Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ptaszarnia
AutorWiadomość
Ptaszarnia [odnośnik]25.02.20 23:54
First topic message reminder :

Ptaszarnia

Pomiędzy krzewami róż bieli się ogromny biały przeszklony pawilon, wzniesiony na wzór architektury smoczego rezerwatu znajdującego się nieopodal Chateau Rose. Jest magicznie zaczarowany tak, by wewnątrz zawsze panowała ciepła temperatura. W środku zaś, prócz szmaragdowych miękkich kanap, ustawionych tak, by czarodzieje mogli zaznać pełnych komfortów, okrytych złotymi narzutami haftowanymi w szkarłatne smoki, rozrasta się bujna egzotyczna roślinność pochodząca z dalekich krajów, głównie z Nowej Gwinei. Między nimi świergoczą magocudowronki, zróżnicowane rzadkie gatunki przepięknych ptaków zamieszkujących gwinejskie niedostępne tereny górzyste - niektóre z nich zdają się zmieniać tak barwy, jak kształty, inne mają pióra tak długie i tak wiotkie, że te przypominają treny i welony, niektóre znów są tak delikatne, że wyglądają, jakby nieustannie spowijała je delikatna mgła. Ogony innych są tak gęste i tak rozległe, że przypominają jaskrawe wodospady lejących się barw, a gdy wznoszą się do lotu, zdają się pozostawiać po sobie jasną świetlną smugę. Kolejne odróżniają się dziobami tak twardymi i tak błyszczącymi, że mogłyby imitować kamienie szlachetne. Czarne pióra niektórych - zwykle ostro kontrastujące z innymi jaskrawymi kolorami - wydawały się czarniejsze od samej otchłani. Jedne bardziej nieśmiałe, skryte pośród rozłożystych liści, inne śmielsze, zaciekawione towarzystwem, magiczne rajskie ptaki wypełniają to miejsce niezwykłą urodą, co rusz zaskakując swoją oryginalnością. Pochowane na tyłach gniazda pozwalają im na spokój i ciszę, warunki jak najmocniej zbliżone do ich naturalnych zapewniają im wygody.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ptaszarnia - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ptaszarnia [odnośnik]10.02.22 20:07
The member 'Deirdre Mericourt' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 66
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ptaszarnia - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ptaszarnia [odnośnik]16.03.22 15:48
Brwi Evandry drgnęły na dźwięk deklaracji, jakoby Deirdre nie miała przed Tristanem żadnych tajemnic. Ciekawa relacja, na jaką sama zapewne nigdy by się nie zdecydowała, mając zbyt wiele do ukrycia. Powodem do tego nie był jednak wstyd, niewiele ze swych działań nazywała błędami. Kierowała się opiekuńczością, chęcią ochrony ukochanego małżonka przed wiedzą, której męski umysł nie byłby w stanie znieść bez uszczerbku na dumie. Miał inne, ważniejsze kwestie, nad którymi musiał się każdego dnia pochylać, nie było potrzeby obarczać go tak błahymi, kobiecymi sprawami.
- A mimo to nie wspomniałaś mu, że się widujemy. - Nie mogła pozwolić, by temat ten pozostał w niedopowiedzeniu. Musiał wybrzmieć na głos, wytknąć nieprawdę, jaką Deirdre chciała ją dziś karmić - a przecież miało być szczerze, czy tak? Kolejne, nieprzypadkowe spotkanie z kochanką męża nasuwało pytania, jakich sam Tristan pewnie by nigdy nie zadał. Nie widział w swej małżonce kobiety, jaką kierowałaby złośliwość, ani tym bardziej zazdrość, wszak nigdy nie dał jej ku temu powodu. Związani węzłem małżeńskim byli nierozerwalni - czy to dlatego czuł się bezkarny, sięgając do kolejnych kochanek? I czy dlatego Evandra zapraszała Deirdre do własnych samotni, nie czując doń zagrożenia?
- Zadajesz wiele pytań - mruknęła już nieco ciszej, powstrzymując wywrócenie oczu. Warkotliwe odpowiedzi Mericourt zaczynały ją z wolna męczyć, jak i nużyć. Jeśli miała zły humor, wystarczyło odwołać wizytę, zamiast skazywać je obie na swoje wątpliwej jakości towarzystwo. Półwila mogła spełnić jej życzenie i stwierdzić, że wyłącznie się nią bawi, jak miało jej to pomóc? Czy utwierdzając się w przekonaniu, iż Evandra chce upadku westalki Fantasmagorii, będzie jej łatwiej odejść? Bez skrupułów wyzna wszystko Tristanowi? Zacznie uprzykrzać jej życie, rozpowiadając w towarzystwie przykre plotki? A może zwyczajnie wyciągnie różdżkę, by zabrać sobie zadośćuczynienie tu i teraz? Wodząc wzrokiem za sylwetką czarownicy doyenne pewna mogła być tylko jednego - Deirdre borykała się z własną niepewną sytuacją. Tkwiła w przekonaniu, iż wystarczyłaby jedna złożona Tristanowi prośba, by pozbył się on wiernej kochanki. Evandra była jednak innego zdania; skoro włożył tak wiele wysiłku, by ją od siebie uzależnić, przez lata pielęgnując wspólną tajemnicę. Nie mógłby ot tak z niej zrezygnować, przekreślić swoją pracę, był na to zbyt wygodny. ”Zawsze będziesz pierwszą i jedyną”, powtarzała już któryś raz z kolei, czego doyenne również nie zamierzała więcej komentować, ale tym razem coś ją zastanowiło. Ściągnęła lekko brwi, wzrokiem sięgając dłoni czarownicy.
- Byłaś mężatką, prawda? - zapytała, upewniając się, iż obrączka znajdowała się na jej wdowim palcu. - Jaki miał stosunek do twojej słabości? Mówiłaś mu, że jest twoim pierwszym i jedynym? - Nie znała tej historii, poznawszy madame w czasie, gdy przestała nosić żałobę, lecz z pewnością wtedy, gdy prowadzała się już z Tristanem. Evandra była ciekawa jak wyglądała ta relacja, być może rzuci na postać Mericourt nowe światło, pomoże lepiej ją zrozumieć.
”Chcesz mnie upokorzyć?” - I znów wracamy do początku?
Już miała odpowiedzieć na ten nagły wybuch złości Deirdre, kiedy ta zmieniła ton, szczerze zszokowana, wolno trawiąc otrzymane informacje. Przesuwający się przez zaczerwienioną od wysokiej temperatury - zapewne także i złości - twarz czarownicy wzrok analizował zachodzące nań zmiany. W jednej chwili w głowie lady Rosier pojawiły się wyłącznie pytania, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Jak taka silna Śmierciożerczyni mogła być aż tak niedomyślna? Miała ją za odważną i błyskotliwą, nie cofającą się przed niczym, to ta bijąca od niej bezczelność, świetnie skrywana pod płaszczykiem dobrego wychowania, przyciągała ją doń najbardziej. Wreszcie miała przed sobą kogoś, kto nie wahał się przed użyciem siły czy ciętego języka w obawie przed popełnieniem błędu czy urażeniem doyenne. To przy niej bijące w Evandrowej piersi serce przyspieszało swój rytm w ekscytacji przed nieznanym. Wybrzmiewający w ptaszarni śmiech czarownicy zmieszał się z delikatnymi dźwiękami harfy oraz trzepotem skrzydeł wzburzonych nagle ptaków. Kilka magicudowronków przeniosło się na inne gałęzie, poszukując nowego, spokojnego miejsca, lecz nie na nich skupiony był teraz wzrok półwili. Na brzmienie ściszonego głosu Deirdre przebiegł ją dreszcz; kolejnych pytań szczerze się nie spodziewała, podobnie zresztą zaciśniętych na nadgarstku palców. Zaskoczona bliskością płytko wciągnęła powietrze przez rozchylone usta, wstrzymując je w płucach w zniecierpliwieniu. Błękitne tęczówki oderwały się od głębokiej czerni oczu Mericourt, idąc za ruchem prowadzącej ją dłoni, nawet przez moment nie opierając się naciskowi. Spełniły się plany orientalnej piękności, w powracającym na jej twarz spojrzeniu lady Rosier malowało się zaskoczenie zmieszane ze strachem. Na jasnych policzkach wykwitł rumieniec, barwą z wolna zbliżający się do karminu ust, które dopiero teraz przypomniały sobie o potrzebie oddechu. Spomiędzy różanych warg wyrwało się ciche westchnienie, omiatając ciepłą słodyczą policzek Deirdre. Złote brwi ściągnęły się ze sobą, nadając twarzy grymasu wywołanego bólem znaczących nadgarstek palców. Wypełniony wręcz po brzegi kielich wysunął się spomiędzy palców Evandry, czystym szczęściem nie trafiając na ozdobne kafle, lecz łapiąc równowagę na blacie zastawionego szklanymi butelkami stolika. Przerwała przedłużającą się w wieczność ciszę, z pewnym trudem przestąpiła ten ostatni, dzielący ich krok, czując że przy spacerze kolana odmówiłyby posłuszeństwa. Z pewną nieśmiałością, jakiej dotychczas nigdy nie odsłoniła przed kochanką męża, uniosła brodę, by rozpalonym licem sięgnąć jej policzka.
- Chcę ciebie - powtórzyła także ściszonym głosem, akcentując jednak ostatnie słowo, by pozbawić Mericourt wątpliwości. Pokonując palący na nadgarstku uścisk, sunęła dłonią niżej, mijając wypukłość łona, na jakim się się zatrzymały. Niepozbawione lekkiego drżenia palce znaczyły opuszkami główki ułożonych rzędem guzików, nagięły gruby materiał czarnej sukni, wsuwając się w zgłębienie między udami.
Deirdre mogła wreszcie otrzymać odpowiedź na palące ją od początku spotkania pytanie. Gdyby tylko uniosła dłoń, osadzając ją w talii doyenne, mogłaby wyczuć, iż ta nie jest skrępowana żadnym gorsetem. Mogła jej ulec, poddać się kierującej nią ręce, skazując na łaskę i niełaskę czarownicy. Chciała oddać jej kontrolę, to całe panowanie, na którym tak bardzo jej zależało, o czym świadczyło każde z padających z ust jej słowo, o czym mówił każdy z wykonywanych przezeń gestów. Zrobiłaby to, dla niej, byleby tylko pozwoliła sięgnąć swoich ust.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Ptaszarnia [odnośnik]21.03.22 16:56
Spokojna wypowiedź Evandry nie wymagała potwierdzenia, Deirdre zacisnęła tylko mocniej usta – tak, ich spotkania pozostawały tajemnicą, choć wolała zamknąć je w kategorii wieści niezbyt nestora interesujących, ot, nie mówiła mu przecież o każdym towarzyskim kontakcie, który nawiązywała. Naiwne tłumaczenie, głupie, absurdalne nawet w jej głowie, ale trzymała się go mimo wszystko kurczowo, a potem ukrywała pod coraz wyższymi falami zalewających ją skrajnych emocji. Podburzanych tylko stoickim dystansem zachowywanym przez półwilę, umykała zwinnie nie tylko przed werbalnymi ciosami, ale i przed nawet najcelniejszą szpilką – i w pewien sposób szczerze to Mericourt imponowało. Zazwyczaj to ona kontrolowała całą konwersację, niewzruszona nawet znacznie intensywniejszymi złośliwościami czy groźną głębią tematów. Świadomość, że w tej sytuacji natrafia na ścianę, na gładki pomnik idealnej arystokratki, wzniecała coraz wyższe płomienie gniewu. I poczucia niesprawiedliwości? – A ty na prawie żadne nie odpowiadasz. Nie jestem godna prawdy? Szczerej rozmowy? – odparła szybko, mrużąc prowokująco oczy. Odgarnęła zamaszystym gestem włosy znad ramienia, nerwowo, nigdy nie używała tak prostych gestów do poradzenia sobie z napięciem, lecz przy Evandrze ostateczne określenia dotyczące czasu ulegały samozagładzie. Chciała usłyszeć w końcu coś, co pozwoliłoby się jej uspokoić – i wbrew pozorom nie liczyła na słodkie, szczęśliwe zakończenie tożsame z zapewnieniem, że lady doyenne nie planuje skrzywdzić kochanki męża. Identyczną ulgę odczułaby słysząc coś przeciwnego, przynajmniej wiedziałaby, na co się przygotować. Nienawidziła niepewności. Może dlatego ciągle nieco drżały jej ręce, a świadomość, że Evandra wbija uporczywy wzrok w jej plecy, raniła na równi z zbyt mocno rzuconą Sectusemprą.
- Byłam – skłamała gładko, bez zająknięcia, również odruchowo spoglądając na wdowią obrączkę z rubinem. Bastien Mericourt, ukochany mąż, wzór cnót, ojciec jej dzieci. Powtarzała jego życiorys i opiewała sukcesy tak często, że nie miała najmniejszego problemu z zareagowaniem tak, jak powinna. Długie miesiące La Fantasmagorii zamieniły fikcję w niezaprzeczalny fakt, a skośnooką dziwkę w egzotyczną opiekunkę śmietanki artystycznej. Wszystko to: dzięki Tristanowi. Naprawdę to od niego zależało całe jej życie, wszystko, co osiągnęła i co kochała, mogło zniknąć za jedną jego decyzją. Te bywały nieprzewidywalne, karcił ją za to, z czego była dumna, gnębił za to, co sprawiało jej radość. – A Bastien był pierwszym i jedynym. Przez długi czas - zawahała się, wkraczała na niepewny grunt, nikomu nie zwierzała się z tak intymnych detali nieistniejącej relacji. – Tristan pojawił się dopiero pod koniec jego życia – zakończyła głucho, wpatrując się w przeskakującego z gałęzi na gałąź barwnego ptaka, zapewne papugę. Tak, jakby nie chciała patrzeć w oczy Evandrze i przyznać się do zdrady, nawet tej fikcyjnej. Popełniła wiele grzechów, mordowała i torturowała, lecz pozostawała wierna – jedyna cnota, jaka jej pozostała.– To nie jest istotne, Bastien nie żyje. Widocznie tak miało być – powiedziała po dłuższej chwili niewygodnego milczenia. Nie lubiła mówić o sobie, była lustrem, doskonałym zwierciadłem ludzkich emocji i pragnień, nieudolnym w tym jednym, najbardziej frustrującym przypadku. Uchwycenie prawdy bijącej z jasnych oczu półwili nie było możliwe, milczała, zbywała ją, odgradzała się murem, a to doprowadzało Deirdre do stanu bliskiego furii. Bała się – też, paradoksalnie i zaskakująco, o nią, zwłaszcza po zbytym pytaniu o zdradę. Musiała znać prawdę. Po to, by ją ochronić - i ochronić siebie, gdyby Tristan dowiedział się o tak haniebnym zachowaniu żony, mógł zmieść z powierzchni ziemi nie tylko samą półwilę, ale i całe hrabstwo, ba, całą wschodnią część Anglii.– Odpowiedz– ponagliła tonem nie znoszącym sprzeciwu, groźnym, poważnym, po raz pierwszy podczas tej rozmowy przypominającym przejęty, prawie troskliwy - ale jednak rozkaz. Czekała cierpliwie, nerwowo, choć frustrację budził nie tylko słuszny lęk o destrukcyjną furię Tristana, ale i zachowanie Evandry, jej bliskość, jej gorący oddech, jej błękitne spojrzenie, jej lśniąca cera, jej złote włosy; jej wszystko, esencja kobiecości, eterycznego czaru, złudnego blasku, jaki oddziaływał na nią prawie tak, jak na zaślepionych wilim czarem mężczyzn. A przynajmniej taką miała wymówkę, tak, to genetyczne szaleństwo - wynikające z nieludzkiego pochodzenia i porzuconego nazwiska przodków - mąciło w głowie zbyt mocno, by mu się oprzeć. I by zaprzestać prowokacji; później miała już nie pamiętać jakim cudem znalazły się tak blisko, stukot kieliszka uderzającego o blat poniósł się po oranżerii echem, strasząc ptactwo, ale Deirdre nie zwracała na to uwagi. Liczyła się tylko niemoralna bliskość, magnetyczne napięcie między skrajnie różnymi kobietami - i wszelie wyładowania elektryczne, emocjonalne i masochistyczne pomiędzy, napędzające ją do destrukcyjnego działania. Palce zaciskały się na delikatnym nadgarstku Evandry coraz mocniej, boleśnie, tak, jak kurczowo przytrzymywały różdżkę przy rzucaniu morderczych zaklęć. Tym razem przywołujące do życia coś dzikiego, nieokiełznanego - i swej prawdzie równie ostatecznego.
W końcu otrzymała bowiem szczere emocje, czystą esencję lęku i pożądania. W końcu - coś nieprzewidywalnego, wywracającego na nice wszelkie stereotypy skumulowane wokół relacji kobiet, które powinny się nienawidzić. Emocje odmalowane ciemniejącym błękitem oczu, różaną poświatą rumieńca pożerającą nieskalanie bladą skórę, słyszalne w przyśpieszonym oddechu, tańczące pulsem w palcach sunących dalej, głębiej, wulgarnie, niemoralnie przekraczając wszelkie granice, próbując wyrwać się spod uścisku.
Po tym, co ujrzała w oczach żony Tristana i co usłyszała w powtórzonym wyznaniu, nic nie miało już pozostać takie same. Puściła jej dłoń, wiedząc, że pozostawiła po sobie ślady; nie miała męskiej siły, ale długie, mocne palce na pewno odbiły się na wrażliwym nadgarstku slachcianki - sekundę później przesunęły się wyżej, wzdłuż talii, krągłości biustu i przerażająco delikatnej szyi Evandry, by finalnie wsunąć się we włosy, drapieżnie, ostro, wyrywając przy tym kilka kosmyków. Zacisnęły się na nich, odgięły głowę do tyłu: Deirdre przyciągnęła ją mocno, blisko siebie, niemal usta przy ustach, lecz bez romantycznego zamknięcia oczu. Trzymała ją zarówno jak mężczyzna kochankę, gotów do pełnego pasji pocałunku - ale także jak drapieżnik obnażający kły przed rywalem: dysząc mu prosto w usta, mierząc zwycięskim spojrzeniem. - Kompletnie oszalałaś - wyartykułowała ostro, krytycznie, prawie bezgłośnie, właściwie nie słysząc swego głosu przez dudnienie szumiącej w uszach krwi. Mówiła do siebie, lecz skąd lady doyenne mogłaby to wiedzieć? Czyż to nie w jej genach kumulowało się obłąkanie pokoleń, wzbogacone jeszcze o półwili czar?
Pocałowała ją, mocno, ostro, w pozbawiony najdrobniejszej delikatności sposób - pieszczota nie trwała długo, przypominała kąsanie, udowodnienie zmysłowej dominacji, a Deirdre, paradoksalnie, była myślami bliżej Tristana niż Evandry. Od kilku miesięcy podświadoma potrzeba upodobnienia się do śmierciożercy, dorównania mu, smakowania życia tak, jak on, kierowała jej poczynaniami, finalnie doprowadzając do skrajności - nie mogła być mu bliższa niż w tym momencie, gdy kosztowała ust czarownicy noszącej ślubną obrączkę z częścią jego duszy. Jedna dłoń dotychczas przytrzymująca kark półwili ponownie zsunęła się w dół, po plecach, zatrzymując się na talii, tuż przy biodrze: gest zaskakująco męski, w namiętności skośnookiej nie było ani grama delikatności, subtelności czy romantycznego, podyktowanego przyjaźnią czaru; przebijała się bezwstydna, żarliwa niecierpliwość, chęć unieruchomienia Evandry, obezwładnienia coraz głębszym pocałunkiem - na przekór, prowokacyjnie, bo czyż nie tego właśnie chciała? Nie o to prosiła - bo przecież nie rozkazywała; nie, tak Deirdre nie mogła tego widzieć, zakrywając żal, zazdrość i gniew jedynym, co skutecznie uwalniało ją od emocji: pulsującym furią pożądaniem.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Ptaszarnia [odnośnik]29.03.22 20:26
Obserwacja tonu Deirdre, jej zachowania i sposobu prowadzenia rozmowy pozwalała Evandrze wnioskować, iż musiała być ona mocno wyprowadzona z równowagi, albo i zwyczajnie szalona. Jak wiele razy miała ją zapewniać o swej prawdomówności? Jakie słowa będą dla niej przekonujące, co zagwarantuje, iż nie ma niczego złego na myśli; nie chce jej zwolnienia ani żadnej innej krzywdy? Coraz jaśniejszym było, że madame Mericourt wcale nie oczekuje szczerości, tylko tego, co ją uspokoi. Wysnuła w swej głowie plan, jedyny słuszny, jaki doczekać miał się spełnienia bez względu na prawdziwą rzeczywistość. Oczekiwała złości żony swojego kochanka, chciała sztampy, wielokrotnie utartych schematów, prostoty i oczywistości. Jasnego szablonu, klarownych instrukcji i drogowskazów, którymi mogłaby podążać, odhaczając jeden za drugim, doskonale wiedząc co czeka na następnym kroku. Problem polegał jednak na tym, że lady Rosier nie zamierzała trzymać się żadnych z tych powszechnie znanych zasad. Chciała tworzyć własne, kierując się intuicją, zawierzać instynktowi. Dążyła do tego, by poddać się pokusie niszczycielsko kuszącego, nieznanego dotąd pragnienia. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, zapewne porzuciłaby raz powzięty plan, doszczętnie paląc za sobą ten most. Po co tracić nerwy i marnować czas na kogoś takiego - rozpaczliwie niezdecydowanego, przestraszonego, żyjącego we własnej klatce? Pierś Evandry uniosła się w głębszym, choć cichym westchnieniu. Czy naprawdę jedynym sposobem, by zatrzymać ją wciąż przy sobie, było podążanie tak upragnionym przez Deirdre torem? Zagrać w jej grę, dać to, czego chce? Mogła posłużyć się kłamstwem i wprawną manipulacją, czymże jednak różnić się to będzie od niemal każdej relacji, jaką zawiązuje na salonach? Ta miała być inna, wyjątkowa, a będzie czym? Kolejną wydmuszką?
”Tak miało być”, kącik ust Evandry uniósł się ku górze, nie potrafiąc ukryć błąkającego się nań kpiącego uśmiechu. Najwygodniej było przecież przypisać własne przewinienia przeznaczeniu, okrutnemu losowi, który wbrew naszej woli skazuje na klęskę, z jakiej nie sposób się podnieść. Krótkie wyznanie o mężu przyjęła z pewnym niezadowoleniem, jakby spodziewała się, że historia ta będzie wyłącznie uknutym kłamstwem, mającym być przykrywką dla nieskazitelnej opinii dla niej i nestora Rosier. Drążenie tematu nie przyniosłoby satysfakcji, porzuciła go więc równie prędko, co poruszyła w obawie przed poznaniem szczegółów, które tylko przyprawiłyby ją o mdłości. Dostała wszak już potwierdzenie, że ze swą kochanką Tristan był jeszcze przed własnym ślubem. W jednej chwili poczuła kładące się na ramiona ciężar. To czysta nienawiść oraz rozpacz biły od Deirdre, która nie dość, że chować musiała męża, to jeszcze została skazana na obserwowanie, jak ukochany poprzysięga oddanie innej. Sytuacji wcale nie poprawiał fakt, iż umieszczono ją w La Fantasmagorie. Balet miał być dlań nagrodą, zadośćuczynieniem, łatwym usprawiedliwieniem częstych spotkań, lecz jak prawdziwie czerpać z nich przyjemność, kiedy teatr był prezentem dla innej? Naraz wszelkie przykrości, podejrzenie spisku czy doszukiwanie złośliwości stały się jasne. Zapewnianie o jego wielkiej miłości do małżonki, usilna próba wybielenia go w oczach doyenne, wielka determinacja w kolejnych próbach, by Evandra uwierzyła w jego nieskazitelność - wszystko to skazane było na niepowodzenie. Serce półwili zostało już złamane, a któż mógłby zrozumieć to lepiej, niż Deirdre?
- Masz rację - zgodziła się wreszcie, zabierając wzrok od czerni pleców czarownicy. - Nie jestem z tobą do końca szczera. Zresztą tak, jak i ty nie jesteś. - Akt uległości i poddania nigdy nie był opcją, co można było wnioskować już od pierwszego ich spotkania. - Szukasz we mnie skaz, by usprawiedliwić siebie? - Ostrość tonu Deirdre działała na nią rozjuszająco, lecz nie zamierzała pozwolić jej na wyprowadzenie siebie z równowagi. - Nigdy nie zdradziłam Tristana - cedziła każde słowo z osobna, dając wyraz swojemu triumfowi. Swej słabości wobec innych nie traktowała jak złamania przysięgi, zwłaszcza teraz, gdy miała potwierdzenie, że nie była w tym odosobniona. Szukała na twarzy Deirdre nerwowego drżenia, jakie świadczyłoby, że sprawiła jej zawód. - Rozczarowana?
Gwałtowność ruchów była równie zaskakująca, co inspirująca. Bezwstydnie wyciągała na wierzch skrywane w głębi pragnienia doświadczenia czegoś nowego, innego od dobrze znanej codzienności. Przyzwyczajona do delikatnych objęć i słodkich pocałunków nie była przygotowana na nagły ból, szybki gest zmuszający do poddania, jakiemu nie zamierzała się ani dłużej opierać. Półwila natura i dziewczęcy czar nakazywały specjalizować się w kuszeniu, subtelnej ulotności, która miała pobudzać innych do pokonania i przekroczenia własnych granic, do wyznaczenia ich na nowo na planie, w którym rządził instynkt, zamiast wyuczonych gestów uprzejmości. Naprędce wstrzymane powietrze zamknęło się w kobiecej piersi, by umknąć zaraz w wyrwanym westchnieniu. Wszelka myśl uciekła w zapomnienie, ustępując miejsca tętniącemu pożądaniu dalszej ekscytacji. Dotarł do niej głos Deirdre, ale podświadomość wypchnęła logikę, nie pozwalając na żadną analizę czy odniesienie się do jej słów. Czego od niej oczekiwała? Potwierdzenia, skruszonej miny, pospiesznej ucieczki? Szaleństwo towarzyszyło jej od lat, dotychczas nigdy nie osiągnąwszy apogeum, jakiego miałaby się wstydzić, jednocześnie piętrząc dowody na chwiejność i niestabilność półwilego umysłu.
Pierwszy raz w całym swym krótkim życiu kosztowała kobiecych ust, wcale nie mniej miękkich, niż jej własne. Nie sposób było dłużej utrzymywać silnego spojrzenia, z przymkniętymi powiekami oddając się chwili. Poznana jej gwałtowność Tristana pozwoliła domyślać się kim Deirdre może naprawdę być, ale nie mogła przecież spodziewać się tego. Wiedziona odruchem dłoń czarownicy prędko odnalazła drogę do ciasno oplecionej czernią materiału szyi madame Mericourt, zaraz znacząc delikatnym, choć wcale nie ostrożnym dotykiem jej policzka. Nadgarstek palił wciąż świeżym śladem zaciśniętych nań wcześniej palców, ból ten pulsował przyjemnie, drażniąc pobudzony głód, ośmielając do kolejnych kroków. W odpowiedzi na dzikość Śmierciożerczyni pogłębiony pocałunek Evandry miał w sobie niezwykłą delikatność oraz czułość, zupełnie ignorując fakt, że chwila ta może się zaraz skończyć. Z zadowolonym pomrukiem, ciepłem warg i subtelnością goszczącego języka chciała rozsmakować się w chwili, nim zostanie odepchnięta i ponownie nazwana szaloną, nim pulsująca w głowie krew przyprawi o omdlenie.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Deirdre Mericourt [odnośnik]30.03.22 21:51
Zawiodła samą siebie tym spotkaniem - nie tylko dlatego, że uległa pokusie i pojawiła się pokornie w Chateau Rose, kierowana pozornie racjonalną potrzebą poznania motywacji lady doyenne. Deirdre potrafiła dopasować się do najtrudniejszej sytuacji, zmieniała barwy jak kameleon, krwistoczerwone, wojenne, pełne rażącej pasji i te budzące lodowaty dystans; radziła sobie w najbardziej krytycznych momentach, dzielnie zwyciężała konwersacyjne potyczki z doświadczonymi arystokratami, potężnymi czarnoksiężnikami, ba, nawet z pradawnymi istotami - choć tu triumfowała najrzadziej, płacąc jednocześnie najwyższą cenę, a najwidoczniej nie potrafiła nad sobą zapanować przy byle kobiecie. Czarownicy sporo od niej młodszej, która ledwo opuściła czas niewinnej dziewczęcości; wiedźmy pozbawionej - stereotypowo - sprawczej siły, zwykłej perełki, upragnionego skarbu zdobytego finalnie przez Rosiera, by na ślubnym kobiercu odebrać to, co sobie wymarzył. Nie doceniała Evandry, znała ją od dawna, tak długo jak Tristana, rysowała jej smukłą, skrzącą się od półwilego czaru sylwetkę przez lata, to przecież do niej wzdychał ulubiony gość Wenus. To o niej opowiadał spowity narkotyczną mgłą, to jej imię zdarzało mu się chrypieć w otumanieniu przyjemnością; Evandra towarzyszyła im często, zwłaszcza na początku namiętnej znajomości - później rozmywała się, a im rzadziej imię szlachcianki drżało w ustach Tristana, tym większą zazdrość budziło ono w Miu. Jasnowłosa miała przecież wszystko, życie jak z baśni, księcia u swego boku, gotowego spalić świat, by mieć ją całą; paląca zawiść narastała niczym czarnomagiczna narośl, niemal się pod nią ugięła, cierpiąc katusze w czasie, gdy całe Kent wybuchało radością nowożeńców - by potem prysnąć w prywatnych tragediach. Przeszły więc razem długą drogę, ale tylko Deirdre zdawała sobie sprawę z trudności tej ścieżki. Być może dlatego spoglądała na Evandrę tak ostro, tak opiekuńczo i tak wrogo zarazem, jakby tym samym gestem chciała sięgnąć jej piersi w namiętnej pieszczocie i zarazem rozedrzeć delikatną skórę głębiej, chwytając w długie palce powoli bijące serce.
- Nie muszę się usprawiedliwiać. Robię to, co muszę - i chcę - i to, czego on potrzebuje - odparła od razu, już nie tyle chwiejąc się na krawędzi emocjonalnej przepaści, co już spadając poza grań, pozbawiona jakiegokolwiek zabezpieczenia. Kocie oczy rozpaliły się ogniem, nieprzyjemnym, groźnym, lecz prawdziwie szczerym. Troszczyła się o nią, o Tristana, o to, co łączyło małżeństwo Rosierów. Idealne, propagandowo i romantycznie, będące gwarantem politycznej siły. Nienaruszonej, wyznanie półwili sprawiły, że ramiona Deirdre rozluźniły się, lecz płomień w spojrzeniu badającym uważnie każdy cal twarzy Evy pozostał tak samo silny. - Rozerwałby cię na strzępy, gdybyś to uczyniła. Dosłownie - powiadomiła ją tylko cicho, nie musząc nawet zaprzeczać: w rysach twarzy śmierciożerczyni nie sposób było odnaleźć choćby cienia rozczarowania, jeśli już: malowała się na w nich ulga. Krótkotrwała, rosnące między nimi napięcie nie pozwalało się zrelaksować, otaczająca ich aura zacieśniała się, gęstniała, prawie dusiła, skutecznie niwecząc podszepty zdrowego rozsądku.
Ktoś może was zobaczyć. Co ty właściwie robisz, Deirdre - i co ważniejsze, dlaczego? Czy właśnie skazujesz się na wyrok śmierci z ręki Tristana? Czy naprawdę sądzisz, że przez to - przez nią - zdołasz zbliżyć się do niego jeszcze bardziej? Co ci to daje, co daje ci ona - idealna, zakazana, wroga, wywołująca skrajną nienawiść?
I skrajną tęsknotę za czymś, czego nigdy nie będziesz w stanie posiąść?
W ciele Deirdre odezwała się złośliwa chęć zagarnięcia niemożliwego, przekroczenia kolejnej granicy, sięgnięcia po coś, co zakazane, obce, należące tylko do Tristana. Na złość jemu, im - lub by poczuć się mu jeszcze bliższa, jak druga skóra, oblekająca go cały czas. Gdy mordował - i gdy kochał się z żoną, pieszcząc jedwabistą skórę lśniącą od półwilej magii. Nie mogła tego powstrzymać, już nie. Popchnęła Evandrę do tyłu, na barek, mało delikatnie, ciągle przytrzymując za kark, całując jeszcze głębiej i mocniej, choć kilka sekund temu wydawało się to wprost niemożliwe. Cichy pomruk, wibrujący w delikatnych ruchach języka pólwili tylko ją rozochocił, iskry wybuchły w mrok nieba jeszcze żarliwszym pożądaniem - a więc dlatego ją tak kochał, dlatego jej pragnął, dlatego rzucał do stóp cały świat. Zaczynała to rozumieć, coś w czułym pocałunku budziło w niej najgorsze, najbardziej prymitywne demony, niskie żądze. Zbrukać, zniszczyć, porwać; zgnieść, rozerwać, pożreć. Nasycić się niewinnością, romantyzmem, słodyczą; zadławić się błogą rozkoszą płynącą z przedłużającego się pocałunku.
Z całej siły przygryzła dolną wargę kobiety, nie bacząc na jej protesty, a miedziana krew rozlała się po ich ustach. Deirdre zareagowała instynktownie, tym razem to ona zamruczała z zachwytem, zlizując czerwoną maź z różanych warg; delikatność skontrastowana z agresją; uwielbiała smakować sprzeczności. I szaleństwo, bezpardonowo wsunęła dłoń pod zwiewną suknię Evandry, ostre paznokcie znaczyły ścieżkę od kolana aż do biodra, rozrywając delikatny materiał pończochy. Tak, półwila była szalona, Deirdre - również, nie potrafiła się jednak zatrzymać, nie teraz, gdy czuła gorąc ciała Evandry, miękkość skóry uda, krągłość biodra, kuszącą, zapraszającą, wrogą: bo symbolizującą zależność od Tristana.
Nie mówiła już nic więcej, nie potrzebowała słów, język wsunął się jeszcze głębiej w usta pólwili, wręcz wulgarnie, na granicy dyskomfortu - a chłodne palce pod materiał jej drogiej bielizny. Jedwab sunął po skórze, ale nie nim się zajmowała, odważnie i niemoralnie sięgając niżej, głębiej, pomiędzy wilgotną ciasnotę ud. Warknęła ostrzegawczo pomiędzy drapieżnymi pocałunkami, wyczuwając próbę wyswobodzenia się; nie było na to miejsca. Nie przejmowała się też ewentualnym protestem, druga ręka dalej przytrzymywała półwilę za kark, kontrolując, władczo, biodra zaś przypierały do bioder. Za nimi znajdowała się drewniana konstrukcja barku, butelki szklistym crescendo odpowiadały na ruchy palców Dei, lecz nie przejmowała się tym w ogóle, pieszcząc Evandrę śmielej, umiejętnie, unieruchamiając ją między bogato zdobionym meblem a własnym ciałem, w potrzasku - groźnym i rozkosznym jednocześnie. Wiedziała, jak powinna dotykać drugiej kobiety, by doprowadzić ją do stanu błogiego uniesienia, Wenus słynęło z safickich pokazów, lecz sama Miu ich nie lubiła; coś w eksploatowaniu drugiej czarownicy ku uciesze publiczności gorszyło ją bardziej niż usługiwanie żonatym arystokratom. Tu jednak znajdowały się w innym kontekście, władczym, sama rozkoszowała się dominacją, urywanym oddechem Evandry - i bliskością Tristana; czy pieścił swoją żonę równie wprawnie, co ona? Czy też spijał z jej różanych ust kolejne westchnienia, czy wbijał paznokcie w miękki kark, czy wdychał słodki aromat złotych loków, drżących wśród zarumienionej twarzy? Deirdre zapomniała się, lecz nie zapomniała o nim. I o tym, kto łączył ich w tym momencie: piękny, oszałamiający, słodki w każdym aspekcie; w smaku, w zapachu, w lepiącej palce przyjemności i w odurzającym poczuciu triumfu, które przerywało oddech Mericourt w nierównym rytmie.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Ptaszarnia [odnośnik]05.04.22 15:57
Argumentacja Deirdre stale ją zadziwiała, pokazując obraz kobiety skrajnie od niej różnej. Próbowała ją zrozumieć, dostrzec podobieństwa, współczuć, możliwie zezłościć, byleby obrać jedno, konkretne stanowisko. Chciała wreszcie zrozumieć co tak naprawdę drzemało w jej własnym, półwilim wnętrzu, co nie pozwalało ostatecznie odciąć się od znajomości z madame Mericourt, ani też ustalić zasad porozumienia, wedle których inne szlachetnie urodzone kobiety radziły sobie z kochankami swych niewiernych mężów. Nie był to przecież pierwszy, odosobniony przypadek w historii, by obie kobiety utrzymywały pozytywne relacje, pozwalając sobie nawzajem na święty spokój. Tyle że lady doyenne Rosier chciała czegoś innego; czegoś, czego wciąż nie chciała potrafiła przed sobą przyznać.
Rozerwanie na strzępy wcale by jej nie zdziwiło, zaborczość Tristana potrafiła osiągać skrajne formy, choć nie było jej jeszcze dane poznać całego wachlarza możliwości męża. Słowa Deirdre skwitowała krótkim, wymuszonym uśmiechem, nie dostrzegając tu z jej strony żadnej sympatii. Nienawykła do otrzymywania podobnych gróźb nie odnajdywała w nich żadnej motywacji ani przestrogi. Jedyne, co kiełkowało w półwilej głowie, to pytanie czy złączenie ust z skośnooką czarownicą zostanie odebrane jako zdrada? Ryzyko, by ktokolwiek je tu dostrzegł, było niskie. Odprawiona do pałacu służba dostała polecenie, by prędko nie wracać, a reszta mieszkańców Château Rose niechętnie opuszczała ciepłe komnaty na wieczorny spacer po ośnieżonych ogrodach. Gdyby jednak ktoś zapuścił się w te okolice, jak powinny zareagować? Zakłopotanym uśmiechem i rozwianiem wątpliwości? Co, jeśli tym kimś okazałby się Tristan?
Kiedy już mogłoby się zdawać, że ciąg dalszy nie potoczy się tak, jak w Evandrowych snach, nagły, gwałtowny ruch przybija ją do mebla, którego drewniana konstrukcja wbija się w biodro, skutecznie blokując możliwość wycofania się. Syknęła z niezadowoleniem, krótko sunąc paznokciem po skórze policzka czarownicy, jakby chciała ją od siebie odepchnąć, bezskutecznie. Smak czerwieni rozlał się także we wnętrzu jej ust, metaliczność zmieszała się ze słodyczą pocałunku, skutecznie mieszając doyenne w głowie, nie pozwalając zdecydować czy jest jeszcze zainteresowana czy już oburzona zaistniałym obrotem spraw. Ucieczka wciąż była możliwa, wystarczyło oddać się furii, pozwolić sobie na utratę kontroli i potoczyć ognistą kulę. W jednej chwili nakreśliłaby granicę, wytworzyła dystans, przerwała szaleństwo, jakie nieuchronnie ściągało nań nieodwracalne fatum. Mrowiące wzbierającym się półwilim żywiołem dłonie prędko ogarnęło ciepło, przesuwane wzdłuż jasnego policzka Deirdre znaczyły gorącymi śladami, niemal parząc wzmożoną złością. Niszczycielska natura, choć skrajnie kapryśna i podążająca za pragnieniami, nie mogła wyrządzić krzywdy bez prawdziwej intencji. Skrzące się iskry utknęły pod cienką powłoką szlachetnej skóry, jedna dłoń powiodła na kark ku nasadzie kruczoczarnych włosów, wnikając między rozpuszczone kosmyki, by mimo przecinającego dolną wargę bólu, z wtórującym naciskiem nie dopuścić do rozłączenia ich ust.
Mimo pocałunków wzbraniała się przed bolesnym naciskiem i gwałtownością gestów, wprowadzając dodatkową sprzeczność. Usilna próba zaciśnięcia ud w odpowiedzi na bezczelny chłód dłoni na niewiele się zdała. Nagłe wtargnięcie nie było prośbą i nie oczekiwało zgody; było przekroczeniem wszelkich granic przyzwoitości, zasad wychowania, dobrego smaku czy moralności; było tym, do czego dążyła od początku dzisiejszego spotkania. Rozsunęła uda, podejmując się kapitulacji i kończąc tę nierówną walkę; zaskoczona własnym aktem poddania wpuściła ją do siebie. Ugięte kolano obleczone w poszarpany jedwab uniosło się, szukając oparcia, ułatwiając dostęp aroganckim palcom do spragnionej dotyku ciasnoty. Obcas jasnego, poprzetykanego złotą nicią pantofla wsparł się o misternie rzeźbioną, dekorowaną okładziną z szylkretu i mosiądzu ściankę barku, wzmagając melodię szklanego akompaniamentu. Druga dłoń uchwyciła ograniczające jej wolność biodro, jakby łudząc się, że wbijając weń zakończone migdałowymi paznokciami palce Deirdre naprze na nią jeszcze mocniej, pozbawiając resztek urywanego, płytkiego tchu. Topiąc się pod powstałym napięciem prędko odnalazła z nią zgodny rytm, odpowiadając ruchem bioder na każdy nacisk. Zachłannie spijała kolejne pocałunki i porzuciwszy raz przyjęte ramy przyzwoitości pchała się w objęcia nowego dlań doświadczenia, po raz pierwszy w życiu dając się ponieść pragnieniu kobiecego, wcale nie delikatnego dotyku.
Spełnienie przyszło szybciej, niż mogła się tego spodziewać, nim zdążyła zareagować przypływem trzeźwości umysłu, nim dotarła do niej świadomość potencjalnych konsekwencji. Ciało półwili napięte w niezwiązanym z romantyzmem uczuciu, wyzwolonym w pierwotnym pożądaniu uniesieniu, lepka wilgoć oblała palce Deirdre świadcząc o najwyższej aprobacie otrzymanej pieszczoty.
- Dość! - Niczym nieskrępowany okrzyk nagłej ekstazy wydarł się śpiewnym tonem i poniósł po przestrzeni ptaszarni, wnikając w gęstwinę bujnej, egzotycznej roślinności Nowej Gwinei. Wybrzmiewająca dotychczas w tle melodia harfy ustała nagle, słuchając donośnego polecenia; podobnie kryjące się w zaroślach ptactwo nie śmiało odezwać choćby cichym trelem, tkwiło w bezruchu w czujnym oczekiwaniu.
Drżące ciało Evandry trzymało się w zastygłej pamięci jednej pozy, nie śmiąc poruszyć się nawet o cal, jakby z obawy iż pozbawione oparcia runie nagle na kamienną posadzkę ptaszarni. Ostry, pulsujący na wardze ból świadczył o opuchliźnie skrytej za plamą krwi, a zaciśnięte dotychczas powieki rozchyliły się, niechętnie przyjmując doń promień rozświetlonych przy kanapach świec. We wpół przytomnym spojrzeniu wciąż jawił się strach, lecz nie wynikał on z przerażenia agresywną postawą Deirdre, a własną reakcją. Miała kontrolować sytuację, panować nad nią tak, jak zwykła rządzić się na każdym innym, biegłym sobie polu. Jest w końcu półwilą, zaznajomioną z kokieterią tak, jak żadna inna, a w jej żyłach krąży krew przodkiń, których moc nie może równać się z byle czarownicą, westalką baletu, wdową po Mericourcie, kochanką Tristana. Poniosła porażkę w walce, do której sama ułożyła zasady, wykwitły na szlacheckim licu rumieniec świadczył o wstydzie - ale czy na pewno? Czy przecież nie tego chciała, myśląc o kobiecie, z którą zdradzał ją mąż? Sprawdzić co świadczy o jej ewenemencie, co takiego ma w sobie, czego ona sama nie posiada? W czym jest słabsza, gorsza od tej, której lord Rosier pragnął tak bardzo, by wracać do niej od lat, mimo złożonych przysiąg?
- Teraz już wiem - zdołała rzucić jeszcze szeptem, bardziej do samej siebie, niż Deirdre, kiedy stała ze wzrokiem utkwionym w czerń jej tęczówek. W jej wizjach miał to być raz, tylko jeden, jedyny raz - a może jednak po raz pierwszy, skoro nieostudzone jeszcze myśli popychały, by ponownie sięgnąć metaliczności zaborczych warg? - Powinnaś wyjść. - Zebrała w sobie resztę sił, by wzmocnić ochrypły głos i zwolnić uścisk rąk. Między palcami dłoni wciąż czuła dotyk przesuwanej przezeń czerni włosów, a na szyi objęcia ciężkiego zapachu, przez jaki nadal kręciło jej się w głowie. Byłoby zdecydowanie lepiej dla nich obu, gdyby żaden z przypadkowych spacerowiczów ich tu nie zastał, nie w takim stanie.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Ptaszarnia [odnośnik]11.04.22 20:45
Usta Evandry smakowały ogniem.
Nie popiołem, jak te Tristana, kiedy wracał ze smoczego rezerwatu, a płomieniem, gorącym, drażniącym, zacierającym granicę między dyskomfortem a przyjemnością. Obydwa doznania jątrzyły spokój, wypaczały rozsądek, niweczyły egzekucję planu - o ile jakikolwiek posiadała. Pojawiła się w ptaszarni nieprzygotowana, rozgniewana, pełna żaru, który przerodził się finalnie w pożogę, gotową porwać ją za sobą w nicość. Kuszącą i budzącą lęk zarazem; nienawidziła nieznanego, a poruszanie się po krawędzi tego, co przewidywalne, przestało już intrygować, nigdy powiem nie spodziewałaby się, że konfrontacja z żoną Tristana zakończy się w ten sposób. W złączonych ustach - a nie w skierowanych ku sobie różdzkach lub siarczyście wymierzonych policzkach. Spodzewała się płomieni nienawiści buchającej ku egzotycznemu niebu, stworzonemu dla kaprysu szlachciców, a zamiast tego ogarniały ją piekielne katusze innego rodzaju, słodszego i bardziej destrukcyjnego jednocześnie. Delikatne, wypielęgnowane palce sunące po jej lodowatym policzku zdawały się zostawiać po sobie srebrzystą ścieżkę wilego popiołu, zadbane paznokcie mieniły się zapowiedzią harpich pazurów, lecz te nie przebiły skóry, nie rozdarły żuchwy, a jedynie wplotły we włosy. Prawie delikatnie w porównaniu z tym, jak traktował ją Tristan.
Ciągle o nim myślała. Boleśnie, masochistycznie - oddając własne cierpienie w sadystycznej pieszczocie. Całowała Evandrę, myśli ofiarowując ciągle łączącemu je mężczyźnie, robiła to przecież dla niego. Nie dla jego zadowolenia, nie; dla wzmocnienia więzi, dla poczucia tego, co mógł czuć on. Jakby choć na kilka złudnych, łamanych pocałunkiem oddechów mogła stać się nim, poczuć pełnię potęgi, pełnię władzy; powzięła głęboki, spazmatyczny i ochrypły wdech prosto z smakujących winem ust półwili, mając surrealistyczne wrażenie, że wraz z słodyczą odbiera jej również część wspomnień. Doświadczeń pierwszego pocałunku po złożeniu małżenskiej przysięgi - lub raczej tego skrytego już za woalami sypialni młodej pary, gdy Tristan mógł obnażyć skalę kierującego nim od lat pragnienia. Całował ją - całowali? - zbyt mocno, by pokazać to publicznie; Deirdre nie przeszkadzały ani wplecione we włosy palce, ani niewygodna pozycja, ani nawet jasny przekaz spiętego ciała Evandry. Napięte mięśnie, zaciskające się biodra, napierające na nadgarstek; nie uległa, zaśmiała się cicho, perlisty chichot stłumił jednak pogłębiony pocałunek. Dlaczego się wyrywała, dlaczego próbowała przerwać to, czego najwidoczniej sama wypatrywała? Mericourt nie potrafiła pojąć rozumowania lady doyenne, nie mieściło się w żadnych, nawet absurdalnych, ramach - dlatego pozwalała pociągnąć się w przepaść chaosu, chwytając się jedynego narzędzia, które pozwalało uzyskać choć namiastkę kontroli nawet w wypaczonych warunkach. Zabawa pożądaniem umożliwiła przetrwanie Wenus, dawała przewagę w kryzysowych sytuacjach, i teraz - przynosiła nie tyle ulgę, co poczucie sprawczości. Władzy. Nad wilgotniejącym ciałem, nad małżeńską wiernością, nad tym, co je dzieliło i łączyło. Władzy...ulotnej, zbudowanej na kłamstwie, głupiutkiej grze w udawanie - bo tak naprawdę każdy ruch wzmagający euforię półwili sprowadzał na samą Deirdre upokorzenie. Dała się sprowokować, porwać toksycznym przekonaniu, że namiętność rozwiąże wszystkie problemy; znów stała się zabawką w rękach kogoś z rodu Róży. Chwilową rozrywką w chłodne popołudnie, pacynką, popchniętą do szaleńczego tańca w rytm wygrywanej przez szlachciankę melodii. W Evandrze wrzała krew wili, krew Lestrange'ów - kto więc kogo wykorzystywał, kto zmuszał do ulegnięcia własnej woli? Pieszczoty Dei przybrały na sile i zmysłowości, już nie całowała półwili, a jedynie kąsała kąciki ust, by móc śmiało spoglądać na wykrzywiającą się twarz Evandry. Taką widział ją Tristan, taką ją wziął w dniu ślubu - tylko o tym myślała, czując galopujące bicie własnego serca, ranionego w tym plugawym momencie pod wszystkimi możliwymi kątami.
Rozkosz arystokratki nie dała jej satysfakcji, nie takiej, jakiej oczekiwała; zaskoczyła ją szybka reakcja wdzięcznego ciała, rozgrzanego, wręcz niecierpliwego, wyczekująco tego, co niewyobrażalne. Nie tego spodziewała się po żonie nestora, która przez długi czas pojawiała się wyłącznie w opowieściach i wyobrażeniach. Wyniosła, majestatyczna, lodowata, obojętna, nudna; oszałamiająco piękna, lecz zarazem pusta, ograniczona konserwatywnym wychowaniem, ociosana z wszelakiej niemoralności. Rzeczywistość okazała się inna - a może to ona, Deirdre, ją degenerowała, sprowadzając z wyżyn uwielbienia do brudnego bruku? Naśladowała Tristana, nawet teraz, spoglądając z aroganckim samozadowoleniem na przyjemność, powoli opuszczającą śliczną twarz półwili. Rysy się rozluźniały - i spinały w lęku, w dezorientacji, w gniewie? Mericourt nie odsunęła się nawet na cal, z jedną dlonią ciągle skrytą pod uniesionym materiałem spódnicy. Zerknęła w dół tylko raz, odsłonięta łydka, kolano, udo; kolejny dowód na otwartość lady doyenne, o jaką by jej nigdy nie podejrzewała.
- Jeszcze nic nie wiesz, ma poupee - wyszeptała parafrazując określenie, jakim obdarzał ją Tristan; uniosła dłoń do jej twarzy, by pieszczotliwie przesunąć wilgotnym od ekstazy palcem po policzku, a później jego opuszką obrysować spuchnięte od pocałunków i pokąsań usta półwili. Chciała, by posmakowała własnej niemoralności; plugawego występku przeciwko temu, w co wierzyła i co przysięgała. Nawet jeśli się broniła, długie i mimo wszystko chłodne palce Deirdre odnalazły jej usta, stuknęły o równe zęby, a potem - zniknęły. Tak jak i ona cała, w jednym momencie znajdowała się z nią w intymnym uścisku, a po sekundzie dwa metry dalej. Od razu kierując się ku ławce, z której porwała płaszcz. Gorąc tylko się wzmagał, zalewając ją zimnym potem, lecz zarzuciła ciężkie okrycie na ramiona; materiał zawirował wokół jej smukłej sylwetki, nim oblekł ją kolejną warstwą mającą stanowić złudne bezpieczeństwo. Nie obejrzała się już na Evandrę i choć na usta cisnęły się setki słów - słowa zjadliwe, nienawistne, tęskne, rozpaczliwe, prowokujące i gniewne - to finalnie nie padło żadne z nich, a Deirdre zniknęła za sklepieniem liści, tłumiąc w sobie chęć wrzasku.

| ztx2 :pwease:



there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Ptaszarnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach