Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Polana

Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 10 ... 15, 16, 17
AutorWiadomość
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Polana - Page 17 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime10.03.12 23:11

First topic message reminder :

Polana

Sporej wielkości polanka otoczona kilkunastoma starymi kasztanami. Jest to w miarę bezpieczne miejsce usytuowane niezbyt blisko groźnego matecznika. Upodobali je sobie zwłaszcza podrzędni opryszkowie, choć zdarzają się i groźniejsi bandyci zamieszkujący podziemny, opustoszały bunkier z czasów wojny zakończonej jeszcze nie tak dawno temu. Oni wszyscy są doskonale świadomi obecności zbiegów - szlam, charłaków - na leśnych terenach. Spokój i cisza wprowadza tylko pozornie pewien rodzaj błogiej, spokojnej, niemalże sielskiej atmosfery, tak bardzo kontrastującej z plugawą rzeczywistością. W powietrzu unoszą się liczne pyłki kwiatowe, które utrudniają ukrywanie się wszelakim alergikom.
Miejsce to najpiękniej wygląda jasną nocą, oświetlone blaskiem bijącym od rozgwieżdżonego nieba. Jeśli wierzyć plotkom rozpowszechnianym przez najstarszych ze zbirów, czasem - z rzadka, oczywiście - przebiegają tędy pojedyncze okazy dzikich jednorożców. Na nich zapewne też czyhają; świadomi ceny za ich krew, włosie, czy błyszczące, twarde jak skała rogi. Za ile lat te stworzenia staną się tylko legendą?


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Elizabeth Fawley
Elizabeth Fawley

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t745-elizabeth-fawley https://www.morsmordre.net/t773-odyn https://www.morsmordre.net/t772-elka-fawley https://www.morsmordre.net/f155-baker-street-223a https://www.morsmordre.net/t1058-elizabeth-fawley
Zawód : Auror
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
"Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny" W. Szekspir.
OPCM : 16
UROKI : 13
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Wszechświat się cały czas rozrasta.

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Re: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime26.05.17 23:53

Obawiała się czasem, że popada w paranoja wszędzie dostrzegając niebezpieczeństwo. W spacerze po lesie, w nowo otwartym sklepie czy na uroczystym spotkaniu. Może to ostatnie nawet było rozsądne po wydarzeniach z Sylwestra, ale gdy wchodziła do nowego sklepu i pierwsza myśl to rozejrzenie się dookoła, by w razie czego szybko się wydostać to czuła, że musi zdecydowanie odpocząć. Może tak powinien obecnie działać jej mózg po przeszkoleniu aurorskim – dostrzegać więcej, szukać luk w obronie i je uzupełniać, nie myśleć konwencjonalnie. Tylko że wszystko to wywoływało stres – ten krótki, który ją pobudzał ale i ten długotrwały, który powoli zamęczał jej organizm. Wiedziała, że nie jest z nią znowu tak źle. Były to małe rzeczy, które ledwo dostrzegała w sobie, ale ostatnimi miesiącami stała się jeszcze bardziej czujna. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno – bała się. Tylko czego? To było  skomplikowane pytanie, na które obecnie nie potrafiła sama szczerze odpowiedzieć. Czasami człowiek nie rozumie własnych uczuć i potrzebuje czasu, by poznać co tak naprawdę w nim siedzi. Spodziewała się, że wraz zbliżającymi się miesiącami będzie albo coraz bardziej nerwowa albo zupełnie się uspokoi. Status quo nie mógł trwać wiecznie, choć wiedziała, że niektórzy robią wszystko, by uniknąć zmian. Ona chyba pogodziła się już, że jej życie się zmieni. Wyjdzie za mąż, będzie aktywnie uczestniczyć w działaniach tajnej organizacji i do tego wszystkie łapać jeszcze niebezpiecznych czarodziejów. Czy to nie zaskakujące, że to jej praca pozostanie jej ostoją dawnego życie, choć często to właśnie ona wywoływała w nim zmiany?
Pod wieloma względami podziwiała takie osoby jak Jayden. Można by uważać, że żyją w innym świecie, ale jak się z nimi rozmawiało to rozumieli oni ten ich świat o wiele lepiej. Byli o wiele bardziej uczciwy ze sobą niż cała reszta razem i było to bardzo otrzeźwiające.
- Tak, niebezpiecznie. Cieszę się, że nic Ci się nie stało, ale następnym razem uważaj, gdyż nie zawsze możesz mieć szczęście. – ostrzegła go, gdyż naprawdę nie chciałaby stała mu się krzywda.  Ludzie mogą być okrutni i nie zważać na istnienie drugiego człowieka, właśnie tacy przedstawiciele ich gatunków znajdywali się w tych lasach. Zarazem Jayden miał racje – on sam nigdy nie odczuł, że to niebezpieczne miejsce, więc czemu miałby je za takie uważać?
- Dla szlachcianek jest to najbardziej niebezpieczne, oczywiście. – stwierdziła a uśmieszek pojawił się na jej ustach. Wszyscy uważali je za bezbronne i delikatnie stworzenia, ale nie można zapominać, że były czarownicami. No i taka Elizabeth czuła się w pełni zdolna do obrony, a nawet do ataku w pewnych sytuacjach. – Tak, najbardziej zasmucający jest stan jego rodziny. Miał niedługo wziąć ślub, a zaginął. – powiedziała zaciskając dłoń w piąstkę. Wiedziała, że świat jest niesprawiedliwy, ale czasem potrafił uderzyć o wiele mocniej niż się spodziewała.
- Nie, nic tam nie ma. Zagapiłam się, przepraszam. – spojrzała na niego skupiając się na jego osobie i nie pozwalając sobie więcej odpłynąć. – Nie, nie mam pomocy. To nie jest akcja, to była moja osobista decyzja to przyjść. Ale znasz to miejsce? Działo się tu kiedyś coś zadziwiającego lub niepokojącego? Próbuje zrozumieć dlaczego tu. – wytłumaczyła się i wypuściła głośno powietrze z ust. Czasem naprawdę nie wiedziała co powinna zrobić.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Re: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime06.06.17 11:36

Jayden właśnie w ogóle nie widział niebezpieczeństwa. Był człowiekiem tak oderwanym od niektórych spraw, które trapiły innych, że było to aż niemożliwe. Ludzi traktował jak przyjaciół, a zwierzętami były również w połowie centaury. One za to były dla niego jak nauczyciele. Nie znał się za dobrze na samych zwierzętach z tego względu, że wolał gwiazdy. Nie bał się tych mniejszych, średnich i większych, chociaż niektórzy jego rówieśnicy podczas zajęć Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami w Hogwarcie potrafili nieźle panikować, jeśli przyszło im stanąć oko w oko z hipogryfem. Jay nie wychowywał się z żadnym zwierzakiem - Vane'owie nie mieli nawet psa, chociaż nie było nigdy specjalnej przyczyny, by go nie posiadać. A mimo tego braku kontaktu za dzieciaka nie posiadał w sobie tego strachu przed nimi. Jednak trzeba było spytać w drugą stronę - czy JJ w ogóle czegokolwiek się bał? Poza oczywistymi brutalnościami, które potrafiły wstrząsnąć jego otwartym, altruistycznym sercem. Ciężko było coś takiego znaleźć, bo nawet będąc samemu w lesie i dostając upomnienie od aurora, że znajduje się na niebezpiecznym terenie, nie przejmował się tym. Chodził swoimi drogami i pozwalał, by wszechświat się nim zajmował. Jeśli zależało mu an przeżyciu profesora Vane'a, musiał o niego dbać i tyle. Nic dziwnego że spora grupa brała go za szaleńca i nie zamierzała zmieniać zdania na jego temat. Jeśli nie bał się ani ludzi, ani zwierząt - gdzie więc było to niebezpieczeństwo?
- Jeśli coś miałoby mi się stać, już dawno by się stało - odparł z typową dla siebie optymistyczną aurą, która mogła zarówno irytować jak i podtrzymywać na duchu. I jak sam się nie przejmował możliwościami, który krył ciemny, cichy las, tak nie chciał, żeby ktoś inny wystawiał się na szwank. Zawsze uważał, że człowiek był stworzony do przygód i poznawania świata, ale czy samotna postać szlachcianki w takim miejscu i o takiej godzinie pasowała do krajobrazu? Elizabeth sama potwierdziła jego obawy, ale nie miał kompetencji, żeby mówić jej co mogła, a czego nie mogła robić. Zresztą nawet przez myśl mu to nie przeszło, bo wolał cieszyć się jej towarzystwem niż rozmyślać nad rzeczami, na które wpływu nie miał i nie chciał mieć. - To okropne. Ciągle słyszę o tym, że kolejna osoba zaginęła lub się nie odnalazła. Musisz być niezwykle odporna psychicznie - rzucił, nie będąc ani przez chwilę fałszywym. Oczywiście że ją podziwiał! Musiała sobie przecież radzić z gorszymi rzeczami, presją ze strony rodzin jak i przełożonych... Nie to co u niego, gdzie życie polegało na obserwacjach czy wpajaniu nauki młodym, chłonnym umysłom. - A - odparł jedynie i odwrócił się, by zerknąć za siebie. - Inne miejsca znam lepiej, ale tak. Całkiem nieźle sobie tutaj radzę - dodał, poprawiając pasek torby na ramieniu. - Raz słychać było wilki, które równie dobrze mogły być wilkołakami. Nie znam się na rozpoznawaniu głosów. Z tamtej strony. Prócz tego czasem znajdowałem tutaj rzeczy jak buty, ale było to związane z obozującymi tu czasem ludźmi. Zawsze po nie wracali. Dziadek mówił też, że niektórzy wypatrują tu jednorożców, ale... To jakieś legendy.




father

He knew himself a villain—but he deem'd
The rest no better than the thing he seem'd;
And scorn'd the best as hypocrites who hid
Those deeds the bolder spirit plainly did.

Powrót do góry Go down
Elizabeth Fawley
Elizabeth Fawley

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t745-elizabeth-fawley https://www.morsmordre.net/t773-odyn https://www.morsmordre.net/t772-elka-fawley https://www.morsmordre.net/f155-baker-street-223a https://www.morsmordre.net/t1058-elizabeth-fawley
Zawód : Auror
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
"Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny" W. Szekspir.
OPCM : 16
UROKI : 13
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Wszechświat się cały czas rozrasta.

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Re: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime10.06.17 16:49

Znała strach. Chyba każdy człowiek znał, choć zapewne niektórzy Gryfoni nigdy by się do tego nie przyznali. Nie lubiła go, lecz go nie unikała. Pracując jako auror musiała się z nim pogodzić i go udomowić. Musiała umieć go rozpoznać, okiełznać i sprawić, by nie miał znaczenia. Zarazem często powodował, że myślała szybciej, biegła dłużej i reagowała natychmiastowo. Najdłużej musiała pracować nad strachem przed bólem. W czasie akcji człowiek nie może nagle być sparaliżowany, gdy uświadomi sobie, że nie uniknie bólu. On i tak nadejdzie, zawsze nadchodzi. Gdy już człowiek uświadomi sobie, że nie może nic zrobić to wtedy go zaakceptuje. Akceptacja bólu nawet jeśli brzmi okrutnie pozwala na ruszenie do przodu. Są różne rodzaje strachu – te krótkotrwałe w czasie akcji i te długotrwałe np. przed śmiercią. Wszystkie były ważne, gdyż nawet jeśli nie lubimy strachu jest on naszą najważniejszą emocją. Gdyby nie on ludzie nigdy, by nie przetrwali. To właśnie on mówi nam, że jednak może lepiej uciekać, a nie wąchać kwiatki na łące. Niektórzy powiedzieliby, że to miłość znajduje się na pierwszy miejscu ale to idealiści, którzy chcą bardzo w to wierzyć. Ona w to nie wierzyła, choć była to miła wizja. Dorastając jednak w otoczeniu, gdy miłość miała małe znaczenie nie potrafiła zaufać temu stwierdzeniu.
- Może los zaplanował, by stało się to po spotkaniu ze mną? Bym później mogła Ci to wytknąć? – zapytała figlarnie z uśmiechem. Chyba powinna położyć się spać, gdyż następnie człowiek jest zmęczony i mówi największe głupoty. Wierzyła w wybór człowieka i przypadek, ale nigdy nie mogła niczego wykluczyć. Żyli w świecie magii, gdzie mogłeś transmutować kijek w żabę – jak mogło istnieć niemożliwe w tym świecie? Oczywiście, istniały prawa magii, które nie mogły być złamane jak wyjątki od prawa gampa, ale lubiła myśleć o nieskończoności magii.
- Na początku było ciężej, ale zawsze miałam grubą skórę. – zdradziła czując pewne zadowolenie słysząc jego słowa. – Ale ostatnie miesiące były naprawdę ciężkie, liczba spraw przytłoczyła nas wszystkich. Co pewien czas odnajdujemy nowe ofiary, również mugoli. Trudno czasem w tej próżni poszukać człowieczeństwa, ale tym ważniejsze jest utrzymanie równowagi w życiu. – stwierdziła po cichu. Już w czasie kursu powiedziano im, by nie przewiązywali się emocjonalnie do spraw i pamiętali, że jest to ich praca. Musieli mieć inne życie, by mogli odreagować stres związany z zawodem. Ona rzadko kiedy miała problemy z  emocjonalnością względem spraw – pozostawała chłodno obojętna, lecz nie oznacza, że nie pracowała równie ciężko. Było to jej taktyka radzenia sobie w pracy.
- Można to prawie powiedzieć o każdym miejscu w lesie. – zawód słuchalny był w jej głosie.– Mimo wszystko dziękuje, że mi to opowiedziałeś. Miałam głupią nadzieje, że jest to jakieś istotne miejsce, na znalezienie jakiego tropu. Muszę dalej poszukiwać, ale nie będę Cię więcej zajmować swoją osobą. Powinniśmy spotkać się w bardziej przyjaznym miejscu, bardziej dogodnym do rozmowy. – zaproponowała poprawiając szatę  w celu przygotowania się do teleportacji. Pożegnała się z Jaydenem i z różdżką w ręku zniknęła z polany.

zt serce


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Re: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime10.06.17 17:46

- Musiałabyś stanąć w kolejce - odparł, przypominając sobie Evey, która gotowała była przemówić mu do rozsądku przy każdej możliwej sytuacji. Trzeba było przyznać, że Howell matkowała mu już od początku Hogwartu, gdy się poznali. Te same zajęcia i ten sam wiek sprzyjał ich przyjaźni, a niektórzy sądzili, że mają do czynienia z bliźniakami, bo Vane ciągle dreptał za koleżanką, a ona pilnowała, żeby ten nie władował się w żadne poważniejsze lub nie kłopoty. Dobrze było mieć obok siebie kogoś tak pewnego siebie jak i odważnego. Gdyby nie Lia to pewnie szybko skończyłby w jakiejś jaskini trolla. Parsknął krótkim śmiechem pod nosem, wyobrażając sobie walkę Howell z trollem. Chociaż gdyby potrzebował jej pomocy, zapewne tak by właśnie zrobiła. Musiał się z nią niedługo znowu spotkać, bo chwilowo nie miał czasu, żeby to zrobić. Evey jednak pewnie też nie mogła narzekać na nudę. Praca aurora wykańczała i widać było to po wszystkich pracownikach departamentu związanego z przestrzeganiem prawa. Posłał jeszcze ciepłe spojrzenie Lizzie. - Domyślam się, że nie jest ci prosto. Pewnie będzie jeszcze ciężej, ale wierzę w to, że sobie poradzisz. Ty i cała reszta z waszego biura. My bezbronni szarzy obywatele potrzebujemy was - dodał, wiedząc, że bez uczciwych stróżów prawa większość czarodziejów była po prostu skazana na łaskę Ministerstwa. Była to czysta ironia, ale własnie tak to się prezentowało. Ciężko było nazwać ten czas łatwym. Oboje jednak doskonale zdawali sobie sprawę dlaczego tak było. Jednak chwilowo w Zakonie nie zapowiadały się żadne poważniejsze spotkania czy misję, więc członkowie byli w stanie spoczynku. Sysząc słowa Lizzie, Vane zmarszczył brwi, próbując zrozumieć przekaz wypowiedzi szlachcianki. Chodziło jej o jego osobę? Cóż. Akurat nie można było powiedzieć, żeby się świetnie dogadywali, ale Jay nie każdego człowieka na świecie musiał doskonale rozumieć. Wzruszył więc ramionami, robiąc kilka kroków w tył, by odłożyć torbę z powrotem na miejsce i wyjąć z niej swój ulubiony kompas. Badając ich położenie, kiwnął niemrawo głową. Miał jeszcze trochę roboty i nie zamierzał też zatrzymywać Fawley, która wyraźnie chciała zniknąć.
- Widać, że nie pomogę - odparł smutno, po czym pożegnał się i wrócił na swoje miejsce badać gwiazdy. Zaraz wyleciała mu z głowy panna Fawley, jej poszukiwania, a zostały tylko obliczenia i wspaniałe niebo, które niezwykle go uspokajało.

|zt




father

He knew himself a villain—but he deem'd
The rest no better than the thing he seem'd;
And scorn'd the best as hypocrites who hid
Those deeds the bolder spirit plainly did.

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Polana - Page 17 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Polana - Page 17 Empty
PisanieTemat: Re: Polana   Polana - Page 17 I_icon_minitime28.03.19 15:10

1 października

To była stara miotła, bardzo stara. Czarodziej, który jej ją przyniósł uprzedzał ją, że nie należała do niego i jest pamiątką po ojcu, ale wystarczyło by opuszkami smukłych palców dotknęła chropowatego, mocno poniszczonego drewna brzozowego, by określiła jej wiek. I była pewna, że nie tylko należała do ojca, ale i bez wątpienia dziadka lub babci chłopaka. Uśmiechnęła się na samą myśl, zawsze bowiem wierzyła, że takie miotły mają równie starą duszę. Rzemieślnik, który ją wykonał oddał temu całe swoje serce. Dziś już nie robiło się tak mioteł. Markowe sklepy zajmujące się masową produkcją mioteł, szczególnie sportowych, nie przykładały takiej wagi do detali. Wszystkie były wytwarzane w ten sam sposób, na jedno kopyto, nie dbając o wartość indywidualną i predyspozycję czarodzieja, który ją dosiądzie. W trzonku tej miotły dało się wyczuć delikatne żłobienia. Niezbyt głębokie, prawie niewyczuwalne linie w drewnie miały wspomagać aerodynamikę miotły, zwiększyć jej szybkość — kiedyś w to wierzono, pamiętała, dziadek jej opowiadał o tym, jak zaczynał swoją przygodę z wytwórstwem. Ten mit później obalono, stwierdzając, że miotłę o takiej budowie trudniej jest wyważyć. Jej ciężar był za to odpowiedni, ale wraz z czarodziejem nie osiągała zadowalających prędkości, dlatego tego typu miotły nigdy nie stały się sprzętem sportowym, w których zarówno precyzja, jak i wyważenie musiały być dopasowane do jak najlepszych osiągów, często kosztem komfortu. Miotła, którą otrzymała do renowacji nie była przeznaczona do szybkich i nagłych zwrotów na boisku, ale była doskonała do dalekich podróży na wysokości znacznie większej niż zwykłe miotły sportowe. Użycie stalowego wykończenia spinającego rózgę zamiast ołowianego sprawiało, że tył wydawał się lżejszy, przez co czarodziej mógł podróżować w wygodniejszej dla siebie, nieco bardziej wyprostowanej pozycji bez użycia siły. Wiedziała, że część producentów mioteł w dzisiejszych czasach szła na skróty. W drewnianej rączce wwiercało drobne dziurki, w których umieszczano kawałki ołowiu lub mosiądzu, które obciążały mocniej przód w efekcie czego pikowanie w dół było banalnie proste, a podrywanie miotły do góry przy dużych prędkościach mogło być możliwe poprzez zaledwie wyprostowanie się i odciągnięcie do tyłu. Ale dziadek uważał, że są to miotły oszukane — lekkie i wytrzymałe drewno ustępuje nowoczesnym wypełniaczom, które gwarantowały dobre efekty podczas sportowych zawodów, ale zmniejszały trwałość produktu. I dla niej nie było tajemnicą, że gracze quidditcha często wymieniali swoje miotły. Zużywały się szybciej niż te tradycyjnej roboty, były też bardziej łamliwe, gdyż naruszona konstrukcja łatwiej poddawała się wygięciom, zmianom ciśnienia i ewentualnym uderzeniom. Mówiło się, że ołowiane wypełniacze działały jak magnes na tłuczki, które chętniej uderzały w miotłę, jej trzon, zamiast ramię zawodnika, ale nikt nigdy nie udowodnił tej tezy.
Przyjęła tę miotłę z radością, ciesząc się z wyjątkowego zlecenia, obiecując chłopakowi, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by zadbać o jego miotłę i dostosować ją do jego potrzeb. Jeszcze wtedy przed sklepem wsiadła na nią w jego obecności, a później poprosiła go o to samo, by zebrać jak najwięcej informacji o tym, czego mu było potrzeba. Zanotowała jego wagę, wysokość, a także rozstaw ramion w pamięci. Nieprawdą było, że każda miotła tak samo pasowała każdemu. Nie chciała naruszać konstrukcji miotły — była zbyt cenna i zbyt piękna, nawet jeśli mocno zaniedbana, by mogła cokolwiek w niej zmieniać. Była to też pamiątka po dziadku. Zbyt mocna ingerencja w rdzeń i budowę, kolor i ułożenie niesfornych witek mogły całkowicie zmienić sposób patrzenia na nią — byłaby już zupełnie nową miotłą, w niczym nie przypominającą tej, którą otrzymał od ojca.
Zaczęła w swojej pracowni. Miotłę ustawiła na stojaku, zabrała się za jej wyważenie. Nie uszkadzała drewna, nie nacinała go, struktura była zbita i zwarta mimo upływu czasu. Dobrze zakonserwowana miotła nie pozwalała na przedostanie się do środka szkodników, korniki nie wyżerały dziur. Przyjrzała się słojom i liniom drewno, upewniając się, że wgniecenia nie naruszyły powłoki i nie ma w żadnym miejscu dziur. Nie było nic gorszego niż stara, zaniedbana miotła, która dekady spędziła w schowku kompletnie nieużywana i zapomniana. Ale ta miotła wydawała jej się wyjątkowa. Jej struktura była w porządku; czas zabrał z niej lakier. Zabrała się więc za jej polerowanie, zdzierając każdą wygiętą i odstającą drzazgę. Matowy kij nie wyglądał ani imponująco ani dobrze, ale była przyzwyczajona do tego. Pyłki osiadły na jej włosach i nosie; nie miała na twarzy zakrywającej brak gałki opaski, tkanki już się zagoiły, zrosły. Pusty oczodół przypominał zamknięte jak do snu, nieco wklęśnięte oko. W pracy nikt jej nie widział, nie zależało jej, by wyglądać lepiej niż to było konieczne.
Drewniane witki wymagały naprawy. Większość z nich wywinęła się, gdzieniegdzie dostrzegła ułamane kawałki. Nie mogła ich dosztukować, ale przy okazji ważenia wiedziała już, z której strony ubytek jest widoczniejszy. Musiała zrównoważyć końcówkę, przycinając część z nich. Miotła nie straci na płynności, jedynie optycznie uszczupli ilość rózeg. Wgłębienia utworzone przy oryginalnym procesie produkcji pozostawiła nietknięte, chociaż doskonale już zdawała sobie sprawę, że nie wpływały wcale korzystniej na samo latanie. Uznała je za uroczy znak czasu, zupełnie jakby babcia lub dziadek tego chłopca pozostawili na tej pamiątce swój ślad. Mało kto mógł poszczycić się podobnym sprzętem, cieszyła się, że dla młodego czarodzieja był wiele wart.
Zajęło jej to kilka dni — doprowadzenie tej miotły do porządku wydawało się bardziej czasochłonne niż tworzenie nowej, ale podeszła do zadania bardzo skrupulatnie. Zależało jej, by zachować oryginalność miotły, jej kształt i wygląd, ale nieco dostosować ją do potrzeb młodego fana latania. Zmieniła nieco środek ciężkości, dopasowując go do wagi klienta i przystosowała rączkę zaklęciem antypoślizgowym w miejscu, w którym zgodnie z pamięcią powinien zaciskać dłonie. Dopasowała też siedzisko do jego sylwetki, wierząc, że dzięki temu poprawi komfort jej dosiadania. Na sam koniec zajęła się malowaniem. Siedziała z boku, kiedy pędzel z naturalnego włosia ślizgał się po wypolerowanym brzozowym drewnie za sprawką magii. Każde jego pociągnięcie odmładzało miotłę, ale i wydobywało z pięknego, starego drewna, jego dawną, właściwą barwę. Szary i nijaki kij nagle odzyskał swój blask. Zapach lakieru przyprawił ją o serię kichnięć, bliskość doprowadziła jej oko do intensywnej utraty napływających łez, ale nie potrafiła odejść ani na chwilę. Przyglądała się temu z fascynacją, a od środka zalewała ją fala ciepła na samą myśl o tym, jak przywraca ten staroć do życia.
Lakier schnął jeden dzień. Kolejnego dnia, wzięła ją ze sobą na polanę, by ją sprawdzić. Promyki słońca skakały radośnie po świeżo wypolerowanym i malowanym drewnie, kiedy szła na miejsce. Zapach brzozy był wzmocniony konserwującym środkiem, którym ją wypolerowała przed wyjściem. Nowa-stara miotła prezentowała się pięknie, nieskromnie zachwycała się swoją pracą nawet wtedy, gdy jej dosiadła. Odbiła się lekko — miotła dobrze niosła., Nie reagowała na dłonie tak czule, jak miotły, które robiła dziś, od zera, według dziadkowych sposobów, ale była miękka w prowadzeniu i nie stawiała oporów. Próba uzmysłowiła jej, że udało jej się poprawić jej ruch. Zatrzymując nogi na stopkach puściła trzonek i spróbowała powoli i na niezbyt dużej wysokości wprowadzić ją w odpowiednie figury. Była posłuszna, nie sprawiała problemów, choć wciąż zachowywała się jak wiekowa miotła, której czas reakcji był nieco wolniejszy. Ponownie chwycił kij i wykonała dwa zwinne zwroty, zapikowała w dół, by w ostatniej chwili poderwać ją do góry i zatrzymać stopy na miękkiej trawie. Mogła poprawić jej czułość, ale musiałaby uszczuplić trzonek od góry, a to zmieniłoby nieco wygląd kija.
Opuściła polanę na miotle, udając się prosto na Pokątną, do swojego już sklepu. Miotły nie opakowywała w papier, jak zwykle. Znalazła jej szczególne miejsce na stalowym stojaku. Chciała, by prezentowała się jak najlepiej, kiedy chłopiec po nią wróci. Sięgnęła po pergamin, nakreśliła do niego kilka słów — miotła była gotowa, a jej zadanie na razie zakończone. Chciała żeby przyszedł i ją sprawdził, kilka rzeczy mogli skorygować na miejscu. A jeśli będzie miał inne życzenia postara się je spełnić.

| zt





storm in the sky, fire in the street
if there's nothing but pain, put in on me
Powrót do góry Go down
 

Polana

Powrót do góry 
Strona 17 z 17Idź do strony : Previous  1 ... 10 ... 15, 16, 17

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest :: Las-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20