Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Galeria sztuki
AutorWiadomość
Galeria sztuki [odnośnik]10.03.12 23:16
First topic message reminder :

Galeria sztuki

★★★
Elegancki dworek oddany na użytek sztuki. Nieduży, o śnieżnobiałych ścianach i przepięknych zdobieniach, obsadzony krzewami krwistych róż. O pięciu niedużych komnatach połączonych szerokim korytarzem; w jednej z sal stoi mównica i ustawiony szereg krzeseł. Wewnątrz budynku odbywają się wystawy obrazów i rzeźb. Uznani artyści, gdy z dalekich stron przybywają do Londynu, tutaj chwalą się swymi dokonaniami, mędrcy i filozofowie wygłaszają mowy. Pospólstwo nie jest wpuszczane, szarym obywatelom pozostaje zerkanie przez szyby, przynajmniej dopóki nie przyuważy ich strażnik. Na stałe w galerii działa tylko jedna malarka, Elvira Gramp, zgorzkniała staruszka, poszukująca talentu, którego nie dali jej bogowie; usilnie pragnąca dogonić lepszych od siebie.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Galeria sztuki - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Galeria sztuki [odnośnik]02.10.18 12:30
Od urodzenia był uparty. Przekonanie go do innych racji niż te, które wyznawał, graniczyło z cudem. Dobrze mu się żyło ze swoimi opiniami, uważał je za słuszne, a zmiana zdania spowodowałaby upadek fundamentów, które właśnie sprawiały, że czuł się ze sobą tak pewnie. Słuchał słów mężczyzny z politowaniem, tracąc siłę na dalszą sprzeczkę. Najwidoczniej obaj nigdy nie stracą wiary w uparcie bronione przez siebie opinie. - Cóż, skoro niektórzy ludzie czują taką potrzebę, niech przychodzą tutaj i czują. Dla mnie to wciąż pozostanie niezrozumiałe - odpowiedział, po raz kolejny zawieszając wzrok na wiszącym przed nim obrazie. Doprawdy, wcale nie przedstawiał niczego pięknego czy w ogóle godnego uwagi. Artyści to wariaci. Za to następnymi słowami, które padły z ust mężczyzny, przejął się o wiele bardziej. Zmierzył go od stóp do głów - czy to możliwe, że to jeden z tych marnych popleczników sprawiedliwego świata, gdzie tęcza nigdy nie schodzi z nieba, a mugole i czarodzieje żyją ramię w ramię? - To odważne słowa - mruknął niezadowolony, choć coraz bardziej zaintrygowany nieznajomym. - Chociaż zupełnie nieprawdziwe - dodał, bo przecież nie może się zgodzić z tym, że czarodziejska społeczność wszystko zawdzięcza mugolom. Co za brednie! - Każdy ród ceni sobie inne wartości - odparł, a ta rozmowa przestała go nudzić, za to zaczęła denerwować. Nie cierpiał spędzać czasu wśród takich jak on, ślepych wielbicieli mugoli, tym bardziej cieszył się, że niedługo wszyscy zostaną zlikwidowani albo przynajmniej przestaną się wszędzie pałętać.
Z początku zdziwił się, że zna jego nazwisko, które było szerzej znane jedynie innym arystokratom lub szemranym ludziom z Nokturnu. Z pewnością nie należał do tej pierwszej grupy, opinie co prawda miał podobne do rudych, ale jego garnitur na pewno nigdy nie widział porządnego krawca. Czyżby to na niego czekał? - Najwidoczniej czekam na pana, panie...? - już nawet nie patrzył na zegarek, wiedział, że spędził w galerii za dużo czasu. - Naprawdę musiał pan marnować mój czas? Przejdźmy do rzeczy - spojrzał na niego wyczekująco, wyjmując z kieszeni sakiewkę pełną złotych galeonów. Naprawdę nie mógł uwierzyć, że został zmuszony do robienia interesów z takim człowiekiem.


We build castles with our fears and sleep in them like
kings and queens

Edgar Burke
Zawód : nestor, B&B, łamacz klątw
Wiek : 35
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Gdybym był babą, rozpłakałbym się rzewnie nad swym losem, ale jestem Burkiem, więc trzymam fason.
OPCM : 30
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 31
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3108-edgar-burke#51071 https://www.morsmordre.net/t3159-nie-stac-mnie-na-wlasna-sowe#52274 https://www.morsmordre.net/t3158-gburek#52271 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t4912-skrytka-bankowa-nr-811#106945 https://www.morsmordre.net/t3160-edgar-burke#52278
Re: Galeria sztuki [odnośnik]03.10.18 10:48
Cóż, sztuka zawsze mnie wzruszała, ale w towarzystwie lorda Burke'a to mi zostało co najwyżej wzruszenie ramion. Więc wzruszam nimi, bo dalsza dyskusja chyba zupełnie nie ma sensu, a ja już i tak palnąłem za dużo, bo teraz patrzył na mnie wyczekująco.
- White. - rzucam od razu. Raz byłem panem Białym, raz Różowym, raz Zielonym, a raz Niebieskim; im mniej osób kojarzyło moją twarz z prawdziwym nazwiskiem tym lepiej. Pierwsza, najważniejsza zasada według Lemoniadowego Joe. Faktycznie, całkiem to było rozsądne, chociaż po minie szanownego lorda to wnosiłem, że chciałby o mnie jak najszybciej zapomnieć.
- Pobudzająca dyskusja nigdy nie jest marnowaniem czasu. Przynajmniej uzupełnił pan trochę swoją - dosyć marną - wiedzę z zakresu sztuk pięknych. - śmieję się, po czym kiwam głową. Dobra, już pora. Szczególnie, że pieśń galeonów ukrytych we wnętrzu sakiewki przywołała na moje lico jeszcze szerszy uśmiech. Oczy aż mi zabłyszczały na samą myśl, chociaż pewnie z całości dostanę tylko jakiś procent. Co prawda mógłbym zawinąć całą i mieć mojego przełożonego w dupie, ale on zdecydowanie należał do tych osób, z którymi nie warto zadzierać. Rzuciłem okiem naokoło, nie dostrzegając ani jednej żywej duszy (ta Burke'owa to już chyba była martwa, skoro taka niewrażliwa na sztukę), po czym sięgnąłem po niewielki pakunek, wyciągając go z... yyyy... nieważne skąd. Tajne skrytki niechaj pozostaną tajne, a co! W każdym razie podaję go mężczyźnie, w zamian odbierając od niego sakiewkę wypełnioną złotem - cóż za przyjemne uczucie! Tak czuć pod palcami krawędzie dużych monet, skryte jedynie pod warstwą materiału. Zajrzałem do środka - oślepił mnie złoty blask, więc zmrużyłem oczy, zaciągając sznurki woreczka. Wcisnąłem go do wewnętrznej kieszeni marynarki i ponownie uniosłem spojrzenie na Burke'a.
- Cóż, to zaszczyt móc zamienić z lordem chociaż słówko. - mówię, chociaż mój ton wskazuje na to, że tak po prawdzie to żaden był dla mnie zaszczyt - Do zobaczenia, kiedyś, gdzieś. - kłaniam się lekko i odchodzę. Nie sądzę byśmy mieli okazję jeszcze kiedyś się spotkać. No chyba, że w podobnych okolicznościach.

/ztx2




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Galeria sztuki [odnośnik]21.10.18 15:51
| październik

To miało być jej pierwsze, poważne spotkanie. Prawdziwa próba, pozwalająca ocenić jej zdolności retoryczne, talent do zjednywania sobie ludzi i przekonywania nieprzekonanych. Do tej pory wdrażała się w nowe obowiązki, poznając zasady rządzące la Fantasmagorią a także ludzi, którzy pracowali pod rozkazami Tristana, sprawującego pieczę nad baletem. Nadrabiała zapomnianą przez poprzedniczkę korespondencję, przedstawiała się stałym zleceniobiorcom, przejmując obowiązki tragicznie zmarłej Lindy, pozostawiającej po sobie wiele niezałatwionych spraw. Deirdre wychodziła z biurokratycznego założenia, że nawet śmierć nie była wystarczającą wymówką, by zaniedbywać pracę - z wewnętrzną irytacją sięgała do przegródek na listy i poprawiała dokumenty niedostarczone w terminie. Najgorsze były płatności: nie dość, że nie była biegła w tej sztuce, to jeszcze musiała wysyłać przepraszające listy do osób, które nie otrzymały galeonów w terminie. Opóźnienia były minimalne a artyści przywykli nawet i do dłuższych terminów spłaty, zapewne nie zauważali nawet delikatnego spóźnienia, ale Dei czuła się poważnie zakłopotana, nawet jeśli to nie ona przyczyniała się do tego faux pas. Biurowa praca była jednak czymś znanym, czymś, co oswajała szybko, odkrywając nawet w tym pewną przyjemność. Porządkowanie i naprawianie błędów przypominało jej pracę w Ministerstwie Magii, czas, w którym jej osobowość pracoholiczki rozkwitała najpiękniej - lecz nie to było obecnie głównym zajęciem. Papierkowa robota asystentki pilnującej kalendarza lorda Rosiera oraz zajmująca się dokumentacją działalności baletu była istotna, lecz nie stanowiła podstawy obowiązków Deirdre.
Miała do zrobienia coś ważniejszego, pełniła funkcję reprezentacyjną i jednocześnie kuszącą; miała dbać o negocjacje z artystami, często kapryśnymi, zblazowanymi, podlegającymi wpływom swych maestro. Śmietanka towarzyska kochanków muz piękna i sztuk stanowiła wyzwanie dla Tsagairt, ale i w tych ramach przecież już się poruszała - choć znacznie mniej biegle. Nic więc dziwnego, że przed pierwszymi oficjalnymi negocjacjami odczuwała lekkie zdenerwowanie, nie uspokojone nawet intensywnymi przygotowaniami. Od kilku dni przeglądała wszystkie ostatnie wydania francuskich periodyków dotyczących baletu a życiorys artystki, którą zamierzała sprowadzić do la Fantasmagorie, znała wręcz na pamięć, potrafiąc wyrecytować nazwy wszystkich sztuk, jakie zaszczyciła swym udziałem. Oczywiście na razie nie miała widzieć się z samą oszałamiającą Genevieve, pozyskanie tak wielkiej gwiazdy nie było łatwe ani szybkie: najpierw dyskutowała z mentorem baletnicy listownie, prowadząc zaciekłą i elegancką korespondencję, w której - po wielu umiejętnych komplementach i powoływaniu się na wspólne znajomości - udało się zaprosić go na krótką pogawędkę, mającą zadecydować o podjętej przez duet decyzji. Zabieganie o uwagę szanowanych reprezentantów wyższej artystycznej klasy niejako przypominało to, czym zajmowała się w Wenus - na szczęście w ubraniach, na zupełnie innym poziomie. Tu nie musiała się uniżać ani pozwalać na upokorzenie, znała renomę Fantasmagorii, która robiła wrażenie na rozmówcach, i nie zamierzała spuszczać z tonu ani z wymagań przez byle fanaberie - wiedziała, że potrafi znaleźć złoty środek, jaki zadowoli obydwie strony. Chciała, by dobra sława baletu sięgała coraz dalej, naprawdę zależało jej na jak najlepszym wykonywaniu swej pracy. Czuła się nie tylko potrzebna, ale i zaufana: pokładano w niej nadzieję, ufano, że nie zawiedzie, dlatego też zrobiła wszystko, by przygotować się do rozmowy z mecenasem Genevieve jak najlepiej.
Jako miejsce spotkania wybrali galerię, mężczyzna był w Londynie przelotem pomiędzy ważnym turnee, chciał więc obejrzeć kilka nowych obrazów - stronił też od posiłków, dowiedziała się, że panicznie obawiał się otrucia. Wolałaby zasiąść z nim do rozmowy przy lunchowym stole, ale gdy tylko przypomniała sobie swój brak manier i ostatnie faux pas popełnione w restauracji, szybko przewartościowała swoje pomysły. Krótka, rzeczowa wymiana zdań rzadko zdarzała się w tym światku, a wybór galerii jako przestrzeni do dopieszczania negocjacji pozwalało na poruszanie się po temacie, który znała dość dobrze. Malarstwo było jej bliższe niż muzyka.
Do Chelsea przybyła przed czasem, w nienagannym makijażu podkreślającym wschodnią urodę i eleganckiej szacie. Od razu spostrzegła Francisa Bergera, on także nie lubił się spóźniać, był gderliwy i dość mrukliwy - a przynajmniej takie krążyły o nim plotki. Deirdre nie od razu podeszła do mecenasa, stojącego akurat przy jednym z obrazów: nie chciała mu przeszkadzać w kontemplacji a niegrzeczne zachowanie na pewno nie pomogłoby jej w negocjacjach. Dopiero, gdy mężczyzna odszedł od ściany, znalazła się na jego drodze, dokonując niezbędnych powitań. Wydawał się nieco zaskoczony jej wyglądem, ale w zdziwieniu nie było nic wrogiego, jedynie artystyczna ciekawość, zainteresowanie tym, co niespodziewane, egzotyczne, obce. Pociągnęła ten temat, akcentując różnorodność występów Genevieve, subtelnie dając rozmówcy do zrozumienia, że przygotowała się do tej rozmowy, doskonale znając repertuar gwiazdy - ostatnio korzystała z wielu względnie nowatorskich pomysłów, wzbogacających jej repertuar, słyszalne były w nich nuty z Dalekiego Wschodu, może nie Azji ale już kraju Shafiqów jak najbardziej. Jeszcze dziś rano czytała pochlebny artykuł jednej z dam tego rodu, doceniającej otwartość francuskiej baletnicy i jej zespołu na muzyczne nowości. Nie było to nic kontrowersyjnego, mało kto bez specjalnego wykształcenia zdołałby wyłuskać takie drobnostki, Tsagairt sama zapewne by tego nie zrobiła, ale miała doskonałą pamięć do przeczytanych periodyków. Wraz z Francisem ruszyli główną galerią, co jakiś czas przystając przy bardziej nęcących mężczyznę dziełach - Deirdre nie powracała nerwowo do głównego tematu rozmowy, dając mężczyźnie czas na odpoczynek i przemyślenie pewnych spornych kwestii. Po dyskusjach o sztuce i o tym, jak ważna dla Genevieve była brytyjska publiczność, zwłaszcza ta szczycąca się odpowiednio szanowanym pochodzeniem, przeszli do bardziej konkretnych kwestii. Czarownica musiała jedno Bergerowi przyznać, potrafił negocjować i umiejętnie wyplątywał się z nawet najbardziej wyrafinowanych sideł. Francuska baletnica miała wiele wymagań, także tych wykraczających poza obsypanie jej galeonami - lista przedmiotów oraz udogodnień, jakie miały na nią oczekiwać w garderobie, prawie przyprawiły Deirdre i ból głowy. Nie dała jednak po sobie poznać drobnej irytacji, uśmiechała się gładko, obiecując, że uczyni co w jej mocy, by owe wymagania spełnić, chociaż część z nich była na tyle trudna, by mogła zasugerować zrównoważenie tych kaprysów zmniejszoną kwotą za występ. Nie chodziło o pieniądze, tych Rosierowi nie brakowało, ale szastanie nimi na prawo i lewo tylko po to, żeby zaspokoić gwiazdę - choć niesamowicie utalentowaną, to jednak krnąbrną - byłoby pewną słabością. A tej okazywać nie chciała, zarówno jako negocjatorka jak i reprezentantka Fantasmagorii. Trwała przy swoim, mając nadzieję, że dobrze wyczuwała prawdziwe intencje Francisa - przez moment w jego oczach zalśniło zdenerwowanie a serce Deirdre przyśpieszyło, nie mogła stracić tej gwiazdy. Sekundę później czarodziej roześmiał się jednak i machnął ręką, zgadzając się na ustalone warunki, zmniejszające kwotę za występ baletnicy. Miała rację; bycie zbyt miękkim i spolegliwym często obracało się na niekorzyść negocjatora, twarde warunki wiązały się z większym szacunkiem. Wewnętrznie odetchnęła z ulgą, dalej jednak prezentując uprzejmy, nieco wyniosły uśmiech. Złagodziła gorycz pewnej porażki komplementem Genevieve i jej niesamowitych postępów, których dokonała w tak niewielkim czasie, po czym kontynuowała rozmowę już na łagodniejszym gruncie. Pieniądze zostawili za sobą, pozostało im tylko zdecydowanie się na termin. Deirdre bardzo chciała, by ciesząca się niezwykłą popularnością Genevieve uświetniła jeden z bożonarodzeniowych występów, zależało więc jej na czasie - postanowiła jednak nie naciskać, jasno dając do zrozumienia, że grudzień wydaje się idealną porą dla zachwycenia brytyjskiej publiki talentem francuzki. Francis kiwnął głową, obiecując, że szczegóły techniczne mogą uzgodnić listownie - ale przed ostateczną decyzją musi się jeszcze skonsultować ze swą podopieczną. Tsagairt rozumiała taki wybieg, nie nalegała więc na nic, czuła się jednakże zadowolona z negocjacji i rozmowy. Trudnej, zwłaszcza w środkowej części, była jednakże bliska pewności, że wszystko powiedzie się tak, jak zaplanowała, a zgoda Genevieve jest tylko kwestią czasu.
Potowarzyszyła Francisowi jeszcze moment, oprowadzając go po galerii, po czym pożegnała się z nim uprzejmie, zachowując wszelkie zasady kulturalnego protokołu. Nazajutrz miała spodziewać się jego listu a w ciągu tygodnia ostatecznej decyzji i podpisania dżentelmeńskich umów dotyczących detali występu baletnicy.

| zt


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Galeria sztuki [odnośnik]26.04.20 17:17
26 kwietnia

Roztargnienie coraz silniej odznaczało się na bladej twarzy Lisbeth. Jej dłonie nieustępliwie sunęły po płótnie, nakreślając wzory skąpane w ciemnej temperze, która osiadała z nerwowością na delikatnym materiale. Szał twórczy przyćmiewał zdrowy rozsądek, podobnie jak cierpliwość, którą nie zwykła się kierować. Wolała ulotne chwile, przepełnione pozorem ciszy, aniżeli zgiełk ludzkich sylwetek, które potrafiły mówić bez opamiętania.
Wystarczyło j e d n o zaklęcie. Inkantacja.
Cóż za bezproblemowy żywot!

Ciemna suknia okalała ciało panny Borgin, zaś gorset silnie zaciskał się na żebrach. Próbowała wpasować się w rolę wyżej urodzonej, by nikt nie odważył się podważyć jej pochodzenia. Urodą nie odbiegała od kobiet z arystokratycznego światka, podobnie jak niewiele dzieliło ją w kwestii modowej; brat skrupulatnie kolekcjonował dla niej stroje, którymi przyćmiewać miała męskie umysły, choć… Ona wcale tego nie pragnęła. Stroniła od bohaterów damskich romansideł, spychając ich istotę na daleki plan, a ci którzy w rzeczywistości przedarli się przez mur barier – zyskali w młodym dziewczęciu przyjaciółkę. Jak mogła jednak sądzić, że ktokolwiek zwróci na zeń uwagę?
Szukała inspiracji, natchnienia, amoku twórczego, w który wpadnie, by namalować wspaniałe dzieło.
Cholerny konflikt uniemożliwiający swobodę.
Wolnym krokiem szła przed siebie, by ostatecznie zatrzymać się na linii galerii sztuki, w której to od zawsze odnajdywała ukojenie. Bez zastanowienia wkroczyła do środka, chcąc jak najszybciej odnaleźć się w dogodnym dla siebie miejscu, by to tam zagłębiać się w bezkresie malowideł. Odnajdywała w pamięci nazwiska, o których zdołała wiele zasłyszeć lub przeczytać. Tęczówki przesuwały się po znamienitych obrazach, a serce uderzało donośnie w piersi, jakby chciało się wyrwać z żebrowego więzienia. Nie mogła wymarzyć sobie lepszego momentu na poddanie się próbie zrozumienia swych dwojakich emocji, które paraliżowały jej drobną sylwetkę.
Potrzebowała sztuki dla sztuki, by to ta na nowo przyćmiewała szaleństwo królujące w ścianach czaszki Lisbeth. Skupionej egoistycznie na sobie, a zarazem na pozłacanych ramach przedstawiających kolejne sceny, których nie dało się w sposób czysty zinterpretować. Mogłaby tak jeszcze moment rozkoszować się ów widokiem, lecz nim zdążyła udać się do kolejnego pomieszczenia, poczuła jak wpada na żywy posąd. Wypuszczając powietrze ze świstem, zwróciła jasne tęczówki na twarz mężczyzny, który stanął na jej drodze.
- Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziała ze spokojem, odsuwając się w pośpiechu. Nie chciała wszakże zaskarbiać sobie czyjegoś czasu, choć i rozmowa w obecnym czasie byłaby zbawienna.
Lisbeth Borgin
Zawód : zaklęta w mroku Nokturnu
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Actus hominis, non dignitas iudicetur
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7869-lisbeth-borgin https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Re: Galeria sztuki [odnośnik]01.08.21 13:12
| grudzień

To miał być wyjątkowy dzień - i wyjątkowe, pierwsze zadanie, które powierzył jej sam Pan Ojciec, sugerując, że to najwyższa pora, by Cordelia zaczęła wypełniać oficjalne obowiązki arystokratki, córki samego Ministra Magii, reprezentantki najwspanialszego rodu Malfoyów. Była podekscytowana zaufaniem oraz powagą przeprowadzonej przed kilkoma dniami rozmowy, przekonana, że zawieszona przed nią poprzeczka nie będzie przesadnie wysoka. Obserwowała przecież starsze siostry, bliskie kuzynki oraz przyjaciółki z wyższych sfer, od najmłodszych lat ucząc się, jak powinna postępować. Czym innym było jednak naśladownictwo oraz odgrywanie roli przykładnej damy podczas dziecięcych zabaw, a czym innym faktyczne wystawianie się na czujne spojrzenia, gotowe wychwycić najmniejsze faux pas i rozdmuchać je do niedorzecznych rozmiarów. Nie zamierzała do tego dopuścić, zaparła się więc, że do swojego pierwszego przed premierowego - oficjalnie premierę mogła uczynić dopiero po Sabacie - występu przygotuje się nie tylko wizualnie, ale i intelektualnie. Cronus Malfoy powierzył jej bowiem zadanie wymagające choć liźnięcia specyficznej teorii: miała uświetnić swą obecnością otwarcie wystawy dzieł, opiewających dokonania obecnego rządu oraz dzielnych popleczników Czarnego Pana. Sam Minister Magii był zbyt zajęty, by pojawić się w galerii sztuki, Abraxasa wezwały równie niecierpiące zwłoki obowiązki, zaszczyt ten spadł więc na najmłodszą Malfoyównę. Otrzymała konkretne wytyczne a ojciec, surowy bardziej niż zwykle, przestrzegł ją, by podeszła do sprawy poważnie. To nie była zabawa, a prawdziwe życie.
Zawsze słuchała pana ojca, tym razem więc też przyłozyła się do przygotowań. Przyniesione przez służbę opisy autorów i ich dzieł przeczytała od deski do deski (chociaż zajęło jej to kilka dni - były nieziemsko nudne), starając się wyuczyć na pamięć ich nazwisk. Konsultowała się w tej sprawie z bibliotekarzem w Wilton, chcąc wymówić nawet te dość obco brzmiące perfekcyjnie, by nie urazić żadnego z artystów. Wiedziała przecież, jak są wrażliwi, sama należała do tego grona i choć specjalizowała się w tworzeniu poezji, to rozumiała wagę poprawnego szeptania nazwiska na głośnych salonach. Getruda Wilkes, Joachim Garwick i Bernard Sutton byli dość znanymi osobistościami, o wyrobionej renomie, lecz Cordelia nigdy o nich nie słyszała. Nic dziwnego, interesowały ją raczej obrazki kwiatków, ptaszków i koników niż dość realistyczne, prawie ekspresjonistyczne malowidła ukazujące siłę czarodziejskiego oręża, a w takowych specjalizowała się wybitna trójka. Cordelia wczytywała się więc w ich życiorysy oraz dokonania, mozolnie, z językiem nieświadomie wyciągniętym z buzi, tworząc podręczne notatki, mające wspomóc ją, gdyby nie daj Merlinie zestresowała się podczas otwarcia wernisażu nieco za mocno, zapominając o ważnych detalach. W trakcie sporządzania notatek nieco się dekoncentrowała, dorysowując do wykaligrafowanych informacji motylki, ale poza tym wykazała się zaskakującym oddaniem tak ciężkiej pracy. Gdy już spisała krótkie biografie trojga twórców, najwięcej uwagi poświęcając oczywiśćie Bernardowi, który był według niej najładniejszym malarzem, przystąpiła do wypytywania ciotek oraz najstarszej siostry o to, jak powinna zachować się na rozpoczętym wernisażu. Była na takowym dwa razy, ale wtedy nie skupiała się na początkowych przemowach, zirytowana, że musi być cicho tak długi czas - teraz troszkę żałowała, że nie przykładała wagi, lecz cóż zrobić, czasu nie mogła cofnąć, a ekscytacja pierwszym oficjalnym zadaniem jako córka Ministra Magii popychała ją do przodu, ułatwiając zdobywanie wiedzy. Wysłuchiwała wskazówek bardziej doświadczonych dam, dopytujac o szczegóły, a także sycąc się sprzedawanymi ploteczkami. Dociekała także, na co powinna najbardziej uważać - i z zapartym tchem słuchała historii o zbyt urażonych artystach, którzy odmawiali przecięcia wstęg lub zerwania z rzeźb płacht, bo zapowiadająca wernisaż czarownica pomyliła nazwę otrzymanego przez nich Orderu Magicznej Twórczości Pierwszej Klasy z Orderem Czarodziejskiej Twórczości Pierwszej Klasy. Cóż za głupia dziewucha, Cordelia na pewno nie zamierzała popełniać tak druzgoczącego błędu, przygotowywała się więc do grudniowego wernisażu zawzięcie, równie wiele czasu, co notatkom, poświęcając wyborowi sukni, którą miała założyć tego ważnego wieczoru. Wybrała kreację z barwach rodu, srebrną z zielonymi, koronkowymi wstawkami, jak na siebie niezwykle skromną, bo nie chciała przecież kraść uwagi, która powinna być poświęcona pięknym malowidłom. Czyniła to z ciężkim sercem, ale obowiązki arystokratki wymagały tak okrutnych poświęceń.
Gdy finalnie przyszła pora otworzenia wernisażu, lady Malfoy zjawiła się w Royal Borough of Kensington and Chelsea odpowiednio wcześniej, chcąc zaznajomić się z galerią sztuki. Oprowadzono ją po skrzydle, w jakim umieszczano już odpowiednio zabezpieczone obrazy trojga twórców, pozwolono też poznać zaplecze oraz zapewniono o przedsięwziętych środkach bezpieczeństwa. Cordelii towarzyszyła starsza siostra, Aurora, co dziewczynę mocno cieszyło - im bliżej było godziny dwudziestej, o której miała otworzyć wystawę, tym bardziej się stresowała. Nie dawała tego po sobie poznać, była jednak bardziej kapryśna niż zwykle, marudząc na odcień kurtyny, mającej odsłonić główne dzieło: była czerwona, a nie szmaragdowozielona. Marudzenie szlachcianki wzięto na poważnie i dzięki transmutacji udało się pozmieniać elementy wystroju wnętrz: oby zaklęcia barwiące były trwałe. W końcu wybiła godzina próby. Galeria sztuki od kilkudziesięciu minut wypełniała się gośćmi z artystycznej śmietanki towarzyskiej Londynu, Cordelia jednak nie przechadzała się między nimi, a zapoznawała się z Wilkes, Garwickiem i Suttonem w pokoju specjalnie przygotowanym dla artystów. Wydawali się nieco zawiedzeni, że to nie sam Minister Magii otworzy ich wystawę, lecz urok Cordelii oraz zapewnienia, że sama zapozna ojca w wolnej chwili z stworzonymi dziełami, jak najszybciej tylko się da, nieco udobruchały pragnących rozgłosu malarzy. Lady Malfoy z emfazą komplementowała ich dokonania, może nieco w zbyt pretensjonalnych słowach wychwalając oddanie rządowym przekazom. Nie zdążyła zapędzić się jednak w kozi róg propagandy, bo wybiła równa godzina - ruszyła więc na małe podwyższenie, dbając o to, by się nie potknąć, po czym krótko machnęła różdżką, wzmacniając swój głos, tak, by docierał ponad głowami tłumu w najdalsze zakątki galerii.
- Szanowni lordowie, piękne damy, wszyscy godni czarodzieje, mający w sercach miłość do piękna, magii i sprawiedliwości - w imieniu mojego ojca, sir Cronusa Malfoya, dziękuję wam za zaszczycenie swą obecnością tego wyjątkowego wydarzenia - powitała wszystkich nieco drżącym głosem, orientując się, że nerwowo zaciskała dłonie w piąstki. Rozluźniła ręce, kątem oka obserwując twarz starszej siostry. Ta pokiwała zachęcająco głową i otworzyła lekko usta, w typowym dyskretnym geście sugerującym, że Cordelia powinna oddychać. Kochała bycie w centrum uwagii, ale teraz nie czuła się zbyt pewnie, nie przebywała tam z własnej woli, wykonywała obowiązki, po raz pierwszy mogąc ponieść realne konsekwencje popełnionego błędu lub żałosnej pomyłki. - Sztuka to magiczne zwierciadło: odbijają się w niej nasze troski i radości, pragnienia i marzenia, ale także rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Obrazy, które od dziś będą zachwycać w galerii sztuki Kensington and Chelsea, honorują walkę ostatnich miesięcy. Są dowodem na to, że piękno może powstać nawet w najciężych czasach, a ci, którzy zwalczają zło i przyczyniają się do zwycięstwa magicznej siły nad prymitywnym terroryzmem, są godni uwiecznienia na zawsze na płótnach, by później z dumą spoglądać na rozpoczęte przez nich dziedzictwo - kontynuowała nieco nieskładnie, ale z werwą, używając trudnych słów może w zbyt dziwnym kontekście, ale przemawiała z pasją i przejęciem, nie sposób było zarzucić Cordelii nudy czy obojętności. Była przejęta swoją rolą - i przejęta sztuką. - Nasi wspaniali artyści, Getruda Wilkes, Joachim Garwick i Bernard Sutton, poświęcili ostatnie tygodnie, by jak najlepiej oddać najważniejsze, historyczne wydarzenia. Londyńską czystkę, która pozwoliła odzyskać nasze miasto. Odbudowę zniszczeń, dokonanych przez okrutników. A także zaprzysiężenie na ministra magii Cronusa Malfoya - schyliła głowę ku stojącym obok podwyższenia malarzom, rada, że jej słowa wywołały w publiczności aplauz. Może nieco wymuszony okolicznościami, ale dodał jej animuszu. Kontynuowała więc powitalne przemówienie dalej, nieco mniej nerwowo, raz czy dwa zamotując się w metaforach, lecz nie dała się porwać panice i drżącym kącikom ust. Wybrnęła jakoś z zawieszeń, przedstawiła krótko sylwetki artystów, a w końcu: zaprosiła do podziwiania malarskich dzieł, machnięciem różdżki ściągając szmaragdowozielone zasłony z obrazów dokumentujących sukcesy rządu jej pana ojca. Przywoływała jego imię kilkukrotnie, chcąc podkreślić, że jest wykonawczynią woli nieobecnego, zajętego obowiązkami, ojca, a także akcentowała zaszczyt, jaki jej przypadł. Później, z ulgą, zeszła z podwyższenia, oddychając płytko. Zdecydowanie, wolała przemawiać bez takiej presji, spociły się jej dłonie i miała wrażenie, że mówiła coś głupiego, lecz nie skupiała się na tym, potrząsając lokami. Musiała dalej godnie reprezentować Malfoyów, prowadząc pogawędki i wychwalając działania rządu podczas small talków. Na razie jednak sięgnęła po kieliszek szampana, zaschło jej w gardle, ale mina Aurory wskazywała na to, że swoją pra-premierę w szlacheckich obowiązkach wykonała naprawdę nieźle.

| zt

Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Galeria sztuki [odnośnik]29.04.22 9:11
3 kwietnia 1958
poranek


To dziś.
Osoba Huntera Schneidera stała na jej celowniku już od kilku dni, odkąd otrzymała list od Deirdre i odkąd wymieniła się korespondencją z niemieckim kuratorem. Z pewnym zaskoczeniem, pozytywnym zaskoczeniem, przyjęła wieści o jego stałym pobycie w Londynie. Wiedziała, jak Anglia działa na prawdziwie czyste, chłonne umysły. Nęciła swą potęgą, dobrodziejstwem wieków kultury wysokiej, stanowiła przecież idealną przeciwwagę do wciąż romantyzowanej (zdaniem Valerie—patriotki—na—miarę—nowych—czasów zupełnie niezasłużenie) Francji. Schneider był człowiekiem, którego nazwisko znaczyło wiele. Który posiadał wpływy także tam, gdzie jeszcze nie sięgały te należące do Rycerzy Walpurgii. Pozyskanie jego sympatii, jego umiejętności, kontaktów i wpływów, wreszcie też i jego samego stanowiło więc zadanie szczególnej wagi, do którego podejść należało jeszcze staranniej niż do przyjacielskiej pogawędki. A to był przecież jej żywioł — wiry towarzyskich powiązań były jej wodami, znajomymi w równym stopniu co żwawy prąd rzeki Severn.
Gdzie indziej mogli umówić się na spotkanie, jak nie w galerii sztuki właśnie? Dworek o białych ścianach znajdujący swe miejsce w Kensington and Chelsea nie był miejscem ogólnodostępnym. O jego wysokiej klasie stanowiły nie tylko bogate zbiory, ilość artystów ubiegająca się możliwość prezentowania swych dzieł, czy mądre wykłady, które odbywały się cyklicznie — ale przede wszystkim selekcja gości. To, kto mógł mieć zaszczyt obcowania ze sztuką, wpływało na jej wartość, na jej elityzm, a Valerie nie zamierzała ryzykować, że jakiś biedak zagrozi poprawnemu przebiegowi tegoż spotkania.
Choć pierwszokwietniowe emocje powoli opadały, Valerie prędko odzyskała siły po nocnych wydarzeniach, nie nosząc na sobie ani śladu zmęczenia. Włosy miała nienagannie zebrane w wysokim upięciu, naturalnie już dostosowując się w tej kwestii do preferencji nie tylko własnych, ale i narzeczonego, pozostawiając tylko dwa zakręcone kosmyki po obu stronach twarzy tak, by wymodelować jej kontur. Na ciemnoniebieską, taliowaną suknię nałożyła futro ze srebrnego lisa, które otrzymała od Corneliusa jeszcze w Shrewsbury. Londyn porankami zmagał się z irytującym zimnem i wiszącą nisko mgłą. Ale i w tym było coś urokliwego, coś, co można było ubrać w słowa piękne i zdobne, zdolne do poruszenia wyobraźni wizjonera. Prawą dłoń zdobił oczywiście zaręczynowy pierścionek, a z uwagi na porę, biżuteria została ograniczona tylko do niego.
Ostrożnie wspięła się na schodki prowadzące do dworku, schronienie przed przymrozkiem odnajdując w pierwszej z pięciu sal wystawowych. Przed wejściem do niej ustawiono tablicę informującą o tytule wystawy — "Początek w ogniu. Dziedzictwo i heroizm Wendeliny Dziwacznej oraz bohaterów sprawy czarodziejskiej". I zgodnie z tematyką wystawy, pierwszy z obrazów, przy którym przystanęła śpiewaczka, prezentował właśnie moment, w którym przodkini rodu Selwyn zaklinała ogień tak, by nie parzył jej, a tylko przyjemnie łaskotał. Czy tak wyglądało jedno z czterdziestu siedmiu — o ile pamięć Valerie jej nie myliła — spaleń, na które skazali ją mugole? Czy może ukryta sprawnie w rękawie szaty różdżka, ledwo widoczna dla skupionego odbiorcy mogła umknąć uwadze mugoli? Och, bez dwóch zdań. Okrucieństwo, to wpisane w genach, wynik zazdrości i odcięcia od magii nie było niczym nowym. Nie dla rodzaju czarodziejskiego, który cierpliwie oczekiwał momentu, w którym zwrócona zostanie mu należna chwała.
Dwa dni temu świętowali pierwsze sukcesy. Nie można było jednak spocząć na laurach, nie gdy zostało jeszcze tyle do zrobienia. Morale Vanity były wysokie, a osoby, które w nią wierzyły — zbyt drogie jej sercu, by teraz miała zawieść.
Zawieszony na przeciwległej ścianie zegar wybijał godzinę dziesiątą.
Zaraz powinien przyjść.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Galeria sztuki [odnośnik]01.05.22 18:34
Anglia zadziwiająco dla niego samego przypadła mu do gustu. Początkowo miał tu zostać niedługo, zaledwie kilka miesięcy, otworzyć parę wystaw, spotkać się ze znajomymi i z innymi miłośnikami sztuki, poszukać godnych uwagi artystów. Jak się okazało na Wyspach zjawił się w odpowiednim momencie ostatecznie mając okazję uratować wiele wartościowych dzieł i prac, które na to miano dopiero czekały. Wojna go nie odstraszyła, wręcz przeciwnie, widział w niej potencjał, również ten twórczy romantyzując ją. Teraz nadszedł czas odrodzenia czego chciał być świadkiem, aby móc to w niedalekiej przyszłości wykorzystać. Jest pośrednikiem, jego zadaniem jest budowanie mostów dla zrozumienia sztuki przez różnych odbiorców. Na kontynencie motyw wojny na Wyspach na pewno się spodoba, utkwi w pamięci, wywoła emocje. To samo i w Anglii. Tragedia, którą przyszło jej mieszkańcom doświadczyć była niezwykle inspirująca. Zostanie w centrum zainteresowania jeszcze przez długi czas, a on z chęcią w galeriach i sercach ich gości, zainteresowanie to podsyci.
Rozpinając poły płaszcza i splatając ręce za sobą wszedł do jasnego dworku od razu odnajdując wzrokiem swoją towarzyszkę tylko w przelocie zerkając na obrazy na ścianach. Z artystą był już wcześniej zaznajomiony, ale jeśli miał być szczery jego styl nieszczególnie przypadł mu do gustu. Sięgał on po impresjonizm zmieniając jednak jego formę tworząc coś na kształt hybrydy. Problem w tym, że nie miała ona większego polotu. Osobiście czegoś takiego by nie wystawił, ale rozumiał, że mogło się to niektórym podobać. No i oczywiście wystawa ta miała być patriotyczną inspiracją. Niedługo powstaną dzieła, które nie będą sięgać tak daleko w przyszłość, aby ukazać bohaterów sprawy czarodziejskiej.
- Madame Vanity. - Oznajmił swoje przybycie podchodząc bliżej, aby móc przywitać się z kobietą. Wyciągniętą w jego stronę dłoń ujął pochylając się lekko, aby móc ucałować jej wierzch. - Olśniewająca jak zawsze. Swą urodą przyćmiewasz każde znajdujące się tu dzieło sztuki. - Wyprostował się puszczając trzymaną przez niego dłoń kobiety, aby móc w pełni, choć nienachalnie, broń Merlinie, przyjrzeć się swojej rozmówczyni. - Doszły mnie słuchy o zaręczynach. Moje gratulację, choć te powinienem raczej złożyć twojemu przyszłemu mężowi. - Nie czekała długo. Dobrze. Ktoś taki jak ona nie powinien się marnować, kryć się za żałobnym suknem. Powinna błyszczeć na scenie tak jak została do tego stworzona. Jej narzeczony był jednak zaskoczeniem. Cornelius Sallow. Sam rzecznik Ministerstwa Magii. Valerie doprawdy mierzyła wysoko, nie w tym kierunku jednak co powinna. Polityka nigdy nie lubiła się ze sztuką i to z wzajemnością, a jeśli już, był to dość przelotny romans raczej z odczuwanym pociągiem do rebelii, aniżeli do panującej władzy. A jednak kobieta przed nim wydawała się promienieć jak nigdy dotąd. Może nie zanudzi się jednak na śmierć u boku nowego męża. Na pewno nie on przy niej - bystra, utalentowana i piękna. Większość mężczyzn chciało ładnej żony u swego boku, prawdziwej perły. Kobiety, którą będą mogli się szczycić, takiej, której inni będą im zazdrościć. Reszta była miłym dodatkiem, takim którym niektórzy jednak wzgardzali. A szkoda. Był estetą, lubował się w pięknie, tym kobiecym również, wierzył jednak, że mają one dużo więcej do zaoferowania niż bycie żoną, matką, czy muzą. O zgrozo, był człowiekiem nowoczesnym. Może nie przesadnie, ale dane było mu wizytować wiele miejsc, poznać od groma ludzi, różnego przedziału kulturowego i sfer, że ciężko byłoby mu zachować ciasnotę umysłu. Znał jednak granice. Dbał o swoją reputację i autorytet, dobrze wiedząc, że aby utrzymać się na powierzchni w tym świecie wyłącznie jego osiągnięcia nie wystarczały. Madame Vanity również znakomicie zdawała sobie z tego sprawę. - Mamy wiele do nadrobienia. - Podsumował oferując jej swoje ramię.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Galeria sztuki - Page 7 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Galeria sztuki [odnośnik]07.05.22 16:57
— Herr Schneider — melodia głosu poniosła się dalej, w specjalnie przystosowanych do tegoż wnętrzach, lecz zupełnie nieprzypadkowo. Zaznajomiona z akustyką podobnych, raczej pustych miejsc Valerie wiedziała jak, a co ważniejsze potrafiła modulować głos tak, by w każdych warunkach brzmiał on odpowiednio przyjemnie. Hunter był estetą, oczywiście, że musiał nim być, w innym przypadku przecież nie osiągnąłby tak wiele, nie w tej branży, która choć egzaltowana, często przybierała kształt pracy żmudnej, męczącej, rozczarowującej niemal, gdy w nadziei na prawdziwą perłę, na ciężar skrzącego złota, które miało się wydobyć spośród tysięcy wyblakłych dzieł, otrzymywało się coś znacznie poniżej oczekiwań. Paździerz, miernota, to dało się jeszcze przełknąć, zrzucić na karb koniecznej selekcji. Tym, co prawdziwie męczyło artystyczne dusze była chyba jednak przeciętność.
On nigdy jej nie oferował. Ona nie pozwalała sobie nawet na zbliżenie się do jej granicy.
Z przyjemnością i ufnością — znali się przecież i nie widzieli pierwszy raz — podała mu swą dłoń, na której wierzchu złożył pocałunek, szarmancki jak zawsze, w ten otwarty, kontynentalny sposób, który skostniałym od marznącego deszczu anglikom często nie mieścił się w głowach. Valerie przywykła jednakże do tego stylu, dziś grała pod melodię niemieckiego kuratora, wszystko musiało więc przejść gładko i bez zakłóceń. Zresztą, co do czystości zamiarów Huntera nie miała wątpliwości.
Najpierw komplement, później poruszenie tematu zaręczyn. Obie okoliczności przywołały na usta Valerie ciepły, szczęśliwy uśmiech, jeszcze piękniejszy, bo przecież bardziej szczery od wszystkich, którymi raczyła go jeszcze w Berlinie, gdzieś w cieniu despotycznego Franza Kruegera.
— Upływ czasu nie wpłynął na twe maniery — odezwała się, kierując jasnoniebieskie spojrzenie na jego twarz. Nienachalnie, acz w sposób odbijający to, jak on sam zdołał się jej przyjrzeć. Nie zmienił się nawet trochę, wiecznie elegancki, elektryzujący. Daleko mu było od złotoustej powagi Corneliusa wyglądającego każdej okazji i każdego niebezpieczeństwa. Zdawał się być bardziej rozluźniony, pewny swej pozycji. — Czyżby londyński klimat ci służył? Pogoda ostatnimi czasy nas nie rozpieszcza, ale miasto znajduje się pod najlepszym nadzorem — wiedział? Jeżeli czytał gazety to musiał wiedzieć. Może nawet był na ceremonii, widział i słyszał o sukcesach i nowych obowiązkach madame Mericourt? To za jej sprawą mieli dziś się spotkać, nieświadomie stała się patronką odnowionych kontaktów artystycznych, a pozyskanie Schneidera mogłoby przyczynić się dla dobra nie tylko Rycerzy Walpurgii, ale może i Londynu jako takiego? Czy było możliwe ich rozdzielenie? Stolica wyraźnie opowiedziała się za jedną ze stron.
— Jeżeli miałbyś czas pierwszego czerwca, byłabym zaszczycona, mogąc gościć cię na mym weselu, Hunterze — ściszywszy głos do szeptu, skorzystała z zaoferowanego ramienia, tym samym zbliżając się do mężczyzny jeszcze bardziej. W ten sposób chroniła ich rozmowę przed posłyszeniem przez osoby trzecie. Tematy, które mieli dziś poruszyć, ocierały się przecież o tajemnice. — A wtedy mógłbyś pogratulować Corneliusowi osobiście. I tak, wiem, co zaraz powiesz, to, że artyści i politycy to dwie strony tej samej monety, więc nie powinni się mieszać, lecz... Och, jeżeli mogę ci się zwierzyć... — Wzniosła lekko podbródek do góry, głoski zabrzmiały nieco słabo, z delikatnym zawahaniem, to twój czas na wycofanie się, lecz nie rób tego, a jeżeli mężczyzna nie zaprotestował, zatrzymali się przed pierwszym z obrazów. Jasnowłosa czarownica i jej jasne szaty stanowiły centralny punkt obrazu, a im dalej od niej, tym ciemniejszych barw użył artysta. Wendelina — co do tego nie było wątpliwości — siedziała w dogasającym już ognisku, a choć na jej ustach malował się uśmiech, był on jakiś słaby, z oczu zaś na oglądających zerkało zmęczenie. Wokół niej nie było nikogo, tylko rozmazane sylwetki gdzieś na trzecim planie, bliżej krawędzi. Tymczasem Valerie, nie spoglądająca jeszcze na obraz, bowiem całą uwagę przekazując swemu rozmówcy, kontynuowała. — Scena i polityka mają ze sobą wiele wspólnego. To samo mrowienie ekscytacji, ta sama pasja, możliwość sięgnięcia ludzkich serc i umysłów. Czy nie o to chodzi? — zadała pytanie, przechylając głowę ku prawemu ramieniu. Jeszcze kilka sekund zawieszenia wzroku na mężczyźnie, aż wreszcie pozwoliła sobie na przeniesienie go na obraz.
Oj, Wendelino...
— Słyszałeś kiedyś o Wendelinie Dziwacznej? Jej ulubioną bronią, jeżeli możemy to tak nazwać, było Amicus Igni — panowie Ludlow nie przebywali w dobrych stosunkach z rodem Selwyn, jednak póki nie nosiła nazwiska Sallow, mogła wciąż spacerować po miękkich chmurach artystycznych uniesień, nikt — a już na pewno nie obcokrajowiec — nie wymagał od niej wstrzemięźliwości właściwej dla lokalnego patriotyzmu. Nie w Londynie. — Uratowała przed spaleniem dziewiętnaście dziewcząt. Dziewiętnaście za jednym razem. Niemal tyle, co w Witten — historia Witten była dla czarodziejów niemieckich szczególnie ciężkim rozdziałem. To tam funkcjonowała mugolska jednostka inkwizycyjna, której celem było wyeliminowanie Hexenfolk. Ruhra płynąca niedaleko Witten niosła ciała utopionych czarodziejów, czarownic, ich dzieci. Cień tamtych okropieństw, tamtego zagrożenia wciąż potrafił wracać, matki — w tym swego czasu także Valerie — opowiadały swym dzieciom ostrzegawcze bajki, które miały zaszczepić im po pierwsze konieczność ostrożności w używaniu magii przy mugolach, po drugie podkreślić to, że byli potomkami ocalałych. Procesy o czary i prześladowania magicznej części społeczeństwa najmocniej dotknęły właśnie tereny niemieckojęzyczne. Dziesięciokrotnie większa liczba procesów przekładała się wprost na większą ilość ofiar. Nawet romantycyzujący kurator wystaw musiał pamiętać o dziedzictwie, które nosił w swej krwi.
— W trudnych czasach przyszło nam się spotkać, Hunterze — dodała cicho, z boleścią, wzdychając niemalże płaczliwie. Czyżby przypomniała sobie o okolicznościach śmierci jej męża? — Mimo upływu czasu, wciąż na nas czyhają. Nie starczyło im przelania krwi własnej, chcą też naszej — raz jeszcze zwróciła twarz w kierunku swego rozmówcy, szczupłe palce zacisnęły się nieco mocniej na jego rękawie, a oczy zabłysły od łez. Wieloletnie umiejętności aktorskie potrafiły się na coś przydać. — Franz zginął tylko dlatego, że potrafił czarować. I wszyscy, tu w Londynie, w całej Anglii, nie chcą, nie chcemy, by ktokolwiek musiał wstydzić się swego magicznego pochodzeina. Już dość magicznej krwi wsiąknęło w tę biedną ziemię — wolna dłoń sięgnęła do kieszeni futra, wyciągając z niej jasną chustkę, którą Valerie przytknęła do policzków, ostrożnie ocierając je z łez.
— Ach, przepraszam, Hunterze... To wszystko, to całe okrucieństwo... Tego nie można pominąć, nie gdy dotknęło osobiście, gdy zabrało ojca mej córki... — to emocjonalne przedstawienie, część tkanego ostrożnie i z olbrzymią uwagą obrazu wrażliwej na krzywdę pani Vanity miało przetestować faktyczne poglądy Schneidera. Zobaczyć, czy przywołanie historii jego ojczyzny i widocznego jak na dłoni obrazu rozpaczy wdowy utrzyma go w dalszej neutralności, czy pchnie może do przodu — ku tym, którzy mogli zaoferować mu nie tylko bezpieczeństwo, ale dalszy rozkwit prowadzonych interesów. — Gdyby wtedy była przy nim Wendelina, gdybyśmy znali wtedy tych, którzy ponad swą własną wygodę wybrali bezpieczeństwo kraju i czarodziei... Może... Może to by się nie wydarzyło?


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Galeria sztuki
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach