Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet
AutorWiadomość
Gabinet [odnośnik]23.02.20 23:05
First topic message reminder :

Gabinet

Wnętrze gabinetu jest jasne i zdecydowanie przywodzi na myśl szpital, choć taki odrobinę bardziej przytulny. Na jednej ze ścian znajduje się szeroki, metalowy zlew, a kilka półek zastawionych jest najczęściej używanymi eliksirami i paroma interesującymi mugolskimi przyrządami medycznymi. Gdzie nie gdzie powieszonych jest parę większych rycin anatomicznych. Jako szafki służą tu stare i odrestaurowane meble, a dwie kozetki oddzielone od siebie ciemnozielonym parawanem zdecydowanie wiodą tu swoje drugie, jak nie trzecie życie. Całość jest jednak zadbana, a choć skromna to właściciele dokładają starań, aby wnętrze pomimo dominującej w nim bieli pozostało tak przyjazne, jak tylko mogłoby być.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:39, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet [odnośnik]25.04.21 21:11
Na dźwięk swojego pełnego imienia twarz Beckettówny stała się pochmurna; spojrzała spode łba na Isabellę i pokiwała jej palcem przed nosem, ledwie powstrzymując opuszkę przed zaoferowaniem jej porządniejszego prztyczka w ramach nagany.
- Tylko nie Beatrix - przypomniała jej niby gniewnie, choć ten pokaz agresji wcale nie trwał zbyt długo i już niebawem powróciła do poprzedniego wyrazu, zachwyconego, stęsknionego i zwyczajnie zadowolonego ich ponownym spotkaniem. Dorosłość niosła za sobą tak wiele obowiązków. Każda z nich miała już swoją pracę, schematyczne zajęcia wymagające uwagi, które z kolei odbierały czas na swawole i czysto towarzyskie spotkania. Bo otaczała je wojna. Paskudna, wstrętna wojna wzniecona z czyjejś płomiennej nienawiści, bo wstał z łóżka lewą nogą i stwierdził, że mugole stanowili mniej cenny narybek ludzkości. Ale szkoda było o tym myśleć właśnie teraz, gdy znów czuła przy sobie ciepło pięknej uzdrowicielki, a jej uśmiech rozświetlał wszelki mrok wiszący nad Brytanią, przynajmniej na chwilę. Uwadze nie uszedł również przystosowany do własnej kreatywności fartuszek medyczny, który prezentowała na sobie Presley. Błękit i kilka dodatkowych ozdóbek Trixie przyuważyła bezbłędnie i przyjrzała się dziewczynie z nieco złośliwym uśmiechem, odstępując krok do tyłu, by precyzyjnie ocenić ten eksponat. - Nie wiedziałam, że w tym sezonie w Leśnej Lecznicy zobaczę nową modę uzdrowicielską. Sama to zrobiłaś? - spytała z ciekawością i kiwnęła głową z uznaniem. Isabella mogła odetchnąć. Zyskała sobie aprobatę naczelnego krytyka Doliny Godryka, tej nocy będzie spać spokojnie.
Uśmiech poszerzył się automatycznie na dźwięk zapewnienia, że stare przyjaźnie wciąż miały się dobrze i nie zostały zapomniane przez żadną z nich. Wzajemność nie tyle przysług, co opieki i trosk zobowiązywała mimo upływu miesięcy; wystarczyłoby jedno słowo, by Beckett rzuciła wszystko i na urwanie głowy popędziła do Belli, byle tylko w środku nocy porozmawiać o sukni ślubnej, jaką czarownica miała nosić na sobie tego wielkiego dnia. Sama Trix natomiast nie miała obaw przed lekceważeniem własnego zdrowia. Ale ostatnimi czasy urosło ono do rangi tak uciążliwej, że patrzenie na nie z przymrużeniem oka nie przynosiło już skutków. Nie mogła ciągle spać.
- Wiesz, mam wrażenie, że zapadam w jakiś diabelny sen zimowy - wyjaśniła Belli w drodze do gabinetu, słowa wyrzucając z siebie z przekąsem i urazą. Po co tak marnotrawić czas? Drzemka upływała za drzemką, a ona i tak nie mogła się dobudzić nad maszyną krawiecką, zaprzepaszczając terminy. Jeśli pójdzie tak dalej, jej naczelnym zadaniem stanie się pisanie przeprosin za kolejne dni opóźnień. Pytanie Presley sprawiło, że parsknęła cicho pod nosem i dziarsko wzruszyła ramionami, bo przecież do miłości było jej daleko. - Tylko to, co pisali w książkach, ale czy można wierzyć czemuś takiemu jak Romeo i Julia? Ostatnio nie mam czasu na harlekiny. Patrzę tylko na ciebie i Steffka, na Alexa i Idę - zaśmiała się nieco swobodniej, gdy udało jej się uspokoić oddech. Wciąż łapała go mało, może przez to, że w rozkojarzeniu upadła na rowerze i zbiła sobie kolano? Od środka wydawała się rozpalona, jakby trawiła ją gorączka, ale do tej pory Trix nie zadała sobie trudu, by faktycznie ją zmierzyć. Usiadła więc na krześle przed uzdrowicielskim biurkiem i splotła ramiona na piersi, zasępiając się na moment jak dziecko, które musiało przełknąć wyjątkowo ohydny syrop. - Nie wiem, Bells, jakoś od połowy października ciągnie mnie do spania jakbym była susłem. Kręci mi się w głowie kiedy za szybko wstanę, łzy ciekną z oczu, kicham... Brzmi jak jakaś alergia? - spojrzała na Isabellę z nadzieją, że kobieta nie zawyrokuje niczego paskudniejszego. - Tylko nie mów, że starość - przestrzegła ją jeszcze z podobną pochmurnością - teatralną! - co wcześniej, przy użyciu swojego pełnego imienia, które darzyła szczerą i odwzajemnioną nienawiścią.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Gabinet [odnośnik]25.04.21 23:10
Oblicze byłej damy wyraźnie przygasło, kiedy droga jej entuzjazmu została tak brutalnie przecięta. Tak, bardzo brutalnie. Uniesione w zaskoczeniu dłonie odkleiły się od towarzyszki, a zielone tęczówki prześlizgały się po tej drugiej twarzy z wyraźnym, o wiele głębszym niepokojem. – Przecież masz takie piękne imię. – Westchnęła ze smutkiem. Trudno stwierdzić, na ile był on teatralną zagrywką. Być może poczuła, jakby ktoś przebił ją jakąś wielką dmuchawę. Doceniała dłuższe, wytworne formy. Alex zawsze był Alexandrem. Jej własne imię, cóż, uwielbiała być po prostu Isabellą, ale mogła również nazywać się Bellą. Nie wadziło jej to. Czyżby jednak panna Trixie aż tak cierpiała? Presley powinna to całkowicie uszanować i przestrzec przed umilaniem sobie samej jej milutkiej postaci przy pomocy niechcianego przydomka. To nic! To zdecydowanie do przełknięcia. Z pewnością też wiedziała o tym już wcześniej, ale teraz w przypływie całej gromady iskierek po prostu… po prostu powitała Beatrix.  
– Tak, całkiem sama. Choć brak mi twego kunsztu  i prowadziła mnie magia. Widziałam, jak robią to inne dziewczęta. Te fartuchy są zbyt smutne i jednolite –
przyznała, szukając w jej oczach akceptacji. Ceniła może tylko strój Archibalda. Tak, jego lordowskie oblicze nie mogło przecież paradować między salami w byle płachcie. On potrzebował czegoś wyjątkowego. I ona także. – Co… myślisz? – zapytała trochę nieśmiało, trochę przedłużając te powitalne progi. Nie mogła jednak doczekać się jej opinii. W końcu była ekspertem!
- Co to są… harlequiny? – zapytała szczerze zdziwiona i zamrugała, mierząc się z całkiem obcym nazewnictwem. Kompletnie nie wiedziała, o czym mówi Trixie. – Romeo i Julia? – wymsknęło jej się jeszcze, zaskoczenie i niepewność wyraźnie się przeciągały. Rumieniec wślizgnął się na mocno upudrowane policzki Isabelli, gdy tylko wspomniała o spoglądaniu na nią i Steffena. Mogła jednak zgodzić się, że Ida i Alexander bywali wprost uroczy. – Panna Lupin chyba tylko zyskuje przy moim kuzynie dodatkowych wdzięków. To zakochanie! – potwierdziła z entuzjazmem.
Przyjaźni i chichoty to jedno, ale gdy w grę chodziło czyjeś wątpliwe samopoczucie, należało przenieść tam uwagę i dokładnie sprawę zbadać. Choć Isabella nie miała wielkiego doświadczenia i dopiero się o wielu rzeczach uczyła na stażu, to jednak z dnia na dzień jej wiedza się pogłębiała, a rozpalone serce spełniało swe marzenie, mogąc leczyć innych czarodziejów. Panna Bechett mogła więc liczyć na wzorową opiekę, niczego nie należało bagatelizować. Czujne spojrzenie Isabelli strzegło jej już od progu tego gabinetu. W każdym organizmie czekała zagadka. Słuchała opowieści słodkiej Beatrix, poszukując między jej wątkami tropów. Najwięcej z nich kryło się jednak w ciele. To ono, już nawet na pierwszy rzut oka, zdradzało wiele. Szersze uzupełnienie pacjentki stanowiło tylko dodatek. Uzdrowiciel musiał odkryć przyczynę tego złego samopoczucia. Bella lekko poruszyła noskiem i pochyliła się nawet przez blat w stronę czarownicy. – Brzmi, jakbyś naprawdę przespała kilka dni. Starość jest o wiele głośniejsza, moja babka powiadała, że gdy tylko zrobiła krok, chrupały jej kości, a to był stelaż w bardzo starej sukni. Wciąż tkwiła w epoce ze swej młodości. Ale to ci nie dolega! Przecież jesteś młodziutka. Młodziutka i wyraźnie osłabiona – przyznała, wynajdując już kilka dość charakterystycznych objawów. – Biegłaś, Trixie? Oddychaj głęboko – wstała, podchodząc do niej. Przystanęła blisko, lekko oparła się bokiem o stolik. Nierówny oddech, katar, wilgotne oczy i taki senny organizm. – Nie ruszaj się przez chwilę, myślę, że wiem, co ci dolega – wypowiedziała skupiona i lekko zmrużyła oczy. Wyciągnęła różdżkę i skierowała ją w stronę jej klatki piersiowej. Aż czubeczek lekko nacisnął na skryte pod ubraniem ciało. To serce z pewnością bije szybko. Choć diagnoza wydawała się oczywista i Isabella miała już całkiem mocną teorię, nie zaszkodzi jeszcze się upewnić, czy w drobnym ciele nie kryło się więcej niepewności. - Diagno coro.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]25.04.21 23:10
The member 'Isabella Presley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet [odnośnik]12.05.21 21:50
- Od matki - prychnęła cicho Trixie; tak przynajmniej powiadała jej swego czasu pani Cattermole i już wtedy mała dziewczynka prosiła, by tytułować ją inaczej, choć nie rozumiała jeszcze jak wielką zadrą w jej sercu okaże się nieobecność rodzicielki. Nie potrzebowała znać całej prawdy o Mary Jo Beckett, by rozumieć, że kiedyś, w jakichś okolicznościach, została porzucona. Że kobieta znikła z obrazka i rozmyła się w niebycie, z wyboru czy jego braku decydując się nigdy nawet nie napisać do niej ni jednego listu. Usprawiedliwiałoby ją jedynie bycie martwą, chociaż Beckettówna nie była pewna, czy nawet w takim wypadku wybaczyłaby matce ciszę, obojętność i niezainteresowanie jej losem. Nie brała udziału w jej wychowaniu, a zatem nie miała prawa nadawać jej imienia. Nieistotne, że mogło być ono jedyną pamiątką po kobiecie owianej tajemnicą i niedopowiedzeniem. Isabella mogła jednak o tym wszystkim nie wiedzieć, mogła nie pamiętać, nawet sama Trixie nie była pewna czy kiedyś z tego jej się zwierzała...
- To prawda, w Mungu zawsze bolała mnie od nich głowa - przyznała. Teraz w londyńskim szpitalu kontrolowanym przez Blacków pewnie wiało jeszcze większą grozą niż za czasu jej pamięci. - A ostatnim, czego potrzebuje pacjent, to widok takiej snującej się po korytarzach kostuchy z eliksirami. Dobrze zrobiłaś, no i wyglądasz uroczo - pochwaliła przyjaciółkę ze szczerym, promiennym uśmiechem, dumna przy tym bardzo, że okazała się być jej inspiracją. Isabella nie musiała posiadać krawieckiego talentu, by posłużyć się sprytem i na własną rękę przerobić fartuszek. Szkoda, że wiele innych kobiet kręciło nosem i uważało, że już sam brak manualnych zdolności zwalniał je z prób.
Czarownica zamrugała, trochę zbita z tropu pytaniami o harlekiny i Romea i Julię, niepewna, czy panna Presley robi sobie z niej żarty, czy rzeczywiście nie posiada tak podstawowych informacji o życiu, więc łatwiej było jej ten fakt po prostu przemilczeć. Od czasu urażenia Marcela samym oddychaniem stała się odrobinę uważniejsza na słowa i żarty, czasem zbyt cięte, by zostać prawidłowo odebranymi, i o ile wierzyła, że Isabella nie zezłościłaby się na nią, to nie chciała jej choćby nieumyślnie sprawić przykrości.
Zamiast zagłębiać się zatem w miłosnych tematach, Trixie parsknęła głośno i raczej nieelegancko na wspomnienie chrupoczącego stelażu od sukienki, który w mniemaniu sędziwej staruszki miał być kośćmi. Sympatyczna opowieść sprawiła, że rozluźniła się nieco pod czujnym okiem uzdrowicielki pełniącej swoje obowiązki i zamiast bezsensownie wiercić się na krześle, udało jej się uspokoić i odetchnąć głębiej. Isabelli sama melodia jej organizmu z pewnością mówiła wiele. Beckettówna wydawała się cicho charczeć i świszczeć oddechem, ciągnęła nosem, a jego zwieńczenie było zaczerwienione nie tyle od mroźnej pogody, co i kataru, który w ciągu kilku ostatnich dni mocno przybrał na sile. Wcześniej był praktycznie niewyczuwalny.
- Oczywiście, że jestem! Nie rozumiem czemu dzieciaki w Dolinie próbują mówić mi per pani - pokręciła głową z rozbawieniem, choć wierzyła szczerze w to, że duchem bliżej było jej do nastolatki niż kobiety, która przekroczyła dwudziesty rok życia. To napawało ją przerażeniem. To, że za zaledwie kilka lat na jej koncie pojawi się trójka poprzedzająca inne cyfry. - Jechałam rowerem, nie biegłam - wyjaśniła. Podwyższona temperatura ciała sprawiała, że nie odczuwała nawet gorąca, a co chwila przechodziły ją zimne dreszcze i mocniej zaciskała ramiona na klatce piersiowej, naciągając sweter, którego bardziej naciągnąć się nie dało. Z trudem udało jej się nie drżeć, kiedy kraniec różdżki Isabelli przylgnął do miejsca, w którym znajdowało się jej serce, a z jej ust padło nieznane Trix zaklęcie; gdyby to była jakakolwiek inna osoba, panna Beckett odczuwałaby niepewność, nieufność, ale wiedziała, że w rękach Presley była bezpieczna. - I co? To nic poważnego? - zapytała po chwili, niecierpliwa w swoim oczekiwaniu, tylko dlatego, że w samej diagnozie była właściwie bezsilna. - Będę mogła niedługo wrócić do pracy? Och, powiedz, że tak...


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Gabinet [odnośnik]21.05.21 16:44
Nim zdołała nauczyć się mówić, potrafiła zadbać o prezencję. Nie musiała jeszcze wtedy pojmować, co działo się między dostojnymi sylwetkami wielkich ludzi, ale miała czarować uśmiechem i roztaczać wokół siebie urok małej lady, która pewnego dnia stanie się prawdziwym klejnotem, o który zabiegać będą lordowie z każdego angielskiego hrabstwa. Wszystkie szlachcianki winny więc pilnować wyglądu i manipulować nim odpowiednio. Nie zawsze obok była służka mogąca natychmiast poprawić wiązanie kokardy lub odświeżyć uczesanie. Trixie miała rację. Brak zdolności manualnych nie usprawiedliwiał. Isabella wierzyła, że każda kobieta, kiedy tylko się postarała, potrafiła przemienić się w urodziwe stworzenie. Do tego wcale nie były potrzebne kreacje od Parkinsonów, choć… choć z nimi z pewnością było o wiele łatwiej.
– Tak jest cieplej i milej. Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, ale ta lecznica wydaje mi się znacznie bardziej przyjazna od Munga. Wolę nie myśleć, co teraz się tam dzieje – wyznała gdzieś na marginesie, trochę ze smutkiem, trochę ze zgrozą. Wiedziała odrobinę od kuzynów. Pamiętała pogardliwy głos Archibalda, gdy tylko wspominał o lordzie Shafiqu, nowym ordynatorze. Szpital londyński, o którym tak wiele razy marzyła, stał się elitarny, zły, nie leczył już wszystkich czarodziejów. Niemniej żadna z nich nie powinna teraz się tym martwić. Isabella odnajdywała się w nowej roli w skromnej lecznicy Farleya, a i podejrzewała, że pannie Beckett nie było aż tak śpieszno do wspomnianej placówki.  Westchnęła jednak cichutko. Białe fartuchy nijak nie wspomagały powrotu do zdrowia, a już na pewno nie pomagały we wzbudzaniu zaufania u przestraszonych pacjentów. – Dziękuję – odpowiedziała z uśmiechem na komplement. Wyjątkowo doceniała pochwałę z ust takiego znawcy.
Isabella dzieliła uwagę między obserwację stanu zdrowia pacjentki a rozmową. Czasem może zbaczały z tematu, ale tak też mogła przyjrzeć się jej z boku i przy okazji ich spotkanie nie było tak formalnym, zwyczajnym kontaktem medyka i chorego. Zamierzała wpleść w nie serdeczność i odrobinę pogody. Wielcy powiadali, że radość w sercu stawała się wielkim lekarstwem. Może nie umiała zaszywać ran, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że dobry nastrój przyspieszał powrót do zdrowia. Stąd kilka opowiastek i zaskoczonych spojrzeń. – Dla nich jesteś wielką panią, dojrzałą – wymówiła z teatralną powagą. Maluchy ze swoich niższych pięter musiały mocno wyciągnąć szyję, aby sięgnąć do czubka nosa panienki Beckett. Nic więc dziwnego, że nie była już w ich oczach dziewczynką. Była kobietą i wkrótce przyjdzie czas, by sama założyła rodzinę. Ten los miał dopaść je obydwie. Dorosłość. Isabella dotknęła lekko jej ramienia, trochę w trosce, trochę tak, jakby miało to służyć medycznym oględzinom. Ciało było poruszone, ciało wysyłało młodej uzdrowicielce wiele sygnałów. Rower. Tym bardziej niepokojące. Obserwowała, jak krótko po zaklęciu dziewczyna zaciska ręce wokół ramion. Zmienna temperatura, dreszcze, katar i zaczerwieniony nos. Wszystko jasne. Zaklęcie nie wykazało niczego dodatkowego. Mruknęła przez chwilę zamyślona. Potem jeszcze na chwilę przyłożyła różdżkę do jej klatkie piersiowej, by skontrolować ten oddech, który wyraźnie wymykał się z normy.
– Gwiazdy ułożyły się dla ciebie niewłaściwie, panno Trixie. To nic niepokojącego. Magiczny katar. Uciążliwy, ale każdy czarodziej przez to przechodzi –
odpowiedziała spokojnym, pewnym głosem. Poczuła ulgę. Objawy bez wątpienia wskazywały na dość przyziemną dolegliwość. – Przejdzie samoistnie za kilka dni, ale powinnaś w tym czasie odpoczywać. Przepiszę ci eliksir wzmacniający i Auxilik, złagodzą objawy. Oszczędzaj oczy i nie wychodź na deszcz, dobrze? – upewniła się, spoglądając czujnie w oczy pacjentki. Chyba nie musiała obawiać się, że Trixie zlekceważy zaleczenia. Byłoby nieprzyjemnie, gdyby za kilka dni wróciła do lecznicy w znacznie gorszej formie. – Warzyłam niedawno te eliksiry, na pewno znajdą się w naszych zapasach – kontynuowała, a potem lekko pogłaskała ją po boku głowy, by ostatecznie umieścić dłoń przy czole. Gorączka. – Obniżę ci trochę temperaturę, poczujesz się lepiej. Pugno febris! – wymówiła skupiona.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]21.05.21 16:44
The member 'Isabella Presley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet [odnośnik]22.05.21 23:45
W tym, co mówiła Isabella, było dużo prawdy. Szpitalne korytarze Munga straszyły odpadającą od tynków farbą, na salach panował chłód, jakby okno było wiecznie otwarte, a twarze pielęgniarek przypominały raczej drzeworyty przedstawiające szyszymory niż faktyczne kobiety o duszy i jakiejś empatii, szczątkowej chociażby. Nigdy nie przepadała za tym miejscem. Trixie pamiętała, że odwiedziła je dwa, może trzy razy, kiedy w Dolinie nie było jeszcze sprawnie działającej lecznicy, a młodzieńczy organizm poddawał się przeróżnym, drobnym chorobom, dziś jednak nie musiała tam wracać. Nie dlatego, że w Londynie królował absurd i niechęć do bliźniego, ale dlatego, że teraz mieli w okolicy Farleya i jego oddział magomedyków świadczących o wiele sprawniejsze usługi lecznicze, jak na przykład śliczna Isabella.
- Na ścianach pewnie wiszą plakaty pochwalne dla Konusa Malfoya - wzruszyła lekko ramionami, w głosie czarownicy wybrzmiewały natomiast pogarda i obrzydzenie. Nie mogła pogodzić się z tym, co działo się w stolicy. Z tym, jak potraktowano mieszkających tam w spokoju mugoli, jak wytępiono ich na wzór panoszącego się robactwa, jak ulice spłynęły niewinną krwią. Strach było o tym myśleć. Kiedy człowiek stał się taką bestią? Dlaczego? - Jak nie odmówisz trzech pochwalnych wierszyków na cześć ministerstwa to nie dostaniesz leków. Mogę się założyć, że tak tam teraz jest - ciągnęła z przekąsem, skrzywiona. Jak to dobrze, że powstała tu Leśna Lecznica; z tą myślą Trix zerknęła na Isabellę i posłała jej ledwo widoczny uśmiech, ni to przepraszający za swoje bojownicze komentarze, ni wdzięczny za to, że w ogóle tu była.
Po chwili dziewczyna znów pokręciła głową i parsknęła pod zaczerwienionym nosem. Wzrostem wciąż przypominała takie większe dziecko, ale wiek pozostawał sporo do życzenia, nawet jeśli nie poczuwała się do upływających lat. Na dobrą sprawę powinna mieć już męża i potomka w drodze, nieważne, że podobne myśli wywoływały u niej mimowolne konwulsje pełne niepewności. Chociaż na dnie serca marzyła o własnej rodzinie, tak butna natura przeciwstawiała się przymusowi podporządkowania się komukolwiek, przekonana, że mąż zabroniłby jej spełniać się w krawiectwie. Jeszcze czego. Ale nie widziała takich strachów patrząc na Bellę; to było jasne, że Steffen nigdy nie postawiłby jej takich wymogów, a wręcz będzie pielęgnował pasje ukochanej, zachęcał do tego, by rozwijała się w dziedzinie medycyny, jeśli to sprawiało jej radość. Był dobrym chłopcem, więc i ona dobrze trafiła.
- Cudownie, czyli jednak Merlin ma trochę współczucia - odetchnęła z wyraźną ulgą na wieść, że jej przypadłość była zaledwie magicznym katarem. Na pewno szybko przejdzie, szczególnie przy pomocy pięknej pani uzdrowicielki. - Odpocznę jeszcze dzień, góra dwa, bo inaczej zwariuję. Dużo mam ostatnio tego leżenia, Bells, a praca leży i czeka. Wcale jej nie ubywa - nie wspominając o najważniejszym zadaniu, czyli sukni ślubnej samej uzdrowicielki! Beckettówna pociągnęła nosem i skinęła, z zaufaniem oczekując leczniczego czaru, który - silny i sprawny - od razu sprawił, że poczuła się lepiej; obraz przed oczyma przestał wyglądać na tak rozwodniony i niewyraźny, a głowa bolała jakby mniej. - Działa. Dziękuję, jesteś niezastąpiona - uśmiechnęła się do panny Presley, po czym oparła się mocniej o siedzenie krzesła, przez moment po prostu ucieszona poprawą stanu zdrowia. Gorączka była zgubnym towarzyszem. Może tej nocy nie nawiedzą jej nawet dreszcze? - Czy w takim razie możemy przejść do ważnych konkretów? - zapytała rozanielona. Oby tylko Isabella nie czmychnęła gdzieś do bocznego pomieszczenia w poszukiwaniu medykamentów, w ramach ucieczki sprzed nieistniejącego jeszcze ołtarza. - Opowiedz mi o swoich pragnieniach, Bells. O tym, jak chciałabyś się czuć w swojej sukience, jak ją widzisz, kiedy zamykasz oczy. A może wcale jej jeszcze nie widzisz? W takim wypadku powiedz mi po prostu co przykuwa twój wzrok, wiesz, cokolwiek - w jej oczach rozbłysnął znajomy entuzjazm, zachwyt, niemal euforia. Obniżona zaklęciem temperatura pozwoliła na skupienie myśli, ale profilaktycznie Trix sięgnęła do torby, by wydobyć z niej notatnik i ołówek. Chciała zapisywać odpowiedzi Presley, by potem w domu naszkicować kilka pomysłów na ich podstawie. - Pamiętaj, nie myśl o innych. Myśl o sobie. Ta sukienka ma się tobie podobać - i, jak to mówią, być z twoich snów, dobrze? - o zgrozo, jeszcze Isabella zaczęłaby spełniać wymagania Alexandra czy Steffena i dopiero by było.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Gabinet [odnośnik]23.05.21 0:56
Nie sądziła, że panienka Beckett zechce kontynuować rozmowę o koszmarnym obliczu londyńskiego szpitala. Czy kiedykolwiek tam była? Mung był dość legendarny, ale wielu czarodziejów pomieszkujących daleko od obrzeży stolicy nie miało okazji przebywać w tym przybytku. Ależ mieli szczęście! Isabella również je miała, nie chorowała, nie była naznaczona piętnem arystokratów, a sam szpital odwiedzała z pasji i pragnienia pozyskania dodatkowej wiedzy. Te mury jednak długo były dla niej dość niedostępnego. Gdy mężczyźni z rodziny kształcili się na medyków, ona pielęgnowała złote pasma w swoich przestronnych komnatach i mogła co najwyżej zaczytywać się w opasłych tomiszczach, które traktowały o tajemnicach ludzkiego ciała. Ryciny, opisy i wykresy. Nic ponad, nic, gdzie mogłaby drobną dłoń splamić wątpliwą krwią. Aż do dzisiaj. Tyle razy dziękowała czuwającym nad nią duchom przodków za opiekę i zesłanie na nią właśnie tego losu. Wierzyła, że pośród starych salamander znalazłyby się takie, które wcale nie życzyłyby jej źle. Tyle razy wyobrażała sobie, że zwiedza sale Munga nie jako gość i towarzyszka lordów uzdrowicieli, ale jako prawdziwa medyczka. Teraz za żadne skarby nie chciałaby się tam znaleźć. Nie w tak jawnym gnieździe węży, nie w miejscu, które segregowało czarodziejów na godnych i niegodnych, kiedy w grę wchodziło ludzkie życie. To wydawało jej się obrzydliwe. – Jakże straszliwe są twe wizje. I zapewne całkiem prawdziwe… Tak nie można. Wyznaczają okrutne prawa. - Westchnęła smutno, bo naprawdę zależało jej na tym miejscu, a przede wszystkim na pacjentach i wszystkich poszukujących pomocy. Ją jednak, ci w tajemniczy, otrzymywali w leśnej lecznicy. Alexander o to zadbał. Związani ze sprawą Zakonu medycy pełnili dyżury, by wspierać swoich. Tych pogrążonych w walce i tych bez przysięgi, ale dobrych i prawych, tylko okrutnie odgrodzonych od ministerialnych placówek. Podziały i nienawiść. Jak można było o tym wszystkim myśleć, kiedy chodziło o zdrowie? Mimowolnie zastanowiła się, czy ona uleczyłaby kogoś ze swojego dawnego życia. Czy zaryzykowałaby, aby ich ocalić? I, wreszcie, czy mogliby ją skrzywdzić? Bała się odkryć odpowiedzi na te pytania. – Wierzę, że im się uda, że któregoś dnia zapanuje pokój – wymówiła natchniona, jakby były to słowa nadziei, a nie dość naiwne marzenie o przyszłości. W tej samej chwili wiele mil stąd przelewano krew. Uśmiech pacjentki dodał jej otuchy.
– Cudownie to będzie, kiedy obiecasz przestrzegać wszystkich moich wskazówek, Trixie. I nie ominiesz żadnej dawki eliksiru. Potrafisz je dawkować? Chciałabym się upewnić, nim puszczę cię do domu z jakąś mocniejszą fiolką – zastrzegła i aż uniosła wyżej wskazujący palec. Co prawda Bella nie potrafiła wyglądać groźnie, ale nauczyła się już, że z niektórymi chorymi należało rozmawiać prawie jak z maluchami. Warto było być nieco nadgorliwym. Wielu chciało tylko przepis na zdrowie, a potem jak najszybciej uciekało z lecznicy, a przecież oni byli tutaj, aby skutecznie wesprzeć w wyleczeniu dolegliwości. Zmrużone lekko oczy Isabelli uważnie śledziły zakatarzoną krawcową. Oby tylko nic nie kombinowała. – Wiem, och, wiem, moja miła, że tak bardzo palisz się do pracy, ale dziś jeszcze nie jesteś gotowa. Kto wie? Może jutro albo pojutrze zgubię się gdzieś bardzo blisko twego ogródka… - zaczęła trochę zdradziecko, trochę żartobliwie, ale miała nadzieję, że pojęła wyraźną sugestię. Zamierzała o nią zadbać i wcale nie miała ochoty rzucać specjalnego zaklęcia, które wspierało uzdrowicieli w egzekwowaniu łykania eliksirów.
Twarz panny Presley rozpogodziła się dość szybko, złagodniała i rozluźniła, kiedy tylko Trixie podziękowała. Czar miał jednak dość krótkie działanie, chwilowe. Jak maść łagodząca swędzenie. Objawy wrócą i oby nie zastały Beckettówny podczas ciężkiego zajęcia. Bystre oko jasnowłosej szybko wyłapało, że pacjentka wpadła w dużo lepszy nastrój. Ucieszyło ją to, chociaż nie spodziewała się, że ta tak prędko zechce zabrać się za krawieckie plany. Nie zapanowała jednak nad iskierkami w oczach i palcami za bardzo zaciskającymi się na pergaminach znajdujących się najbliżej dłoni. – Ja myślę, że to były te ważne konkrety – zauważyła, czując, że chyba w ciągu ostatnich miesięcy zdążyła naprawdę dojrzeć. Zdrowie odważnie stawiała ponad wyborem sukienki. Jej własnej ślubnej sukienki! Wypuściła ze świstem powietrze z ust. – Wiem tylko, że nie chciałabym, by przypominała wszystkie moje sukienki szlachcianki. By nie była nią, by nie była dla lady. By była dla mnie – rozpoczęła, czując, jak prąd słów zaskakuje ją samą. Do tej pory nie myślała chyba o tym w ten sposób. Ta myśl była bardzo świeża. – To są właśnie te moje sny. Czasem chciałabym przestać być nią. Ale nie przestanę. Dlatego potrzebuję czegoś, co złączy dwa światy. Będę żoną, Trixie! Och, żoną! – Tak samo jak żoną miałam stać się w czerwcu. Do bycia żoną przecież przygotowywałam się od dwudziestu lat. – Żoną Steffena – wymówiła z jakimś niesamowitym patosem. Ciepło zabarwiło policzki. – Nie chciałabym tysięcy warstw i tych wielkich rękawów. Potrzebuję w niej roślin. Uwielbiam je, a ślub bierzemy w lutym, kiedy natura kryje się pod białymi pierzynami. Trixie, czy można być wiosną w środku zimy? – podpytała zamyślona. Była pewna, że panna Beckett znajdzie złoty środek, że odpowie na dość chaotyczne wezwanie serca. – I potrzebuję ognia, dużo ognia. Ale myślę, że powinien znaleźć się wokół, nie w samej sukience.
Czy cokolwiek z jej głośnych rozważań miało sens?
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]23.05.21 16:14
Straszliwe, ale prawdopodobne. Cóż, może w Mungu nie doszło jeszcze do tak drastycznego sprawdzania poglądów pacjentów, ale Trixie była wręcz przekonana, że jeśli patronat nad placówką roztaczali Blackowie, nie mogło się tam dziać nic dobrego. Już w szkole ci młodzi lordowie i lady napawali ją absolutną odrazą, nosili się jak pawie z szeroko rozłożonymi ogonami, czarowali naiwniaków, byle tylko otoczyć się wianuszkiem fałszywych przyjaciół, a tak naprawdę pod fizyczną powłoką nie kryło się nic oprócz przekazywanego w genach zepsucia. Aquila była jędzą, Perseus podobnie, więc to niemożliwe, by ich trucizna nie dotarła do szpitala.
Czarownica przytaknęła lekko, większą część uwagi poświęcając komentarzowi przepełnionemu nadzieją. Zakon działał prężnie, brakowało im surowców i rąk do pracy, brakowało bezpiecznych miejsc, ale mimo to radzili sobie z przeciwnościami losu i ciężko pracowali na to, by uratować choć kilka istnień. Trixie była dumna z tego, że była częścią ich operacji. Może nie wychodziła bezpośrednio na pole bitwy, ale z pieczołowitością cerowała czarodziejskie szaty czy tworzyła nowe, właściwie za bezcen.
- Uda się - stwierdziła pewnie. Ci, którzy wytoczyli wojnę dobrym ludziom prędzej czy później poniosą za to konsekwencje, a te będą surowe. Oby. - Trzeba mieć nadzieję, że ludzie w stolicy w końcu otworzą oczy. Nie wierzę, że wszystkim pasuje to, co się stało. Co się dzieje - westchnęła trochę chrapliwie, po czym pociągnęła nosem i pokręciła głową z dezaprobatą. O wydarzeniach związanych z Londynem wiedziała jedynie z opowieści tych, którzy wciąż przebywali w jego granicach, oraz z gazet, sama nie śmiałaby postawić tam stopy, pewna, że zaraz skoczyłaby do gardła pierwszemu lepszemu funkcjonariuszowi magicznej policji, psiarni Malfoya. A minister Longbottom w końcu porwie za sobą większe tłumy. Tak po prostu musiało się stać. - Zakon ma w swoich szeregach tylu wspaniałych czarodziejów, Isa, uda im się na pewno. Nam - zapewniła z cieniem zainspirowanego uśmiechu. Może i Presley nie należała stricte do sojuszników organizacji, ale działała na jej korzyść. Leczyła poszkodowanych, przygotowywała dla nich eliksiry. W mniemaniu Beckett była częścią dobrej sprawy. Potrzeba było tylko czasu. I... poświęceń, zapewne, ale o tym nie chciała teraz myśleć, zamiast tego kichając głośno i z impetem.
Ciemne oczęta zatoczyły okrąg na dźwięk uzdrowicielskiego wymogu. Jej troska, choćby zawodowa, była nawet ujmująca, ale to inna konotacja sprawiła, że Trix odchyliła głowę i parsknęła głośnym, niezbyt eleganckim śmiechem.
- Przypominasz mi panią Cattermole, wiesz? - a już niedługo miała nosić właśnie taką tożsamość, co za zabawny zbieg okoliczności. - Wychowywała mnie razem z tatkiem, taka miła staruszka. Dalsza krewna Steffka. Nauczyła mnie szyć - powrót do wspomnień był rozczulający, ale gdzieś na dnie świadomości czaiła się niewypowiedziana tęsknota do prostszych, milszych dni. Kiedy wróciła z Hogwartu do domu na wakacje, pewnego dnia po prostu nie zastała pani Cattermole w domku w sąsiedztwie. Stevie wyjaśnił, że odeszła. Na zawsze. A Trixie nie zdążyła się z nią nawet pożegnać; chyba dlatego prędko potrząsnęła głową i machnęła dłonią, gestem prosząc, by porzuciły samodzielnie zaczęty temat, zanim wkroczyłaby w objęcia emocji, których nie chciała czuć. - Chyba umiem, ale na wszelki wypadek możesz mi pokazać - odparła w związku z porcjowaniem eliksirów.
Widmo pani Cattermole zostało daleko za nimi, kiedy obie kobiety ruszyły w stronę głęboko zakorzenionych marzeń pięknej Isabelli przygotowującej się do wielkiego dnia. Jej suknia miała być spełnieniem pragnień, zaś Trixie nie mogła powstrzymać cienia uśmiechu, gdy usłyszała, że kreacja ma wcale a wcale nie przypominać tych arystokratycznych łachmanów. Doskonale. Presley miała w sobie ogień, ale przekształciła go w płomienie innego, własnego koloru; w sercu drzemała salamandra, którą pokrywały nowe wzory. Raz na jakiś czas kiwała w ciszy, kreśląc na pergaminie sobie znane symbole, słowa, czy nawet pierwsze elementy sukienki, jakie przyszły jej na myśl.
- Można być jesienią w lecie, wiosną w zimie i zimą w jesieni, można być wszystkim, co się zamarzy, Bells. To nie problem - zapewniła miękko. Kwestia wykonania nie była dla niej nowością, w głowie już tliły się pomysły, wizje rozkwitały jak pąki kwiatów uśmiechających się do chłodnego, szarego nieba, z którego ostatnio tak narowiście padał deszcz. - Przyjdziesz do mnie za trzy, cztery dni? Możesz sprawdzić, czy grzecznie biorę leki, a ja pokażę ci pierwsze szkice. Zobaczymy czy to, co sobie wyobrażam, będzie ci odpowiadało. Ale już czuję, że będzie pięknie, Bells, będziesz moją najpiękniejszą panną młodą - zapowiedziała z szerokim, podekscytowanym uśmiechem. Do tej pory większość ślubnych kreacji jej projektów bazowało raczej na tradycji z domieszką nowatorstwa, ale tutaj, och, tutaj mogła naprawdę się popisać!
Wizyta trwała jeszcze około dziesięciu minut, a po tym czasie czująca się nieco lepiej Trixie mogła ruszyć w drogę powrotną do Warsztatu. Owszem, mogła jeszcze ze dwa dni poleżeć w łóżku, ale zamierzała w tym czasie szkicować pośród kołdry i poduszek.
Szkicować jak najęta.

zt :pwease:


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Gabinet [odnośnik]30.05.21 18:11
Uda się. Pocieszne, ciepłe słowa padające z ust młodej krawcowej rozjaśniały małe ogniki. Te podlewane przez tak jawne pokrzepienie urastały. Rzadko kiedy to Bella potrzebowała pocieszenia. Zwykle miała w sobie niezmierzone pokłady radości, stąpała po świecie promienna i szczęśliwa – nawet po tym wszystkim. W mgłach i groźbach starała się piąć w górę, rozkwitać, wyłapywać kolory tam, gdzie pozostali upatrywali wyłącznie nieszczęsny los. Nie wszystko było złe, choć ilość krzywdy bezsprzecznie dewastowała czarodziejską społeczność. Ten wir konfliktów nie mógł rządzić nimi w nieskończoność. Gdzieś była przyszłość, gdzieś był koniec, a po nim coś zupełnie nowego. Dzieje bywały przecież przewrotne. Isabella pół roku temu przekonała się o tym w niezwykły sposób. Istniały drogi, metody, zawsze dało się coś zrobić, ale do tego wszystkiego musieli trwać zjednoczeni, gotowi. Uśmiechnęła się spod nieco opuszczonej główki. Popatrzyła powoli na Trixie. One wspierały sprawę tak, jak tylko mogły. Nie musiała znać wielkich tajemnic zakonu, aby w niego uwierzyć i ułożyć wspaniałomyślną ideę głęboko w sercu, w ognisku. Zamierzała robić to, co potrafi najlepiej. Wtedy w polowym szpitalu widziała ludzi, którzy wypełźli cudem z wielkiego piekła. Z piekła stworzonego przez takich jak lady Morgana. Jak bardzo zagubione i zatrute musiały być to umysły? Znała wielu z nich, niekoniecznie znała dokładne zamiary, ale nie wszyscy byli tak źli i okrutni. Po prostu każdy bronił tego, w co wierzył. Ona też wcześniej nie wiedziała, o co chodzi, że jest jakaś inna droga, że można żyć inaczej. Westchnęła cicho między promiennymi już spojrzeniami. – Właśnie tak, nie inaczej, droga Trixie – potwierdziła bardziej jednak dla siebie niż dla niej. Był to czas wyborów między mniejszym i większym złem dla wielu mieszkańców Anglii. Isabella słuchała swego serca. Ono już od dawna znało stronę, choć trudno mu było ją odkryć, przyznać się do najszczerszych pragnień.
– Panią Cattermole? – Otworzyła szerzej oczy, bo w pierwszej chwili nie rozumiała, do czego dokładnie nawiązuje. O tak, przecież bardzo dobrze znała to nazwisko. Wkrótce miało stać się i jej. Spłoszona nieco wzmianką nie wiedziała przez chwilę, gdzie podziać oczy. Aż w końcu wysłuchała Beatrix do końca i odkryła, że jednak jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wie. – Zatem… Steffen i ty jesteście rodziną? Taką nie do końca, ale rodziną? To wspaniale! To oznacza, że będę mogła już zupełnie nazywać ciebie siostrą – wymówiła urzeczona nowiną. – Ale... jak to przypominam ją? – dodała po dziwacznej pauzie, zupełnie jakby cofnęła się nagle do wątku – tej najbardziej zastanawiającej odpowiedzi dziewczyny. Być może Beckett miała jakieś przeczucie. Chociaż Bella nie znała żadnej kobiety z tej rodziny. Jeszcze! Mino to poczuła, że te słowa można przyjąć w wiadomych okolicznościach jako komplement.
– Chyba umiesz, droga panno Beckett? – Isabella powątpiewała. Lekko wstrząsnęła główką i chwyciła stojąca nieopodal fiolkę. – Och, tak, z pewnością ci przypomnę, ale myślę, że będziemy musiały poświęcić na to więcej czasu, tak, byś już nie miała wątpliwości… Tym razem jednak zrobię ci nieco uszczuploną powtórkę. Co ty na to? – I tak młoda uzdrowicielka przedstawiła dziewczynie wszystkie podstawowe informacje. Omówiła dokładnie działanie eliksirów, które zaleciła swojej pacjentce, przekazała, ile kropel i w jakich odstępach czasowych należy łykać. Zwróciła również uwagę na kwestię spożywania mikstur podczas posiłku i ewentualne alarmujące dolegliwości, które mogłyby się jej przytrafić, gdyby tylko pomyliła się podczas przyjmowania wywaru. Oby tylko Bella nie musiała lecieć do Beckettów na ratunek. Niektórzy traktowali eliksiry jak syrop malinowy, a przecież większość tych mieszanek wcale nie smakowała zachęcająco. – Twa zdolna dusza oplecie mnie ogniem nawet w środku burzy. Marzę o tym, by rozjaśnić ponurą, zimową porę – wyjawiła nieco konspiracyjnym tonem. Nie wiedziała, jaka magia czaiła się w tych zdolnych palcach, ale czuła, że jej wizje odnajdą się w projektach inspirującej krawcowej. Czy dla tej dziewczyny mogły istnieć szaty niemożliwe do wykonania? – Bądź pewna, czekaj u progu, nadejdę i sprawdzę, czy wciąż kichasz, a jeśli dalej będziesz miała taki różowiutki nos, przypudruję cię i znów rzucę kilka zaklęć – zastrzegła z serdecznością. Nie było jednak opcji, aby kuracja okazała się niepowodzeniem, ale Trixie musiała przestrzegać wszystkich zaleceń. – Dowiem się, jeśli zlekceważysz zdrowie – zagroziła teatralnie. – Z radością podejrzę wszystkie te szkice, mademoiselle! – obiecała, nie mogąc już dłużej trzymać na uwięzi własnego podniecenia. Bo czy istniało coś, czym młoda panienka mogła się cieszyć bardziej niż ślubną suknią? – Zapłonę szczęściem ubrana w twe piękne tkaniny – dodała, a wkrótce później odprowadziła zakatarzoną pacjentkę nie tylko do wyjścia z gabinetu, ale też do wrót leśnej lecznicy.


zt
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]16.06.21 21:58

8 XII
 
Ciężar wysłużonego, przemoczonego płaszcza opadł na wieszak pozostawiając za sobą ścieżkę usłaną z drobnych kropli wody. Śnieg padał od samego rana, otulając dolinę puchową zasłoną, która dość szybko przemieniła się w wilgotną, brudną pluchę. Nadchodziła zima, dużymi zamaszystymi krokami, zwiastując ponure żniwo. Już teraz ceny żywności były na tyle wysokie, by sama mogła pozwolić sobie jedynie na artykuły najwyższej potrzeby, nie trzeba było być specjalistą od ekonomii, by wiedzieć, że już niebawem będzie tylko gorzej. Natura obumierała, kawałeczek po kawałeczku, tak jak i w wielu sercach umierała nadzieja na lepszą przyszłość. Łatwo dało się to wyczytać to z mijanych na ścieżkach Doliny Godryka twarzy, pośpiesznym krokiem przemierzając wąskie korytarze starej chaty, która służyła jako okoliczna lecznica. Blady uśmiech uprzejmie zdobił wargi, gdy mijała sylwetki pacjentów, oczekujących na następną wizytę. Nie było ich wiele, nie tak wiele jak zazwyczaj, jednak wystarczająco by martwić się, że jeśli tak dalej pójdzie na zimę mogą spotkać z problemami z zaopatrzeniem. Głód i udręka odbijała się na ich twarz, niemal przyzwyczaiła się do tego podłego widoku, który mimo wszystko wciąż sprawiał, że serce dusiło się w okrutnym ucisku rzeczywistości - tak ciężkiej do zaakceptowania, tak zatrważająco realnej, namacalnej. Nie dało się odwrócić głowy, udać że tego nie widzi, oślepnąć na tyle, by móc sobie wmówić, że nie jest przecież tak źle, że to tylko plotki roznoszące przez opanowane paniką społeczeństwo.
- Jak się dzisiaj masz, Isabello? - zapytała, przekraczając próg gabinetu. Spojrzenie ciemnych oczu opadło na sylwetkę znacznie młodszej uzdrowicielki, a kąciki wargi uniosły się zaledwie odrobinę wyżej w wyrazie sympatii. Wbrew wszystkiemu, Isabella rozkwitała na nieprzystępnym podłożu jakie tworzyły cztery ściany Leśnej Lecznicy. Wszakże nie było tu wszystkich narzędzi jakie potrzebował młody uzdrowiciel, początkujący alchemik - brakło ksiąg, wielkich nauczycieli, innych adeptów, z którymi mogłaby dzielić się doświadczeniami i rozwijać.  Byli tylko oni - uzdrowiciele z mniejszym, większym doświadczeniem, próbujący poradzić sobie w tych już nie tak nowych warunkach, a jednak każdego dnia stawiających ich przed kolejnymi wyzwaniami. Mimo wszystko, widać było że Isabella czyniła postępy, przynajmniej od pierwszych dni gdy przyszło im ze sobą pracować. Początkowa nieufność co do nadchodzącej współpracy przerodziła się w cichy podziw dla wytrwałości dziewczyny i serca jakie okazywała pacjentom.
- Dziś chyba nie będziemy mieli dużo pracy W korytarzu nie ma tak wielu pacjentów. Jesteś sama? - zapytała z ciekawości, smukłe dłonie wyprostowały materiał szaty, mimowolnie muskając granice szwu, który udało jej się całkiem sprawnie zaszyć, gdy zwężała fartuch. W ich małym pokoju socjalnym nie spotkała nikogo, podobnie zresztą jak w pracowni alchemicznej, do której zajrzała. Nic dziwnego, nie było potrzeby by wszyscy dyżurowali, gdy w lecznicy nie było tak wielu oczekujących na pomoc medyczną. - Udało ci się przeczytać rozdział Diagnostyki Sprouta?, o którym ostatnio rozmawiałyśmy - zagadnęła ją, rozkładając na stole swoje narzędzia. Obiecały sobie, że jeszcze dzisiaj po pracy pomoże jej z trudniejszymi kwestiami, dotyczącymi dość wymagającej pozycji - na kursie analizowali ją godzinami, pochylając się nad poszczególnymi rozdziałami, zagłębiając się w najważniejsze zagadnienia. Do dziś wyrecytować potrafiła co niektóre fragmenty, wpajane im do głów odkąd tylko przekroczyli progi akademickiej pracowni profesora Caldwella. Miała nadzieję, że ona nie okażę się tak nieprzystępnym nauczycielem jak jej wykładowca.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]25.06.21 23:28
Wiele było rzeczy, które prędko musiała pojąć. Paląca była wielozadaniowość. Do niedawna Isabella posiadała grono rozproszonych po uroczym zamku służących, którzy na usługach rodu zajmowali się wszystkimi domowymi pracami. Jej osobista służka zaś zdejmowała z barków damy te najbardziej powiązane z nią sprawy. Prowadziła nawet terminarz zakładanych na towarzyskie spotkania strojów i ozdób! Teraz wszystko, zupełnie wszystko Bella czyniła sama lub w asyście pomocnych przyjaciół i rodziny. Rósł z miesiąca na miesiąc jej podziw, kiedy tylko czuła coraz większe przytłoczenie obowiązkami. Uczyła się, notowała i starała się być jak najbardziej w tym wszystkim zorganizowana. Tym bardziej, że kiedy chodziło o dyżury w lecznicy i ratowanie ludzkiego życia, nie mogła pozwolić, by przytłoczył ją ten chaos i prędkość podejmowanych decyzji. Segregowała więc zadania i starała się trzymać planu tak, jak alchemicznych receptur. Powtarzała sobie, że dwie sprawy są do siebie bardzo podobne, ale i tu i tu potrzeba było czasem odejść od siwych regulaminów i mdłych formuł – bo nowy przypadek rodził nowy pomysł. I chociaż nie brakowało jej uwagi, to czasem przy pacjentach bała się zaryzykować niecodziennym rozwiązaniem. Szczególnie że nie posiadała aż tak zaawansowanej w wiedzy o głębszych zakamarkach ludzkiego ciała. Wiedzy, która pozwoliła, by jej magiczny potencjał rozkwitał, by mogła jeszcze pewniej dobierać czary, silniejsze i bardziej skomplikowane. Tak jak Archibald, którego  z dumą i ciekawością podziwiała podczas precyzyjnej sztuki łączenia nowego organu z ciałem. Czas jednak dzieliła między naprawdę sporo obowiązków. Równolegle prawie rozwijała się w dwóch dziedzinach i próbowała nie utracić głowy, kiedy tylko przychodziło do omawiania weselnych spraw. Pod dachami lecznicy skupiała się jednak już wyłącznie na obowiązkach i nauce. Przychylna naturze pewnie zapadała w ponurą zadumę, kiedy tylko spacerowała pośród ogołoconych z barwnych liści drzew, kiedy pantofelkami naciskała na chłodną, śpiącą ziemię, z której nic teraz nie mogło wyrosnąć. Nie lubiła zimy, ale ta nie męczyła wiosennej duszy tak bardzo, kiedy wokoło tyle się działo.
Uniosła główkę i popatrzyła na pannę Wright. Zapisywała pergamin z notatką o ostatnim pacjencie.  Była pewna, że i Roselyn dostrzegła, że docierało do nich coraz więcej pacjentów nie tylko wychudzonych, ale i obtłuczonych. – Już sama nie wiem, droga Roselyn. Pan Beggins zbierał w lesie drewno, wiele, wiele mil stąd, a potem zaatakował go ten olbrzym. Cudem dotarł tutaj. Gdyby nie tamten przechodzień… - opowiedziała ze smutkiem i poczuła, że już więcej nie zdoła zapisać. Zresztą chyba nawet zostało jej ostatnie zdanie, może dwa. – Ledwo uszedł z życiem – dodała jeszcze i na moment przymknęła oczy. Nie raził jej widok krwi, ale to, co miało miejsce w korytarzu, zapewne pozostanie w jej myślach przynajmniej przez kilka dni. Razem z Idą zrobiły wszystko, by go uratować. – Cieszę się, że mogę pomagać, ale wolałabym, by nikogo nie spotykały tak przykre przygody – skończyła, wstając powoli z krzesełka. Roselyn zapewne wiedziała, że nie był to pierwszy taki przypadek w tym miesiącu. Jak się miała? Rozpoczęła pracę i prawdziwą naukę wraz z początkiem prawdziwej wojny, która coraz śmielej, coraz krwawej przelewała się już nie tylko przez Londyn i okolice, ale i przez cały kraj. Chciała być jednak gotowa na wszystko, co przyniesie los.
Odpowiedziała jej powolnym skinieniem głowy. Mimo zdarzenia, o którym wspomniała, ten dzień nie obfitował w wiele skomplikowanych przypadków, a korytarz wyraźnie pustoszał. Nie umknęło jej uwadze, że w tym fartuchu uzdrowicielka wyglądała o wiele ładniej niż w poprzednim. Zapewne niejeden ranny kawaler utraciłby głowę. I to wcale nie od pięści trolla. – Wszystko przeczytałam! – zareagowała z energią i aż się jej lekko pokolorowany policzki. – Sprout bardzo ciekawie pisze o badaniach palpacyjnych i wychwytywaniu istotnych drobnostek w anatomicznych strukturach – powiedziała, nie kryjąc szczerego zainteresowania. Wiedziała dobrze, że uzdrowiciel musi odkryć w sobie talent do zgłębiania tajemnic ciała nie tylko przy pomocy różdżki. Bystre oczy i uszy, wyjątkowo czujące dłonie i umysł zdolny przetrwać walkę z samym pacjentem, który często nie pomaga we właściwej diagnozie. – Dziękuję, że mi pomagasz, Roselyn. Na kursie uczyliście się na zwłokach? – zapytała, choć tak naprawdę znała odpowiedź. Bardziej interesowały ją odczucia uzdrowicielki. Och, jej pani matka oszalałaby, gdyby tylko Bella stanęła w kostnicy.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]30.06.21 1:05
Nie potrafiła wyobrazić sobie siebie w tej samej roli, którą odgrywała niegdyś Isabella. Tak jak i nie była w stanie pojąć ogromu zmian jakie musiały nastąpić w życiu młodej szlachcianki, aby przystosować się do tego tutaj - pozornie prostszego, zwykłego, pozbawionego większości wygód, którymi mogła się cieszyć dotychczas. Mogła jedynie podejrzewać jak trudno było zacząć od nowa. Wyzbyć się wszystkiego co znane, zdać się na łaskę losu, w pewien sposób oddać go w ręce innych, licząc na ich wsparcie i ukierunkowanie. Mimo to Isabella zdawała się nie tracić sił, zgrabnie brylowała między gabinetem uzdrowicieli, a pracownią alchemiczną, jako jedna z niewielu nie traciła uśmiechu, chociaż ten ścierał się z ust z łatwością. Musiała przyznać - to właśnie obudziło w niej sympatię do młodej uzdrowicielki. Wytrwałość jaką okazywała w starciu z codziennością, z trudną pracą medyka, której chciała się podjąć. Mimo wszystko nie traciła sił, nie poddawała się, chociaż wielu mogło podejrzewać, że tak właśnie się stanie. Że upadnie. Być może w oczach tych już dawno upadła; odpychając od siebie rodzinę, porzucając nazwisko, decydując się na życie wśród oparów leczniczych mikstur, schorowanych ludzi. Decydują się na życie niegodne damy.
Ten świat był Roselyn obcy, znane było to co na wyciągnięcie ręki, namacalne. Jak ciężar odpowiedzialności, ambicja, która nie pozwalała zadowolić się rolą jakie szykowało im społeczeństwo. Gorzki smak zawodu, odrobina cierpienia i uśmiech, który wyzwalała w niej córka. Nie było łatwo, wręcz przeciwnie - czasami rzeczywistość zdawała się być zbyt skomplikowana, aby chociaż spróbować ją zaakceptować. Być może w żaden sposób nie równało się to z bogactwem, bezpieczeństwem podążania utartymi ścieżkami. Czasami każdy wdech palił ogniem, tracili oddech w bólu, ale każdy kolejny sprawiał, że czuła, że żyje.
Spojrzenie przemknęło po twarzy młodej uzdrowicielki, zatrzymując się na jej oczach. W kraju panowało bezprawie. Nadchodził głód, a nadejście zimy wypełniało strachem. Półwysep Kornwalijski stał się ostoją - chociaż jak widać nie na długo. Przymierze zawarte między rodami pełniącymi zwierzchnictwo na tych ziemiach miał zapewnić ochronę ich mieszkańcom, ale nawet to nie było w stanie obronić ich przed tym co nadchodziło ze wschodu. - Jak my wszyscy - odparła, pozwalając by brwi zmarszczyły się w bolesnym grymasie. Chciałaby móc to zatrzymać, aby tylko siła woli była w stanie przełamać spiralę wojny. Nie miała jednak takiej władzy, tą jej była wiedza. Wiedza zdobywana latami, którą nauczyła ją jak leczyć i ratować życie. To mogła i starała się skupiać przede wszystkim nad tym. - Musimy przygotować się na to, że nie będzie odosobniony wypadek. Olbrzymy to nie będzie najgorszym z czym przyjdzie nam się zmierzyć, jeśli półwysep upadnie, zaroi się tu od szmalcowników - westchnęła ciężko, wypuszczając powietrze z płuc.
- To jedna z najważniejszych pozycji, jakie poznaliśmy na początku kursu. Założenia Sprouta poruszane były na większości przedmiotów. Dobrze jest jest nie tylko się z nimi zapoznać, ale opanować na tyle, abyś była w stanie przywołać je o każdej porze dnia i nocy - uśmiech załamał ponurość. Ciepłe wspomnienia szkolenia wciąż były w niej żywe - Aby zdać przedmiot wielu fragmentów, trzeba było nauczyć się po prostu na pamięć, ale kurs rządził się swoimi prawami. Zapiszę ci później kilka lektur uzupełniających, jestem pewna, że lord Prewett z pewnością ma je w swojej bibliotece.
- Tak, aby przejść przez pierwsze lata szkolenia należy odbyć staż na każdym z oddziałów, ale również odbywaliśmy nauki w kostnicy. Właściwie większość zajęć poświęconych anatomii skupiała się na tym, w taki sposób poznawaliśmy budowę ciała, strukturę narządów wewnętrznych. Praktyka była ważna od samego początku, więc musieliśmy mieć do czynienia z ciałem ludzkim, nawet jeśli nie chodziło o samo leczenie, a poznanie go. Dla wielu zresztą to była pierwsza próba. Przygotowanie się na to co być może stanie się codziennością - wytłumaczyła. Było coś nieodpowiedniego w badaniu ludzkiego ciała w ten sposób, wystawiania go na widok, oceniania. Było to jednak niezbędne, aby każde kolejne pokolenie uzdrowicieli mogło kształcić się w swoim fachu. Zdobywać wiedzę, która nie była na wyciągnięcie ręki.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]14.07.21 23:44
Musimy się przygotować.
Jak? Jak można było się przygotować nad rosnąć sieć rozpaczy, na mnożące się różdżki przeciwników? Ufała bliskim, wierzyła w ich moc. Domyślała się, że prowadzone szeroko działania naprawdę ku czemuś służą, że nie są jedynie wątłym płomykiem, z którego nigdy nie narodzi się pożar. Nie mogło tak być, kiedy był tam on, kuzyn, nadzieja, siła. A co oni, medycy, mogli uczynić? Jak wiele łózek przygotować? Jak wiele eliksirów leczniczych uwarzyć? Gdyby tylko chodziło o uszykowanie dodatkowej ilości leków. Nawet i to jednak już dziś wydawało się niełatwe. Brakowało jedzenia, a co dopiero ingrediencji. Choć w leśnej lecznicy funkcjonowała zwarta, doświadczona grupa uzdrowicieli, Bella spodziewała się, że w krytycznej chwili ich zabraknie. Już teraz bywały dni, kiedy nie nadążali z przyjmowaniem pacjentów – a przecież o tym miejscu nie wiedzieli wszyscy. Słuchała Roselyn ze zgrozą. Mętniało spojrzenie, między rzęsy wsuwała się ta gorzka niepewność. Panna Wright nie mówiła jednak wyłącznie o zwiększonej mocy medyków. W jej komunikacie zmieściło się jeszcze więcej. Bestie gorsze od olbrzymów i tragiczna wizja utraty przyjaznych, bezpiecznych krain. Jak to możliwe? – Naprawdę myślisz, że półwysep upadnie? Co wtedy... co z nami wszystkimi? – Bo przecież nie mieli dokąd pójść, gdzie się schronić. Życie na terytorium wroga to przecież samobójstwo. Trudno się kryć, kiedy świat znał ich jako przestępców z plakatów. Trudno się kryć, kiedy uciekło się spod ołtarza najpotężniejszych czarodziejów w kraju. Opuściła powoli głowę i popatrzyła na kłębiące się na blacie papiery. Chwila ciszy, chwila dla czarnych myśli, którym przecież Bella przenigdy nie pozwalała się opętać. A jednak zaczynała dojrzewać. Dojrzewać i przyjmować groźbę, wszystkie krzywy i znamiona wojenne. One nad nimi wisiały. A ona była zdrajcą, który mógł skończyć jako przekąska dla smoka. Wzdrygnęła się na tę myśl i aż rozprostowała bardziej plecy.
Dalej jednak udało jej się umknąć tym myślom i skupiła się całkowicie na rozpoczynającej się lekcji. Anatomiczną wiedzę musiała rozwijać każdego dnia. By być gotową do jeszcze silniejszych czarów, gotową do dokładniejszej oceny stanu pacjenta i, wreszcie, szybszego niesienia pomocy. Uczyła się więc każdego dnia, czasami zostawała w lecznicy dużo dłużej, bo tutaj miała dostęp do materiałów i mogła podpatrywać przypadki pozostałych uzdrowicieli. Ceniła wszystkie nauki, jakimi ją obdarowywali. Słuchała dokładnie i odtwarzała później nową wiedzę. Nawet po tej lekturze zdołała utworzyć dość gruby plik notatek. – Wszystko przyjmuję, droga Roselyn. Och, Archibald zapewne niedługo będzie miał mnie dość. To nie byłby pierwszy raz, gdy zakradam się do bibliotek Dorset – wyznała mimowolnie. Tak naprawdę kuzyn zawsze chętnie ją gościł, taką przynajmniej miała nadzieję. – Te doświadczenia, o których wspominasz, nigdy nie mogłabym ich przeżyć. Ani wtedy, ani teraz. Nie sądziłam, że przyjdzie mi uczyć się tego właśnie tak. Ale uwielbiam, och, tak bardzo uwielbiam nasze lekcje! – wymówiła z pogodą ducha i przycisnęła złączone dłonie do piersi. Chciała objawić starszej kobiecie, że jest jej niezwykle wdzięczna. – Będę się wszystkiego dokładnie uczyć i bez kursu. Powinnam. Muszę. Chcę tego. Wiedzieć o ciele jeszcze więcej. Co mi dzisiaj pokażesz, Roselyn? Co to będzie za historia? Za przypadek? Z którego z tych wszystkich oddziałów? Och, byłam kiedyś w Mungu z lordem Shafiqiem. Oprowadzał mnie i nawet pozwolił być przy pacjencie. To, co zrobił, wtedy wydawało się przecież niemożliwe. I on dobrze o tym wiedział. A jednak czułam się wtedy jak iskra wrzucona do wielkiego ognia. Na swoim miejscu. Tak się staram nadrobić wszystkie moje braki związane z nauką wyłącznie teoretyczną i nieodbytym nigdy kursem. Czasem, gdy jestem przy pacjencie, wydaje mi się, że wiem… a potem ogarnia mnie taka potworna pustka – wyjawiła wyraźnie zawstydzona. Czuła jednak, że z panną Wright może o tym rozprawiać. W końcu uczyła się. Starała tak bardzo. – Zdarza mi się żałować, że w lecznicy nie mamy kostnicy. Mogłabym się więcej uczyć na prawdziwym ciele – stwierdziła, odnosząc się niejako do praktyk opowiedzianych przez Rose. W tym miejscu ludzie również umierali, ale zwłoki raczej nie trafiały pod różdżkę pełnych pasji stażystów. To nie był wielki szpital z szeregiem możliwości.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 5 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]23.07.21 0:01
Chciałaby znać odpowiedź na te pytanie. Jak? Jak można było przygotować się na coś co wykraczało poza wszelkie granice. Jak nie dać złamać się ciężarowi, który z wolna opadał na jej barki. Umysł doszukiwał się odpowiedzi. Chciałaby znać sposób. Znać odpowiedzi. Po prostu wiedzieć. Wiedziała jednak tylko, że po prostu musieli. Nie mieli innego wyboru. Czuła to głęboko w kościach, te myśli uporczywie spędzały sen z powiek, penetrowały umysł. Nie mogła oddychać jedynie zmartwieniami. Musiała zacząć wierzyć. W siebie. W tych, którymi się otaczała. Wierzyć, że chociaż terror napastliwie uderzał o wątłe ściany Leśnej Lecznicy, to zrobią wszystko co w swojej mocy, aby odegrać swoją rolę. Ta ich wymagała poświęcenia ciężkich godzin, nie było fanfar, heroicznych pieśni. Była krew, śmierć, choroba i uporczywa walka o kolejny oddech pacjenta. Trwała więc w tym w czym czuła się najlepiej, dominowała dziedzinę, którą tak dobrze poznała. Szkoliła się, bo nie istniały granicę uzdrowicielskiej wiedzy. Walczyła z własnym strachem i oporami, by nauczyć się bronić siebie, Mel, tych których kochała i tych, o których życie decydowała się walczyć. Tak powoli gotowała się do nadchodzącej walki, bo doskonale wiedziała, że nie jej miejsce było na polu walki, a właśnie tutaj. Tutaj mogła przysłużyć się najlepiej i do tego chciała być gotowa.
Spojrzenie przemknęło po twarzy Isabelli. Zawahanie zatańczyło w ciemnym spojrzeniu onyksowych oczu. Nie chciała mówić tego na głos, wylewać własny strach w umysł dziewczyny. Rose wiła czarne scenariusze, ziała strachem i niepokojem. Przez jeden krótki oddech nie była pewna czy powinna malować przed Isabellą mroczną wizję przeszłości, Badając wzrokiem rysy twarzy panny Presley doszło do niej jednak to, że wcale nie była tylko dziewczyną, a kobietą. Kimś kto sięgał po wiedzę uzdrowicielską i zdawał sobie sprawę z ciężaru jaki za sobą niosła. Kimś kto gotów był wyrzec się rodziny, bo przestał wierzyć w to co reprezentują. - Nie wiem czy tak się stanie, ale wiem, że tak się może stać i nie będziemy mieli na to większego wpływu. Będziemy musieli się przystosować. Cokolwiek się stanie. Lecznica w takim czy w innym kształcie musi pozostać. To wiem - stwierdziła pewnie, zaciskając wargi w cienką linię.
Pozwoliła by cisza wypełniła przestrzeń między nimi. Przygotowała się do pracy, odsuwając wszystko co zakłócało skupienie daleko na skraj umysłu. - Cóż, musisz przetestować jego cierpliwość w takim razie - uśmiechnęła się blado w odpowiedz - a raczej wykorzystać do granic możliwości.
- Anatomia to jedna z tych dziedzin gdzie nie da się umknąć przed wiedzą książkową. Oczywiście, wiedza empiryczna również jest ważna. Doświadczenie budowane przez lata nie ustępuje kroku teorii. Moim zdaniem jednak jedno nie istnieje bez drugiego. Chociaż ukończyłam kurs już dawno temu, cały czas się uczę. Cały czas odkrywamy coś nowego. Cały czas coś się zmienia. Należy być na bieżąco. Chociaż teraz… ciężko mówić o badaniach, odkryciach, gdy większość środowiska naukowego dedukuje się wojnie albo propagowaniu bzdur o mugolach, byleby tylko przypodobać się nowej władzy - westchnęła ciężko, dając na chwilę upust swojej irytacji tym co działo się ze środowiskiem magimedycznym. Kiedyś była na bieżąco, kiedyś chłonęła każdą nowinkę, a Londyn był centrum wiedzy. Dziś pozostały po tym jedyni zgliszcza - Nie martw się tym. Uczysz się. Świadomość niewiedzy jest jednym z elementów poznania. Ważne, abyś wciąż zgłębiała to co masz przed sobą, żadne z nas nie pozostawi cię samej z czymś z czym nie wierzymy, że sobie poradzisz. Dlatego dziś uznałam, że zamiast lekcji, trochę więcej praktyki. Sprout pisał o Diagno Haemo. Jak wiesz to jedno z dość prostszych zaklęć, niemniej jednak trudność nie tkwi w samej inkantacji, nawet nie w wykryciu nieprawidłowości, a w jej zdefiniowaniu. To jest pełnia możliwości jaką można osiągnąć dzięki temu zaklęciu - powiedziała. - Umówiłam z nami dzisiaj panią Giddery. Zresztą sama szybko zdasz sobie sprawę z tego co się dzieje - przerwała na chwilę, kierując krok w stronę drzwi i zaglądając czy kobieta przyszła już na wizytę.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Gabinet
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach