Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Pokój dzienny
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Pokój dzienny

Ciepłe i przestronne pomieszczenie, które pełni ważną rolę w życiu Macmillanów. To tutaj, przy kominku, najwięcej czasu spędzają członkowie rodziny, popijają herbatę lub rodzinne wyrabiane alkohole, dyskutują na temat ostatnich meczów Quidditcha, zwykłych problemów lub po prostu odpoczywają po ciężkim dniu pracy, lub ciężkiej nocy.
Ze względu na bardziej „intymny”(tzn. domowy) charakter pomieszczenia, na ścianach znajdują się różnego rodzaju obrazy, w tym członków rodziny. Na półkach, naprzeciw kominka, znajdują się skromne puchary Quidditcha. Najważniejszy z nich wszystkich jest mały, srebrny puchar, który był pierwszą zdobytą przez Sorphona Macmillana nagrodą. Znajduje się on pod herbem rodowym i małym obrazem znikacza. Wokół niego porozstawiane są pozostałe „pierwsze” puchary obecnych członków rodziny.
Z okien, za dnia, zauważyć można polanę. Wiosną, latem i jesienią dostrzec też można Macmillanów pojedynkujących się na szable lub uprawiających zapasy, jeżeli akurat dopisuje pogoda i nie ma mgły.
Do pokoju dziennego zapraszane są osoby blisko spokrewnione z Macmillanami lub te, którym ród ufa.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście. Odliczał w dół, starając się odzyskać w ten sposób kontrolę nad własnymi myślami, uspokoić łomoczące w klatce piersiowej serce; w uszach mu szumiało – ledwie słyszał przepełnione złością słowa pałkarza, choć nie umknęło mu puszczone w stronę Hannah oko; zacisnął zęby, spoglądając na zawodnika z nagłą niechęcią, z pewnością wywołaną jego słowami, a nie pozornie nieszkodliwym gestem. Spojrzał na niego krytycznie z ukosa, opierając się o fotel; jakim cudem utrzymywał formę, skoro opróżniał szklankę za szklanką? Jego wzrok uciekł na moment w stronę tej, którą przed sekundą odstawił na blat, nie sięgnął po nią jednak, zamiast tego starając się skupić na padających zdaniach. Chciał pomóc Anthony’emu – po to tu dzisiaj przyszedł, miał być dla niego wsparciem, odwdzięczyć się jakoś za wszystko, co do tej pory dla niego zrobił, ale spoglądając na twarze kolejnych Zjednoczonych wiedział, że nie będzie łatwo. Rozumiał ich – jakiś czas temu sam stał na ich miejscu, mierząc się z oczywistą niesprawiedliwością, która nigdy nie powinna była odnaleźć swojej drogi do sportu; pamiętał tę bezsilność i odruchową chęć poskładania sypiącej się rzeczywistości w całość, ale dzisiaj wiedział już, że to nie był na to dobry czas. To w ogóle nie był dobry czas – w Anglii z dnia na dzień zaczynało brakować dosłownie wszystkiego, wojna rozpełzała się po kolejnych hrabstwach, ludzie umierali za zbyt odważne zabieranie głosu i krew płynącą w ich żyłach, a chociaż tutaj, w Kornwalii, wciąż można było czasami poddać się złudnemu wrażeniu, że wszystko niedługo wróci do normy, to Billy wiedział już, że tak się nie stanie – ani za tydzień, ani za miesiąc; może nawet nie za rok.
Siedemnaście, szesnaście, piętnaście; podniósł spojrzenie na Josepha, gdy ten w odpowiedzi na jego pytanie wyrzucił z siebie wiązankę wulgarnych słów, ale choć kolejne prowokacyjne głoski pchały się na jego język, zmiął je w ustach, zachowując milczenie. Nie miał zamiaru dolewać oliwy do ognia, choć powstrzymanie się od przerwania przyjacielowi kosztowało go resztki samokontroli; zdania skierowane do Anthony’ego nie były sprawiedliwe, to, co się działo, nie było jego winą; pokręcił głową, prostując się i otwierając usta, ale nim zdążyłby zebrać myśli, odezwała się Hannah.
Rozpoznawał ten ton; słyszał go wystarczająco wiele razy, by dostrzec od razu, że w przyjaciółce coś pękło – i że nic nie będzie już w stanie zatrzymać wypływających spomiędzy jej warg słów. Zrobił krok w jej kierunku, żeby wyciągnąć rękę i delikatnie dotknąć jej łokcia; nie żeby ją skarcić – w jej wypowiedzi było wiele racji, wiele doświadczeń zebranych w czasie ostatnich miesięcy, które być może musiały zobaczyć światło dzienne – nawet jeśli okoliczności ku temu były niefortunne; nie był pewien, czy Joseph zasługiwał na to, żeby usłyszeć to wszystko tutaj, w obecności pozostałych zawodników, ale nie jemu było to oceniać; mógł ją jedynie wspierać, wspierać ich oboje, bo w sytuacji, w której się znaleźli, nie było łatwej drogi. – Hannah – odezwał się cicho, kiedy jej głos zaczął drżeć, a w przestrzeni rozsypały się stwierdzenia okrutne, surowe; nie powiedział jednak nic więcej, rozbiegane myśli wciąż uparcie nie chciały zebrać się w całość, a gdy przyjaciółka skierowała się w stronę wyjścia, wymykając mu się spomiędzy palców, na moment rozpierzchły się całkowicie. Nie potrafił ukryć mignięcia zawodu na twarzy, sądził, że byli w tym oboje – potrzebował jej tutaj, obok, zwłaszcza, odkąd grunt zaczął usuwać mu się spod stóp; drgnął nieznacznie, chciał za nią zawołać – żeby przynajmniej poczekała na niego na zewnątrz, nie wracała sama – ale zmienił zdanie, nim zdążyłoby się w pełni uformować. Nie była do niego uwiązana; i skoro podjęła taką decyzję, to musiał ją uszanować – przełykając roznoszącą się po języku gorycz.
Kiedy głos zabrał Anthony, sięgnął po wzgardzoną wcześniej szklankę, żeby upić z niej spory łyk; alkohol palił w gardło, ale to pomogło mu w pewien sposób odwrócić uwagę od drżących palców, bijącego zbyt mocno serca; skupił się na oddychaniu, starając się je wyrównać, a później przysiadając na podłokietniku kanapy; zbierając w całość sylaby, zdania, myśli. Odchrząknął cicho, odczekawszy, aż wybrzmią ostatnie słowa Anthony’ego. – To zrozumiałe, że j-j-jesteście wściekli – powiedział cicho, spokojnie, głosem, w którym tylko odrobinę pobrzmiewało zrezygnowanie; głównie jednak czuł się zmęczony. – Ja też byłem. Jestem – poprawił się; gniew, który rozpalił się w jego klatce piersiowej tamtego dnia, w którym stracono jego przyjaciela, nie zniknął, ale ucichł; stał się stabilniejszy, mniej niszczący – bardziej przypominający determinację niż ślepą złość. – Ale k-k-kierowanie tej wściekłości w Anthony’ego i jego rodzinę niczego nie zmieni. N-n-niczego by też nie zmieniło, gdyby sp-p-próbowali na siłę utrzymać drużynę w grze. Zarząd Jastrzębi p-p-próbował – podziękowali mi za współpracę, gdy tylko się okazało, że nie m-m-mogę zarejestrować różdżki. A m-m-ministerstwo dopadło ich tak czy inaczej. Zarżnęli Rodericka Smitha w p-p-publicznej egzekucji, to samo spotkałoby was. Prędzej czy p-p-później. – Nie miał co do tego żadnych wątpliwości; gdyby drużyna wspierana przez poszukiwanego listem gończym Anthony’ego zdecydowała się grać sobie w najlepsze, stworzyć swoją ligę, byłby to oczywisty pstryczek w nos wymierzony w stronę ludzi, którzy na takie zagrania reagowali bez ostrzeżenia i bez litości.
Przełknął ślinę, spoglądając w stronę Josepha. Serce mu pękało, kiedy go widział; wiedział, jak smakowały zrównane z ziemią marzenia, i nie życzył tego uczucia nikomu – a już na pewno nie jemu; bratu, przyjacielowi; posłał mu uśmiech, słaby, gorzki, ale tym razem pozbawiony zaczepki. – Ci sp-p-ponsorzy, o których mówisz Joe, to też nie są puste nazwy – za k-k-każdą firmą, marką, która was wspierała, stoją ludzie, którzy już nie mogą być p-p-pewni jutra. Bo nikt nie może. Stając za wami p-p-publicznie, sami ryzykują – swoim życiem, życiem swoich rodzin. Wszystkim, co b-b-budowali. Nie zdziwiłbym się, gdyby niedługo jedynymi d-d-drużynami, które będą w stanie dalej grać, były te, które oficjalnie pop-p-prą nowy wspaniały porządek. A to już nie jest Quidditch – tylko teatrzyk, odgrywany tak samo, jak egzekucje na p-p-placu. Naprawdę chcecie w tym uczestniczyć? – Rozejrzał się; nie licząc Josepha, nie znał zawodników Zjednoczonych zbyt dobrze, ale nie wierzył, że odeszliby z ligi, gdyby aktualna sytuacja ich nie ruszała; ludzie obojętni nie podejmowali się spontanicznych, buntowniczych zrywów. Oni tak.
Anthony daje wam – nam – możliwość wykorzystania naszego t-t-talentu i lat ciężkiej pracy tam, gdzie są teraz p-p-potrzebne. Może zrobienia po drodze jakiejś różnicy, p-p-pomocy ludziom, którzy kibicowali nam z trybun. Zawalczenia o to, żebyśmy k-k-kiedyś znowu mogli wyjść na boisko – i nie tylko my – dodał, zerkając życzliwie w stronę Anthony’ego, a później opuszczając spojrzenie na własne knykcie; z ulgą zauważając, że w którymś momencie przestały drżeć, choć nieprzyjemne uderzenia chłodu wciąż przemykały po jego karku, ciągnąc za sobą fale dreszczy.


but I will hold as long as you like

just promise me we'll be alright
William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 19
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

Mason "Skała" Hearth

Złość wykrzywiła twarz Masona, gdy słowa Dimy dotarły do jego uszu. Zaczepnie szturchnął mężczyznę końcem swojej pałki, by poprawić na niej chwyt, gotów w każdej chwili wystosować odpowiednie uderzenie, które ścięłoby dawnego kapitana drużyny z nóg.
- Zaraz ci pokażę, na co mnie stać ty... - Zaczął, i już, już unosił swoją pałkę, gdy głos gospodarza dotarł do zamroczonego złością umysłu. Skała prychnął pod nosem, finalnie opuszczając swoje narzędzie pracy. Nawet on, mimo iż był czarodziejem niezwykle prostym, wiedział, że nie powinno się robić burdy, gdy gospodarz prosił o spokój. A o ten w posiadłości Macmillanów było niezwykle trudno.
Wiele słów padło podczas tego spotkania. Gorzkich, przepełnionych żalem oraz złością i zapewne również całą masą innych emocji, których Skała zrozumieć nie potrafił. W pierwszej chwili, aż poderwał się z miejsca gdy Joseph począł mówić, o wznowieniu gry. To z pewnością byłoby najlepszym rozwiązaniem - powrót na boisko, do tego, co potrafili zrobić i co kochali najbardziej. Ten pieprzony Minister psuł jednak wszystko, a gdy już Skała otworzył usta żeby coś powiedzieć, szybko je zamknął, prześcignięty wybuchem Wrightówny. No Merlinie, przez chwilę miał wrażenie, jakby słuchał swojej starej, skrzeczącej niczym najgorsza szyszymora. Jako mężczyzna żonaty oraz posiadający siostrę cholernie bałby się wrócić do domu po takiej scence, gdyby był na miejscu młodego Wrighta.
- No panowie... - Zaczął, nie wiedział jednak jak powinien dokończyć swoje słowa. Mason był czarodziejem prostym, obecnie przytłoczonym natłokiem słów i informacji. - Kurwa, Joseph rozumiem cię. Uderzanie pałką i nie spadanie z miotły to jedyne, co mi wychodzi. Wrócenie na boisko byłoby bajeczne, ale kurwa, dziewczyna też ma rację. - Mruknął, z dziwnym rozbiciem rzadko widywanym w jego spojrzeniu. Brakowało mu bystrości umysłu, zapewne kilku oberwań w głowę mniej oraz większej ilości mocnego alkoholu, po który zaraz sięgnął. - Porąbane te czasy, co nie... - Dodał, spojrzenie lokując w swojej kochanej pałce. Chciałby zobaczyć kochaniutką ponownie w akcji, chciałby porachować kilka kości i znów usłyszeć okrzyki kibiców znajdujących się na trybunach. Miał jednak wrażenie, że Wrightówna mówiła dobrze - każdy mecz mógł zamienić się w krwawą jatkę, której nie dałoby się opanować posłaniem kilku tłuczków w stronę nieznośnego kibica. Wiele myśli przewijało się przez głowę czarodzieja który ponownie wlał w siebie mocny alkohol. Myślał, myślał i nie potrafił wymyślić odpowiedniego rozwiązania oraz odpowiedzi, jaką mógłby udzielić. Potrzebował ruchu. Działania. Świeżego powietrza oraz rozmowy z żoną, by być w stanie udzielić odpowiednią odpowiedź.
- Nie mam dobrej pamięci, nie jestem dobrym kandydatem na grę w głuchy telefon... - Rzucił w końcu, samemu właściwie nie wiedząc, w którą stronę zmierzał ze swoją wypowiedzią. Wiedział jednak, że powierzenie mu zadania polegającego na zapamiętaniu wiadomości oraz przekazaniu jej komuś innemu z pewnością mogło zakończyć się przekręceniem niektórych, zwłaszcza tych trudniejszych, słów. - Muszę się zastanowić, jeśli jednak się zgodzę, jesteś w stanie mi obiecać, że moja rodzina otrzyma pomoc, jakby mnie zabrakło? Moja stara to bywa wrzodem, ale ma dobre serce, siostra ma dwójkę maluchów, ich ojciec siedzi w Tower... - Spojrzenie Skały utkwiło w Macmillanie, gdyż nie chciał się rozpraszać. Tak kwestia wydała mu się najistotniejsza - póki żył, mógł pomagać siostrze zapewnić dobry byt dla jej dzieciaków oraz jako tako zadbać o żonę, jeśli by go zabrakło, a ten scenariusz musiał brać pod uwagę, pozostałyby same, bez jakiejkolwiek pomocy - na co nie mógł pozwolić.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny - Page 7 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Dobra, może faktycznie Joe przesadził z porównaniami. Kiedy Anthony na niego ryknął w pierwszej chwili Joe się skrzywił i poczuł jak wzbiera w nim złość, ale w kolejnej... dało mu to odrobinę do myślenia. Macmillan miał trochę racji, może nawet więcej niż tylko trochę, a sam Joseph był niewdzięcznym palantem. Tak, dotarło to do niego i miał już nawet przeprosić, ale wtedy do akcji wkroczyła jego kochana siostrzyczka i Wright momentalnie pożałował, że została tu zaproszona. Czego jak czego, ale tego, że to nie było miejsce na rodzinne kłótnie i to przy takiej publice, był akurat pewny... Hania zaś, no cóż. Uraczyła wszystkich (nie tylko jego skromną osobę) głośnym i dosadnym monologiem o tym jaki jest głupi, samolubny, tchórzliwy, gorszy od ich brata i niegodny nazwiska. Zajebiście.  
Tak, kraj był pogrążony w wojnie, wbrew pozorom Joseph zdążył to zauważyć, ale najwyraźniej wyszedł z błędnego założenia, że skoro zostali tu zwołani wszyscy Zjednoczeni po tym jak rozwiązano drużynę, a w liście od Antka było napisane, że chodzi o "przyszłość drużyny Zjednoczonych z Puddlemere" (czy jakoś tak), to to spotkanie będzie dotyczyło właśnie dalszych losów drużyny i jego członków. Tymczasem jego siostra naskoczyła na niego jak gdyby co najmniej czynnie wspierał plugawe rządy Malfoya i terror i przyczyniał się do mordowania mugoli, w tym ich własnej matki. Może i był skacowany i tak dalej... ale nie przypominał sobie, żeby ktokolwiek wspominał mu, że to zebranie będzie dotyczyło działań wojennych.
Twarz mu stężała, kiedy Hannah postanowiła mu opowiadać o wojnie i o tym co działo się z członkami innych drużyn. Tak, wiedział to doskonale, a jej pełne wyrzutu słowa kierowane w jego stronę wcale nie sprawiały, że pamiętał o tym bardziej niż do tej pory. I choć właśnie radośnie kompromitowała go przed większością ludzi, na których mu zależało, nie przerywał jej. Nawet nie próbował. Znał swoją siostrę i wiedział, że próby porozumienia się z nią w tej chwili, czy przeniesienia tej rozmowy na mniej publiczną stronę... spalą na panewce. Będzie wcinał jedynie pojedyncze słowa, a ona będzie mówiła coraz szybciej i głośniej... więc lepiej było po prostu pozwolić jej to zrobić. Zresztą... chuj z tym jak będzie teraz wyglądał w oczach kumpli. Zjednoczonych najwyraźniej nie było i już nie będzie.
Wychylił kolejną szklankę whisky i odstawił na jakiś drewniany zdobiony mebel obok, akurat przed tym jak Hannę już zupełnie poniosła własna tyrada (może jednak trzeba było jej przerwać?) i zaczęła go porównywać do Bena, a potem opowiadać o matce. Naprawdę, Hannah? Uważasz, że TO jest najlepsze miejsce i czas, żeby to robić?
Czy się wkurzył? Tak, oczywiście. Czy go to zabolało? A i owszem. Szczęście w nieszczęściu alkohol tłumił w nim przez ostatnie dni wszelkie emocje i... w tym momencie było mu już wszystko jedno. Już i tak sięgnął dna jakiś czas temu. Teraz przynajmniej dowiedział się jakie zdanie miała o nim siostra. Wszyscy zebrani się tego dowiedzieli. A wystarczyło powiedzieć, że nie chce go więcej widzieć na oczy, bo się go wstydzi, tak? Nie, musiała mu robić sceny, ech.
Westchnął cicho i uniósł ręce w obronnym geście, choć jego twarz nie wyrażała teraz już nic prócz zmęczenia. Szczerze mówiąc kiedy widział jak Hannah wychodzi, miał ochotę zrobić to samo. Z drugiej strony... istniał cień szansy, że skoro już wszyscy członkowie jego rodziny wyszli, to dalszy ciąg spotkania przebiegnie bez dalszego wyrzucania mu jaki to jest zły i okropny. No... nie był tylko pewny co usłyszy od Billa. Może ten też zamierzał mu rzucić w twarz jakimiś brudami z przeszłości? Czemu nie? Fajna zabawa - rzucanie mięsem w skacowanego Joeya.
- Dobra, przyznaję się: nie miałem pojęcia, że to spotkanie Zakonu Feniksa, myślałem, że chodzi o Zjednoczonych, ok? - wyjaśnił trochę ironicznie, a trochę na serio. Atmosfera za bardzo zgęstniała i trochę trzeba było ją rozluźnić, choć w obecnej sytuacji to wcale nie było takie łatwe.
- Dima, mogę wiedzieć o chuj ci teraz chodzi? - jasne, Joe miał nie przeklinać, ale... szczerze mówiąc, nie wiedział co znów kapitan do niego miał. Jakie kurwa "zrzucanie winy"? To znaczy, owszem, Joseph uważał, że kapitan (obecnie już były) zrobił za mało podczas konfrontacji z zawieszeniem drużyny, ale... zatrzymał to dla siebie, tak? Więc albo Dimitri czytał w myślach, albo radośnie sobie coś w tej chwili ubzdurał.
- Nie zmieniłem zdania, Johnson - powiedział za to stanowczo znów zaplatając ręce na piersi i odbijając się plecami od ściany, żeby zrobić krok w przód i stanąć wyprostowany. - I jak już wspomniałem, myślałem, że spotkanie dotyczy dalszych losów Zjednoczonych, bo tak, mimo wojny, a może właśnie przez wzgląd na nią uważam, że to istotna kwestia - kontynuował poważnie - bo ta pieprzona wojna kiedyś się skończy - szczerze mówiąc dopiero kiedy wypowiedział te słowa na głos zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebował, żeby ktoś to powiedział. Że nie wszystko stracone, że jest nadzieja dla Zjednoczonych. Kiedy dostał list od Dimy kompletnie tego nie dostrzegał i pogrążył się w czarnej dupie, ale... może w głębi duszy faktycznie miał nadzieję, że ktoś temu zaprzeczy. A chuj tam, najwyraźniej nikt w to nie wierzył. Liczyła się tylko wojna, a co potem to już przecież nieważne.
- Ale w porządku, przyznaję, pomyliłem się. Co nie zmienia faktu, że kiedy pytałem o drużynę, nie umniejszałem w żadnym stopniu powagi sytuacji, jeśli chodzi o wojnę - mam nadzieję, że chociaż dla was to będzie jasne - oznajmił, prześlizgując spojrzeniem po drzwiach, którymi wyszła jego siostra. Dobrze by było, żeby Hannah też to usłyszała, ale wyszła, więc już trudno. Cholera wie kiedy znów będą mieli okazję porozmawiać o ile w ogóle. Przecież nie będzie jej już dręczył swoim niegodnym widokiem i postawą. Na szczęście miała drugiego brata, tego idealnego, prawdziwą gwiazdę quidditcha, który wprawdzie wyjechał cholera wie gdzie, zostawiając rodzinę, ale był tym lepszym i tym co poświęcił się pomocy innym. I narażał przy okazji w chuj żyć niewinnych osób, ale to przecież nieważne. Był tym lepszym, a Joe tym gorszym, za którego trzeba było się wstydzić.  
W głębi duszy za to ulżyło mu, że kiedy odezwał się Billiam, nie zrobił tego samego co Hannah. I pewnie miał rację co do tych sponsorów... i całej reszty.
- To spotkanie trzeba było zrobić wcześniej, dużo wcześniej - mruknął cicho, chyba bardziej do siebie niż do reszty, kiedy kolejni członkowie drużyny pytali o termin, do którego mają się określić. Trzeba było je zrobić, kiedy komuś z zarządu w ogóle zaświtała myśl o zawieszeniu drużyny, kiedy jeszcze wciąż miał jasny umysł, kiedy miał o co walczyć i miał chęci do walki. Teraz znów czuł jak zasycha mu w gardle, myślał o sięgnięciu po kolejną szklankę, a świadomość beznadziei sytuacji, w jakiej się znalazł tylko popychała go do picia. Teraz nikomu na nic by się nie zdał i szczerze mówiąc chyba nie do końca chciał się do czegoś przydawać. Owszem, duża część jego chciała walczyć, ale potem przypominał sobie słowa siostry i mu się odechciewało. Nieważne co kurwa zrobi i tak będzie źle. I tak będzie gorszy. To po chuj miał się starać? I dla kogo? Już miał w dupie udowadnianie wszystkim czegokolwiek. Skoro ktoś tak mu bliski mówił, że jest nic nie wart, to może faktycznie tak było.
Jakie miał w takim razie perspektywy? Klucze do swojego domu wraz z miotłami i resztą dobytku oddał Moore'owi, mógłby go o nie poprosić, a Bill by mu je oddał.  Ale Joe był słowny. Oddał, to oddał. Zresztą gnicie w kamiennym domku, który zdemolował po pijaku wcale mu się nie uśmiechało. Tony najwyraźniej miał już dość tolerowania jego osoby w swojej piwnicy, w domu rodzinnym nie miał co się pokazywać i do niczego się w obecnej sytuacji nie nadawał. Zabawne. Wielki i wspaniały Joseph Wright naprawdę został sam i z niczym. Hannah miała rację.
- Z drużyny już nic nie będzie, ale dajesz nam alternatywę działania na rzecz dobrej sprawy i jeszcze otrzymywania za to wypłaty. To hojna propozycja, mało kto taką otrzymał w obecnych czasach - odezwał się znów spoglądając na Anthony'ego. - Wybacz za poprzednie słowa, Tony - wypowiedział to szczerze i ze skruchą. Tym razem powoli wypowiadał zdania i chyba naprawdę uważał na to, co mówi. Wzrok na chwilę uciekł mu do tacy z trunkami, ale tylko na ułamek sekundy, szybko jednak powrócił spojrzeniem do Macmillana i wcisnął ręce głęboko w kieszenie spodni. Może było to nieeleganckie i pewnie większość osób mogła to uznać za jakiś negatywny gest, ale w tym momencie tylko to powstrzymywało go przed sięgnięciem znów po alkohol.
- Gdyby taka propozycja padła wcześniej, to bym na nią przystał - kontynuował tak, by wszyscy to słyszeli - ale to jasne, że w tej chwili nie nadaję się do latania po boisku, z listami czy w ogóle do latania. Kiedy się ogarnę, to przyjdę do ciebie prosząc o podobną ofertę... nie oczekuję, że ją otrzymam - Anthony nie był mu nic winny, wręcz przeciwnie: to Joe był jego dłużnikiem.
- Jeszcze dziś wyniosę się z Puddlemere - dodał i kiwnął głową na znak, że już podjął decyzję co do tego. Nie chodziło już nawet o siedzenie na głowie Macmillanom, choć o to również, ale jeśli chciał skończyć z chlaniem... a chyba(?) chciał, to musiał się znaleźć jak najdalej od źródła alkoholu.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright

Powrót do góry Go down

Chyba wszyscy, którzy znajdowali się akurat w pokoju dziennym potrzebowali jakoś dać upust swoim emocjom, a przede wszystkim złości. Uważnie słuchał tego, co Johnson wykrzykiwał w stronę Wrighta. Czy było mu nieprzyjemnie? Byłoby, gdyby nic nie widział o sytuacji jaka działa się w drużynie i gdyby nie był osobiście zaangażowany w całą tę sytuację; gdyby sami gracze nie oskarżali jego i rodziny o pasywność. Nie przerywał więc Dimitriemu, ani nawet nie myślał o tym, żeby wejść mu w słowo. Dowiadywał się ciekawych rzeczy, które sprawiały, że tracił wiarę w przyjaciela. Przymrużył oczy, zerkając w stronę Josepha i oczekując od niego reakcji na słowa kapitana… a kiedy ją otrzymał, wyprostował się jedynie i wywrócił oczami. Nawet Skała rozumiał sytuację… a przynajmniej zdawał się ją w końcu rozumieć.
Wiedział, że może za bardzo się uniósł. Kto wie, może nawet przesadził za bardzo powiększając ton. Nie potrafił jednak zapanować nad swoimi nerwami. Nie, kiedy osoba, którą szanował, cenił i kochał jak własnego brata zaczęła rzucać w jego stronę oszczerstwami i wyzwiskami. Dyszał jeszcze chwilę wściekle, ciskał piorunami z oczu i zaciskał pięści. Speszył się jedynie odrobinę, kiedy William zauważył, że zaczęli się wściekać. Zacisnął usta, wciąż będąc wzburzony zachowaniem graczy, ale najbardziej Josepha. Przytaknął jedynie na słowa Moore’a, uznając że był tutaj jednym z niewielu głosów rozsądku… ale i najbardziej rozumiał obecną sytuację w państwie.
Dotyczy – odpowiedział jedynie na aluzję Wrighta, że obecne spotkanie nie było poświęcone Zjednoczonym a Zakonowi Feniksa. – Swoimi działaniami pokazaliście władzy, że stoicie po naszej stronie. Chyba, że tak nie jest? – Zapytał, rozglądając się po wszystkich graczach. – Jeżeli chcesz teraz wrócić do gry, to trochę na to za późno, mogłeś o tym pomyśleć wcześniej. – Dogryzł mu niemal tymi samymi słowami, którymi on próbował dać mu pstryczek w nos. – Ze strony Macmillanów mogę powiedzieć jedynie tyle, że nie oczekiwaliśmy aż tak wielkiej straty sponsorów – dodał jeszcze, uznając że takie wytłumaczenie należało się wszystkim osobom, które jeszcze nie wyszły. To co przedstawiłem jest jedną z alternatyw, które pozwoliłyby wam na pozostanie w Anglii i częściowe pozostanie na… miotle.
Istniała oczywiście możliwość transferu… ale poza Anglię. Nie miał pojęcia ile z nich miało zamiar wybrać tę opcję, zapewne niewiele… albo ci, których nic już nie łączyło z państwem. Pozostawała jednak bariera językowa i przeprowadzka do innego państwa.
Nie oczekiwał przeprosin ze strony Wrighta, dlatego też te wyjątkowo go zaskoczyły. Uniósł brwi, a na jego twarzy pojawiło się zmieszanie. Może naprawdę nie powinien wybuchać w taki sposób? Może ostatnimi czasy aż za bardzo się denerwował? Westchnął ciężko, ale poczuł się dziwnie lżej niż przed kilkoma minutami, kiedy wrzeszczeli na siebie jak jakieś stare małżeństwo.
Wysłuchał wszystkich. Rozumiał ich wątpliwości i fakt, że musieli na poważnie przemyśleć propozycję. Kiwnął głową, kiedy każde z nich go o tym poinformowało. Nie chciał ich pośpieszać. Prosił w końcu o to, żeby ryzykowali swoją głową. Cieszył się jednak, że choć trochę ochłonęli… a szczególnie Skała i Joseph. Był też wdzięczny Williamowi za słowa wsparcia.
Zastanówcie się i dajcie mi znać w swoim czasie. Każda zaufana para rąk się przyda – odpowiedział na pytanie Johnsona. – I tak daliście z siebie wiele zdobywając dla was samych, ale i dla nas, te wszystkie puchary. Dlatego właśnie kwestia waszej przyszłości i przeżycia w trakcie tej wojny jest dla nas ważna i dlatego wpadliśmy na pomysł, żeby zaangażować was w sposób, który byłby… choć trochę… zbliżony do tego, co dotychczas robiliście. Ale i tak… jeżeli ktoś zdecydowałby się na transfer do jakiejkolwiek jugosłowiańskiej lub rosyjskiej drużyny, dajcie mi znać – wyjaśnił. – Johnsonie, nie przepraszaj. Nikt nie będzie was do niczego zmuszać. Sami najlepiej wiecie ile jesteście w stanie zrobić i czy będziecie się dobrze czuli w takiej, a nie innej roli. Ale nie oczekujcie od nas, że będziemy ryzykować życiem kibiców po to, żebyście by grali na boisku.
Spojrzał jedynie na Josepha, który nagle zakomunikował swoją wyprowadzkę. Z jednej strony miał ochotę go przegnać, ale z drugiej nie chciał. Nie wiedział czy to była forma buntu, chęć dogryzienia mu po raz kolejny w ciągu tego dnia... czy cokolwiek innego.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ELIKSIRY : 10
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 7 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Powrót do góry Go down

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Pokój dzienny

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach