Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]04.08.21 14:32
First topic message reminder :

Salon

Każdy kto znał Bathildę Bagshot wiedział, że jej dom mieścił w sobie niewyobrażalną ilość książek. Każdy regał, każdy kąt obudowany był rzędem półek z woluminami. Niektóre z nich były magiczne — nie dało się ich otworzyć i przeczytać, umykały niegodnym kartkowania stron osobom, by na koniec każdemu kto nie zna się na literaturze zatrzasnąć się na nosie. Pokój jest duży i przestronny. Mieści się w nim zielona, welurowa kanapa, i dwa niedopasowane do niej fotele naprzeciw kominka, w którym od dawna nie trzaskał ogień.  Na ścianach pokoju widnieją obrazy przedstawiające ukochanego kota Ptysia.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 10 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Salon [odnośnik]30.03.22 15:59
Złapała na moment spojrzenie Marcela, a kącik jej ust drgnął lekko w wymuszonym uśmiechu. Słuchała go i współczuła im w jakimś stopniu, ta noc musiała być dla dziewczyn okropna.- Niech zostają, ale nie ma tu żadnego sensownego miejsca dla kolejnych dwóch osób.- nie wiedział o tym? Nie wierzyła w to, przecież wpadał tu nie raz i był tu na sylwestrze. Nawet dla ich czwórki nie było dość łóżek. Przysiadła obok przyjaciela na samej krawędzi sofy.- Nie pytałam, czy to coś poważnego, tylko żebyś pokazał, co sobie zrobiłeś.- odparła z pozornym tylko spokojem. Słysząc swoje imię z ust jednej z blondynek, zawiesiła na niej spojrzenie ciemnych oczu. Przez moment chciała coś powiedzieć, ale zaraz zwątpiła.
Zerknęła na Jamesa, kiedy przyniósł to, o co poprosiła, a przynajmniej częściowo. Nie wnikała czy bawełniana chusteczka była jedyną alternatywą dla gazy, czy Jimmy zwyczajnie nie wiedział, jak takowa wygląda i sięgnął, po co popadnie.- Może trochę zaboleć.- szepnęła. Złożyła chusteczkę na pół, ostrożnie przykładając do rany, by zaraz owinąć całość bandażem. Nie robiła tego na co dzień, wiedzę miała znikomą, ale przy tak banalnych obrażeniach wystarczyła.- Idź rano do kogoś, niech na to spojrzy i zrobi coś więcej.- poradziła. Obejrzała się przez ramię na Jamesa, kiedy zaproponował, aby dziewczyny poszły na górę. Milczała, chociaż jej spojrzenie nie zdradzało aprobaty dla tego pomysłu. Rozumiała pomoc w obecnej sytuacji, akceptowała, że miały zostać, skoro nie było innego wyjścia, ale nie spodobał jej się ciąg dalszy.
- My... Masz tu trzy osoby i jedną kanapę.- odezwała się po romsku, przypominając mu o szczególe, mając wrażenie, że zapomniał o tym w parę sekund. Przeniosła spojrzenie na Thomasa.- Tak, Mars śpi z Nią. Trzeba przypilnować, żeby został rano w pokoju na górze albo wypchnąć go do ogrodu na parę godzin.- uwielbiała tego psiaka, ale wolała nie sprawdzać jego konfrontacji z obcymi dziewczynami. Słuchała, jak planowali dalej, chyba już bez ładu ustalając, gdzie będą dwie blondynki. Westchnęła cicho, nigdy nie łudziła się, że ustalanie dobrych planów to mocna strona tych dwóch... a nawet trzech, ale dziś wydawało jej się, że robią to jeszcze gorzej.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]30.03.22 16:47
Nie mogli postąpić inaczej. Był mu coś winien, to właśnie on powiedział, że Celina była martwa. Nie wiedział, że to paskudne kłamstwo, zawierzył złemu człowiekowi. Przede wszystkim jednak wszyscy byli przyjaciółmi, a przyjaciołom nie odmawiało się w potrzebie. Niezależnie od wszystkiego. Własnego dyskomfortu, niedogodności, fanaberii. Jeśli Marcel właśnie tej pomocy dziś potrzebował to musieli mu ją ofiarować. To w końcu oni mieszkali w dużym domu. Nie ich, ale to nieważne. Mieli przestrzeń, która mogła pomieścić dwie dodatkowe osoby niezależnie od tego, czy było miejsce na łóżku, czy nie. Spojrzał na Eve na moment, nie okazując zbyt wiele. Dopóki nie włamał się do mieszkania w dokach, opuszczonego przez rodzinę po bezksiężycowej nocy — a może wymordowaną, nie chciał o tym myśleć — sypiał byle gdzie. Dach nad głową bywał luksusem, każde miejsce, z którego go nie wyrzucili było okazaniem mu zaskakującej życzliwości. Zwykle w końcu był przepędzany, traktowany jak człowiek marginesu. Nawet podłoga w miejscu, gdzie nie kapał mu na głowę deszcz i nie odmarzały palce był zbawienny.
Na urodzinach Marcela było tu dwadzieścia pijanych osób, nie obyło się bez awantur, krzyków i szarpania, Mars nie wydawał się być przejęty tym faktem — mruknął po romsku, przenosząc zdezelowane spojrzenie z żony na brata. Cały czas podejrzewał, że Sheila musiała mu podawać jakieś środki, dzięki którym taki był. Niemożliwe, że bydlę jego rozmiarów godziło się na głód i takie sytuacje samo z siebie.Nie sądzę, żeby dwie słabe dziewczyny uznał za zagrożenie. A jeśli choćby warknie to wyleci stąd na zbity pysk — mówił poważnie. Wystarczyło, że musieli odmawiać sobie jedzenia, by go wykarmić, a i tak nie jadł tyle ile powinien. Nie mieli dostępu ani do karmy ani do mięsa, zjadał resztki. Unikał go, nie zamierzając stać się obiadem, ale martwił się o dziewczyny w jego obecności. — Mam tu sześć osób, jedną kanapę i jedno łóżko.— zwrócił się do Eve. Dopiero co zaproponował je dziewczynom. — Nam wystarczy kanapa, zmieścimy się. Dziewczyny prześpią się na łóżku, Marcel na razie wychodzi, jak wróci to zobaczymy, a Thomas może spać nawet na wycieraczce— problem rozwiązany. Warknął z irytacją niewiadomego pochodzenia i ruszył w kierunku Celiny. — To ja, nie bój się — zwrócił się do blondynki, przystając przy sofie. Pochylił się i wsunął delikatnie pod nie dłonie; była drobna, ale on nie był tak silny jak Marcel. Wziął ją na ręce i poprawił chwyt już po tym jak ją podniósł. — Przynieście świece. Jak najwięcej. Chodź, Leonie, pokaże wam sypialnię — zwrócił się do dziewczyny, spoglądając na moment na Celinę. Przemknął ślinę i ruszył przed siebie, po schodach, nie odwracając się już na nikogo. I tam, na górze, ułożył dziewczynę w ciepłym wciąż łóżku. Łóżku, z którego prawie co sam się zerwał. — Jesteście tu bezpieczne. Zaraz będzie jaśniej — Spojrzał na Leonie i odsunął się od łóżka, pozwalając jej chociażby usiąść. Czekał na brata, aż przyniesie to, o co prosił.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]30.03.22 16:57
Spojrzał na Eve, kiedy wspomniała, że nie było miejsca, potem na Jamesa, kiedy wspomniał Sylwestra. Wtedy wszyscy się tutaj zmieścili. Dom był duży, nie należał zresztą do nich tylko do Bathildy Bagshot, która zawsze gotowa była nieść pomoc: musiała być gotowa, skoro stanęła na czele Zakonu Feniksa. A Marcel nie znał nikogo innego, kogo mógłby o to poprosić - bo kogo? Gdyby tylko mógł, w pierwszej kolejności oddałby im własny wóz, ale nie mógł wziąć ich do Londynu. Celine uciekła z więzienia, Leonie nie miała dokumentów. To potrwa, nim się tym zajmie. Nie chciał jednak o tym mówić, dziewczyny mogłyby się poczuć źle. Wiedział, że jego przyjaciele mu nie odmówią i pojmą powagę sytuacji. Naprawdę rzadko ich o coś prosił. - Nie wygłupiajcie się, Celia musi odpocząć. Nie zostaniesz na kanapie - odpowiedział jej, ze zdecydowaniem. Ile nocy przespała w ciasnej i zimnej celi Tower? Eve nie znała jej zapachu, ale on tak. Ale James i Thomas tak. I każdy z nich mógł sobie uzmysłowić, ile tam przeszła. Im było prościej niż pięknej dziewczynie, musiała tam przejść horror.
Nie opierał się, kiedy nachyliła się nad jego nogą, ale mocno zacisnął zęby na ostrzeżenie; mimo wcześniejszego przetarcia rany przeszedł go bolesny spazm, który wywołał powstrzymywane drżenie nogi. Kiedy skończyła opuścił nogawkę spodni, opatrunek chronił ranę, a materiał ubrania już jej nie podrażniał. Znacznie łatwiej będzie mu wrócić do domu i dokończyć ten dzień tak, jak obiecał.
- Dziękuję, Eve - szepnął, unosząc ku niej spojrzenie, wsluchując się w dalszą rozmowę po romsku. Mars nie pierwszy raz budził emocje. Dorastał, przestał być szczeniakiem. Zaczynał robić się agresywny? Wychwytywał co drugie, może co trzecie słowo, ale tyle wystarczało. - Jak zacznie się robić niebezpiecznie, możecie go podrzucić do nas - odpowiedział po angielsku. - U nas sobie z nim poradzą, a zawsze będziecie mogli go odwiedzić - dodał, spoglądając na Jamesa. Musiał martwić się o młodszą siostrę, niezależnie od tego, ile kosztowało ich utrzymanie tego psa. Wskazał Leonie drogę na schody, ruszając jeszcze za nimi, po drodze zabrał świecie z przedpokoju, zgodnie z życzeniem przyjaciela. Położył je na szafce przy wejściu do sypialni, spoglądając wpierw na zmęczoną Celine, potem na niepewną Leonie. Nie potrafił na nie nie patrzeć. - Przyjdę jutro. Wyśpijcie się - obiecał, zwracając się do nich obu. - Znajdę twojego ojca, Leonie - obiecał jeszcze z determinacją w głosie.
- Jimmy, poczekaj - zwrócił się do niego, odciągając go za ramię od dziewczyn, pół kroku. - Zanim pójdę - wsunął rękę do kieszeni, odnajdując dokumenty Sheili. Wcisnął je do kieszeni Jamesa. - Zniszczcie stare, żeby się nie pomyliła. Wszystkie informacje w Ministerstwie są zmienione, jej rodzice i dziadkowie figurują jako czarodzieje półkrwi. Łatwo wybrnie, jeśli się zapomni albo pomyli. - Doen było popularnym nazwiskiem, Doe mogło brzmieć podobnie, niewyraźnie. Sheila nie lubiła kłamać. Grunt, że nie była już powiązana z mugolami. Ani z Thomasem. - Trzymajcie się - Ścisnął ramię Jamesa na pożegnanie - I dzięki - dodał, zamierzając zejść po schodach w dół, obok Eve, zgarnąć miotłę Thomasa i zwinąć się do Londynu.

jeśli nikt nic ode mnie nie chce, to wychodzę już

Salon - Page 10 SlgWtAC


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Salon [odnośnik]30.03.22 17:34
Wygodnie było na zatęchłym materacu w celi, wygodnie było na chybotliwym stołku w sali przesłuchań, wygodnie było nawet na kamieniach w kącie ciasnej klatki, w który wciskała się w popłochu na dźwięk kroków dobiegających zza zaryglowanych magią drzwi, ale nie na kanapie i na pewno nie na łóżku, których miękkość zdawała się ją przeżuwać. Jakby upłynniała mięśnie, a te rozlewały się w niej jakimś kwasem. Nigdy jednak nie pomyślałaby o tym, żeby wybrzydzać - pozbawiona ku temu pozycji, wdzięczna za gościnę, za bezpieczeństwo, o jakim zapewniał Marcel i domownicy. I nauczona, że roszczeniowość kończyła się bólem.
Szum rozmów, planów i nieznanych języków kołysał ją do snu, zlewając się w jeden odgłos, w przyjemne chrobotanie kojarzone z gwarem w rodzinnym domu, może nie jej własnym, skoro mieszkała tam tylko z ojcem, ale z jakimś, z krewnymi zebranymi przy stole w porze obiadowej, oczekującymi na dogotowanie się ziemniaków, albo z leniwym wieczorem przy kominku, w którym wesoło buchał ogień. Tower było ciche. Niepokojąco zgnuśniałe, rachityczne, czasem burzone echem czyichś krzyków, których tak bardzo się bała. Bo to znaczyło, że znów kogoś krzywdzono. Że gdzieś obok, tak blisko, działy się złe rzeczy.
Teraz jednak złe rzeczy były daleko.
Ktoś podniósł ją z kanapy, ktoś zamknął ją w ramionach, ktoś ciepłem odgonił czające się w cieniach potworności i pozwolił, żeby oparła głowę na ciepłym ciele barku, przez lekko rozchylone wargi wypuszczając z płuc rozgrzane powietrze. To ja, nie bój się. Ja, czyli kto? Sylwetka o rozmytej twarzy, w której kanwę można było wpisać każde znajome rysy. Tylko ten głos - pamiętała go z portu, z wilgoci bijącej od wody, z bajecznych piosenek, do których pląsała w karykaturze tradycyjnego baletu, bez profesjonalnych puent, balansująca na kamieniach nierównych chodników. Jamie. Jimmy. James Doe, skrzypek z syreniej laguny, obdarzony słodkim, wręcz nieziemskim głosem. To ja, tak, to on. Celine nie odpowiedziała; w jej oddechu tylko zaplątał się pomruk wdzięczności, jeśli to nie kłamstwo i nie gorączka - liczyła, że nad ranem będzie o tym wszystkim pamiętać. Ale doprowadzone na skraj własnej wytrzymałości ciało i rozchwiany doświadczeniem umysł nie mogły jej tego obiecać, ba, wyśmiały promyk wątłej nadziei, a w głowie słyszała tylko ich uszczypliwy śmiech, zanim i on stał się echem, a świadomość odpłynęła daleko, daleko, do bram koszmaru dającego ujście skumulowanym lękom. Przyjdę jutro. Przyjdź, wszyscy przyjdźcie. I, błagam, już nie odchodźcie.

zt? :'(


idź, równiutko idź, tam mówią będzie raj,
a gdy zostaniesz tu na zawsze będziesz sam.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 8
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Thomas Doe [odnośnik]30.03.22 23:21
- I żarcie. Zresztą, nieważne, zajmę się nim po prostu, skoro ty nie widzisz w tym problemu - odpowiedział bratu, wzdychając. Naprawdę nie pojmował co w niego wstąpiło dzisiaj, teraz... w ostatnich dniach? Wciąż miał mu za złe początek lutego? To co miało miejsce z Eve..? Nie był pewny, ale mógł się jedynie domyślać - a wszystkie sygnały wskazywały, że coś ma mu za złe. Tylko co?
Westchnął jednak, nawet się nie wykłócając o swoje miejsce do spania. Czy w ogóle zaśnie? Wątpił w to. Może powinien się przewietrzyć, a z drugiej strony jeśli jego brat miał spać z żoną w salonie, wolał ich nie rozdrażnić krzątaniem się i wracaniem. No i czy powinni zostawić Leonie i Celinę same na górze? Czy jeśli się obudzą w środku nocy, nie będą przerażone tym, gdzie się znalazły? Szczególnie Celina wydawała się, że nawet nie zdaje sobie do końca sprawy z tego, w jakim miejscu się znalazła.
- Zdrzemnę się na górze na korytarzu, jakby dziewczyny się obudziły i czegoś potrzebowały - rzucił, zabierając herbatę i odstawiając na stoliku, po czym rzeczywiście skierował się po rzeczone świeczki. W końcu były potrzebne, powinni zadbać o komfort gości.
Machnął do Marcela na pożegnanie, zabierając się z salonu do kuchni, a po tym już zjawił się w sypialni ze świeczkami i pudełkiem zapałek, nie wiedząc w końcu czy jeśli mieli do czynienia z czarownicami, czy w ogóle posiadały przy sobie różdżki. Z drugiej strony czy wszyscy czarodzieje potrafili posługiwać się zapałkami? Nie do końca był pewny, ale późna pora stanowczo nie była odpowiednią na poszukiwanie odpowiedzi na podobne pytania. Zresztą, już stwierdził, że w razie jakby czegoś potrzebowały, będzie spał na korytarzu.
Rozstawił świeczki, zaraz zabierając się do ich odpalania, aby dziewczyny się czuły bardziej komfortowo - a na pewno Leonie. Posłał dziewczynie lekki uśmiech.
- Jimmy potrzebujecie na dole więcej koców z Eve? - rzucił, samemu otwierając jedną ze skrzyń, w której wciąż były pozostawione koce z sylwestra. Wybrał te lepsze, chcąc zostawić je na łóżku Leonie i Celine, aby nie zmarzły w nocy, a dodatkowy odłożył na bok dla Jamesa, aby zabrał go ze sobą na dół. Ostatecznie to co zostało, sam zabrał, chcąc mieć na czym spać na korytarzu.
Poczekał aż James zajmie się wszystkim, po tym razem z bratem wychodząc z sypialni i delikatnie przymykając drzwi. Rozejrzał się na korytarzu za odpowiednim miejscem na rozłożeniu koca, a po tym już przygotował swoje prowizoryczne posłanie, szczerze wątpiąc czy uda mu się zdrzemnąć dzisiejszej nocy na dłużej.

Zt?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 10 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Salon [odnośnik]02.04.22 19:07
Spojrzała na nich, najpierw na Marcela, później na Jamesa. Szwagra za to ominęła całkiem, bo jak raz od długiego czasu najmniej ją denerwował, stając się wręcz tłem, zbyt zajęty dwiema dziewczynami przyprowadzonymi przez Sallowa. Chyba tylko on w tym wszystkim był jakkolwiek logiczny i pewnie nie dowierzałaby temu, gdyby miała chwilę, by to przemyśleć.
Słuchała tego, co mówili, ale to do niej nie trafiało. Za to, co miało teraz miejsce, nie była zła na Celinę czy Leonię. Rozdrażnienie koncentrowało się na dwóch bliskich jej chłopakach; mężu i przyjacielu. Uniosła wzrok na Jamesa, kiedy odpowiedział jej, skontrował słowa i postawił na swoim. Rozchyliła usta, chcąc się odezwać, powiedzieć coś jeszcze, nawet jeśli miało to doprowadzić do kłótni przy innych. To nie byłby pierwszy raz i najpewniej wcale nie ostatni, ale chociaż raz to ona sprowokowałaby spór, a nie wybuchowość Jamesa z byle powodu. Jednak żaden dźwięk nie dobył się z gardła, struny głosowe pozostały bez ruchu. Za to obserwowała, jak brał na ręce półwile, echem w głowie odbiły się słowa, jakie skierował do niej. Nie bój się. Naprawdę? Właśnie to jej powiedział? Zacisnęła mocniej szczęki, czując aż tępy ból i spuściła spojrzenie na własne dłonie, oparte teraz na udach. Trochę krwi Marcela pozostało na palcach, gdy nakładała prowizoryczny opatrunek, ale nie przejmowała się tym. Milczała.
Niech i tak będzie, Jimmy. Skoro tak właśnie chcesz, twoja wola i twoja decyzja. Powinna mu to powiedzieć, miała tego świadomość, ale nie potrafiła się przełamać. Przed oczami pozostał sposób w jaki objął drobną Celinę. Miała tylko nadzieję, że za tym uporem i chęcią postawienia na swoim, szła również dorosła odpowiedzialność za to, czego się podejmował. Szła świadomość konsekwencji dla Doe, którzy ledwo radzili sobie sami. Skoro chciał pokazać, że był mężczyzną, który decyduje, niech nim naprawdę będzie, a nie chłopcem, który w zrywie, robi coś z czym sobie znów nie poradzi. Nie drgnęła z miejsca, aż została na dole sama. Podniosła się z kanapy i pozbierała z ławy wszystko, co zostało przyniesione, a teraz nie było potrzebne. Sprzątnęła szybko, by na koniec odstawić kubki na blat w kuchni. Tylko jeden zabrała ze sobą, zamykając smukłe palce na naczyniu i chłonąc przyjemne ciepło. Nie dbała o to, czy była to herbata Jamesa, Thomasa czy kogoś innego, to było nieistotne. Przystanęła w wejściu do salonu, spoglądając w kierunku sofy i wiedziała, że może zapomnieć o śnie dziś. Zaraz potem zerknęła na kominek w którym płonął ogień i podeszła bliżej, by usiąść tuż obok na podłodze, odwracając głowę w kierunku płomieni. Odstawiła kubek na podłogę, aby otulić się mocniej swetrem i przyciągnąć kolana do klatki piersiowej. Tak było jej cieplej, wygodniej, lepiej. Wpatrywała się jak języki ognia trawią kawałki drewna, które zostały im podrzucone, podane wręcz na tacy, by spłonęły. Zerknęła krótko w obok, gdy z domu wyszedł Marcel, zatrzaskując za sobą drzwi. Wsłuchiwała się w ciszę, która zapanowała na parterze. Wiedziała, dobrze, że nie potrwa to długo.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]04.04.22 0:50
Nie rozumiał tych fanaberii, protestów, złości, ale był też mężczyzną. Celina zwykle była tylko Celiną, ale kiedy pojawiała się w pobliżu, gdy tak dziś na nią patrzeć nie miał żadnych wątpliwości, żadnych refleksj — nie dopuszczał do siebie wątpliwości własnej żony, pewien, że jego intencje były całkowicie szczere i czyste. Był pewien, że to po prostu musieli uczynić. Prośba Marcela nie mogła zostać bez odpowiedzi. Zgodził się, zrobił to świadomie. Sallow wiedział, że dla nich to dużo, znał ich na tyle, by wiedzieć, że wpuszczenie pod dach dwóch obcych dziewcząt to dużo. Ale wiedział też, że cyganie byli gościnni i przyjaźni dla przyjaciół. Tak został przyjęty podczas wesela. Jak mile widziany gość, którego napojono i nakarmiono do syta. Każdy wiedział kim był i dlaczego się tam znalazł. Dla jego rodziny goście jednak byli tylko gośćmi, a granica uprzejmości gospodarzy kończyła się tam, gdzie przekraczano intymne sfery rodzinnego życia. granica była wyraźna, dla Sheili, Thomasa i Eve dziś mogło być tak samo — ani Celinę ani Leonie nie miały dla nich najmniejszego znaczenia. Musiało się liczyć słowo Marcela, jego prośba. Ile była warta?
Przytaknął na słowa Marcela odnośnie Marsa. Nie sprawiał problemów, ale nie miał do niego zaufania. Był duży, wyglądał groźnie. Wiedział, że Sheila odmawiała sobie jedzenia byle go nakarmić i był wściekły, że dla zwykłego psa jest w stanie głodować. To był tylko pies, nie żaden członek rodziny. Pies, którego ofiarował jej Vane, zupełnie nie zdając sobie sprawy jak wygląda ich życie. To nie pluszowy szczeniak. Dziś Mars był sporej wielkości psem ważącym dwie trzecie jego własnej wagi. Patrząc na niego szczekającego wiedział, że siłę w szczęce musiał mieć taką by połamać mu kości. Taki pies się przydawał przy obcych, był dobrym zabezpieczeniem. Jeśli ktoś przyjdzie istniało spore prawdopodobieństwo, że zaatakuje napastnika, ale we własnym domu czuł się sterroryzowany przez zwierzę. Bo gdy będzie głodny, będzie zły. Nie odpowiedział jednak Marcelowi, na to przyjdzie czas. Znał zdanie Sheili i Thomasa, nie chcieli go zostawiać, a on sam nie wiedział, co z tym dalej robić.
Zaniósł Celinę na górę, aby położyć ją we własnym łóżku. Łóżku, które przed chwilą sam zajmował z żoną. Czułby się niezręcznie, głupio i źle, pochylając się nad nią tak nad pościelą, ale kiedy na nią patrzył nie miał żadnych wątpliwości. To było dobre. To było słuszne.
Niechętnie skierował się w stronę wyjścia, zatrzymał go Marcel. Spojrzał na niego w ciszy. Wsunął mu coś do kieszeni, nie wiedział, co a z jego słów nie do końca zrozumiał, ale przytaknął mu niemo i wyszedł zaraz za nim. Zamknąwszy drzwi do sypialni sięgnął dłonią do kieszeni i wyciągnął z niej dokumenty Sheili. Poczuł jak krew odpływa mu z twarzy.
— Marcel — krzyknął za nim, podchodząc do krawędzi schodów. Stuknął dokumentami o druga dłoń i wypuścił powietrze z płuc. — Dziękuję.— Ale to było za mało. Popatrzył na dowód rejestracji różdżki, dopiero teraz rozumiejąc jego słowa w sypialni. Nie wiedział jakim cudem to zrobił, jak udało mu się podmienić to wszystko, zdobyć nowe. Nie śmiałby go prosić o nic takiego. Nigdy. Zrobił to sam. Dla nich. Dla Sheili. Nie było słów, którymi mógłby mu za to podziękować tak naprawdę. Odprowadził go wzrokiem, spoglądając jeszcze na dokumenty siostry. Mógł odetchnąć z ulgą. Wiedział, że Sissi będzie mogła. To oznaczało, że w Londynie, w Anglii mogła czuć się bezpieczniej. Jej związki z ojcem mugolem zostały wymazane, nie było żadnych zapisków o tym w kartotekach; nikt nie mógł jej za nić ścigać, o nic ją osadzać. Była niewinna.
Zszedł na dół po chwili. Nie dostrzegł nigdzie Eve w pierwszej chwili. Dopiero później dostrzegł burzę kręconych włosów przed kominkiem. Nie pomyślał o tym, że mogła być zła. O cokolwiek. Stanął obok sofy spoglądając na nią, a później usiadł obok na ziemi, uważając by nie rozlać napoju, który znajdował się w kubku. Spojrzał na Eve na moment, a później pokazał jej dokumenty Sheili.
— Marcel je podmienił. Sheila może być bezpieczna w Londynie.— A to znaczyło, że gdyby musieli się stąd wynieść zawsze mogli tam wrócić.
Jego wzrok zawisł na moment na dziewczynie. Przemknął nim po jej rysach; nosie, ustach, oczach. Przysunął się bliżej, tak, by stukać z nią ramieniem. Pod ugiętymi nogami miał jej kubek. Tak we dwoje było cieplej, było przyjemniej. Było raźniej.
Ogień trzaskał w kominku przed nimi. Nie było wcale źle. Podłoga nie była najgorsza. Tak długo, jak długo wszyscy byli ze sobą, byli razem wszystko było w porządku. Nie wiedział dlaczego, ale właśnie o tym dziś pomyślał. Mieli siebie, nie byli w stanie tego niczym zastąpić.



Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]04.04.22 23:09
Wiedziała, że gościnność leżała u podstaw kultury w jakiej się wychowała. Wpajano im to od najmłodszych lat, bo mało było obcych, którzy zasługiwali na przychylne spojrzenia i akceptacje w dość zamkniętym gronie romskich społeczności. Najważniejsze jednak, że nigdy nie powinno to rzutować na samych cyganach, stawiać ich w sytuacji w której stawali się stratni, gdy musieli odmówić sobie dla gadziów. Zrzucanie cudzego problemu na nich, było właśnie tym przekroczeniem, czymś, czego nie chciała akceptować, ale teraz postanowiła milczeć. Zostawić decyzyjność na innych barkach, samej protestując jedynie w krótkim zrywie, zanim dotarło do niej, że nie miało to sensu. Nikt nie słuchał. Pewne było za to, że gdyby to Marcel potrzebował schronienia, dostałby je tak po prostu, jak najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Był zbyt swój, żeby mógł wylądować za drzwiami. Tylko to nie działało w przypadku panienek, które postanawiał sprowadzić. Nie byli przytułkiem, nie mieli warunków do tego, aby bez problemu przyjmować pod dach obce dziewczyny. Dziś jednak najwyraźniej nikt tego nie rozumiał i wątpiła, aby najbliższe dni miały cokolwiek zmienić.
Oparła brodę na kolanach, przymykając oczy. Ciepło bijące z kominka w pewien sposób uspokajało, przywoływało na nowo senność. Sypianie gdzieś po kątach i na podłodze nie było niczym nowym, stało się przykrym przyzwyczajeniem, którego chciała się oduczyć i udało w ostatnim czasie, gdy nie nadarzały się okazje, aby przypominać sobie o tym znów. Zacisnęła palce na materiale swetra, spinając się odrobinę, kiedy usłyszała za plecami kroki. Otworzyła oczy i odwróciła nieco głowę, akurat, gdy James postanowił podejść bliżej. Obserwowała za wpółprzymkniętych powiek, jak zajmuje miejsce obok. Wyciągnęła dłoń po dokumenty, zerkając na nie pobieżnie i oddając zaraz chłopakowi.- To dobrze. Chociaż czy Ona będzie chciała wrócić? – stolica była dobrą opcją, wystarczyło się nie wychylać, aby okazała się bezpiecznym miejscem, a już bardziej niż jakiekolwiek przypadkowe. Wróciła spojrzeniem do płomieni w kominku.- Powiesz jej o tym? Powinieneś z nią porozmawiać o dziewczynach, zanim sama się zorientuje, że mamy kolejnych obcych w domu. Starczy jej już niemiłych niespodzianek.- dodała z pozorną obojętnością. Nie planowała robić tego za niego, w końcu to on zdecydował i na nim leżała odpowiedzialność.
Poczuła, jak trącił ją ramieniem przysuwając się bliżej. Dlatego zerknęła na niego, czując, że jest obserwowana. Nie przeszkadzało jej to, przywykła do cudzych spojrzeń na sobie i tego, jak on przyglądał się. Wzrok Jamesa na niej, zawsze był inny, bardziej fizyczny niż pewnie powinien. Kiedyś ją to krępowało, by w najlepszym okresie budzić jednak zadziorność i chęć drażnienia się z nim, tak by przypadało to do gustu obu stroną. Teraz sama nie wiedziała, co czuje. Chyba coś pośredniego, przytłumionego nieco w sposób, który wcale jej się nie podobał. Zawahała się, zanim wyciągnęła jedną dłoń, a smukłe palce dotknęły męskiego uda, tuż powyżej kolana. Ze spokojem, musnęła opuszkami palców wewnętrzny szew jego spodni i powędrowała dalej, wyżej. Przechyliła się nieco w jego kierunku, opierając się policzkiem o jego bark, by zaraz przesunąć się bliżej szyi. Ciepły oddech musnął odsłoniętą skórę, a dłoń w tym czasie kontynuowała powolną drogę, by zaraz zsunąć się i złapać za kubek. Odsunęła się od niego z cieniem zaczepnego uśmieszku na ustach. Upiła łyk herbaty, która zdążyła już zrobić się zimna, ale wcale nie było to kłopotem.- Idź spać, Jimmy. Musisz wstać za parę godzin.- mruknęła, odstawiając naczynie po drugiej stronie i na powrót obejmując nieco nogi przyciągnięte do klatki piersiowej.- Niewyspanie jest pewnie ostatnim, czego potrzebujesz.- sama wolała spędzić noc tutaj, blisko ognia kojarzącym się z najlepszymi i najgorszymi rzeczami.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]10.04.22 1:55
Nie myślał zbyt wiele, oddał się temu. Dla niego był w stanie zaryzykować. Wierzył mu, ufał. Nie kwestionował, nie zastanawiał się. Nie prosiłby, gdyby nie musiał. A jeśli musiał, nie miał wyjścia — trzeba było mu pomóc. To było coś więcej. Nie zastanawiał się, dlaczego Eve nie rozumiała. Marcel był jej przyjacielem. Ani przez chwilę przez myśl nie przemknęło mu, że płeć, wygląd, czy jego relacje z jedną z przybyłych mogłyby mieć na to wpływ. Siadł przy niej tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, nie mając powodu, by zarzucać jej niechęć, mieć żal o opór. Zupełnie jakby o tym zapomniał. Odebrał dokumenty od Eve, zerknął jeszcze raz na zdjęcie Sheili. Wiedział, że się ucieszy. To oznaczało, że będzie mogła wrócić do przyjaciół. Odwiedzać ich. Odwiedzać tą kobietę, która ją przyjęła, a może nawet wrócić do pracy. Nie pomyślał o tym wcześniej. Czy mieli względem niej dług wdzięczności?
— Nie wiem. To bez znaczenia. Ale jeśli będzie chciała tam być, będzie mogła. No i przede wszystkim, ojciec zniknął z dokumentów. Nikt nie będzie pytał. Nikogo to nie będzie obchodzić. — Nie zamknie jej to dróg; gdyby jakiekolwiek były. Będą? Kiedykolwiek? Gdyby chciała spróbować, walczyć. Nie wiedział. Wiedział tylko, że ten dokument miał dziś wielkie znaczenie w świecie, do którego nie przynależeli. Nie był im niezbędny do życia, ale mógł pomóc. — Myślisz, że zrobił to dla niej, bo...? — spytał niepewnie, powoli podnosząc spojrzenie na Eve. — Będzie mogła go odwiedzać... — dodał wymownie i przygryzł policzek od środka. Czy istniał chociaż cień szansy, że zrobił to dla niej z tego powodu? Nie wiedział, nie pytał, jak to zrobił. Musiało go to wiele kosztować. — Musiał dla tego strasznie ryzykować — mruknął, chowając dokumenty w kieszeni. Podrobienie dokumentów w ministerstwie to nie była praca dla amatorów. Nigdy by się tego nie podjął, nie odważył ani dla siebie ani swoich bliskich, bojąc, że zostanie złapany. A Marcel? Po prostu to zrobił. — Powiem. To pewnie nie potrwa długo.— Ale tyle ile trzeba. Trudno było im przedłożyć cudze bezpieczeństwo ponad swoje. Ponad swój komfort, przyzwyczajenia. Jemu było prościej, Celina nie była nieznajomą.
Uśmiechnął się ledwo, kiedy oparła głowę na jego ramieniu. Dopiero kiedy go musnęła poczuł jej dłoń na sobie, zerknął w dół, a później na nią. To było zaproszenie. Nawet jeśli zrozumiał to tak późno.
— Gdzie? Na górę? Do łóżka?— odpowiedział równie zaczepnie, patrząc na nią. Ostatnie trzy miesiące nie pozwalały mu na to. Na poczucie swobody, żartowanie. Bycie sobą. Ściśnięty we wspomnieniach, przeżyciach i koszmarach błąkał się, odbijał od ścian. Potrzebował czasu. A ten, w końcu nadchodził. — Jeśli tego sobie życzysz... Mogę cię tu zostawić. Samą. Ja nie zamierzam być dziś sam — oświadczył niewinnie, wzruszając ramieniem. Zachował kamienną kimę, kiedy odwracał się w stronę kominka. — To... dobranoc? — spytał, przygotowując się do wstania.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]12.04.22 21:35
Chociaż nie bardzo potrafiła tego teraz okazać, cieszyła się, że Sheila miała znów otwarte drzwi do Londynu, że dokumenty stały się w pełni akceptowalne i bezpieczne dla dziewczyny. Sama nie miała nic do mugoli, a o ojcu rodzeństwa wiedziała, tyle, co sami chcieli powiedzieć, a raczej James i Thomas. Rozumiała za to, że niebezpiecznie jest mieć kogoś takiego w papierach, przyznawać się do takiego pochodzenia. W obecnych czasach najpewniej był to wystarczający powód, aby przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Jakby i tak nie mieli już pod górkę wszyscy.
- To najważniejsze, powinna znów nabrać pewności siebie, a to może jej pomoże.- wystarczyło już zmartwień, do oglądania się przez ramię z różnych powodów. Codzienność była trudna, bardziej lub mniej, a to mógł być dobry początek zmian i uspokojenia chaosu, który raz za razem lubił wkradać się w życie.
Zerknęła na niego, gdy podjął temat Marcela.
- Mam nadzieję, że nie.- przyznała po chwili wahania.- A jeśli jednak trochę mu zajęło, by szarpnąć się na jakikolwiek gest, który to potwierdzi. No i spóźnił się o kilka tygodni.- dodała zaraz. Nie była pewna na jakim poziomie była teraz znajomość Sheili i Aidana, ostatnio nie było okazji, aby podpytać o to. Naprawdę jednak miała nadzieję, że Paprotka nie straciła zainteresowania Moorem. Był sympatyczny, przyjemny w rozmowie i chociaż nie w jej typie, całkiem przystojny. Chyba.
Spojrzała raz jeszcze na dokumenty, słysząc o ryzyku. Nie wątpiła, zdobycie czegoś takiego musiało być skrajnie niebezpieczne i nie wiedziała, czy bardziej podziwiała Marcela za odwagę, czy potępiała za głupotę, że to zrobił.- Musiał.- przytaknęła mu, przerywając ciszę ze swojej strony. Zamilkła jednak znów, nie wiedząc, co ponadto mogłaby powiedzieć.
Zerknęła na niego krótko, kiedy wspomniał, że obecna sytuacja nie potrwa długo. Nie odezwała się, to nie była jej sprawa, nie jej problem... pozornie. Zacisnęła zęby na wardze, aż poczuła metaliczny posmak w ustach. Zdławiła w sobie wszelkie słowa, zignorowała chłodne wnioski. Nie, nie zamierzała mówić czegokolwiek w tej kwestii. W końcu kilka minut temu obiecała sobie, nie mieszać się, nie sprawiać, że możliwe konsekwencje spadną i na jej barki.
Nie sądziła, że tak szybko pożałuje tej krótkiej zaczepki. Nie przypuszczała, że to właśnie dziś Jimmy przypomni sobie, jak na takowe odpowiadać. W ciemnych tęczówkach odbiło się zdziwienie, kiedy utkwiła w nim wzrok. Zlustrowała go spojrzeniem zaskoczona, czując delikatne ukłucie zazdrości i złości.- Zapomnij. Sofa o którą tak walczyłeś dziś, czeka na ciebie i jest caaaaała twoja.- odparła z uśmieszkiem, który nie sięgał oczu, pozostawiając je czujniejsze. Przechyliła się nieco, gdy wyraźnie był gotów wstać i pójść tam. Naprawdę? Czy jedynie drażnił się z nią? Początkiem stycznia, nie miałaby wątpliwości, teraz sama nie wiedziała, co myśleć.
- Chcesz iść do Nich? Tego potrzebujesz? By iść do innej? – spytała z powagą, ukrywając cień zazdrości. Rozsądek podpowiadał, że nie, że jedynie się zgrywał. Jednak coś, jakieś dziwne przeczucie, chłodna myśl, sprawiały, że czuła się nieswojo. Wstała z podłogi, otulając się swetrem, by przysiąść na parapecie najbliższego okna i tym samym odsunąć się od niego, ale nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]20.04.22 2:00
Nienawidził swojego ojca, a jednocześnie tęsknił za nim. A raczej za tym, kim mógł być, kim powinien w jego życiu. Obserwując rodziców Eve, jej ojca żałował, że jego nie potrafił się na to zdobyć. Chciał być inny. Wierzył, że kiedyś będzie innym ojcem niż własny, zrobi wszystko by nie upodobnić się tego, który zakorzenił w nim wieczny strach i poczucie niepewności. Nie miał pojęcia, że stał się właśnie nim. Przez niego nienawidził też wszystkich ludzi jego pokroju. Przez chwilę, pewien moment. Może dłużej? Może wciąż to czuł. Bił ich, bo wierzył, że matka jest wiedźmą. Była, ale on nie miał o tym pojęcia, to ich przejawy magii doprowadzały do tych wszystkich dziwacznych sytuacji. Karał ją za to. Za to, że go uwiodła — wdziękiem, spojrzeniem, ruchem warg, tańcem. Kiedy patrzył na Eve czasem myślał to samo. Gdy było źle, przeklinał ją za to, co mu zrobiła. Zapadła mu w pamięć zapachem ciała, ruchem bioder, emocją odwzorowaną na jej twarzy podczas tańca. Z pozoru niewinna, dziewczęca i delikatna, kiedy sięgała po swoją broń była bezlitosna. Robiła to teraz. Drażniąc się z nim, igrając z delikatną, pozornie twardą męską naturą. Jej dłoń znała te ścieżki dobrze, a mimo to jej bliskość wciąż wywoływała to samo uczucie zmieszania i wygłodniałego, zwierzęcego wręcz pożądania. Spojrzał na nią jednak, sprowadzony na ziemię brzmieniem jej słów.
— Co to znaczy? — Że spóźnił się kilka tygodni? Sheila nic mu nie powiedziała, co się zmieniło? Był tak nieobecny w ich życiu? Tak oderwany od codzienności, że nie zauważył nikogo wokół własnej siostry? Tower zakorzeniło się głęboko w jego sercu. Wspomnienia, ból, lęk. Pragnienie zemsty. Przysłoniła mu wszystko inne? Jak wiele jeszcze stracił, co jeszcze mu umknęło? Zamknął usta i powoli podniósł się z ziemi. Obserwował ją, kiedy i ona zmieniała swoje miejsce. Nie ruszył za nią, choć w głowie wszystko już pomknęło dalej — był przy niej, zaczepny i ośmielony. Rozbawiony, nieco drwiący. Przepełnione bólem serce nie pozwoliło mu ruszyć w ślad za wyobraźnią. Zmierzył ją tylko wzrokiem, nabierając powietrza w płuca. Gdyby ktoś go pchnął, ruszyłby dalej. Brakło mu bodźca. Spojrzał na sofę. Nie przeszkadzała mu wcale. Uśmiechnął się lekko — wszystko wróciło na swoje miejsce, nie było wokół rozpraszacza, który otumaniałby go jak durnia. Widział siebie i ją na tej sofie. Małej, ciasnej, ale wystarczającej. Wtulonych w siebie, splecionych w namiętnym, romantycznym uścisku. Sofa była dobra. Lepsza od podłogi, a z nią zupełnie wystarczająca.
— Cała? — zdumiał się i wzruszył ramionami, podchodząc do niej powoli. Nie rozbierał się, jak to miał w przypadku łóżka. Był zmęczony. Ciągle był zmęczony. Spojrzał na nią, powoli wchodząc na sofę, kolanami, dłońmi. Położył się na boku, wciskając w oparcie. Przed nim wciąż było nieco miejsca — na tyle by mogła wygodnie ułożyć się przy nim. Chciała ukryć cień zazdrości, ale nie udało jej się. Jej słowa wyrażały to, co oczywiste. Spojrzał na nią z pozycji leżącej i uśmiechnął się lekko. — Nie. Nie tego. Nie ich — były na górze, nie pamiętał już o ich istnieniu ani o tym, jaki na niego miały wpływ. Patrzył na nią przez chwilę, nie mówiąc nic. Niczego nie potrzebował tak, jak jej, bo to ona potrafiła ukoić jego nerwy, przynieść spokój, ciepło, świadomość, że był kochany. Nie poprosił o to. Nie powiedział, czego potrzebował i oczekiwał. Obserwował ją królem†ko, szybko zasnął. Nie chciał niczego więcej prócz niej od bardzo dawna, ale ona ciągle była gdzieś daleko. Poza zasięgiem.

| zt? :pwease: Sad


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]03.05.22 22:42
Wiedziała, że ojciec rodzeństwa Doe był potworem, kimś, kto krzywdził najbliższych z sobie tylko znanych powodów. Czasami obserwując wybuchy złości Jamesa, zastanawiała się, czy tak to wyglądało, czy był taki sam pod tym jednym względem. Czy kiedykolwiek przekroczy granicę, której najwyraźniej się trzymał mimo pielęgnowanej impulsywności? Miał swoje wady, ale i niezliczoną ilość zalet, które sprawiały, że chociaż potrafiła w niego wątpić, szybko zapominała o powodach. Wystarczyło kilka spokojnych momentów, by wypierała wszystko inne z pamięci. Znali się zbyt długo, nawet jeśli coraz mniej miała pewności, że tak samo dobrze, jak dawniej, że może jeszcze odrobinę, jak kiedyś. Brakowało jej go takiego, jak wcześniej, za którym poszłaby w ogień, nie potrafiąc odwrócić od niego spojrzenia i dostrzec niebezpieczeństwa, bo wtedy nie liczył się nikt i nic poza nim.
Chęć, by się z nim droczyć minęła szybciej, niż powinna, przepędzona reakcją, która mimo że po części oczekiwana, okazała się po tych wszystkich tygodniach zbyt nowa. Cofnęła dłoń, zerwała strzępek fizycznego kontaktu i stworzyła dystans, który przecież sama przeklinała wielokrotnie.
Milczała dłuższą chwilę, odnajdując wygodniejsze miejsce na parapecie. Spojrzała w jego kierunku, czując jego wzrok na sobie.- Jak to, co? Twoja siostra nie jest dzieckiem i ktoś jej się spodobał najwyraźniej.- odparła, lecz postanowiła nie zdradzać, kto to jest, zwłaszcza kiedy nie miała pewności czy to nie jest już zamknięty rozdział. Nie wnikała na czym stanęła znajomość Sheilii z Aidanem.- Zrób coś dla mnie, Jimmy.- podjęła po chwili.- Nie wtrącajcie się w to z Thomasem na początku. Dajcie jej trochę swobody, bo to mądra dziewczyna, która wie na co może sobie pozwolić i nie potrzebuje w tej kwestii Was dwóch. Nie ma już taboru, który narzucałby zasady, a sam wiesz, że nie trzymamy się tego, co wpajano nam od najmłodszych lat.- poprosiła zaraz. Należało się to młodej Doe, by dostała nieco swobody, zaczęła cieszyć drobnymi rzeczami i pierwszymi miłostkami. Wiedziała jednak, że jeśli bracia Sheili będą chcieli się wtrącić, żadne prośby ich nie powstrzymają. Tacy już byli, jak wszyscy bracia.
Obserwowała, jak zajmował miejsce na sofie i zostawia trochę dla niej. Nie było tego dużo, ale wiedziała, że James jest dość uparty, by postawić na swoim. Przewróciła oczami, powstrzymując delikatny uśmiech, który cisnął się na usta. Taki był właśnie problem z nim, mogła się irytować na jego decyzje, ale finalnie i tak robił coś, nawet niepozornego, co ją ruszało i przeganiało najbardziej parszywy nastrój. Była ciekawa, czy miał tego świadomość, ale nigdy nie spytała ani nie dała mu tego do zrozumienia. Słuchała, kiedy zaprzeczył, czując, jak zazdrość ustępuje. Ufała mu, pomimo wszystko. Nie ruszyła się z miejsca długo. Nie miała pojęcia ile czasu minęło, zanim zsunęła się z parapetu, by podejść do sofy i usiąść na krawędzi. Pochyliła się nad chłopakiem, składając krótki pocałunek na jego skroni i opierając się policzkiem o bark. Tkwiła w bezruchu przez kilka minut, wsłuchując się w spokojny, senny oddech. To koiło w sposób, którego tak bardzo jej brakowało na co dzień. Położyła się w końcu przy nim, wtulając na tyle, na ile była w stanie, by chociaż na moment pozbyć obawy, że za sobą nie miała już ani kawałka sofy, a jedynie podłogę, z którą spotkania w podobnych sposób nie chciała. Sen nie nadszedł już do rana, gdy myśli mąciły kolejne zmartwienia, z którymi będzie trzeba się mierzyć.

| zt :pwease:



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]03.05.22 23:29
03.04.1958

Echo wczorajszej rozmowy, nadal powracało do niej zaciekle. Nie tak to powinno wyglądać i dobrze o tym wiedziała. Cokolwiek mówiła, wydawało się nie trafiać do niego, a wręcz odbijać się i przez to dostawała rykoszetem od własnych ostrych słów. Raz za razem, jakby nie mówili w tym samym języku, jakby coś stało im na przeszkodzie. Milczała, kiedy zdecydował, że porozmawiają dopiero dziś. Nie miała pewności czy to dobry pomysł, czy naprawdę powinni rozciągać to i wyciągać na wierzch kolejny temat dopiero następnego dnia. Nie sprzeciwiła się jednak i dziś od rana snuła się po domu, zajmując najbardziej podstawowymi obowiązkami, ale przede wszystkim unikając Jamesa. Przeciągała moment, gdy będzie musiała powiedzieć mu o kolejnej rewelacji. W końcu jednak zostali sami, nie miała pojęcia gdzie wcięło Sheilę i Thomasa. Może to jednak lepiej? Wystarczyło, że wczoraj szwagier był świadkiem i współwinnym zaistniałej sytuacji. Obecny problem nie dotyczył już nikogo poza nią i Jimmym. Mimo że było krótko przed południem, czuła się zmęczona, senna. Ostatniej nocy nie zmrużyła oka i nie przekroczyła progu Ich sypialni, zdenerwowana tym, co już za nią oraz co dopiero przed nią. Nie potrafiła przewidzieć reakcji Jamesa, nie miała ani odrobiny pewności, co się wydarzy, gdy dowie się o ciąży. Nie chciała zobaczyć w jego spojrzeniu rozczarowania lub zawodu, usłyszeć wątpliwości lub podejrzeń, ale czy mogła liczyć na coś innego? Po wczoraj nie wiedziała czy zobaczy cokolwiek poza jego plecami i trzaskającymi drzwiami. Parę miesięcy temu nie wątpiłaby w niego, prawie trzy lata temu przybiegłaby do niego z samymi podejrzeniami, że zostaną rodzicami. Teraz mając już całkowitą pewność, czuła się niepewna i gdyby czas nie grał na jej niekorzyść, migałaby się dalej od powiedzenia mu. Przetarła lekko oczy, jakby tym mogła całkowicie odgonić chęć, by zamknąć powieki i zdrzemnąć się trochę. Wspięła się po schodach z dwoma kocami w rękach, jednak zaraz po pokonaniu ostatniego stopnia, zatrzymała się przy wykuszu. Spojrzała na Ravena i Leonorę, przycupniętych na zewnętrznym parapecie. Uchyliła im okno, by weszły do środka i zaraz je zamknęła, kiedy poczuła na skórze ostre, zimne powietrze. Znów było nieprzyjemnie, ale na całe szczęście w domu nie było to tak odczuwalne, nawet jeśli atmosfera wewnątrz była o wiele cięższa niż pogoda. Nie poświęciła więcej uwagi zwierzakom, by wejść na moment do pokoju i zostawić tam przyniesione koce. Dopiero wtedy zastanowiła się, gdzie w sumie jest James, bo w środku było ciszej niż powinno przy obecności kogoś jeszcze w domu. Rozejrzała się po piętrze, by w końcu zejść na dół i zastać go w salonie. Była pewna, że kilka minut temu nie było go tutaj, chociaż nie było to jakkolwiek istotne.- Porozmawiamy? – spytała cicho, nieco ostrożnie. Musiała mieć to już za sobą, tak po prostu. Ponoć trudne rozmowy były jak zerwanie plastra, trzeba było przejść przez to szybko i bez wahania. Wewnętrznie czuła, że to się nie uda, ale dopuszczała do siebie myśl, że to może tylko jej skrajny pesymizm. Weszła w głąb pomieszczenia, by przysiąść na parapecie. Ostatnio stało się to jej ulubionym miejscem; blisko kominka i z dobrym widokiem na cały salon. Odczekała chwilę, zastanawiając się nad tym, co chciała powiedzieć, a czego nie. Co było potrzebne, a co wcale nie musiało wybrzmieć.- Przepraszam za wczoraj. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Nie powinno przy nikim poza nami. Może nie powinno nawet między nami.- wypowiedziała wpierw, czując, że to musiało paść. Jedna z najważniejszych kwestii. Drażliwość i wahania nastroju robiły swoje, dokuczały i sprawiały, że chociaż mówiła szczerze to przy tym zbyt bezmyślnie. Odwróciła głowę, by przez ramię spojrzeć na widok za oknem.- Ale nie tylko o tym chciałam... – podjęła, by zamilknąć zaraz. Nie wiedziała, jak to ubrać w słowa. Mogła prosto, otwarcie i może jeszcze wczoraj tak właśnie by zrobiła, ale teraz myślała nad każdym słowem. Uniosła na niego wzrok, ciemne tęczówki prześlizgnęły się po twarzy chłopaka, ale to wcale nie pomogło. Spuściła wzrok na swoje dłoni, smukłe palce kurczowo zaciskające się na materiale spódnicy.- Nie chcę, żebyś był zawiedziony. Gdybym wiedziała, jak to się potoczy.- szepnęła. Delikatnie zmarszczyła nos, bo nie tak to powinno zabrzmieć, lecz słowa popłynęły same. Wiedziała, że to fatalny sposób na budowanie gruntu, ale myśl, że naprawdę zawodziła go w ostatnim czasie, sprawiała, że zaczynała się gubić.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Salon [odnośnik]05.05.22 1:43
Nie wiedział o czym chce rozmawiać. Czy było o czym? Wszystko zostało powiedziane, słowa, które padły raniły jak ostrze noża, na oślep, a jednak trafnie, głęboko i dotkliwie. Nie chciał do tego wracać, znów krwawić, łapać wypadających z brzucha bebechów. Nie chciał analizować tych słów, szukać innego wytłumaczenia. Przyjął je z bólem i goryczą. W milczeniu. Poniekąd z pokorą, miał pogodzić się z oceną samego siebie jako przyjaciela, męża, zastępcy głowy rodziny. Żadne usprawiedliwienie, żadna wymówka nie były w stanie zmienić jej postrzegania i sposobu patrzenia na niego. Wczoraj się zastanawiał, kim byli dziś i dokąd zmierzali, a dziś nie chciał pytać o nic. Po prostu przejść przez ten dzień z nadzieją, że rychło się skończy. Przez ten tydzień, miesiąc.
Liczył, że minie prędko.
Nie mógł spać nocą, więc do pracy wyszedł wcześniej. Na długo przed świtem. Ciemność spowijała wciąż dom nieznanej czarownicy, z którego poprzedniego wieczora chciał się — i gotów był — się wynieść natychmiast. Nie mógł powstrzymać pytań i wątpliwości. Co zastanie, gdy wróci do domu? Kto tu będzie na nich czekał? Czy ktoś? Zdemolowana kuchnia pozostała taka, kiedy wychodził nad ranem. Tak założył, minął się z siostrę, nie wiedział nawet, czy wróciła na noc do domu. Musiała. Przecież nie była dziewczyną. Była porządna. Przykładna.
Liczył na to, że pracy będzie na tyle, że zmierzch dawno go zastanie. Może nie będzie musiał wracać do domu, okrętnie zaproponuje, że prześpi się kilka godzin w stajni, by nie tracić czasu i zajmie się wszystkim, ale jak na złość, pracy było mało. Rutynowe, zwykłe zajęcia, zrobił wszystko. Starannie, dokładnie. Tylko tak mógł nie myśleć o tym, co zaszło, o tym co się dowiedział — o bracie zdrajcy, o bracie mordercy, o żonie trzymającej jego stronę i umniejszającą jego wartości jak nikt nigdy dotąd. Jeszcze przed południem kazano mu iść do domu, chociaż był czwartek.
Nie był człowiekiem przyzwyczajonym do siedzenia w domu. Zamknięcie w czterech ścianach wydawało mu się nudne i nużące — w taborze pracy było zawsze wiele, ale tu nie mieli obowiązków. Dziewczyny dbały o budynek, czystość w nim, a oni? Nie pracowali na roli, nie mieli koni, nie uprawiali ziół. Brak pracy w tym dniu go dobijał. Kiedy wrócił do domu, usiadł na sofie i został tak — nieruchomy, nieobecny.
Obie twierdziły, że było go tu za mało, ale przecież pracował, jak chciały. Pracował dla nich, by nie kraść. Spojrzał w okno na moment, bawiąc się palcami. Co mógł robić? Co robili ci wszyscy arystokraci, za których wszyscy wszystko robili nakaż dym kroku? Bogacze, który mieli służbę od podcierania własnego tyłka? Patrzył w ścianę przed sobą, bez pomysłu, bez planu, bez woli walki. O co miał z nimi walczyć? O jaką rację? Źle się wydarzyło, nikt go nie słuchał. Do nikogo nie docierała powaga tej sytuacji. Skupiali się na szczegółach, głupotach, o które nikt nie dbał. On też nie. Zapominali o najważniejszym. Winowajcy się upiekło. Wiedział jednak, że Thomas będzie czuł presję nałożoną przez samego siebie, a prędzej czy później słowa, które padły do niego dotrą. Przebiją się przez barierę i zabolą. I miał nadzieję, że zmuszą go do refleksji — choć na pewno nie do tego, by przyszedł i pogadał.
Otrząsnął się z zamyślenia kiedy weszła do salonu. Nie wiedział, ile tak już siedział. Stracił rachubę czasu. Klepnął się w uda, nabrał powietrza w płuca i wartko się odezwał.
— A mamy o czym? Zapomniałaś wczoraj o czymś, ale... Nie chcę się kłócić. Nie będę — skapitulował. Pokręcił głową, uśmiechnął się kwaśno. Nie miał na to sił, energii. — Nieważne — z jego strony, to co zaszło, było nieważne. I tak nie odniosło żadnych efektów. Nic co robił ich nie odnosiło ostatecznie.
Uniósł brwi, ale nie odpowiedział jej. SPuścił tylko wzrok. Nie powinno, może. Nie zmieniało to faktu, że tak myślała i to było znacznie gorsze niż to, że powiedziała to głośno. To właśnie temu nie dowierzał najbardziej.
Popatrzył na czubki swoich palców — skarpetki już ledwo dawały radę, były przetarte. Lada moment będą dziurawe.
— To co? Powiedziałabyś to inaczej? Nie powiedziała wcale? — spojrzał na nią, ale siedziała na parapecie, za daleko. Wstał z sofy i potarł uda. — Nie martw się tym. Dotarło do mnie. Już wszystko wiem – mruknął, wzruszając ramieniem.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Salon [odnośnik]05.05.22 20:30
Czasami żałowała swoich słów, wypowiedzianych szybko i szczerze, całkowicie nieprzemyślanych. Rzadko gryzła się w język, nie raz dając podejść złudnej nadziei, że druga strona zrozumie, co tak naprawdę miała na myśli. Wczoraj przekonała się, że tak nie było. Czasy, kiedy mogli szczerze powiedzieć sobie, co jest nie tak, najwyraźniej były dawno za nimi. Coś, co kiedyś doprowadziłoby do dalszej, okropnie nieporadnej rozmowy, dziś tworzyło jeszcze większy mur nie do przeskoczenia. Gdzieś z tyłu głowy istniała okrutna świadomość, że gdyby nie to, co chciała mu powiedzieć, dałaby za wygraną i zostawiła ich relację taką, jaka była. Krucha, niepewna, pełna niezrozumienia i żalu. Może, gdyby szybciej dotarła do tego wniosku, nie wróciłaby w lutym, nie powiedziała, gdzie zamierza być, nie dała szansy na spotkanie. Tylko teraz zostałaby ze wszelkimi tworzącymi się problemami sama.
Stając w salonie i spoglądając w kierunku chłopaka, czuła jak towarzyszący jej niepokój ustępuje na moment. Pojawiła się szansa, by odpocząć, od huśtawki emocjonalnej, którą sama sobie fundowała z głupoty. Wiedziała, że zaraz powróci stres, że pierwsze wypowiedziane w kierunku Jamesa słowa, staną się zalążkiem napięcia, jakie zawiśnie w powietrzu. I nie pomyliła się. Wpatrywała się we własne dłonie, smukłe palce zaciśnięte na materiale spódnicy. Tak łatwiej było rozładować zdenerwowanie i słuchać, co padało w kontrze. Rozczarowanie mieszało się ze zrozumieniem, bo po wczorajszym zasłużyła sobie na to. Liche przeprosiny nie mogły naprawić do końca tego, co zrobiły słowa. Nie chciała dorzucać kolejnych gorzkich stwierdzeń, bo niecała wina leżała na jej barkach. On sam do tego doprowadził przez tygodnie, będąc tak trudnym, że zgubiła się w tym, jak przy nim egzystować.
- Mamy o czym. Nie wszystko wczoraj usłyszałeś.- odparła, słyszała gorycz we własnym głosie. Nie bardzo jedynie wiedząc, czy naprawdę kierowała ją do niego, czy do samej siebie. Uniosła na niego spojrzenie, gdy przyznał, że nie chciał się kłócić. Połowa sukcesu, reszta pozostawał po jej stronie i szybkiej nauce, by zamknąć się, zanim powie znów coś podobnego. Westchnęła cicho, reagując na swoje myśli i nieprzyjemne wnioski. Naprawdę nie wiedziała, jak to ugryźć, jak powiedzieć to, co przecież musiało paść. Zmierzyła go wzrokiem, zlustrowała powoli, kiedy uwagę przykuło, co właśnie powiedział.
- Nieważne.– powtórzyła, by zaraz pokręcić głową. Kąciki ust uniosły się w krzywym uśmiechu, gdy na moment myśli uciekły w inną stronę, ku czemuś istotniejszemu.- Za często uznajemy, że coś jest nieważne... i później tak to się kończy.- stwierdziła. Była skłonna zaryzykować, że równie często, jak ona sama, On stwierdzał, że coś jest nieistotne, że można to pominąć. Można przemilczeć.
Patrzyła, jak spuścił wzrok, ale jak nigdy rozumiała tę reakcję. Sama coraz częściej błądziła spojrzeniem gdzieś po podłodze, byle nie musieć znosić czyjegoś wzroku, przypadkowego spotkania oczu.
- Najpewniej nie powiedziałabym wcale.- szczerość nie popłacała, ostre słowa odbijały się, tworząc bliźniacze rany, jedynie fizycznie niewidoczne. Zerknęła w jego kierunku znów, kiedy wstał z miejsca. W dziwnym odruchu zrobiła to samo, zsunęła się z parapetu, chociaż już chwilę później pożałowała tej impulsywnej decyzji.- Nie, nie wiesz. Nie wiesz jeszcze wszystkiego.- nie zawahała się rozwiać jego pewności w tej kwestii. Zostało jeszcze jedno, coś, o czym nie miał pojęcia, a ją męczyło zbyt mocno. Przesunęła czubkiem języka po górnej wardze, szukając jakiś sensownych słów, ale tego nie dało ubrać się inaczej, by brzmiało lepiej?
- I w sumie o tym chciałam wczoraj porozmawiać, zanim zdecydowałeś, że dopiero dziś.- podjęła, kupując sobie chwilę czasu, aż nie było już za bardzo miejsca na krążenie wokoło.- Jestem w ciąży, Jamie.- przyznała w końcu, odwracając od niego wzrok.- Będziesz ojcem, jeśli miałbyś wątpliwości.- dodała, nie czując się wcale lżej. Teraz pozostało czekać, odliczać sekundy w ciszy. Objęła się lekko ramionami dla własnego komfortu, który przed momentem utraciła. Dziwnie było powiedzieć to na głos, gdy przez te dwa dni oswajała się z tą myślą, lecz ani razu nie miała okazji wypowiedzieć tego. Zostanie żoną i założenie rodziny, urodzenie dzieci było czymś, co matka i ciotki przedstawiały, jako jej główną rolę. Najważniejszą, jaką miała mieć w życiu. Powtarzane tak często, że przez pewien czas niepokój związany z małżeństwem, mieszał się ze zniecierpliwieniem i ciekawością. Dziś, po paru latach, czuła, że to wręcz nierealne. Była żoną od prawie trzech lat, niedługo miała zostać matką i czuła się zwyczajnie przestraszona. Teraz, jak nigdy brakowało jej bliskich sercu kobiet z taboru, tych, które uspokoiłyby wszelkie wątpliwości i pomogły. Zamiast tego, miała przed sobą męża na którego przez dłuższą chwilę nie chciała spojrzeć. W końcu jednak ciemne tęczówki spoczęły na męskiej sylwetce z cieniem zaskoczenia, że jeszcze nie usłyszała trzaśnięcia drzwiami.- Powiesz coś? – spytała, nie mogąc znieść milczenia.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 10 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Strona 10 z 11 Previous  1, 2, 3 ... , 9, 10, 11  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach