Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Wyke Regis
AutorWiadomość
Wyke Regis [odnośnik]16.02.21 23:44

Wyke Regis

Wioska Wyke Regis, niegdyś zamieszkiwana przez niemagiczną część brytyjskiego społeczeństwa, po wojnie mugoli całkowicie opustoszała i pozostała niezamieszkałe jeszcze na kilka lat po zakończeniu konfliktu.
Wtedy pojawili się pierwsi czarodzieje, zajmując puste domostwa. Być może wielu z nich miało już dość tłocznego Londynu gdzie spokój zaburzały coraz to nowe ekscesy władzy. Wybrali życie w spokojnym Wyke Regis z dala od ferworu wielkich miast, parając się hodowlą i uprawą. Kilkanaście lat później pojawiło się tu zaledwie kilka nowych budynków, a zamieszkujący wioskę czarodzieje stworzyli tu harmonijną, zamkniętą społeczność, która wiodła spokojny tryb życia, nienaruszony niepokojącymi donosami nadchodzącymi ze stolicy. Przynajmniej do czasu.
Budynki skupiają się wokół głównej drogi, prowadzącej na szczyt urwiska, a wokół niej rozpierzchło się kilka gospodarstw, do których prowadzą ubite, polne ścieżki. Jest tu tylko jedna karczma, a nowoprzybyli traktowani są tam z dużą rezerwą. Mieszkańcy wioski wyczuwają ich na mile i niezbyt ufnie przyjmują ich obecność. Wyke Regis żyje swoim własnym tempem dyktowany zmianami kolejnych pór roku. Z dala od wielkich konfliktów, pokojowo traktując mugoli zamieszkujących sąsiednie miejscowości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Wyke Regis [odnośnik]25.02.21 22:45

15 XI

Niech nie gada, tylko szyje.
Wąskie wargi szwaczki wygięły się w krótkim wyrazie niezadowolenia. Pani Riggs zdawała się być czarownicą, która nie lubi niezobowiązujących rozmów, jakiegokolwiek szumu utrudniającego jej prace. Spośród tak wielu czarodziejów zamieszkujących Wyke Regis jednak to ona już od kilku dobrych godzin pochylała się nad nierównym ściegiem uzdrowicielki, próbując nadać kształtu połączonym skrawkom materiału. Budziła tym szacunek przeszyty irracjonalnym lękiem, jakby kobieta miała zaraz wyciągnąć leszczynową rózgę i zdzielić ją po palcach. Mildred była jednak cierpliwą nauczycielką, co prawda niezbyt przebierającą w słowa, cierpką. Mimo wszystko przyjęła na swoje barki te zobowiązanie bez niczego w zamian. Ścieżka do niej wiła się od siostrzenicy starej Millie, która była jednym z uchodźców zamieszkujących oazę. Ta miała skontaktować się z ciotką i tak udało im się do niej dotrzeć.
Nadchodziła zima. Najsroższa, z tych które dane było im przeżyć. Spotęgowana mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami, przeszywająca kości strachem o przyszłość.  W Oazie brakowało nie tylko artykułów pierwszej potrzeby, ale brakło też ubrań na zimę, wystarczającej ilości koców. I to nie tylko dla tych, którzy zamieszkiwali ponurą wyspę, ale też tych, którzy kryli się w zakamarkach całej Wielkiej Brytanii, próbując przetrwać każdy kolejny dzień. Nie łatwo było znaleźć kogoś kto zdecyduje się im pomóc, ale Mildred w tej kwestii pozostawała milcząca. Zamiast tego zagnała dwie czarownice do pracy, bo sędziwe, drżące dłonie nie znały już dawnej precyzji. W szarych oczach kryła się jednak bystrość. Przed jej spojrzeniem nie ukryła się żadna niedoskonałość.
Mimo wszystko jej obecność była osaczająca, gdy wsparta o drewnianą kulę chybotliwym krokiem, zatrzasnęła za sobą drzwi pracowni, Rose odetchnęła z ulgą. Spojrzenie zabarwione rozbawieniem, odnalazło te Hannah - Trochę mnie przeraża - zaczepiła ją, wyginając kącik ust. Nitka podążyła śladem srebrnej nitki, przebijając materiał, a palec w ostatniej chwili uciekł przed ostrym czubkiem igły.
Zdała sobie sprawę z tego, że dopiero teraz, pierwszy raz od długich godzin były same. Właściwie to pierwszy raz od dość dawna. Czas pędził nieopamiętanie, dni zlewały się ze sobą, wyznaczane rytmem pracy w lecznicy. Momenty przyjemności zamykały się w pustych, samotnych wieczorach w Killarney gdzie towarzyszyły jej tylko tomiszcza biblioteczki Vane’ów czy też w krótkich chwilach uśmiechu, gdy pędząc śladem Mel próbowały skraść ostatnie promienie jesiennego słońca. Nie mogła narzekać, niewdzięcznym było niedocenianie normalności, którą miała. Niewielu miało chociaż to. Śmierć okryła cieniem Upper Cottage. Egocentrycznym było skupianie się na tak błahych emocjach, ale  te towarzyszyły jej każdego dnia. Potrzeba bliskości rozlewająca się po umyśle. Potrzeba, która od bardzo dawna spychała na brzeg świadomości. Teraz wyraźniejsza. Sama nie potrafiła określić czy po prostu miękła, wariowała czy zostawiła już przeszłość za sobą, wyleczyła jej rany, by spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.
Czasami po prostu tęskniła za beztroską rozmowę, za iluzjoniczną ucieczką od ciężaru rzeczywistości. Za byciem sobą, kimkolwiek się stała. Za ciężarem emocji kogoś bliskiego, za dzieleniem się z nim swoim światem i skradaniem skrawków tego należącego nie do niej. - Jak ci idzie? - zapytała, przyglądając się pracy kuzynki zza jej ramienia. - Znalazłam trochę starych tkanin na strychu u taty, stare projekty, pewnie jeszcze babci. Pomyślałam, że spróbuje uszyć coś Melanie na jej urodziny, ale chyba mnie to jeszcze przerasta. Przynajmniej jak patrzę na to - powiedziała, unosząc materiał z lekkim zrezygnowaniem. Kiedyś w Londynie, po prostu nie miała na to czasu. Pracowała, zajmowała się Melanie, czasami wykonywała zlecenia prywatne, łatwiej było zanieść jej ubrania do krawcowej niż poświęcać czas na coś co ostatnimi czasy stało się niezbędne. Wysłużone ubrania domagały się naprawy, spódnice i sukienki stały się za szerokie, a nierówny szew, którym je zwężała po prostu irytował - nie lubiła bylejakości. Mel rosła z kolei jak na drożdżach, potrzebowała nowych, większych ubrań, a wynajmowanie krawcowej było luksusem, na który już nie mogła sobie pozwolić.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend




Ostatnio zmieniony przez Roselyn Wright dnia 18.03.21 19:53, w całości zmieniany 1 raz
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wyke Regis [odnośnik]06.03.21 11:39
W chwili, gdy przejęła całą spuściznę dziadka w Londynie i wzięła na swoje barki odpowiedzialność za przyszłość sklepu z miotłami, przestała myśleć o fachu zdecydowanie bardziej kobiecym i przydatnym w domu. Zwykle podstawowe umiejętności i odrobina magii pozwalały jej skutecznie zacerować skarpetkę, czy dziurę w koszuli choć nigdy nie wyglądało to szczególnie subtelnie. Ale teraz, kiedy sklep nie funkcjonował, a zapotrzebowanie na nowe malało; choć dbała o miotły ludzi, którzy potrzebowali sprawnego sprzętu miała więcej czasu na wszystko inne. Zarobione knuty ledwie starczyłyby jej na samodzielne życie. Przynosiła więc wszystko do domu, dokładając się rodzicom, bo razem było im łatwiej — i tam, w dalekiej Szkocji wciąż lepiej niż w pogrążonej w wojnie Anglii. Bieda była dostrzegalna szczególnie na przedmieściach Londynu, podziały się coraz silniej uwidaczniały. Ci, którzy stali po stronie Lorda Voldemorta i Ministra Magii żyli jak pączki w maśle, pomimo trudności ze zdobyciem żywności, podstawowych produktów, ingrediencji. Radzili sobie wyśmienicie, jak na realia, które stworzyli. A wszyscy pozostali, Ci, którzy uciekli, porzucając swoje dobytki i wszystko, co mieli zaczynali żyć w skrajnej nędzy. Część uciekinierów — mugoli, mugolaków i zwolenników Harolda Longbottoma znalazło się w Oazie. A tam, na maleńkiej wysepce pośrodku niczego zima, która się zbliżała nieubłaganie miała być surowa, dotkliwa i uciążliwa. Ludzie, którzy spali na plaży z braku innego miejsca do odpoczynku, pomimo nieustannie powstających miejsc i domostw, potrzebowali wsparcia. Jeśli nie zapewnią go ludziom w porę, zamiast tworzyć budynki dla uchodźców będą kopać groby dla trupów, które nie przeżyły trudnych warunków. Kiedy więc trafiła się okazja by pomóc, nie wahała się.
Kiedy stara Mildred opuściła je ze wszystkimi materiałami, powiodła za nią spojrzeniem, marszcząc brwi, a potem, upewniwszy się, że zaraz nie pojawi się w progu, by zganić je za rozmowy, odezwała się do kuzynki konspiracyjnym szeptem:
— Czuję się jak w szkole. — Spojrzała na Roselyn najpierw z dziwną niepewnością i lekkim przerażeniem, które po chwili zmieniło się w jej oczach w rozbawienie, które trudno było powstrzymać. Przytknęła wierzch dłoni, w której trzymała igłę do ust, by nie wybuchnąć przy tym śmiechem. Zachichotała więc cicho, ale jak to zwykle bywało — im bardziej próbowała zachować powagę tym silniej trzęsła się w środku. — Do usranej śmierci tego nie skończę — burknęła oburzona, z bezradnością opuszczając ręce na materiał, z którego miały powstać męskie spodnie. Dalej, powiodła wzrokiem na materiały, które leżały zwinięte obok i kiedy pomyślała o tym, ile tego należało jeszcze przygotować, by zaspokoić potrzeby choćby części osób w Oazie, zrobiło jej się niedobrze. Na palcach pojawiły się już pierwsze odciski od trzymanej w ręku igły. Wiedziała jednak, że jej umiejętności przełożą się później i na magię — jeśli opanuję tę sztukę, zaklęcie igieł i nici by robiły to same będzie bułką z masłem, z czasem pójdzie szybciej i łatwiej. — Nie przesadzaj, idzie ci całkiem nieźle. Może trochę krzywo — dodała po chwili, przechylając głowę w bok, szukając równoległych linii, ale zaraz zaprzestała. — Ale myślę, że nikt nie będzie zwracał na to szczególnej uwagi. Jeszcze parę takich ubrań i zostaniemy zawodowymi szwaczkami, zobaczysz — zapewniła ją, wkładając na chwilę palce do ust - palce czerwone od zaciskania i pokłute od końca igły. — Mogłybyśmy jej coś upiec — zaproponowała. — Córka Billa, ma w tym samym czasie urodziny, myślałam o tym, by jej coś przygotować, ale nie wiem, czy uda mi się dostać wszystkie produkty.— Zmarszczyła brwi na chwilę. — Ale jestem pewna, że Mel będzie zachwycona z nowej sukienki. Czy to już jest ten etap, gdzie falbanki we wszystkim są konieczne?— Zerknęła na kuzynkę z rozbawieniem, za potem przeciągnęła igłę przez materiał, poprawiając chwyt materiału, by szew był mocniejszy. — Mam nadzieję, że to się nie popruje zbyt łatwo, bo ten kto je założy naje się wstydu, gdy poprują mu się portki przy pierwszej próbie schylenia się po coś...

| rzucam jeszcze na skutki po Azkabanie, k6


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Wyke Regis [odnośnik]06.03.21 11:40
The member 'Hannah Wright' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Wyke Regis [odnośnik]18.03.21 23:19
Zmęczenie malowało się szarym cieniem tuż przy granice onyksowej tęczówki i przekrwione białka. Stłumione chmurami słońce nie docierało przez osnute kurzem okiennice, materiał starannie wykrochmalonej firany. Jedynie sztuczne światło uniknąć bolesnego spotkania ostrego czubka igły ze skórą, mimo to kilka razy ze zgrozą spostrzegła, że stróżka świeżej krwi zagrażała czystości materiału. Prawdopodobnie nikt nie przejmowałby się tak bardzo brunatną plamą tuż przy topornie zszytym szwie. Nie, gdy wielu posiadało zaledwie to co zdążyli złapać ze sobą w pośpiesznej ucieczce. Starała się być jednak dokładna, tak by wyszyta szata chociaż nie najwyższej jakości, wykonana niezbyt pewną ręką uzdrowicielki nie była dla kogoś jak podły łachman. Wszakże i tak nie mieli wiele. Szczególnie ci skryci na małej wysepce skrytej wśród burzliwych fal morza północnego. Nadejście zimy zwiastowało kolejne niedogodności jej mieszkańców. Na to nic poradzić nie mogła. Ich świat nie znał sprawiedliwości. Jedni kwitli na glebie nawożonej krwią, żerowali na życiach szaroburych ludzi, których nieraz jedyną zbrodnią było jedynie urodzenie się w nieodpowiedniej rodzinie. Nie zapierała się, że są święci. Zakonnicy czy ich sojusznicy. Każdy z mieszkańców Oazy Harolda czy też ci, którzy prześladowali byli przez nowy reżim wprowadzony przez Malfoya. Mało było niewinnych, nie było ostatnich sprawiedliwych. Nikt nie zasługiwał na taki los i nikomu było ich sądzić. Byli ludźmi - krwią, kośćmi, spętanymi łańcuchami duszami, którym odebrano większość ich praw; w tym to jedno mówiące o wolności.
Od ich losu dzieliło ją jej… szczęście? To, że posiadała w swoim życiu ludzi, którzy nie chcieli jej opuścić i takich, którzy byli w stanie wesprzeć. Tylko tyle i aż tyle. Żadna matka nie powinna bać się, że nie będzie w stanie nakarmić swojego dziecka, ani o to że jej mąż umęczony na przeludnionej plaży pewnej nocy nie wytrzyma mrozów, które niebawem miały nadejść. Chciałaby zrobić coś więcej niż leczyć czy szyć, ale te pragnienia pozostawały poza zasięgiem jej dłoni. Czas poświęcony na dzisiejsze przygotowania zaopatrzenia Oazy był zaledwie kroplą w morzu potrzeb, jednak każda z nich wyciskana dłońmi tych, którzy chcieli pomóc i mieli ku temu możliwości sprawiała, że istniała nadzieja na kolejny dzień, miesiąc. Musieli przetrwać. O wspólnych siłach.
Igła przebiła gruby materiał ledwie muskając kawałek naskórka. Ciche auć wydostało się spomiędzy warg starszej panny Wright, machinalnie przycisnęła palec do ust. - Mam za swoje - skwitowała krótko, upewniając się czy nie ma na nim krwi. - Ostatni raz tak się czułam na kursie uzdrowicielskim, gdy chodziłam na zajęcia z zatruć magicznych i nie potrafiłam zrobić antidotum - sarknęła, wracając wspomnieniami do pokrytej platynową strzechą czupryny starego specjalisty od zwalczania magicznych trucizn.
Krótki chichot wydostał się z ust, nieco obcy, jakby nie do końca pamiętała, że jeszcze potrafi. Podsumowanie Hannah nie wymagało komentarza.
- Trochę krzywo - zawtórowała jej, patrząc z rozbawieniem na szew, który lekko wygiął się , ale niespełna cal w górę można było zauważyć, że jego autor wrócił na odpowiednie tory, chociaż kawałek dalej zdradzał, że jeszcze waha się co do tego jak prosto iść powinien. - Wiesz, że nie jestem zbyt dobrą kucharką - odpowiedziała - Mam wrażenie, że przez to, że tak bardzo starałam się być na bieżąco w pracy, kompletnie zignorowałam fakt, że jest fatalną panią domu - spojrzała ponownie na swoje dzieło, a brew wygięła się w łuk w wyrazie dezaprobaty - Nie powinnam się dziwić, że jestem starą panną - zażartowała wesoło.
- Nie, teraz ma po prostu nie przeszkadzać w bieganiu w tą i z powrotem - odpowiedziała - A najlepiej powinna być podobna do tej, którą Ria Macmillian miała na swoim ślubie - dodała - Wątpię więc, że spełnię jej kryteria - wzruszyła ramionami - Ale tak czy siak muszę coś z tym zrobić, bo ze wszystkiego mi zaczyna wyrastać.
Przez moment przyglądała się pracy Hannah spojrzeniem kogoś kto faktycznie zna się na tym co robi - Ujdzie. Dla pewności można zalecić zaklęcie trwałego przylepca, tak dla bezpieczeństwa



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wyke Regis [odnośnik]22.05.21 1:05
Uniosła wzrok na kuzynkę, kiedy jęknęła. Wpierw, przeczulona, na jej twarz, a później na palec, w który się ukłuła i który przystawiła do ust szybko. Uśmiechnęła się lekko, powoli wracając do ostrożnego przebijania przez załamany materiał. Czerwony palec wskazujący, obolały już od przepychania igły na drugą stronę, opuchnięty, częściowo pokaleczony, przestawał powoli zwracać jej uwagę. Powoli traciła w nim czucie. Ile czasu już minęło, odkąd usiadły, by pod czujnym okiem kobiety zabrać się za pracę, o której obie miały pojęcie ograniczające się do cerowania dziur w skarpetach. I choć palec przestawał być uciążliwy, cały nadgarstek zaczynał doskwierać.
—Czy to jest trudne? — spytała z pełną powagą, zerkając ukradkiem na Roselyn. — Ostatnio warzyłam ten eliksir na katar, ale nie wyszedł najlepiej. Straciłam chyba całkiem wprawę nawet w tych najprostszych rzeczach.— Nigdy nie pałała do eliksirów szczególnie wielką miłością, ale z nimi było trochę jak z gotowaniem zupy. Odpowiednia ilość składników, skrupulatnie wrzuconych, wymieszanych i przygotowanych wcześniej potrafiło stworzyć tajemniczą, skuteczną miksturę. Westchnęła, odkładając na chwilę materiał na kolana, igłę wbijając w szpulkę. Musiała rozprostować dłonie, poruszać trochę palcami. Usadowiła się wygodniej, zakładając nogę na nogę i zajęła się szybkim masowaniem dłoni.
— Przyznaj chociaż, że zostałaś przez to specjalistką od jajek w różnej postaci. Mel rośnie, jak na drożdżach, nie karmi się powietrzem. Chyba, że to ona przejęła pałeczkę i zajęła twoje miejsce w kuchni.— Spojrzała na nią podejrzliwie, uśmiechając się cwano pod nosem. — Chyba, że jest na diecie ziemniaczanej. Ziemniaki na śniadanie, obiad i kolację. [b]— Mama robi pyszny haggis — mruknęła zamyślona, z rozmarzeniem wspominając dawne obiady u mamy, pełny jedzenia stół. Choć wojna nie dotarła jeszcze do Szkocji, dało się już zauważyć braki w otrzymaniu niektórych produktów. Wiedziała, że będzie gorzej. I wiedziała, że prędzej, czy później konflikt przeleje się przez granice i dotrze także do Contin.
Prychnęła na wspomnienie o starej pannie i przewróciła oczami.
— Tak jak ty, tak i ja. Ale przynajmniej nikt nam nie mówi jak mamy się nie zachowywać, nie narzeka, że zupa jest źle przyprawiona i koszula niewyprasowana— mruknęła, modulując własny głos na niższy, tak, jakby naśladowała jakiegoś mężczyznę. Po czym uśmiechnęła się łobuzersko. — Ostatnio uroczyście przyrzekłam, że za mąż wyjdę tylko z miłości. Byłam wtedy pijana — wyjaśniła, spoglądając wymownie na Roselyn. — A potem pobiegłyśmy się kąpać nago w morzu — zachichotała cicho. — Jakbyśmy miały po kilkanaście lat. — Większość kobiet w ich wieku miała pozakładane rodziny; były żonami i matkami gromadki dzieci. Mogły zwalać wszystko na wojnę, ale to nie w niej tkwił problem. Czas biegł nieubłaganie, a ani ona, ani Just, Lydia nie były już najmłodsze. Mimo tego, wciąż uśmiechała się pod nosem. Słysząc kroki usiadła prosto i sięgnęła znów po igłę, wsuwając pod materiał dłoń, by powrócić do szycia. Widząc zdecydowanie profesjonalne spojrzenie Rosę. spoważniała i przyjrzała się spodniom.
— To byłoby wielce niepraktyczne, Rosie. Nie przewidziałam tu kieszeni…— Zerknęła na materiał na tyle kroju, tam, gdzie powinna w przyszłości mieścić się… dolna i zadnia partia ciała. — Chociaż nie ukrywam, chciałabym to zobaczyć — szepnęła cicho i zerknęła na kuzynkę, próbując zaciśniętymi ustami powstrzymać uśmiech. — Może mama mogłaby jej coś uszyć? Pytałaś ją? Na pewno ucieszy się, mogąc jej sprezentować na urodziny sukienkę, albo płaszczyk. Musiałabyś mi tylko przesłać wymiary, jestem pewna, że zdąży.— Pamiętała czasy, kiedy Inny szyła też dla niej. Miała jedną ulubioną — czerwoną w białe grochy. Rzadko ją zakładała. Była ponoć zbyt kolorowa, zbyt odważna, rzucająca się w oczy. Dziewczynki w Contin nie nosiły podobnych ubrań, ale to babcia przywiozła materiał prosto z Londynu. Miała duży, biały kołnierz i białe mankiety w falbany. Pamiętała, że szybko ją potargała na jednym z drzew w okolicy.


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Wyke Regis [odnośnik]11.06.21 22:28
Skupienie rozproszyło się zdominowane rozbawieniem tańczącym w ciemnych oczach kuzynki. Próżno sięgać pamięcią do chwil, gdy spędziły w swoim towarzystwie tyle czasu. Nie winiła ich za to. Ani siebie, ani jej. Ich codzienność stała się chaosem. Mimo, że zespolone rodzinnymi więzami, niegdyś znacznie sobie bliższe, wciąż pozostawały odrębnymi bytami. Rose żyła wśród oparów leczniczych mazideł, stalowej woni krwi, pochylając kark nad magicznymi księgami, podążając ścieżkami drobnych dziecięcych stópek; Hannah płonęła w ogniu walki. Miejsce sentymentalności zajął rozsądek. Były zadania do wykonania, obowiązki do wypełnienia, było przetrwanie każdego kolejnego dnia. Dziś jednak w cieniu liściastego zagajnika, skryte w czterech ścianach chatki starej krawcowej mogły jednak kraść, jeśli tylko palce wciąż sprawnie wykonywały wyuczone już ruchy.
Spojrzenie na chwilę zatrzymało się na twarzy wytwórczyni mioteł - Lubię myśleć, że trzeba mieć po prostu do tego dryg - krótki uśmiech zatańczył na wargach - Którego ja niestety nie mam.
- Zazwyczaj ograniczam się do najprostszych eliksirów, jeśli chodzi o ich wytwarzanie. W Mungu zawsze korzystałam z pracy wykwalifikowanych alchemik. Isabella rozwija się pod kątem, mamy szczęście, że ją mamy - dodała po chwili - Ja sama wolę nie zabierać się za trudniejsze wywary, czasami można wywołać tym więcej szkód niż pożytku - krótkie drgnięcie policzka, nie znaczne pogłębienie zmarszczki między brwiami - refleks ponurego wspomnienia grudniowej nocy, gdy pożar opanował ich rodzinny dom. Pożar rozpoczęty w alchemicznej pracowni odbijał się donośnych echem w umyśle uzdrowicielki. Jak ten obsesyjny zwyczaj zdzierania kociołka do ostatniej pozostałej na jego powierzchni cząsteczki ingrediencji, szybsze bicie serca, gdy aromatyczna maź zaczynała niebezpiecznie bulgotać. Oczywiście, mogłaby być lepszą uzdrowicielką, z pewnością bardziej wszechstronną, gdyby wyzbyła się tego lęku, dystansu. Prawda była jednak taka, że ilekroć chwytała się tego zajęcia, niezbyt sprawnie jej to szło - być może była zbyt dokładna? Zbyt mało kreatywna, by pędzić potężne mikstury. Być może brakowało jej czegoś albo po prostu się do tego nie nadawała. Wolała nie eksperymentować z czymś co ją przerażało.
- Jajek, owsianki i Mealie Jimmy - poprawiła ją - Zresztą myślę, że istnieje pewnego rodzaju sztuka w jednoczesnym przypaleniu pieczeni oraz pozostawieniem jej surowej w środku - uśmiechnęła się szeroko, nie miała zamiaru przyznawać jej się do tego co kiedyś zrobiła z Haggis, bo była jedna z najbardziej odpychających rzeczy, które wyszły spod jej ręki. - W Londynie było łatwiej, czasami coś tam robiłam sama, z pewnością nie było to toksyczne skoro obie żyjemy, ale tak to jedna z tych rzeczy, która będzie problematyczna jeśli już wrócę do Szkocji, będę musiała wziąć się w garść, dobra kucharka lepiej zarządza zasobami, a tych coraz mniej - wzruszyła ramionami.
- Nie musisz pracować ja mogę o was zadbać - zawtórowała kuzynce.
- Oh, od tego mam innego mężczyznę, mojego tatę - powiedziała z przekąsem - Odezwałam się ostatnio do niego. Trochę się tego bałam. Wiesz, zawsze uważał, że po tym wszystkim z Anthonym powinnam zaszyć się głęboko w Szkocji, by to on mógł o nas dbać - powiedziała z lekką nutą goryczy. Nie mogła gniewać się na niego za to, że był opiekuńczy, za to że był ojcem, za to że mentalnie był kilkadziesiąt lat wstecz i nie dopuszczał myśli, że jego córka być może jest w stanie zadbać o siebie, o Melanie sama. Mimo wszystko tworzyło to między nimi dystans zbudowany na jej oślej upartości. Jedną z cech, którą dzielili i która dzieliła ich.
- Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam pijana albo kiedy kąpałam się nago w morzu, wątpię czy w ogóle - roześmiała się krótko. Gdzieś przegapiła ten czas bycia… beztroską? Zwykłą dziewczyną stanowiącą sama o sobie, jej młodą dorosłość rozpoczęła żałoba, a potem pojawił się Anthony, Melanie, a potem on zniknął i musiała stać dwójką dorosłych na raz. To odebrało jej ten element dobrego szaleństwa. Takiego, który można było wspominać z uśmiechem, latami, tak jak teraz Hannah. Chociaż prawda była taka, że owszem Hannah nie była już najmłodsza, mogłaby już wziąć ślub, mieć dzieci, pełnić tradycyjną rolę kobiety, ale… kimże była ROse, aby oceniać? Jeśli czegoś się nauczyła, to tego że nie warto było trwonić młodości na mężczyzn, którzy nie zasługiwali na ich miłość. - Wracając do twojej przysięgi, myślę że to dobre postanowienie. Masz przed sobą tego żywy przykład - odpowiedziała jej; nie boleśnie, bez żalu sączego się z serca. Już nie czuła się tak jak kiedyś, teraz rozumiała to w zupełnie inny sposób. Jeśli wtedy wzięliby ślub to nie ze wzglądu na nich, a przez wzgląd na Melanie, a właśnie to przywiązałoby ją do człowieka, który wcale nie chciał małżeństwa, nie chciał Rose, ani jak podejrzewała Melanie. Jakże zimne mogłoby to być życie. Zaledwie umowa zawarta pod wpływem obowiązków. Być może ich życie było proste, pozbawione luksusów i pozycji, majaczącego się gdzieś na dole hierarchii drabiny społecznej, ale dzięki temu byli wolni. Tacy byli ich przodkowie, wyrwani z serca wiatru, być może sprowadzeni do roli wyrhta, jednak wciąż stanowiący sami o sobie.
- Możesz przeciąć materiał i wstawić kilka guziczków, trochę niepraktyczne przy alarmujące potrzebie, ale wciąż pełniące swoje zadanie - odparła tonem znawcy, biada temu kto będzie później nosił te spodnie.
- Byłoby cudownie - pokiwała głową - Chociaż nie mogę odwlekać nieuniknionego, w końcu muszę nauczyć się szyć na tyle, aby móc sama o to zadbać. Popatrz na tą koszulę… - powiedziała, wysuwając ukryty za spódnicą nierówny szew. - Próbowałam ją zwęzić, wszystko szło dobrze, ale jak się później okazało to nie do końca.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wyke Regis [odnośnik]04.07.21 0:11
Gotowanie było sposobem na jej walkę z emocjami, na radzenie sobie ze stresem. Nigdy nie potrafiła chować w sobie niczego, mówiła co myślała, zazwyczaj żałowała tego, co palnęła zaraz po tym, kiedy słowa echem wybrzmiewały już w jej głowie. Zwykle było za późno, by je cofnąć, poprawić złe wrażenie, zamazać czymś innym, a nawet odwrócić od nich uwagę. Ale po wyprowadzce do Londynu, przez długi czas miała tylko dziadka, a potem, kiedy zostawił ją samą, praktycznie nikogo — na własne życzenie. Billy wyjechał, z przyjaciółkami nie chciała utrzymywać kontaktu, bojąc się, że przy nich wypadnie zbyt blado, nie radząc sobie z ruiną, którą stał się rodzinny sklep. Był tylko Keat. Człowiek, któremu zawdzięczała tak wiele, chociaż tak mało musiał zrobić, by zmienić jej samopoczucie. Gotowanie w pustym, dużym mieszkaniu było swoistą odpowiedzią na smutek i tęsknotę. Na żal i gniew, którego nie potrafiła inaczej wyładować. Dochodziła tak do wprawy, rozdając jedzenie sąsiadom, klientom, potrzebującym. A teraz mogła innym pomóc dzięki temu — igle i niciom. Ubrania, koce dla ludzi, którzy nie mieli jak się zabezpieczyć na zimę. Dla tych z oazy, dla tych w Dorset. Po prostu dla ludzi. Pilnie wykonywała polecenia kobiety, z coraz większą wprawą łącząc ze sobą materiały.
— Ja myślę, że to nie jest kwestia drygu, czy talentu. Po prostu wprawy, praktyki. Myślę, że jak coś robi odpowiednio często, albo odpowiednią ilość razy, to po prostu stajesz się w tym dobra. Nie ma ludzi lepszych i gorszych, mniej i bardziej utalentowanych. Zasłanianie się tym to po prostu próba usprawiedliwienia się przed lenistwem — wytknęła jej z cwanym uśmiechem, spoglądając na nią prowokacyjnie. Nie wierzyła, że Rosę po prostu nie potrafiła tego robić. Była Wrightem. Gdyby chciała warzyć wspaniałe eliksiry to by to robiła. — Chyba to skończyłam. A ty jak tam?— Spojrzała wpierw na swoje dzieło, a później kuzynki. Posiadała rzeczy niedbale i odłożyła na bok. Szycie miała znów za sobą, teraz powinna zabrać się za swetry. Musiała przypomnieć sobie, jak to szło, kiedy wzięła do ręki włóczkę i druty. To będzie długa noc.
— Uhm... W Oazie ktoś warzył eliksir parę miesięcy temu i wiesz co się stało?— spytała, unosząc brwi, jakby zupełnie nie wiedziała kto za tym stał. — Kociołek wybuchł, jak wulkan, wylała się z niego magma i zastygła. I teraz jest tam taka skamielina, jak góra. Normalnie wygląda jak skała. Dobrze, ze nikomu nic się nie stało, prawda? — Billy był na szczęście cały, ale przecież mogło mu to wypalić twarz! Jak on by wyglądał bez twarzy?
Wzięła do ręki włóczkę i usiadła wygodnie, a później zaplątała ją w druty i zabrała się za plecenie supełków. To było znacznie przyjemniejsze niż zszywanie wykrojonych fragmentów ubrań. Igła była cienka, miała już zaczerwienione i spuchnięte palce od przepychania jej przez materiał, a naparstek cały czas spadał  jej na kolana. W drutach powtarzalność ruchu pozwalała się uspokoić, mogła się zastanowić nad wszystkim. Nie była tylko pewna, czy pamietała, jak później połączyć go ze sobą, ale zanim to zrobi czarownica pewnie się zjawi i jej wszystko pokaże. Kiedyś mama ją tego uczyła, ale zdążyła zapomnieć. Wcześniej machała na to ręką. Miała ją od takich spraw, zajmowała się przecież miotłami. A teraz? Mioteł robiła niewiele. Była potrzebna gdzie indziej.
— Naprawdę?— spytała z niepewnym uśmiechem, kiedy wspomniała o ojcu. — I co? Nie zamierzasz do niego jechać pewnie? — Jakby jej nie znała, mogłaby się zastanawiać nad tym. — Ale byłoby ci łatwiej, wiesz o tym. — Nie chciała jej mówić, przypominać. I bez tego wiedziała przecież, że samotnej matce z dzieckiem było naprawdę trudno, w końcu radziła sobie z tym już ładnych parę lat. Radziła. Właściwie, była świetna. Ale pomimo wielkiej wiary w nią i nadziei, że nie potrzebuje nikogo więcej, wiedziała, że byłoby jej łatwiej. — Może to czas, żeby nadrobić? Co byś powiedziała, gdybyśmy spotkały się. Same dziewczyny? Mel mogłaby zostać z moją mamą, miałabyś wieczór.. i noc... dla siebie — uniosła brwi sugestywnie i zachichotała pod nosem. — Zgódź się. Justine się ucieszy!
Zerknęła na koszulę, którą zajmowała się Roselyn, rzeczywiście od razu dostrzegając jej próby zwężenia koszuli. Mimo to próbowała zachować powagę i pokręcić głową, jakby wcale nie widziała. Ponieważ nie umiała kłamać, od razu zmieniła pomysł.
— Może jednak będzie po prostu... luźniejsza. No wiesz, dla kogoś z brzuszkiem...— Zachichotała, a później zaklęła, widząc, że przez to straciła oczko włóczki.


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Wyke Regis [odnośnik]05.07.21 22:36
Jej sposobem na samotność było zamknięcie się w świecie wysłużonych tomiszczów traktujących o anatomii i magii leczniczej, nieskończonej liście traktatów naukowych, ćwiczeń i badań. Praca stała się odskocznią, tym rozpraszała tęsknotę i zawód. To sprawiało, że zamiast błądzić po mieszkaniu, piastować żal i zgryźliwość, poświęciła się czemuś co od zawsze ją fascynowało. Czemuś co dawało jej siłę sprawczą, Powodowało, że nie czuła się tak bardzo wybrakowana, bo wtedy wydawało jej się, że w jakiś sposób zawiodła. Siebie i Melanie. Jako kobieta i matka. Potrzebowała wypełnić pustkę, która powstała w jej życiu, aż z czasem to przestało być jedynie wylizywaniem ran. Stało się jednym z napędzających ją ogniw. Być może ani ona i Melanie nie miały zaznać rodzinnego ogniska w tradycyjnym ujęciu. Uczyła ją i siebie, że same brały odpowiedzialność za swój los, by stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami losu, unieść podbródek. Odzyskać odrobinę godności, której wielu jej odmawiało. Potrzebowała jednak czasu by stanąć na nogi, odkryć w sobie siłę, której niegdyś szukała w Anthonym. Teraz chociaż wojenna rzeczywistość sponiewierała, wiedziała że już nie można jej dać pochłonąc starym żalom i złościom. Było jeszcze wiele do zrobienia, byli ludzie, o których obowiązek miała się troszczyć, byli ci - którzy nie byli jej odpowiedzialnością, ale gotowała była wziąć na siebie jej ciężar. Pomóc tym, którzy potrzebowali pomocy. Uratować tych, których była w stanie uratować. Nawet w taki sposób - poświęcając czas na szyciu ubrań, które być może mogły zapewnić komuś przetrwanie nadchodzącej zimy.
Chociaż słowa rozpraszały uwagę, ta wciąż skupiała się na wykonywaniu wyuczonych już ruchów. Musiała przyznać, że po tak wielu godzinach szło jej znacznie lepiej niż wcześniej, a łączone skrawki materiału zaczęły nabierać kształtów. Tkanina zaczynała poddawać się jej działaniom. - Być może w takim razie jestem po prostu zbyt leniwa, aby się tego nauczyć - brew uniosła się w zaczepnym geście. - Robię postępy, tylko że niewielkie - wzruszyła ramionami. Prawdą było, że po prostu znacznie lepiej czuła się w ramach specjalizacji, którą sobie obrała. Wiedzę należało rozszerzać - to nie tak, że pojęła już wszystko, a praca w lecznicy uczyła wszechstronności - nie obce więc jej były materiały poświęcone toksykologii, choroby zakaźne. W jej zawodzie nie istniała granica, gdy można było powiedzieć - wiem, już wszystko. Ciągle się uczyła, obserwowała i nabywała nowych doświadczeń. Znacznie lepiej czuła się jak w innych sferach i właśnie te miała zamiar rozwijać.
- Jeszcze trochę - na chwilę całkowicie skupiając się na swoim zadaniu, by je ukończyć. Gdy zabrały się za swetry, zerknęła na kuzynkę - Zawsze wychodziły mi bezkształtne, ale umiem już zrobić ściągacz - pochwaliła się. - Muszę tylko popracować nad ściąganiem oczek.
- Zastanawiałam się nad tym. To mój dom. Nasz - uśmiechnęła się blado. - Wcześniej miałam swój własny kąt, byłam w stanie o nas dbać, ale teraz… Jest zbyt ciężko, aby unosić się dumą - wyznała - Tato powiedział, że pomoże przywrócić stary dom do używalności, więc miałabym chociaż namiastkę własnego kąta. Coś co mogłabym zostawić Melanie. Poza tym jest jeszcze aneks ze starą lecznicą - może mogłabym zorganizować tam jakąś pracownię, jak kiedyś mama. Mogłabym tam pracować między dyżurami w lecznicy albo zrobić suszarnię na zioła - Im dłużej o tym myślała tym lepiej brzmiało to w jej głowie i dawało namiastkę nadziei na przyszłość, bo od bardzo dawna nie snuła planów, unikała myślenia o tym co dalej.
Spojrzenie przez chwilę błądziło po twarzy kuzynki. - Właściwie czemu nie - pokręciła głową. Przez chwilę wahała się. Sama nawet nie wiedziała czemu. Może dlatego, że po prostu odwykła? Od tego, żeby robić coś dla prostej przyjemności, wyjść na spotkanie innym, bo zazwyczaj nie miała na to czasu czy energii. Zawsze było coś innego do zrobienia, zawsze goniły ją obowiązki. Nie szukała towarzystwa, bo czasami po prostu czuła się wytykana palcem. Nie było jednak obaw przed tym, aby miała czuć się tak przy Justine i Hannah. - Tak, właściwie to z wielką chęcią. Dziękuje - powtórzyła, uśmiechając się weselej.
. - Z pewnością kiedyś go dostanę. Lepiej zachować ją na przyszłość, nie ma nic straconego - odparła hardo.
- Jak myślisz - ile kompletów uda nam się zrobić?



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wyke Regis [odnośnik]09.07.21 21:35
Koncentrowała się na włóczce wełny, przekładając szpice drutów oczko za oczkiem, chcąc precyzyjnie udziergać jeden ze swetrów. Wiedziała, że później problem rozwiąże się dam, mogąc zakląć druty, by robiły to za nią, ale potrzebowała także precyzyjnej ręki, umiejętności, której magia nie mogła jej zastąpić. Mama zawsze robiła im swetry na zimę. Było to tańsze, praktyczniejsze. Nawet po wyprowadzce do Londynu otrzymywała od niej paczki z rękawiczkami, czapkami, szalikami. Patrzyła na to z lekkim przymróżeniem oka. Marzyły jej się przez chwilę wtedy eleganckie szaty, garsonki i sukienki, które widziała u innych kobiet, a w których nie widziała się sama nigdy, będąc prostą dziewczyną ze wsi. Teraz doceniała to wszystko — to, co mama pokazywała jej w domu, czego zdążyła ją nauczyć, czego uczyła je teraz Mildred. To wymagało poświęcenia określonej ilości czasu, pracy, ale pozwalało na tańsze zapewnienie wymaganego minimum, a przecież ludzi zarówno w Oazie, jak i w Dorset było wielu. Dzisiejsze nauki pozwolą im zadbać o ludzi w Irlandii, a uszyte ubrania wesprzeć potrzebujących tutaj, w okolicy. Stroje, które wychodziły spod ich ręki nie były idealne. Podejrzewała, że tak naprawdę Mildred wyszła tylko po to, by po nich poprawić wszystkie błędy w drugim pokoju, rozpruć i zszyć od nowa to, co połączyły krzywo, ucząc się fachu. Miała wrażenie, że kiedy wracała po kolejne ubrania patrzyła na nie z zawodem — nie dlatego, że stroje wyglądały marnie, ale prawdopodobnie dlatego, że jako kobiety powinny były mieć ten fach w ręku od młodości.
— Kto, jak kto, ale ty nie jesteś leniwa, Rose — zaprzeczyła od razu, marszcząc brwi. — Nie to chciałam powiedzieć. Masz mnóstwo pracy, zajmujesz się dzieckiem, to naprawdę spore wyzwanie. Chodzi mi o to, że praktyka czyni mistrza, to wszystko. A ty jesteś zdolna, gdybyś to robiła częściej to byłabyś w tym świetna. — Przekrzywiła głowę, zerkając na nią z lekkiego ukosa. Kąciki ust lekko wygięte były w górę. Zatrzymała na niej spojrzenie na dłużej, kiedy kuzynka zaczęła opowiadać o domu. Rozumiała to. Przechodziła przez to — wyprowadzkę z domu do Londynu zaraz po szkolę, pomaganie dziadkowi w biznesie, kiedy jej plany i marzenia runęły w dół. Walka z przeciwnościami losu, o dom, którym stał się sklep, wyciągnięcie go z nędzy i stanięcie na nogi bez proszenia nikogo o pomoc. Rose nie była inna. Chciała być samodzielna, niezależna. Chciała udowodnić światu, ojcu i sobie, że da sobie radę. Ale było ciężko, a miało być jeszcze ciężej. Wojna nie oszczędzała nikogo. Nie mogła oszczędzić także jej.
— Tata pomógłby ci z Mel? Byłybyście tam bezpieczne, zawsze to jakiś mężczyzna w domu. Byłoby wam łatwiej. No i raźniej... — dodała jeszcze, choć już bez przekonania. Na moment odłożyła druty i to, co udało jej się już dziergać na kolana. — Wróciłam do domu rodzinnego po latach mieszkania najpierw z dziadkiem, a potem sama. To nie jest łatwe.— Spojrzała na nią wymownie i choć kąciki ust drżały jej w uśmiechu, wyraz twarzy raczej przypominał zmęczenie. Zdążyła się już odzwyczaić od narzekań, od białych poprawek — rób to, nie rób tamtego. Zjedz, nie jedz, idź, zostań. Poleceń zawsze wszystko wiedzącej mamy. Kochała ją całym sercem, ale była już dorosła, a ona czasem o tym zapominała. — Ale jest w porządku. Trzymamy się. Łatwiej tam zapomnieć czasem o tym, że Londyn pogrążony jest w mroku. A czasem trzeba zapomnieć, by odpocząć. — Rose brała sobie na głowę bardzo wiele i choć nie był to czas odpoczynku, czas, a prężnego działania, to mogło jej się przydać. Jayden był w Hogwarcie. Nie mogła na niego liczyć w tej materii.
Zachichotała, próbując wyobrazić sobie ją w innych czasach. Lepszych, czasach obfitości. Wtedy też zaburczało jej w brzuchu.
— Już miałaś, w ciąży — zauważyła, przyglądając jej się. — Może zajdziesz w jeszcze jedną. I wtedy będzie jak znalazł.— Wróciła do drutów, wzruszając przy tym ramionami. Cwany, zawadiacki uśmiech zabłąkał się tuż pod nosem, ale uparcie nie chciała na nią patrzeć. Może to była już pora na to by dała komuś szansę?


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Wyke Regis [odnośnik]12.07.21 22:35
Mama kiedyś próbowała ją uczyć szyć. Pokazywała podstawy, zachęcała by Roselyn sama spróbowała, szczególnie gdy przestała już być dzieckiem, a powoli zaczynała wchodzić w wiek młodzieńczy. Próbowała, ale Rose wolała obserwować jej pracę w lecznicy niż przyglądać się jak ceruje skarpetki, obie chyba wolały poświęcać się temu bardziej niż codziennym sprawunkom. Kiedyś zdawało jej się, że i na to przyjdzie czas, że matka jeszcze kiedyś jej tego nauczy albo, że nawet umiejętności te nie są jej tak bardzo niezbędne. Była tylko dziewczyną, nie wiedziała zbyt wiele o tym co być może czekać będzie ją w przyszłości. W głowie miała inne marzenia, nie do końca martwiło ją to, że każda szanująca się młoda kobieta powinna być w stanie poprawić dla męża koszulę czy uszyć sobie sukienkę. To wtedy wydawało się być tak bardzo mało ważne, że robiła wszystko by tego unikać. Dziś odrobinę żałowała, że nie przykładała się do umiejętności, których teraz praktycznie uczyła się na nowo, bo kiedyś tak mało wiedziała o tym co ją czeka. Kiedyś żyła znacznie innym wyobrażeniem o własnym życiu - że być może dzięki uczciwej pracy będzie ją stać na coś więcej niż samodzielnie uszyta spódnica, że nie będzie musiała sobie zajmować głowy tak małymi rzeczami. To wydawało się być okropnie naiwne. Szczególnie teraz, gdy spuchnięte opuszki palców boleśnie przebijały materiał igłą, gdy sprawiało jej to tyle trudu, a umiejętności te były po prostu przydatne. Pozwalały pomóc nie tylko sobie, ale też innym.
- Myślę, że bardzo by go to ucieszyło. Wiem, że za nią tęskni - uśmiechnęła się smutno. Nie chciała od niego uciekać. Dusiła się jednak pod klatką ojcowskiego klosza. Nie doceniał jej, a ona za wszelką cenę chciała mu pokazać, że chociaż popełniła błąd, że chociaż postąpiła nieroztropnie to jest dojrzała na tyle, aby sama ponosić konsekwencje. Umiała o siebie zadbać i o Melanie. Chociaż owszem, cały czas było ciężko. Musiała sama się utrzymywać, cały czas martwić tym czy ktoś zaopiekuje się Melanie gdy będzie w pracy. Wszystkiemu musiała stawiać czoła sama. Nigdy nie było jej łatwo, ale to było jej życie. Nikogo innego. Teraz jednak musiała opuścić gardę. Pozwolić by ktoś jej pomógł, bo nie mogła już dłużej liczyć tylko na siebie. - Czułabym się bezpieczniejsza i mniej martwiłabym się o niego, wiedząc że jest tuż obok. Chociaż ciężko będzie przyzwyczaić się do tamtego życia. Wiesz z nim, próbującym wszystko zrobić za mnie - zaśmiała się pod nosem, ale chyba wiedziała o czym mówi. Pani Wright również była nadopiekuńcza, to nadawało wspomnieniom o ciotce swojego rodzaju ciepła.
- Chyba dzięki samozapyleniu - odpowiedziała jej z rozbawieniem, chichrając nad kawałkiem materiału. Wiedziała o co jej chodziło, wybrała jednak uciec od tego tematu żartując. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nic z tych rzeczy już jej nie czeka. Miała ze sobą bagaż i wątpiła czy potrafiłaby być tym czego mężczyźni oczekują od kobiet - zbyt mocno wrosła we własną samotność i poczucie, że za wszystko jest odpowiedzialna sama. Wolała nie zdradzać jednak tych myśli dla Hannah. Wiedziała, że absolutnie się z nią nie zgodzi i wyjaśni jak bardzo się myli. Rose jednak wiedziała swoje, dlatego wolała to przemilczeć.
- Jesteś głodna? Możemy zrobić przerwę. Mam kanapki z konfiturą.- zmarszczyła nos. Nie było to zbyt wykwintna przekąska, ale zapełniała brzuch, a to było najważniejsze.
Wkrótce Mildread przerwała jej pogawędkę i obie na nowo skupiły się na swoim zadaniu. W końcu wieczór przeszedł w noc, aż w końcu sama krawcowa zdawała się nie mieć już wielu sił. Spakowały rzeczy i ruszyły, aby przekazać ubrania dla kontaktu Hannah.
|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wyke Regis [odnośnik]13.07.21 13:36
Spojrzała na chwilę dłużej na Roselyn, mówiącą o ojcu i o tym, jak trudno będzie jej przywyknąć do takiej sytuacji. Miała racje — z pewnością będzie trudno. Nikt nie oceniał surowiej niż właśni rodzice. Niczyje zdanie tak nie bolało jak własnego ojca, matki. Nawet jeśli czasem wydawało się, że to tylko spojrzenie. Nawet jeśli czasem nie było prawdziwe — zastanawiała się, co pomyślą. Czy będą zadowoleni, dumni. Gnała za stworzonymi przez siebie oczekiwaniami rodziców, wierząc, że ma rację, ze takie właśnie są. Właśnie dlatego za młodu odrzuciła uczucie, które miało szansę stworzyć coś wyjątkowego. Bo on był za młody, a ona zakładała, że jej rolą jest szykować się do budowania domowego ogniska. Spełnienia się w roli żony, matki. Ale i to nie wyszło. Nic nigdy nie wychodziło tak, jak sobie zakładała, wszystkie plany mimo swej perfekcji po prostu nie mogły się ziścić. Nie chciała wierzyć, że to przeznaczenie, że tak miało być. To po prostu był pech, a ona zawodziła swoich rodziców na każdym kroku. Z Roselyn musiało być tak samo.
Skończyła nawlekać oczka, kończąc długi, wełniany szalik. Biorąc pod uwagę, że było to jej pierwsze zupełnie samodzielne dzieło na drutach, nie wyglądało źle, a mogło zapewnić ludziom komfort i ciepło. Uśmiechnęła się pod nosem, wiążąc supełki z wełny i wyciągając druty. Dziś wieczorem już nie da rady w domu zrobić nic sama, palce pewnie jej odpadną, ale w kolejnych dniach będzie robić na drutach dalej.
— On nie martwiłby się tak o ciebie, gdybyście były blisko — odpowiedziała jej; zaoszczędziliby sobie zmartwień oboje. W mieszkaniu w pojedynkę nie było nic złego, ale ojciec mógł zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa, zadbać o nią, pomóc jej. Tym bardziej, że podczas wojny nie było żadnej taryfy ulgowej dla nikogo.
— Jasne. Spakujmy to tylko — zaproponowała, odkładając druty i włóczkę. Złożyła szalik w kostkę, zabrała spodnie, które udało jej się uszyć i razem z Roselyn opuścił pokój. Na zewnątrz była już Mildred, i zgodnie z jej przypuszczeniami, poprawiała po nich drobne błędy. Nic jednak nie powiedziała, odebrała ich ostatnie dzieła. Choć burczało jej już w brzuchu, była zmęczona i osłabiona, nie chciała teraz przerywać pracy. Pogrupowane wcześniej rzeczy powkładała w jutowe worki. To miały być komplety ubrań dla okolicznych rodzin. Rzeczy, które przygotowały ze starą kobietą dla mieszkańców Oazy były już spakowane w kącie, ale je wezmą jako ostatnie. Czerwone od pracy palce i drżące dłonie nie przeszkodziły jej w tym, by przygotować wszystkie pakunki, a później wynieść je razem z Roselyn na dwór, by wrzucić na wóz, którym objadą domy w okolicy. Roselyn posiadała listę z adresami, które przy wcześniejszym wywiadzie oznaczyła jako najpilniejsze. Zapomniały o głodzie, o kanapkach, kiedy zapakowały już wszystkie materiały na wóz. Stara Mildred została u siebie, aby dokończyć rozpoczęte kroje i poprawić po nich ostatnie ubranie. W tym czasie mogły wsiąść na wóz i zgodnie z tym, co znajdowało się na pergaminie rozdysponować między mieszkańcami wsi.
Ludzie z wdzięcznością odbierali od nich worki. Wielu z nich rozpoznało Wright jako osobę z plakatów, ale pomimo chwilowej konsternacji reakcje były dobre, pozytywne. Wyglądało na to, że skromnymi darami udało się nie tylko wspomóc rodziny, ale także zapewnić je w tym, że działania Zakonu nie są zbrodnią przedstawioną przez ministerstwo. Mogli pomagać. Mogli robić dużo dobrego dla wszystkich, dla siebie wzajemnie. Nie oczekiwała co prawda, by ci ludzie, których odwiedziły z Rose zechcieli wziąć czynny udział w wojnie i aktywnie działać przeciwko władzy. Ale tak naprawdę wystarczyło, ze wierzyli w nich. W nie obie. W to, że ich pomoc i działania były szczere, prawdziwe.
Wróciły do Mildred wieczorem, dopiero wtedy posilając się kanapkami z konfiturą Roselyn i gorącą herbatą.

| ztx2 :pwease:


Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Wyke Regis Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Wyke Regis [odnośnik]24.08.21 22:29
21.01.1958

Ucieszył ją list, który dostała od Becketta. Najwyraźniej nie wypadła tak źle na ostatnim spotkaniu, a już się bała, że może nie będą chcieli z nią współpracować, wszak było tam tak wielu wspaniałych naukowców, że może mogła im się nie przydać. Na całe szczęście, jak wynikało z tego listu, jednak nie musiała się martwić tym, że nie będą chcieli nawiązać z nią współpracy. Wszak napisał do niej sam Beckett, a to on wyglądał na osobę najbardziej kompetentną, nie to, że chciała uwłacza wiedzy innych, po prostu sprawiał wrażenie najbardziej wprawionego. Ogromnie cieszyła ją wizja dalszej, wspólnej współpracy. Może nauczy się od niego czegoś nowego?
Zastanawiała się, do czego może mu się przydać. Odpisała jedynie, że pojawi się na miejscu 21.01. Nie mogłaby odmówić pomocy. Zresztą sama chciała mocniej zaangażować się w sprawy związane z wojną. Denerwowało ją to, że tak wiele osób stało z boku, kiedy na świecie działo się tyle zła. Chciała mieć wpływ, móc po wszystkim spojrzeć sobie w oczy. Zresztą tutaj również chodziło o nią, w jej żyłach nie płynęła jedyna słuszna krew. Musiała walczyć o swoje, nie widziała innego wyjścia.
Położyła się spać dosyć wcześnie. Chciała mieć jak najwięcej energii dnia następnego. Wiadomo, że w pewnym wieku regeneracja przychodzi nieco trudniej. Wstała stosunkowo wcześnie, pozwoliła sobie wypić czarną kawę, po czym zaczęła się zbierać. Humor jej dopisywał. Cieszyła się na to spotkanie. Stevie wydawał się być całkiem miłym meżczyzną. Zresztą bardzo ceniła sobie towarzystwo naukowców, może będą mięli szansę niego podyskutować.
Ubrała się w długą, niebieską spódnicę, oraz jak miała w zwyczaju w czarny gorset, na który narzuciła czerwoną, jakby za dużą marynarkę. Na wierzch narzuciła swój różowy płaszcz, na głowę ubrała cylinder, miała wrażenie, że bez niego nie jest sobą.
Aportowała się na Wyke Regis. Była to całkiem ładna wioska, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale nie przyszła tu podziwiać widoków.. Rozglądała się w poszukiwaniu Becketta. Nie musiała długo szukać, dostrzegła bowiem sylwetkę, która wyglądała jej znajomo. Ruszyła więc w jego kierunku szybkim krokiem. - Dzień dobry! Miło Cię widzieć! - rzekła z entuzjazmem. Pozwoliła sobie nawet cmoknąć go w policzek na przywitanie niczym starego znajomego, jakby wcale nie poznali się zupełnie niedawno. Moira była dosyć bezpośrednia, może nawet nieco za bardzo. Zauważyła walizkę, którą trzymał w dłoni. - Może zacznę od tego, że jestem ogromnie ciekawa do czego mnie potrzebujesz, możesz mi opowiedzieć co nieco o tym, co będziemy dzisiaj robić?
Moira Flume
Zawód : architektka
Wiek : 42
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Why so serious ?!
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7/82
SPRAWNOŚĆ : 3/0
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10343-moira-flume https://www.morsmordre.net/t10359-moira-flume#312921 https://www.morsmordre.net/t10601-m-flume#321048
Re: Wyke Regis [odnośnik]24.08.21 22:47
Oczekiwał w Wyke Regis na kobietę, którą spotkał zaledwie kilka dni temu po raz pierwszy. Doświadczona pani numerolog wydała mu się szczególnie ciekawą personą. Nawet sam jej strój wskazywał na drobne szaleństwo pod bujną czarną czupryną. Była nieco młodsza, ale i tak to oni reprezentowali starsze pokolenie naukowców działających na korzyść Zakonu Feniksa. Tym bardziej więc miał ochotę zamienić z nią kilka słów, opowiedzieć więcej o własnych projektach i przede wszystkim wysłuchać co ona będzie miała na ich temat do powiedzenia. Gdy dostrzegł różowy płaszcz i granatową spódnicę skomponowaną z cylindrem uśmiechnął się szeroko. Wydawała się być nieco rozproszoną całym światem, ale było w tym coś urzekającego, że jeszcze można było spotkać ludzi, którzy pozwalali sobie na odrobinę szaleństwa, nawet w tak ponurych czasach. - Dzień dobry - zaczął, ale nagle jej usta spoczęły na policzku numerologa. Dobrze, że ogolił się na to spotkanie, zostawiając oczywiście jedynie wąs, jak miał w zwyczaju. Nie chciałby przecież pokłuć jej zarostem. Stał jednak tam jak wryty, nieco zaskoczony i speszony jej reakcją. Była miła, oczywiście. Zwyczajnie on nie był przyzwyczajony. - Tak, ja... - przez chwilę zgubił głos, zaraz jednak szybko biorąc się w garść. Byli przecież profesjonalistami. Naukowcami. Ścisłymi umysłami, którym niestraszne były najtrudniejsze pytania na tym świecie. - I ja się cieszę, że cię widzę - powiedział spokojnie, automatycznie przechodząc na ty tak samo jak ona. - Pokażę - powiedział tylko krótko i na pobliskiej ławce położył walizkę, którą zaraz potem otworzył, ukazując jej zawartość. Pełna pluskiew, jak to zwykł je nazywać, czyli urządzeń wielkości paznokcia u kciuka, które miały posłużyć odbiornikom radiowym, aby Ptasie Radio mogło grać i trafiać do wszystkich. - To pluskwa radiowa - położył jedną na jej dłoni, aby mogła się przyjrzeć. - Mój wynalazek - dodał jeszcze zawstydzając się nieco, dumny jednak z siebie. - 15 lutego ruszamy z audycjami w Ptasim Radio. To rozgłośnia, chcemy trafiać do wszystkich, którzy potrzebują prawdziwych informacji... - podrapał się jeszcze po brodzie i odgarnął włosy do tyłu, bo znów dwa kosmyki spadły na jego okulary. Będzie musiał je w końcu ściąć. - A to małe urządzenie, ma nas zabezpieczać. Wkładasz to do odbiornika radiowego, jakiegokolwiek, nie musi być mugolski, a potem ustawiasz częstotliwość. Nagrany tam szum pluskwa czyta, ale żeby umożliwić odtworzenie go, potrzebujesz wpisać jeszcze kod... To taki podwójny system weryfikacji, na wszelki wypadek. I dopiero wtedy, mając częstotliwość i kod, dopiero wtedy słychać audycję. A teraz najlepsze - uśmiechnął się szeroko. - Jak pomylą kod - czeka na nich dezinformacja - nagrana przez pana Abbotta audycja była tam po to, aby jej odczytanie przez niewłaściwych ludzi nie wniosło nic do sprawy, a właściwym dodało odwagi. - Co myślisz? - zapytał nieco speszony, niepewny osądu. Asbjorn uważał wynalazek za genialny, co było niezwykle podbudowujące, ale Moira była biegłym numerologiem, potrzebował też jej oceny. Nie był łasy na pochwały, był łasy na szczerość.


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett
Re: Wyke Regis [odnośnik]25.08.21 0:16
Moira miała w sobie coś takiego.. Była nieco ekscentryczna, nie wszystkim mogło to odpowiadać. Miało to związek zapewne z tym, że większość życia mieszkała sama. Podróżowała to tu to tam, nie umiała nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Fascynowała ją sztuka, z której czerpała inspiracje. Nie lubiła nudy, nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Ponoć w pewnym wieku pewnych rzeczy nie wypadało robić, jednak ona się tym nie przejmowała, trwała wojna, każdy dzień trzeba było traktować jak ostatni. Nie wiadomo, kiedy śmierć ją dosięgnie.
Zupełnie nie przejęła się jego reakcją na jej powitalnego całusa, a może jej nie zauważyła? Wszystko robiła dosyć szybko, nie przywiązywała wagi do takich szczegółów w relacjach międzyludzkich. Od zawsze była dosyć swobodna, a do tego jakby nieco zbyt energiczna. To wszystko mogło sprawiać wrażenie, jakby była zbyt pewna siebie, jednak nie z tego, to wynikało.
Uśmiechnęła się serdecznie do mężczyzny słysząc jego słowa. Miała nadzieję, że są szczere. Nie do końca bowiem potrafiła ocenić, czy inni mówią prawdę. Była raczej łatwowierna, zdecydowanie łatwiej radziła sobie z liczbami, niż z ludźmi. Próbowała być miła, miała nadzieję, że inni to dostrzegają. Nie chciałaby wyjść na gbura, szczególnie w takim towarzystwie.
Podążała za nim, kiedy zmierzał w kierunku ławki. Nie potrafiła ukryć swojego entuzjazmu. Przystanęła tuż obok mężczyzny i obserwowała każdy jego ruch. Uważnie słuchała, co ma jej do powiedzenia. Była niczym dziecko, które miało właśnie dostać nową zabawkę. - Pluskwa radiowa.. - powtórzyła po nim i zaczęła dokładnie oglądać przedmiot w swojej dłoni zbliżyła rękę do twarzy, aby móc się temu bardziej przyjrzeć. Dokładnie oglądała pluskwę z każdej strony. - Twój wynalazek.. - powtórzyła nadal zafascynowana. - To niesamowite! Jak na to wpadłeś, mógłbyś powiedzieć nieco więcej? - przyglądała się Beckettowi z nieukrywaną fascynacją. Kiedy opowiadał o tym, w jaki sposób działa urządzenie kiwała jedynie głową, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że wie o czym mówi. Właściwie to dokładnie tak było, z każdym jego słowem wszystko wydawało się być coraz bardziej jasne.
- To jest genialne, mechanizm wydaje się być całkiem prosty, aczkolwiek genialny! - że też nikt wcześniej na to nie wpadł, była dumna, że może obejrzeć taki wynalazek z bliska. - Czyli kod jest najważniejszy w tym wszystkim, oczywiście poza pluskwą, od której też wiele zależy. Chciałabym zobaczyć miny tych, którzy pomylą kod. Wiele tego masz? Pewnie musicie je teraz przekazać zainteresowanym? Czy mogę jedną dostać, żeby umilać sobie czas? - może nie powinna o to pytać, jednak nie mogła się powstrzymać, w zasadzie to słowa same opuszczały jej usta. Nie dało się nie zauważyć, że spodobał jej się ten pomysł. Nie odrywała wzroku od pluskwy którą miała na dłoni. Takie to małe, a ile potrafi, naprawdę niesamowite. - rzekła jeszcze z podziwem.
Moira Flume
Zawód : architektka
Wiek : 42
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Why so serious ?!
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7/82
SPRAWNOŚĆ : 3/0
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10343-moira-flume https://www.morsmordre.net/t10359-moira-flume#312921 https://www.morsmordre.net/t10601-m-flume#321048

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Wyke Regis
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach