Wydarzenia


Ekipa forum
Komnaty Mathieu
AutorWiadomość
Komnaty Mathieu [odnośnik]30.06.19 14:47
First topic message reminder :

Komnaty Mathieu

Komnaty Mathieu są bardzo charakterystyczne – minimalistycznie urządzone. Komnata Sypialniana utrzymana w ciemnej kolorystyce, najpotrzebniejsze elementy wystroju w stonowanych barwach. Na komodzie naprzeciw łoża zawsze stoi bukiet czerwonych róż. Na ścianach wisi kilka subtelnych obrazów, na regale równo ułożone książki, większość o tematyce dotyczącej smoków. Bezpośrednio do Komnaty Sypialnianej przynależy sporej wielkości łazienka, również w ciemnych barwach, z bogatymi zdobieniami elementów. Owalna, duża wanna stoi pośrodku, odznacza się jasnym kolorem na ciemnych kaflach. Drugim pomieszczeniem jest garderoba, średniej wielkości, wystarczająca na potrzeby Lorda. Komnaty Mathieu mieszczą się na końcu korytarza, a z ich okien rozpościera się piękny widok na ogrody.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Komnaty Mathieu - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]11.12.22 20:29
Porażki to naturalna część egzystencji, on również miał ich wiele na koncie i nie powinno się z tego powodu dramatyzować. Każda porażka zbliżała do osiągnięcia zamierzonego efektu, każda kierowała w stronę sukcesu. Czasem było ich potrzebne mniej, czasem więcej, jednak odpowiedzialność i wytrwałość kierowały nas na sam szczyt. Mathieu wyznawał właśnie taką zasadę. Może Corinne z domu wyniosła coś zupełnie innego. Jej zmartwiona mina, smutek, brak energii. Przytłaczające. Nie skomentowała jego słów, najwyraźniej nie mając nic w temacie do dodania. Nie sądził, żeby była wojownikiem. Sama uważała się za osobą smutną, ascetyczną. Nie miała pewnie w sobie ognia i odwagi, które wyniosłyby ją na wyżyny i dodawały energii. O to chodziło Evandrze i Tristanowi? Żeby wygasił swój własny płomień? Żeby przestał dążyć do osiągnięcia swoich celów i stał się równie spokojny jak ona? Czy może, żeby przez wzgląd na jej charakter powinien przestać robić to, co robił? Za bardzo się rozwinął? Miał za dużo do powiedzenia?
Odtrącił tą myśl. Nie znał jej. Po dzisiejszym dniu i gradobiciu pytań… wahał się. Czysto formalna sprawa, umowa, którą oboje podpisali. Nie musieli przecież wchodzić w to głębiej, wystarczyło dopełniać obowiązków, które mieli i świat się nie zawali. Nikt nie kazał mu jej kochać, ani jej kochać jego. To tylko polityka i gra. Zawiesił spojrzenie na ogniu, który dogadał w kominku. Polityka nie była jego mocną stroną, był zbyt mało ważny, aby mieć w tym jakiekolwiek znaczenie. Kogo interesowało zdanie jakiegoś tam Mathieu Rosiera, który w zasadzie poza byciem tym mniej ważnym, musiał robić to, co oczekiwali od niego bardziej ważni. O ironio, patriarchat to nie tylko kwestie kobiet, ale kogo to interesowało!
Zauważył to zachwianie. Przemilczał je, uważając, że komentarz jest zbyteczny. Sam dał jej wino, nie spodziewał się, że będzie miała mocną głowę, szczególnie, że nic nie jadła, poza tymi herbatnikami. Odprowadził ją powoli do jej komnat i stanął przed drzwiami, krzyżując ręce za plecami. Upewni się czy trafi tam, gdzie powinna trafić i tyle.
- Dobranoc, Corinne. – odpowiedział jej, a po twarzy przemknął ten sam, wyuczony uśmiech. Nie powinna spodziewać się po nim niczego innego, uprzejmości i kurtuazja to coś, czego zwyczajnie należało się nauczyć i mieć to opanowane. Zrobił krok w tył, ale zatrzymała go. W głowie wywrócił oczami, zastanawiając się, czego jeszcze może dziś oczekiwać od niego. Bo z pewnością nie była to kwestia zaproszenia do swojej komnaty na noc. Podziękowanie? Przytrzymał ją lekko za biodra, kiedy wspięła się na palce i musnęła jego policzek. – Nie masz za co dziękować, to nic takiego. – odpowiedział i odprowadził ją wzrokiem do jej komnat. Chwilę później sam zniknął za drzwiami swojego królestwa, nalewając do szła resztkę ognistej whisky i wypijając ją niemal duszkiem. Małżeństwo. Zapowiadało się wspaniale.

ZT



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]02.02.23 21:16
4/5 lipca, noc
Sen nie nadchodził.
Poprzedniej nocy nie spała prawie w ogóle. Odpoczynek nie niósł ukojenia, śniły jej się dziwne rzeczy, przez które snuła się po komnacie jak duch, usiłując ochłonąć, uspokoić się. Już od dawna nie czuła się tak rozbita, tak… dogłębnie przerażona. Czym dokładnie ― tego jeszcze nie wiedziała, ale wszystkie te omeny, trzynaście kawałków szkła z rozbitego lusterka, tamten ponurak w obrazie… coś wisiało w powietrzu, coś niedobrego. I nie miała zielonego pojęcia, czy te wszystkie złe wróżby dotyczą jej, wszystkich Rosierów, czy jeszcze czegoś innego.
Corinne przewróciła się na bok, po raz kolejny szukając odpowiedniej pozycji, która pozwoliłaby jej zasnąć. Odkąd położyła się do łóżka ― nie zmrużyła oka, co w połączeniu z poprzednią niezbyt udaną nocą sprawiało, że czuła się wykończona, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ciało żądało odpoczynku, oczy szczypały i piekły, powieki opadały ciężko, jakby wykute z ołowiu, głowę przeszywał okropny ból, który trudno było opisać. Myśli szalały; rozpierzchły się na wszystkie strony, ściągając do jej wyobraźni przeróżne, mało optymistyczne scenariusze. Było jej koszmarnie zimno, mimo tego, że dni były przecież parne i gorące, było jej źle.
Prócz zmartwień wywołanych omenami, prócz wciąż towarzyszącego jej poczucia odizolowania i niepewności, powróciła też targająca duszą samotność i tęsknota. Czy gdyby nadal była w Ludlow, to wszystko by się stało? Czy zobaczyłaby ponuraka? Tamtą dziwną kometę, której światło wyryło się pod powiekami, nie dając o sobie zapomnieć?
Znów się przewróciła na bok, naciągnęła cienką kołdrę na głowę, chcąc się odgrodzić. Od wszystkiego i wszystkich ― od zmartwień i obowiązków, od ponurych myśli i wyobrażeń, od wspomnień wypełnionych zapachem mięty i tataraku, a przywodzących na myśl jej niewielki ogródek z ziołami w Ludlow, tuż obok czarnej sadzawki.
Sen nie nadchodził, a ciche pyknięcie zegara obwieściło ponuro, że oto minęła jej kolejna godzina spędzona bezsennie. Corinne westchnęła ciężko, zrzuciła z siebie kołdrę, podniosła się z łóżka i zaczęła krążyć bez celu po komnacie. Bladoróżowa halka szeleściła cicho przy każdym jej ruchu, opływając miękko ciało, a jasny warkocz kołysał się na boki, równie niespokojny co właścicielka.
Bała się. Niechętnie przyznawała to nawet przed samą sobą, ale bała się tak, jak jeszcze nigdy dotąd i ― co najgorsze ― nie widziała końca tego strachu. Nie wiedziała nawet, co może go ukoić. Nie miała pod ręką brata, on pewnie zaraz znalazłby jakieś wytłumaczenie tych zjawisk, jakoś ją pocieszył. Nie było też ojca ― który może i był małomówny i skryty ― ale potrafił ją pokrzepić. Nieporadnie i z trudem, ale umiał. Nie było matki, która…
Prychnęła pod nosem, natychmiast odrzucając od siebie to wspomnienie. Nie powinna sobie teraz dokładać, i tak czuła, że jest w rozsypce. Jakie w ogóle miała opcje? Kto jej został? Przecież nie będzie niepokoić po nocy Evandry…
Przelotnie spojrzała na ścianę z obrazem przedstawiającym całkiem ładny bukiet kwiatów. Teoretycznie za tą ścianą był ktoś, kto mógłby jej pomóc. Pytanie tylko, czy będzie chciał. Jak dotąd, Mathieu okazywał jej sporo cierpliwości i nigdy jej jeszcze nie wyrzucił, z czymkolwiek by nie przyszła. Co prawda dotychczas nie odwiedzała go w środku nocy, ale… czy pozostawało jej cokolwiek innego? Była pewna, że tu i tak nie zaśnie, a może chociaż on będzie miał jakieś logiczne wyjaśnienie tego wszystkiego. W końcu był od niej bardziej obyty w kwestiach magicznych, był aktywnym uczestnikiem wojennych akcji, widział więcej, wiedział więcej. Czy także rozumiał więcej?
Nie myśląc wiele więcej, ruszyła do drzwi. Otworzyła je najciszej jak tylko potrafiła, wydostała się na korytarz i przemknęła po nim jak duch. Zwinnie wślizgnęła się do sąsiedniej komnaty pogrążonej w mroku i chwilę odczekała, by oczy przyzwyczaiły się do ciemności innego rodzaju. Potem ruszyła przed siebie ― trochę na oślep, trochę po omacku, trochę na pamięć. Udało jej się uniknąć kolizji ze stolikiem, przypadkiem otarła się biodrem o fotel, wyciągniętą dłonią wymacała w końcu ramę łóżka i zaraz zanurkowała pod kołdrę, niosąc ze sobą zapach nocy i krótki powiew chłodniejszego powietrza.
Przy okazji także rąbnęła piszczelem w ramę, mimowolnie wydusiła z siebie stłumionym głosem bardzo brzydkie przekleństwo i opadła na materac, starając się nie wyklinać na głos rodziny twórcy drewnianych ram łóżek do dziesiątego pokolenia wstecz.
Poczuła ruch tuż obok. Raczej-obudzony-Mathieu chyba przekręcił głowę, żeby na nią spojrzeć, choć w tych ciemnościach niewiele dało się zobaczyć.
Przepraszam ― bąknęła pod nosem, nagle zawstydzona; ciepło jego ciała oszałamiało. ― To nie tak miało wyglądać.
Ułożyła się wygodniej na boku ― do tej pory jeszcze jej stąd nie wyrzucił, czyli kolejny sukces ― odgarnęła kosmyki włosów, które wydostały się z warkocza.
Ja… bo… ― zaczęła nieskładnie, łapiąc się na tym, że nie ma pojęcia, jak mu to wszystko przekazać. ― Wierzysz w to, co zwiastuje ponurak? Że ci, którzy go zobaczą… umierają niedługo potem?


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]02.02.23 23:02
Z niepokojem spoglądał na niebo, które wczorajszej nocy nabrało barwy krwi. Ostatnie miesiące obfitowały w wiele wydarzeń, które odbiegały od normalności utrzymywanej przez lata, a która wyraźnie zakończyła się wraz z rozpoczęciem buntu. Świat musiał się zmienić. Wielu nie pojmowało istoty ich działań, nie akceptowało faktu, że jego obdarzeni wyjątkowymi mocami powinni być jego panami. Wielu uważało, że życie z mugolami ramię w ramię było jedyną słuszną ścieżką, drogą pokoju. Nie pamiętają, a może nie chcą pamiętać tego, jaki los zgotowało im plugawe robactwo uważające samych siebie za panów tego świata. Nie powinni się przed nimi uginać, nie powinni przed nimi klękać, nie powinni również im służyć. Niemniej jednak, nadal na świecie byli Ci, którzy kompletnie puścili w niepamięć minione lata i hańbili własną krew zawierając z nimi związki. A świat przemawiał do nich coraz częściej, tak jak nocy trzeciego lipca, kiedy jasna pełnia biła światłem, które pozostawało bez jakiegokolwiek wyjaśnienia tych, którzy wiedzieć na ten temat powinni niemal wszystko.
Niepokojące informacje, pękające lutra, gnijące mięso. Widmo śmierci, które wiązało się z tym wszystkim w bardzo wymowny sposób. Śmierci widział wiele, nie była mu obcą. Była potęgą, obrazem najgłębiej skrywanych myśli. Przymknął powieki. Brak snu mu nie służył, powinien skupić się na dbaniu o własne zdrowie, aby być w pełni przygotowanym na każdą ewentualność. Szkło trzymane w dłoni stuknęło o szklany stolik, kilka kropel trunku spłynęło jeszcze po jej brzegu, opadając na dno. Ukojenie nerwów? A może nadal nie mógł przestawić własnego myślenia na nowe realia, które teraz były przecież jego życiem. Starał się nie myśleć o młodej kobiecie, która znajdowała się w komnacie naprzeciw jego własnej. Minie wiele czasu zanim ostatnie cierpienie pozwoli mu na zrobienie kroku w stronę nowej drogi, która została mu narzucona. Liczył również na jej cierpliwość. Wierzył, że nie będzie usilnie próbowała przyspieszać tego procesu.
Po chłodnej kąpieli udał się do łóżka, zwykł spać pozbawiony jakichkolwiek ubrań, przyjemny chłód dawał skórze ukojenie, bo całym dniu wysokiej temperatury. Zamknął oczy, a sen przyszedł dość szybko. Nawet, jeśli obrazy, które generował jego własny umysł, nie były zbyt przyjemnymi. Krew, łamane kości, walka. Akty łaski i niełaski, zielony blask śmiertelnego zaklęcia, ciemne żyły odznaczające się na ciele. Niespokojny sen został jednak przerwany. W pierwszym odruchu poderwał się do pozycji siedzącej i ręką sięgnął w stronę różdżki, która leżała na szafce. Powinna tam leżeć, zawsze miał ją przy sobie. Nie wyczuł jej pod palcami, za to dotarł do niego zapach wiśni i wody różanej, a w ciemności jasne kosmyki jej włosów widać było bardzo wyraźnie.
- Corinne. – powiedział zaspanym, zachrypniętym głosem, opadając na poduszkę. – To nie było zbyt rozważne. – mruknął, przecierając twarz dłońmi. Różdżka tam była, leżała kilka centymetrów dalej, na swoim miejscu. Mogłoby się to skończyć niezbyt przyjemnie, gdyby tylko jej dosięgnął. Obrócił się na bok, w ciemności próbował dostrzec detale jej twarzy. Próbowała się wytłumaczyć, zbyt często to robiła, jakby się go obawiała. Pamiętał tamtą rozmowę. Medali nie dostawało się za ładny uśmiech i bycie miłym, a ona zwyczajnie się go bała. Z jednej strony słusznie, z drugiej… nie chciał, aby obawiała się własnej męża.
- Ponurak? – spytał cicho, zastanawiając się chwilę. – Widziałaś go? – spytał. Nie rozmawiali ze sobą, nie zwierzała mu się, ale sam fakt, że przyszła do niego w środku nocy, wyglądała na bardzo zmęczoną i zapewne wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu godzin nie były dla niej niczym przyjemnym. Ponurak uważany za omen śmierci był bardzo niepokojącym zjawiskiem. – Wydarzyło się wiele zaskakujących i niepokojących rzeczy, których nie jestem w stanie wyjaśnić w żaden sposób, nawet jeśli bardzo bym chciał. – dodał spokojnie i wyciągnął dłoń w jej stronę, aby ułożyć ją swobodnie na jej talii. Przesunął palcami po materiale jej halki. Od nocy poślubnej nie miał jej tak blisko siebie. – Jeśli się obawiasz czegokolwiek, powinnaś do mnie przychodzić. – może to pierwsza oznaka tego, że zaczyna w jakimkolwiek stopniu przekonywać się do niego? A może nawet odrobinę obdarzać go zaufaniem?



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]03.02.23 19:51
Nie pomyślała o tym, że mógłby od razu sięgnąć po różdżkę i zganiła się za to w duchu. Przecież miał rację ― to nie było mądre. Wystarczyło by przechylił się nieco bardziej, rzucił pierwsze lepsze zaklęcie i byłoby nieciekawie. Ale skoro do niczego przykrego nie doszło ― a może właśnie dlatego, że jeszcze nie doświadczyła prawdziwej krzywdy z udziałem magii ― odruchowo zaczęła zastanawiać się, jak wyglądają prawdziwe starcia i walki, jak układa się pod nie taktykę, jak obiera strategię. Ciekawe, czy mieli jakieś książki o tematyce wojennej w bibliotece, będzie to musiała sprawdzić po śniadaniu.
Zmarkotniała, kiedy spytał o Ponuraka i przytuliła mocniej policzek do nagrzanego materiału poduszki. Milczała przez jakiś czas, targana niepokojem i paranoiczną obawą, że jeśli komuś o tym powie, to i jemu objawi się ten sam symbol. Teraz, kiedy miała sposobność podzielić się niepokojem, usłyszeć jakieś słowa otuchy, nagle miała ochotę uciec z powrotem do siebie, jednak zmierzyć się z tym wszystkim w samotności. Nie rozumiała dlaczego tak się dzieje, nie rozumiała, skąd ta huśtawka pragnień i nastrojów. Może to po prostu zmęczenie i brak snu, może efekt wywołany kometą i Ponurakiem czającym się w obrazie.
Widziałam ― wydusiła w końcu, zniżając głos do szeptu. ― Wczoraj, siedział w obrazie… ― Zacisnęła powieki, a obraz czerwonych ślepi i onyksowej sierści olbrzymiego psa znów się pojawił, jakby na zawołanie wyrwany z trzewi pamięci.
Zmarkotniała jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że Mathieu nie jest w stanie jej wyjaśnić tej absurdalnej sytuacji, ale zanim utopiła się we własnym strachu ― poczuła jego dotyk. Nienachalny, całkiem subtelny, budzący skrajnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony nie miałaby nic przeciwko temu, żeby ją przygarnął bliżej, przytulił i pozwolił jej tak zostać. Z drugiej, każda bliskość jawiła jej się jako coś potencjalnie strasznego, coś, w czym się nie odnajdzie. Trudno było pogodzić ze sobą oba te stanowiska.
Ostatecznie złapała go za nadgarstek, zacisnęła na nim lekko palce, ale nie cofnęła jego dłoni z własnej talii. Bardziej nie wiedziała, co ma zrobić z rękami, jak się zachowywać. Mathieu był jej pierwszym mężczyzną, nie miała doświadczenia w relacjach tego typu, bo przecież flirt z kolegami w szkole się nie liczył, tak samo, jak chodzenie pod rękę z koleżankami.
Poluzowała uchwyt po dłuższej chwili, przesunęła dłoń wyżej, po jego przedramieniu, ale nie odważyła się na więcej, szybko cofnęła rękę. Miała wrażenie, że płoną jej policzki i dziękowała Merlinowi za otaczającą ich ciemność.
Obawiam się ― mruknęła. ― Podobno ktoś w mojej rodzinie go widział i umarł po trzech dniach w całkiem dziwnych okolicznościach. Poza tym, ile się mówi na temat tego, jak poważną sprawą jest taki omen. ― Mimowolnie się skuliła, jakby chciała zniknąć. Zniknąć i nie myśleć o tym więcej. Westchnęła.
Mówiłeś… wcześniej mówiłeś o tym, że będziesz mnie bronił ― szepnęła; jej dłoń sama odnalazła drogę na jego ramię, opuszki palców musnęły najpierw szyję, potem policzek. Nie miała zielonego pojęcia co robi, wszystko działo się samo, bez udziału myśli, bez zastanowienia, jakby instrukcja była zapisana gdzieś w głębi ducha. ― Więc mnie broń. A jeśli nie wiesz jak, to mnie chociaż przytul ― zażądała śmiało, ale ta sama śmiałość zaraz zgasła, kiedy do Corinne dotarło, jak to brzmi. Cofnęła rękę jak oparzona ― najchętniej wcisnęłaby ją pod poduszkę, jak narzędzie zbrodni ― poczuła się strasznie głupio i naiwnie.


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]05.02.23 11:56
Zbyt wiele myśli kotłowało się w jego głowie. Czasy były nieprzyjemne, a działalność, którą podejmowali nie spotykała się z aprobatą każdego. Wciąż na tym świecie byli ludzie, czarodzieje, którzy negowali działania Rycerzy Walpurgii, działania samego Czarnego Pana. Chateau Rose było strzeżone, a jednak gdzieś zawsze istniała obawa, że ktoś mógłby wślizgnąć się tutaj i próbować pozbawić ich życia. Taka egzystencja w ciągłym uczuciu zagrożenia odbijała się na wszystkich aspektach życia. Wybudzony ze snu w bezwarunkowym odruchu gotów był sięgnąć po różdżkę i stanąć do walki. Nie przywykł jeszcze do myśli, że jest żonaty, a tym bardziej do tego, że Corinne ledwo kilka dni po ślubie postanowi wślizgnąć się nocą do jego łóżka. Poznał jej stanowisko wobec małżeństwa, chciała tworzyć z nim jedność i wspólnie reprezentować ród, co zasadniczo było odpowiednim podejściem. Niemniej jednak, wolał postępować małymi krokami w tej relacji, nadal mając problemy z zaufaniem i nadal będąc niepewnym czy chce dzielić z kimś własne uczucia. Te kilka popełnionych błędów postawiło niezliczoną ilość znaków ostrzegawczych w jego własnej głowie, nie mógł ich tak po prostu ignorować.
Przyszła do niego, bo jej życie przepełniły obawy. Przyszła, bo potrzebowała jego wsparcia.
Może gdyby nie był zaspany, znalazłby jakieś logicznie rozwiązanie i spróbował się wykręcić.
- Na obrazie? – spytał, lekko zachrypnięty głos świadczył o tym, że był naprawdę zaspany. – Opowiedz mi jak wyglądał? – mruknął jeszcze, musiał znać więcej szczegółów. Omen śmierci potrafił wzbudzić przerażenie, strach i niepewność nadchodzących wydarzeń. Coś wisiało w powietrzu, jakaś groza czaiła się, czekając na odpowiedni moment, aby zaatakować. Współczuł Corinne. Wciąż uczyła się życia w pałacu róż, u jego boku, a do tego wszystkiego zaczęły dziać się tak niepokojące i przerażające rzeczy, których nie dało się zwyczajnie wyjaśnić. Niemniej jednak, widział, że się boi, a z każdą kolejną chwilą ten strach coraz bardziej do niego docierał, kiedy rozbudzał się coraz bardziej. Wysłuchał jej. Owszem, obiecał jej bronić, chronić ją i być jej Rycerzem, zgodnie z tradycjami i samą istotą małżeństwa. Nie wiedział tylko jeszcze do końca jak powinien to robić, a wszystko było zbyt świeże. Trochę poruszał się w tym małżeństwie po omacku, mając świadomość, że nigdy nie był ani łatwym człowiekiem, ani nie posiadał niesamowitego charakteru, zdolności prowadzenia rozmów. Uczył się tego wszystkiego i z pewnością minie jeszcze wiele czasu, zanim zdobędzie taką wiedzę.
- Chodź tu do mnie. – powiedział zsuwając dłoń z jej boku na plecy i przyciągając ją do siebie. Sam przewrócił się na plecy, drugą rękę wsunął pod jej szyję w taki sposób, że przytulała się do jego boku, mając głowę zaraz nad jego sercem. Wziął głęboki oddech i przełknął ślinę. Dziwne uczucie, leżeć z nią w jednym łóżku, przytulać do siebie i tak po prostu być tu dlatego, że właśnie tego potrzebuje. Będzie musiał jakoś powoli przywyknąć do tego wszystkiego.
- Najgorszy jest lęk przed tym, czego nie możemy nazwać. Przed tym, czego nie znamy. – powiedział spokojnym głosem, przesuwając powoli palcami po jej ramieniu. – Nie wiemy co się dzieje, co może się wydarzyć, dlatego w każdym kiełkuje niewyjaśniona obawa, której nie potrafimy zrozumieć. Jeśli się boisz, to dobrze… tylko głupcy się nie boją, a strach jest oznaką rozsądku. – dodał po chwili namysłu, delikatnie wodząc palcami po jej skórze. Patrzył w sufit, jasne detale były ledwo widoczne. Ciemność była ich sprzymierzeńcem. Sam też niejednokrotnie się obawiał, nie wiedział czy idąc walczyć o piękną przyszłość dane będzie mu wrócić. Kto w razie jego śmierci przekaże rodzinie jego różdżkę. Strach był naturalny, ale potrafił również motywować do działania.
- Jeśli się obawiasz i to spędza Ci sen z powiek… możesz spać tutaj ze mną. Jeśli w tym miejscu czujesz się bezpiecznie, możesz również w ciągu dnia spędzać tutaj czas. Ester będzie na każde Twoje zawołanie i będzie dbała o Twoje bezpieczeństwo. – dodał po chwili. Nie był pewien o jaki rodzaj bezpieczeństwa jeszcze mogłoby jej chodzić, ważniejszym było, że w Chateau Rose była bezpieczna, bo pałac był pod stałą opieką, pod stałym nadzorem i był bezpiecznym miejscem.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]06.02.23 19:37
Westchnęła cicho. Czy poszczególne Ponuraki czymś się od siebie różniły? W przeczytanych przez nią książkach zawsze opisywano go jako czarnego psa o czerwonych ślepiach zdolnych wypalić człowiekowi duszę. W zależności od treści książki Ponurak był albo nienaturalnie wielki albo kosmaty, czasem niczym nie różnił się od zwykłego psa, czasem autor zarzekał się, że odczuwał wtedy specyficzne uczucia. Czy te drobne różnice miały jakieś znaczenie? Do tej pory wydawało jej się, że nie, że to tylko nieistotne detale. Ale skoro pytał…
Kojarzysz ten obraz przy tarasach? Ten z aroganckim rycerzem na tle klifów? ― spytała cicho, jakby bała się zagłuszyć szmer wiatru przemykającego za oknem. Znowu zbierało się na burzę? ― Był pusty, rycerz go opuścił, a na wymalowanym niebie pojawiło się drugie słońce. Było jakieś… dziwne. Jakby się ruszało. ― Odetchnęła głębiej, przymknęła oczy, czując spływający wzdłuż kręgosłupa zimny dreszcz. Nadal jej nie przeszło, nadal przywołanie tamtych obrazu budziło w niej jakiś nienazwany rodzaj strachu. ― Na miejscu rycerza najpierw pojawiła się czarna, wyblakła plama… a potem przyjęła kształt wielkiego psa o krwistych ślepiach.
Nagle ogarnęło ją zwątpienie ― równie zimne i nieprzyjemne, co uczucie strachu. Może źle to wszystko zrozumiała? Może coś jej się pomieszało? Nie zniosłaby myśli, że znowu się jakoś wygłupiła, kiedy przez ostatnie dni miała naprawdę dobrą passę i aklimatyzacja szła jej coraz lepiej.
Może niepotrzebnie przyszła. Może niepotrzebnie zawracała mu głowę. Może niepotrzebnie…
Litanię wyrzutów sumienia zagłuszył jego głos, ciche polecenie, które ją koniec końców zaskoczyło. Choć przecież sama tego przed chwilą zażądała ― nie do końca wierzyła w ziszczenie swojego pobożnego życzenia. Nadal był między nimi dystans, jakaś ściana, czy inny mur i prędzej spodziewałaby się zwinnego uniku, logicznego wyjaśnienia, niż tego.
Pociągnął ją do siebie, a Corinne poddała się jego woli, choć nadal nie mogła otrząsnąć się ze zdziwienia. Ułożyła się wygodnie, oparła policzek na jego piersi i przez chwilę tak po prostu leżała; wyraźnie spięta i zbita z tropu. Wysłuchała jego słów w absolutnym milczeniu; pod palcami wyczuwała ospały rytm, jaki wybijało jego serce. Głos też miał zresztą rozespany, przyjemnie zachrypnięty.
Ale czasem nadmiar strachu szkodzi ― odezwała się w końcu, przełykając stres. Czuła jego dotyk na ramieniu, ciepło bijące od jego ciała. Rozpraszało ją, burzyło spokój myśli; nie mogła się do końca skupić. Zauważyła przynajmniej, że stres powoli ustępował, mięśnie same się rozluźniały, było jej… przyjemnie? Miło?
…Bezpiecznie?
Nie chcę Ester ― burknęła w jego skórę, jak obrażona dziewczynka. ― Kazałeś jej za mną wszędzie chodzić, jest mi jak cień, albo gorzej ― poskarżyła się. ― Poza tym, mam swoją służącą, zapomniałeś? Ta ruda, z warkoczem. ― urwała wypowiedź, zastanawiając się nad drugą częścią tego, co jej powiedział. Że może spać tutaj, z nim.
Poczuła, jak płoną jej policzki na samą myśl, ale ośmielona propozycją i tym, jak łagodnie ją traktował, postanowiła wyciągnąć bardziej rękę, objąć go. Przesunęła palcami po jego drugim boku, poczuła pod opuszkami kolejną bliznę. Była cienka, dość krótka, ale stanowiła nowe odkrycie. Wyglądało na to, że całe jego ciało jest pokryte bliznami; mniejszymi, większymi, paskudnymi bardziej lub mniej. To wszystko przez smoki? Przez walki?
Kierowana niezrozumiałym dla siebie odruchem, uniosła się nieznacznie na łokciu, podniosła głowę i musnęła wargami jego policzek. I już miała ułożyć się z powrotem, powiedzieć, że dziękuje, że zostanie dziś, może jutro…
Póki co… ― powiedziała zamiast tego, łapiąc jego spojrzenie. W półmroku jego oczy błyszczały czystą czernią. ― …wcale nie jesteś taki zły ― dokończyła cicho.


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]08.02.23 23:22
Miała prawo się obawiać. Dziwne rzeczy działy się wokół nich, na które nie mieli żadnego pływu. Corinne znalazła się w nowym miejscu ledwo kilka dni wcześniej, dyskomfort wywołany nową sytuacją życiową, a do tego narastające uczucie niepewności i strachu miały prawo wywołać w niej tak trudne i nieodgadnione emocje. Wysłuchał jej opisu sytuacji, w której zobaczyła najmniej z przyjemnych omenów. Chyba nikt nie był w stanie wyjaśnić tych sytuacji, wątpliwości potęgowały się z każdą kolejną chwilą. Chciałby jej pomóc, wyjaśnić to i rozwiać wszelkie obawy, ale sam nie potrafił.
- To wszystko jest bardzo trudne do wyjaśnienia. Tak jak lustra pękające na trzynaście fragmentów, dziwnym zbiegiem okoliczności… pojawiając się podobnym czasie co… ponuraki. – nie bardzo wiedział czy jego słowa były składne, musiała mu jednak wybaczyć, był niezwykle zmęczony i rozespany, a jeszcze nie do końca obudził się wyrwany ze snu. Stąd zachrypnięty głos o niskim tonie i składnie zdania wołająca o pomstę do nieba.
Przyszła, bo chciała poczuć się bezpiecznie. Obiecał jej to w dniu ślubu, a łamanie danego słowa nie było dobrym pomysłem. Na jego szczęście zaspany umysł nie powiódł go w stronę zakazanego tematu, którego w rozmyślaniach starał się uniknąć, a który wracał jak bumerang na każdym kroku. Wziął głęboki oddech.
- Trochę szkodzi. – szepnął cicho i przesunął palcami po jej ramieniu. Chciała poczucia bezpieczeństwa, więc powinna je dostać. Zamknął powieki, myśląc tylko o tym, żeby po prostu nie zasnąć. – Kazałem jej dbać o Twoje bezpieczeństwo podczas mojej nieobecności, więc nadal będzie Twoim cieniem i nie przekonasz mnie, żebym zmienił zdanie. – dodał po chwili, kiedy zaprotestowała jak nastolatka. Rozumiał dyskomfort, który cień w postaci Ester mógł wywołać, ale miał do niej zaufanie i wiedział, że w razie konieczności zadba o to, żeby Corinne była bezpieczna lub została przetransportowana w bezpieczne miejsce. Kwestia zapobiegania i profilaktyki, przezorny zawsze ubezpieczony. – No właśnie, ruda. Badania naukowe wykazały, że odgrywają znaczną rolę w sympatyzowaniu z mugolami. Rudej nie zaufam. – stwierdził, mrukliwym głosem i uśmiechnął się pod nosem. Zabawne lub nie zabawne, ale czytał kiedyś w Walczącym Magu wzmianki na ten temat, co było dość ważną w kwestii powyższego stwierdzenia. Ester była godna zaufania, znał ją od lat i nie zamierzał tego zmieniać. Rudej mógłby się pozbyć, bo zaufać jej nie zamierzał.
Otworzył oczy, kiedy poczuł, że się podnosi. Jednak nie miała ochotę na bycie przytuloną? Uniósł brew, kiedy pocałowała go w policzek. Dość szokujące doświadczenie, bo ich relacja chyba nie uległa tak drastycznej zmianie przez te kilka dni i nie spodziewał się po Corinne, że może w ogóle zrobić coś takiego. Nie zawsze wszystko było przewidywalne.
- Staram się? – nie wiedzieć czemu zabrzmiało to jak pytanie, a wcale nie planował tego powiedzieć w jaki sposób. – Śpij, będę czuwał. – powiedział, podnoszą wolną dłoń i kładąc na moment na jej policzku, przesunął po nim palcami, kciukiem dotykając jej ust, aby upewnić się, że jego umysł nie płata mu figli. Naprawdę tutaj była, to nie majak senny, ani zwid, albo kolejna dziwna imaginacja umysłu. – Chyba, że nie chcesz spać…



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]09.02.23 19:53
Lusterko też jej przecież pękło ― uświadomiła sobie nagle, a wspomnienie nagle ożyło, zalało ją falą niezrozumienia. Wtedy nie doszukiwała się w tym przypadku podwójnego dna, ale późniejsze wydarzenia uświadomiły jej, że być może powinna. Tyle złych omenów jednego dnia? Przecież to nie mógł być zwykły przypadek…
Nie naciskała po inne wyjaśnienie, podzielił się z nią aktualnym stanem swojej wiedzy i chciała mu wierzyć, ufać, że nie zataił przed nią jakichś niewygodnych faktów. Zresztą, brzmiał na tak zaspanego, że chyba nie przyszło mu to do głowy. Zachowywał się też nieco inaczej, jakby… przystępniej. Nie było między nimi tego dystansu, który czuła za dnia; wspomnienie kogoś innego nie kładło się między nimi cieniem.
Corinne ze zdumieniem odkryła, że to prawie tak, jakby tej nocy faktycznie był jej. Jej mężem, jej towarzyszem, jej sprzymierzeńcem. Nie tylko odległą figurą w Ogrodach, okazjonalnie widywaną na posiłkach (a i to nie zawsze).
I ta twoja Ester faktycznie przejawia jakieś talenty bojowe? ― spytała z cieniem rozbawienia w głosie. Mogłaby służącej przypisać wszystko, ale nie talenty do wysokiej magii ofensywnej i defensywnej. ― Wolałabym już trolla ― burknęła. ― Są o wiele bardziej sprawdzone. A jak umiesz się z nimi dogadać, to nawet robią co każesz. ― W jej głosie nagle rozgorzał zapał, jakby trafili na niszę w której miałaby do powiedzenia aż za dużo. Zganiła się jednak w duchu nim zaczęła go zasypywać niepotrzebnymi informacjami ― i tak by ich nie zapamiętał, albo jeszcze by zasnął w trakcie. Nie, lepiej niech pozostanie przytomny. Jeszcze chociaż chwilę.
Nawet, jeśli to rudy farbowany? ― spytała, trochę poważnie, a trochę rozbawiona, chwilowo zapominając o sprawie ponuraka i trzynastu kawałków potłuczonego lusterka. ― A rudy troll? Co ty na to, specjalisto?
Nie wiedziała dlaczego, ale słowa o tym, że się stara podziałały na nią dziwnie, niosąc ze sobą podejrzane uczucie ciepła. Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem, bardziej do siebie niż do niego, po raz pierwszy chyba tak naprawdę wdzięczna. Odsunęła się nieznacznie, gotowa się ułożyć z powrotem, skorzystać z jego objęć, ale tym razem to on zaskoczył ją. Dotyk palców na policzku wywoływał dziwne mrowienie spływające po karku w dół, wzdłuż kręgosłupa. Do tej pory chyba w ogóle jej nie dotykał ― czego nie miała mu wcale za złe ― więc była to swego rodzaju nowość. Pewnie podyktowaną rozkojarzeniem, majakiem sennym. Może zamiast niej, widział po prostu kogoś innego...
Przez chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Gdzieś w głębi czuła, jak narasta w niej ochota na ucieczkę, jak w gardle ciąży zimna gula stresu, ale zdusiła oba te uczucia w zarodku, nie chcąc ich dopuścić do głosu ― wtedy byłaby na przegranej pozycji. A nie chciała być. Chciała… Na Merlina, chciała dać też coś od siebie. Postarać się. Nawet jeśli wizja tego, co miało się za chwilę stać wzbudzała w niej bardzo dużo sprzecznych emocji, które trudno jej było utrzymać w szachu.
Serce biło jej jak oszalałe, miała wrażenie, że słychać je w całym pałacu.
Nie… nie zasnę ― wydusiła w końcu, głos miała stłumiony od emocji. ― I też… chciałabym się postarać. Tylko… ― wdech-wydech, miała wrażenie, że zaraz spłonie ze wstydu ― musisz mnie nauczyć. Pokazać.


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]09.02.23 20:18
Nie zamierzał reagować na jej usilnie próby negocjowania kto będzie ją pilnował lub też nie będzie. Decyzja zapadła, nie podlegając jakimkolwiek rozmowom, bo nie da się przekonać i swojego zdania nie zmieni. Wywrócił oczami, na szczęście powieki miał przymknięte i mogła tego zwyczajnie nie zauważyć. Ester była sprawdzona, miał do niej zaufanie, otrzymała stosowne instrukcje i znała całą procedurę postępowania na wypadek zdarzenia nieprzewidzianego standardowymi protokołami. Kwestie bezpieczeństwa i tok postępowania w trakcie zdarzeń niepożądanych, były z góry ustalone. Ester w pierwszej kolejności zabiera w bezpieczne miejsce Corinne, w następnej jego matkę. Mógł być na rodzicielką niemiłosiernie wściekły, ale to nie zmieniało, że we własnej linii rodu był jedynym mężczyzną i zamierzał to ogarnąć tak, jak należało. Stąd odpowiedzialność Ester, która na pewno podoła swojemu zadaniu.
- Nie chodzi o jej talent bojowy bądź jego brak. – wyjaśnił cicho i ponownie wywrócił oczami, kiedy stwierdziła, że wolałaby trolla. – Corinne. Ester zna wytyczne i procedury w razie wystąpienia zagrożenia pod moją nieobecność. Są bardzo zbliżone do tych, które mogą się wydarzyć równie dobrze w momencie, kiedy będę w pobliżu. Jest, była i będzie zaufanym człowiekiem, lojalnym i odpowiedzialnym. To nie podlega dyskusji, więc… proszę Cię, nie próbuj mnie przekonać. – powiedział całkiem poważnie, nieco rozbudzając się w tej rozmowie. Powinna wiedzieć, że to wszystko było związane z sytuacją w świecie i faktem, że należał był znany przez wzgląd na podejmowane działania. Jak sama zauważyła na samym początku, medali nie dostał za bycie miłym, uprzejmym i szarmanckim. Powinna pogodzić się z faktem, że Ester będzie jej cieniem w każdym momencie, bo on sam właśnie tego od niej wymagał. I nie było to pierwsze lepsze widzimisię. – Ani rudy naturalny, ani rudy farbowany. Żaden. – stwierdził cicho. – Porównujesz służkę do trolla? Nie wiem co kłębi się w Twojej głowie. – roześmiał się lekko i pokiwał głową. Naprawdę zaczynał się budzić, a to nie zwiastowało niczego dobrego. Niewyspany bywał… trudny i upierdliwy. Jak chyba każdy. No, ale przynajmniej będzie miał na to solidne wyjaśnienie.
Nie zaśnie. Rozumiał to. Strach i obawa mogła wywołać takie efekty, przyszła do niego, czego nie miał jej za złe. Powinna mu ufać, więc to dobra wróżba. W świecie pełnym złych znaków chociaż jedna rzecz miała namiastkę pozytywnej energii. Uniósł jedną brew ku górze, kiedy powiedziała, że też chciałaby się postarać, ale musiał ją tego nauczyć. Na początku nie dotarło do niego co mówi… dopiero później zdał sobie sprawę, może to dlatego, że jej serce waliło tak, jakby zaraz miało eksplodować. Zaśmiał się, nieco niekontrolowanie, ale naprawdę go rozbawiała.
- Teraz? – spytał rozbawiony i podniósł głowę, patrząc na nią w ciemności. Wzbudziła jego ciekawość, tym razem wybudzając go chyba na dobre. – Najpierw powiedz mi dlaczego serce zaraz wyskoczy Ci z piersi. Boisz się? Wstydzisz? – ponownie zapytał. W ciemności jego oczy lśniły jedynie czernią. Głos nie był już tak zaspany, nadal niski i zachrypnięty, ale nie zaspany. – To skutecznie odciąga myśli od innych spraw, nie chcę jednak… uczyć Cię, jeśli ma kierować Tobą obawa czy strach. – dodał po chwili, przesuwając palcami z jej policzka na szyję, ramię, dotykając palcami obojczyka. Była niesamowicie szczupła, był pewien, że mógłby policzyć jej każdą kość.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]09.02.23 21:54
Już chciała mu powiedzieć, co sądzi o procedurach i protokołach, ale byłoby to bardzo nieeleganckie, więc tylko przewróciła oczami ― dokładnie tak samo, jak on. Ale nie próbowała go dalej wałkować ani naciskać, rozumiała znaczenie słowa “nie”. Rozumiała również, że jeśli nie da się gdzieś wejść drzwiami, to trzeba spróbować oknem i postanowiła, że znajdzie swoje metaforyczne okno, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu osiągnie. Poznał ją jako cichą, złamaną dziewczynkę, ale to wcale nie znaczyło, że taka będzie cały czas. Pod koniec czerwca dostał kota w worku ― kota z rogami, zalążkiem własnych ambicji i paroma rzeczami na sumieniu, o niewinnej aparycji, którą łatwo byłoby kogoś zwieść; gdyby się tylko potrafiło.
Corinne jeszcze tego nie umiała. Jeszcze nie potrafiła skorzystać z tego, co dała jej natura, nie potrafiła dobrze wykorzystać cech własnego charakteru. Ale były przecież w świecie kobiety, które wiedziały jak to robić. Te u władzy, te znaczące i wpływowe, szanowane przez socjetę. Być może z którąś mogłaby nawiązać bliższy kontakt. Obserwować i wyciągać wnioski. Uczyć się.
Standardowe rzeczy Averych ― parsknęła cicho. ― No nie mów, że nie przeliczasz wartości czyjegoś życia na trolle, co? ― Teraz żartowała, trochę przerysowała sytuację, ale w sumie prawda nie leżała aż tak daleko. Niektóre rzeczy ― niektóre życia ― były przeliczane na wartość, jaką może przynieść dobry troll. Może dlatego czasem niektórzy łowcy nie wracali.
Myślała, że się udusi; trudno jej było normalnie oddychać, serce nadal waliło jak młotem, krew szumiała w uszach. Było jej cholernie głupio, że nie zrozumiał jej od razu, a rozmowa, pytania, które jej zadawał, wydawały się pogarszać sytuację. Przynajmniej w pierwszej chwili.
Boję się ― przyznała w końcu, decydując się na szczerość. ― I… wstydzę. ― Aż musiała wziąć głębszy wdech, spróbować się jakoś uspokoić. Przecież nic się nie dzieje. Nic się nie dzieje. ― Ale to nie tak, że boję się ciebie ― dodała po chwili, pamiętając, co mu powiedziała podczas ich pierwszej dłuższej rozmowy. ― Wtedy… tamtej nocy… niewiele z niej pamiętam, ale… ale nie czułam się źle. Nie zrobiłeś mi nic złego. ― Kolejny wdech i wydech, może nie umrze ze wstydu na tym łóżku, choć miała wrażenie, że skórę ma już tak gorącą, że nie da się jej dotykać, a jednocześnie jakby zbyt wychłodzoną. Wszystko było sprzeczne, nic nie było proste. Czy wszystkie kobiety przez to przechodziły? A może część jakoś z góry wiedziała co robić, co mówić, żeby potem nie umierać na zażenowanie własną osobą?
Toniezestrachu ― powiedziała na jednym wydechu i raz po raz składała w duchu dzięki Merlinowi za otaczający wszystko półmrok, kryjący jej rumieńce. ― To… ja… ― urwała, ale lepsze słowa wcale nie nadchodziły, pozostawiając we mgle niezręczności i niedopowiedzeń. ― Po prostu chciałabym, żeby to małżeństwo wyszło ― szepnęła skruszona i po chwili zawahania dotknęła jego dłoni, przesunęła ją lekko wzdłuż obojczyka, na bark. Ramiączko halki zsunęło się powoli wzbudzając kolejną falę dreszczy.


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]09.02.23 23:10
Z reguły wściekał się, że ktoś wybudzał go ze snu. Teraz chyba jednak nie miał ku temu powodu, a z każdą kolejną chwilą nabierał pewności, że to była dobra decyzja. Wolał porzucić temat trolli i przeliczania wartości czyjegoś życia na trolle, bo to nie współgrało mu z resztą rozmowy, która zmierzała w kierunku… odpowiednim, a raczej adekwatnym dla młodych małżeństw. Która była właściwie godzina? Nie miał pewności, nie miało to większego znaczenia…
Przeanalizował sytuację w głowie. Został nijako przymuszony do małżeństwa, na jego szczęście z kobietą, która wizualnie wpasowywała się w jego gusta. Nie był powierzchowny i płytki, żeby patrzeć jedynie na wygląd, ale nie znał jej jeszcze na tyle dobrze, aby być w stanie wypowiedzieć się wylewniej na temat jej charakteru. Zanotował jedynie fakt, że oczekuje od ich małżeństwa zgodności w podejmowanych decyzjach. Sam fakt, że odczuwał pewien rodzaj dyskomfortu z powodu wydarzeń, które miały miejsce w maju wcale mu nie ułatwiał tych spraw. Wolał być wycofanym, robić swoje i nie utrudniać jej życia, a tego właśnie oczekiwał też od niej. Pomijając kwestie spełniania obowiązku małżeńskiego, bo zapewne całkiem niebawem zaczną się pytania wiadomej treści, na które wypadałoby mieć przygotowaną odpowiedź. Przesłuchania bywały męczące. Do tej pory jednak poza nocą poślubną nie był w stanie przekonać samego siebie do słuszności ów pomysłu i choć minęło ledwie kilka dni, nie zamierzał wymagać od niej nic konkretnego w tej kwestii. Sama teraz podjęła temat. On starał się nie wychodzić w jej oczach na potwora, za którego go miała, wygłaszając, że zwyczajnie się go obawia. Do tego też miała prawo. Niemniej jednak, starał się podchodzić do niej łagodnie, a najlepiej unikać, bo tak przecież było na chwilę obecną łatwiej.
Nie mógł teraz zrobić nic, wszak sama weszła do jego łóżka nocą i proponowała rzeczy, o które by jej nie podejrzewał. Przynajmniej nie na tym etapie małżeństwa.
- Nie masz się czego wstydzić, Corinne. Jesteś piękną kobietą… nie czuj wstydu przede mną. – powiedział cicho. Była niedoświadczona, nie wiedziała, jak poruszać się w tych tematach, ale wszystko było jeszcze przed nią. To nie tak, że stawiał jej jakieś wygórowane wymagania, wysoką poprzeczkę, której nie była w stanie dosięgnąć.
- To… nie polega na robieniu sobie czegoś złego. – mruknął, odwracając głowę bardziej w jej stronę. – Tylko na czerpaniu przyjemności przez obie strony. – szepnął cicho. Zmienił nieco ich pozycję, pozwolił, aby opadła na plecy, a sam położył się na boku. Nadal wodził palcami po jej barku, przynajmniej do momentu, aż poczuł jej dłoń. Sama powinna próbować, decydować się na kolejne kroki i podejmować je lub wycofywać się. Ramiączko jej halki zsunęło się. Delikatna jasna skóra Corinne była widoczna nawet w takiej ciemności.
- Od tego nie zależy jakość naszego małżeństwa… Musimy dać sobie czas, aby stworzyć je silnym i wspaniałym, aby móc sobie ufać w pełni. – mruknął cicho, przesuwając palcami niżej wzdłuż jej ramienia i wracając do obojczyka, szyi, na drugi obojczyk, tylko po to, żeby pozbyć się również drugiego ramiączka. Palcami powiódł w stronę jej mostka, pomiędzy piersiami, zjeżdżając dłonią na jej brzuch. Nachylił się w jej stronę, ustami wodząc po kości obojczyka, w kierunku jej szyi. Powinna wiedzieć, że z tej bliskości może czerpać przyjemność, że nie jest to jedynie przykry obowiązek wobec męża, który należy spełnić.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]10.02.23 18:35
Skoczyła na głęboką wodę, skuszona okazaną jej łagodnością i zrozumieniem. Zdecydowanie nie planowała ani wycieczki do tej komnaty, ani tym bardziej samego kusicielstwa; jeszcze przecież parę godzin temu, szykując się do snu i łudząc się, że faktycznie zaśnie, nie wpadła na to by szukać pocieszenia tutaj, u niego. Gdyby nie sprawa z kometą i Ponurakiem, gdyby nie niepokój, pewnie nigdy by się nie odważyła na nocne eskapady poza swoją komnatę, nie przyszłaby, uznając, że to za szybko. Za wcześnie.
To wcale nie było tak, że chciała go naciskać, że chciała, żeby zapomniał o tamtej tu i teraz, w tym momencie. Każdy potrzebował czasu ― ona na poukładanie sobie w głowie spraw związanych ze śmiercią rodzicielki i wyrwaniem z rodzinnego gniazda; on potrzebował czasu na regenerację po tamtej relacji. Nie rozumiała co prawda tego, co musiał czuć, nie była w stanie zrozumieć, bo nigdy nie była w nikim zakochana. Znała ból po stracie dobrze zapowiadającej się relacji, ale podejrzewała, że to nie to samo.
Teraz, kiedy wychwyciła zmianę jego tonu, budzące się zainteresowanie ― częściowo obleciał ją strach, a częściowo ekscytacja, jakby znów miała piętnaście lat i przemknęła niezauważona do Ironbridge, wbrew zakazom rodziców, wbrew temu, co kładziono jej do głowy, po części wbrew samej sobie. Chciałaby mu odpowiedzieć tym samym, zainteresowaniem i uwagą, ale brakowało jej danych, brakowało informacji i doświadczenia. Mogła mu się tylko poddać i słuchać tego, co miał jej do przekazania.
Z-znam to tylko od b-biologicznej strony ― wymamrotała, speszona do granic możliwości. Prosto mu było mówić: nie wstydź się, kiedy sam był pewny siebie, miał określoną wartość. Ona nie znała jeszcze swojej, nie tak do końca. ― Nie… nie od strony przyjemności ― dodała, z uwagą śledząc jego ruchy. Miał przyjemnie ciepłe dłonie. ― Nikt nie mówi o przyjemności, tylko o ciążach i noworodkach ― mruknęła i wciągnęła z sykiem powietrze, kiedy i drugie ramiączko opadło. Chyba nie do końca się tego spodziewała, rozproszyła się, mimo tego, że próbowała się skupić. ― Marna reklama, moim zdaniem ― dodała zaraz, trochę weselej i zaczepniej, powoli oswajając się z sytuacją. A potem jego dłoń zaczęła przesuwać się coraz niżej i niżej, na mostek, na brzuch; a ona znowu zapomniała o oddychaniu.
Nie? ― spytała, autentycznie zaskoczona. ― Myślałam… że to ważne. I że jak będzie kiepsko, to… ― Nie dała rady dokończyć, ale pewnie wiedział, co ma na myśli. Jak będzie kiepsko, to znajdziesz sobie kogoś na boku. Może powinna przestać gadać i się skupić na tym, co się dzieje? Zwłaszcza, że zaczynało się dziać coraz więcej.
Co… co mam robić ― wydusiła jeszcze, czując przyjemne mrowienie skóry w miejscu, które jeszcze chwilę temu znajdowało się pod jego troskliwą pieszczotą. ― Nie chcę być jak kłoda…


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]10.02.23 19:34
Nie widział sensu w przyspieszaniu pewnych rzeczy ani w naciskach. To komplikowało relacje, która była dopiero na samym początku i niewiele mogli na jej temat powiedzieć. Powinni być zgodnym małżeństwem, podążać jedną drogą – jednomyślnie. Dla dobra obu rodów, z których pochodzili. Zawarta umowa była wiążąca i nieodwracalna i tylko od nich będzie zależało w jaki sposób to rozegrają. Brak inicjatywy podejmowanej przez Mathieu był następstwem ostatnich wydarzeń, Corinne miała świadomość tego, co miało miejsce i wiedziała, że niełatwym będzie przejść nad pewnymi kwestiami do porządku dziennego. Nie chciał oczywiście, aby czuła, że w tym małżeństwie jest ktoś jeszcze, do kogo wracał myślami bezwiednie, nie mając na to kompletnie żadnego wpływu. Robił co mógł, aby zapewnić świeżo upieczonej żonie komfort, naprawdę się starał, ale do bycia zgodnym i dobrym małżeństwem była jeszcze daleka droga. Na razie musieli posiłkować się grą pozorów. Żadnej ze stron nie było w tym łatwo.
Wziął głębszy oddech, kiedy powiedziała o biologicznej stronie medalu, jąkając się przy tym. Strach wychodził z niej nawet w trakcie wypowiedzi. Nie będzie potrafiła czerpać z tego przyjemności w momencie, kiedy będzie ją paraliżował. On wiedział co robi, miał pewne większe lub mniejsze doświadczenia, ona była kompletnie zielona, nie miała pojęcia co robić i to na pewno nie ułatwiało jej sprawy. Była zdana kompletnie na niego. Uniósł lekko brew ku górze, kiedy napomknęła o ciążach i noworodkach. Nie podejmowali tego tematu, nie sądził, że w najbliższym czasie w ogóle do niego podejdą, ale ton jej wypowiedzi nie brzmiał zbyt entuzjastycznie. Zatrzymał dłoń na jej brzuchu, pewnego dnia będzie nosiła w sobie jego potomka. Prędzej czy później. Naturalna kolej rzeczy, tak właśnie funkcjonował świat.
- Mówią tak tylko ci, którzy traktują to jako powinność. – stwierdził spokojnym tonem. – Nie widzę sensu, aby ograniczać się jedynie do poczucia obowiązku. – dodał po chwili. Marna reklama czy nie, na pewno ten dzień kiedyś nadejdzie. Na razie musieli coś zbudować, aby miało to jakikolwiek sens. Jak jednak miał to robić, kiedy sytuacja była dość skomplikowana sama w sobie, a on nie potrafił się tak po prostu ponownie obnażyć, pokazać swojego prawdziwego ja, a tym bardziej zaufać.
- To wszystko powinno się dopełniać. – mruknął cicho, skupiając się na tym, aby powoli podciągać jej halkę ku górze. Musiał się poważnie skupić na tym, aby nie zabrzmiało to dziwnie lub niestosownie, a ciężko było się skupić w takich warunkach. Wydusiła z siebie kolejne słowa, nie brzmiała na przekonaną, bardziej na kompletnie zagubioną. Postanowił przemilczeć jej słowa, przynajmniej w momencie, kiedy próbował po prostu zdjąć z niej ten lekki kawałek tkaniny, który ostatecznie odpuścił, poddając się jego działaniom. Teraz przynajmniej mieli wyrównane szanse, a raczej… oboje byli pozbawieni ubrania. Przełknął ślinę, nie wierząc sam w słowa, które za moment zamierzał wypowiedzieć.
- Dzisiaj nie rób nic. Chcę, żebyś przestała czuć przede mną wstyd, żebyś przekonała samą siebie, że tutaj i teraz, jesteśmy tylko we dwoje… zupełnie sami. – mruknął cicho. Na Merlina, Rosier… Czy Ty się dobrze czujesz?. Ułożył dłoń na jej biodrze i przyciągnął ją mocno do siebie, tak, że wylądowała na nim. Była lekka jak piórko, prawie wcale nie czuł jej ciężaru. – Albo rób to, co podpowiada Ci intuicja. – wyszeptał jej do ucha, wodząc dłonią po jej plecach, palcami, wzdłuż kręgosłupa. Niech tej nocy to będzie jej wybór.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]10.02.23 22:30
Było jej strasznie dziwnie; serce wciąż biło szybko, czasem jakby gubiąc rytm, policzki płonęły, skóra mrowiła, skrępowanie i wstyd zalewały ją falą tylko po to by za chwilę ustąpić ciekawości i ekscytacji. Starała się opanować wszystkie kłębiące się w niej emocje, nie wyskoczyć z jakimś kolejnym genialnym tekstem i wyglądało na to, że tym razem jej się uda trzymać język za zębami. Przesuwająca się po ciele śliska tkanina halki zwiastowała nadejście nieuniknionego, czegoś, co jeszcze kwadrans temu wydawałoby jej się nie do pomyślenia.
Miała ochotę się objąć ramionami, zasłonić albo chociaż naciągnąć na siebie pierzynę ― i to tak po sam nos ― ale zdołała zdusić ten plan w zarodku. Przez chwilę po prostu leżała, usiłując uspokoić oddech, jakoś go wyrównać; słuchała jego głosu. Skoro miała przestać czuć wstyd, to tym bardziej nie powinna myśleć o tym, żeby się chować.
Zaskoczył ją nagłym ruchem; pisnęła niekontrolowanie, ale nie ze strachu, w zasadzie sama nie do końca wiedziała dlaczego. To był chyba odruch bezwarunkowy, poza jej kontrolą. Przylgnęła do niego ciasno, strzeliła spojrzeniem gdzieś w bok, usiłując odnaleźć się w nowej pozycji. Kątem oka dostrzegła, że przez zasłony zaczynają przesączać się pierwsze promienie słońca, zwiastując nadejście świtu.
Nie odzywała się, pierwsze minuty poświęcając faktycznie na oswojenie się z tematem. Z bliskością jego ciała, z dłonią błądzącą wzdłuż kręgosłupa w górę i w dół, jakby wytyczał jakiś szlak; powoli, nieśpiesznie, prawie leniwie. Jej oddech zwolnił, serce też jakby wróciło do normalnego rytmu, ale myśli wciąż pozostawały splątane i niejasne, sprzeczne i mydlące oczy. Próbowała rozgryźć temat biorąc go na logikę, ale to chyba tak nie działało. Może powinna go posłuchać? Dopuścić do głosu intuicję, dotąd trzymaną gdzieś na uboczu, zignorowaną i zepchniętą? Spróbowała nie myśleć choć przez chwilę, uciszyć ten jazgot w czaszce, ale to było trudne, nie przychodziło na zawołanie.
Potem próbowała to pogodzić. Trochę racjonalizmu, trochę instynktu. Skoro miała popracować nad poczuciem wstydu, to być może prościej będzie, jeśli będzie jej dotykał. Więcej niż teraz, nie tylko po plecach.
Nieśmiało przesunęła rękę po jego piersi, złapała go za wolną dłoń i ułożyła ją na swoim udzie. Dotyk ― zgodnie z oczekiwaniami ― wywołał dziwne wrażenie mrowienia, nagły impuls gdzieś pod mostkiem i bardzo dużo ciepła kolorującego policzki. Corinne poczuła się w obowiązku sprawdzić, czy taka reakcja pojawia się zawsze, czy tylko czasem, czy jest trwała, czy zanika w miarę upływu czasu, jak ciało przyzwyczaja się do dotyku innego niż jej własny.
Kolejny ruch przeniósł jego dłoń na jej biodro, potem w górę, przez talię aż na żebra. Tym razem wrażenia były inne, podobne w odbiorze, ale inne. Nadal nie spotkała się z naganą z jego strony, niewiele mówił, ale faktycznie był otwarty na jej powolne eksperymenty i badanie nieznanej jej dotąd aktywności. To ją ośmielało, pomagało podjąć dalsze kroki, na które nie zdobyłaby się sama z siebie.
Nieśpiesznie podniosła się do siadu, przerzuciła warkocz przez ramię i przez chwilę mocowała się ze wstążką przy końcówce. Ta ustąpiła bez większych oporów, a jasne, prawie białe włosy rozlały się miękką falą, przesłoniły pierś. Corinne odwróciła twarz, znów spoglądając w stronę zasłoniętych okien i czającego się za nimi bladego świtu. Skośny promień światła prześlizgnął się pomiędzy ciemnym materiałem zasłon, oświetlił wąskim pasmem część jej włosów i twarzy, poraził lekko w oczy. Przymknęła je na moment, pod powiekami czuła tylko zmęczenie i piasek, ale gdzieś w głębi własnej głowy czuła coś na kształt kiełkującego spokoju. Myśli rozsypały się bezładnie i nawet nie próbowała ich zbierać, pozwoliła sobie być. “Tu i teraz” wydawało się nagle takie proste do ogarnięcia, jakby ciało samo znało instrukcję, odnalazło ją gdzieś w genach.
Odwróciła twarz w jego stronę, podniosła powieki. W smudze mdłego światła jej oczy wydawały się niepokojąco błękitne i jasne, przywodząc na myśl lód. Uśmiech za to ― goszczący na wargach od niedawna ― mógł się wydawać co najmniej podejrzany.
W milczeniu sięgnęła po jego dłoń ― tę samą, co wcześniej ― i przesunęłą ją z biodra na brzuch, potem kawałek wyżej i jeszcze trochę, pod biust. Przyjemne mrowienie powróciło, Corinne pochyliła się, a jego ręka samoistnie przesunęła się jeszcze w górę, na pierś. Posunęła się nawet dalej ― po raz kolejny musnęła wargami jego policzek, potem linię żuchwy, w końcu odważyła się go pocałować. Krótko i lekko, jakby zapraszająco, jakby dla zaczepki. Kiedy się cofnęła, jasno mógł stwierdzić, że tym razem nie testowała siebie i własnych reakcji, że zmieniła obiekt badawczy. I że teraz tym obiektem stał się on sam.


Sad to see you go
Was sorta hopin' that you'd stay


Corinne Avery
Corinne Avery
Zawód : arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
rumor, humor, huk, harmider
dzikie harce, rozhowory
huczą bory, dzikie stwory
leśne strachy idą w tan
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Komnaty Mathieu - Page 4 UDbNATz
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11472-corinne-rosier https://www.morsmordre.net/t11474-piolun#355148 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t11477-skrytka-bankowa-nr-2505 https://www.morsmordre.net/t11478-corinne-rosier#355348
Re: Komnaty Mathieu [odnośnik]12.02.23 22:03
Miała pełne prawo czuć się dziwnie i nieswojo. A on nie miał prawa oczekiwać od niej czegoś innego. Sam fakt, że wyszła z inicjatywą i postanowiła „postarać się” w tych sprawach działała na duży, ogromny plus. Nie stawiał jej wygórowanych wymagań, co był oczywistym posunięciem z jego strony. Małżeństwo miało być zgodne i z uwagi na okoliczności oboje powinni czuć się w nim komfortowo. Wizja związku małżeńskiego czysto politycznego, w którym bycie ze sobą traktowane jest jak kara, a pokazówka przedstawiania światu potęgowała jedynie uczucie niechęci… Naoglądał się już tego dostatecznie dużo, aby czuć niesmak na samą myśl. Nie spodziewał się, że ten związek od samego początku będzie perfekcyjny i idealny, nie spodziewał się też, że Corinne pokocha go od pierwszego wejrzenia, wszak żyli w świecie pełnym brutalności i kłamstw, trudno więc doszukiwać się w nim bajowych ideałów. Nie było tu książąt i księżniczek, a ze snu nie budził pocałunek.
Kosztowało go to bardzo wiele. Dał jej wolną rękę, czego nie miał w zwyczaju robić. Z pełną świadomością, że mogą to być tortury nie do opisania, gorsze od tych, które sam fundował swoim ofiarom. Był tylko mężczyzną, miał typowe i naturalne odruchy, a towarzystwo i bliskość nagiej kobiety były raczej… trudne do pozbycia się ich tak po prostu. Musiał jednak zachować spokój i pozwolić jej oswoić się z tym wszystkim, chciała, aby ich małżeństwo dopełniała przyjemność cielesna, najpierw musiała pozbyć się skrępowania, odruchów zasłaniania się rękami i wstydu, który przed nim odczuwała.
Prowadziła badania. Bardzo dobrze. Najpierw sama, później pozwoliła mu na dotyk, a raczej sama prowadziła go coraz dalej. Przełknął ślinę, kiedy podniosła się do siadu. Robiło się coraz jaśniej pierwsze promienie słońca wdzierały się do komnaty. Przez myśl przebiegło krótkie stwierdzenie, że praca może dzisiaj poczekać. Smocze Ogrody nie uciekną w siną dal, a widok, który miał okazję oglądać na pewno był niepowtarzalny. Tak samo jak fakt, że nadal prowadziła jego dłoń po swoim delikatnym ciele. Nachyliła się, mimowolnie przesunął dłoń i przymknął powieki. Poczuł pocałunek na ustach, krótki, lekki i zaczepny. Czy to jasny sygnał, że właśnie tego chciała?
Chwycił ją za biodra, podnosząc się do siadu. Ta bliskość była dla niego… czymś zupełnie nowym. Nigdy nie odbywało się to w taki sposób, ani tym bardziej nie było okraszone niewinnością i delikatnością, a już na pewno nie pocałunkami. Musnął jej usta, później w jeszcze intensywniejszy sposób, zsunął dłonie z jej bioder niżej, zaciskając lekko palce. Czuł narastające napięcie, którego nie potrafił i nawet nie chciał się pozbyć. Złapał jej dłoń i wsunął pomiędzy ich ciała. Powinni oddać się tej przyjemności w pełni, po cóż mieli się hamować, jeśli oboje tego chcieli. Nie spodziewał się, że wyrwanie ze snu przyniesie taki efekt końcowy, że pozwoli jej na prowadzenie tego eksperymentu, zabawę i współodczuwanie przyjemności. To jak taniec dwóch ciał, miliony emocji, które jedna po drugiej mieszały się ze sobą. Aż do samego końca, kiedy opadł plecami na miękką pościel, a ona opadła prosto w jego ramiona. Musnął ustami czubek jej głowy, wodząc dłonią po jej rozgrzanych plecach.
- Możesz mnie tak budzić codziennie… – szepnął cicho, przy okazji uśmiechając się w zupełnie naturalny i bardzo przyjemny sposób. Coś, co też nie było dla niego zupełnie naturalnym odruchem. Zerknął za zegar, od godziny powinien być w Smoczych Ogrodach. Chyba zostanie rozgrzeszony, sprawa była nagląca i priorytetowa. – Albo możemy tak zasypiać… – dodał równie cicho, przymykając powieki. Czuł jak serce powoli zaczynało wracać do normalnego rytmu. – Zostanę do śniadania. – mruknął, bawiąc się kosmykiem jej włosów.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Komnaty Mathieu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach