, nie chciała utożsamiać go z faktem, że wewnątrz faktycznie mogły leżeć słowa jej brata. Przykro mi, Annne. Dlaczego było mu przykro?
Słowa, które padły, były nierzeczywiste.
Wypowiedziane w innym języku, urwane wiatrem, unoszące się na powierzchni wody, pod którą się znajdowała – nie potrafiły przedrzeć się przez taflę, dryfowały na krawędzi świadomości, obce i niechciane, nijakie i puste. W końcu – formułujące się w ból, który przedarł się przez kurtynę. Agresja dźwięczała na końcówkach zgłosek, choć to nie wypowiadającego słowa się bała – bała się, kiedy wszystko zaczęło formować się w logiczny sens.
Kontakt, matka, pomoc – wszystko to, co powiedział potem było wyraźniejsze, dobitniejsze, dzwoniło jej w uszach. Wszystko wirowało wokół trzonu, prostego zdania – Peter nie żyje.
Kiedy uderzyło, miała wrażenie, że zwymiotuje.
Niekontrolowany ruch zgiął sylwetkę, ni w pół, dostatecznie jednak wyraźnie, by zachwiać ciałem i zmusić ją do kolejnego otarcia się o wystający głaz; ostra krawędź sunęła po otwartej dłoni, rozpościerając zaraz potem wstęgę czerwonej rany. Instynktownie wraz z impulsem bólu ujęła dłoń drugą, a szkarłat poplamił kopertę.
On nie żyje.
– Ja... – zaczęła, zupełnie jakby nie swoim głosem, wydobytym gdzieś ze środka; pustego, roztrzaskanego, tak, jakby nigdy nie istniała – Ja muszę już iść – nie wiedziała nawet gdzie, dokąd i po co. Splamiona krwią koperta, ogłuszone wrzaskliwym komunikatem myśli. Peter.
Piotruś.
Odwróciła się przez ramię, tkwiąc w odrętwieniu, nierealnie przesuwając się obok mężczyzny by wyminąć jego ciało prawie jak duch, odcięty od rzeczywistego świata. Nie potrafiący płakać, krzyczeć, nie potrafiący czuć.
Gdzie było jego ciało?
– Gdzie został? – wypłynęło niemal bezdźwięcznie; gdzie był, kto się o niego zatroszczył, kto go objął i był przy nim? Jak miała się tam dostać? Kiedy... kiedy to było? Czy zdąży?
Zadaniowość chciała przejąć kontrolę, choć nie było już sensu robić cokolwiek. Nie było sensu by szukać, nie było sensu, by czekać. Nie istniało już nic.
Drżenie palców poczęło wędrować dalej, objęło dłonie i ramiona, zakradło się w barki i plecy, skąd spłynęło w dół kręgosłupa.
Jak długo mogło spadać się z klifu do morza?
Pytanie zaświeciło się zaraz obok niewiedzy o ciele Petera; gdzie mogli się spotkać? Gdzie miała go znaleźć?
Bez słowa zaczęła iść przed siebie, w pewnym momencie zdając sobie sprawę z koperty ubrudzonej krwią; uniosła ją i schowała za sweter, gdzieś w okolicach serca, wciąż wykonując mechaniczne ruchy, z wzrokiem utkwionym w przestrzeni. Odwróciła się dopiero po jakimś czasie, nadal nieobecna.
– Dziękuję, panie Summers – nie wiedziała za co.
Nie wiedziała już niczego, a kroki nie miały już znaczenia.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Teatr na klifach [odnośnik]02.08.22 2:37
Przeraziła go własna reakcja - spokojna.
Obawiał się momentu wyznania, momentu w którym będzie naocznym świadkiem rozpadającego się życia. Jednakże gdy w końcu zrzucił ciężar tych słów ze swoich barków poczuł ulgę. W końcu nie niósł tego brzemienia, zrzucił je na barki Anne - spełnił jedną ze swoich powinności. Odnalazł ją zgodnie z wolą zmarłego i przekazał jej ostatnie słowa.
I chociaż czuł się tak, jakby w tym momencie stał gdzieś obok, jakby jego ciało nie należało do niego, a duch dryfował gdzieś w przestrzeni, to wiedział, że to uczucie prędzej czy później zaciśnie palce na jego gardle, wtedy, gdy najmniej się tego spodziewał. Teraz jednak witał się ze swoją przyjaciółką, śmiercią, która swoim znamieniem naznaczyła Anne. Jeszcze nie zabierała jej ze sobą, ale w okrutnym splocie wydarzeń odbierała młodej dziewczynie jej duszę, kawałek po kawałeczku, aż w końcu zostawi ją poszarpaną, błagającą o następną wizytę.
To w tym wszystkim chyba bolało najbardziej. Przecież zmarli już nie odczuwali ani strachu przed nadchodzącym porankiem, ani bólu po stracie. To żywych śmierć dotykała najbardziej, zmieniała ich życia i odbierała rozum.
Uważna para oczu śledziła każdy jej ruch, był teraz żołnierzem w stanie gotowości. Pilnował aby żaden niepożądany ruch z jej strony nie miał miejsca. Zwinął usta w wąską linię, chociaż przecież żadne słowa nie próbowały znaleźć ujścia. Bo nie było takiej frazy, zlepku głosek, które mogłyby ukoić ból, którym zaogniła się świeżo zadana rana.
- Nie wiem - odparł sucho, jakby jego głos wyprano z emocji. - Nie szukaj go, pochowaj to, co ci po nim zostało - wojenna rzeczywistość nie dawała tego luksusu chowania zmarłych. Gdziekolwiek był i cokolwiek się z nim stało, nie mieli pewności, czy byliby w stanie rozpoznać strzępki ciała, które mogły po nim pozostać. - Nie chciałby, żebyś takiego go zapamiętała - brutalne zrozumienie płynęło z jego słów i spojrzenia. Czasem lepiej jest nie widzieć poszarpanej faktury mięśni, zdeformowanej twarzy, której widmo prześladowało nocami.
Nie musiała dziękować. Nie chciał, aby dziękowała.
- Anne! - zawołał jeszcze za nią, kiedy pozwolił otępieniu odpłynąć w niepamięć. Wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu, na którym napisano adres w Dolinie Godryka. - Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebować, to mój adres - nie wiedział czego mógł od niej oczekiwać. Czy faktycznie miała się do niego odezwać? A może już nigdy więcej nie miał usłyszeć wieści od Anne Beddow.
Jeszcze chwilę stał, wpatrując się w drobną sylwetkę zanikającą na horyzoncie.

//ztx2 dziękuję bardzo mompls
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Teatr na klifach
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach