Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Leśna Polana
AutorWiadomość
Leśna Polana [odnośnik]16.10.15 22:27
First topic message reminder :

Leśna polana

Polana w lesie, nieopodal wybrzeża, uszy przytulnie pieści miarowy szum falującego morza. Wysoka trawa przeplatana wyrośniętymi polnymi kwiatami otoczona jest krzewami różowego bzu, których przesiąknięty słodyczą zapach otumania i porywa w krainę fantazji. Miejsce jest bardzo dobrze skryte przed oczami niepowołanych, trudno jest się tutaj dostać na własną rękę.  
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leśna Polana - Page 16 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Leśna Polana [odnośnik]13.05.21 23:18
Wreszcie spokój natury, w którą Leander się wtapiał wszystkimi zmysłami wraz z upływającymi w bezruchu minutami, został przerwany. Usłyszał ją zanim jeszcze zdołał zobaczyć i mięśnie dotąd rozleniwionego ciała spięły się mimowolnie w nerwowym oczekiwaniu. Wystarczyła chwila i kilka szybszych uderzeń serca, aż wreszcie sylwetka zarysowała się pomiędzy obdartymi z liści krzakami tworzącymi niższe poszycie lasu, żeby zaraz pojawić się już w całej okazałości na polance. Melody uśmiechała się słodko, trochę zadziornie – prawdziwie niewinnie. Tak szczerze, że wręcz hipnotyzująco. Sam Leander dawno już stracił umiejętność wydobycia prawdziwego uśmiechu, ale ten na twarzy Weasley niezmiennie go intrygował.
Nawet jeśli wyraz jego twarzy pozostał taki sam w momencie, w którym dziewczyna się zbliżyła, coś wewnątrz niego się zmieniło. Oto miała się zacząć kolejna runda w tej grze, której nigdy nie spodziewał się prowadzić. Jak to się stało? Jak od jednego wyzwania, chwili wysiłku i impulsywnego pocałunku doszli do potajemnych spotkań na osobności, swoje żądze skrywając przed wzrokiem innych żywych istot?
Kiedy wyczuwalna władza nad tą rudowłosą, nierozkwitniętą jeszcze pięknością zaczęła zmieniać się w iście uzależniającą potrzebę? Nie miał pojęcia. Ostatecznie zostawała tylko chęć kontroli nad jej ciałem i myślami, zaborczość i zachłanność, które wciąż się pogłębiały. Sądził, że to chwilowe – jak wszystkie kobiety w jego życiu – że w końcu znudzi go ta subtelna gra, ale póki co pozwalał zabawie trwać.
Coś zazwyczaj grzecznie spoczywającego na samym dnie żołądka budziło się w nim za każdym razem, kiedy Melody podnosiła na niego takie spojrzenie.
Tak — odparł krótko, wciąż jeszcze powstrzymując się od jakiegokolwiek ruchu czy gestu. — Ze względu na dobre maniery, które ci wpojono, a których jako arystokraci powinniśmy przestrzegać; oboje. Tak wypada na salonach, Melody — odparł swobodnie, nie starając się powstrzymać uczucia, które gwałtownie się szarpnęło w jego trzewiach. Mimo swoich gładkich słów, sam zwrócił się do niej bezpośrednio po imieniu, zupełnie jakby w zapowiedzi tego, co jeszcze miał dodać: — Ale nie jesteśmy na salonach, lecz w środku lasu. Sami. Bez oceniających każde dygnięcie, krytycznych spojrzeń.
Oddzieleni całkowicie od świata zewnętrznego; a przecież tego właśnie chcieliśmy. Tego nie dodał na głos. Nie chciał jej spłoszyć ani nie starał się straszyć, teraz zależało mu na czymś zgoła innym. Bo jej spojrzenie mówiło mu tak wiele bez użycia choćby jednego słowa i tak przyjemnie łaskotało ego, że wręcz nie mógł trzymać jej w ów nerwowej niepewności zbyt długo. Musiał przełamać barierę fizyczności, musiał ją dotknąć.
Był pewien, że ona też tego pragnęła. Nawet jeśli to przemożne uczucie starała się zdusić lub okiełznać; zrozumieć i zracjonalizować. Ale na to nie zamierzał jej pozwolić. Dlatego poniósł dłoń i wręcz od niechcenia odgarnął rude kosmyki opadające na twarz do tyłu, za ucho, nieprzypadkowo muskając przy tym jej policzek i szyję opuszkami palców. Nie cofnął jednak dłoni po tym geście, a spojrzenie przeniósł prosto w jej oczy.
Nie miałaś problemu ze znalezieniem drogi, żeby wrócić w to miejsce? — zapytał niemal troskliwie i tylko tajemniczy uśmiech na wargach jakoś się z ów troską gryzł.
To, że weźmie więcej pozostawało tylko kwestią czasu, zabawy, odpowiedniej chwili, kiedy napięcie stanie się niemożliwe do wytrzymania. Nie zamierzał przy tym martwić się o konwenanse, przecież przyzwoitość tego spotkania praktycznie nie istniała. Dwójka szlachciców – nawet jeśli Leander samym rodem Weasley głęboko gardził – stanu wolnego spotykających się potajemnie w odosobnionym miejscu była wystarczająco wymowna.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]14.05.21 11:05
Uśmiech rozgościł się na jej wargach miękko i niepoukładanie, przylegając do fizjonomii istnienia dziarskiego, acz wciąż delikatnego jak te płatki orchidei, której okrutna barwa mąciła pośród myśli lotnych i niezamieszkanych. Mięśnie napięły się lekko, stanowiąc o subtelnych nerwach, które podrygiwały proscenium jej myśli, gdy błękit jego tęczówek spotykał się z sarnimi, acz sodalitowymi oczętami. I ten uśmiech właśnie – słodki jak miód i równie niewinny, był w stanie jedynie on obudzić. Bo istniała przy nim na wzór tej zaklętej, rudowłosej piękności, która jeszcze nie dorosła do podwiązek znaczących drogę podboju; do kokieterii, która nijak nie wpisywała się w kanon jej zachowania. Grymas tańczył na jej wargach, gdy unosiła spojrzenie niejako zlęknione, acz wyrażające czystość potrzeby; już dawno przestała oponować wobec stanowczości, z jaką chciał ją posiadać, z jaką ją tłamsił, z jaką zaborczością głęboko ją traktował. Nie istniało nic, poza jego wejrzeniem.
Bo ich historia, godna i tragiczna, rozpoczęła się od jednego pocałunku, którego żarliwość stanowiła piętno na wargach po dziś dzień. Nie wiedziała, jak rozpętała się istna burza emocji, w której wirowali na wzór sputników – osamotnionych w prozie codzienności, acz przecinających swe orbity w bliskości. Wzięła wdech głęboki, uświadamiając sobie dopiero po chwili, że wstrzymała oddech; może to on tak na nią wpływał? Może to jego spojrzenie, wzierające i przerażające ponad wszelkie puenty, budziło w niej zaklęte emocje?
Bo była dla niego raptem chwilą zatracenia, chęcią posiadania, zaborczością walczącą pośród teatru myśli o pierwsze skrzypce; była momentem, była przebłyskiem, była rozdziałem. Jej emocje zaś, kowalne i subtelne w obróbce, sięgały znacznie głębiej. I chyba nie była gotowa na chwilę, w której zacznie go nużyć; w której straci kalejdoskop zainteresowania wobec niej.
Och, Leandrze, nie uważasz, że dobre maniery to ogniwo, którego mi brakuje? Powiedz mi, skąd to twoje głębokie zainteresowanie mną, któremu zapewne zaprzeczysz? Mówią, że jestem nieokrzesana. Mówią, że lordowie nigdy nie zwrócą na mnie swojej uwagi. A jednak pewien pan Nott na mnie spojrzał; może nie tak jak powinien na damę… – rzekła, urywając słowa – …jednak mi to nie przeszkadza. – Wargi ponownie rozmiękły w uśmiechu nader urokliwym, nader niewinnym.
I uśmiech ten kwitł na wargach, gdy spoglądała na niego zupełnie, jakby cały świat zatarł swoje granice, pozostawiając wyłącznie błękit jego oczu. Zamrugała kilkukrotnie, wyłącznie aby przywołać się do porządku – bo przecież było to niepoprawne; bo przecież nie mogła.
Jego dotyk parzył. I zatraciła się w tej jednej milionowej wszechświata, w której liczyło się wyłącznie to muśnięcie palców, które ułożyło się na jej policzku, odgarniając rude kosmyki opadające na lico. Po chwili palce zacisnęła na jego dłoni, dociskając ją do swojego oblicza, a spojrzenie uczyniło się niespokojne; bo czynił jej w głowie zupełnie nieprzytomnie.
–  Nie, nie miałam problemu. Mam zaskakująco dobrą orientację w terenie. Chciałabym rzec – drogę do ciebie zawsze znajdę – rzekła, aby po chwili unieść figlarnie kąciki ust. – Żartuję – wyjaśniła po chwili półgłosem, nachylając się ku niemu konspiracyjnie.
Zaborczość czyniła ich relację skalaną pikanterią niewiadomego; nawykła do faktu, iż traktował ją jak swoją własność; bo każde spośród ich rendez-vous było w pewien sposób zakazane, w pewnej mierze przeklęte. Nie potrafiła jednak wyplątać się z toksyny ich spotkań dzielonych na dwoje. Może to w tym tkwił szkopuł?
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]16.05.21 14:22
Skąd to zainteresowanie?
To było to pytanie, przed którym on sam nieodmiennie stawał, wciąż nie mogąc znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Było dla niego jasnym – i to nie starając się przy tym być zarozumiałym czy próżnym – dlaczego Melody interesowała się nim. Bo był starszy, doświadczony i przystojny, umiał owinąć sobie kobietę dookoła palca, a na jej ustach przy pierwszym spotkaniu zostawił namiętny pocałunek niczym pieczęć i obietnicę jednocześnie. Był wszystkim, co oferowało dorosłe, prawdziwe życie, ognistą namiętnością i pragnieniem odbijającym się w ślicznych, błękitnych tęczówkach, kiedy podnosiła na niego spojrzenie.
Ale dlaczego akurat  ona? Gdzieś w głębi świadomości były jakieś odpowiedzi, które mogły składać się w większą całość; wszak była żywiołem i życiem. Zakazanym owocem. Ryzykiem. Nieprzyzwoitą zabawą, która mogła skończyć się źle. Może to myśl, jak w jak daleką podróż pożądania, pragnień i ich spełnienia, zaborczości i nachalności może ją zabrać, jak bardzo nadwyrężyć wątłe sumienie, jak silną kobietę wykształtować. A może chodziło właśnie o jej niewinność i wspomniane przez nią samą nieokrzesanie?
Na ogół jednak wcale nie zaprzątał sobie głowy powodami swojego wyboru, dlatego też zignorował ewidentną prowokację kryjącą się w słowach Melody.
Patrzę na ciebie w ten sposób, w jaki chcesz być przeze mnie widziana — odpowiedział gładko, bez cienia skrępowania. Nie było to jednak pytanie ani oczywiste stwierdzenie; raczej coś zawieszonego pomiędzy, jakby delikatna sugestia, którą dziewczyna mogła swobodnie zinterpretować, a z której nie zamierzał się tłumaczyć.
Bo faktycznie nie patrzył na nią jak na damę i wątpił, czy w ogóle mógłby to zrobić. Damy z samej definicji nadawały się na żony, były obietnicą kontynuacji rodowego nazwiska, ale przede wszystkim korzystnych sojuszy na scenie politycznej. Zaś nazwisko Weasley było dla niego niczym, ba, nawet gorzej: okazją do okrycia się hańbą. Ale fakt, że nigdy nie będzie mogła zostać jego żoną nie stanowił dla niego najmniejszej przeszkody, a nawet dodawał pikanterii i wyostrzał kolory ich potajemnych spotkań.
Nawet jeśli zaskoczyła go ta nagła reakcja, ta potrzeba gwałtowniejszej bliskości, Leander nie dał tego po sobie poznać. Ciepło jej policzka pod dłonią było przyjemne, aczkolwiek nie odurzające – jak mogło być, kiedy on zawsze pragnął więcej?
Bycie damą to żmudna i wymagająca wyrzeczeń praca, Melody. — Czy już o tym wiedziała? Prawdopodobnie miała jakąś świadomość prawdy kryjącej się w tym prostym stwierdzeniu, ale na pewno nie doświadczyła jej z całą siłą. Kąciki ust Leandra uniosły się jeszcze odrobinę, czyniąc uśmiech nawet bardziej tajemniczym. — O ileż łatwiej jest zostać kochanką, na zawsze nieokrzesaną i wolną.
Kiedy Melody nachyliła się ku niemu, kiedy jej usta ułożyły się w uśmiech, a zapach jej włosów wdarł się do nozdrzy, Leander stracił resztki wątłej cierpliwości. Może jej to wystarczało; jemu zdecydowanie nie. Odepchnął się wreszcie od drzewa, o które dotychczas się opierał i stanął prosto, w ten sposób dodatkowo skracając dzielący ich dystans.
Nie wycofuj się wymówką żartu ze swoich odważnych słów. To żałosne — warknął, gniewnie przy tym mrużąc oczy. Tkwili tak przez dłużące się sekundy, aż wreszcie mężczyzna przerwał ten niewygodny, pełen napięcia impas. Jaskrawym kontrastem dla jego ostrych słów była dłoń mocno przesunięta po miękkim policzku na kark dziewczyny, palce wplątane w delikatne włosy i mocny pocałunek złożony na jej ciepłych wargach. A także pożądanie i pasja, z jaką to zrobił.
Podniósł drugą dłoń, żeby odnaleźć talię Melody – ale zamiast ją do siebie przyciągnąć, szarpnął tylko krótko i obrócił ich wciąż splecionych namiętnym pocałunkiem w ten sposób, że zamienili się miejscami. Ona została przyciśnięta plecami do grubego pnia drzewa, a on stanął przed nią. Wtedy też oderwał usta od jej warg, żeby zaczerpnąć tchu. Ale nie odsunął się nawet o cal, choć ich ciała wciąż dzieliła przestrzeń naelektryzowanego od pocałunku powietrza.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]16.05.21 19:09
Nie znała źródła miriad zainteresowania, polatujących w umyśle i równie intensywnych w barwie, które w nim budziła. Może nie dorosła do myśli tego rodzaju, relacje damsko-męskie zachowując w bezpiecznej granicy od alkowy umysłu?; może była niedojrzała, może wciąż docierała do sęku jej miejsca w świecie?; i wreszcie – może nie dorosła do podwiązek, dziarsko znaczących linię podboju, do karminu, który od niedawna barwił wargi, do upięć stonowanych i gładkich. W dziewczęcym umyśle nie przyjmował on nawet rysów miłości, tę uznając za mityczną i odległą, właściwą i szanującą. On jej nie szanował, on gardził nią wręcz – tym bardziej niezrozumiały pozostał afekt, który żywił do niej gdzieś głęboko w lędźwiach. Może była powabna, może jej piegowate oblicze mogło uchodzić za urokliwe, może uśmiech posiadała słodki jak miód, dziecięcy i sielski. On jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jego czarująca aparycja i niemniej frasobliwy charakter działały na nią, budząc w trzewiach lęk, ale również chęć odkrycia; chęć namacalnego doświadczenia.
Bo była dziecięca, jej kanciasta sylwetka, nijak nieprzystająca do wzorowej pełni kształtów hołdującej kanonom piękna; jej oczy duże, okraszone welonem rudych rzęs; jej wargi drżące niespokojnie, układające się w uśmiech filuterny i urokliwy; jej spojrzenie odważne, o iskrach drżących niespokojnie tęczówkami i wreszcie – wnętrze umysłu tchnące pragnieniem wolności i lękiem przed wszechogarniającą wojną.
Była także zakazanym owocem, rajską czerwienią jabłka, po które chciało się sięgnąć, zatopić usta w smaku grzechu. On zaś, mrużący oczy gniewnie, dociskający ją do siebie mocno, stanowił faux-pas na jej nieskalanym umyśle. Był gwarantem poważnego, dojrzałego życia i choć nigdy nie mieli fizycznie należeć do siebie, coś w toksynie tej relacji było nęcącego, zapraszającego do demonicznego tańca. I nawet jeśli próbowała opierać się ze wszystkich sił, gdyby tylko zechciał, mógłby ją posiadać – ją o umyśle nieskalanym i sercu niewinnym.
Nie, Leandrze. Patrzysz na mnie tak, jak ty chcesz patrzeć. Zawsze to robisz, robisz dokładnie to, co chcesz zrobić – rzekła i pomimo gorzkiego zabarwienia słów wartko opuszczających jej wargi, uśmiechnęła się urokliwie, te barwiąc słodyczą tonu. Nie była ironiczna – wyjątkowo nie! – jednak gorycz słów gładko przeczyła głoskom, które rozpływały się w przestrzeni na wzór późnoletniego soku.
Nie była dla niego damą, nie była ową lady o pończochach gładkich i włosach ułożonych, o sukniach opinających talię i perłach zdobiących uszy. Była żywiołem, acz nie była wartością, gdyż ta w obecnych czasach stawała pod postacią nienagannych manier, grzecznego sączenia drinków i zgorszonego odmawiania opium. Ona zaś, niestroniąca od tytoniu, o słowie ciętym i wyszczekanym, nie mogła być dla niego godną partnerką, żoną i oparciem. Była jutrzenką uśmiechu o wargach słodkich, jego pożądaniem o zapachu młodości i rześkości – niczym ponadto.
–  Nie wiem, bycie damą to nie jest materia, w której przoduję – rzekła gładko, wzruszając kościstymi ramionami. – Nie lubię pończoch. I nie lubię pereł. I nie lubię sztywnych sukienek. Lubię za to zapach, który niesie za sobą poranek w Ottery. Lubię wolność i lubię… – zamilkła, odbiegając wzrokiem od przenikliwości jego tęczówek.
Czy lubię ciebie? Nie wiem. Chyba nic nie wiem.
Ciepło jego dłoni na policzku rozlewało się gorącem po wnętrzu trawionym przez kalejdoskop uczuć, które były nade wszystko niepoukładane i niepokorne. Jego bliskość czyniła to zawsze – zupełnie nieprzytomnie w umyśle. Skracał dystans dzielący ich ciała, a ona coraz mocniej lgnęła do tego ciepła, które roztaczało jego ciało; ciało o umyśle skutym lodem. Może w tym tkwił cały paradoks? Przełknęła głośno ślinę, wzrok przenosząc na jego wargi rozlewające się leniwie w uśmiechu, a bicie jej serca gwałtownie przyspieszyło tempa.
–  Taka właśnie jestem Leandrze – żałosna. Żałosna Melody Weasley. Dlaczego więc……tak bardzo mnie pragniesz? – chciałaby rzec, słowa jednak nie układały się w brzmienie. Może to jej własna zachowawczość, a może to usta, szczelnie dociśnięte do jej, przerwały myśl pląsającą po umyśle?
Jego dłoń, dotykiem układająca się na rozgorączkowanym karku, wplatająca się w kosmyki włosów puszczonych swobodnie, paliła wielokroć, czyniąc na proscenium myśli zupełną pustkę. I nagły gorąc pocałunku, złożonego na pełni jej ciepłych warg, zatopił gwałtowny wydech we wnętrzu. Było to pożądliwe, było to pozbawione miłosnej delikatności, którą nakazywały harlekiny pisane dłonią uczuć. Zacisnęła powieki, początkowo nie drgnąwszy, aby po chwili oddać się pocałunkowi niepoprawnemu, nade wszystko zakazanemu. Ilekroć ściągał w ten sposób obietnicę z jej ust? Ilekroć porywał ją w plejadę emocji?
Pozwoliła się szarpnąć – miękka i delikatna sylwetka, dociśnięta do konaru drzewa nie zaoponowała. Oderwanie jego warg, szczelnie przywartych do niej, zabolało chłodem powietrza, który wtargnął na wrażliwą skórę. Oddychała głęboko, dłonie opierając na jego ramionach, czując zapach jego wody kolońskiej i oddechu moszczącego się na jej ustach. Zamknęła oczy, zacisnęła je wręcz gorączkowo, aby tym razem zainicjować całus krótki i rzeczowy – docisnęła się do niego całym ciałem, dotyk palców przenosząc na jego policzki.
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]25.05.21 20:57
Zaskoczyło go, jak bardzo zapragnął usłyszeć końcówkę zdania, które Melody urwała wraz ze spojrzeniem uciekającym gdzieś w bok, bez celu innego niż odwrócenie uwagi od cisnących się na usta słów. Niestety, dziewczyna nigdy nie dokończyła myśli, pozostawiając Leandra niespełnionego przynajmniej w tym aspekcie.
Ale nie musiała tego robić; ani też lubić go. Nie musiała lubić tego co robili, ich spotkań, wymienianych spojrzeń i oczywistych aluzji, jego zaborczości i gwałtowności, pewności siebie czy subtelnego nacisku psychicznego, który na niej wywierał – ostatecznie, wcale nie potrzebował jej słownego zapewnienia co do tych przypuszczeń. Miał o wiele więcej niż to; dowody. Przecież przychodziła, wciąż i wciąż od nowa, pojawiała się sama w ustalonym wcześniej miejscu, wręcz lgnęła do niego z całą swoją żywotnością i ciekawością świata, która w niej tak wyraźnie kipiała. Drżała, kiedy ją dotykał, a w jej wzroku unoszonym niepewnie na jego twarz malowało się tak wiele.
Tak wiele.
Wreszcie znów na niego spojrzała; a on czekał cierpliwie przez cały ten czas, wzroku nawet na ułamek sekundy nie przenosząc z profilu jej twarzy. Z niesfornych piegów rozsypanych w bezładzie po bladych policzkach, z rudych rzęs i włosów opadających na ramiona kosmykami, które nieodmiennie mieniły się w odcieniu czystego, płynnego złota w bardzo specyficznie padającym świetle słonecznym. Patrzył na nią jak na obraz – zupełnie jakby za pomocą mrugnięcia chciał uchwycić idealną kompozycję, nieruchomy fragment wyszarpany z jej życia, który miał na zawsze zostać umieszczony na płótnie.
Niesamowitym było, jak wrażliwa, artystyczna dusza szarpała się w klatce piersiowej Leandra z potworem rozkoszującym się widokiem cudzego cierpienia. A także sposób, w jaki mieścił w sobie ów okrutną dwulicowość i jak piękne ramy potrafił nadać drzemiącej w nim bestii.
Stali tak blisko, tak nieprzyzwoicie blisko, że niemal czuł w gęstniejącym powietrzu między nimi serce tłukące się klatce piersiowej szczupłego, wciąż lekko dziecięcego ciała Melody. Wszystko co robiła było do bólu szczere, proste – przecież jej niedoświadczenie nie pozwalało na wyrachowanie i grę – a jakże skomplikowane w swojej naturze. Jej słowa, jej chwila odwagi zaraz zgaszona przez onieśmielenie. Jej pocałunek. Zwłaszcza jej pocałunek.
Uśmiechnąłby się, gdyby nie był tak bardzo skupiony na tej odważno-przerażonej pieszczocie, którą mu sprezentowała. Zamiast tego przesunął dłoń z talii na biodro, a skóra jej wnętrza sunąca po materiale ubrań zdawała się palić świadomością tego, kogo i w jaki sposób dotyka. Jak daleko mogli się posunąć? Jak wiele miał jej dać, a ile zostawić w domyśle? Odległą obietnicę spełnienia wszystkich pragnień, zupełnie niczym złudną fatamorganę mieniącą się na horyzoncie, w oślepiającym słońcu pustyni. To pozostawało kwestią odpowiedniego balansu. Ale Leander od zawsze lubił śmiało, wręcz niebezpiecznie wychylać huśtawkę ze stabilnej pozycji równowagi, mocniej i mocniej z każdym razem. Dlatego zacisnął dłoń na jej udzie, kiedy dziewczyna sama do niego przylgnęła i żarliwie oddał jej pocałunek, żeby w następnej chwili językiem rozchylić jej zaciśnięte wargi i w ten sposób zdecydowanie go pogłębić; wedrzeć się w tą niewinną część istnienia Melody. Drugą ręką wciąż podtrzymywał jej kark, kiedy przechylając się do przodu, oparł ich oboje o gruby pień drzewa. Teraz nie istniała już żadna przestrzeń i nic poza ubraniami nie dzieliło ich ciał – jego rozpalonego i jej tak niewinnie miękkiego oraz poddanego.
Ale to nie mogło stać się dzisiaj. Nie tutaj.
Ta nagła świadomość otrzeźwiła Leadnra zatracającego się w pocałunku i pożądaniu rozpalającym trzewia.
Pod tą żałosną Melody Wesaley jest coś więcej — mruknął, niechętnie odrywając się od jej ust; ale dłoń nieznacznie, choć gestem wcale nieprzypadkowym przesunął nieco bardziej w kierunku wnętrza uda opuszkami palców po gładkim materiale. — Chcesz wiedzieć dlaczego? — podjął niespodziewanie, wciąż tonem przechodzącym w szept, ale bynajmniej nie czekał na potwierdzenie. — Ponieważ jesteś morską bryzą, która może poruszyć coś w tym skostniałym, zastałym w schematach świecie. Jesteś dziełem sztuki, którego dotychczas żaden malarz nie ujął na swoim obrazie w taki sposób, w jaki cię widzę — dodał, nawiązując luźno do wcześniejszej uwagi Melody o postrzeganiu jej.
Piękne, porywające słowa musiały brzmieć na szczere; z resztą jak w każdym kłamstwie, tak i w tym kryło się ziarno prawdy. Melody była dla niego powiewem świeżości w życiu, które stało się boleśnie nudne; niezniszczonym przez los i wojnę wciąż posiadającym nadzieję dzieckiem, niezredukowanym do wyłącznie pragnącego przetrwać zwierzęcia. A jednocześnie stała się odrobiną rozrywki naznaczoną ryzykiem, któremu nie potrafił się oprzeć oraz pięknem, które jako artysta umiał docenić. Aż wreszcie – bo nikt nigdy nie dotykał jej w ten sposób.
Egoistyczne pragnienia skryte pod wzniosłymi ideami. Jakże typowo.
Pończochy i perły nie definiują damy, Melody — dodał, po czym jeszcze raz nachylił się nad jej ustami, tym razem ledwie musnąwszy kącik jej ust. Miał nadzieję, że delikatność tego pocałunku w kontraście do poprzednich zostawi w jej umyśle rozpalone wspomnienie, które nie pozwoli jej o nim zapomnieć. A następnie puścił ją, dłoni nie przesunąwszy już nawet o cal po udzie i odsunął się od niej tak, że znów stanęli na wyciągniecie ręki. Na jego twarzy nie został nawet ślad tamtego ognistego pożądania, znów stał się tylko lordem Nottem – zupełnie jakby ich ścieżki przypadkowo skrzyżowały się w tym lesie. Widział ironię kryjącą się w fakcie, że spotykając się potajemnie aby oddać się niemożliwym do pohamowania namiętnościom rozmawiali o damach, lordach i przyzwoitości. Ale zawsze lubił ironię. — To kwestia zachowania. Wyrzeczeń. Ogromu bólu, który potrafi się unieść z niewzruszonym uśmiechem na ustach w ten sposób, żeby nikt nie poddał w wątpliwość szlacheckich manier.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]30.05.21 18:20
Bo tak okrutnie mocno lgnęła do jego dotyku, kładącego się miękko na jej obliczu; muskających palców akwarelą barwiących rumieńcem piegowate policzki; ust rozgrzanych i gorących, którymi składał zakazane pocałunki na jej dziecięcych wargach. Coś w niej drżało, coś znaczącego się liniami niepewności i tłamszonego w trzewiach lęku, gdy przełykała głośno ślinę, uciekając błękitem tęczówek od jego zaklętej władzą osoby. Władza – ta kalająca ich relację szramą, znacząca wrażliwą psychikę nutą odwiecznego lęku, tego, który sunął jak bezwiedne widma uwięzione w pętli czasu. I pragnienie; okrutne pragnienie bycia w jego myślach, wirowania pośród lotnych przemyśleń, istnienia jako ktoś. Przychodziła za każdym razem na nowo, rodząc wątłe uczucie na powrót, unosząc okraszone welonem rudych rzęs oczy, błądząc na wybojach jego zaklętego w zakazaną tajemnicę oblicza.
Uśmiech zabłądził w meandrach kącików ust, gdy czuła ciepło spojrzenia na swoim policzku; nie odwracał od niej wzroku nawet, gdy spłoszona odbiegała myślami w dal niezbadaną, w dal istniejącą wyłącznie dla niej, nęcącą owocem zakazanym, a jednak tym, po który wciąż na nowo sięgali. Sycili się wzajemną relacją dzieloną na dwoje, aż wschód księżyca zastawał ich nieśpiących, brnących w dni niezamieszkane i odległe.
Pożądanie.
Zamykające się w kapsule ich bytowania, błądzącej gdzieś w zakamarkach kosmosu. Miedź jej włosów, rozlewająca się miękko pod samotnymi promieniami słońca przebijającymi się przez korony drzew, rozłożyste jak waty cukrowe; i piegi odznaczające się na anemicznie bladym obliczu; i te wykrojone w pełnię usta, o barwie różanej, śladem idące w akompaniamencie sodalitu tęczówek. Zacisnęła dłoń w pięść, wbijając paznokcie we wrażliwy naskórek dłoni, a wargi zadrżały jej niepokornie.
Nuty wrażliwości szarpały jej duszę na kawałki, którą gotowa była powierzyć w jego diabelskie dłonie. Tak, aby przekuł ją na własną modłę, dopasowaną do jego szlacheckiej sylwetki, falującej w rytm przesyconego arogancją kroku. Chciała istnieć w pełni majestatu słowa – należeć oraz poddać się emocjom gwałtownym.
Ognisty pocałunek – zupełnie jak włosy opadające kaskadą na wątłe ramiona – zadrżał solidnie niewinnością jej serca.
Wplotła dłoń w jego włosy, rysującą się niewinnością w ruchach zacieśniając więzy agresywne i zmysłowe. Jak daleko mogli się posunąć? Co spełnić, a co pozostawić jako słodkie niedopowiedzenie?; poddawała mu się z całym kurażem tego słowa, wzdychając lekko, gdy wątłe ciało dociśnięte zostało do masywnego pnia. Smukłe palce zsunęły się na kark, a gdy odsunęła się na ułamki sekund, słodki, gorący oddech zderzył się z jego obliczem. Głęboki wdech miękko umościł się na dnie płuc, czyniąc zeń kalejdoskop doznań świeżych i nowych. I dopiero gwałtowny podmuch wiatru, szumiącego ostatnimi liśćmi zachowanymi na groteskowo wygiętych gałęziach, otrzeźwił ją, przywracając sążną trzeźwość okrutnie spętanego umysłu.
Ułożyła dłoń na jego klatce piersiowej, naciskiem odsuwając go odrobinę, aby zaczerpnąć tchu nieskalanego jego parzącym pocałunkiem.
–  Nie jestem – wydusiła z siebie po chwili. – Jak to jest, że w twoich oczach przybieram barwy, których dotychczasowo u siebie nie odkrywałam? Namaluj mnie, Leandrze. Namaluj swój własny obraz mnie – wyszeptała, gorącem oddechu moszcząc się na jego policzku. Westchnęła cicho, odwracając rozbiegane spojrzenie, aby później powrócić doń z urokliwym uśmiechem igrającym gdzieś w kącikach ust.
Istotnie, nikt jej nie dotykał w ten sposób, rozżarzając głęboko skrywane zmysły, te zaklęte w podwiązkach, znaczących drogę podboju i w karminie coraz częściej barwiącym wargi. Był indywiduum, które zamknęło w sobie dostateczną wyjątkowość, aby jego dotyk mościł swoją niszę na jej rozgrzanym ciele. Subtelny dreszcz przebiegł na palcach chłodem po jej plecach, gdy jego smukłe palce układały się dotykiem na jej ciele.
Wiodła mglistym spojrzeniem, zamykającym się w kapsule zmysłowości, za jego oddalającą się na odległość paru kroków sylwetką. Serce zadrżało jej niepokornie, uderzając o klatkę żeber, posiadając w mikrokosmosie pamięci ten ulotny, subtelny pocałunek, układający się w kąciku jej warg. Coś niespokojnego, coś wyboistego trawiło jej duszę, gdy nie posiadała go na wyciągnięcie ręki i choć należeli do innych światów; i choć nie było im dane; i choć nie rozgrywały się wówczas sceny dantejskiej, oddanej miłości – lgnęła do niego całym swoim kruchym jestestwem.
Spójrz na mnie – urwała, biorąc głęboki, pompatyczny wdech – lordzie Nott – rzekła z wyrafinowaną ironią, mrużąc odrobinę oczy. – Czy w jakimkolwiek calu przypominam ci damę? Damę przez wielkie „D”. Jak myślisz, czy w innym świecie, czy w zupełnie odległym uniwersum nasza relacja mogłaby mieć inny wymiar? Może bylibyśmy szekspirowskimi kochankami, tymczasem stoję przed tobą ja. – Zadrżały jej wargi, gdy pąs wstępował różem na policzki.
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]30.05.21 21:18
Każdy jej niepewny i każdy bardziej śmiały gest wyrysowywał się w świadomości Leandra, tak jakby musiał je zapamiętać; jakby tworzył układankę z pojedynczych kawałków, które Melody ośmielała się mu wręczać. Dlatego czuł ślad jej dłoni, kiedy wplątywała palce w jego włosy i nie mógł pozbyć się smaku oraz wrażenia miękkości jej warg, kiedy oddawała pocałunki. Wszystkimi zmysłami chłonął westchnienia i głębokie wdechy, każde drżenie, którym reagowała na jego śmielsze posunięcia w tej grze. A także odepchnięcie i zwiększenie dzielącej ich przestrzeni, albo przynajmniej podjęta w tym celu próba.
Jej słowa, nerwowy, gorący szept wypowiadany tuż obok niego, przy którym oddech Melody odbijał się ciepłem na jego twarzy, niebezpiecznie łaskotały próżność i ego Leandra. Kryło się coś niemal błagającego w jej tonie głosu, gdy zwracała się do niego po imieniu z żądaniem – a on wręcz nieprzyzwoicie lubił, kiedy Melody go prosiła. Był wiecznie głodny i przepełniony wyobrażeniami o tym, co jeszcze miałaby od niego chcieć – o co musiałaby prosić.
Ale było też coś więcej. Och tak, Leander malował jej portret od dawna, już od pierwszego, niespodziewanego i niezaplanowanego przecież pocałunku. Od chwili, w której ta śliczna, bogu ducha winna istota spojrzała na niego w sposób, w jaki nie powinna była nigdy spojrzeć, jednocześnie zupełnie nieświadomie rozbudzając jego ciekawość i pożądanie. Pragnął być tym malarzem, który nada jej kolor i formę – ale czyż już tego nie robił? – i który wytyczy dłońmi pierwsze ścieżki na płótnie, jakim było jej dziewczęce, szczupłe i blade ciało skrywane pod szatami. Ciało wcale jeszcze nie kobiece i dojrzałe, być może właśnie dlatego podatne do kształtowania i przemawiające do jego wysublimowanej wyobraźni.
Cierpliwość przy kolejnych posunięciach miała być kluczowa do osiągnięcia sukcesu. Subtelne i powolne aczkolwiek stanowczo postępujące kroki do przodu w relacji, która ich definiowała. Miał nadzieję, że ona wciąż jeszcze wspominała i przeżywała namiętny pocałunek – on jednak sięgał spojrzeniem dalej ponad to. Planował.
Rozglądnął się pobieżnie po otoczeniu, spojrzeniem wracając na twarz Melody tej samej w chwili, w której wręcz rozkazała mu to zrobić. Coś szarpnęło się na dnie żołądka Leandra, ale nie odbiło w jego spojrzeniu. Nie tylko ze względu na wrodzoną zdolność do ukrywania prawdziwych emocji i kłamstwa, ale też niejako złagodzone formą, w jakiej dziewczyna się do niego zwróciła, kontynuując ów ironię. Wyobraźnia natychmiast podsunęła wiele innych sytuacji, w których rudowłosa piękność mogłaby używać sformułowania „lordzie Nott”.
Taka młoda, a jakże przejęta innymi wszechświatami i rzeczywistościami równoległymi — prychnął niemal śmiechem w odpowiedzi na jej wzniosłe słowa. Ale widok jej różowych policzków, uroczego zaczerwienienia spowodował, że czarne serce mocniej zabiło w klatce piersiowej Leandra. I nie chodziło o żadne górnolotne, wzniosłe uczucia – raczej o coś zdecydowanie bardziej przyziemnego. Nie szukał damy. Nie w niej. Choć nie zamierzał tego powtarzać na głos. — Wydaje mi się, że doskonale znasz odpowiedź na nurtujące cię pytania. Ale wiedz jedno — urwał i na ułamek sekundy zmrużył oczy. — Z tysięcy możliwości zawsze wybrałbym ciebie taką, jaka stoi przede mną.
Prawda. Prawda musiała przeplatać się z kłamstwem, tworzyć nierozerwalną sieć, w której po utkaniu nie dało się już dłużej rozróżniać pojedynczych splotów i których nie sposób rozdzielić.
A więc pragniesz zostać namalowana? — Zwalczył ochotę odpowiedzenia równie ironicznym lady Weasley; jednak nie mógł tego zrobić. Nie mógł nadać jej tytułu, bo nie zamierzał patrzeć na nią w ten sposób ani zamykać jej w ramach konwenansów, z których z takim uporem starał się ją wyszarpać. Nie chciał tytułować jej formą, którą powinien był gardzić, a nie pożądać. Spojrzał w górę, na łyse korony drzew. — Być może. Kiedyś — dodał niemal miłosiernie, choć lekceważąco, zupełnie jakby nie brał tej opcji na poważnie. A następnie znów opuścił wzrok i jego rysy wyostrzyły się nieco; zniknęła żartobliwość i farsa. — Nie jestem tylko pewien czy jesteś świadoma co to oznacza. Chciałabyś zostać uwieczniona i na zawsze zamknięta w jednej, ulotnej chwili? W wyobrażeniu artysty o tobie? — Przechylił lekko głowę, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, zupełnie jakby chciał zanotować każdą zaistniałą na niej zmianę. — W moim wyobrażeniu o tobie.
I już sam nie był pewien, czy Melody ma szansę go zrozumieć – dosłownie czy w przenośni, nie miało znaczenia.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]31.05.21 11:26
Coraz chyżej chciała być przez niego posiadaną; z każdą chwilą, rozlewającą się jak późnoletni sok, z każdym westchnięciem opuszczającym spętane tajemnicą wargi, chciała namalować ich własną drogę pod koronami drzew, zmieniającymi się w karykaturalne kłęby waty cukrowej. I może znaleźć się nad zalewem, bulgoczącym niby woda gazowana, ta, w której odbija się niebo, składające ukłon ziemi, chyląc rześko, usprawiedliwiając swoją niefrasobliwość nieboskłonem. Granice się zacierały na rzecz soczystego w barwach kalejdoskopie ich bytowania. Każdy oddech, moszczący się na jego obliczu gorącem, wydobywał się z różanych warg na wzór wiekuistej obietnicy; i może uczyniłaby krok w tył, jednak była zbyt rozkochana w błękicie jego oczu; w miękkości jego ust, nieskrępowanych niepewnością, a wręcz o arogancji malującej się akwarelą. Czy to to tak bardzo ją nęciło?; czy to to sprawiało, że…
Wyobrażenia buzowały na proscenium myśli, sięgając po coraz bardziej gorączkowe medium; wypełniał jej umysł bez reszty, piętnując ją każdym wdechem, moszczącym swoją niszę gdzieś w głębi drgań serca lotnych. Ale było w tym coś więcej; coś tkwiącego boleśnie w boku, raniąc nieprzystępnością, okrutnością fatum i swego rodzaju katharsis. Nie musiała prosić, nie musiała szeptać – oferował jej całokształt swojego jestestwa zamkniętego w gorączkowych, ognistych pocałunkach. Niemal tak ognistych, jak mieniące się miedzią pukle jej włosów.
W jego wyobrażeniach przyjmowała formę leśnej, nieskalanej nimfy, której zadaniem było nieświadome, niepewne wciąż nęcenie. I tym bardziej chciała zaistnieć na jego płótnie; aby malował ją zgodnie z własną chyżą wyobraźnią, kalającą jej niewinność dotykiem; kalającą jej wargi burzą pocałunku. Mogła być muzą, mogła być inspiracją – nie należała jednak do kanonu dusznego piękna, miałkiego pudru wzbijającego się nad kobiecymi cerami, duszną wonią perfum. Może to ten dziewczęcy, świeży urok sprawiał, że tak głęboko jej pożądał?
Namiętność, agresja, przemoc – częstował ją każdym z tych okrutnych, piekielnych nieomal doświadczeń, budując ją na nowo; rodząc istotę niewinną i rześką, aby pochłonąć ją w samym Hadesie bytowania. A ona nie była w stanie odwrócić wzroku od jego roziskrzonych oczu, bezdennych, acz zawierających w sobie błysk bezkresności.
Przełknęła głośno ślinę, gdy ponownie ułożył wzrok na jej łagodnym, dziecięcym obliczu. I momentalnie utonęła w ambiwalencji doznań – oczy zaiskrzyły się łzami, szkląc się łagodnie, gdy odwracała odeń wejrzenie; może wówczas dotarł do niej całokształt absurdu?; a może ocknęła się z głębokiego snu, w którym dłonie samego diabła sunęły po jej miękkim ciele? Zagryzła wargę, odrobinę nerwowo, gdy szkło ocząt ponownie mościła w jego spojrzeniu.
–  Och – wydusiła z siebie jedynie. Chciał ją taką, jaką jest. Bez konwenansów, bez sukni, bez sznura pereł i dusznych perfum. Taką, jaką przed nim stała, drżąc pod jego dotykiem, jak pod najmilszą ze wszystkich pieszczot. Uniosła dłoń – początkowo niepewnie – aby po chwili ułożyć ją na jego policzku. I sunęła kciukiem wzdłuż kości jarzmowej, zatracając się w tej jednej milionowej wszechświata, która teraz stanowiła dlań wszystko.
Okrutnie mocno chciała, aby to nie było kłamstwem.
A jednak nie potrafiła mu uwierzyć w pełni, w jego słowa spętane arogancją, kipiącą ironią oraz podszyte subtelnymi nićmi kłamstwa. Był wszak w tej materii najlepszy, w opozycji do czystości proscenium jej myśli. Kłamstwo ją parzyło, a jednak chciała wierzyć, że jego słowa znaczą wznioślej wielokroć więcej niż to, co zawierało się w głoskach. Serce ponownie jej zadrżało, gdy odsuwała smukłe palce od ciepłoty jego policzka.
Chodź ze mną na koniec tęczy, tam gdzie życie nie karmi się kłamstwem; tam gdzie będziemy istnieć tylko Ty i ja.
Tak, namaluj mnie. Moje rude włosy i piegi. Chcę, żeby na tym obrazie zamierał mój oddech; żeby był tak rzeczywisty, że mógłbyś mnie nieomal dotknąć. – Uśmiech zawirował na jej wargach, gdy kwaśne słowa opuszczały wargi słodkie. – Dotknij mnie tak, jakbym istniała jedynie ja – rzekła po chwili, a kąciki jej ust zadrżały. – Proszę.
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]02.06.21 18:08
Kąciki ust uniosły się lekko ku górze na dźwięk westchnienia Melody, rysując tym samym na jego wargach podstępny uśmiech. Zerknął przelotnie w dół, kiedy poruszyła dłonią, jednak nie zrobił niczego, aby powstrzymać ją od kontaktu fizycznego, którego zdawała się łaknąć coraz mocniej z każdym uderzeniem serca oddzielającym ich od wcześniejszego, namiętnego pocałunku. Skupił się na jej palcach, jednak nie odrywał spojrzenia od twarzy.
Nonszalancja w jego głosie gdy o mówił o obrazie sugerowała, że dotychczas nie brał takiej opcji pod uwagę. Ale w wyobraźni malował ją wielokrotnie; na tysiąc sposobów, z zapamiętanych wbrew własnej woli ulotnych momentów, w których dziewczyna nie była nawet świadoma przyglądającego się jej Leandra.
Mimo wszystko był przekonany, że nigdy do tego nie dojdzie; nie dosłownie. Ponieważ nie pozwoliłby na pozostawienie śladu po fascynacji dziewczyną od Weasley’ów ani na nadanie realnych, namacalnych kształtów ich znajomości. Ale przede wszystkim – na odsłonięcie przed nią tej części samego siebie, tego skrawka prawdy. Dzieło malarza zawsze w jakiś sposób stawiało artystę odsłoniętym i bezbronnym przez tymi, którzy je podziwiali. Gra światła, perspektywa, uchwycona chwila i rysy twarzy mogły sugerować prawdę, na którą Leandra nie było stać; ujawniały jego spojrzenie na życie oraz osoby.
Może właśnie dlatego Nott nigdy nie był dobrym ani nawet obiecującym artystą, a malowanym przez niego obrazom brakowało polotu i czegoś, czego nie dało się określić słowami. Na przestrzeni lat poznał gruntownie podstawy techniczne oraz opanował całą niezbędną teorię służącą interpretacji oraz możliwości podkreślania najdrobniejszymi detalami całości przesłania, jednak wiedza nie mogła zastąpić naturalnego talentu ani pasji prawdziwego malarza istotnie oddanego swoim dziełom i przelewającego w nie swoje własne uczucia. Leander nie umiał odkryć przed światem tej najgłębiej skrywanej części siebie – tej, którą matka i ojciec wyszarpali z jego klatki piersiowej ów nieszczęsnego, zimowego dnia. Więc nawet gdyby jakimś cudem uległ żałosnym sentymentom i postanowił naprawdę namalować Melody Weasley, w efekcie i tak powstałby obraz nie zawierający duszy.
Tymi przemyśleniami jednak nie podzielił się ze stojącą przed nim dziewczyną. A później nie było już sposobności by do nich wrócić choćby krótkim wspomnieniem, bo jedno słowo wyrywające się z ust rudowłosej zagrało na czułej strunie w umyśle Leandra; zagrało mocno, budząc przy tym najmroczniejsze, najbardziej pierwotne marzenia.
P r o s z ę .
Pragnienie wydźwięczyło w powietrzu i zawisnęło gdzieś w przestrzeni pomiędzy nimi. Leander zamarł na wdechu, a patrząc na jej lekko drżącą wargę jedyne na co miał ochotę to doprowadzić do tego, żeby z jej ust wyrwał się krzyk. Wrzask; a odrzucona do tyłu głowa i kręgosłup wygięty w łuk sugerowałyby wraz z nim przyjemność wstrząsającą jej ciałem.
Nie potrafił pozbyć się okrutnie satysfakcjonującego wrażenia, że mógłby ją posiąść tu i teraz. I ledwie powstrzymał się od sprawdzenia tego przeczucia.
Chciał, żeby błagała.
Leander nachylił się lekko nad kobietą, lecz nie wyciągnął dłoni w jej stronę i nie sięgnął ustami do jej ust. Tym razem nie dotknął Melody, powstrzymał się od choćby muśnięcia jej skóry.
Jeszcze nie teraz — odezwał się wreszcie tonem niewiele głośniejszym od podmuchu wiatru, który zrywał się ponad nagimi koronami drzew. Mimo że mówił cicho, niemal na granicy szeptu, w jego głosie brzmiała stal pewności siebie i jakiś rodzaj nakazu, a nie łagodność.
Oraz obietnica.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]13.06.21 16:58
Możliwe, że ów drżenie warg, rysujących się niezbadaną niepewnością w kącikach ust, idących w parze z okrytą barchanowym całunem duszą, wzdrygającą się niepokornie w klatce piersiowej, niosło za sobą brzemię istotności zgoła innej, aniżeli którekolwiek z nich mogło przypuszczać. Ona – świeża trawa zroszona rosą o mglistym poranku; on – zaklęta w nonszalancji osobowość, bardziej przypominająca samą burzę, aniżeli rześki powiew wiatru ciągnący się za nią, niby ogon. Ona przedstawiała swoją śmiałością i niekrytą euforią, ciekawością życia słońce górujące na nieboskłonie, on zaś księżyc, wschodzący arogancko na pokryte rozlaną kawą niebo. I może by się zatrzymała na jeden ulotny moment, aby podziwiać, jak z gracją wpełza na podszycie ziemskie, teraz jednak bardziej pragnęła jego ust, szczelnie przywartych do niej.
Istotnie, chciała zostać zamarła w obrazie wychodzącym spod jego pędzla, niespełnionego artysty, który jako jedyny miał uchwycić jej płomienne włosy i siateczkę piegów zdobiącą lico. Nie musiała być idealna, nie musiała być powabna, nie musiała być nawet imitująca rzeczywistość – grunt, aby była jego.
Bo chronili się przed prawdą, powoli wpełzającą na nieboskłon, oświetlającą ich blichtrem poranku. Choć dorośli – ona, wkraczająca w świat podwiązek i on, doświadczony boleśnie prozą życia, na wargach wciąż pozostawiali tajemnicę, która pętała usta bezlitośnie. Nie potrafiła zaprzeczyć temu fatum, choć wisiało nad nią pod groźbą końcowego katharsis. Mityczne, odległe, oczyszczające. I choć wiatr zdawał się targać długimi, ognistymi puklami w rytm pocałunku, który dotkliwie znaczył wargi, nie oponowała.
Namaluj ze mną drogę mleczną, choćby to miała być jedyna droga, którą podzielimy.
W przeciwieństwie do obrazu, ona była jawna i namacalna, a on sięgał palcami coraz głębiej jej duszy, uzależniając od siebie, powodując, iż był jedyną materią zrodzoną z łez, tęsknoty za swawolą i wolnością, brutalnie ciętą przez rysy wojny. I może by się uśmiechnęła, może wygięłaby kąciki ust w urokliwy grymas, może wplotłaby smukłe palce w jego włosy mocniej, dotkliwiej – była jednak wciąż raptem podlotką, nibylandzką wróżką.
Prośba zawisła w eterze wypowiedziana, acz niedokończona w ostatniej, puentującej nucie. Pozostało coś niewypowiedzianego; coś, co zastygło w krtani, nie pozwalając opuścić różanych warg. Zadrżała pod jego dotykiem niespokojnie, aby po chwili pozostała po nim raptem martwa przestrzeń, oddzielająca palące od pocałunku usta.
Pragnę więcej, choć nigdy nie odważę nazwać się „twoją”.
–  A może i nigdy? – spytała drżącym głosem, acz na końcówce głosek zatańczyła niepewność w pełni swojej krasy. Westchnęła cicho, przymykając błękit ocząt, bezładnie opuszczając dłonie.
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]10.07.21 13:44
Zgodnie z wypowiedzianymi ledwie kilka sekund wcześniej słowami, Leander nie dotknął już Melody. Nie złamał po raz kolejny bariery przyzwoitości wiszącej między nimi w powietrzu i osiadającej się ciężarem na ramionach wszystkich młodych lady oraz szanowanych lordów. Dzieląca ich światy przepaść, pozornie niemożliwa do przekroczenia, powróciła między nich w naturalny sposób, jakby bez udziału wysiłku ze strony Leandra.
Jakby zupełnie jej nie chciał. W zaprzeczeniu wszystkim gorącym, choć niewypowiedzianym na głos pragnieniom i zgoła nieprzyzwoitym obrazom, które podsuwała mu wyobraźnia.
Czuł jednak, że zostało coś jeszcze. Coś, czego nie powiedziała, jakieś zastygłe i zmarłe w głębi krtani słowa, które Leander pragnął – nie, raczej musiał – usłyszeć zanim zrobi następny krok, użyje jej aby ostatecznie ją porzucić. Teraz zaś mógł zadowolić się i nasycić tą krótką prośbą, błagalnym spojrzeniem roziskrzonych oczu i lekko zmarszczonym noskiem pokrytym piegami. Pocałunkiem, którego nigdy nie opatrzyłby nazwą wystarczającego lub wyczerpującego najgłębsze, najbardziej pierwotne pragnienia co do Melody. Ale w całej swojej niemal nieograniczonej pewności siebie przypuszczał, że będzie jeszcze szansa, aby ów żądze w całości, dogłębnie zaspokoić.
Uznał pytanie dziewczyny za retoryczne. Dlatego jedyną jego odpowiedzią był nikły cień uśmiechu przebiegający przez usta, którego odbicie odmalowało się również krótkim blaskiem w oczach. Następnie spojrzał w bok, zupełnie jakby dostrzegł na łysej, burej polanie coś znacznie ciekawszego niż pełna barw Melody o burzy ognistych włosów, a później odwrócił się na pięcie i ruszył wąską, niewydeptaną ścieżką w głąb lasu.
Znajdę cię — rzucił tylko, nie odwracając się więcej ani nie oglądając za plecy w miejsce, gdzie pozostawił dziewczynę. Groźba czy raczej przyrzeczenie; pozostawił to do wyboru Melody.


zt


the fire can't touch me,
for i have burned one too many times & the sea can't harm me, for i've been drowning all my life. Oh but you could rip my heart open, darling,for i have never known love before.
Leander Nott
Zawód : mecenas sztuki, handlarz dziełami sztuki
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
You might think that you can hurt me but the damage has been done.
OPCM : 8
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 14
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9796-leander-nott#297151 https://www.morsmordre.net/t9825-vivacity#297951 https://www.morsmordre.net/t9818-i-was-good-but-then-i-quit#297820 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9877-leander-nott#299087
Re: Leśna Polana [odnośnik]10.07.21 20:17
I niesłowny brak dotyku zawisł w przestrzeni między nimi, przecinając surowym nożem gęstą atmosferę, zamykając ich dwoje w szkatułce niewypowiedzianego nawet przez prozaikę namacalności. Uśmiech już nie tańczył na jej wargach z chłodem lichwiarki i ognistym gorącem nadwornej tancerki – ustąpił tronu niemej koncentracji lawirującej gdzieś pośród kącików ust. I te zadrżały niepokornie, gdy kierowała stężały wzrok w toń jego spojrzenia, na wyrysowane z kunsztem wargi i ten niepokój drżący surowo pod kopułą umysłu. Ciche westchnięcie opuściło jej krtań – możliwe, że z tęsknoty za dotykiem; możliwe, że ze spokojem, o którym stanowił jego brak. Bo wyzwalał w niej emocje nieopanowane i nade wszystko nieprawidłowe. Te, które powinny pozostać w cieniu myśli, razem z aberracjami z przeszłości.
Tak, jakby jej nie chciał. A przecież zaprzeczało temu wielokroć to, jak dociskał do jej warg swoje; jak dusznym oddechem omiatał piegowate oblicze; jak westchnięciem kalał każdą spośród emocji, rozgrywających się na scenie umysłu.
A może tak, jakby ją chciał? Bo przecież zaprzeczał temu stokroć, a jednak nieobytym dotykiem sprawiał, że topniała pod jego dłońmi; unosił miriady pragnienia gorejące na proscenium myśli; budził w niej niemoc, a w oczach rozbłyskały iskry.
Wszystko było niewystarczające, każda jedna milionowa wszechświata, w której zamykali swoje pragnienia mówiła, iż muszą poczynić krok dalej. Krok, który zbruka ją, a jego wyszarpie okrutnie z jej świata, pozostawiając wykorzystaną. Czuła w trzewiach, iż taką linią rysował się jej męczenniczy los; iż lordowie jak Nott nie pozostawiają złudzeń.
A jednak tak silnie go pragnęła.
Przełknęła głośno ślinę, skinąwszy głową na jego słowa. Nie wiedziała, czy były one przekleństwem, czy niemą obietnicą – była gotowa jednak przystanąć na każdą spośród dwojakich opcji.
Może dlatego stała jeszcze pod drzewem przez ulotność minut, ważąc każde spośród wymienionych duszno słów. Serce tętniło w piersi, a ona sama momentalnie chciała zostawić po sobie cielesną wydmuszkę i wzbić się na skrzydłach ku niebiosom. Byle tylko nie musiała konfrontować się z ciężarem emocji; byle tylko nie musiała wybierać.


zt
Melody Weasley
Zawód : Łamaczka klątw
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Je viens te retrouver comme les oiseaux
OPCM : 20
UROKI : 7
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9817-melody-weasley https://www.morsmordre.net/t9849-astrolabium https://www.morsmordre.net/t9843-love-of-my-life-fire-of-my-loins https://www.morsmordre.net/
Re: Leśna Polana [odnośnik]13.08.21 1:57
4 stycznia

Śnieg skrzypiał pod butami, a Michael pewnie poruszał się w znajomym lesie. Stąpał jak najciszej, choć wolałby chodzić jak najszybciej. Niecierpliwił się. Był głodny, choć nie miał apetytu. Pewnie powinien siedzieć w domu, myśląc o tym, że całą Anglię obiegł przedwczoraj jego list gończy. Nosiło go jednak, a jak na złość nie miał dzisiaj zaplanowanego żadnego patrolu, żadnych obowiązków w pracy, nic. W końcu jutro pełnia - dlatego miał wolny dzień. Dzień, który miał przeznaczyć na polowanie. Nawet jeśli dzisiaj miał żołądek ściśnięty ze stresu, to przecież jutro stanie się bestią w tym samym lesie, a pojutrze dopadnie go wilczy głód. Jego i Castora, bo chciał dzisiaj zdobyć jakieś śniadanie dla swojego młodego towarzysza niedoli.
Zwykle polowanie sprawiało mu przyjemność - lubił przebywać na świeżym powietrzu, lubił być sam ze swoimi myślami, lubił dreszcz adrenaliny. Dzisiaj jednak nie chciał być sam i niezdrowo się niecierpliwił, gorączkowo poszukując na ziemi zwierzęcych śladów. List gończy, opublikowany przed "Walczącego Maga", zupełnie wybił go z równowagi. Niby spodziewał się, że Ministerstwo kiedyś go wyda - znali w końcu jego tożsamość, byłego aurora - ale i tak czuł się nieprzyjemnie zaskoczony, zaniepokojony, wściekły. Co oznacza jego twarz na plakatach dla skutecznej działalności na rzecz Zakonu, dla jego rodziny, dla niego samego?
Wolał się nawet nie zastanawiać - chyba jedynie łudził się, że przyjmie podobne zagrożenie spokojnie. Nie, żeby bał się pościgu - był wprawny w walce, nie da się złapać.
(Nie dam się złapać, wypalił przedwczoraj do kogoś, kogo bardzo chciał uspokoić - i właśnie wtedy przekonał się, że nic nie jest takie proste...)
Miał o tym nie myśleć. Poprawił kołnierz płaszcza, a potem podciągnął wyżej kołnierz golfu. Było zimno, a szalika nierozsądnie nie wziął z domu.
Właśnie wtedy zobaczył ślady.
Nie zwierzęce, ludzkie.
Opuścił kuszę i odruchowo sięgnął po różdżkę. Był w Dorset, w teorii było tutaj bezpiecznie, ale we wrześniu spotkał szmalcowników nawet w odległej Kornwalii.
A teraz za moją głowę zarobiliby więcej niż za mugoli - pięć tysięcy galeonów.
Podążył za śladami, gotów... atakować? Bronić się? Stres - odczuwany nieustannie, od kilku miesięcy - przyćmił na moment zdrowy rozsądek.
Michael Tonks nigdzie nie czuł się już bezpiecznie.
-Kto tam jest?! - warknął, wpadając między drzewa (mógłbym ich zaskoczyć, ale jeśli jest ich więcej, to już mnie słyszeli...) i...
...opuścił lekko różdżkę, rozpoznając znajomą sylwetkę prawie-sąsiada i uzdrowiciela z Doliny Godryka.
-...Panie Marlowe?! - wypalił bezbrzeżnie zaskoczony. Gniew gdzieś uleciał, na twarzy odmalowała się lekka skrucha. Gdyby nie zauważył i nie rozpoznał w porę tego człowieka, mógłby przecież oberwać zaklęciem paranoicznego aurora. Albo bełtem z kuszy myśliwego-amatora.
Już miał odezwać się znowu i nieco oskarżycielsko spytać blondyna co ten tu robi, gdy dostrzegł coś w śniegu kątem oka. Czyżby ślad zwierzyny...?



Mechanika polowania:
1. Rzut na spostrzegawczość, ST 40, bonus +60
2. Rzut na rodzaj zwierzęcia (szczęście I)


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 12.10.21 15:41, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Leśna Polana - Page 16 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Leśna Polana [odnośnik]13.08.21 1:57
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 10

--------------------------------

#2 'k100' : 16
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leśna Polana - Page 16 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Leśna Polana [odnośnik]16.08.21 15:50
4 stycznia 1958

Spacery w takich miejscach zawsze rozbudzały fantazje, odciągały myśli od tłumnie powracających wspomnień, przekierowywały uwagę gdzieś daleko, w niedostępne rejony wyobraźni i marzeń. Czasem jednak nawet najmilsze dla człowieka miejsce potrafiło poruszyć ten niebezpieczny fragment duszy i wyciągnąć go na powierzchnię, umacniając w poczuciu bezradności, rozpaczy i braku nadziei. Można by powiedzieć, że jedynie szaleniec pisałby się na taką podróż, świadomie wybierając sobie miejsce gotowe uderzyć w najczulszy punkt, byle tylko gość mógł poczuć w sobie coś intensywnego. Polana zazwyczaj przyciągała go nieprzeniknionym urokiem i skrytością, a w okresie wiosennym roztaczającym się zewsząd zapachem kwitnącego bzu i paletą spokojnych, stonowanych kolorów. O tej porze jednak na próżno szukać tu było kwiatów, a tego roku zima zdawała się srogo uderzać na Wyspy Brytyjskie, jakby kierowana niechęcią i złością do wszystkich jej mieszkańców.
Chłód... nie, mróz smagał Olliego po zarumienionej od zimna twarzy, szczypiąc uparcie i podrażniając jego delikatną skórę. Szedł, albo raczej przedzierał się powolnymi krokami przez z dnia na dzień powiększające się warstwy śniegu, zupełnie niepodobne do klimatu tegoż miejsca. Stary, ciemnobrązowy płaszcz z niewidocznymi z daleka niewielkimi dziurkami sięgał niemalże jego kolan, niewiele mu też brakowało aby zetknąć się ze śnieżną płaszczyzną. Czuł jak buty odmawiały dalszej współpracy w walce z pogodowymi anomaliami, a przy dłuższym spacerze nabierające wilgoci skarpety mogły zamienić się wraz z jego stopami w wielkie bryły lodu. Przez chwilę wahał się, czy dalsza wędrówka ma jakikolwiek sens, ale moment zwątpienia trwał tyle, ile pojedyncze smagnięcie wiatru i postawienie kolejnego kroku. Odciągało to jego myśli od szarej codzienności, nie pozwalało uciec w mroczne odmęty wiecznie przeżuwanych wspomnień. Nie dawało czasu by się zatrzymać i zastanowić, każdym zewnętrznym bodźcem ściągając uwagę na teraźniejszość.
Dźwięki stąpania po śniegu początkowo nie przykuły jego uwagi, zdawały mu się być naturalnym elementem podróży, a może nawet nie potrafił ich specjalnie odróżnić od swoich kroków. Po chwili jednak kroki stały się dynamiczniejsze, a skrzypiący pod czymś śnieg budził grozę i napawał lękiem. Agresywny głos zmusił go do zatrzymania, choć przed tym Ollie poderwał się z przerażenia, intuicyjnie decydując że ucieczka na nic się już nie zda. Krople potu pojawiły się jedynie na jego plecach, przymrożona twarz nie była w stanie ich już wydzielić. Dłonie miał schowane w głębokich kieszeniach płaszcza, a prawa nerwowo masowała trzonek różdżki z drzewa sandałowego. Czy to tutaj przyjdzie mu stoczyć walkę o swoje życie? Energicznym ruchem wysunął różdżkę i skierował w stronę miejsca, z którego wydobywał się tajemniczy głos, ciałem również ustawiając się naprzeciw potencjalnego zagrożenia. Drzewa stanowiły ochronę dla nieznanej mu postaci, nie mógł określić skąd dokładnie mógłby nadejść atak - znany był Olliemu jedynie jeden, będący źródłem głosu. Nie mógł się nadziwić, kiedy jego oczom ukazała się postać zaprzyjaźnionego czarodzieja, a ulga jaka towarzyszyła wtedy uzdrowicielowi plasowała się wyżej w hierarchii pozytywnych odczuć niż wszelkie medyczne osiągnięcia, jakich dokonał podczas swojej krótkiej jeszcze praktyki.
- Pan Tonks?! Wystraszył mnie Pan, rzadko tu kogoś spotykam. Zwłaszcza teraz. - odpowiedział równie zdziwiony. W jego głosie było jednak więcej ciepła i ulgi, niż jakiejkolwiek złości czy żalu. Cieszył się z tego niespodziewanego spotkania, które nie okazało się być ostateczną walką o własne życie. Opuścił różdżkę, trzymając ją jednak dla bezpieczeństwa w pogotowiu. Obecność Michaela budziła równie wiele pytań, co emocji, a Ollie nie mógł w pełni założyć o własnym o bezpieczeństwie. Mężczyzna wyglądał na przejętego i pobudzonego, a może nawet nieco paranoicznego. Czy miał ku temu powody? Czy ktoś go śledził? A może kogoś szukał i Ollie wprowadził w jego życie nieco niepotrzebnego zamieszania? Ta myśl przywiodła na jego twarzy wyraz zakłopotania i pewnego, nienazwanego wstydu. - Czy ja mogę Panu jakoś pomóc? Kogoś Pan szuka? To nie jest najlepsze miejsce na... - ...polowanie? Dopiero spokojniejsze spojrzenie pozwoliło mu zauważyć trzymaną przez wysokiego blondyna kuszę, a jego uciekający gdzieś na bok wzrok zdawał się potwierdzać taką teorię. Otwarta buzia zatrzymała się młodzieńcowi w połowie zdania, a oczy otworzyły mu się w zdumieniu gdy wszystkie trybiki połączyły fakty. Czy cel stał za nim? Czy był to... dzik?! Umysł tworzył różne scenariusze, a chłopak zamarł (nie zamarzł!) w miejscu czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Strona 16 z 17 Previous  1 ... 9 ... 15, 16, 17  Next

Leśna Polana
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach