Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój dzienny
AutorWiadomość
Pokój dzienny [odnośnik]20.02.18 16:20
First topic message reminder :

Pokój dzienny

Ciepłe i przestronne pomieszczenie, które pełni ważną rolę w życiu Macmillanów. To tutaj, przy kominku, najwięcej czasu spędzają członkowie rodziny, popijają herbatę lub rodzinne wyrabiane alkohole, dyskutują na temat ostatnich meczów Quidditcha, zwykłych problemów lub po prostu odpoczywają po ciężkim dniu pracy, lub ciężkiej nocy.
Ze względu na bardziej „intymny”(tzn. domowy) charakter pomieszczenia, na ścianach znajdują się różnego rodzaju obrazy, w tym członków rodziny. Na półkach, naprzeciw kominka, znajdują się skromne puchary Quidditcha. Najważniejszy z nich wszystkich jest mały, srebrny puchar, który był pierwszą zdobytą przez Sorphona Macmillana nagrodą. Znajduje się on pod herbem rodowym i małym obrazem znikacza. Wokół niego porozstawiane są pozostałe „pierwsze” puchary obecnych członków rodziny.
Z okien, za dnia, zauważyć można polanę. Wiosną, latem i jesienią dostrzec też można Macmillanów pojedynkujących się na szable lub uprawiających zapasy, jeżeli akurat dopisuje pogoda i nie ma mgły.
Do pokoju dziennego zapraszane są osoby blisko spokrewnione z Macmillanami lub te, którym ród ufa.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.04.21 0:11
The member 'William Moore' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.04.21 1:10
Dimitri Johnson
Stwierdzenie, że Dimitri Johnson wyglądał jak cień samego siebie, byłoby niedopowiedzeniem dekady. Chociaż od decyzji o rozwiązaniu drużyny, która spadła na niego jak fulgoro z jasnego nieba, minęło zaledwie kilka dni, to wchodząc do przytulnego pokoju dziennego wyglądał, jakby postarzał się co najmniej o parę lat; zniknął gdzieś sprężysty krok, którym zazwyczaj dziarsko przemierzał boisko, wykrzykując uwagi do pozostałych zawodników, ciemne włosy – na ogół potargane i sterczące we wszystkich kierunkach – były jakby przyklapnięte, a jasne oczy rozglądały się dookoła bez entuzjazmu i życia, które jeszcze tydzień temu wręcz z nich kipiało. Twarz miał poszarzałą, zmęczoną – a ciemniejsze kręgi pod oczami sugerowały, że nie sypiał najlepiej. Ubrany był prosto, ale schludnie, w koszulę z kołnierzykiem i spodnie, które w jakiś sposób wydawały się na niego nie pasować, mimo że nie były ani zbyt luźne, ani za obcisłe.
Gdy pojawił się w pomieszczeniu, większość członków Zjednoczonych już tam była. – Cześć – rzucił od wejścia, uśmiechając się z charakterystyczną dla siebie życzliwością, choć jego uśmiech zatrzymał się na wargach, nie do końca docierając do oczu. Przeszedł przez pokój, po drodze ściskając dłoń niektórym z zawodników, innych klepiąc pokrzepiająco w ramię; usiadł między nimi, pochylając się do przodu i opierając się łokciami o kolana. Czekając na pojawienie się Anthony’ego Macmillana, przetarł dłonią twarz i przeczesał włosy; chociaż starał się tego nie okazywać, sprawiał wrażenie kogoś, kto nosił na barkach nowy ciężar i jeszcze nie do końca wiedział, jak sobie z nim poradzić.
Dostrzegając pojawienie się gospodarza, uniósł spojrzenie, prostując się z szacunkiem. Ciche mruknięcie puścił mimo uszu, kiwając głową w stronę Anthony’ego, nim jednak zdążyłby się odezwać, w pomieszczeniu rozległy się słowa Masona. – Skała – zwrócił się do niego krótko, porozumiewawczo, tonem, w którym dźwięczało upomnienie – choć pozbawione zwykłej stanowczości i determinacji. Spojrzał przelotnie w stronę pałkarza, po czym przeniósł spojrzenie z powrotem ku stojącemu czarodziejowi. – Dzień dobry, lordzie Macmillan. Jesteśmy wdzięczni za zaproszenie – powiedział, niejako w imieniu drużyny, nie przejmując się tym, że część z nich wyglądała, jakby chciała być w tej chwili wszędzie, tylko nie tutaj; w międzyczasie biorąc od skrzata szklankę z whisky. Zerknął na nią, przez chwilę ruszając naczyniem na boki i przyglądając się, jak bursztynowy płyn oblewa przezroczyste ścianki. – Rozumiem, że chciałeś nam coś przekazać?.. – podjął, rzucając Anthony’emu pytające spojrzenie. W tonie jego głosu brakowało nadziei, dźwięczało tam za to zniechęcenie, które starał się przykryć warstwą lekko wymuszonego zainteresowania; było jednak widać, że chociaż nie wiedział, co planował powiedzieć im Anthony, to nie spodziewał się dobrych wieści.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.04.21 1:56
Nie była pewna, czy z większym zniecierpliwieniem wyczekiwała tego spotkania ze względu na swoją przyszłość, czy raczej własnego brata, który postanowił zaszyć się w piwnicach Macmillanów, jak szczur i pozbawiać biednych arystokratów resztek alkoholu, który pędzili przez ostatnie dziesięciolecia. Skłaniając się ku temu drugiemu, zaczynała szczerze współczuć Anthony'emu — wiedziała, że Joseph miał spust, a jak się uparł to trudniej go było wyrzucić niż zadomawiającego się w ogrodzie kreta. Przede wszystkim jednak martwiła się o niego. O jego stan. O jego formę. Źle znosił obecna sytuację, źle radził sobie z rozwiązaniem drużyny i wciąż nie odezwał się do niej ani słowem. Nie napisał do niej ani jednego, psidwaczego listu. Nic. Nie nakreślił jednego słowa. Całą drogę od bramy do pokoju dziennego powtarzała sobie w myślach, że nie urządzi mu żadnej sceny, nie zrobi nic, żeby go ośmieszyć przed znajomymi, sprowokować do czegoś, czego oboje będą żałować. A jednak na samą myśl, że go dziś spotka po tygodniu milczenia, pomimo tych wszystkich wysłanych listów, wrzały w niej w środku emocje, których nie potrafiła opanować. Drżała ona sama, zaciskając zęby, usta, drapiąc własne dłonie długimi paznokciami, aż na skórze zostawały zaczerwienione ślady. Ubrana była zwyczajnie, w gruby, szary sweter i długą, szmaragdową spódnicę, która plątała się między nogami. Przez ramię miała przewieszoną skórzaną torbę z narzędziami, miała też pergamin, pióro i atrament, na wypadek, gdyby należało powziąć niezwłocznie jakieś kroki, zrobić notatki. W gruncie rzeczy marzyła po prostu by zdzielić tą ciężką torbą brata po głowie.
Kiedy skrzat wprowadził ją do pokoju, wewnątrz większość już była. Jej wzrok instynktownie zatrzymał się w pierwszej kolejności na najlepszym przyjacielu, do którego uśmiechnęła się szerzej już od progu. Skinięciem głowy i powitała także pozostałych.
— Cześć— zwróciła się do wszystkich, spoglądając na Skałę w eleganckiej szacie, na którego widok niemalże zakrztusiła się własną śliną, Dimitriego, któremu posłała słaby, choć życzliwy uśmiech — źle wyglądał, naprawdę. Widząc go takiego poczuła się głupio z powodu listu, który mu napisała. Podeszła jednak do Williama. — Cześć — powitała go też cichym szeptem, przystając tuż obok niego, siedzącego. Sama nie chciała siadać, denerwowała się, rozglądając za bratem, przestawała z nogi na nogę niecierpliwie. Delikatnie i z dziwną, nieznaną jej dotąd nieśmiałością ułożyła dłoń na ramieniu Billy'ego.

\ skutki



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Pokój dzienny - Page 6 HCdH48g
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.04.21 1:56
The member 'Hannah Wright' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.04.21 19:43
Minęło kilka dni odkąd Joseph Wright pojawił się pod dworkiem Macmillanów. Czy było z nim lepiej? Chyba można tak powiedzieć. To znaczy hm... przyhamował trochę z chlaniem, co już samo w sobie było chyba sukcesem biorąc pod uwagę to, że korzystając z gościnności Anthony'ego, jakby się postarał, miałby nieograniczony dostęp do whisky. To oczywiście nie oznaczało, że zerwał ze swoim nowym hobby - piciem na umór - po prostu trochę zwolnił tempo. Często nawet dawało się z nim pogadać, bo choć daleki od trzeźwości wciąż kontaktował... czasami w ogóle wydawało się, jak gdyby zachowywał się jak dawniej, jakby zapominał o zawieszeniu drużyny, a sam po prostu wpadł odwiedzić druha, żeby sobie z nim pożartować i pograć w karty... ale wystarczyło, że temat nawet lekko schodził na Zjednoczonych, a Joe albo błyskawicznie zmieniał temat albo po prostu się wyłączał tracąc całą wcześniejszą energię i zainteresowanie.
Z jednej strony chciał się odciąć od wszystkich i po prostu chlać, ale... nie potrafił sobie tak do końca odmówić towarzystwa. Na listy jednak nie odpisał. Nie chciał tu nikogo dodatkowego prawiącego mu morały - ani Hani, ani Billa, ani nawet Marcy - wystarczało, że miał nad głową Anthony'ego, który wyraźnie chciał go zarazić jakąś wolą walki czy czymś... Problem w tym, że Joe nie widział w tym żadnego sensu. I nie miał ochoty w ogóle myśleć o takich rzeczach. Zdecydowanie lepiej było unikać tematu, pić i dobrze się bawić. Nic dziwnego, że wizja dzisiejszego spotkania z byłymi członkami drużyny wcale nie przypadła mu do gustu. Nie miał ochoty ich widzieć i nie chciał, żeby oni widzieli go... w takim stanie. Nie chciał myśleć o Zjednoczonych, a co dopiero rozmawiać o ich "przyszłości". Nie było żadnej przyszłości, więc o czym tu gadać?
Jedynym powodem dla którego ruszył dupsko za Anthonym, kiedy ten zaraz przed południem nagle się przed nim zmaterializował, był... był sam Anthony. Joe zdawał sobie sprawę z tego, ile mu zawdzięcza i że przyjaciel chciał dobrze... ale miał wrażenie, że Anthony nie wiedział na co się porywa zwołując to całe spotkanie. Było stanowczo za wcześnie na takie przedsięwzięcia, Zjednoczeni oprócz tego, że przygnębieni, to byli zapewne po prostu wściekli i to nie na byle kogo, ale na Macmillanów właśnie. Jak niewiele trzeba było, żeby po prostu rzucili się na Tony'ego i go rozszarpali na strzępy? Joe uważał, że co najwyżej długość najkrótszej witki Spadającej Gwiazdy, nie więcej. Tłumaczył sobie, że zjawi się na tym całym zebraniu tylko po to, żeby ewentualnie uratować Antkowi tyłek. Był mu coś winien za dach nad głową i alkohol.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli nie zamierzasz ogłosić, że jednak wracamy do gry, to to spotkanie nie ma najmniejszego sensu...? - mruknął jedynie do pleców przyjaciela idąc kilka kroków za nim.  
Nie, o dziwo nie był pijany. Był skacowany, nie w humorze, rozczochrany i w wymiętej koszuli, z kompletnie wypranym z radosnych błysków wzrokiem, ale nie był pijany. Jeszcze. Zdążył sobie walnąć szklaneczkę whisky przed przyjściem Anthony'ego dla znieczulenia, ale to było stanowczo za mało. Na uwagę o piciu tylko wzruszył ramionami. Tak, już planował sięgnąć po alkohol zaraz po przekroczeniu progu pokoju dziennego. Bez tego nie było mowy o przetrwaniu dzisiejszych rozmów.
Tony wszedł do pomieszczenia pierwszy, a sam Joseph przekroczył próg dopiero po chwili z wcześniejszym zawahaniem. Niby jeszcze miał szansę odejść niezauważony przez nikogo i wrócić do piwnicy... ale trudno, niech już Macmillanowi będzie.
Zamknął za nimi drzwi i przetoczył chmurnym spojrzeniem po zebranych, a kiedy jego wzrok padł na Hannę, a później na Billego, miał ochotę przewrócić oczami i wyjść. To miało być spotkanie dotyczące przyszłości Zjednoczonych czy jego przyszłości? Marcy też była zaproszona? Jego matka również? Co do kurwy?
Powstrzymał się jednak przed tą dziecinną reakcją i choć jego spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Moore'a i siostry, to zamiast przywitać się z nimi swoim zwyczajowym uśmiechem, tylko się zgarbił i odwrócił wzrok. Na nieszczęście spojrzał na... nie kogo innego, a na Dimę i tym razem nie próbował nawet się powstrzymać przed wykrzywieniem ust w grymasie niezadowolenia. A co ten tu robił?! Zdaniem Josepha główną winę za rozwiązanie drużyny ponosił właśnie on, a więc był zdrajcą. Nie powinno go tu w ogóle być. Przeniósł pełen wyrzutu wzrok ze swojego byłego kapitana na Anthony'ego, ale ugryzł się w język zanim zadał to cisnące mu się na usta pytanie.
Zamiast tego oparł się o ścianę zaraz przy drzwiach do pokoju milczący i ponury jak nie on. Oby poszło szybko i oby mieli to już z głowy.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]13.04.21 17:36
Dzisiejszy dzień zaczął się od awantury o kaszkę. Dochodził koniec października, a towaru w sklepach było coraz mniej, tym samym w domu trudno było o godne zaopatrzenie. Odeszły w zapomnienie wesołe wieczorki z herbatką i kawałkiem ciasteczka, z nogami na podnóżku, z gazetą  (donoszącą o nowych wynikach sportowych) w dłoni i papieroskiem pomiędzy palcami (paliłem przecież po to, żeby powiększyć zasobność płuc, to podobno zdrowe dla sportowców!). Nie, już nie było podobnych wieczorów, ani poranków, ani nawet popołudni. Piąta po południu oznaczała, że Andrea robiła sobie przerwę od pracy i zaczynało się zadawanie Evanowi niewygodnych pytań. Na większość miał odpowiedź "już skarbie idę pozmywać", ale kiedy wczoraj poprosiła, żeby poszedł na zakupy , a nie dała mu listy, to chyba nic dziwnego, że dziś rano wybuchła w kuchni awantura godna trzeciej wojny światowej. A to że nie kupił dziecku kaszki. No to on na to, że nie było nic podobnego w sklepie i kupił ryż, a nawet kawałek sera, a ona z kolei, że jak  niby chce dziecko nakarmić serem???
Dobrze, że dziś miał te koktaile u lorda Kornwalii, bo przynajmniej to była dobra wymówka, żeby wyjść z domu. Lordowi nie można odmówić, prawda? Andrea też była tego zdania, wyszykowała męża w elegancki garnitur i układając koszulę przy szyii wydukała nawet coś miłego, że wygląda przystojnie i że może przekazać, kto go tak ładnie ubrał. W grucie rzeczy, Evan nie wątpił, że i ona liczyła na to, że ta wizyta u lorda Macmiliana może być owocna w coś poza wielkim pijaństwem. Natomiast po tym tekście wyzbył sie resztek złudzeń, że ubierała go tak po prostu z ludzkiej potrzeb, by jej mąż nie wyglądał jak oblech. Bo przecież z początku planował przyjść w koszuli sportowej. Oczywiście, że tak nie wypadało, ale to było dla niego pierwsze takie wydarzenie. Jego koledzy byli niejednokrotnie zapraszani na dwory lordów, on zresztą tez, ale nigdy osobistą sową. Coś miłego było w tym, że nawet lord wie jak on się nazywa!
W każdym razie, był już dawno w pokoju, kiedy zaczęły wchodzić kolejne osoby. Większość z nich witał skinięciem głowy, natomiast widząc Dimę, wywrócił oczami i odwrócił się szukając jakiegoś drinka, czy tam koktalilu . Dima bardzo go zawiódł, nie tylko jako kolega z drużyny, ale przede wszystkim jako jej kapitan. Przekonany, że zrobiłby wszystko lepiej od niego, postanowił, że nie będzie z nim rozmawiać, tak jak ustalili to na spotkaniu w szatni z chłopakami. Niestety nie na tym kończą się niespodziewane objawienia, bo do pokoju wchodzi nie kto inny jak...
- A któż to jak nie Wright - powiedział pod nosem zdenerwowany Evan i wbił ostre spojrzenie w drugiego szkota. Miał do niego ogromny żal, że ten postanowił zostawić jego i resztę chłopaków, a sam skrył się w przestronnym i pięknym dworze Mcmillianów. Językiem przejechał po dolnych zębach i pokręcił z dezaprobatą głową. Takiej zdrady się nie spodziewał, nie ze strony Wrighta. Przecież jako członkowie drużyny stanowili rodzinę, cóż jest ważniejszego od tej więzi? Dziś Evan już nie zadaje sobie tego pytania, zadaje je w głowie w kierunku Josepha, mając tę jego żałosną postać przed sobą. No bo co prezentuje kolega z zespołu? Wytoczył się w ten miękki, obszyty aksamitem salon, pijany pewnie wciąż po wczoraj, spuchnięty i taki.. nieszczęśliwy. Żal za serce ściska, ale nie Evana. On jest na Josepha wkurzony. Nie pozwala więc, żeby współczucie go dotknęło. Przeszedł w stronę fotela obitego miękkim welurem i zasiadł sobie, w głowie oczywiście chwaląc ich miękkość. Taki to pożyje.
Evan McLaggen
Zawód : ex obrońca Zjednoczonych
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
narcyz sie nazywam
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
https://64.media.tumblr.com/e65402481f245508ee7e592436895585/tumblr_pbibj2qJE61u4ypbyo1_400.gifv
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9121-evan-mclaggen#275017 https://www.morsmordre.net/t9524-listy-do-evana#289662 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f180-dorset-weymouth-bond-street-14
Re: Pokój dzienny [odnośnik]14.04.21 11:13
Kto wie, być może Macmillan nie wiedział na co się porywa organizując spotkanie. Domyślał się, że nastroje wśród drużyny mogły być różne. A jednak, chciał dobrze… no i – musiał choćby spróbować przekonać ich do pozostania u boku rodziny. Nie jako gracze, ale jako osoby, których zdolności mogły okazać się bardzo korzystne w wojnie.
Josephie, sami zdecydowaliście, że nie chcecie grać. Nie wiem dlaczego miałbym proponować wrócenie na boisko – przypomniał jedynie Wrightowi. Doceniał ten gest buntu (wyjścia z ligi). Ba, był dumny z Wrighta, szczególnie kiedy wiedział, że to on najmocniej buntował się wyjściu na boisko. Miał jednak wrażenie, że przyjaciel miał mu za złe rozwiązanie drużyny, które było przecież nieuniknione. I nawet błagania samego Anthony’ego nie były w stanie zmienić stanu rzeczy. Sam doskonale wiedział, że sztuczne trzymanie Zjednoczonych byłoby tylko stratą pieniędzy i sił. – Dowiesz się wszystkiego razem z innymi – dodał, uśmiechając się przyjaźnie w jego stronę, próbując tym samym ostudzić jego (jak mu się zdawało) nerwy swojego przyjaciela.
W salonie zauważył już wszystkich, których chciał zobaczyć. Obecność zarówno Hannah, jak i Williama sprawiła, że poczuł przypływ wiary w to, że może uda mu się część graczy przekonać do tego, co miał zaproponować. Po cichu liczył na ich pomoc w przekonywaniu pozostałych. Nie umknęło jednak jego uwadze to, że dłoń Wrightówny wylądowała na ramieniu Moore’a. Zatrzymał na chwilę wzrok na tym geście, a po chwili szybko zajął się rozglądaniem po twarzach innych. Zatrzymując spojrzenie w szczególności na Dimitrim.
Usiadł na centralnej sofie, aby każdy mógł go dobrze słyszeć i widzieć. Przed sobą, na stoliku, położył swój dziennik i listy od nestora. Miał już przejść do sedna sprawy, wyjaśnić po co się tutaj zebrali, gdy pierwszy odezwał się Skała. Znany już Macmillanowi z porywczości pałkarz wyjątkowo go zaintrygował… a w szczególności pałka, którą trzymał na kolanach.
Zaraz wyjaśnię, Masonie – odpowiedział na pytanie wyraźnie niezadowolonego Heartha. – Tak – przytaknął następnie na pytanie kapitana i utkwił w nim swoje spokojne spojrzenie. – Po pierwsze, chciałbym wyjaśnić dlaczego drużyna została rozwiązana. Nie wiem ile przekazał wam Dimitri – zaczął i natychmiast spoważniał. – Po tym jak wycofaliście się z rozgrywek i z ligi, Zjednoczeni stracili sponsorów. Nasza destylarnia nie jest w stanie pokryć kosztów utrzymania… Wspieramy waszą decyzję, dobrze o tym wiecie. Wasze zachowanie jest godne pochwały. Wrzucanie polityki i uprzedzeń do sportu nie jest czymś, co Macmillanowie kiedykolwiek by poparli – zaczął spokojnie, choć wyglądał na przejętego i zmartwionego. Obawiał się ich dalszych reakcji. Naprawdę był im wdzięczny za tak otwarty sprzeciw wobec Malfoya i Ministerstwa. – Ale utrzymanie Zjednoczonych w takiej sytuacji, w dodatku w środku wojny byłoby niemożliwe… – westchnął cicho.
Na chwilę zamilkł, przyglądając się tępo swojemu dziennikowi. Potem zerknął w stronę Wrigtówny i Moore’a.
Lord Sorphon ma dla was drugą opcję… propozycję… gdybyście jednak nie byli nią zainteresowani, mam kilka innych – ciągnął dalej, rozglądając się ponownie po wszystkich zebranych, jak gdyby próbując wyczytać ich nastroje z twarzy. – Nie chcielibyśmy stracić tak oddanych ludzi jak wy… Wasze umiejętności z boiska przydałyby się tutaj, teraz. Jesteście najlepszą drużyną, wśród was są najlepsi, najszybsi i najbardziej zwinni zawodnicy Anglii. Cała Wielka Brytania mogłaby stać się waszym wielkim boiskiem. Bylibyście odpowiedzialni za różne przesyłki, w tym i te wyjątkowo ważne. Wiem, jak to brzmi, ale taką propozycję możemy dać tylko osobom, wobec których mamy największe zaufanie, czyli wam. Komuś, komu wierzymy, że byłby nieuchwytny i wierny… To propozycja także dla Ciebie, Williamie – wyjaśnił. W końcu obiecał mu, że pomoże z pracą.


K60
72h?


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 6 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]16.04.21 2:10
Początkowe zdenerwowanie opuszczało go stopniowo, słabnąc nieco, gdy pomimo upływu paru minut (i irracjonalnej obawy) nikt nie kazał mu wyjść, a rozmywając się już zupełnie, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na wchodzącej do pokoju Hannah. Wypuścił powoli powietrze z płuc, uśmiechając się ciepło i prawie bezwiednie, wzrokiem śledząc jej wędrówkę przez pokój. Wiedział, że się martwiła; nie tyle o siebie, co o brata, od paru dni kryjącego się w wypełnionej alkoholem piwnicy, uparcie niedającego żadnego znaku życia. On też się martwił – choć im więcej mijało czasu, tym bardziej ta troska zabarwiała się podszytą bezsilnością złością. – Cześć – odpowiedział jej cicho, w pierwszym odruchu chcąc wstać, ale zdążył zaledwie oprzeć dłonie o podłokietniki, nim w miejscu zatrzymał go lekki dotyk na ramieniu; opuścił na chwilę spojrzenie, przemykając nim po jej dłoni i czując, jak za mostkiem rozlewa mu się przyjemne ciepło.
Chciał coś powiedzieć, słowa otuchy zatańczyły na końcu jego języka, ale wtedy jego uwagę skutecznie odwróciło pojawienie się Anthony’ego… i snującego się za nim Josepha, wsuwającego się do pokoju niczym cień, żeby smętnie oprzeć się o ścianę tuż przy drzwiach. Przeniósł na niego wzrok, przez sekundę oceniając stan zniszczeń: blada twarz, cienie pod oczami, rozczochrane włosy, przekrwione oczy, wymięte ubranie – a dopiero później wychwytując spojrzenie przyjaciela. Kąciki ust drgnęły mu w zapowiedzi uśmiechu, ale zamiast zwyczajowego przywitania lub zaczepki zderzył się wyłącznie z milczeniem – a para ciemnych tęczówek szybko przed nim uciekła, sprawiając, że się w nim zagotowało.
Zerknął kontrolnie w stronę Hannah, zastanawiając się, czym sobie na to zasłużyła; ignorowanie jego samego był w stanie zrozumieć, miał swoje na sumieniu – ale czy Joseph, po paru dniach milczenia, naprawdę tylko tyle miał do zaoferowania własnej siostrze? Zacisnął zęby, odwracając głowę i uparcie wpatrując się we Wrighta. – Cześć, Joe – odezwał się głośno; na tyle, by Joseph nie miał możliwości udawania, że go nie usłyszał. – Dobrze widzieć, że m-m-masz się nieźle – dodał po chwili, głosem, w którym więcej było wyrzutu i premedytacji, niż życzliwości; palce mocniej zacisnął na szklance, po plecach wspiął mu się zimny dreszcz, a serce szybciej załomotało w klatce piersiowej – choć dopiero w połowie wypowiedzi Anthony’ego zorientował się, że to nie krótkotrwały gniew był powodem narastającego kaskadowo niepokoju.
Starał się mu nie przeszkadzać, śledząc tok częściowo już znajomych słów, ale wraz z każdym kolejnym jego myśli rozpierzchały się coraz chaotyczniej, uciekając przed zagrożeniem, którego nie był w stanie dostrzec ani wskazać; nie teraz, mruknął bezgłośnie sam do siebie, jego organizm zdawał się być jednak głuchy na te prośby. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie temperatura w pomieszczeniu spadła o kilkanaście stopni, i – naciągnąwszy odruchowo rękawy swetra – rozejrzał się dyskretnie dookoła, żeby sprawdzić, czy z ust pozostałych uczestników spotkania nie umykała przypadkiem para. Żaden z nich nie wyglądał jednak, jakby drżał z zimna, nawet ubrani elegancko (choć zdecydowanie mniej ciepło) Evan i Skała; co się więc z nim działo, dlaczego nie mógł złapać oddechu – a te, które łapał, zdawały się nie zawierać w ogóle tlenu? Wyprostował się trochę niezręcznie, starając się w ten sposób pozbyć przeszkody, która blokowała jego płuca i drogi oddechowe, po czym powoli (i najdyskretniej, jak tylko był w stanie) wciągnął powietrze do płuc, zaklinając rzeczywistość, żeby nikt teraz na niego nie patrzył; musiał się uspokoić, opanować rozbiegane emocje, ale wrażenie, ze za moment się udusi, skutecznie mu to utrudniało. Przełknął z trudem ślinę, pochylając się do przodu, żeby odstawić na stolik szklankę z nietkniętą whisky; palce zadrżały mu nieznacznie, szklanka zadzwoniła cicho o blat, ale liczył na to, że ten dźwięk zniknie w kolejnych zdaniach padających z ust Anthony’ego. W którymś momencie zgubił ich bieg, wyłapując co drugie; resztę zagłuszał łomot serca, huczący w uszach, sprawiający, że zaczęło kręcić mu się w głowie. Nie mógł już dłużej usiedzieć w miejscu.
Ocknął się, gdy Anthony zwrócił się do niego po imieniu, na krótką chwilę przywrócony do rzeczywistości. Uśmiechnął się słabo, biorąc jeszcze jeden wdech. Miał być lotnikiem, nieuchwytnym i wiernym. Posłańcem. Szybkim jak wiatr. Niedoścignionym jak morza szum.
Nie teraz.
Moją odp-p-powiedź znasz, Anthony – odezwał się, podciągając wyżej kąciki ust i starając się pozbyć tego uporczywego wrażenia, że spoglądał sam na siebie z boku; że nie uczestniczył w tej scenie, a jedynie oglądał ją z dystansu. – Jestem do waszej – twojej – dysp-p-pozycji – dodał, potwierdzając słowa wypowiedziane kilka dni wcześniej, gdy razem pracowali nad budową boiska w Oazie. Otworzył usta, chcąc powiedzieć coś jeszcze – wyrazić swoją wdzięczność, być może, albo w jakiś sposób przekonać do tego pomysłu znacznie bardziej sceptyczną resztę – ale głoski zamarły mu w gardle, postanowił więc zaczekać na odpowiedź pozostałych, jednocześnie kupując dla siebie kilkanaście dodatkowych sekund.
Nie będąc w stanie wytrzymać już dłużej w bezruchu, podniósł się z krzesła powoli, starając się zwracać na siebie jak najmniej uwagi; stanąwszy na własnych nogach, nachylił się w stronę Hannah. – Może chcesz usiąść? – zaproponował jej cicho, szeptem, starając się zamaskować w ten sposób prawdziwy powód własnego poruszenia. Chociaż miał ochotę ruszyć prosto do drzwi, przystanął tuż przy krześle, na którym siedział, w bliskości przyjaciółki szukając spokoju; próbując wyrównać oddech, uspokoić serce, opanować drżącą szczękę; odliczając w myślach od dwudziestu w dół i mając nadzieję, że gdy dotrze do jednego, zdoła ściągnąć swoje myśli z powrotem do tego pokoju. Miał być dziś wsparciem, nie ciężarem – a już na pewno nie ofiarą.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Zaręczony
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Pokój dzienny [odnośnik]17.04.21 17:38
Dimitri Johnson
Siedział w milczeniu, podnosząc zmęczone spojrzenie jedynie od czasu do czasu, gdy do pokoju wchodziła kolejna osoba; na widok Hannah uśmiechnął się cieplej, zatrzymując na niej wzrok na nieco dłużej, po czym przesunął się lekko na kanapie, robiąc miejsce obok siebie – ale gdy zamiast usiąść, przystanęła gdzieś indziej, zgarbił się odrobinę i skupił uwagę na trzymanej w dłoniach szklance, udając, że wcale nie przesiadł się celowo. Teatralne wywrócenie oczami przez Evana mu nie umknęło, a kiedy w ramach powitania skrzywił się również Joseph, Dimitri wypuścił nerwowo powietrze z płuc, jakimś cudem kurcząc się w sobie jeszcze bardziej, choć wydawał się równie przybity, co poirytowany. Szklankę, do tej pory kołysaną niemrawo w dłoni, uniósł do ust i przechylił, opróżniając ją do połowy, po czym niezbyt ostrożnie odstawił ją na blat; stuknęła głośno, a sam Johnson podniósł się z kanapy, zrobił kilka zdenerwowanych kroków i odwrócił się na pięcie; pochylił się do przodu zaciskając dłonie na oparciu i spod zmarszczonych brwi przyglądając się przemawiającemu Anthony’emu.
Tyle, ile sam się dowiedziałem – mruknął, wtrącając się cicho w wypowiedź mężczyzny, gdy ten wspomniał jego imię; pierwsza część wyjaśnienia nie była dla niego nowością, o utracie sponsorów słyszał już niejednokrotnie, i właściwie – było to coś, co nie pozwalało mu spokojnie zasnąć jeszcze na kilka tygodni przed oficjalnym rozwiązaniem drużyny. Przesunął jednak spojrzeniem po twarzach pozostałych zawodników, przyjaciół, druhów – ludzi, za których poniekąd czuł się odpowiedzialny – prawdopodobnie starając się ocenić ich reakcję. Na koniec zatrzymał wzrok na powrót na sylwetce Anthony’ego Macmillana, a wraz z każdym kolejnym wypowiadanym przez niego słowem, zmarszczki na czole byłego kapitana drużyny wydawały się pogłębiać. Oderwał jedną dłoń od pokrytego miękkim obiciem oparcia, sięgając nią twarzy i bezwiednie pocierając pokrytą krótkim zarostem szczękę. – Co z innymi drużynami, które odeszły z ligi? – zapytał w końcu, odrywając rękę od ust. Przełknął ślinę. – Srokami? Harpiami? Nie możemy się z nimi… skontaktować? Zorganizować… nie wiem – pokręcił głową, znów opierając dłoń o oparcie i zawieszając urwane w połowie zdanie. Wydawał się mieć problem z zebraniem myśli, prowadząc jakąś samotną, wewnętrzną walkę. Westchnął przeciągle; w jego głosie zabrzmiała kapitulacja. – O jakich paczkach mówimy? – zapytał. – Kim będą odbiorcy? Dlaczego zaufanie jest w tym wszystkim kluczowym czynnikiem? – Zrobił krótką pauzę, jakby się nad czymś zastanawiając. – Nie zrozum mnie źle, lordzie Macmillan, gram – grałem dla Zjednoczonych przez ponad dziesięć lat, szanuję ciebie i twoją rodzinę, ale mam też swoją – i jeśli ty… Jeśli lord Sorphon chce, byśmy zaangażowali się w coś takiego, to mów proszę otwarcie – z jakim zagrożeniem się mierzymy? – zapytał, nieświadomie przeskakując pomiędzy liczbą pojedynczą a mnogą, zapominając – być może – że nie mógł już wypowiadać się w niczym imieniu poza swoim własnym.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]17.04.21 19:51
Mason “Skała” Hearth

Ciemne spojrzenie Masona uważnie wodziło po otoczeniu, gdy wszyscy zbierali się w pokoju. Szklanka z whisky co jakiś czas wędrowała w kierunku jego ust, w czasie gdy druga już czekała w kolejnej dłoni, ot na wszelki wypadek gdyby nerwy skoczyły mu zbyt mocno. Co jakiś czas kiwał głową na powitanie mężczyzn, którzy pojawili się w pomieszczeniu tuż po nim, a gdy Hannah skierowała w jego kierunku spojrzenie, Skała posłał jej perskie oczko. No, to była kobieta! Młoda, ładna, znająca się na miotłach... Nie to co jego Stara, wiecznie zrzędząca praktycznie o wszystko.  Resztki rozbawienia umknęły z jego oczu, gdy do pomieszczenia wszedł były kapitan Zjednoczonych, a określeń, jakie pojawiły się w głowie pałkarza lepiej nie przywoływać. Dłoń Skały odruchowo mocniej zacisnęła się na pałce, gdy czarodziej poczuł niezwykłą chęć, by wbić mu pałką do głowy pewne mądrości. - Mówiłem, że to zły pomysł. To było “nie masz racji, mózg Ci wybili tłuczkiem...”I co? Miałem rację. - Mruknął gdzieś między słowami lorda Macmillan, by chwilę później unieść szklankę do ust. Mówił, ostrzegał, woleli jednak zignorować jego słowa, zupełnie jakby był jakiś mało namyślny. Ciche prychnięcie wyrwało się z jego ust, nim dopił szklankę w jednym ruchu. Skała był, jaki był - za kołnierz nigdy nie wylewał i nigdy nie było to tajemnicą. Pustą szklankę odstawił na jedną z tacek, by skończyć z pałką w prawej dłoni i szklanką whisky w lewej. No, teraz to czułby się niczym król... Gdyby nie obecność tego zdrajcy, jakim był Dimitri w jego oczach. A gdy lord Macmillan skończył mówić, Hearth poprawił się na krześle, już otworzył usta by cokolwiek powiedzieć, gdy przerwał mu były kapitan. Skała poczerwieniał na buzi, przez chwilę gryzł się w język gdy w końcu nie wytrzymał. Do spokojnych również nigdy nie należał, a koledzy z drużyny powinni doskonale zdawać sobie z tego sprawę. Duży łyk alkoholu ponownie powędrował przez jego gardło, dodając mu animuszu. Oraz chęci do mówienia. W końcu, już raz kiedyś miał rację.
- Jakbyś kiedykolwiek, cokolwiek wiedział Johnson. - Bruknął, ponownie poprawiając się na fotelu. - Przestań pieprzyć, Johnson. Każdy z nas ma gębę i jest w stanie odpowiadać za siebie, więc z łaski swojej mów za siebie, albo wbiję ci trochę rozumu do tego pustego łba! - Warknął, mierząc w Dimę  swoją pałką, jakby chciał go ostrzec przed doborem słów. No nie będzie mu się były kapitan panoszył po nie jego rezydencji! Wściekłe spojrzenie obdarzyło byłego kapitana, złagodniało jednak gdy powędrowało w kierunku lorda Macmillan.
- Lordzie Macmillan, moim zdaniem było nie spaść z miotły, walnąć w tłuczek i dopilnować, żeby nikt z moich nim nie oberwał. Nie jestem listonoszem, nie znam się na tych wszystkich kurierskich świstkach. -Rzucił, mając nadzieję, iż lord zrozumie - nie znał się na takiej robocie. Miał mocno walić i nie spać z miotły, a nie rozrzucać paczki i wypełniać druczki. Był prostym chłopem, nadającym się do prostych, niewymagających wielkiego myślenia zadań. - O jakiej stawce mówimy, czczony lordzie? Nie jestem jak roślina, nie żrę tego, no, chloroformu. Potrzeba mi pieniędzy na żarcie, jak wkopię się w coś, gdzie nie da się zarobić, moja Stara znowu zrobi mi awanturę i będzie suszyć głowę. - Mruknął, wywracając ciemnymi ślepiami. Gertruda bywała niezwykle nieznośna, jeśli lodówka była pusta a on zbyt często odwiedzał pobliskie bary. - Mówię lordowi, tak między nami mężczyznami i Hannah oczywiście... - Zaczął, spojrzenie na chwilę przenosząc w kierunku panny Wright. - Ta kobieta wrzeszczy gorzej niż szyszymora! - Dokończył myśl kręcąc przy tym głową. I sięgając po kolejną, malutką szklaneczkę mocnego i cholernie dobrego alkoholu.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]18.04.21 12:08
Jego minę dostrzegła od razu. Znała go za dobrze, by łudzić się nikłego uśmiechu, smutnego, powłóczystego spojrzenia, tęsknoty. A jednak kiedy dostrzegła tą złość, rozdrażnienie jej widokiem poczuła to samo przeraźliwe ukłucie w sercu. Wolna dłoń zgarnęła i zmięła materiał spódnicy, palce nieświadomie mocniej wbiły się w ramię Williama, zęby zagryzły mocno, a broda opadła niżej, by spojrzenie brązowych oczu dopadło brata w mig, i jeśli by tylko mogło, spaliłoby go w ułamku sekund jak wióry na popiół. Powiodła za nim aż do ściany, zmuszając go, by na nią spojrzał raz jeszcze. Gdyby nie jego koledzy, gdyby nie ostatnia racjonalna myśl, że zebrali się tu w ważniejszym celu, doskoczyłaby do niego w kilku krokach. Czuła się jak stara kwoka, mając ochotę chwycić za ścierę i zdzielić go nią kilkukrotnie, by później złapać w objęcia z wybaczeniem zrozumieć jego ból. Gdy tylko Billy odezwał się do Joe'go, spojrzała na niego z obawą — wiedziała, że to prowokacja. I wiedziała, że jeśli Joseph wciąż miał whisky zamiast krwi nie odpuści, szansą na spokój był trzeźwy umysł, ale nie była w stanie stwierdzić, czy wciąż go posiadał.
Nie ruszyła się jednak, przenosząc spojrzenie na Anthony'ego, który zabrał głos, nie dostrzegając nawet, że Dimitri przesunął się po sofie, by zrobić jej miejsce. Macmillana słuchała z podzieloną uwagą, próbując skupić się na jego słowach, a nie obecności Josepha gdzieś daleko. Na tym, co spowodowało taką sytuację, co do niej doprowadziło. Rozumiała ich, przynajmniej poniekąd. Macmillanów. Drużyna sportowa to nie tylko rozrywka, marka, przyjemność. To także gałąź działań, która musi być intratna. A kiedy przestaje, każdy biznesmen musi powziąć odpowiednie kroki, by to zmienić. Gdy sklep dziadka był na skraju bankructwa, nie poddała się, zadłużyła u portowego lichwiarza, nie bacząc na konsekwencje, ryzyko. I pomimo realnej wizji utraty sklepu udało jej się z czasem wyjść na prostą, choć gdyby zamiast rozdawać część zysków zainwestowała więcej, osiągnęłaby znacznie lepsze skutki. Dziś sklepu już właściwie nie było. Londyn pochłonęła śmierć. Macmillanowie nie widzieli dla siebie ścieżki. Nie chciała ich oceniać, nie chciała rozważać, czy mieli jakiekolwiek szanse na wygranie tej bitwy. Nie dało się ukryć, że teraz, w stanie wojny, gdzie sam Anthony był uważany za zbiega, a cała rodzina za zdrajców czystokrwistych, konserwatywnych rodów nie mieli wielkich szans by to przedsięwzięcie utrzymać, jeśli nie mogło samo na siebie zarobić. Nie odzywała się. Propozycja była skierowana do chłopaków i to od nich zależało, co z nią zrobią. Rozejrzała się dookoła, przyglądając po wszystkich graczach — wspaniałych sportowcach, których miała okazję poznać w ostatnich miesiącach, i którym miała możliwość pomóc w taki sposób, jak umiała najlepiej. Liczyła, że przyjmą propozycje Macmillana, nie tylko z braku innych opcji — ale dlatego, że byli Zjednoczonymi. Spojrzała na Skałę, kiedy się odezwał, a później zerknęła na Dimitriego, posyłając mu życzliwe spojrzenie. Było jej go szkoda, z każdą chwilą coraz bardziej. Zbierał za wszystko sam. Złość gromadziła się w jego kierunku, ale nie był przecież niczego winien. A gdy Mason tylko wspomniał o żonie, uniosła brew i odchrząknęła, śląc mu przy tym wymowne, przeciągłe spojrzenie. Bądź co bądź to była jego żoną, nie powinien był robić z niej potwora przy kolegach.
Billy wstał z miejsca, spojrzała na niego, wpierw krótko, kręcąc głową. Nie chciała siedzieć. Nie potrafiła teraz siedzieć w miejscu. Splotła ręce przed sobą, by zacząć nieco nerwowo bawić się palcami. Dopiero po chwili wyczuła jakąś zmianę w jego nastroju. Zerknęła na przyjaciela jeszcze raz, tym razem zatrzymując wzrok na dłużej, jakby chciała spytać, co się stało. Nie spytała. Ale nie chciała, by odchodził.  Była tu obok, była tu z nim. Wszystko będzie dobrze.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Pokój dzienny - Page 6 HCdH48g
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]27.04.21 12:17
- Między wyjściem z ligi a zawieszeniem drużyny jest spora różnica - syknął Joseph zanim przeszli przez próg pomieszczenia. Słowa Tony'ego, że "sami tak postanowili" tylko jeszcze bardziej go podburzyły. Gdyby nie to, że naprawdę miał koszmarnego kaca i właśnie wchodzili do pokoju dziennego wypełnionego byłymi Zjednoczonymi, powiedziałby mu coś bardziej do wiwatu.
Towarzystwo było doborowe i Joe błyskawicznie pożałował, że dał się w to spotkanie wmanewrować dosłownie jak świeżak w Woollongong Shimmy. Wciąż opierając się o ścianę przy drzwiach zaplótł ręce na piersi skupiając swoją uwagę na Tonym i tym co miał do powiedzenia, starając się jednocześnie ignorować otoczenie. Byłoby łatwiej, gdyby to otoczenie było łaskawe ignorować też jego osobę... Ale Billy najwyraźniej nie potrafił się powstrzymać.
Joe przeniósł na niego piorunujące spojrzenie.
- Nieźle? - powtórzył za nim w udawanym zastanowieniu, po czym pokiwał powoli głową. - Tak, w chuj zajebiście się mam - przyznał nawet wysiliwszy się na nieszczery i krzywy uśmiech. Miał nadzieję, że to ukontentuje kumpla i ten da mu merliński spokój przynajmniej do końca spotkania.
Kiedy Anthony zaczął tylko mówić o rozwiązaniu drużyny, Joseph momentalnie poczuł, że musi się napić, więc sięgnął po najbliższą szklankę whisky i golnął ją na raz. Wymienił ją od razu na nową - pełną - ale jak na kulturalnego człeka przystało od razu jej w siebie nie wlał. Honorowo postanowił doczekać do końca przemówienia Anthony'ego.
Szczerze mówiąc inne opcje niż powrót do Zjednoczonych w tej chwili Josepha nie interesowały. Ba, wybitnie mu przeszkadzało, że zamiast omówić wszelkie możliwe opcje jakie mieli do dyspozycji przed tym całym zawieszaniem /likwidacją /rozwiązaniem /zbankrutowaniem/ olaniemprzezsponsorów drużyny, wszyscy (no, może prócz Dimy, ale tego to tam nikt nie wie) zostali postawieni przed faktem dokonanym. Tak, jakby ktoś zapomniał, że Zjednoczonych z Puddlemere tworzyli zawodnicy, a nie sponsorzy, Macmillanowie, szychy z ministerstwa czy Merlin we własnej osobie. Nie. To ONI tworzyli Zjednoczonych i to ONI powinni decydować o losie drużyny.
- A gdyby przekonać sponsorów, że zostawienie nas na lodzie im się nie opłaca? - odezwał się wreszcie póki co kompletnie ignorując kwestię proponowanej nowej roboty i tego, że chłopaki już zaczęli się między sobą o to żreć.
- Że lepiej dla nich, jeśli nadal będą w nas inwestować, bo jak wszystko wróci do normy, to właśnie my będziemy w najlepszej formie, inni nie będą mieli z nami najmniejszych szans, a sponsorom, którzy nas teraz olali, później powiemy, żeby poszli się pierdolić...? - zrobił znaczącą pauzę zawieszając wzrok na Tonym. Tak, być może miał w tej chwili również na myśli Macmillanów. Nie wiedział kto dokładnie rozmawiał z tymi ich sponsorami, ale być może ci nie byli tego świadomi, że wypinając się na drużynę teraz, później zostaną potraktowani tak samo. Może jednak sponsorzy powinni się nad tym dwa razy zastanowić, może nawet trzy?
- Praca jak praca, Tony. Używasz bardzo ładnych słów, ale wystarczyłoby powiedzieć, że macie nam do zaoferowania fuchę sów pocztowych i podać stawkę. I w porządku, zostawiliście nas z dnia na dzień jak starą, wyruchaną dziwkę, ale z sentymentu czy nie wiem czego tam innego podajecie pomocną dłoń i to w porządku, bo niektórzy z nas tego potrzebują w tej chwili. Ja mam pytanie innego typu: jakie lord Sorphon widzi perspektywy dla drużyny - Zjednoczonych z Puddlemere - i czy w ogóle jakiekolwiek widzi, bo jak nie, to to spotkanie po prostu nie jest dla mnie i wychodzę - poinformował ze wzruszeniem ramionami. On sobie poradzi ze znalezieniem byle jakiej roboty, nie potrzebował do tego Macmillanów. Nie bał się ciężkiej pracy, mógłby wrócić chociażby do tartaku, ale wciąż się łudził, że to nie o to w tym wszystkim chodziło.
- Załóżmy, że będziemy wam nosić te przesyłki... Stadion wciąż będzie do naszej dyspozycji? Będziemy mogli trenować jak dawniej, rozgrywać mecze towarzyskie, może stworzyć własną ligę? Czy co? Czy ta oferta kończy się na bycie zaufaną sową Macmillanów i już - uniósł wyżej brwi spoglądając pytająco na Anthony'ego. Kochał go jak brata i może używał zbyt ostrych słów, ale nie zamierzał ukrywać swojego wkurwienia całą sytuacją, ani owijać w bawełnę jak sam Macmillan (a przynajmniej takie wrażenie Joe odniósł). Gdyby nie był tak skacowany i wkurzony i rozgoryczony, to zapewne użyłby łagodniejszych słów przez wzgląd na wszystkich, ALE... było jak było. Można było takie spotkanie zorganizować PRZED zawieszeniem drużyny na przykład. Teraz nikt nie powinien się dziwić, że zawodnicy są wkurzeni i tyle w temacie.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]27.04.21 13:40
Kiedy Joe odparował Billemu, spiorunowała go wzrokiem, ale rozumiała, że był wzburzony, rozumiała, że nosił w sobie wiele żalu i gniewu, ale źle go kierował. To nie Macmillan był wrogiem. To nie Anthony był winowajcą, powodem, dla którego ich kariery legły w gruzach. Nie byli nimi nawet członkowie jego rodziny, nestor, czy Dima. Sprawcami byli ludzie odpowiedzialni za wojnę, za nienawiść, za szerzenie okrutnych poglądów, morderców, którzy pozbawiali życia niewinnych w ramach idei czystości krwi. Naprawdę tego nie rozumiał? Naprawdę koncentrował się na tym, by przelać całą gorycz właśnie na swojego przyjaciela, na jego nestora?
— Josephie Wright, pragnę ci przypomnieć, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Jesteśmy w stanie wojny. Ministerstwo Magii wymordowało mugoli i mugolaków w Londynie, wyrzuciło ze stolicy wszystkich, którzy spoglądali na nich choćby ze szczyptą sympatii lub akceptacji. Na publicznej egzekucji stracili zawodnika Jastrzębi, którego jedyną winą było to, że skierował tłuczek na pracownika policji, a ty wierzysz, że wyjdziesz na boisko, by zagrać z jakąkolwiek drużyną i jacyś fanatycy siedzący na trybunach nie postanowią powybijać was jak kaczki?! Gdzie ty masz głowę, Joe?! — Nie wytrzymała. Nigdy nie słynęła z umiejętności trzymania języka za zębami, ale w tej chwili ktoś musiał jej bratu przemówić do rozsądku. Joseph nigdy nie był niewdzięczny. Nigdy nie był egoistą. Nigdy nie skupiał się na sobie, kosztem innych — tłumaczyła sobie, że to złość, że to alkohol nim kieruje, ale nie mogła usprawiedliwiać go bez końca. Był dorosłym facetem, który musiał umieć zachowywać się jak należy. — Każdy wasz cholerny mecz może zmienić się w mgnieniu oka ze zwykłej sportowej rywalizacji w walkę o życie. Chcesz narazić ich wszystkich? Siebie? Zakładając, że kolejna drużyna pójdzie waszym śladem i przeciwstawi się ministerstwu, uda wam się zagrać mecz towarzyski, będziecie mieć na karku patrol egzekucyjny i sztab ludzi, którzy stracą was przy pierwszej lepszej okazji. A jeśli nikt nie pójdzie waszym śladem, Joe, to nikt z wami nie zagra nawet jednego towarzyskiego meczu. O jakiej grze mówisz? Zamierzasz trenować tygodniami, miesiącami, latami? To będzie ta twoja forma? Granie z paroma kolegami na zamkniętym boisku? Ćwiczenie manewrów bez prawdziwych przeciwników? Podczas gdy inni będą grać turnieje? To nie jest cholerny, mecz, Joe. To jest wojna, skąd wiesz kiedy się skończy i czy w ogóle ją przeżyjemy? — I jakby nie patrzeć, przy pracy oferowanej przez Macmillana miał szanse o wiele lepiej się rozwinąć, o wiele lepiej zadbać o formę niż podczas odbębnianiu stu pompek na murawie. Jeśli już koncentrował się wyłącznie na lataniu. Zupełnie przeoczył cel, któremu mieli służyć w ten sposób. Zupełnie pominął ludzi, którym mieli tak pomóc. — Spójrz prawdzie w oczy, Joe. Nasza mama jest mugolką. Który sponsor w ciebie zainwestuje dzisiaj?— wyrzuciła z siebie ze złością, koncentrując ostre, wściekłe sporzenie na własnym bracie. Zachowywał się jak gówniarz. Wzięła głęboki wdech i ruszyła do przodu, spoglądając też na Evana i Skałę w końcu. — Anthony daje wam wszystkim szansę na to, by latać. By zachować tę formę. By robić to, co wciąż kochacie. By móc się realizować. Inaczej niż do tej pory, ale jakoś. Jeśli odrzucicie tą szansę to będziecie resztę życia tkwić w piwnicy i chlać, tak jak mój brat. Możecie stroić fochy jak małe dziewczynki, ale takie są realia, panowie. I albo przyjmiecie to na klatę, jak mężczyźni i RAZEM weźmiecie się w garść albo jesteście popierdółki, a nie ZJEDNOCZENI. Cholerne primadonny sportu. Ludzie dzisiaj o wiele bardziej potrzebują was, swoich idoli między sobą, a nie na boisku. Kto dzisiaj ogląda rozgrywki quidditcha? Wszystkie szumowiny popierające ministerstwo, bo tylko oni mogą sobie pozwolić na to, by spokojnie przyjść na mecz i zasiąść na trybunach. Ci wszyscy wasi fani, ci ludzie, którzy was kochają za to, co sobą reprezentujecie kryją się po piwnicach jak szczury.— Odwróciła się w kierunku Josepha i wskazała w niego palcem.—  I zapewniam cię, jako twoja siostra i poszukiwana  n i e b e z p i e c z n a  zbrodniarka, jako członek Zakonu Feniksa, że ostatnie na co mają ochotę to oglądanie twoich popisów na boisku, nie wiedząc, czy przeżyją kolejną godzinę. — Drżała. Była wściekła. Była zawiedziona. Nigdy nie sądziła, że mógłby tak cholernie myśleć tylko o sobie, kiedy ulice spływały krwią. — Wstyd mi za ciebie, Joe. Benowi, który był  p r a w d z i w ą gwiazdą quidditcha byłoby wstyd, gdyby cię słyszał. Poświęcił się pomocy innym. Twojej matce byłoby wstyd za ciebie, gdyby słyszała, że zamiast pomagać takim jak ona w trakcie wojny obchodzi cię tylko własna dupa.— Zmierzyła go nieprzychylnym wzrokiem i ruszyła w stronę wyjścia, nie patrząc na nikogo. Tak naprawdę była wdzięczna Anthony'emu, że ją tu zaprosił. Chciała przyjść i słuchać, wesprzeć ich, dać znać, że są w tym razem, ale to nie była jej decyzja. Jeśli zamierzali się przegadywać i marudzić jak dwunastolatkowie to nie przemówi ich do rozsądku. Idąc nie spojrzała na Billego, czując, że byłoby jej strasznie wstyd za ten wybuch. Miała nadzieję, że nie będzie miał jej tego za złe, że nie skarci jej teraz — może za chwile, kiedy zetrze pierwsze łzy. Zatrzymała się przy drzwiach, odwracając jeszcze za siebie. — I wyrażaj się, Josephie. Nie jesteś na boisku — zwróciła mu na koniec uwagę, odnośnie tych wszystkich bluzgów. Był na dworze Macmillanów, a zachowywał się jak chlejus. Właściwie to, był nim. I należało mu się. — Anthony, bardzo cię przepraszam. Za siebie i za swojego brata. Jeśli tylko będę mogła pomóc, możesz na mnie liczyć. Zawsze. — Jej głos jednak nie złagodniał. Jej oczy zeszkliły się z wściekłości, więc posłała mu tylko krótkie spojrzenie i opuściła pokój, zostawiając panów samych sobie.

| Hania zt podkówka fluffy :I



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Pokój dzienny - Page 6 HCdH48g
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]01.05.21 20:11
Uwaga Wrighta na powitanie Moore’a sprawiła, że Macmillan odwrócił się na chwilę i spiorunował go spojrzeniem. Czuł się jednak dziwnie nieprzyjemnie, zupełnie tak, jak gdyby zwracał uwagę młodszemu bratu… choć w sumie do pewnego stopnia tak właśnie traktował Josepha.
Potem już przyglądał się uważnie wszystkim, po kolei. Główną uwagę zwracał na członków drużyny, a z nich najbardziej na Johnsona. To on był w końcu kapitanem, więc naturalnym było, że Anthony uważał go za kogoś, kto był tutaj decydującą osobą i posiadającą największy (a przynajmniej taką miał nadzieję) wpływ na Zjednoczonych. Nie omijał jednak wzrokiem ani Williama, ani Hannah, których obecność dodawała mu odwagi i nadziei, że przekonanie drużyny będzie łatwiejsze.
Kiedy skończył mówić, a Dimitri dopiero miał zacząć – usłyszał mruk z ust Masona. Ten wyglądał na wyraźnie zdenerwowanego… a to potwierdzał także jego dziwny ruch przy trzymanej przez niego pałce. Macmillan uspokoił się dopiero wtedy, kiedy ten napił się odrobiny whisky. Postanowił więc odpowiedzieć na otrzymane w międzyczasie pytanie:
Próbowałem zaproponować podobne rozwiązania sir Sorphonowi… od stworzenia własnej ligi, po znalezienie innych sponsorów, a nawet grania za granicą… Ale prawdą jest to, że byłoby to albo niemożliwe, albo nieopłacalne… albo wyjątkowo słabo opłacalne. Nie mówiąc już o waszym bezpieczeństwie i bezpieczeństwie kibiców – odpowiedział natychmiast na pytanie zadane przez Dimitriego, ale i Josepha. Drugiemu z nich dał z kolei znać jednym spojrzeniem, żeby odrobinę uważał na język. Miał już kontynuować, ale Skała nagle się wtrącił… a Anthony natychmiast spojrzał w jego stronę, wyraźnie zaskoczony zaistniałą nieuprzejmością. – Masonie… nie przyszliśmy się tutaj bić, tylko rozmawiać i znaleźć dla was rozwiązanie – upomniał go jedynie, obawiając się, że całe to spotkanie przerodzi się w jatkę skierowaną albo w jego stronę, albo w stronę Johnsona. – Nie wiem, co z innymi drużynami. Żałuję, że nie ma z nami mojej żony, która mogłaby się wypowiedzieć w imieniu Harpii… ale podejrzewam, że i inni zostali postawieni przed podobnym pytaniem kariery i przyszłości – postawił odpowiedzieć na uprzednie pytanie Dimitriego. Uśmiechnął się przy tym blado, czując się winny temu, że nie potrafił powiedzieć nic bardziej optymistycznego ani konkretnego.
Uśmiechnął się, kiedy William jako pierwszy zgodził się na propozycję, choć jego odpowiedź poznał już przed kilkoma dniami. Co do innych jednak nie wiedział czego oczekiwać. Kiedy przygotowywał się do tego spotkania, podejrzewał że miało być ono ciężkie. Chodziło przecież o marzenia każdego z nich. O kariery i pasję, która nagle została ograniczona przez wojna i niesprawiedliwe rządy. Był tego świadom i chciał dla każdego z nich jak najlepiej. Jako Macmillan i jako cichy fan. Nie spodziewał się jednak tego, że drużyna i jej członkowie, których Macmillanowie traktowali niemal jak własną rodzinę przez wiele lat, miała teraz traktować ich tak, jak gdyby rozwiązanie było jakąś karą. Przecież nie wymyślił tej wojny. Wszystkie zarzuty z ich strony brzmiały tak, jak gdyby jego rodzina zrobiła to wszystko specjalnie. Anthony chciał zrozumieć każdego z graczy, ale jednocześnie czuł się tak, jak gdyby część drużyny nagle odwracała się plecami. Najbardziej jednak zasmuciły go słowa Josepha, który był mu jak brat. Zacisnął usta, próbując zapanować nad własnymi emocjami… ale nie potrafił… nie po tym jak jedno zdanie zwyczajnie podniosło mu ciśnienie.
Jak starą, wyruchaną dziwkę?! – Powtórzył ostro za przyjacielem i nagle walnął pięścią z stoliczek przed sobą tak mocno, że karafka i szklanki podskoczyły i zatrząsały się. – KIM JESTEŚ, ŻEBY TAK SIĘ DO MNIE ZWRACAĆ, JOSEPHIE ERICU WRIGHTCIE? – Wrzasnął nagle i podniósł się, wskazując na niego palcem. – Gdybyśmy zostawili was jak starą, wyruchaną dziwkę, przeklęty Wrighcie, to nie siedziałbyś tutaj – tu wskazał palcem na dywan, jak gdyby podkreślając, że miał na myśli rezydencję – w jednym miejscu ze mną od kilku dni. Nie nadstawiałbym własnego karku i nie wysyłałbym błagalnych listów od tych kilkunastu przeklętych dni do Merlin jeden wie ilu osób próbując wam pomóc i załatwiając wam alternatywy. Myślisz, że się nudzę i zwołałem was dlatego, że nie mam co robić?! Myślisz, że jak się czuje moja żona, która zdaje sobie sprawę z obecnej sytuacji bardziej od ciebie i która być może mogłaby grać, ale czym by wyszła na boisko to mogłaby być zaaresztowana tylko dlatego, że jest moją żoną?!
Cieszył się, że Hannah kontynuowała oburzenie za niego i ładniej opisała to, co siedziało w jego głowie. Wrócił na swoje miejsce, wzdychał głośno, próbując zapanować nad swoją złością. Kiwał co jakiś czas, na wymawiane przez nią słowa. Nerwowo przy tym ściskał palce. Kiedy jednak wstała, Anthony machinalnie także wstał, w geście oddania szacunku Wrightówny za jej obecność. Kiwnął jej głową, dając znak, że rozumiał jej sytuację i powód dla którego opuszczała spotkanie, a na samym końcu skłonił się w formie pożegnania. Dał znać Pryncypałkowi, żeby odprowadził ją do drzwi.
W pomieszczeniu na chwilę zapadła cisza, a sam blondyn potrzebował chwili, żeby przetrawić wszystkie myśli. Odchrząknął dopiero po chwili, a nieprzyjemne spojrzenie na chwilę utkwił w Josephie, jak gdyby próbując ocenić jego reakcję.
Przesyłki będą różnego rodzaju – postanowił odpowiedzieć na pytania wszystkich po kolei, jak gdyby przed chwilą nic się nie stało. W głosie wciąż jednak słychać było złość i swego rodzaju oschłość, nad którą jednak próbował zapanować. Złapał się za grzbiet nosa i zamilczał na chwilę, żeby jeszcze się uspokoić. – Będą to listy, paczki, zależnie od potrzeby. Być może będzie musieli zapamiętać część wiadomości i doręczyć ją ustnie – kontynuował już spokojniej i łagodniej. – Podkreśliłem wcześniej kwestię zaufania, ponieważ część z nich związana będzie z bezpieczeństwem naszego rodu, ale i innych przyjaznych nam rodzin, Prewettów, Longbottomów, Greengrassów, Ollivanderów… być może i Abbotów – na ostatnie nazwisko jego usta na chwilę drgnęły w niezadowoleniu, ale było to związane bardziej z prywatnymi niesnaskami i niechęciami. – Nie jestem w stanie ocenić stopnia zagrożenia. Zależałoby ono od ważności przesyłki i odległości. Wynagrodzenie byłoby jednak adekwatne do włożonego przez was trudu, stresu przez który byście przeszli. Gdyby stało się cokolwiek złego… do czego mam nadzieję by nie doszło… wasze rodziny otrzymały wsparcie pieniężne. Niemniej, nie zamierzam was do niczego zmuszać. Jeżeli się zgodzicie, to będę wymagać od was oddania i dotrzymania powierzonych tajemnic… Jeżeli przesyłka będzie zapieczętowana, to oczywiście będę wymagać tego, żebyście do niej nie zaglądali… – miał już zakończyć, ale przypomniał sobie obelgi, które przed chwilą wygłosił Wright. W tym także jeszcze jedną kwestię. – Co do stadionu… ten pozostaje do waszej dyspozycji. Możecie na nim ćwiczyć i grać w wolnym czasie.
Znowu zamilczał na chwilę. Rozmyślał nad własnymi słowami, ale i ich pytaniami i wyrażonymi wątpliwościami. Nie chciał wyjść na kogoś złego, czy kogoś kogo łatwo było zezłościć.
Słuchajcie – odezwał się nagle, próbując załagodzić swój poprzedni ton – nie chciałbym, żebyście traktowali bycie kurierem jako obelgę z naszej strony, czy jako fakt bycia „sową”. Nie proponowalibyśmy tego zadania byle komu. Nie w czasie wojny. Znamy się od wielu lat… Przychodziliście tutaj wiele razy na urządzone przez nas przyjęcia i nie tylko. Byliście nawet na moim ślubie. Próbujemy znaleźć alternatywę, która pozwoliłaby wam i waszym rodzinom na godne życie nawet w tym niebezpiecznym czasie. Nie mówię, że bycie kurierem byłoby łatwe… ale i granie na boisku bywało niebezpieczne. Sami dobrze to wiecie. I ja sam zdaję sobie z tego sprawę. Gdybyście się nie zgodzili, jedyne co mogę zrobić to wysłać sowy do kapitanów jugosłowiańskich i rosyjskich drużyn, których poznaję, z prośbą o transfer. Za granicą bylibyście bezpieczni i moglibyście kontynuować swoje marzenia.

72h


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 6 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]04.05.21 21:36
Dimitri Johnson
Zdenerwowanie, które opanowało byłego kapitana Zjednoczonych wraz z każdą upływającą chwilą było coraz bardziej widoczne; rysy mu stężały, knykcie zaciśniętej na szklance dłoni zbielały, a oparta o podłogę noga zaczęła podrygiwać bezwiednie, raz po raz bezgłośnie opadając na miękki dywan. Otwarta wrogość, z jaką spoglądali na niego pozostali członkowie drużyny, była trudna do zignorowania i nie do końca zasłużona; rozwiązanie zespołu nie było wszak jego decyzją – został przed nią postawiony, gdy już była podjęta, tak samo, jak wszyscy inni; jak sam lord Macmillan.
Przez chwilę siedział w milczeniu, łypiąc to na Josepha, to na Evana, to na opróżniającego szklankę za szklanką Skałę, na dłużej zatrzymując wzrok na tym ostatnim; po jego pierwszych słowach zacisnął zwyczajnie usta, ale gdy Mason zwrócił się bezpośrednio do niego, racząc go obelgą, nie był w stanie zachować milczenia. Zerwał się z miejsca, robiąc krok w stronę pałkarza i spoglądając na niego z góry; wydawał się nie przejmować wymierzoną w niego pałką, poczerwieniał za to od szyi aż po koniuszki uszu. – Spróbuj. Tylko na tyle cię stać? – warknął, mrużąc oczy. Po chwili oderwał spojrzenie od Skały, żeby zamiast tego omieść nim pokój. – Tylko na tyle was wszystkich stać? Sami pisaliście do mnie listy – zrobił krok do tyłu, przesuwając się nieco w stronę ściany; wolną rękę uniósł w górę, zaciskając ją w pięść – sami do mnie pisaliście. Jak ministerstwo postanowiło sprawdzać różdżki przed meczami, wtedy jakoś potrafiliście mówić jednym głosem. I ty, Wright – ty, ze wszystkich ludzi! Druhu! – wykrzyknął; w jego głosie rozbrzmiała gorycz. – Koszt zwycięstwa jest za duży, to nie czas i miejsce na zabawianie zwolenników zbrodniczego reżimu – wiesz, kto to napisał? Kto oficjalnie oświadczył, że nie wyjdzie na boisko, jeśli choć jeden zawodnik ze względu na krew nie zostanie dopuszczony do rozgrywek? Co to było, puste przechwałki? Rzuciłeś kaflem do obręczy i liczyłeś na to, że do niej nie wpadnie, a teraz zrzucasz winę na mnie, bo ci na to pozwoliłem? Pieprzę to. – Machnął ręką, po czym przyciągnął do siebie szklankę i wypił jej zawartość jednym haustem. Odstawił ją na blat z donośnym brzękiem, i wyglądało na to, że miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył – bo głos zabrała Hannah.
Dimitri Johnson zamknął usta, przenosząc spojrzenie na czarownicę z wyrazem twarzy oscylującym gdzieś pomiędzy zaskoczeniem a zawstydzeniem; oparł się dłońmi o oparcie kanapy, przenosząc wzrok pomiędzy nią a jej bratem. Gdy ruszyła do wyjścia, drgnął nieznacznie, jakby miał ochotę podążyć za nią, ale ostatecznie pozostał na swoim miejscu, odrywając spojrzenie od drzwi i skupiając je na lordzie Macmillanie. Emocje opuszczały go powoli, choć nie do końca; wypuścił powietrze z płuc, mocniej zaciskając dłonie na oparciu i zwieszając głowę; wyglądał, jakby w ciągu kilku sekund postarzał się o kilka lat. Wysłuchał jednak do końca słów Anthony’ego, żeby wreszcie ponownie podnieść na niego wzrok. – Wybacz mi, lordzie Macmillan – powiedział, prawdopodobnie odnosząc się do wcześniejszego wybuchu – choć mógł mieć na myśli też coś zupełnie innego. – Czy mamy czas do zastanowienia? Muszę… Rozważyć opcje. – Przełknął ślinę. – Wiem, że oczekiwałeś ode mnie więcej, ale biorąc pod uwagę, że moja drużyna już uznała mnie za złoczyńcę, moje słowa mogłyby tylko zaszkodzić – dodał, prawie cedząc ostatnie zdania; tym razem uparcie nie spoglądając w kierunku żadnego z zawodników Zjednoczonych.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Pokój dzienny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach