Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]04.08.21 14:32
First topic message reminder :

Salon

Każdy kto znał Bathildę Bagshot wiedział, że jej dom mieścił w sobie niewyobrażalną ilość książek. Każdy regał, każdy kąt obudowany był rzędem półek z woluminami. Niektóre z nich były magiczne — nie dało się ich otworzyć i przeczytać, umykały niegodnym kartkowania stron osobom, by na koniec każdemu kto nie zna się na literaturze zatrzasnąć się na nosie. Pokój jest duży i przestronny. Mieści się w nim zielona, welurowa kanapa, i dwa niedopasowane do niej fotele naprzeciw kominka, w którym od dawna nie trzaskał ogień.  Na ścianach pokoju widnieją obrazy przedstawiające ukochanego kota Ptysia.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Salon [odnośnik]11.05.22 0:59
Słowa potrafiły ranić. Niewłaściwie użyte, ostre, nieprzemyślane, nierozważne. Umyślne. I szczere i nieprawdziwe. Używał ich jako oręża, broni. Ale kiedy wszystko się zapadało, zapadał się także on sam. Nigdy nie potrafił mówić szczerze, z głębi serca o tym, co boli. Złość, agresja, frustracja — nawet a szczególnie te odpychające od niego bliskich były wystarczającą ochroną przed czymś, czego się wstydził. Nie powinien czuć tego, co czuł. Mieć podobnych słabości. Nie chciał ich okazać, przyznać się, że miały prawo zagnieździć się w jego wnętrzu. Był twardy, był mężczyzną. Kiedyś wracał z podkulonym ogonem, gotów przeprosić, naprawić to, co czynił. I co mówił w beznadziejnej próbie ochrony samego siebie przed niewidzialnym, potwornym wrogiem. Dziś kapitulował. Czasem brakowało mu sił na dalszą walkę; walczył tak długo. Tak długo przetrwał, przeżył. Walczył całe życie.
Nie chciał walczyć z nią, ani swoimi bliskimi.
Odpuścił.
Rodzina zawsze była w jego życiu najważniejsza. To ją stawiał na piedestale, choć nie wszystkich równo, na jednakowych miejscach — czasem one się zmieniały. Był lekkomyślny, nierozważny i choć w sercu nosił przede wszystkim ludzi, których kochał, nie potrafił myśleć tych parę kroków do przodu. Co się z nimi stanie, gdy... I to się nie zmieniało z biegiem lat. Nie zmieniło się także zanim zamknęli go w Tower. Wczoraj myślał. Co się wydarzy, gdy zostaną. Co się zmieni gdy pójdą. Jacy będą, kiedy się rozstaną i jak sobie poradzą osobno. Był rozdarty, rozbity. Powinien pomówić z przyjacielem, ale na to też nie miał sił. Wszystko wokół traciło sens, był bezradny. Nie miał na nic wpływu, musiał być poddany wszystkiemu wkoło. Gdy próbował być sobą świat pękał, walił się. Zbyt często niszczył, nie potrafił niczego budować. Kiedyś budował nastrój; świat muzyki. Teraz nie miał nawet tego. Wciąż się bał tego, co usłyszy.
Westchnął i spojrzał gdzieś w bok, gdy wyznała, że to, co padło poprzedniego dnia to zaledwie część tego, co miała mu do powiedzenia. Nie był gotów na kolejny cios. Nie z jej strony. Jakie miał wyjście? Unikać tego? Zbyć ją? Nie wierzył, że na tym polegało małżeństwo. Nie musiał tego znosić. Mimo to zadarł brodę wyżej i spojrzał na nią z wyczekiwaniem. Jakby chciał powiedzieć, że jest gotów, ale nie był. Ciemne loki opadły mu na czoło; były potargane, nieuczesane. Oczy otoczone ciemnymi, długimi rzęsami spoglądały na nią nieruchomo.
— Tak myślisz? Ja wiem, co jest dla mnie ważne. Nie to. Nie parę bzdur, które trzeba powiedzieć. Wyrzucenie z siebie tego syfu nic nie daje. Jest za to wywaleniem na kogoś wiadra pomyj. Cuchnących, odrażających. Masz, radź sobie z tym. Nie musisz być winna, ale proszę, udźwignij to. Chciałaś, masz— zadrwił, wskazując na nią. — Oblałaś mnie wczoraj tym gównem — zniżył ton do szeptu, spoglądając na nią i uniósł brwi. Wzruszył ramionami, dłonie powędrowały do kieszeni. Jedna z nich była dziurawa, z łatwością dotknął własnej bielizny przez spodnie.
Była zadowolona? Nie, oczywiście, że nie. Żałowała, że to powiedziała, ale nie żałowała, że tak myślała.
— Sama sobie przeczysz.— Spojrzał w dół, na czubki swoich skarpetek, place u stóp. Żałowała własnych słów, które powinna była przemilczeć, by zaraz wspomnieć, że cała seria nieważnych doprowadziła ich tu, gdzie byli. — Co jest ważne dla ciebie, Eve? W ogóle? Dzisiaj? — Pytał. Kiedy chciał wiedzieć, pytał, a ona? A Thomas? Sheila? Pytali o cokolwiek? Kiedy ta rodzina stała się tym, czym się stała? CO mógł zrobić by ją naprawić?
Zamilkł.
Patrzył na nią bez mrugnięcia, na jej piękną, poważną twarz, na której malowały się wszystkie jej obawy. Odwróciła wzrok od niego, ale on patrzył dalej, przetwarzając jej słowa, każdą sylabę, literę. Docierało to do niego powoli, chociaż dziwnym trafem, jeszcze nim się odezwała jego serce zaczęło bić szybciej, jakby przeczuwał, że coś się wydarzy. Jego świadomość tego nie zarejestrowała. Wciąż to do niego nie dotarło. Rozchylił usta, a wyraz twarzy mu złagodniał; rysy wygładziły się, spojrzenie zmiękło. Była w ciąży. Nie był zaskoczony, a jednak nie spodziewał się tego. Takich wieści. Do tego byli stworzeni, temu miało to służyć. Małżeństwo. Rodzina. W taborze kobiety o wiele młodsze od niej przez to przechodziły. Mężczyźni w jego wieku mierzyli się z odpowiedzialnością. Ale mieli rodzinę. Ludzi, którzy mogli im pomóc, o nich zadbać. A dziś? A tu? Co mieli?
Mieli siebie.
— To wspaniała wiadomość — szepnął miękko, kiedy ponagliła go. Będzie ojcem, rozbrzmiało w jego uszach strasznie. Dopadły go wspomnienia stare, najstarsze. Krzyków, wrzasków. Strachu i płaczu. Wspomnienia zabarwione ucieczką przed ludźmi, których nazywali rodziną. Nie tego chciał. Otrząsnął się z tego obrazka, przynajmniej spróbował, mrugając kilkukrotnie. Podszedł do niej, patrząc krótko jej w oczy. Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Ani jak. Uśmiechnął się i objął ją. Zamknął w klatce własnych ramion. Mieszanina emocji w nim samym była nie do zniesienia. Strach mieszał się ze szczęściem. Ujął jej twarz w dłonie, kiedy odsunął się na moment i odnalazł jej usta, by złączyć się z nimi w pocałunku. Czułym, ciepłym. Delikatnym.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]23.05.22 22:26
Powinna dać już spokój, odpuścić i nie rozdrapywać tematu, ale czuła, że przy innej okazji odwróci wzrok, zrezygnuje woląc się cofnąć niż brnąć dalej. Żałowała, że padło tyle bezpośrednich słów, ale gdzieś na skraju była świadomość, że inaczej się nie da. Wiedział od pewnego czasu, że stracili umiejętność rozmowy, wyrzucania tego, co nie leżało i rozumienia, gdzie tkwił problem. Ostatnie próby zaogniały sytuację, pogarszały wszystko raz za razem. Dziś, po wczoraj, nie miała zbyt wiele do stracenia. Ich relacja była już i tak zniszczona, coraz mocniej wątpiła, czy łączyło ich jeszcze cokolwiek, co dawniej było oczywiste. Może dlatego gotowa była ostatni raz podjąć ryzyko. Za kilka miesięcy już tego nie zrobi. Nie oszukiwała się, że jeśli tak będzie wyglądała codzienność, spróbuje ponownie. Wtedy na świecie pojawi się ktoś zdecydowanie ważniejszy i stanie się dla niej wszystkim, pochłaniając więcej czasu, niż najpewniej posiadała doba.
Przechyliła odrobinę głowę w reakcji na jego słowa.
- Mam nadzieję.- odparła, chociaż nie potrafiła pozbyć się wątpliwości. Nie wydawał się na przestrzeni miesięcy tego wiedzieć, miotając się we własnych koszmarach. Trzymał ją od wszystkiego z daleka, milczał, kiedy była gotowa go wysłuchać i być obok dla każdego słowa, jakie chciałby wypowiedzieć. Słuchała ciszy, wahając ciągle czy naciskać na niego, czy dać za wygraną. Gdyby chodziło o kogoś innego, dawno machnęłaby ręką, odpuściła, nie chcąc tracić czasu. W tym przypadku nie potrafiła, nie tak do końca, nie od razu. Drgnęła lekko, spinając się, jakby co najmniej ją uderzył.
- Masz rację, zarzuciłam ci rzeczy, których nie powinnam, ale to najwyraźniej jedyny sposób, by dotrzeć do ciebie, byś słuchał czegokolwiek.- uniosła wzrok ponad jego ramię, zatrzymując spojrzenie gdzieś na ścianie za nim. Gdziekolwiek, byle nie patrzeć mu w oczy w których nie widziała tego, co dawniej.- Każdą rozmowę ze mną tak widzisz? Jako bzdury, które musisz wysłuchać? Bezsensowne wylewanie pomyj? – spytała, bo to chyba najmocniej ruszyło. Z jednej strony zasłużyła sobie na to w pełni, lecz z drugiej czuła cień złości na niego. Chciała go zrozumieć, ponad wszystko, pojąć w końcu, co go tak naprawdę męczy. W zamian dostawała słowa, nie mniej ostre od tych, jakimi uraczyła go dzień wcześniej. Kiedy on dał jej czas, aby przełamała się, nie raniła go w ten sposób.
- Pewnie tak, jak zawsze, kiedy chodzi o ciebie.- przywykła do tego, że potrafiła sama sobie zaprzeczyć, że potrzebując czegoś, wyciągała rękę po coś całkiem innego. Zamrugała i zerknęła na niego, gdy padło pytanie. Pokręciła powoli głową, nie chcąc w pierwszej chwili odpowiedzieć, by zaraz wypuścić powietrze z płuc.- A czy to ważne czego chcę? Zwłaszcza kiedy tygodniami powtarzałam, czego potrzebuję, co jest dla mnie ważne... a teraz o to pytasz? Nic się w tej kwestii nie zmienia, bez znaczenia czy spytałbyś o to dziś, wczoraj, nawet miesiąc wcześniej.- miała chociaż dowód, lepszy niż jakiekolwiek inne, że nie słuchał, że każde jej słowo trafiało w nicość. Już nawet nie czuła się zawiedziona, przecież wiedziała o tym. Kiedy ścierali się w jakiś kwestiach, raz za razem docierało do niej, że nic do niego nie docierało.
Nie wiedziała ile tak naprawdę trwałą ta cisza, ale każda sekunda rozciągała się w wieczność. Dlatego, kiedy w końcu się odezwał, ponaglony wyrzucił z siebie te kilka słów, zamknęła oczy. Dziwna ulga starła się z rozczarowaniem, którego nawet nie powinna pojąć. Unosząc powieki, drgnęła i spięła się mimowolnie, gdy zbliżył się do niej nagle. Ciemne tęczówki zatrzymały się na jego twarzy, przez chwilę błądziły, zanim napotkały wzrok chłopaka. Poczuła obejmujące ją ramiona, zamykające w sposób, który powinien przynieść to samo zapewnienie, co zwykle. Nie czuła tego, nie teraz. Mimo to przytuliła się do niego, wtuliła w męski tors, opierając delikatnie czołem o obojczyk. Kiedy cofnął się nieco, puściła z cichym westchnięciem, gotowa nabrać dystansu. Nadal przyjdzie jej pokutować za wczoraj? Mimowolnie przymknęła oczy, reagując na pocałunek na ustach. Uniosła dłoń, by dotknąć policzka chłopaka, nim smukłe palce w odruchu powędrowały do karku. Słodka chwila, która jeszcze bardziej uciszyła strach, jaki odczuwała od dwóch dni. Przerwała w końcu, odsuwając się minimalnie, chociaż nadal czuła ciepły oddech na skórze.- Przepraszam.- szepnęła, tak by te to jedno słowo zawisło między nimi. W tej ulotnej chwili nie wiedziała, za co naprawdę go przeprasza.
- Rozumiesz teraz skąd mój wczorajszy opór? – spytała miękko.- Bałam się, co się stanie, gdy nie wiesz... Gdy zdecydujesz się na cokolwiek, nie mając pojęcia.- jeśli nadal nie pojmował, była gotowa mu wyjaśnić. Inaczej przez to nie przejdą.- W każdej innej sytuacji, poszłabym za tobą, gdzie tylko chcesz.- dodała ciszej. Mogła w niego wątpić, mogła się wahać, ale wiedziała, że i tak to zrobi. Tak samo wracała, po dwóch latach czy w lutym. Nie potrafiła zostawić go za sobą.- Jeśli nadal jesteś pewny, znikniemy stąd. Tylko bądź naprawdę pewny, że chcesz zostawić za sobą brata. Wiem, jak ważny jest dla Ciebie i nie chcę za kilka dni czy tygodni patrzeć, jak obwiniasz się za własną decyzję. Zwłaszcza kiedy nie mogę ci w żaden sposób pomóc- nie chciała już więcej patrzeć na niego takiego, żałującego. Wystarczyły ostatnie miesiące.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 11 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]09.06.22 0:05
Słowa były potężną bronią, ale nie jedyną jaką posiadał. To babcia nauczyła go przyglądać się ludziom i próbować zgadywać ich potrzeby, czarować słowem, by dostać to, czego chciał. Dziadek nauczył go jak używać ich do tego, by sprzedać lub wepchnąć komuś w dłonie coś kompletnie bezwartościowego, jak zareklamować marnego konia, czy wzbudzić w kimś chęć jego posiadania. Nie był w tym nigdy tak dobry jak oni. Nie był też tak dobry w ukrywaniu prawdziwych uczuć jak własny brat, który pokazywał mu całe życie, że ból należy chować głęboko w sobie i nie obarczać nim bliskich. Po to by ich chronić. Nigdy nie był kimś kto potrafił mówić o cierpieniu. Przynajmniej własnym. Stało się jego częścią odkąd tylko pamiętał, pełzało tuż pod cienką jak papier skórą. Niewidoczne pod szerokim uśmiechem i szalonym błyskiem w oku. Ale czuł to od zawsze i czasem umierał wewnętrznie. Był smutny. W głębi siebie zawsze tak musiało być.
Odpychał od siebie ludzi, których kochał. Miał w tym swoją pokrętną logikę, wytłumaczenie — zawsze jakieś. Dziadkowie tego go nauczyli — nigdy nie mógł pozostać bez, byłby wtedy bezbronny. Może wcale nie przestali umieć ze sobą rozmawiać — może problemy, z którymi mierzyli się jako dzieci nie były takie monumentalne jak te, którymi stawiali czoła dziś. Może bariery, którymi się osłaniali były wyższe, bo zagrożenie stawało się większe i bardziej realne? Może przepaść wydawała się większa i głębsza, bo droga do siebie urwała się, by z czasem stać się wydeptaną ścieżką pośród gęstych drzew. Może to wymagało czasu i poznania się na nowo? Miał wiele pytań, na które nie znał odpowiedzi. Nie chciał wychodzić na głupka, słabeusza, tchórza. Ignorant wypadał znacznie lepiej. Zwyczajny dupek, cham. Prócz słów miał pięści, którymi rozwiązywał własne problemy. Tak przynajmniej sądził. Kiedy na nie patrzył starał się nie zastanawiać, kiedy chude, długie palce grajka tak skostniały. Nie wierzył, by nadawały się do czegokolwiek jeszcze poza biciem. Gasił w sobie tęskne a może?. Nigdy by jej nie uderzył. Jak miał konfrontować się z jej oskarżeniami, słowami i atakami. Nie unosił wyżej gardy, nigdy nie sądził, by musiał. Tylko tyle, by ukryć smutek, który nieświadomie potrafiła od niego odegnać. Brakowało mu tego. Beztroski i nieświadomości, która sprawiała, że zapominał o tym.
— Niezła próba zwrócenia mojej uwagi. Ze wszystkich rzeczy, które masz mi do powiedzenia te są najgłośniejsze — odpowiedział jej cierpko, z kpiną. Jego wzrok przez moment wydawał się pusty, prawie martwy, pozbawiony czegokolwiek. Patrzył nim tak na nią, kiedy jej własny sięgał ponad jego ramię. —Właściwie to wolałbym tak traktować twoje słowa. Jako stek bzdur, zamiast noży wbitych prosto w plecy — dodał zaraz i spuścił wzrok. Nie spodziewał się takiego ciosu z jej strony. Osądzenia go w ten sposób. Dla niego rodzina zawsze była najważniejsza. Jego bliscy. Wąski krąg ludzi, których kochał, i dla których gotów był zrobić wszystko. Dla swoich. Dla niej nigdy to nie był priorytet. Robiła to, co musiała. Kiedy musiała, choć widział, że najszczęśliwsza była właśnie wtedy, gdy nie musiała nic.
Nigdy mu to nie przeszkadzało, nigdy nie chciał od niej więcej. A jednocześnie chciał mieć ją dla siebie. Szczerą i prawdziwą. Przy sobie. Nic więcej.
Wsunął dłonie do kieszeni jeszcze na moment — pokręcił głową, tuż przed tym, gdy całe jego dotychczasowe życie miało wywrócić się do góry nogami. Zastygł na moment w bezruchu, niczym posąg, patrząc na nią tak, jakby oczekiwał, że zaraz mu powie, że to żart, ale to nie był dowcip.
— Nie łapię tego. Właśnie zadałem ci pytanie, nie dla jaj, na gacie Merlina, tylko po to, żeby się dowiedzieć, a ty pytasz mnie, czy mnie to obchodzi? To po co ja, kurwa, pytam? — Uniósł brwi wysoko, z irytacją, patrząc na nią z niedowierzaniem. — Nie możesz oczekiwać ode mnie, że się wszystkiego domyśle, nie czytam w myślach, nie jestem cholerną wróżką, nawet pieprzony Dippett nie wpadłby na to, co chodzi kobietom po głowie bo to jest jakaś czarna magia! — fuknął wzburzony w jej kierunku. — Miesiąc temu mogłaś myśleć coś innego, pytam cię dziś, tu i teraz. O co tak naprawdę ci chodzi, Eve. powiedz mi, bo nie wiem. Nie rozumiem. Próbuję, ale nie umiem — jego głos stał się spokojniejszy, wręcz błagalny, a jego wzrok rozpaczliwy i pełen wzburzenia. — Nie wiem, co mam robić — szepnął z desperacją. Wszyscy od niego czegoś oczekiwali, ale to było tak sprzeczne, nielogiczne. Ciągle się tłumaczył z tego, co robił, ale chciał dobrze. Nie potrafił zrobić tego lepiej, a wciąż wszystko się komplikowało.
Tak jak teraz. A może ta jedna informacja miała wszystko rozprostować? Jak to mogło zmienić wszystko, naprawić? Nic nigdy nie naprawiało się samo.
Nie powinien się na nią wściekać. Kontynuować tego tematu. Nie w taki sposób. Ciepło jej ciała było przyjemne, ale było go za mało. Czuł, że ta chwila powinna wyglądać inaczej — on powinien być inny. Myślał, że będzie czuł coś innego. Nie chciał tego balastu za sobą, tych wszystkich trudnych i ciężkich rzeczy. Dorosłość była do bani.
Milczał przez jakąś chwilę, słuchał jej głosu. Jaki to miało wpływ na wczoraj? Nie chciała stąd odchodzić. Dom był wygodny, nigdy nie mieli luksusów takich jak teraz, w trakcie wojny. Kominek, tyle pokoi, kuchnię, stół. Kanapę. To było jak powrót do szkoły, choć wszystko musieli zapewnić sobie sami. Ale przynajmniej dom wydawał się bezpieczny. Mieli dach nad głową.
— Nie chcę — wyznał jej cicho, z poczuciem wstydu. Nie chciał zostawiać Thomasa. Tak jak nie chciał tego wtedy, nie był stworzony do samotności, choć paradoksalnie wszystkich od siebie odpychał. — Chciałem, żebyście były bezpieczne.— Odsunął się od niej, by spojrzeć jej w oczy. Nie kłamał, naprawdę tego chciał. — Nie wiem, czy tutaj jesteście. Czy zaraz nie pojawi się ktoś, kto będzie ingerował w nasze życie. Mówił nam co mamy robić, a czego nie. — Mieli swoje zasady, choć ich pokolenie, oni, żyli nimi zupełnie inaczej niż rodzice w taborze, dziadkowie, krewni. Hogwart i świat wartości z tego świata ciągnął, wyzwalał młodość, poczucie wolności. Nie ciągnęło go wcale do respektowania wszystkich zakazów świętych cygańskich praw. A jednocześnie właśnie te zasady zespajały go ze światem do którego wszedł, a w którym się nie urodził. Za którym tęsknił. — Zrobimy, co zechcesz — odpowiedział cienko, z kapitulacją.
Nie miał pojęcia co robić dalej. Nie miał planu ani pomysłu. Jego walka o prawo głosu i decydowania spełzała na niczym, kiedy miał wrażenie, że jest przeciw nim wszystkim. Wiedział, że siostra podąży za nim, ale czuł, że stanęłaby po stronie Thomasa. Tak jak wczoraj Eve. Walka nie miała już sensu.
— Sheila już wie? — spytał, spoglądając jej w oczy. — Jak… jak się czujesz?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 11 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach