Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Głębia lasu
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Głębia lasu

W południowej części Szkocji znajduje się osnuty dziwną aurą las - wydaje się, że aż pulsuje on magią. Mieszkający w pobliżu czarodzieje doskonale wiedzą, że na zarośnięty niebosiężnymi drzewami teren nałożona jest niezliczona ilość zaklęć ochronnych, nikt nie ma jednak pojęcia, z jakiego powodu. Pewne jest jedno: zaklęcia są zbyt silne, by je złamać i tak stare, że wyłącznie legendy opowiadają o ich źródle.
Powietrze w lesie zawsze jest świeże, jakby na podobieństwo tego towarzyszącego burzy. Wśród gęsto rosnących drzew nie mieszkają jednak żadne zwierzęta - w koronach drzew nie świergolą ptaki, przy grubych korzeniach nie wylegują się jeże, a na horyzoncie nie skaczą nawet wiewiórki. Niekiedy tylko pomiędzy nogami przybyszów przemykają żądne magii chropianki.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Widział, że się denerwowała. Jeszcze zanim słowa opuściły jej usta, żeby rozwiać się w chłodnym, zwiastującym rychłe nadejście zimy powietrzu, dostrzegał zdenerwowanie w znajomych gestach, zbyt szybkim kiwnięciu głową, nieznacznie ściągniętych wargach, dłoni ściskającej nadgarstek; również do niego sięgnął – chwytając za pocierające skórę palce, żeby zamknąć je na moment w swoich, odwrócić uwagę Hannah od uporczywych myśli o tym, co mogło pójść nie tak – i ściągnąć je z powrotem na ziemię. Chociaż na chwilę, na teraz; wiedział, że kiedy wzbiją się w powietrze, oboje będą musieli mieć oczy dookoła głowy i wtedy nerwy i adrenalina staną się ich sprzymierzeńcami – póki jednak stali twardo na ziemi, kończąc ostatnie przygotowania, nie potrzebowali wyzierających z ciemności lęków. – Hej – mruknął, opuszkiem palca kreśląc niewidzialne pętle po wewnętrznej stronie jej nadgarstka, starając się uchwycić też jej spojrzenie. Uśmiechnął się, ciepło, pokrzepiająco. – P-p-przygotowałaś wszystko. Dowieziemy je na miejsce – powiedział, być może licząc na to, że jeśli wypowie te słowa na głos, to staną się prawdziwe, jak magiczne zaklęcie zdolne zakląć rzeczywistość. Oczywiście nie mógł tego wiedzieć – po drodze mogli na nich czekać ludzie Malfoya, mogli wlecieć w sam środek sztormu, mogło przeszkodzić im zwyczajne ludzkie zmęczenie – ale w jakiś sposób wierzył, że dadzą radę.
A może po prostu wierzył w Hannah.
Zatrzymał spojrzenie na jej profilu, gdy chwilę później to ona uchwyciła jego nadgarstek, tłumacząc, gdzie popełnił błąd. Posłuchał jej, rozluźniając nieco rękę, ale przez chwilę jeszcze niezbyt skupiając się na zadaniu, wzrokiem śledząc namalowane chłodem zaczerwienienie na policzku i targany wiatrem kosmyk ciemnych włosów, który wysunął się z długiego warkocza. Dopiero nagłe zniknięcie dotyku ciepłych palców przypomniało mu, co miał zrobić; odchrząknął więc, na powrót skupiając się na zaklęciu, a później – pochylając się, żeby przyjrzeć się wyciągniętej przez Hannah mapie, czując, jak chwilowe rozluźnienie z powrotem go opuszcza, zastąpione mieszaniną czujności i skupienia.
Szeroki arkusz pergaminu łopotał przy każdym silniejszym podmuchu, przytrzymał go więc z drugiej strony odruchowo, spojrzeniem śledząc wodzący po liniach opuszek palca przyjaciółki. Marszcząc brwi, przyjrzał się najpierw szerokiej, ciemnej plamie, która oznaczała las, by następnie podążyć w stronę jezior. Pamiętał je – przelatywał nad nimi, kiedy tutaj zmierzał. – Schowamy się we m-m-mgle – wtrącił, kiedy Hannah wspomniała, że w wyborze trasy ponad wodą istotna była pogoda. Unoszące się nad zbiornikami wodnymi opary powinny na jakiś czas ich ukryć – choć przelatywanie przez zawieszoną w powietrzu wilgoć z pewnością nie miało należeć do przyjemnych doświadczeń.
Skinął głową na pytanie o drogę, dostrzegał pojedynczą, wijącą się lekko wstążkę – a później podążył spojrzeniem dalej, w stronę końca wyspy, do miejsca, gdzie zaczynał się kanał oddzielający ją od Irlandii Północnej. Starał się nie uronić ani słowa z tego, co mówiła przyjaciółka, zapamiętując zarówno trasę, jak i jej uwagi – skoro miał lecieć na przedzie, nie mógł pozwolić sobie na zawahanie czy pomyłki. – W trakcie p-p-postoju będziemy najbardziej narażeni – zauważył. Myśl o sprowadzeniu wszystkich wozów na ziemię, i to z naturalną barierą w postaci morza odgradzającą ich z jednej strony, wywoływała u niego niepokój – ale wiedział, że będą potrzebować tego odpoczynku. – Zwłaszcza, jeśli ktoś zauważy nas nad t-t-traktem. Trzeba będzie wystawić wartowników, t-t-tutaj – zasugerował, wyciągając wolną rękę, żeby dotknąć palcem mapy – i tutaj – dodał, przesuwając go nieco na prawo i stukając dwa razy. – Po p-p-przeprawie spróbujmy szerszym łukiem ominąć Belfast, podobno były tam ostatnio jakieś z-za-zamieszki, lepiej dmuchać na zimne – przypomniał sobie jeszcze, odrywając spojrzenie od trasy, żeby skrzyżować wzrok z Hannah. Wziął od niej mapę i podczas gdy ona splatała włosy, on złożył ostrożnie pergamin, tak, by bez problemu dało się wsunąć go do kieszeni. Wątpił, by w najbliższym czasie mieli okazję na niego spojrzeć – a już na pewno nie przed postojem.
Ruszył w ślad za przyjaciółką, zrównując się z nią krokiem, a później przystając, żeby sprawdzić mocowania przy drugim wozie. Kiedy do niej wrócił, uśmiechnął się bezwiednie, obserwując palce gładzące drewno; pamiętał, że w podobny sposób obchodził się z nim jego ojciec – sprawdzając, czy nadawało się do budowy. Zapytany o gotowość, w pierwszym odruchu otworzył usta, żeby przytaknąć, ale zawahał się w ostatniej chwili, zatrzymując się o pół kroku od Hannah, spojrzenie zatrzymując najpierw na jej oczach, a później – przez ułamek sekundy – błądząc nim niżej, wyrwany z roztargnienia dopiero przez przeciągłe gwizdnięcie dobiegające od kręcących się wokół wozów ludzi. Kiwnął głową. – Na twój znak – odpowiedział, cofając się, żeby przywołać do siebie miotłę, a później – już bez zawahania, odbić się stopami od ziemi, pozwalając, by huczący ponad drzewami wiatr i to cudowne, znajome uczucie nieważkości oczyściło jego głowę ze wszystkich niepotrzebnych myśli. Czekając, aż do lotu poderwą się inni, lotnicy i wozy, wzniósł się wysoko, żeby rozejrzeć się dookoła – mając nadzieję, że ich droga będzie czysta i wolna od czyhających dookoła niebezpieczeństw.

| a na spostrzegawczość sobie rzucam (+60)


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

The member 'William Moore' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 72
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Wiedział wszystko, widział w niej emocje i myśli tak, jakby ich tworzenie mieniło się różnorakimi barwami na jej twarzy, jak balonik, tam na ślubie Macmillana, który zdradzał jej nastawienie — tylko znacznie bardziej urozmaicony. Znał do niego legendę, był w stanie z całej palety kolorów odczytać właściwie i świadomie wszystko to, co dręczyło ją od środka. Nie musiał zadawać pytań, nie musiał wiele tłumaczyć, przekonywać, nastawiać. Zwykle wystarczyło kilka słów, jedno spojrzenie i ten lekki, pokrzepiający uśmiech, w który wpatrywała się z jakąś przedziwną nadzieją i ślepą wiarą w to, że jeszcze naprawdę wszystko może się dobrze skończyć.
Pokiwała głową, instynktownie zaciskając palce na jego dłoni, przez chwilę nic nie mówiąc, jakby ich spojrzenia mogły wymieniać się informacjami, które nie potrzebowały żadnych słów. Dodawał jej otuchy, wsparcia i wiary w samą siebie. Wierzył w nią, nawet jeśli jej samej czasem brakowało do tego pewności.
— Mam nadzieję — wyszeptała swoje życzenie prosto do niego, obracając dłoń delikatnie w jego, by ją ująć po swojemu i pogładzić kciukiem po skórze, w krokiem, czułej pieszczocie. Byli gotowi do drogi, mieli wszystko. Kiedy sprawdzili ostatnie ładunki, naciągnęła jeszcze sweter mocniej na biodra, nadgarstki, na dłonie wsunęła rękawiczki. Płaszcz miała zapięty pod szyję, ale wiedziała, że kiedy wzniosą się w górę rozwieje go wiatr. Z torby, która miała wyciągnęła jeszcze swój szalik, który kiedyś na drutach zrobiła jej mama i owinęła go wokół jego szyi. — Będzie chłodno, czeka nas długa droga — wyjaśniła usprawiedliwiająco, jakby ten gest był niepotrzebnym wyrazem troski. Ale martwiła się naprawdę.
Pokiwała głową. Skorzystanie z mgły jako zasłony mogło być bardzo pomocne, utrudni ewentualny pościg, wypatrywanie ich. Będą niewidoczni, szybcy. Nieuchwytni. Pomoc Williama była nieoceniona. Jeśli ktoś miał o nich zadbać to właśnie on, był w stanie wypatrzeć wszelakie niebezpieczeństwo, miał sokoli wzrok, zaprawiony w boju mógł reagować szybko. Nie ukrywała wcale, że pokładała w nim nadzieje, wierzyła, że dadzą wspólnie radę.
— Dobra myśl. Zmienimy ich, jak odpoczniemy, żeby też mogli chwilę odsapnąć. Czeka nas długa droga — mruknęła z wątpliwością, ale ta trwała tylko chwilę. Wspomnienie o zamieszkasz przyjęła ze sceptycyzmem i niepokojem jednocześnie. Uniosła brew i nabrała w płuca powietrza. Brzmiało jak kiepska wróżba, ale nie pozostawało im nic innego, jak trzymać się planu i ruszać.
Uchwyciła jego spojrzenie, jeszcze zanim się odezwał, poniekąd ponaglając ją do działania. Patrzyła mu prosto w oczy, bezwiednie rozchylają usta, jakby chciała o coś spytać. Poczuła jak w żołądku pojawia się supeł, który zaciska się mocno, wgniata trzewia w kręgosłup, zapominając przy tym na chwilę, że przestała oddychać. Jego głos przywrócił ją na ziemię. Zamrugała kilkukrotnie, spuszczając wzrok, ale nie potrafiła opanować lekkiego uśmiechu, który gdzieś się zabłąkał na wpółświadomie. — Ruszajmy — zdecydowała, unosząc znów głowę i łapiąc jego roziskrzone spojrzenie, przygryzając przy tym policzek od środka.
Jej miotła stała oparta o jeden z wozów. Stara miotła dziadka, ta, którą dla niej zrobił przed laty. Dążyła ją ogromnym sentymentem, dbała z największą miłością, pilnowała, by była zawsze nasmarowana i działała bez zarzutu. Wiedziała, że nie jest tak szybka, jak ta, którą podarowała Williamowi, ale była wciąż niezawodna i wyratowała ją dotąd z każdej opresji.
— Gotowi? W górę! — zarządziła, kiedy wszyscy czarodzieje wokół dali znak, że mogą ruszać. Odbiła się stopami od ziemi i wzniosła wysoko. Konie ruszyły przed siebie, wznosząc się przed nimi, obierając założony kurs po chwili, gdy wzbiły się w powietrze, lekkim łukiem kierując w stronę celu. Poczekała, aż wszyscy znajdą się na jednym poziomie, upewniła, patrząc w dół i rozglądając się wokół, że nikogo i niczego nie zostawili. Kiwnięciem ręki podziękowała właścicielowi tartaku i pożegnała go — niemym do zobaczenia, bo przecież to nie miał być koniec ich współpracy. I ruszyli, wszyscy. Billy na czele, patrolując okolicę.
Było zimno, powietrze siekło po twarzy już na początku wędrówki. Tu, wysoko jeszcze bardziej czuło się wilgoci nadchodzącą zimę. Na początku czuła chłód, ale po paru przelecianych w powietrzu milach zrobiło jej się wewnętrznie ciepło, w końcu mocno trzymała się miotły, manewrowała nią, uważnie rozglądając się dookoła.

| rzucam na spostrzegawczość i utrudnienia

1. Pogoda się zaczęła szybko psuć. Chmury, które wydawały się gęstnieć z każdą chwilą robiły się coraz ciemniejsze. Chłodne masy powietrza zderzały się z ciepłymi, co dało się łatwo wyczuć podczas lotu na miotle. W połowie podróży pojawiły się nad ich głowami pierwsze wyładowania elektryczne, po nieboskłonie rozniosły się dźwięki donośnych grzmotów. Zapowiadało się na burzę, nad morzem miał być sztorm.

2. Mimo niepewnej pogody, trakt, do którego wszyscy powoli się zbliżali wydawał się zatłoczony. Trudno było dostrzec z wysoka, kim byli przemieszczający się tam ludzie, rozróżnić przyjaciół od wrogów. Pojedyncze sylwetki nie wyglądały interesująco, ale w pewnym momencie z góry dało się dostrzec kilka cięższych wozów ciągniętych przez konie, jakby opancerzonych, więziennych — nie wiadomo, czy w środku znajdowali się pojmani, czy ci, którym należało zapewnić bezpieczeństwo. Wokół nich nisko nad ziemią lecieli czarodzieje w ciemnych sztach. Szmalcownicy.

3. Zbliżając się powoli do miejsca postoju okazało się, że tereny wokół pełne były ludzi, którzy ukrywali się przed łupieżcami. Z jednej strony byli czarodziejami, którzy poszukiwali schronienia i próbowali się ukryć, przedostać jakoś z Anglii do Irlandii. Niestety, nie mieli mioteł. Z drugiej wyglądali na zdesperowanych a przez to równie niebezpiecznych. Zetknięcie z nimi już na lądzie gwarantowało rozpoznanie — uciekinierzy byli w stanie rozpoznać twarze z plakatów.


Lecz im bardziej spadam, tym bardziej widzę, że to wszystko chyba nie jest sen. Choć nie chcę budzić się, nie umiem spać, świat dziwny jest jak sen, a sen jak
świat
Hannah Wright
Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright

Powrót do góry Go down

The member 'Hannah Wright' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 88

--------------------------------

#2 'k3' : 2
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Ostatnie przygotowania wydawały mu się chwilą, mozaiką obrazów i dźwięków sklejonych ze sobą mieszaniną zdenerwowania i wyczekiwania, z paroma jaśniejszymi punktami odznaczającymi się wyraźniej od reszty: palcami zaciśniętymi na dłoni, pozostawiającymi na zmarzniętej skórze niewidzialny, parzący ślad; uśmiechem rzuconym mimochodem; miękkim szalikiem owiniętym wokół szyi w geście, który sprawił, że coś ścisnęło go mocno za mostkiem, rozpychając się i wędrując aż do gardła, na krótki moment odbierając mu zdolność mówienia. – Dziękuję – powiedział cicho, nieco dłużej niż było to konieczne zatrzymując spojrzenie na parze czekoladowych tęczówek, wiedząc, że przez kolejnych kilka godzin będzie wypatrywał ich w powietrzu z równą zaciętością, co drogi mającej zaprowadzić ich bezpiecznie do Oazy. – Z-za-zagrzejemy się w Oazie – obiecał jeszcze, starając się w ten sposób zarówno dodać przyjaciółce otuchy, jak i zakląć los – a później jego myśli pomknęły do przodu, szlakiem rysowanym na mapie przez opuszek palca; kiwnął głową, starannie zachowując w pamięci ostatnie ustalenia, pozwalając sobie na rozproszenie jedynie na chwilę – jednocześnie cichą i wypełnioną dudnieniem obijającego się o klatkę piersiową serca. Uchwycił się jej, nie pozwalając co prawda, by przytrzymała go przy ziemi, ale zachowując blisko przy sobie, nawet wtedy, gdy na znak Hannah odbił się mocno od podłoża, naciągając szalik wyżej na twarz i wciągając głęboko powietrze w płuca.
Rozwiewający włosy wiatr i znajome drżenie miotły sprawiło, że niemal od razu poczuł się pewniej – tym bardziej, im szerzej rozlewał się oglądany z góry horyzont. Ciężar, który na ziemi tak często naciskał na jego żebra, zniknął, rozmywając się w rześkim powietrzu, i przez krótką chwilę nie liczyło się nic oprócz trasy, którą miał przelecieć, i ludzi, których miał za sobą; zatoczył szeroką pętlę, odwracając się i czekając, aż konie i powozy poderwą się do góry, aż czarodzieje ułożą się w szyk. Spojrzeniem – bardziej odruchowo niż świadomie – odnalazł Hannah, z oddali kiwając jej milcząco głową na znak, że wszystko było w porządku – i że mogli ruszać. Podarowana mu przez nią miotła bez protestów poniosła go do przodu, na początku mocniej przyspieszył – zwiększając dystans pomiędzy sobą a resztą transportu, przez cały czas uważnie przeczesując wzrokiem zarówno przestrzeń przed nimi, jak i ziemię pod nimi. Atak mógł nadejść tak z lądu, jak i z powietrza, w ciągu ostatnich tygodni zdążył się już o tym przekonać – a nie chciał nawet wyobrażać sobie próby obrony ciężkiego transportu, ciągniętego przez zwierzęta, które łatwo było spłoszyć błyskiem zaklęć.
Im dłużej lecieli, tym bardziej przyzwyczajał się do chłodu i wyciskającego łzy z oczu wiatru, starał się jednak nie pozwolić sobie na rozluźnienie; od czasu do czasu wyrywał się szybciej do przodu, zataczał szeroki łuk nad okolicą, po czym wracał na swoją wcześniejszą pozycję – utrzymując odległość, która pozwalała mu mieć wozy w zasięgu wzroku. To właśnie w trakcie jednego z takich patroli po raz pierwszy dostrzegł trakt: cienka nitka na horyzoncie początkowo była jedynie kreseczką, po której poruszały się pojedyncze sylwetki, ale im bardziej się zbliżał, tym więcej dostrzegał, rejestrując zarówno ludzi przemieszczających się pojedynczo lub w parach, jak i dłuższy ciąg wozów, który w pierwszej chwili wziął za transport żywności, dopiero po kilkudziesięciu metrach dostrzegając, że powozy były opancerzone, z jedynie wąskimi, zakratowanymi otworami na górze każdego wagonu. Na widok lecących obok nich sylwetek, prawie wyciągnął różdżkę, zaciskając ze złością zęby; wytężając wzrok, starając się dostrzec twarze – i dłonie, odruchowo szukając pokrywających je tatuaży, choć rzecz jasna odległość i ciepłe ubrania czyniły to niemożliwym.
Pochopny impuls, który kazał mu polecieć dalej, został zduszony wyłącznie przez świadomość ciążącej na jego barkach odpowiedzialności; zawrócił, przyspieszając, mknąc w stronę lecących wozów – powiększających się stopniowo, nabierających kształtów w miarę, jak się do nich zbliżał. Odszukał spojrzeniem Hannah, zmienił kierunek lotu i zrównał się z nią – nie zatrzymując się ani na moment, a jedynie dostosowując do niej kurs i prędkość; wychylił się nieco w jej stronę, żeby łatwiej było mu przekrzyczeć wiatr. – W p-p-porządku? – zapytał najpierw, przyglądając się jej badawczo. – Na trakcie jest t-t-tłoczno jak na jarmarku. Większość wygląda niegroźnie, ale tam – powiedział, po czym wyciągnął do przodu rękę, wskazując we właściwe miejsce; nawet z tej odległości można już było dostrzec przybliżające się kształty – widzisz? Trzy w-w-wozy, jak do przewożenia więźniów. Zabezpiecza je czterech szm-m-malcowników na miotłach, nie wiem, ilu jest w środku. – Zawahał się; jego spojrzenie było podszyte powagą. – Możemy odbić na p-p-południe i ich ominąć – dodał; biorąc pod uwagę stojące przed nimi zadanie, to wydawało się najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale coś w jego wnętrznościach buntowało się, gdy o tym myślał. – Mogę też p-po-polecieć za nimi – sprawdzić, dokąd ich zabierają. – Jak szło to powiedzenie o odłożeniu walki na inny dzień? – Jeśli się r-r-rozdzielimy i zostawimy wozy za sobą, to p-p-pewnie też zdążylibyśmy odciąć im drogę – dodał niepewnie. Czy w ogóle mieli z nimi szanse? Odwrócił się, spoglądając na wciąż ukryte powozy, a później wracając spojrzeniem do Hannah. – Jak chcesz to rozegrać? – zapytał. To było jej przedsięwzięcie – misja, w której obiecał jej pomóc; dzieląc się umiejętnościami i doradzając na tyle, na ile był w stanie, ale podjęcie ostatecznej decyzji należało do niej – a on miał trwać przy jej boku niezależnie od tego, jak by nie brzmiała.


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

Wzniesieni wysoko ponad drzewami mknęli przez pełne wilgoci powietrze. Włosy, choć splecione w ciasny warkocz szybko skleiły się ze sobą, a niesfornie wypadające kosmyki pozostały przywarte do skroni i czoła. Twarz szybko nabrała rumieńców od zimna, które siekło bez litości. Mocno trzymała trzon miotły raz po raz czując jej drżenie, gdy wpadali w zmienne masy powietrza i wiatru. Szybko zaczęła odczuwać napięcie mięśni, choć musiało wynikać ze stresu niż wysiłku. Miotła od zawsze była jej ulubionym środkiem transportu i kiedy tylko mogła, korzystała właśnie z niej. Lecąc z tyłu, rozglądając się dookoła, otoczona przez najlepszych lotników i zdecydowanie najbardziej uzdolnionego szukającego, który wysunął się na prowadzenie, powinna czuć spokój. A jednak nie mogła, jakby coś miało się wydarzyć, coś miało pokrzyżować ich plany. Nie sądziła, że za kilkanaście mil przyjdzie jej podjąć jedną z trudniejszych decyzji.
Jej spojrzenie często uciekało prosto do Williama. Instynktownie poszukiwała jego twarzy, oczu i gestów — martwiąc się o niego, pragnąć upewnić się co rusz, że jest bezpieczny, ale przede wszystkim dzisiaj dlatego, ze jeśli ktokolwiek miał wypatrzeć  wrogów to właśnie on. Trzymała odległość od wozów i skrzydlatych koni, które ciągły ładunki z drewnem. Pozostawały niewidoczne, ale wprawne oko było w stanie ujrzeć zmiany w ruchu powietrza, a bariera, która czyniła transport niedostrzegalny w końcu opadnie. Jej zaklęcia nie były silne, długotrwałe, ale kiedy tylko któreś z nich słabło, a w powietrzu przed nią zaczynały przebijać się koła i drewniane belki, podlatywała bliżej, by rzucić kolejne zaklęcia, podtrzymując  wszystkie założone aspekty bezpieczeństwa.
Kiedy sylwetka Billego zwiększyła się, a później zawróciła sprawnym, bezproblemowym zwrotem, by już po kilku sekundach lecieć tuż obok niej, zacisnęła mocniej dłonie na miotle i spojrzała na niego z niepokojem. Wiedziała, że nie zjawiłby się tu tylko po to, by spytać o jej samopoczucie.
— W porządku — potwierdziła, marszcząc brwi. Nie powinna narzekać na pogodę, choć ta była fatalna jak na taką podróż. — Jak to wygląda z przodu? — Cały ten konwój. Wiedziała, że tyle jednostek na niebie, takich wielkości i lecących z taką prędkością trudno nie dostrzec, ale miała nadzieję, że przynajmniej częściowo udawało jej się utrudnić wrogom zadanie. — Widziałam. Musimy być ostrożni, trzymać się jak najdalej od niego. Zastanawiałam się, czy nie zboczyć bardziej na południe, ale nadrobimy straszny kawał, a czeka nas wciąż długa droga.— Była fatalna w podejmowaniu takich decyzji, nigdy nie wzięła dotąd na swoje barki podobnej odpowiedzialności. Żołądek wykręcał się już na drugą stronę — to od jej decyzji i działań zależał los wielu ludzi. Dlatego kiedy Billy wskazał jej wstążkę, na której znajdowały się opancerzone wozy, serce podskoczyło jej praktycznie do gardła. — Nie wiadomo, czy wiozą więźniów — prawie weszła mu w słowo, czując, a może widząc po wyrazie jego twarzy, że nie mógłby tego tak zostawić. Nie przepuściłby okazji, by pomóc ludziom jeśli była okazja. — Jest nas zbyt mało, by się rozdzielić i podjąć walkę — to było ogromne ryzyko. — Czeka nas długa droga — ściszyła głos, nie mając nawet pewności, czy ją usłyszał, czy przedarł się przez wiatr. Spojrzała na niego tak, jakby chciała go poprosić, by zaniechał pomysłu, ale on zrealizował jej obawy zaraz potem.
Nie znosiła ryzyka. Zmian. Podejmowania takich decyzji. Nigdy nie nadawała się na lidera, przywódcę. Pytanie Williama przyprawiło ją o mdłości, ale powtarzała sobie, że powinni zachować zimną krew. Milczała przez krótką chwilę, ale tylko chwilę — zaraz ich ścieżki się zetną, jeśli ich zauważą dojdzie być może do walki. Może nie. Ale jeśli? A gdy polecą za nimi, konwój, który miała zorganizować i przeprowadzić zostanie sam. Silne poczucie odpowiedzialności nie pozwoliło jej tego zrobić.
— Nie mogę... — Pokręciła głową. — Muszę z nimi zostać — wyrzuciła z siebie, ale słowa wypadły same, jakby wymiotowała nimi z wyjątkową niechęcią. Myśl, że mógł sam... — Ale jeśli chcesz... — Spojrzała na niego wymownie. Nie mogła mu tego zabronić. Nie mogła mu niczego zabronić, choć spojrzenie błagało, by się nie narażał. Nie, kiedy musiał to zrobić sam. Trzymając w dłoni różdżkę wymierzyła nią w przyjaciela, próbując upodobnić go do otoczenia. Wierzyła w niego. Ufała mu, ale tak samo mocno bała się o jego los. — Ale wróć prędko. Wróć do mnie — prawie szepnęła, wiatr zagłuszył jej słowa z pewnością. Schowała różdżkę i zacisnęła dłonie na trzonie. — Odbijemy na południe. Zgodnie z planem zrobimy postój na wybrzeżu.
Ostatnie spojrzenie, ostatnia chwila nim podejmie decyzje. Otwarła usta, chcąc mu coś powiedzieć, ale nie odważyła się. Skinęła tylko głową, po czym ruszyła szybciej przed siebie, by poprowadzić wszystkich lotników. Ruchem dłoni, bez wydawania dźwięku, który mógłby ściągnąć na nich spojrzenia nakazała, by odbili za nią bardziej w bok. Wszyscy powoli oddalali się od traktu. Obróciła się przez ramię, za Williamem, pragnąć krzyknąć za nim, by nie leciał. By został z nią. Przy niej. By jej towarzyszył cały czas. Ale nie zrobiła tego.

| zaklęcie na wóz i na Williama


Lecz im bardziej spadam, tym bardziej widzę, że to wszystko chyba nie jest sen. Choć nie chcę budzić się, nie umiem spać, świat dziwny jest jak sen, a sen jak
świat
Hannah Wright
Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright

Powrót do góry Go down

Wahał się. Wiedział, że powinien trzymać się pierwotnego planu – że zmieniając go teraz, w locie, pod wpływem impulsu, podejmował ryzyko, które mogło przesądzić o powodzeniu całej akcji – ale nawet gdy odwrócił się plecami do powozów, kierując się prosto w stronę powietrznego konwoju, nie był w stanie pozbyć się spod powiek powracających we wspomnieniach obrazów: wykręconej w paskudnym grymasie twarzy szmalcownika, odciętej główki zamordowanej dziewczynki wepchniętej do zakrwawionego worka jak trofeum, mamy Marcela powieszonej za ręce pod sufitem; przełknął ślinę, prawie czując w gardle cierpki, metaliczny posmak krwi. Jaki los miał spotkać tych, których pojmali szmalcownicy? Czy jeśli nie zrobi nic, odwróci się, zignoruje to, co zobaczył, będzie współwinny temu, co stanie się potem? Z jednej strony wiedział, że nie – że w pojedynkę nie był w stanie uratować wszystkich – ale jakiś uporczywy, cichy głosik w jego głowie podpowiadał mu, że tak; że można było ich ocalić – tak samo, jak można byłoby ocalić dzieci Smithów i mamę przyjaciela, gdyby tylko nie pojawił się na miejscu za późno.
Niepokój malujący się na twarzy Hannah wywołał falę piekących wyrzutów sumienia; spojrzał na nią z przeprosinami odbijającymi się w tęczówkach, choć jeszcze niczego nie zdążył jej powiedzieć. Miał jednak wrażenie, że w jakiś niewyjaśniony sposób wiedziała – albo przynajmniej przeczuwała, że nie przybywał z dobrymi wiadomościami. – Wozy są n-n-niewidoczne, chyba że wiesz, gdzie patrzeć – odpowiedział, na ułamek sekundy przenosząc wzrok za plecy przyjaciółki; wytężając wzrok był w stanie dostrzec lekkie załamania powietrza, falującego jak zmarszczki na wodzie, w którą ktoś wrzucił kamień; gdyby jednak nie wiedział, że to właśnie tam powinien ich szukać, raczej nie rozróżniłby nierówności na tle pofałdowanych chmur. – Będę sp-p-pokojniejszy, jak schowamy się we mgle – dodał, otaczający powozy lotnicy wciąż byli widoczni. Hannah była widoczna. Wysłuchał jej z uwagą, kiwając głową. – To dobry p-pomysł – powiedział od razu, może trochę za szybko – dopiero później wyjaśniając, że na trakcie czyhało na nich możliwe niebezpieczeństwo.
Słowa, które wypadły z ust przyjaciółki sprawiły, że prawie się wycofał – chwytając się myśli, że to tutaj było jego miejsce, że to ją miał chronić – ale obecność toczących się gdzieś pod nimi powozów uwierała go niemal namacalnie, podpowiadając, że być może traktował tę kwestię już zbyt osobiście; że może nie chodziło mu wyłącznie o więźniów, ale o coś jeszcze – odsunął jednak tę myśl od siebie, nie chcąc zagłębiać się w nią mocniej. – Wiem – powiedział głucho, wozy mogły być puste. – Wiem – powtórzył. I jeszcze raz: – Wiem. – Wiedział to wszystko; nie mogli sprowadzić transportu na ziemię, nie mogli podjąć walki; nie mogli też zabezpieczyć zarówno drewna, jak i oddelegować wystarczającej ilości ludzi, żeby mieć szansę ze szmalcownikami – ale to to, czego nie wiedział, nie dawało mu spokoju.
Odwrócił na moment wzrok, nie potrafiąc już dłużej znieść spojrzenia Hannah; nienawidząc samego siebie za to, że postawił ją przed takim wyborem. Czekał na jej decyzję, kiedy jednak wreszcie się odezwała, ledwie wyłapał z dźwięków konkretne słowa. Znów na nią spojrzał, resztę wychwytując z ruchu warg, wyczytując ze spojrzenia, z rysów. Kiwnął głową. – Sp-p-prawdzę tylko, dokąd ich zabierają – powiedział. Ich. Nie powozy, nie transport – chociaż wciąż nie miał pewności, co lub kto znajdowało się w środku opancerzonych wagonów, w myślach widział już ludzi, może mugoli, może czarodziejów, którzy mieli pecha stanąć wrogom na drodze. Poczuł, jak zaklęcie rzucone przez przyjaciółkę go otacza, jak po wnętrznościach rozlewa się charakterystyczny chłód; spojrzał na nią z wdzięcznością, dopiero po chwili orientując się, że już nie mogła tego zobaczyć. – Wrócę szybko. Za chwilę. N-n-nawet nie zauważysz, że mnie nie ma – obiecał; chciał się uśmiechnąć, ale głos miał napięty, palce zaciśnięte na miotle mocniej, niż było to konieczne. – Znajdę was na w-w-wybrzeżu – dodał, przez moment chcąc powiedzieć jeszcze, że jeśli nie – jeśli coś go zatrzyma – to żeby na niego nie czekali, żeby lecieli dalej; nie chciał jednak kusić losu – ani dawać Hannah dodatkowych powodów do zmartwień. – Uważaj na siebie – powiedział jeszcze, a słowa wydostały się z jego gardła dziwnie zduszone; tak naprawdę chciał chyba powiedzieć coś innego, nim jednak zdążyłby się nad tym zastanowić, przyjaciółka przyspieszyła, sygnalizując wozom zmianę kursu. Patrzył za nią przez chwilę, nie mógł jednak czekać w nieskończoność – nie chciał stracić z oczu szmalcowników, ani dopuścić, żeby ukrywające go zaklęcie przestało działać, gdy będzie nad nimi przelatywał. Czując w ustach gorycz i zaklinając rzeczywistość, żeby jego decyzja nie okazała się błędem, odbił w stronę traktu, przez cały czas mając wrażenie, że powinien być gdzieś indziej.
Dogonienie wagonów nie zabrało mu wiele czasu; zawisnął ponad nimi, wysoko, utrzymując podobną prędkość; tak, żeby zauważenie go wymagało od nich zadarcia głów pionowo do góry. Gdy po kilku milach zboczyli z traktu, ruszył za nimi, jednocześnie starając się zapamiętać dokładnie miejsce, w którym opuścili drogę; tak, by później być w stanie odtworzyć ją z pamięci. Przed sobą dostrzegł drzewa, niewielki las przecięty ścieżką tak wąską, że zauważył ją dopiero, gdy pod koronami zniknął pierwszy z wozów; przeklął w duchu, nie mógł wlecieć tam za nimi – ale jak się okazało, wcale nie musiał, bo po kilkunastu metrach las znów otwierał się na szeroką polanę, na której znajdowało się coś w rodzaju obozowiska. Zatoczył nad nim pętlę, przyglądając się paru rozstawionym dookoła okrągłego placyku namiotom, krzątającym się wokół nich ludziom; tymczasowe więzienie? Dokąd zabierali ich potem? Nie potrafił zgadnąć, ale ryzykując, zniżył lot, żeby z bliższej odległości zapamiętać przynajmniej rozkład obozowiska. Przemknął ponad największym z namiotów, zauważając również ławki, przygotowane miejsce na ognisko oraz czarodzieja, który wyglądał, jakby był wyższy rangą od pozostałych; chciał mu się przyjrzeć dokładniej, ale nie zdążył wykonać zwrotu – bo tuż nad jego ramieniem przemknęła wiązka zaklęcia, a w dole rozległy się zaalarmowane okrzyki.
Zaklęcie Hannah przestało działać.
Odbił w górę, chcąc jak najszybciej wydostać się poza zasięg różdżek szmalcowników, kątem oka już dostrzegając kolejne lecące w jego stronę wiązki; pierwszej z nich uniknął bez trudu, potężny podmuch wiatru uderzył jednak prosto w niego, posyłając go między gałęzie jednej z bardziej rozłożystych koron; trzecie trafiło go w łydkę – coś trzasnęło głośno, nie był jednak pewien, czy była to gałąź czy jego kość – poczuł za to silny ból rozlewający się od kostki lewej nogi w stronę stopy. Zacisnął zęby, gałęzie smagały go po twarzy, prawie stracił kontrolę nad miotłą – ale otaczające go konary stały się jednocześnie jego ratunkiem, pozwalając mu zniknąć z oczu wrogów na tyle długo, by zdołał odzyskać równowagę i skręcić pomiędzy pnie – dalej od obozu i dalej od przecinających powietrze inkantacji; nie wyleciał ponad drzewa od razu, najpierw klucząc chwilę pomiędzy koronami, żeby zgubić ewentualny pościg – a dopiero potem ośmielając się wydostać na otwartą przestrzeń. Przeleciał kilkanaście metrów, po czym zatoczył pętlę, żeby sprawdzić, czy ktoś za nim podążał – ale wydawało mu się, że nie, choć czekał chwilę, jednocześnie uspokajając uderzające wściekle w klatce piersiowej serce. Świadomość tego, jak mało zabrakło, dotarła do niego z opóźnieniem – ale jednocześnie przypomniał sobie, po co w ogóle ruszył za szmalcownikami; rozejrzał się dookoła, raz jeszcze zapamiętując wszystkie charakterystyczne punkty okolicy, dopiero później przyspieszając gwałtownie i obierając kurs na wybrzeże; jeszcze przez kilkanaście minut nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że był ścigany.
Zanim zniżył lot, żeby wylądować w miejscu, w którym zatrzymał się konwój, okrążył okolicę trzy razy, upewniając się po raz kolejny, że nikt nie siedział mu na ogonie. Lewa noga ugięła się pod nim, gdy tylko postawił ją na ziemi – syknął głośno, krzywiąc się z bólu – ale na razie nie sprawdzał, w jakim była stanie, w pierwszej kolejności rozglądając się dookoła w poszukiwaniu Hannah; musiał się upewnić, że doleciała w jednym kawałku.

| tu rzuciłam sobie na zaklęcia i uniki


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

Być może to coś w wyrazie jego twarzy zwiastowało przebieg kolejnych wydarzeń. Może to jego błyszczące oczy, lekko drżące usta, jakby chciał coś powiedzieć, choć może było to tylko łapanie powietrza w locie — cokolwiek to było, wiedziała, że poleci. Nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał tej szansy na to, by chociażby spróbować odmienić los ludzi, którzy mogli znajdować się w wozie. Nie obawiała się, że została sama. Otaczali ją dobrzy lotnicy, którzy z pewnością robili wszystko, by uważnie rozglądać się dookoła, pilnować, by nikt nie zaskoczył ich ani z ziemi ani z powietrza — a także ochotnicy, którzy w razie problemów gotowi byli dzielnie stanąć do walki. Kilku z nich mieszkało w Oazie, wiedzieli, że ten transport jest dla nich. Miał trafić na wyspę, by obudować chaty, dachy. By zapewnić ludziom miejsce przed zimą. Było ich już tak wielu, że sypiali na plaży, piasku pod gołym niebem, nie widząc dla siebie nigdzie miejsca. Chcieli stworzyć im namiastkę domu — a teraz ten dom był tak pełny ludzi, że z pewnością każdy z nich myślał o kawałku przestrzeni dla siebie. Nie bała się o siebie, bo była gotowa stanąć w obronie transportu i wszystkich ludzi, którzy dziś jej towarzyszyli. Była gotowa wyciągnąć różdżkę i skrzyżować ją z każdym, kto tylko postanowi im przeszkodzić. Bała się o niego — o  to, że nie mogła mu towarzyszyć, być jego wsparciem, opoką. Poleciał tam sam, prosto w szmalcowników, którzy błyskawicznie rozpoznają w nim mężczyznę z poszukiwań. A dla takich nie będą mieć litości.
— Wlecimy we mgłę, kiedy tylko się pojawi. Będę robiła, co w mojej mocy, by utrzymać zaklęcia maskujące — zapewniła go. O nich nie musiał się martwić, powinien być spokojny i skupić się na swoim zadaniu. Jeśli chciał dowiedzieć się, gdzie ich wiozą, musiał ruszać jak najszybciej i zrobić.
Wierzyła w jego zapewnienia — w to, że wróci, że wróci cały i zdrowy.
— Będę czekać — powiedziała głośniej, chcąc go zapewnić o wszystkim jednocześnie. Będzie. Nie ruszy bez niego, jeśli będzie trzeba — wróci po niego. Nie wiedziała, czy miała jakiekolwiek prawo, by mu zakazać tej podróży, a nawet czy chciała to zrobić. Byłby nieszczęśliwy, czułby się podle, gdyby nie spróbował., a ona razem z nim, ledwie znosząc widok malujących się na jego twarzy wyrzutów sumienia. Kiedy zniknął jej z oczu zacisnęła palce mocniej na miotle i ruszyła przed siebie. Patrzyła w dół, upewniając się, że nikt z oddalającego się traktu nie zwrócił na nich uwagi. Pogoda była potworna, a im bliżej morza się znajdowali tym coraz bardziej utrudniała lot. Wilgotne chmury zmieniły się w mżawkę, która bardzo szybko przemoczyła ubrania. Przy takim wietrze łatwo było zmarznąć i choć w trakcie samej podróży nie czuła dotkliwego zimna i przenikliwego chłodu, tuż po wylądowaniu na wybrzeżu zadygotała.
— Rozpalcie ognisko tam. Ale sprawnie, panowie — poprosiła czarodziejów, tonąc butami w piasku, który z powodu coraz mocniejszego deszczy robił się coraz twardszy na szczęście. Nim czarodzieje rozpoczęli szykowanie ogniska, przy którym wszyscy mogli się rozgrzać, część z nich rzuciła zaklęcia, mające chronić ich przed kapryśną pogodą. Konie zostały wypuszczone — brzeg plaży porastały wysokie trawy, którymi mogły się posilić. Oni sami nie szykowali się do jedzenia — nie mieli czasu na piknik. Musieli odpocząć, ogrzać się i ruszać w dalszą drogę. — Tam i tam powinniśmy stanąć dla bezpieczeństwa, powinno być dobrze widać okolicę — wskazała miejsce na rozwiniętej przez siebie mapie, te same, które kilka godzin wcześniej pokazał jej Billy, a potem próbowała znaleźć właściwy kierunek na samym wybrzeżu. — Za chwilę się zmienimy — zaproponowała na moment przystając przy ognisku i wyciągając do niego dłonie. Mokre włosy lepiły jej się do twarzy. Odgarnęła je palcami, rękawiczki suszyły się na kłodzie obok ognia. Niecierpliwie wypatrywała przyjaciela. Po przeprawie przez morze, długiej i monotonnej, ale także niebezpiecznej z powodu pogody, będzie już wszystko dobrze. Czerwona Polana nie była tak daleko, dotrą do niej błyskawicznie i raczej bez większych przeszkód.
Nie wracał dłuższy czas. Zniecierpliwiona spytała o godzinę czarodzieja — powinni już ruszać. Podeszła do wozów, które były obładowane, po raz kolejny rzucając na nie zaklęcie kameleona. Dwa z czterech wozów zniknęły prędko, kolejne musiała poprawić. Była nieco zdenerwowana, ręka jej zadrżała, ale za drugim razem zniknęły wszystkie — zapięte już w nie konie zniknęły razem z nimi.
Z różdżka w dłoni obeszła pakujące się obozowisko dookoła. Ognisko zostało ugaszone, dopiero wtedy zobaczyła ciemną sylwetkę na niebie, która zataczała dookoła pętle. To musiał być Billy, sprawdzał czy wokół wszystko było w porządku. Gdy zniżył lot wyszła mu naprzeciw, rzucając się w jego stronę biegiem dopiero, kiedy dotknął stopą ziemi. Utykał?
— Billy! — bez zastanowienia rzuciła mu się na szyję, oplatając ją ciasno rękami. Pogłaskała go po głowie, czując jego twarde i napięte ciało przy sobie, przez chwilę bojąc się, że jej dudniące serce będzie wyczuwalne przez gruba warstwę ich ubrań. Spojrzała na niego z lekkiego dystansu po chwili, kiedy opadły pierwsze emocje. — Co się stało? Znalazłeś ich, prawda?— spojrzała na niego nogę. Nie wyglądała jakby coś jej dolegało na pierwszy rzut oka, nie krwawił, ale wyglądał jakby stoczył walkę. jego policzki były poharatane. Dotknęła ich delikatnie, kciukiem gładząc zranioną skórę. — Udało ci się uciec, zobaczyli cię? Chodź, odpoczniesz jeszcze.— To nie była propozycja. Podeszła do niego z drugiej strony, wsuwając się pod jego ramię nim zdążył zaprotestować i pomogła mu przejść kilkanaście jardów, do rozchodzących się ludzi. — Siadaj – zmusiła go, by zajął miejsce na pniaku. Od ogniska wciąż biło ciepło, chociaż było już zgaszone. Nad głowami bariera ochronna blokowała lecący deszcz. — Mów co widziałeś. Co się wydarzyło? — Nie mieli uzdrowiciela ze sobą, nie potrafiła mu tez pomóc z nogą, ale sięgnęła po bukłak z wodą i podała mu, a potem kucnęła przed nim, by delikatnie podciągnąć nogawkę. Kostka była spuchnięta, nie odważyła się jej nawet dotknąć. — Bardzo boli?— Uniosła spojrzenie na niego kontrolnie. Mieli przed sobą jeszcze kawałek drogi. Niebo nad głowami zaczęło się czyścić, chmury się przerzedzały. To co prawda zwiastowało spokojniejszą przeprawę przez morze, ale wciąż odległość była dość duża. — Dasz radę lecieć? Może wsiądziesz na konia? — Noga nie była mu potrzebna do latania, ale zmęczenie, wysiłek i długa droga, a do tego kostka w dole wpłyną na ból i może konsekwencje. — Powinieneś się teleportować na polanę. Poradzę sobie już, dolecimy. Ktoś musi to szybko obejrzeć, Billy.— Była już gotowa do drogi, wszyscy byli. Musieli tylko przelecieć przez morze, a potem łąki i lasy by dotrzeć do portalu.

| zalęcia


Lecz im bardziej spadam, tym bardziej widzę, że to wszystko chyba nie jest sen. Choć nie chcę budzić się, nie umiem spać, świat dziwny jest jak sen, a sen jak
świat
Hannah Wright
Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright

Powrót do góry Go down

Usłyszał głos Hannah od razu, gdy tylko go zawołała; odwrócił się, bez trudu rozpoznając własne imię wybijające się ponad krzątaninę panującą w przygotowującym się do wylotu obozowisku. Byli już niemal gotowi, kątem oka widział resztki dogasającego, tlącego się jeszcze słabo ogniska; wozów w pierwszej chwili nie zauważył wcale – musiały być ukryte, podobnie jak ciągnące je konie. Jak długo go nie było? Wydawało mu się, że nie zboczył z trasy zbyt mocno, ale kluczenie pomiędzy drzewami i szerokie pętle, które zataczał, próbując zgubić pościg, musiały zająć mnóstwo czasu. Czy dotarł w samą porę, czy na niego czekali? Nie był pewien, ale póki co skupiał się tylko na jednym: na odnalezieniu spojrzeniem biegnącej w jego stronę przyjaciółki.
Zachwiał się gwałtownie, kiedy otoczyła go ramionami, bo na zwichniętej kostce trudno było mu oprzeć nawet własny ciężar ciała – ale skrzywił się tylko na moment, tłumiąc cisnące się na usta syknięcie i bez zawahania przyciągając ją bliżej do siebie, czując, jak sama jej obecność i bliskość odgania od niego szarpiące zakończeniami nerwowymi emocje: strach, niepewność, lęk. Odetchnął powoli, czując się, jakby z pleców zniknął mu nagle niewidzialny ciężar, jakby rozluźniły się ściskające klatkę piersiową obręcze; pachniała deszczem, wiatrem i sobą; kojarzyła mu się z lasem, spokojnym i bezpiecznym, i z morskim wybrzeżem, nad którym czasami grzmiała burza. – Mówiłem, że wrócę – powiedział cicho, luźne kosmyki ciemnych włosów połaskotały go w policzki; przyjrzał jej się uważniej, kiedy odsunęła się od niego, dopiero teraz zastanawiając się, jak sam musiał wyglądać. – Zmokliście. P-p-powinnaś się wysuszyć – powiedział, zatrzymując wzrok na włosach przyklejonych do czoła i drobnych kroplach, które osiadły na ramionach jej płaszcza. Podejrzewał, że w trakcie przelotu ponad wodnym kanałem i tak przemokną wszyscy do suchej nitki, ale ogrzanie się teraz, na zapas, było tym ważniejsze. – To nic – powiedział odruchowo, nie odsunął się jednak, pozwalając jej palcom dotknąć podrażnionej skóry na policzkach; spojrzał na nią, zatrzymując wzrok na ciemnych tęczówkach. Słysząc pierwsze pytanie, kiwnął głową, zaraz po nim rozbrzmiały jednak następne. – Rozbili obóz w lesie n-n-niedaleko traktu. Dałem radę trochę mu się p-p-przyjrzeć, ale zauważyli mnie, kiedy przelatywałem nad n-n-namiotami. Wpadłem w drzewa – powiedział, to wyjaśniało zadrapania na policzkach. Kiedy Hannah zasugerowała, żeby odpoczął, pokręcił głową. – Nie, p-p-powinniśmyruszać, chciał dokończyć, ale nie zdążył – bo przyjaciółka już obchodziła go dookoła, żeby wsunąć się pod jego ramię, pomóc mu iść. Miał jej powiedzieć, że nie potrzebował pomocy, że nie powinni zwlekać, że ktoś mógł go szukać, że mogli go ścigać i w jakiś sposób trafić na wybrzeże – ale wszystkie te argumenty rozmyły się w jednej chwili, gdy spróbował zrobić krok do przodu, a lewa noga znów ugięła się pod nim zdradliwe, posyłając wzdłuż jego działa fale ostrego bólu. – Uhm – wyrwało mu się niezrozumiale, ale zacisnął zęby; czując się paskudnie z myślą, że sam doprowadził się do takiego stanu. Nie znosił być ciężarem, problemem; tego dnia miał być przecież wsparciem.
Droga do ogniska nie była długa, ale ze względu na zranioną nogę wydawała mu się ciągnąć w nieskończoność; gdy przysiadł na pniu, wypuścił wstrzymywane powietrze z płuc, oddychając jednocześnie z ulgą. – Dziękuję – powiedział cicho, cofając ramię, ale wcześniej ściskając jeszcze krótko dłoń Hannah; z wdzięcznością, starając się przekazać jej to, czego nie potrafił ubrać w słowa. Wziął od niej bukłak z wodą, pociągając z niego spory łyk, żeby spłukać z ust cierpki posmak strachu i zmęczenia, jednak widząc, jak przyjaciółka przed nim przykuca, odłożył szybko naczynie na bok i pochylił się do przodu, żeby dotknąć jej przedramienia. – Zostaw Hanny, to t-t-tylko skręcenie – powiedział, choć nie miał co do tego pewności – tak samo, jak nie był nawet pewien, czy ból i opuchlizna były efektem zaklęcia, czy może jego stopa wygięła się w trakcie zderzenia z drzewem; tamten moment był w jego pamięci niewyraźną smugą, zlepkiem pozbawionych chronologii uczuć i obrazów. – Nie, tylko trochę – skłamał, kiedy zapytała go o ból; nie widział sensu w niepotrzebnym martwieniu jej, i tak na razie nie mogli nic na to poradzić. Liczył zresztą na to, że kiedy wsiądzie na miotłę, będzie lepiej – odciążona kostka powinna odpocząć. W teorii. – Chodź, usiądź. Masz p-p-przy sobie mapę? – zapytał, żeby chwilę później rozłożyć arkusz pomiędzy nimi, Wzrokiem odnalazł Galloway Forest Park, miejsce, z którego wylecieli; dalej jego spojrzenie pomknęło w stronę traktu. – Tutaj zjechali z g-g-głównej drogi. Zaraz za Knockville – powiedział, przykładając opuszek palca do nazwy wioski. – Wjechali w las, ścieżka b-b-była ledwie widoczna. Gdzieś tutaj jest p-p-polana, tam mają obozowisko. Wyglądali jakby na coś czekali, może inny t-t-transport, może na kogoś. Raczej nie zostaną tam długo. – Przygryzł policzek od środka; czy fakt, że go zauważyli, zmusi ich do szybszej zmiany lokalizacji? Będzie musiał się pospieszyć. – Z drugiej strony, nawet jeśli znikną, t-t-to było ich zbyt dużo, żeby zrobili to b-b-bez zostawienia śladów. Tropu – dodał. Musiał komuś o tym powiedzieć, ale nie teraz; teraz mieli przed sobą inne zadanie.
Zwinął mapę, nie mogli zwlekać dłużej. – Dam radę – odpowiedział, nie brał nawet pod uwagę innej możliwości. Nie chciał też lecieć na aetonanie – zdecydowanie lepiej czuł się na miotle, niż na końskim grzbiecie. – Dam radę – powtórzył bardziej stanowczo, kręcąc głową, gdy Hannah zasugerowała, żeby teleportował się na polanę. Podniósł się chwiejnie, ostrożnie starając się wesprzeć ciężar ciała na samych palcach zranionej nogi; wystarczyło, by dokuśtykał do miotły. – Zasygnalizujesz im, żeby ruszali? – upewnił się, posyłając jej kolejne dłuższe spojrzenie. Do domu mieli już niedaleko; rzut kaflem przez może, a potem krótka jak przejście przez drzwi podróż przez portal.
Gdy oderwał się od ziemi, ból rzeczywiście stał się znośniejszy, choć zmęczenie przerzedziło się tylko odrobinę; zatoczywszy szeroką pętlę i znów upewniwszy się, że cały konwój ustawił się w szyku i był gotowy do drogi, wyrwał się do przodu, obserwując, jak piasek znika, zastąpiony marszczącymi się w nieskończoność falami. Szczęśliwie już nie padało, niebo się przejaśniło, ale ponad wodą i tak było wilgotno – na tyle, że po kilkunastu minutach włosy na powrót przykleiły mu się do czoła, a dłonie zaczęły drętwieć. Zacisnął zęby, starając się opanować drżenie szczęki, wiatr zdawał się wyciągać całe trzymające się skóry ciepło.
Majaczący na horyzoncie statek dostrzegł na długo przed tym, zanim z niewyraźnej kropki stał się rozpoznawalnym kształtem; na jego widok znów pomknął do przodu, starając się ocenić, do kogo należała powiewająca na maszcie bandera, ale jej nie rozpoznał. Zatoczył więc pętlę, zawracając i odnajdując Hannah. – Odbijmy lekko na p-p-południe – powiedział, wyciągając rękę i wskazując na statek; nie musieli oddalać się znacznie, wystarczyło wyminąć go łagodnym łukiem. Zanim wrócił na swoje miejsce na czele konwoju, zatrzymał jeszcze na dłużej wzrok na twarzy przyjaciółki; wyglądała na tak samo wyczerpaną jak on się czuł. – Chcesz odpocząć? – zapytał, wskazując na swoją miotłę; na otwartym morzu rzecz jasna nie było miejsca, żeby się zatrzymać, ale mogła polecieć z nim – na ostatnim odcinku nie musząc się martwić o trzymanie kursu czy przeciwstawianie się porywom wiatru.
Lecieli może jeszcze kilkadziesiąt minut, nim dostrzegł linię brzegową, a później zauważył pierwszy charakterystyczny punkt, pozwalający mu na skierowanie ich w stronę czerwonej polany. Choć był już mocno zmęczony, zmusił się do zachowania środków ostrożności i nie pomknął prosto do portalu – zamiast tego zataczając ostatnie, szerokie koło, żeby upewnić się, że teren był czysty. Był. Odwrócił się, wyciągając w górę ramiona i sygnalizując, że mogli lądować; wozy powoli stawały się widoczne, kiedy zanikała kamuflująca je magia, ale nie miało to już znaczenia – dotarli na miejsce.
Gdy jego stopy dotknęły ziemi, musiał mocno się pilnować, żeby po prostu się na nią nie osunąć, ale zamiast tego pokuśtykał w stronę Hannah; wiedząc doskonale, że nie ruszy od razu do domu, a będzie chciała najpierw wszystkiego dopilnować, upewnić się, że drewno trafi tam, gdzie trafić miało – i że zostanie właściwie zabezpieczone. – Zostanę z t-t-tobą – powiedział więc tylko, tak samo jak ona wcześniej, nie dając jej okazji do sprzeciwu.

| zt x2 :pwease: :pwease: :pwease:


podpal ten świat
zabierz stąd nas
zatrzymaj świt
zostaw im wszystko
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

5 stycznia 1958


Irys musiał mieć go dość; biedna sowa latała we wszystkie możliwe strony, bo świat się walił, świat przestawał istnieć, obumierał z każdym kolejnym listem, z każdą mijającą sekundą.
A on chciał. Tak bardzo chciał umrzeć razem z nim.
Pierwszy list złapał go przy próbie przepicia wrzątkiem pustego żołądka, tak z okazji poranka i próby powrotu do normalnych rytuałów porannych. Wciąż nie chciał marnować herbaty, którą uznawał za towar niezwykle wręcz luksusowy, przeznaczony dla tych, którzy faktycznie na nią zasługiwali. Czemu ją kupił przy ostatnim wypadzie do Yeovil, skoro nie zamierzał z niej korzystać? Chyba po to, by przyjmować innych, dla innych tworzyć namiastkę normalności, malować ten sam obraz, który malowali wszyscy w jego życiu. Sąsiedzi, rodzina, przyjaciele... Dobrodusznie oszukujący siebie i innych, że przecież wcale nie jest tak źle, że to tylko chwilowe, a gdy wykażą się wystarczającą pewnością siebie i wolą do zaryzykowania własnym bezpieczeństwem dla dobra innych, sytuacja z pewnością się poprawi. Sam tkwił w podobnym położeniu, skrzętnie wykorzystując porozrzucane po końcówce grudnia i początku stycznia okruchy normalności. Dawno przecież nie czuł się tak lekko, jak na kilka dni przed Sylwestrem, gdy z przyjaciółmi zamieszany był w przygotowania. Jak kilka dni po, gdy życie powoli zaczęło się układać, gdy w spokoju tworzył talizmany i kadzidełka, gdy warzył mikstury, o których przyszłym zastosowaniu nawet nie myślał. Gdy spotkał się wreszcie z lordem Macmillan, naprawdę przyjemnym człowiekiem, i nawet on, choć wyraźnie poturbowany, napoił serce młodego Sprouta nadzieją, że przecież nie musi być tak źle. Że będzie zdecydowanie lepiej, tylko jeszcze trochę się pomęczą. Tu siniak, tam rozdarta warga, krzywy uśmiech, schnąca krew, ale wszystko dla dobra sprawy i z myślą, że nigdy nas nie dorwą.
Jego dorwali. Dorwała go sowa z ministerialnym listem, czarne skrzydła, czarne słowa, mógłby rzec, gdyby nie to, że sowa wcale czarna nie była, a i słowom bliżej było do karminu, przesłanie lepkie niczym umorusana podłoga w jego prędkich skojarzeniach. Likantropia uwypuklała wszystko, co związane było z krwią — obrazy, zapachy, myśli, słowa, wyobrażenia i rzeczywistość — a on prawie czuł z papieru, z tej pieczęci przeklętej właśnie woń juchy.
Chude palce zmięły list w złości, gotowe były cisnąć go w ogień buchający w kominku, ale umysł w ostatnim momencie powiedział s t o p. Poczekamy na Michaela, uspokajał sam siebie, choć drżała ręka, w której objęciach spoczywała filiżanka ze wrzątkiem, drżały wargi lekko rozchylone i próbujące nabrać urywany oddech, drżał świat cały w posadach, bo to wszystko nie tak, nie tak, nie tak, zły sen, koszmar, z którego pragnął się tylko obudzić. Mike będzie wiedział, co zrobić, dodawał chwilę później, bo przecież przyjaciel miał doświadczenie z... listami. O gończym nie wspominał wcale, Castor zobaczył go sam, przypadkiem niemal, ale obraz ten chciał wyrzucić z pamięci, podobnie jak listy innych Zakonników. Myślami zatoczył koło wokół Justine, która żyła i miała się dobrze. Czy był naiwny, wierząc, że i teraz tak będzie?
Gorący oddech paniki na karku wzmógł się, gdy kolejna sowa nienależąca do domowników trafiła na Wrzosowisko. List od Sheili, która informowała go o aresztowaniu chłopców, był tym, który poruszył stawianą naprędce tamę. Tama runęła, wraz z nią popłynęły powstrzymywane resztkami sił myśli, tysiące scenariuszy, bolesne pulsowanie skroni, ciężar na klatce piersiowej, wrzątek na rękawie starego, zwisającego z wychudzonego ciała swetra.
Nie zauważył, gdy pisał. Jeden list za drugim, bo nie mógł przecież siedzieć z założonymi rękoma, kompletnie obojętny na to, co się działo. Chciał krzyczeć, chciał wrzeszczeć, pragnął d e s t r u k c j i. Kolejna z emocji, której wcześniej nie potrafił rozpoznać i nazwać, zyskała wreszcie własne miano, jej zimny język przesunął się po jego szyi, wywołując nieprzyjemny, postrzegany na skraju świadomości jako prymitywny, dreszcz. Nie mógł mu się poddać; nie tutaj, nie we własnej kuchni, musiał uciekać. Tak, ucieczka to najlepsze rozwiązanie, ale tylko wtedy, gdy jest się samemu. Odpowiedzialność, którą starał się w sobie pielęgnować pomimo wszystkich przeciwności losu, próbowała przebić się przez chaos myśli i tylko dzięki jej determinacji, Castor zdążył napisać kilka listów.
Jeden z nich poleciał do Exmoor.
Gdy tylko Irys zniknął z pola widzenia, Castor pędem ruszył do swej sypialni. Do torby, która często służyła mu za główny sposób transportowania bibelotów oraz różnych przydajek wcisnął przygotowane wcześniej ubrania. Wczorajszy wieczór poświęcił na przejrzenie szafy i dobranie tych, których ewentualne zniszczenie nie będzie sprawiać mu szczególnej przykrości. Dorzucił jeszcze słoik z suszoną wołowiną, tak na wszelki wypadek. Na nogi wcisnął stare, rozklekotane już buty, na ramiona zarzucony został płaszcz, którego zapięciem Sprout nie miał czasu ani ochoty się przejmować. Z torbą na ramieniu, listem z ministerstwa wsuniętym w tylną kieszeń spodni i różdżką w ręku wyszedł przed dom, aby teleportować się we wcześniej umówione miejsce.

Przywitała go cisza. Jedyne dźwięki, które dochodziły do jego jaźni, były tymi, które sam wydawał. Szaleńcze bicie serca — Czy z dziewczynami wszystko w porządku? Finley jest bezpieczna? Mike nie uzna tego za żart? Cholera, czemu to wszystko akurat w dzień, w którym jest pełnia, cholera, cholera, cholera! — skrzypnięcie śniegu pod nogami, bo złość próbowała uciec z jego ciała, a teraz przybrała postać nagłego kopnięcia białego puchu. Oczy go piekły, zbyt suche, jak na jego zdolności do prędkiego płaczu. Żadna łza nie chciała się jednak pojawić, jakby jego ciało samo go bojkotowało, drażniąc się z jego wilczą jaźnią, która była coraz bliższa wydostania się spod jego kontroli.
Szarobłękitne spojrzenie uniosło się w górę, ku pokrytemu smugami szarych chmur niebu.
Zwariuję.
Nie pozwól mi na to.



Wiem, że nie chce się już dłużej bać. Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd.
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
so i ate myself,
bite by bite,
and the tears washed me,
wave after cowardly wave.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 30
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

5.01

Nienawidził pełni, a dziś spędził poranek w sennym odrętwieniu. List gończy. Czy już wiedzą? Czy brygadziści będą mnie szukać? Popołudnie spędził w domu, bawiąc się nerwowo łańcuchem i po raz pierwszy od dawna rozważając coś nieodpowiedzialnego. W końcu oparł się ciężko o ścianę. Był już spakowany, powinien coś zjeść, choć żołądek miał ściśnięty. Odruchowo przesunął palcami po lewym nadgarstku, jakby chcąc zdjąć stamtąd bransoletkę, ale wtedy przypomniał sobie, że już nie nosi tam kawałka czerwonego materiału. Został ciśnięty gdzieś w kąt pod łóżkiem - zielony, chyba. Mniejsza o to. Zaklął siarczyście pod nosem i właśnie wtedy przyleciała sowa.
Przebiegł szybko wzrokiem list od Irysa i zaklął znowu, ciszej i ze zgoła inną emocją - niepokojem. Co się stało? Zarówno ton, jak i charakter pisma nie pasowały do jego młodego przyjaciela, a co dziwniejsze, sowa nie przyniosła żadnego suszonego zioła. Już zdążył się do nich przyzwyczaić, list Castora bez drobnego prezentu wydawał się niemalże nagi - czyżby brakło ich z powodu głodu? Nie, list pachniał szopą na Wrzosowisku i ziołami, jak zwykle. Pewnie zapomniał.
List był pilny, a Michael Tonks reagował na pilne wezwania od razu. Tak, jak w listopadzie, gdy Sprout nie miał nawet jeszcze śmiałości prosić o szybkie przybycie, a Mike zjawił się na Wrzosowisku po kwadransie.
Zamarł na moment, uświadamiając sobie, że Castor nigdy nie ponaglał. Do dzisiaj.
Coś się stało...?
Chwycił za miotłę i przygotowany na pełnię pakunek, a potem deportował się do Szkocji - gdzie wzbił się do lotu, aby z góry szybciej dostrzec młodego przyjaciela. Dojrzał wielki dąb, przy którym się umówili, ciemną sylwetkę na śniegu, jasne włosy.
Wylądował przed nim zamaszyście, wzbijając w powietrze miękki puch.
-Castor, co się stało? - zapytał szybko i konkretnie, zanim w ogóle zszedł jeszcze z miotły. Rzucił mu zaniepokojone spojrzenie, a choć pytanie było podobne do tego, którym powitał przyjaciela dwa miesiące temu, to tym razem w głosie dźwięczała szczera troska.
Wiele zmieniło się przez te dwa miesiące. Cienie pod oczyma wydawały się jeszcze głębsze, Michael cały wydawał się cieniem, z jasnych tęczówek zniknął pewien blask, a z szyi, teraz nagiej - niebieski szalik.
Ale nadal był w pełni sił, nadal był gotowy na pełnię, na tyle na ile mógł.
Po prostu kiedyś był szczęśliwy, choćby tylko czasami.
A teraz - nie.

ekwipunek we wsiąkiewce, w sekcji "ekwipunek na pełnię księżyca"


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
You and me, baby, ain't nothing but mammals.
OPCM : 46
UROKI : 36
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Głębia lasu - Page 22 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Drżące wargi pozwalały na nabranie drżącego oddechu.
Czuł, jak z każdą mijającą sekundą, zawieszony w ciszy szkockiego lasu przestawał odróżniać to, co tylko mu się wydawało od tego, co jest. Myśli mknęły we wszystkie kierunki jednocześnie, nadpobudliwy z przestrachu umysł co rusz podsuwał nowe wizje, jedną gorszą, bardziej przerażającą od drugiej. Zaciśnięte w złości, w kwaśnogorzkiej niemocy palce pobielały na knykciach, zaś szczęka nabrała nagle wyraźniejszych, ostrzejszych kształtów. Nie mógł stać w jednym miejscu, zaczął więc wydeptywać w śniegu koła, z początku małe, później coraz większe, choć starał się przy tym uspokoić i nasłuchiwać.
Jedyna nadzieja w nim... Jedyna nadzieja...
Gdzieś na krańcu świadomości rozbłysła myśl, że nie miał prawa popędzać Tonksa. Znali się przecież tyle czasu, jeszcze nigdy nie przyszło mu do głowy tak autorytarne rozporządzanie jego czasem, ale piąty stycznia zapisze się w jego pamięci czarnym tuszem rozlanym na kartce z kalendarza. Ten dzień nie nosił nawet najmniejszych znamion normalności, nie pozwalał się oprzeć o znane schematy, a Castor nie potrafił radzić sobie z nadciągającymi demonami.
Mógłby pocieszać się, że zrobił wszystko, co mógł. Nakazał Sheili odpowiednią ostrożność, sprawdzenie informacji o aresztowaniu chłopców. Finley ściągnął do własnego domu, obecnie najbezpieczniejszego, na siebie biorąc ciężar wytłumaczenia się z tej sytuacji tak rodzicom, jak i samej blondynce. Ale przecież gdyby nie te cholerne ugryzienie, gdyby nie to, że to dziś, właśnie dziś wzywał go Ojciec—Księżyc... Mógłby zrobić znacznie więcej. I ta myśl, zajrzenie prosto w oczy własnej nieudolności (nie obronię ich, nie dam rady, coś się stanie...) doprowadziła go do stanu, w którym wiedział, że nie da sobie rady. Że bestia drzemiąca w środku pragnęła znacznie prędszej pobudki, bez oczekiwania na zapadnięcie zmroku.
Lecz wtedy, spomiędzy ciszy lasu i przeraźliwego hałasu własnych myśli wyłapał coś jeszcze. Kogoś jeszcze.
— M—mike...
Gdzie byłeś? Co ci tak długo zajęło? Nie ważne. Ważne, że jesteś, jesteś, cały i zdrowy, ciebie nie aresztowali...
— Mike, ja nie dam rady... — odezwał się wreszcie, przerażone spojrzenie skupiając na wciąż siedzącym na miotle przyjacielu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że całe jego ciało drżało, niczym jesienny liść porwany przez kaprys wiatru. Czy drżał z zimna? Pewnie po części tak właśnie było, w końcu płaszcz miał rozpięty, policzki blade, a wargi blade, choć jeszcze nie sine. Z drugiej strony samo napięcie, które prezentował na przykład przez wystawione na widok mięśnie szyi, mogły z powodzeniem zdradzać, że dreszcz nie do końca miał swe miejsce w temperaturze. Szarpnął się nagle, przypominając sobie o liście, który umieszczony miał w tylnej kieszeni. Wyciągnął go prędko, podbiegł wręcz do przyjaciela, niemal padając przed nim twarzą w śnieg, bo potknął się o ukryty pod białym puchem wystający konar. — Mike oni... Oni chcą mnie wziąć do wojska? — gdyby nie to, że miał przy sobie ten list, skrawek pergaminu, który wcisnął w dłonie Tonksa nie czekając nawet na jego zdanie, można byłoby uznać, że już zwariował. Castora Sprouta ktoś chciał do wojska? Przecież on nigdy nie prezentował się okazale, a teraz... — Na wojnę... Żebym mugoli zabijał... Mike, ja nie mogę, ja nie mogę, nie mogę!!!
Krzyk odbił się echem pomiędzy pustką, a kryształki łez rozbryzgły się w powietrzu, bo i Castor prędko się cofnął, do swego wychodzonego kółka, około piętnastu metrów dalej. Nie wiedząc co zrobić z dłońmi, zabrał się za tę samą czynność, która towarzyszyła mu na placu głównym w Dolinie Godryka, gdy wraz z Thalią maszerowali dzielnie po czekoladowe żaby. Ofiarami padły palce lewej dłoni, które wyginał na wszelkie możliwe sposoby. Czasami ulegały z łagodnym szczęknięciem przeskakującej kostki, czasami towarzyszyło temu syknięcie bólu, czasami odbywało się w niemal sakralnej ciszy. Łzy płynęły dalej, parzyły policzki nowym rodzajem wstydu, bo oto on, dorosły przecież mężczyzna, panikował przed wojną, panikował przed śmiercią, którą miał zadawać, panikował przed człowiekiem, który nawet nie rozpoznałby go na ulicy.
— Jeszcze... jeszcze te bydlaki aresztowali... — mówił dalej, snuł historię wieści przyniesionych mu tego poranka, lecz zamglony strachem umysł, zamiast splatać słowa w zgrabne, logiczne historie, wolał rozrzucić skrawki na wietrze, umożliwiając tym samym próby poskładania ich w jedną całość Michaelowi. Jeżeli ten tylko chciał. — Aresztowali moich chłopców. Przyjaciół... Mike, najstarszy z nich jest ode mnie dwa lata młodszy... Reszta nie jest nawet pełnoletnia... Oni w Tower...
Przystanął wreszcie, przygarbiony, ze środkowym palcem lewej dłoni wykręconym tak, że tylko jedno gwałtowniejsze szarpnięcie mogło swobodnie wybić go ze stawu, jeżeli nie uczynić gorszego obrażenia. Spojrzenie miał przeraźliwie wręcz puste, jakby nie dopuszczał do siebie realności tej chwili. I chyba nie chciał. Zanurzenie się we własnym szaleństwie było chwilowo najlepszą odskocznią, albo może trampoliną? Trampoliną, która pozwoliła mu na moment wystawić nos ponad taflę rozpaczy.
— Przecież tam w Londynie jest cała grupa... Oni ich wszystkich aresztują i zabiją... Ja im... Ja im nie mogę pomóc, Mike...! — czuł, jak wszystkie mięśnie zaczynają powoli goreć. Prawy bok i lewy bark odezwały się znajomym bólem, on wziął pierwszy, prawdziwie świszczący oddech, po czym schylił głowę tak, jakby chciał przyjrzeć się swojemu własnemu ciału. Palce wreszcie sobie odpuściły, drżące ręce obejrzał z obu stron. Ciepło wzrastało, w gardle nagle zrobiło się jakoś bardziej szorstko, a gdy moment realizacji wreszcie nadszedł, przyszła kolejna gwałtowna myśl.
Nie, nie, nie, to jeszcze...
— Za wcześnie! — krzyknął, sięgając impulsywnie po różdżkę, chyba najcenniejszą rzecz, jaką przy sobie miał. Rzucił nią przed siebie, miał nadzieję dorzucić ją tak daleko, aby Mike mógł ją złapać w locie albo chociaż prędko pochwycić z innego miejsca. Dopiero po tym starał się wyszarpać torbę, którą miał przełożoną przez ramię i ją też prędko podrzucić, tym razem nieco bliżej, gdzieś pod najbliższym drzewem.
Drżące dłonie nie potrafiły nawet chwycić rąbków swetra, który jak najszybciej chciał z siebie zdjąć. W panice nie pomyślał nawet, że znacznie łatwiej pójdzie mu to, gdy zdejmie z siebie płaszcz.
Ale nie miał czasu na takie detale.
Nie, gdy bestia budziła się ze snu.

| rzucam na przemianę w wilkołaka, +6



Wiem, że nie chce się już dłużej bać. Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd.
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
so i ate myself,
bite by bite,
and the tears washed me,
wave after cowardly wave.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 30
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 85
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Głębia lasu - Page 22 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Ja też nie dam rady - przemknęło mu przez myśl zamiast sensownego pokrzepienia, bowiem próbował być silny dla Castora, ale przecież też nie chciał tutaj być, też czasami nie dawał rady, też nie chciał ani bólu ani strachu ani tej bezbrzeżnej samotności we własnym, nieposłusznym ciele, nie chciał niepewności - bo Fenrir nie był już zdolny nic mu obiecać, tylko milczał, posępnie milczał. Czasem zdawało mu się, że czuje coś jeszcze - pierwotną tęsknotę do atawistycznego stanu, do postaci w której nie był już sobą i nie musiał myśleć o niczym. Dziwne wrażenie, że mógłby pozostać wilkiem dłużej i może życie wcale nie byłoby gorsze, bo i dla ludzi było podłe i beznadziejne. Zwierzęta i bestie przynajmniej o tym nie wiedziały. Ale ilekroć zdawał sobie sprawę z tego mglistego pragnienia, znikało równie szybko, jak się pojawiło. Fenrir nie chciał dzielić się własnymi sekretami, własną słabością, własną pretensją o to, że prościej było nic nie wiedzieć i nie nauczyć się czuć.
Drgnął lekko, usiłując wziąć się w garść, z miotłą w ręku postępując o krok do przodu aby mocno położyć dłoń na ramieniu zdenerwowanego Castora i spojrzeć mu w oczy (fałsz, fałsz, fałsz, dziwne, że jeszcze cię nie znienawidził ani że siebie nie znienawidziłeś).
-Wiem, że… -tak się czujesz, też się tak czuję, że nie dam rady, chciał powiedzieć i to byłoby najszczerszą prawdą, ale przerwał mu chaotyczny potok słów. Wojsko, wojna, zabijanie mugoli? Rozszerzył oczy z wyraźnym zaskoczeniem, a potem mimowolnie przeniósł wzrok na list i znalazł tam upiorne potwierdzenie - pobór do wojska, pewnie mógł się tego spodziewać, powinien przekazać wieść dalej do Zakonu, powinni się zastanowić nad tym, co oznacza to dla dalszej strategii wojennej i…
…nie powinien spuszczać Castora z oczu, nawet na mgnienie sekundy. Potem będzie żałował tej króciutkiej chwili, gdy wzrok miał wbity w ministerialną pieczęć i okropne zaproszenie, będzie wypominał sobie tą utratę czujności. I fakt, że zamiast wykorzystać cenne sekundy na uspokajanie Castora, odezwał się pochopnie, być może zbyt stanowczo, bez żadnych kalkulacji, a z czysto spontanicznym instynktem obronnym.
-Nie pójdziesz na żadną wojnę, nie możesz, nie pozwolę. - jesteś wilkołakiem, jesteś zbyt słaby, jesteś zbyt dobry, jesteś nasz, znaczy z Zakonu Feniksa. -Pieprzyć Ministerstwo. - warknął ze złością, tej złości i tego warknięcia też jeszcze będzie żałował.
Castor cofnął się jednak, wymykając się uściskowi dłoni Michaela, wymykając się wszelkiej logice - mówił dalej, zmieniając temat, a Tonks zmarszczył lekko brwi. Próbował zrozumieć, ale w głowie już mu szumiało, nadciągająca pełnia mąciła zmysły, a trzy nieprzespane noce nie ułatwiały sprawy.
-Spokojnie, Cas… - olśniło go wreszcie, odezwał się łagodniej, tak jak powinien. -Po pełni… - im pomożemy, wszystko mi wytłumaczysz, chciał kontynuować, ale coś kazało mu urwać w pół słówa. Może nagłe wspomnienie, pamięć o tym, jak sam się czuł, gdy aresztowano Justine i nie mógł nic zrobić, bo była cholerna pełnia. A może przerażająco znajomy grymas na twarzy Castora.
-N…nie! - zamiast złapać różdżkę Castora, odruchowo sięgnął po własną, lewą dłonią mocniej ściskając miotłę. -Jeszcze nie, Castor, wiem jak to jest, ale weź głęboki wdech, spróbuj się uspokoić… - poprosił, w głosie zabrzmiała błagalna nuta, ale za późno, za późno, za późno. Sweter opadł na ziemię, a koszula pękła, a w bolesnym grymasie twarzy przyjaciela Michael zobaczył przebłysk zwierzęcych rysów, widział jak plecy wygięły się nienaturalnie, a palce zacisnęły groteskowo.
Oglądał ten przerażający spektakl drugi raz w życiu.
Za pierwszym razem taki spektakl dosłownie zakończył jego życie. Wtedy strach i zaskoczenie i litość go sparaliżowały, w ohydnej przemianie było coś zatrważająco hipnotyzującego.
Teraz był odrobinę mądrzejszy. Zanim transformacja dobiegła końca, z powrotem przełożył nogę przez miotłę i poderwał się pionowo do lotu.
-Castor, proszę! - krzyknął już z góry, wiedząc z doświadczenia, że przemianę niezwykle trudno zahamować, ale że jego przyjaciel wciąż gdzieś tam jest - że świadomość będzie przebijać się w wilczym ciele, a przynajmniej powinna, poza pełnią.
Tyle, że za godzinę - dwie - wzejdzie księżyc. Była pełnia. Serce ścisnęło się w przerażeniu, gdy Mike uświadomił sobie, że nie zdoła pilnować Castora-wilkołaka i że nie wie, czy zdąży go związać.
-Proszę, musisz wrócić do siebie, musisz spróbować…  - błagalne słowa znad łba wilkołaka musiały brzmieć mniej intensywnie niż oszałamiające z a p a c h y. Zmrożony las, wolność, słońce igrające na śniegu. I jeden zapach, silniejszy od wszystkich innych.
Michael Tonks pachniał s t r a c h e m.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 04.10.21 22:01, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
You and me, baby, ain't nothing but mammals.
OPCM : 46
UROKI : 36
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Głębia lasu - Page 22 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Dłoń na ramieniu. Gdyby nie to, że nawet mimo lotu na miotle dłoń Michaela wciąż odbijała się ciepłem na tle zimnej, niemal przezroczystej skóry Sprouta, młodszy z blondynów byłby zdolny pomyśleć, że zmyślił sobie ten gest. Że w ogóle nie miał on miejsca, bo zatopiony mógł zostać prędko pod powierzchnią lęków, które rozpoczynały swoją wędrówkę. Wbijały się szponami w ścianki żołądka, przeciskały przez zaciśnięte gardło, parzyły na każdym milimetrze żywej tkanki, aż wreszcie wyskakiwały — posępne, groteskowo powyginane — spomiędzy drżących w przestrachu warg. Były one słowami, które mówił Castor. Pospiesznymi, nielogicznymi nawet w całym zlepku, słowami czarnymi, bo tylko takie potrafił z siebie wydusić.
I choć miał przed sobą światło w ludzkiej postaci... Przyjaciela, na którym mógł polegać zawsze, ale duma nie pozwalała mu tego robić częściej... Poddał się.
— Nie pójdę? — to chyba jego głos; jego, choć brzmiał, jakby pytanie wypowiedział ktoś inny, ktoś, od którego oddziałała Castora szklana tafla, bo wygłuszony został przez zmysły, przez to, co mąciło w głowie również Michaelowi, co Tonks znał już dobrze, a Castor wciąż żałował, że musiał być tym karmiony tak często.
Rósł w nim gniew. Gniew na niesprawiedliwość, która dotknęła jego przyjaciół. Gniew na Ministerstwo, pieprzyć Ministerstwo, gniew na samego siebie, bo przecież był w tej cholernej Szkocji, zamiast w Somerset, przy rodzicach i Finley — co jeżeli coś im się stanie, gdy mnie nie będzie — gniew na słabość, gniew na łzy, które spływały po jego policzkach, mokre ślady chciały zmarznąć, piec lodem, nie ogniem.
Ale wreszcie przystanął w miejscu. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się tylko nieobecnie w miejsce, w którym znajdowałby się Tonks, gdyby Sprout nie ruszył dalej w swój obchód. Zupełnie tak, jakby do świadomości Castora nie dochodziła kwestia poruszania się, relatywizmu pozycji wszechświata, jakby zupełnie zatracił zdolności logicznego myślenia.
Bo stracił je. O tyle, o ile płaszcz ogrzany jeszcze marnym ciepłem ciała Sprouta wylądował w zaspie, niedługo później moknąc w doborowym towarzystwie ciepłego swetra, o tyle guziki białej koszuli pękły nagle, rozpryskując się jak koraliki wprost w śnieżną biel. Plecy Castora wygięły się nienaturalnie, przez moment napięte mięśnie jeszcze bardziej podkreśliły każdą, wystającą z jego ciała kość. Prawie makabryczny widok zarysowanych wyraźnie kręgów, czerwień blizn, które w dalszym ciągu wydawały się być świeże, a zdobiły bladą skórę torsu młodego mężczyzny, wojenna zdobycz, historia o przetrwaniu, ratowaniu i traceniu życia w jednym momencie.
Z ciemnych spodni pozostały strzępki, a z gardła Castora wydostał się pierwszy, prawdziwie bolesny krzyk. Znów było tak, jak w październiku, tylko zimniej i straszniej. Nie było smyczy, która mogłaby powstrzymać wilkołaczy instynkt, nie było samotności, był strach, strach i tylko strach. Trzaski łamanych kości, ciemne futro wypierające miodowy odcień włosów, twarz wykrzywiona w paskudnym grymasie, która z każdą kolejną sekundą traciła resztki człowieczeństwa.
Aż wreszcie krzyk przemienił się w przeciągłe wycie, zaś w miejscu Castora, wśród strzępków podartych ubrań, w samym centrum wychodzonego, wydeptanego śniegu, pojawiła się bestia.
Gorący oddech skraplał się w parę, parowało futro, było gorąco, ból rozgrzewał, ale nie dawał jeszcze znaku do ataku. To nozdrza rozszerzyły się nagle, wyczuwając znajomy zapach. Nie był to jednak zapach Starego, z którym zapoznawał się przez dwie ostatnie pełnie. Stary nie pachniał w ten sposób.
To strach. Strach z góry.
Prośba o uspokojenie przebiła się przez rozdrażnioną, wilczą jaźń. Castor czuł się niemal tak samo jak wtedy, gdy spędzali pierwszą pełnię wspólnie, w Dorset. Ale teraz miał w sobie paradoksalnie więcej siły, nie musiał powstrzymywać bestii przed szarpaniną, choć najbardziej z tego wszystkiego chciał po prostu uciec w las.
Zmusił się do podniesienia łba, lecz widział niewiele. Czuł za to znacznie więcej, więc zawył raz jeszcze (Człowiek do domu. Szczenię głodne, ale nie ma ochoty na człowiek! Człowiek śmierdzi. Niedobry. ), zaś wszystkie łapy oparł wreszcie o zimne podłoże i po prostu ruszył przed siebie. Bestia miała pewnie swój własny plan i zachcianki, lecz Castor, zamknięty w jej ciele, starał się jak mógł, by uniemożliwić mu zrobienie głupot.
Zawsze przecież chcieli uciekać. Biec w lesie, zostawić za sobą wszystko, co straszne i głośne. Dziś wołał go iskrzący w popołudniowym słońcu śnieg. Wołała go wolność i pusty żołądek, wołały instynkty, bo przecież tu las i tu dom. Bez Starego, bez zasad, bez gorącego oddechu drugiej bestii. To on był panem sytuacji; decydował o tym, co stanie się ich udziałem.
Lecz zapach strachu wgryzał się w wilkołaczą jaźń zdecydowanie zbyt mocno.
Bestia nie potrafiła go zaakceptować.



Wiem, że nie chce się już dłużej bać. Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd.
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
so i ate myself,
bite by bite,
and the tears washed me,
wave after cowardly wave.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 30
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Strona 22 z 23 Previous  1 ... 12 ... 21, 22, 23  Next

Głębia lasu

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach