Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Jezioro Brzydoty, Walia
AutorWiadomość
Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Sob 9 Kwi 2016 - 16:27
First topic message reminder :

Jezioro brzydoty

Jezioro mieszące się w centralnej części Walii rzadko kiedy przyciąga tłumy turystów. Wyjątkowo spokojna okolica pozwala na odprężenie się. Niska, zadbana trawa zachęca do pikników, a kręcący się tu starzec dba o porządek. Pan Ernst jest rozpoznawany przez wszystkich mieszkańców. Po tym jak jego żona utopiła się w Jeziorze Brzydoty, dba o nie jak o własny dom i goni każdego, kto zostawia tu bałagan. Miejsce to jednak skrywa w sobie jeszcze jedną tajemnicę. W XVIII wieku stało się tu coś magicznego, a tafla wody odkrywa przed człowiekiem wszystkiego jego kompleksy. W odbiciu wyglądają na wyolbrzymione, a brzydota atakuje obserwującego. Podobno jak ktoś długo będzie wpatrywał się w tafle wody, może nawet oszaleć.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Wto 28 Lis 2017 - 17:22
Potrzebowały Czarnego Złota, zlecenie na nie zostało złożone w sklepie przed kilkoma dniami, a oni utrzymywali swoją renomę dlatego, że byli niezawodni, swoje prywatne niesnanski musiały odłożyć na bok, bowiem spośród wszystkich wokół – nie licząc Brynhildy, Antonia znała się na Runach najlepiej, a Nonna dostatecznie długo badała wszystkie zapiski i wejście do jaskini, by jasno móc stwierdzić, że biegłość w nich będzie niezbędna do odnalezienia artefaktu. Musiały być uważne i ostrożne i z pewnością nie być zbyt pewne, mimo umiejętności, które posiadała każda z nich życie lubiło zaskakiwać. Zwłaszcza, gdy wchodziło się prosto w paszczę czegoś, o czym nie miało się zielonego pojęcia. I doskonale zdawała sobie sprawę, że każda jedna informacja którą posiadała, to nadal nie było wiele gdy wchodziło się w ciemną grotę pełną tajemnic i z pewnością pełną wielu pułapek. Stawiała stopy ostrożnie na skalnych półkach, które tworzyły swoistego rodzaju schody, a zaraz za nią podążała Antonia. Słabe światło różdżki rozświetlało lekkim błękitnym światłem ich otoczenie, opadając nieśmiało na skalne ściany i utwierdzając je w przekonaniu, że mają do wyboru tylko jedną drogę, cienki, ciemny korytarz, który prowadził w nieznane. Ale Nonna nie spytała, czy są pewne, że tam wejdą. Nie spytała też czy są gotowe. Po protu ruszyła do przodu, zaciskając dłoń na różdżce. Korytarz nie był długi i zaraz za nim znalazły się w wielkiej grocie w której wetknięte w kandelabry pochodnie zajęły się ogniem, sprawiając, że pomieszczenie oświetlił jasne, pomarańczowe światło. Na samym środku pomieszczenia zaś znajdowała się sylwetka mężczyzny, zdawało się, że przypominał brata Antonii, którego zdarzyło się kiedyś widzieć Wynonnie. Co gorsze zaraz nad nich pochylał się dementor. Nonna spięła się czując, jak paraliżujący strach zawiązał się wokół jej gardła odbierając na ten moment możliwość logicznego myślenia. Łączenia faktów i wniosków. Mogła jedynie stać patrząc, jak dementor unosi się znad ciała mężczyzny i spogląda w jej stronę. Zbierał się do ataku, wiedziała, że tak, a jednak nie potrafiła unieść różdżki i skorzystać z niej próbując ją przepędzić. Musiała... musiała zacząć myśleć. Ale nie była skora. Nie była pewna, jak komuś mogło się udać zamknąć tutaj dementora. Gdzieś z tyłu niewyraźna myśl, że może właśnie to nie on, a inna imitująca ją istota przemknęła jej przez głowę, jednak ogarnięta strachem Wynonna nadal jedynie stała, wpatrująca się w zjawę na przeciw siebie.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Pią 22 Gru 2017 - 1:49
Wchodząc do jaskini nie czuła strachu, a jedynie niepokój. Każdy na jej miejscu właśnie tak by się czuł. Nie wiedziała co może ich spotkać w środku, każda taka wyprawa stawiała nad jej losem wielki znak zapytania. Nie bała się bo strach tylko by ją sparaliżował, ale wszystkie jej mięśnie napięły się w gotowości, a instynkt wyostrzył wszystkie zmysły. Wiedziała, że jedynie sobie w tym wszystkim może ufać i tylko na siebie może liczyć. Zawsze tak było więc nawet nie umiała inaczej. Nigdy nie czuła się dobrze gdy musiała z kimś współpracować, na kogoś się oglądać lub czekać. Była indywidualistką. Jednak nawet taka indywidualistka jak ona nie była w stanie zrobić wszystkiego sama. Nie była w stanie posiąść całe wiedzy świata i wykorzystać ją w praktyce używając tylko własnej siły. Antonia nie uciekała się do okłamywania samej siebie, a już na pewno nie w kwestiach związanych z własnymi możliwościami. Choć wierzyła w swoje umiejętności to była do nich nastawiona dość krytycznie. Niczego przecież w życiu nie można być pewnym. Szła ciągle do przodu jedynie od czasu do czasu oglądając się za siebie czy czasem nikt im nie towarzyszy. W ciemnościach takich jak te odczuwało się czyjąś obecność nawet jeśli nikogo obok nie było. Milczały, ale to już nie chodziło o brak chęci na konwersacje, a o to, że lepiej nie wywoływać wilka z lasu. W końcu gdyby udało im się przejść grotę i zabrać złoto bez jakiegokolwiek dźwięku nie musiałby się niczym przejmować. Gdy dotarły do końca przejścia wiedziała już, że to nie będzie możliwe. Zapalone pochodnie przyciągnęły jej wzrok przez chwile zamraczając. Potrzebowała kilku sekund by dostrzec sylwetkę brata stojącego na środku skalnego pomieszczenia. - Michael? - dźwięk z jej gardła wydobył się zanim w ogóle zdążyła pomyśleć o tym by się odezwał. Poczuła jak gula podchodzi jej do gardła. Nogi chciały ruszyć mu na ratunek, ale rozum krzyczał by zostać w miejscu. Dementor przeniósł spojrzenie na kobiety, a ona wiedziała, że nie będzie w stanie rzucić dobrze zaklęcia kiedy liczy się życie jej brata. Kobieta uniosła wyżej różdżkę gotowa by chociaż spróbować. Bledsza niż zwykle już miała wypowiedzieć formułę patronusa, ale się zatrzymała. Przecież to nie mógł być jej brat. Nie wiedział gdzie ona się wybiera, mijali się dopiero w domu. Nie mogło go tu być. Nie mogło być tutaj dementora. Nie wiedziała o co tu chodziło, ale chwyciła kobietę za dłoń i odciągnęła z drogi udawanemu dementorowi. - Myślę, że to bogin. A może iluzja. Mojego brata na pewno tu nie ma. - odparła i skierowała różdżkę w stronę dementora mówiąc. - Riddiculus – czekając czy ten zmieni się w dym tak jak tego chciała.



   
Udziel mi więc tych cierpień
 płaczmy razem na nie! ach, nie dziel ich, niech
wszystko mi samej zostanie
Antonia Borgin
Zawód : pracownik urzędu niewłaściwego użycia czarów & znawca run
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
ognistych nocy głodne przebudzenia
i tych uścisków, żar co krew wysusza,
wszystkie rozkosze ciała - i cierpienia
wszystkie, jakie znosi dusza
OPCM : 7
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 16
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4668-antonia-borgin https://www.morsmordre.net/t4725-vermeer#101224 https://www.morsmordre.net/t4722-nie-wszystko-zlo-to-co-sie-swieci https://www.morsmordre.net/f319-smiertelny-nokturn-19 https://www.morsmordre.net/t4733-skrytka-bankowa-nr-1201#101427 https://www.morsmordre.net/t4726-antonia-borgin#101398
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Pią 22 Gru 2017 - 1:49
The member 'Antonia Borgin' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 15
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Nie 28 Sty 2018 - 0:06
Była zła, wiedziała że powinna logicznie myśleć, nie poddawać się strachowi, który zawładnął nią całą ale przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund nie była w stanie nawet nabrać powietrza do płuc. Widziała już bogina, oczywiście, że tak, a jednak widok go pod postacią dementora zamroził ją całkowicie nie pozwalając na podjęcie akcji. Dopiero słysząc słowa Antonii jak i czar, który po chwili rzuciła jakby oprzytomniała, zerkając jedynie na nią na kilka sekund, by zaraz na powrót skierować spojrzenie ku potworowi. Rozejrzała się po grocie dostrzegając dwie skrzynie ustawione równolegle na przeciw siebie i otwarte, prawdopodobnie ich mechanizm zaprojektowano tak, by otwierały się wraz z wejściem do groty. Spojrzała dalej, za zjawy, ściana zdawała się płaska, jednak była prawie pewna, że ledwie widoczne linie skrywające drzwi się na niej znajdują, zwłaszcza, że i ona zajmowała runiczny napis którego Wynonna nie była w stanie zrozumieć.
- Riddiculus! - rzuciła raz jeszcze, tym razem pewnie, spokojnie z wręcz perfekcyjnym ruchem nadgarstka wyobrażając sobie, jak dementor zmienia się w bal na sznurku który pęka, a potem pęka, i z cichym dźwiękiem wlatuje do skrzyni. Wszystko zadziałało się wedle jej zamiaru ruszyła krok do przodu z zamiarem ruszenia do przodu i zostawienia drugiego z boginów Borgin. Szybko jednak uświadomiła sobie, że ten plan ma lukę. Nie była w stanie dotrzeć do drzwi, nie mogła, bowiem na pewno zaszyfrowane znaki zdradzały jak otworzyć przejście. Wątpiła by urok otwierający ukryte przejścia był w stanie zadziałać na to konkretne. - Idź przodem, spróbuj otworzyć drzwi, ja zajmę się drugim. - powiedziała tylko, mając nadzieję, że Borgia posłucha się jej polecenia. Nie wiedziały co jeszcze czai się w ciemnościach jaskini, ani czego należy się po niej spodziewać, dlatego musiały załatwić sprawę jak najszybciej. Z jej założeń wynikało że w kolejnej komnacie powinien być przedmiot po który przybyły, jednak jaką mogły mieć pewność, że właśnie tam będzie? Musiały jednak działać szybko, otworzyć przejście, zabrać artefakt i wrócić do domu mając nadzieję, że w kolejnej jaskini nie znajduje się kolejna przeszkoda którą przyjdzie im pokonać. A nawet jeśli jakaś będzie, to oby jedynie jedna, nie zaś kolejny tuzin który namnoży się uniemożliwiając im zdobycie przedmiotu, który miał zasilić półki rodzinnego sklepu.


You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Wynonna Burke
Zawód : Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
Snow Queen
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke https://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 https://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 https://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Nie 11 Lut 2018 - 12:32
Antonia nie miała czasu pluć sobie w twarz, że tego nie przewidziały. Takie rzeczy się zdarzały. Nie dało się przewidzieć dosłownie wszystkiego. Pomimo tego, że runy nauczyły ją cierpliwości to nie posiadała całkowitej ostrożności i czasami zakładała, że coś będzie prostsze niż naprawdę miało być. Nie była głupia. Za błędy własnych działań należało płacić. Borgin po prostu za bardzo skupiła się na tym by się stąd wydostać. Za bardzo skupiła się na tym by skończyć to co zaczęła, znaleźć złoto, zabrać je do sklepu i wrócić do bardziej aprobujących zajęć. Może to właśnie dlatego często słyszała, że bycie indywidualistą podczas współpracy nie jest dobre. Powinno się odstawiać na bok chęć działania w pojedynkę i skupić się na tym co mogłoby przynieść zyski, a nie same straty. Teraz jednak już nie miała czasu się nad tym głowić. Znalazły się w sytuacji, w której trzeba było działać szybko. Zaklęcie jej się nie udało i dobrze wiedziała dlaczego. Nie była skupiona. Zbyt mocno obraz brata uderzył jej w głowę i zbyt mocno chciała od tego obrazu uciec. Bardziej skupiła się na tym by rzucić cokolwiek niż na tym by jej się udało. Zaklęcie Burke powiodło się i choć bogin na chwile zmienił swoją postać to Antonia wiedziała, że nie są wcale przez to bezpieczniejsze. To właśnie było w magii przewrotne. Bogin nie mógł zrobić im krzywdy ale samym strachem krzywdził bardzo głęboko. Zawsze myśląc o boginach i ich magii przypominała sobie opowieść dziadka, w której to człowiek przez strach wywołany właśnie przez bogina umarł. Łatwo było sobie to wyobrazić. Antonia spojrzała w stronę ściany, którą wskazywała jej kobieta. Skinęła głową upewniając się czy kobieta na pewno sobie poradzi. Nie pytała już nie chcąc tracić czasu. Pobiegła w stronę ściany odczytując z niej runy. Wiedziała co oznaczają. Rozejrzała się po pomieszczeniu szukając kamienia, który należało przesunąć by przejście się otworzyło. To jak walka z wiatrakami; znaleźć ten odpowiedni w jaskini pełnej podobnych kamieni. W końcu miała szczęście i za trzecim razem znalazła ten właściwy. - Szybko! - krzyknęła do kobiety kiedy ściana rozsunęła się ukazując im przejście. W powietrze wzniosły się tumany kurzu. Antonia wbiegła do pomieszczenia dopiero kiedy zrobiła to szlachcianka. Indywidualistka czy nie, lubiły się czy nie, Borgin miała swój kodeks, nie zostawiała ludzi za sobą.

z.t



   
Udziel mi więc tych cierpień
 płaczmy razem na nie! ach, nie dziel ich, niech
wszystko mi samej zostanie
Antonia Borgin
Zawód : pracownik urzędu niewłaściwego użycia czarów & znawca run
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
ognistych nocy głodne przebudzenia
i tych uścisków, żar co krew wysusza,
wszystkie rozkosze ciała - i cierpienia
wszystkie, jakie znosi dusza
OPCM : 7
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 16
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4668-antonia-borgin https://www.morsmordre.net/t4725-vermeer#101224 https://www.morsmordre.net/t4722-nie-wszystko-zlo-to-co-sie-swieci https://www.morsmordre.net/f319-smiertelny-nokturn-19 https://www.morsmordre.net/t4733-skrytka-bankowa-nr-1201#101427 https://www.morsmordre.net/t4726-antonia-borgin#101398
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Czw 28 Mar 2019 - 21:25
5 października

Nie wiedziała, czy plotki, które słyszała, były prawdziwe, ale Wielka Brytania nie słynęła z dobrej gleby, która mogła służyć młodym roślinom do prawidłowego wzrostu i zapewniała im odpowiednie ku temu minerały. Na rolnictwie nie znała się w ogóle, na ogrodnictwie jeszcze mniej, choć potrafiła z zaskakująca trafnością określić nazwy napotkanych kwiatów. Lubiła chabry. Polne, powszechnie znane, o barwie tak charakterystycznej, że nie można było pomylić jej z żadnym innym gatunkiem. Lubiła w nich to, że nie wytrzymywały długo w wazonie, zawsze pozostawały dzikie – jak ona – jakby wyrwane z ojczystej ziemi traciły życie. Były wierne. Opuszkami, które stały się wytarte przez tak długi czas mocnego ściskania różdżki, dotykała tych niebieskich łebków, gdy razem z Caroline Leach przedzierały się przez polne łany przekwitających kwiatów. Zamiast wielobarwnych płatków daleko przed nimi można było dostrzec tylko zzieleniałe z dojrzałości czapeczki skrywające w sobie ostatnie tchnienie życia – nasiona, które być może zakwitną za pół roku, kiedy na horyzoncie pojawi się wiosenne słońce. Miały pojawić się bliżej, ale ostatecznie okazało się, że szlak komunikacyjny na sieci Londyn – Tirabad został naruszony przez anomalie i  nawet świstokliki miały problemy z nawiązywaniem połączenia lokacyjnego. Ostrzeżono je (względy bezpieczeństwa), że na pewno wylądują w okolicy miejsca, z którego przyszło zgłoszenie, ale nie w promieniu jego centrum. Zaryzykowały więc, pochwyciły i… pojawiły się w walijskim miasteczku, dokładnie w starej pracowni pewnego alchemika, którego od razu Caroline zaczęła przepraszać za niespodziewaną wizytę. Szybko okazało się, że czarodziej miewał takie wizyty kilka razy dziennie, bo jego dom był naszpikowany artefaktami skupiającymi energię. Przy okazji sprawdziła jego papiery kwalifikacyjne i pozwolenia na podobne rzeczy – jeśli w jakiś sposób skupiały czarną magię, a on próbował to zatuszować, wyczułaby. Wszystko było jednak w porządku i kiedy tylko Jackie sprawdziła na koniec jego poznanie zakazanej sztuki (a okazało się, że badacz był czysty jak łza), czarodziej wskazał im dalszą drogę i opuściły jego dom, dziękując za gościnę i przepraszając za problemy. Oczywiście Caroline pochwaliła się tą nadmierna kulturą, Jackie nie uważała, żeby ich kontrola miała być dla niego jakimkolwiek problemem.
W okolicy gospodarstwa rolnego na Tirabad było cicho, ale w ten jak najbardziej pożądany sposób – było spokojnie, wiatr grał na łonach rzadkich zbóż, kołysał zmarniałymi kwiatami, oddawał w pełni tę postapokaliptyczną głębię poanomaliowego krajobrazu.
– Strasznie, co? – Caroline zdawała się czytać w myślach Jackie. Albo po prostu wina mijanych widoków, jak okiem sięgnąć ciągnęły się tylko pola i łąki, jedynie gdzieś przy horyzoncie majaczyły korony drzew. – Jakby przeszedł tędy huragan. Albo coś gorszego.
– Mhm – mruknęła w odpowiedzi. Być może nie brzmiała zbyt zachęcająco, ale Caroline dobrze wiedziała, że aurorka po prostu taka już była. Złapały nić porozumienia i właściwie nawet, kiedy blondynka mówiła znacznie więcej, Jackie nie była nią zmęczona. Być może ze względu na to, że zazwyczaj rozmawiały o pracy. Osobiste tematy nie były dostatecznie pochłaniające i interesujące.
Szły tak kilka minut i w końcu za linii kukurydzianych pól zaczął wyłaniać się krajobraz, który był powodem ich wizyty w Walii. Najdalej położony był zwyczajny, wiejski dom, który jednak teraz wyglądał jak powód do płacz – spalony, z połamanymi belkami i wspornikami, z ramami okien osmolonymi przez sadzę. W podobnym stanie było pole znajdujące się przed chatą, wypalone do gołej ziemi, gdzieniegdzie można było dostrzec resztki ocalałych włochatych łodyg. Szły wytyczoną ścieżką, która z piaskowej powoli zamieniała się w szlak pokryty popiołem.
– Przecież tu żywej duszy nie ma. Kto nas wzywał? – Jackie zmarszczyła brwi, rozglądając się dookoła.
I w końcu dojrzała truchtającego z naprzeciwka mężczyznę. Nie miał brody, co od razu mogło wskazać im wiek, ale jego chód zbyt przygnieciony przez zniekształcone stawy raczej wskazywał na coś powyżej sześćdziesiątki. Albo siedemdziesiątki. Nie miał typowej szaty; ubrany był w dziwnie skrojone spodnie z zahaczonymi o szlufki szelkami, plecy okrywała mu marynarka, a na stopach trzymały się barwne kalosze i to właśnie one spowodowały, że Jackie uznała go za czarodzieja. Gdy do nich dobiegł, był mocno zziajany, więc zanim wypowiedział jakiekolwiek słowo, musiał ochłonąć. Dziewczyny spojrzały po sobie, wyczekując w zniecierpliwieniu informacji od staruszka.
– To ja… to ja, miłe panie! Panie z departamentu prawa? – zapytał, między zgłoski wdzierał się świszczący oddech.
– Tak, Jackie Rineheart, Caroline Leach, departament przestrzegania prawa czarodziejów. Co się stało, panie…
– Bernard Canaghan, Canaghan, miłe panie!
Chciała zaproponować mu znalezienie jakiegoś miejsca do siedzenia, ale to nie byłaby w tej chwili mądra propozycja. Gdyby usiadł na ziemi, trudno byłoby mu wstać, a wyglądało na to, że nie było czasu na odpoczynek i relaks na łonie natury. Mimo wszystko czarodziej potrzebował jeszcze chwili na to, żeby zgromadzić siłę na wyjaśnienia, więc wskazał im kierunek, z którego przybiegł. Obie szły przy jego bokach, żeby w razie czego podtrzymać i pomóc w spacerze, ale dziadek wydawał się silny, kiedy już złapał oddech.
– Wysłałem sowę wczoraj, jak tylko zauważyłem, co się dzieje, ale nikt się nie pojawił, więc wróciłem do domu – zaczął opowieść, ale o takiej strony, że Jackie wciąż nie do końca rozumiała o co chodziło. W liście było co prawda nakreślone sedno wydarzenia, ale nie podano tam żadnych szczegółów, które mogłyby nadać zgłoszeniu jakiś stopień priorytetu. – Zacznę od początku, miłe panie. To nie jest mój dom, to dom mojego sąsiada. Przyszedłem wczoraj do niego z moim szwagrem, żeby mu wygarnąć kilka rzeczy, bo ten skurczybyk mi dynie kradnie! A tu patrzymy ze szwagrem, miłe panie nie uwierzą, sąsiad, morda zachlana, leży i kwiczy na ziemi tuż przed swoim domem!
– Ale może bez epitetów, panie Canaghan – powiedziała twardo, tonem jednak starając się zamarkować irytację. – Skupmy się na szczegółach.
– No to mówię, ten łajdak zapijaczony na ziemi leżał. A z domu wychodzą mu dwa chłopy. Wysokie jak brzozy, szerokie jak dęby… a my ze szwagrem hop za drzewo, o, bo myśmy się przestraszyli, że nas też dorwą. Widzą miłe panie, my skromnie żyjemy, ale porządni jesteśmy nie to co, o, sąsiad – skinął głową na spalony krajobraz za nimi.
– I co się stało później? – dopytywała. Zerknęła na Caroline, która wyciągała już swój notes i pióro. Nasączone w niekończącym się tuszu stanowiło podstawowe narzędzie przy przesłuchaniach w terenie.
– Później, miłe panie, teleportował się jeden z nich z sąsiadem moim, pchłą zafajdaną – bardzo pracował mimiką przy każdym takim określeniu, co z boku wyglądało niezwykle ciekawie. Ironizując. – A ten drugi zaczął rzucać zaklęcia. Jedno, drugie, trzecie. To mu dyniowe poletko spalił, o, widziały panie. I dom w płomieniach stanął. On ma żonę, ten sąsiad mój, ale jej nie było. Stara kobiecina, dobra, pomaga kobietom u nas.
– Dzieci? Mają jakieś dzieci?
– Powyjeżdżały do Londynu wszystkie. Trójka.
– Personalia tego sąsiada? – skierowała kolejne pytanie w stronę dziadka. Mimo że dokonano tutaj, bądź co bądź, zbrodni, czarodziej wydawał się traktować to jak zwykłą kłótnię o kurczaka, co to uciekł z zagrody.
– Eugene Berd.
– Miał córki?
– Nie, synów samych. Poszczęściło mu się raz w życiu, o, samych synów mieć. Mi to się same dziewuchy urodziły, posag zbierać dla każdej… – westchnienie połączył z jękiem niezadowolenia i całość wyszła dość groteskowo.
Jackie wzięła głęboki wdech. Powietrze wciąż przesiąknięte było smrodem spalenizny. Eugene Berd. Zabrali go stąd, więc były jeszcze szanse na to, że żył. Tylko jak go znaleźć, kiedy nie było żadnych poszlak?
– Pamięta pan coś więcej? Jakieś szczegóły dotyczące wyglądu tych ludzi?
Dziadek pokręcił głową. Dochodzili już powoli do głównego szlaku prowadzącego do wioski.
– Ciemno było. Wiedzą miłe panie, rozmówić to można się wieczorem najlepiej. Po zachodzie słońca, żeby nie widziało ani nie słyszało kłótni. Mieli czarne ubrania. Tylko kaptury jakieś czerwone. I krótkie włosy na pewno. Jasne. Ale rude? Czy jak słoma? Nie wiem. – wzruszył ramionami.
Przypatrywała mu się dokładnie, próbując zobaczyć jakąś oznakę kłamstwa, ukrytych motywów, które mogłyby nakłonić do zabicia człowieka, ale jego sposób wypowiadania się był tak szczery i gładki, że instynkt podpowiadał jej, że był niewinny.
– Dziękujemy na razie. Zapisałaś wszystko? – Caroline powoli pokiwała głową, kończąc swoją notatkę. – Odezwiemy się na pewno do pana, kiedy już ustalimy więcej szczegółów. Na razie prosimy nigdzie nie wyjeżdżać i oczekiwać sowy z wezwaniem do Mimnisterstwa. – Do Tower of London. Na litość Merlina. – Do widzenia.
Staruszek pożegnał się z nimi i odszedł w swoją stronę, a Jackie spojrzała na Caroline i skinęła jej głową na pogorzelisko. Musiały znaleźć jakiekolwiek dowody.

| zt



pora, żebyś ty powstał i biegł, chociaż ty nie wiesz,
gdzie jest cel i brzeg,
ty widzisz tylko, że
ogień świat pali
Jackie H. M. Rineheart
Zawód : zbrodniarz wojenny
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
our souls speak
as loud as
the thunder upon
our heads

OPCM : 35
UROKI : 14
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 OUREPPN
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Nie 28 Kwi 2019 - 20:48
8 grudnia

Nieopodal północnego brzegu Jeziora Brzydoty, którego wody słynęły z niezwykłych, magicznych właściwości - jego tafla wyolbrzymiała wszystkie kompleksy, jakie dręczyły człeka spoglądającego na własne weń odbicie - i staruszka gorączkowo dbającego o porządek wokół, przed niemal wiekiem zbudowano osamotnione gospodarstwo. Może to nieurodzaj, może nieżyzne gleby, a może to samo Jezioro Brzydoty, przyczyniło się do opuszczenia tego miejsca przez rodzinę, której nazwiska nikt już w tej okolicy nie pamiętał, pozostawili po sobie jednak po sobie puste mury i kilka starych mebli.
Nikt by o tym miejscu nie pamiętał, zapewne Desmond nigdy by się o nim nie dowiedziała, gdyby nie zasłyszane przypadkiem plotki. Zatrzymała się w Dziurawym Kotle, udała, że zamawia kremowe piwo, aby się rozgrzać i bezczelnie podsłuchała dwóch czarodziejów, rozprawiających o tym, co rzekomo miało miejsce w starej stajni tego gospodarstwa. Ponoć każdego, kto spróbował tam wejść atakowały kościane konie, może ich obdarte ze skóry i tkanek szkielety, a magia była wyjątkowo niestabilna. Historia brzmiała mało prawdopodobnie, ale Desmond zdążyła się już przekonać, że anomalie potrafiły tworzyć dużo większe absurdy i cechowały się karykaturalnym wręcz poczuciem humoru.
Nie wiedziała na ile mogła zaufać słowom tym starym pijaczynom, nie mogła jednak przejść wobec nich obojętnie, musiała sprawdzić, czy tkwiło w nich choć ziarno prawdy.
Naskrobała na pergaminie kilka słów, udało jej się przywiązać list do nóżki Leopoldiny - co graniczyło z cudem, bo sowa obdarzona paskudnym charakterem nie znosiła latać w tak okropną śnieżycę - i nakazała ptaszysku dostarczyć go do Percivala. Skoro chciał działać, niech działa, niech pomoże jej znów. Dowiedzie ile jest prawdy w słowach czynami.
Przeszło godzinę grudniowego popołudnia spędzili na poszukiwaniu owego gospodarstwa, walcząc z wichurą na miotłach, bo nie byliby w stanie przedrzeć się pieszo przez takie zaspy śniegu. Pomimo skórzanych rękawic i grubego kożucha Maxine zdążyła przemarznąć, a policzki i nos miała czerwone od zimnego wiatru. Nie wiedziała jak Percival, ale ona nie miała zamiaru się poddać, dopóki nie znajdą tego przeklętego gospodarstwa - kiedy już miała jednak zakląć bardzo brzydko pod nosem, co zapewne oburzyłoby szlachetnie urodzonego ex-lorda, spomiędzy zielonych choin błysnęła czerwień starych cegieł.
- To musi być to - zawyrokowała Maxine, pochylając się nad miotłą i przyśpieszając. Wylądowała w zaspie obok. Nie chciała tracić czasu na odkopywanie drzwi, by mogli je otworzyć. - Może nie rzucą się na nas od razu po wejściu. Ale miej różdżkę w pogotowiu - powiedziała, po czym bezceremonialnie wymierzyła kopniaka w starą okiennicę, tak brudną, że nie dostrzegała nic. Zaspa była na tyle wysoka, że mogła to uczynić. Huknęło szkło, ale gdy wszystkie odłamki opadły już na posadzkę, odpowiedziała im cisza.
Maxine przykucnęła, zaglądając do środka, ale nie dostrzegła nic oprócz starych boksów. To wciąż jedna nie znaczyło, że miejsce było puste.
- Dobra, wchodzę - mruknęła, przełażąc ostrożnie przez okno, uważając, aby się nie pokaleczyć odłamkami szkła. Zeskoczyła lekko z parapetu, lądując na ziemi jak kot i natychmiast poderwała różdżkę do góry. - Widzisz coś? Lumos maxima!



That girl with pearls in her hair
is she real or just made of air?

Maxine Desmond
Zawód : Szukająca Harpii z Holyhead
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

she's mad, but she's magic
there's no lie
in her fire

OPCM : 30
UROKI : 22
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 23*
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
mad max
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5560-maxine-desmond https://www.morsmordre.net/t5599-leopoldina#130569 https://www.morsmordre.net/t5602-mad-max https://www.morsmordre.net/f103-swansea-st-helen-avenue-7 https://www.morsmordre.net/t5601-skrytka-bankowa-nr-1376#130573 https://www.morsmordre.net/t5600-maxine-desmond#130571
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Nie 28 Kwi 2019 - 20:48
The member 'Maxine Desmond' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 OVD5YfN
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Pią 3 Maj 2019 - 0:26
Musiał przyznać, że zaskoczyła go jej wiadomość – co prawda ich poprzednie spotkanie zakończyło się sukcesem i udało im się uleczyć wspólnie jedno z dręczonych anomaliami miejsc, ale odniósł wtedy wrażenie, że Maxine niezbyt mu ufała, a wspomnienie panującej między nimi niezręczności do tej pory wywoływało na jego plecach nieprzyjemne ciarki. I nie chodziło nawet o to, że w jakiś sposób się temu dziwił, bo w pełni rozumiał bijącą od niej ostrożność i sceptycyzm – po prostu wydawało mu się, że mimo iż szukająca Harpii zgodziła się mu tamtego dnia towarzyszyć, to gdyby tylko mogła, wybrałaby inne towarzystwo; dlaczego więc odzywała się do niego ponownie, proponując, by po raz drugi połączyli siły i sprawdzili rzekomo dręczone przez niestabilną magię miejsce?
Nie wiedział – ale też nie planował jej o to pytać, niemal natychmiast wysyłając jej odpowiedź twierdzącą, a wyznaczonego przez nią dnia zjawiając się w umówionym miejscu. Chciał działać, chciał udowodnić, że mógł coś zmienić – nawet jeżeli wiązało się to z godzinnym odmrażaniem sobie tyłka na miotle, w poszukiwaniu skrytego w śnieżycy gospodarstwa. Głównie przez Maxine; chociaż starał się jak mógł, nie dało się ukryć, że nie radził sobie w locie ani w połowie tak dobrze jak ona, ledwie dając radę przeciwstawić się szalejącej nawałnicy – przez większość czasu skupiał się więc na tym, by nie stracić jej sylwetki z oczu. Próbował też rzecz jasna odszukać charakterystyczny budynek, jednak trudno byłoby się spodziewać, by zrobił to przed nią – kobietą, która była w stanie wypatrzeć w podobnych warunkach maleńką, mieniącą się złotem piłeczkę.
Co mówiłaś?! – krzyknął, gdy jej głos zginął w świszczącym mu w uszach wietrze, ale nie czekał na odpowiedź; obniżył lot, w ślad za nią lądując w głębokiej zaspie i dopiero wtedy dostrzegając, że zatrzymali się przed ceglanym budynkiem. Nareszcie; wydawało mu się, że mokry, zmarznięty śnieg okleja już dokładnie każdy centymetr kwadratowy jego ubrania i włosów, a szczękające intensywnie zęby czyniły wszystkie słowa trudnymi do zrozumienia.
Skinął głową w jej stronę, kiedy się odezwała, opierając miotłę o ścianę domu i wyciągając różdżkę; chciał zapytać, jak miała zamiar dostać się do środka, biorąc pod uwagę, że śnieg zasłaniał ponad połowę drzwi wejściowych, ale zanim zdążył do zrobić, Maxine zamachnęła się, wymierzając celny kopniak w sam środek brudnego okna. Huk wiatru zmieszał się z brzękiem szkła, które opadło na ziemię – a chwilę później jego towarzyszka już zgrabnie wsuwała się do środka, zeskakując z parapetu niczym spadający na cztery łapy kot. Dopiero wtedy zorientował się, że od jakiegoś czasu stał z rozchylonymi lekko w zaskoczeniu ustami; zamknął je natychmiast, podążając za nią – gdyby już w tamtym momencie nie był beznadziejnie zakochany, pewnie jeszcze przez chwilę wpatrywałby się w tył jej głowy z głupkowatym wyrazem twarzy.
Przeciśnięcie się do środka okazało się w jego przypadku nieco bardziej problematyczne – był znacznie wyższy – ale ostatecznie zdołał zeskoczyć na zakurzoną podłogę tak, by po drodze nie rozharatać sobie tętnicy wciąż trzymającymi się ramy odłamkami szkła. – Nic a nic – odpowiedział; w powietrzu rozbrzmiała inkantacja, a chwilę później rozległy się grzmoty – na szczęście na zewnątrz. – Sprawdzę drugi pokój – zaproponował, od razu kierując się we wskazanym kierunku; wyczarowana przez Maxine kula światła rzucała chybotliwy blask, przeciskający się również do innych pomieszczeń, ale niewyciągający z mroku niczego bardziej podejrzanego niż kupa piętrzących się na posadzce szmat. – Nie wydaje ci się, że jeżeli byłaby tutaj anomalia, to już byśmy ją wyczuli? – zapytał, nie odwracając się za siebie, ale wiedząc, że Maxine była niedaleko; miejsca naznaczone anomalią trudno było przeoczyć, czasami wręcz drżały od niestabilnej energii – tutaj było cicho i spokojnie. – Carpiene – wypowiedział mimo wszystko, chcąc dodatkowo się upewnić, chociaż podejrzewał już, że nie zobaczy niczego niepokojącego.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Pią 3 Maj 2019 - 0:26
The member 'Percival Blake' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 HXm0sNX
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Jezioro Brzydoty, Walia - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Pią 3 Maj 2019 - 23:12
Nakazano jej wdrożyć Percivala w proces naprawy anomalii wedle sposobu, który opracowała profesor Bagshot. Udało im się uczynić to raz, wiedziała też już, że pierwszą poskromił w towarzystwie gwardzisty, Alexandra, lecz dwie to wciąż zbyt niewiele. Nie wiadomo ile ich jeszcze miało stanąć na ich drodze, mówiąc ironicznie, a praktyka czyniła mistrza. Powierzono jej to zadanie w zaufaniu, zamierzała się więc doń przyłożyć, odkładając swoje osobiste animozje i uprzedzenia na bok, skoro taki był rozkaz. Bywała niepokorna, potrafiła jednak się dostosować - grać w drużynie. Czasami nie zgadzała się z kapitanem, ale miała świadomość, że to nie do niej należy decyzja. Zaciskała zęby i robiła to, co jej kazano.
Teraz nie było to aż tak trudne jak przypuszczała. W jej wyobrażeniach czarnoksiężnicy byli paskudnymi typami spod ciemnej gwiazdy, zazwyczaj złośliwymi i okrutnymi, tymczasem Percival sprawiał wrażenie dobrze wychowanego, miłego człowieka. Aż czuła się głupio, że był wobec niej wciąż tak uprzejmy, zaraz jednak tłumaczyła sobie, że przecież mógł też dobrze kłamać.
Mimo wszystko mile łechtał też ego fakt, że musiał jej słuchać. Nawet jeśli mu to przeszkadzało, to dobrze to ukrywał.
Percival znalazł się za nią w chwili, gdy rzucała zaklęcie; chrzęst szkła pod jego butami zagłuszyły jednak huki pajęczyny piorunów, jakie przeszyły niebo. Hałas był tak potężny, że podskoczyła w miejscu. Spojrzała to na niebo, to na mężczyznę wyraźnie przestraszona. Poczuła się okrutnie... bezradna. Wobec siły tej przeklętej burzy. Odsunęła się od okna z silnym przekonaniem, że następny piorun trafi prosto w jej serce - i zginie. Odwróciła się od Percivala, chcąc ukryć własne przerażenie.
- Ja też nie - mruknęła Maxine. To, że w pierwszej chwili nic nie dostrzegli, nie znaczyło jeszcze, że teren był czysty i bezpieczny. Skinęła głową, gdy Blake zaproponował sprawdzenie drugiego pomieszczenia, najpewniej schowku, a może pokoju socjalnego dla stajennych, ciężko było jej stwierdzić bez oględzin pozostałej części folwarku, Wciąż nic ich nie atakowało: żadnych kościanych koni, latających podków, czy stogów siana o morderczych zamiarach. Desmond pozostała jednak czujna, mięśnie miała napięte, gotowe do reakcji w każdej chwili. Różdżkę trzymała uniesioną, gdy nieśpiesznym krokiem przeszła wzdłuż boksów, zaglądając do środka. Wyczarowana przezeń wielka kula światła przegnała mrok w stajni, lecz silny black Lumos maxima nie odsłonił przed nimi żadnych tajemnic. Nie dostrzegała tu nic ponad grube warstwy kurzu, stare podkowy i homonta, stare deski i obdrapane ściany, które gęsto pokrywały pajęczyny.
- Powinniśmy - przytaknęła, dla pewności przechodząc do końca boksów, zajrzała do każdego. - Zawsze, gdy się do niej zbliżałam czułam to... Chyba wiesz jak. Powietrze było takie gęstsze, rozedrgane, wiesz co mam na myśli? - W tonie jej głosu wyraźnie zabrzmiała niepewność. Zaczynała mieć wątpliwości, czy cokolwiek tu znajdą - wszystko wydawało się w porządku. - I co? - spytała, słysząc inkantację padającą z ust Percivala.
Czy dopiero mieli wpaść w pułapkę, a głęboko ukryta anomalia pozostawała póki co niewyczuwalna? Uzyskawszy odpowiedź przeczącą westchnęła głęboko.
- Chyba... chyba dałam się wywieść w pole. Może to była tyko plotka - wyznała kwaśno, zawracając i czyniąc kilka kroków w kierunku Percivala. - Nic tu nie ma - stwierdziła w końcu, rozczarowana i zawiedziona tym faktem; winiła jedynie samą siebie i te pijaczyny, które rozsiewały nieprawdziwe informacje. - Ale wiesz... O tym lodowisku tez słyszałam tylko pogłoski, a okazały się prawdą. Dobrze było to sprawdzić tak na wszelki wypadek - powiedziała, starając się zabrzmieć tak pewnie i przekonująco, jak tylko mogła - bo chyba bardziej potrzebowała samą siebie przed sobą wytłumaczyć. Przez te bzdury zmarnowali całe popołudnie. Najpierw na podróż tego zakątka Walii, a później na krążenie wokół Jeziora Brzydoty w poszukiwaniu opuszczonego gospodarstwa. Mogli w tym czasie odnaleźć prawdziwą anomalię i się z nią uporać.
Podirytowana kopnęła najbliższy kamień, który zatłukł się głucho o ścianę - później zapadła znów cisza mącona jedynie przez szum deszczu i huk błyskawic, jakie nieustannie przecinały ciemne niebo.
- Hej - zaczepiła go elokwentnie, wodząc spojrzeniem wzdłuż przestrzeni między boksami. - Myślisz o tym samym, co ja? - wypaliła nie za mądrze. Pewnie nie myślał, ale warto było zapytać.



That girl with pearls in her hair
is she real or just made of air?

Maxine Desmond
Zawód : Szukająca Harpii z Holyhead
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

she's mad, but she's magic
there's no lie
in her fire

OPCM : 30
UROKI : 22
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 23*
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
mad max
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5560-maxine-desmond https://www.morsmordre.net/t5599-leopoldina#130569 https://www.morsmordre.net/t5602-mad-max https://www.morsmordre.net/f103-swansea-st-helen-avenue-7 https://www.morsmordre.net/t5601-skrytka-bankowa-nr-1376#130573 https://www.morsmordre.net/t5600-maxine-desmond#130571
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Nie 19 Maj 2019 - 16:14
Powietrze wewnątrz zapuszczonego budynku wydawało się nieruchome, zastałe, nieodzownie kojarząc mu się z zatęchłą piwnicą, której dawno już nikt nie odwiedzał – ale nie wyczuwał w nim niczego niepokojącego; żadnego charakterystycznego dla anomalii naelektryzowania, żadnych niezidentyfikowanych szmerów. Rzucone zapobiegawczo zaklęcie również nie odsłoniło przed nim żadnej ukrytej starannie pułapki; oba sprawdzone pomieszczenia były puste i ciemne, rozświetlone jedynie drgającym nieznacznie światłem magicznej kuli, sprawiającym, że nieliczne przedmioty zaczęły rzucać długie cienie. – Wiem – odpowiedział cicho, wychodząc z dusznego schowka i odnajdując Maxine spojrzeniem. Mimo że był już niemal pewien, że w żadnym z boksów nie czaił się na nich kościany koń, nie tracił jeszcze czujności; trudno było zresztą zupełnie się jej pozbyć, gdy nad ich głowami wciąż wisiały ciężkie, burzowe chmury, a na zewnątrz od czasu do czasu przetaczały się ogłuszające grzmoty. – Jak przed eksplozją – dodał jeszcze, w zamyśleniu robiąc kilka kroków do przodu. Trochę żałował, że nie natrafili na niestabilną magię, ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że nie powinien tego robić – rozsiane po Wielkiej Brytanii źródła anomalii nie były niczym dobrym, być może ktoś już ich uprzedził i uleczył to miejsce – a może nigdy nie wymagało uleczenia. Tak czy inaczej, mogli wykreślić je spokojnie ze swojej listy podejrzeń i oznaczyć jako bezpieczne.
Pokręcił głową, gdy zapytała o efekty zaklęcia. – Nic. Może to nie ten budynek? – zapytał, z brzmiącą w głosie niepewnością; czy mogło chodzić o zupełnie inne gospodarstwo, wciąż skryte za śnieżną zamiecią? Posłał pytające spojrzenie w stronę Maxine, choć osobiście był skłonny przychylić się bardziej do wersji, w której doniesienia rzeczywiście okazały się zwyczajną plotką. Tych przecież nie brakowało – anomalie dręczyły kraj już tak długo, że obok prawdziwych historii o powodowanych przez nie okropnościach, zdążyło już urosnąć mnóstwo opowieści niestworzonych, wyolbrzymionych mitów i przesadzonych pogłosek, istniejących tylko i wyłącznie w pobudzonej alkoholem wyobraźni głodnych cudzej uwagi czarodziejów.
Opuścił w końcu różdżkę, gotów przyjąć do wiadomości, że póki co nie miała być mu potrzebna. – Chyba oboje się daliśmy. Nawet całkiem dosłownie – rzucił, wzruszając ramionami, i dopiero po chwili orientując się, że wypływające z ust Maxine zdania stanowiły nie tylko wyraz frustracji, ale i próbę usprawiedliwienia. Niepotrzebnego; nie popełniła przecież żadnego błędu, wprost przeciwnie – wykazała się czujnością i bystrością umysłu, będąc w stanie wyłuskać sens z barowych rozmów przypadkowych czarodziejów. To, że ich na wpół pijane bajania okazały się być tylko tym – bajaniami – nie było już jej winą; gdyby zignorowała podejrzenia, a wskazany teren naprawdę byłby skażony przez niestabilną magię, skutki mogłyby być opłakane. – Daj spokój – odezwał się, obserwując lot kopniętego przez nią kamienia, który z całej siły uderzył w tylną ścianę, po czym opadł z powrotem na ziemię. – Oczywiście, że trzeba było to sprawdzić – przytaknął jej słowom; nie chciał, by myślała, że w jakiś sposób miał jej za złe, że to ona zaproponowała tę wyprawę – właściwie, pomijając oczywiste rozczarowanie płynące z faktu, że nie naprawili żadnej anomalii, wcale nie żałował, że zgodził się jej towarzyszyć. Sukces czy też nie, już samo podjęcie próby zrobienia czegoś właściwie dawało mu poczucie, że stara się coś zmienić; poczucie, którego ostatnio desperacko wręcz potrzebował, taplając się w bagnie własnej bezużyteczności.
Krótkie hej wyciągnęło go z chwilowego zamyślenia; podniósł głowę, rzucając Maxine pytające spojrzenie i przez moment zastanawiając się, czy przypadkiem czegoś do niego nie powiedziała, czego on nie usłyszał, bo kompletnie nie słuchał – ale padające po tym pytanie rozwiało jego wątpliwości. To znaczy – częściowo, uniósł wyżej brwi, przez dłuższą chwilę nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. – Yyy – zaczął, popisując się elokwencją godną wydziedziczonego szlachcica; prawdę mówiąc, myślał właśnie o tym, że za moment będzie musiał po raz drugi przecisnąć się przez rozbite okno, tym razem się do niego podciągając – ale wątpił, by właśnie to chodziło po głowie kobiety. – Czy to ten moment, w którym powinienem wykazać się domyśln… – Urwał, gdy jego wzrok podążył za jej spojrzeniem, przemykającym wzdłuż długiego, ciągnącego się przy boksach korytarza. – O – mruknął, orientując się, z czym kojarzyła mu się podłużna przestrzeń. – Ooo. – Poniósł na nią spojrzenie. – Zdaje się, że poprzednio umówiliśmy się na trening? – zagadnął pytająco; miał nadzieję, że również chodziło jej o to – i że nie odczyta tego jako pokrętnej próby skierowania przeciwko niej różdżki.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Sob 1 Cze 2019 - 20:39
- Tak... coś w tym stylu - powiedziała krótko, spoglądając na Percivala z ukosa, wydało jej się dziwne, że wspominał o eksplozjach. Sama nie miała w swoim życiu do czynienia ze zbyt wieloma wybuchami. Klub pojedynków był jak dotąd jedynym miejscem, w którym sięgała po brutalny czar Bombarda Maxima. Na usta Desmond cisnęło się pytanie ilu podobnych eksplozji doświadczył Blake i za iloma z nich stał jako Rycerz, uznała je jednak za zbyt złośliwe i ugryzła się w język, nim wyrzekła je na głos. Jak dotąd gorliwie rwał się do naprawy błędów przeszłości, tego nie powinno było się człowiekowi utrudniać.
Prawdę mówiąc Desmond czuła się trochę tak jakby znowu znalazła się w wiosnę, w której się wychowała. Przed laty, kiedy nie ukończyła jeszcze siedemnastego roku życia i musiała spędzać w domu rodzinnym każde wakacje, Maxine wydawało się, że nie ma bardziej niemagicznych miejsc niż tamte rolne gospodarstwa. Powietrze w tej stajni było tak samo spokojne, zwyczajne i nudne jak tam. Nie wyczuwała absolutnie nic magicznego. Poczuła pewne ukłucie żalu, że tyle drogi przebyli na darmo, z drugiej jednak strony - powinno ją cieszyć, że miejsc skażonych groźną anomalią było ciut mniej, niż zakładali. Obawiała się jednak, ze na jedno taką nieprawdziwą plotkę mogło przypadać trzy ogniska anomalie, o których nie wiedział jeszcze nikt.
- Nie, na pewno nie. Wygląda jak ten, o którym mówili - odpowiedziała natychmiast, święcie przekonana, że znaleźli odpowiednie gospodarstwo. - Tyle błąkaliśmy się w tej śnieżycy w okolicach, że na pewno byśmy znaleźli inny, gdyby tylko tu taki był.. - upierała się dalej, kręcąc przy tym głową, kiedy uchwyciła pytające spojrzenie Percivala. Latali wokół Jeziora Brzydoty dość długo, wypatrując uważnie podobnych do opisanych przez pijaczyny gospodarstw, by móc wysunąć stwierdzenie, że to właśnie ten. Tego Maxine była właściwie pewna, a pewności tej utwierdzała ją nieco niechęć do narażenia się na udrękę latania w tak fatalnych warunkach atmosferycznych. Gdyby miała nieco więcej wątpliwości, najpewniej by się na to zdecydowała i nie narzekała, ale w modrych oczach nie dało się ich dojrzeć.
- Dla mnie to nic nowego. Dla szlachcica pewnie tak - zaśmiała się blondynka, wypowiadając te słowa szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Dopiero, kiedy wybrzmiały zorientowała się, że mogła dotknąć nieodpowiedniej struny, wyciągając na wierzch lordowski tytuł, który Percival miał przed imieniem jeszcze kilka tygodni wcześniej. Odchrząknęła i przez chwil wyglądała jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nabrała tylko powietrza w usta, przez co nadęły jej się policzki w głupiej minie, upodabniając ją do chomika. To zadziwiające ile tak małe stworzonko potrafiło zmieścić w otworze gębowym.
- No i sprawdziliśmy, nic tu nie ma, może to lepiej - stwierdziła dziarskim tonem, chcąc odejść od niewygodnego tematu, zwłaszcza, że miała znacznie lepszy pomysł na to jak mogliby wykorzystać to, że się tutaj znaleźli i nie pozwolić, by ta podróż poszła na marne.
Skupiła na twarzy Blake'a pytające spojrzenie, tak jak każda kobieta, czekając, aż domyśli się sam tego, czego od niego chciała, by nie musiała tego werbalizować. Miała przy tym taką minę jakby chciała go w tym dopingować mówiąc: no dalej, dalej, wierzę w Ciebie, Percy, jesteś w stanie do tego dojść. Pokiwała głową, wspierając lewą dłoń o biodro, podczas gdy w prawej obracała różdżką z zadziwiającą zwinnością.
- Bingo, otrzymujesz dziesięć punktów dla... właściwie do którego domu przydzieliła cię Tiara Przydziału? Mnie do Gryffindoru - ucieszyła się, kiedy Percival bez kobiecej pomocy doszedł do odpowiedniego wniosku - co za talent! W ostatnich słowach Max zabrzmiała wyraźna duma. - To miejsce jest idealne na trening, nie? Trochę nieodpowiednie na eksplozję, odpuśćmy więc Bombardę Maximę, co? Dobrze byłoby też, jeśli będziemy na koniec w stanie lecieć na miotle. Jestem z Walii, ale nie znam żadnego uzdrowiciela z okolicy.
Mówiąc to wszystko nie odwracała wzroku od twarzy Percivala, ale jednocześnie zaczęła się wycofywać na jeden koniec budynku, zajmując miejsce niczym na arenie klubu pojedynków.



That girl with pearls in her hair
is she real or just made of air?

Maxine Desmond
Zawód : Szukająca Harpii z Holyhead
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

she's mad, but she's magic
there's no lie
in her fire

OPCM : 30
UROKI : 22
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 23*
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
mad max
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5560-maxine-desmond https://www.morsmordre.net/t5599-leopoldina#130569 https://www.morsmordre.net/t5602-mad-max https://www.morsmordre.net/f103-swansea-st-helen-avenue-7 https://www.morsmordre.net/t5601-skrytka-bankowa-nr-1376#130573 https://www.morsmordre.net/t5600-maxine-desmond#130571
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Sob 1 Cze 2019 - 22:31
Początkowo trudno było mu przyjąć do wiadomości, że naprawdę przebyli całą drogę na marne, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej ten fakt stawał się oczywisty. Słowa Maxine, pewnej, że znaleźli się we właściwym budynku, tylko to potwierdzały; pokiwał więc ostatecznie głową, bez sprzeciwu przyjmując jej wyjaśnienie. Trudno; bywało i tak, ich walka się na tym nie kończyła – anomalii wciąż było na pęczki, jeżeli nie okiełznają żadnej dzisiaj, to wciąż mogli to zrobić jutro. – Masz rację – potwierdził, naprawdę przemierzali śnieżycę tak długo, że aż dziwne, że nie wlecieli w prosto w ścianę gospodarstwa wcześniej; jeżeli istniało jakieś inne, i jakimś cudem je ominęli, musieli mieć wyjątkowego pecha.
Roześmiał cicho w ślad za Maxine, niespecjalnie biorąc do siebie lekki przytyk uderzający w jego pochodzenie. Nie był na to wrażliwy, lordowski tytuł i staranne wychowanie było od lat ulubionym tematem żartów Bena, które co prawda wywoływały u niego oburzenie – ale mało szczere i raczej wymuszone, w rzeczywistości budząc po prostu rozbawienie. – Jeszcze zależy jakiego – odpowiedział, przekrzywiając nieznacznie głowę. – Może trudno w to uwierzyć, ale bywałem w gorszych miejscach. Ganiając za smokami – dodał, mimowolnie cofając się pamięcią do młodości spędzonej na zagranicznych bezdrożach, i do długich tygodni błąkania się po tych wszystkich odludziach, po których ciągał go Wright, czerpiąc jakąś niezrozumiałą radość z taplania się w błocie i brudzie. Którą Percival nie do końca podzielał – nie narzekał zwykle na trudne warunki, ale nie budziły w nim też tak nieskrępowanego entuzjazmu jak w przyjacielu; traktował je raczej jako konieczne niedogodności, które warto było znosić – być może arystokratyczne wychowanie odcisnęło jednak na nim mocniejsze piętno, niż był skory przyznać.
Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, nie chcąc dokładać już swoich trzech knutów do chwilowej, dziwnej niezręczności, która wciąż jeszcze zwykła między nimi zapadać (choć już i tak nie osiągając przerażającego zagęszczenia, które charakteryzowało ich spotkanie na lodowisku i później – w mugolskiej kawiarni), unosząc jedynie w rozbawieniu brwi na widok wypchniętych dziwnie policzków. Zaraz jednak jego myśli pomknęły ku innym torom, na początku nieco się z nich wykolejając (gdy Maxine patrzyła na niego tym wzrokiem, opierając rękę na biodrze i wyglądając niepokojąco podobnie do Elaine, czekającej, aż sam domyśli się, co znów zrobił nie tak), ale zaraz potem mknąc prosto ku nadchodzącemu treningowi. Uśmiechnął się szeroko, gdy potwierdziła jego przypuszczenia, trochę z entuzjazmem, a trochę z ulgą, że udało mu się uniknąć kolejnego faux pas. – Tak właśnie myślałem, że wyglądasz na Gryfonkę – skomentował, zanim jej odpowiedział. – Mamy w takim razie Gryffindor przeciw Slytherinowi, nie mogło być lepiej – dodał, obracając między palcami różdżkę i zaczynając się wycofywać – w stronę przeciwną do niej, ku przeciwległemu końcowi pomieszczenia. Nietrudno było się domyślić, do czego się odnosił; za jego czasów to właśnie te dwa domy dzieliła najbardziej zacięta rywalizacja, a że trwało to od wieków, podejrzewał, że kiedy Maxine uczyła się w Hogwarcie, sytuacja wyglądała podobnie.
Nie przejmuj się, potraktuję cię łagodniej niż ostatnio – odpowiedział zaczepnie, gdy zaczęła wyliczać wszystkie obowiązujące ich ograniczenia. Całkowicie zasadne – ale pojedynki zawsze wprawiały go w lepszy nastrój, uznał więc, że nieszkodliwe podrażnienie się jeszcze nikogo nie zabiło. Mrugnął do niej, zatrzymując się w pobliżu odgradzającej go od zamieci ściany, po czym ukłonił się nieco teatralnie, ale zgodnie z kulturą obowiązującą w klubie. – Panie przodem – powiedział oddając jej pierwszy ruch. Niepotrzebnie – i tak była szybsza od niego.

| przenosimy się tutaj!


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Jezioro Brzydoty, Walia [odnośnik]Wto 11 Cze 2019 - 15:07
Nie sądziła, że pójdzie jej aż tak źle. Wstyd wybijał się purpurą na bladych policzkach, rumieńce piekły niemal tak mocno, jak rany, które zostawiły po sobie uroki Percivala, bardzo silne i rzucone celnie. Commotio, Caerleusio, Ignitio, pełen komplet poparzeń, odmrożeń i ran po ładunkach elektrycznych. Kilka zaklęć zrobiło jej dziurę w ulubionym kożuchu, co jeszcze bardziej wykrzywiło usta Maxine w nieprzyjemnym grymasie, kiedy opadła na ziemię, gdy wreszcie przeminęło działanie Levicorpus. Niemal żadne z jej zaklęć się nie powiodło. Prawie żadne - jak to było możliwe? Dobrze, może nie była takim orłem w urokach, nie mogła równać się z mistrzem tej dziedziny i zwycięzcą sezonu w klubie pojedynków, ale nie uważała też, by była aż tak mierna. Czuła się na siebie po prostu wściekła. Nie potrafiła tego ukryć. Złość przemykała cieniem po twarzy o miękkich, charakterystycznych rysach, przetykana przez ból, który czuła przy każdym ruchu. Zachwiała się lekko, mówiąc, ze już dosyć, że już wystarczy na dziś. Na arenie pojedynku walczyłaby dalej. Była mocno osłabiona, chwiejna, ale wciąż zdolna do walki - tyle, że tutaj, w tej opuszczonej stajni, pośrodku niczego, nie było magomedyków, czekających na sygnał, by opatrzyć jej rany. Musiała jakoś dotrzeć do domu i w tej chwili jeszcze bardziej chwaliła się za pomysł, by dom wznieść w rodzinnej Walii, a nie na obrzeżach Londynu, jak niektórzy jej doradzali.
- Daj mi moment - warknęła, brzmiąc bardziej opryskliwie i nieprzyjemnie niż zamierzała, nie potrafiła jednak stłumić tej złości - na samą siebie, bo przecież nie na niego. Obiecywał, w żartach dać jej fory, ale to na niego pogniewałaby się naprawdę, gdyby to zrobił. Nie, nie była wściekła na Percivala, przynajmniej nie chwilowo, nie potrafiła jedynie zapanować nad emocjami i wyładować ich w odpowiedni sposób. Nie znosiła przegrywać. Ani w klubie, ani na boisku.
Wsparła dłonie o kolana, przez kilka chwil stojąc pochylona i dochodząc do siebie; kiedy wisiała w powietrzu, podwieszona za nogę, krew spłynęła do jej do głowy, przez co czuła w skroniach lekkie pulsowanie i kołowanie. Wzięła kilka głębszych oddechów i dopiero się wyprostowała, już nieco bledsza.
- Dzięki za trening - powiedziała spokojniejszym tonem, poprawiając włosy, które wymknęły się spod czapki. - Jeszcze kiedyś cię pokonam - stwierdziła, wzruszając lekko ramionami, udając, że porażka wcale jej nie ubodła - chociaż było to kłamstwo, niezbyt dobrze ukrywane. Cała ta sytuacja była jedynie dla Desmond kolejnym powodem, by starać się bardziej, ćwiczyć więcej - chociaż zastanawiała się czasem, kiedy znajdzie czas na to wszystko, co planowała osiągnąć.



That girl with pearls in her hair
is she real or just made of air?

Maxine Desmond
Zawód : Szukająca Harpii z Holyhead
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

she's mad, but she's magic
there's no lie
in her fire

OPCM : 30
UROKI : 22
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 23*
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
mad max
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5560-maxine-desmond https://www.morsmordre.net/t5599-leopoldina#130569 https://www.morsmordre.net/t5602-mad-max https://www.morsmordre.net/f103-swansea-st-helen-avenue-7 https://www.morsmordre.net/t5601-skrytka-bankowa-nr-1376#130573 https://www.morsmordre.net/t5600-maxine-desmond#130571

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Jezioro Brzydoty, Walia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach