Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Przejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Przejście   31.07.16 22:22

First topic message reminder :

Przejście

Jeżeli tuż za sklepem Ollivanderów skręci się w lewo, trafi się prosto na przejście pomiędzy ulicą Pokątną a jedną z sąsiednich alejek. Gdy sprzyja pogoda, można spotkać tu starszego, brodatego czarodzieja, który z wiecznym uśmiechem oferuje malowanie karykatur wszystkim przechodniom... niezależnie od ich pochodzenia. Czasem wykonuje portrety nawet bez ostrzeżenia, a przedstawione na nich postaci często mają wielkie nosy i wystające zęby. Jego dzieła są zaczarowane - wykrzykują bardzo trafne, choć nieco złośliwe i wulgarne uwagi.
Przejście jest dobrze oświetlone nawet w nocy, a nieopodal mieszka wielu czarodziejów. Dzięki temu jest tu bardzo bezpiecznie i nie trzeba obawiać się niespodziewanego ataku ani kieszonkowców.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lunara Greyback
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5054-lunara-greyback#108735 https://www.morsmordre.net/t5376-piorka#121476 https://www.morsmordre.net/t5430-lunkowe#123439 https://www.morsmordre.net/f96-salisbury-milford-mill-road-19 https://www.morsmordre.net/t5442-lunara-yvonne-greyback#124096
Zawód : Opiekunka hipogryfów
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Bycie stałym punktem we wciąż zmieniającym się świecie, jest największym wyczynem wojownika.
OPCM : 13
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8 (14)
SPRAWNOŚĆ : 5 (11)
Genetyka : Wilkołak

PisanieTemat: Re: Przejście   08.05.18 17:05

Czy była to jakaś zemsta? Mszczenie się losu za to, że nie wierzyła iż trzynasty dzień miesiąca potrafi być pechowy? A może ktoś po prostu uparł się, żeby zrobić jej wyjątkowo niesmaczny dowcip? Och, gdyby ta druga opcja okazałaby się prawdą, Lunara z pewnością rozdarłaby na strzępy tego, kto wymyślił tak nieprzyjemny żart. Z każdą kolejną chwilą poziom jej zażenowania drastycznie wzrastał. Jakby spotkanie go tutaj nie było wystarczająco zawstydzające! To rzecz jasna nie była wina samego mężczyzny, Lunara była skłonna twierdzić, że gdyby spotkali się w innych okolicznościach, mogliby znaleźć nawet nić porozumienia w postaci przyjaźni, lub chociażby luźnej znajomości. Podczas ich spaceru po parku okazał się w końcu bardzo przyjemnym kompanem, a prowadzona przez nich wtedy rozmowa, traktująca o wszystkim i o niczym, była jednym z milszych i mniej wstydliwych wspomnień, które przywoływała z tamtego feralnego dnia. Tymczasem jednak, gdy już uciekła wzrokiem przed jego spojrzeniem, nie potrafiła ponownie spojrzeć mu w twarz, a jakby tego było mało, dodatkowo zbłaźniła się, poprawiając go w zupełnie nieistotnej kwestii!
Ucieczka była w tej chwili jedyną opcją - miała wrażenie, że wszyscy patrzą się na ich dwójkę, że oceniają ich zupełnie jak tamten dziadek. Że oni wszyscy wiedzą, co pomiędzy nimi zaszło. Może to właśnie było przyczyną, dla której trafiło ją to przeklęte zaklęcie? Może naprawdę ci wszyscy ludzie przemykający Pokątną znali ich niecodzienny sekret i chcieli sobie z nich zakpić? W tym momencie Lunara byłaby w stanie uwierzyć we wszystko, choć prawdopodobnie czar, który przemienił jej odzienie w ozdobną bieliznę był, jak się łatwo domyślić, wynikiem anomalii. Być może spektakularną transmutacją ciepłego płaszcza w skąpą, kwiecistą koszulę nocną zapobiegła ulicznemu pojedynkowi na zaklęcia! - nie była jednak z tego powodu specjalnie zadowolona.
Głęboki szok, którego doznała, spowodował, że nie była w stanie zareagować. Stała na środku ulicy, sama jak palec, obdarta z godności, niemal jak wystawiona na pokaz. Nie trzeba było długo czekać na reakcję tłumu - kobiety zawstydzone i zgorszone szybko odwracały twarze, natomiast wzrok stojących obok mężczyzn bardzo szybko spoczął na niej oraz na jej odsłoniętym ciele. Żaden z nich rzecz jasna nie ruszył jej z pomocą...
Żaden poza jednym.
Nie spodziewała się ratunku. Tym bardziej tego, że jej wybawcą będzie nie kto inny a właśnie ten konkretny mężczyzna, którego przecież przed chwilą tak obcesowo wyminęła. A jednak, oto miała na swoich ramionach jego długi płaszcz, zakrywający ją niemalże aż do ziemi. Materiał pochodził z pewnością z wyższej półki, był ciężki, gruby i niezwykle ciepły, musiała to przyznać. Chociaż resztki jej dumy, zadeptanej przez dzisiejsze wydarzenia, nie chciały się zgodzić na przyjęcie pomocy akurat od tego konkretnego mężczyzny, Lunara otuliła się szczelniej okryciem, wbijając spojrzenie w śnieg.
- Dziękuję - wydusiła, wdzięczna że jednak nie zdecydował się zostawić jej samej w tej beznadziejnej sytuacji. A przecież mógł odejść, dość jasno dała mu przecież do zrozumienia, że nie chce z nim rozmawiać! Wiedziała, że będzie musiała się mu jakoś odwdzięczyć w podzięce, choć nie była pewna, czy mężczyzna będzie się chciał z nią w ogóle jeszcze spotkać.
Ale pora była by zająć się istotniejszą w tej chwili sprawą, to znaczy odnalezieniem kominka. Lunara nie chciała by jej wybawca był narażony - zarówno na pośmiewisko jak i bezlitosny mróz hulający po Pokątnej - zbyt długo. Nie znała wszystkich sklepów wzdłuż tejże ulicy, nie była więc pewna gdzie znajdował się najbliższy kominek. Na pewno jeden był w Dziurawym Kotle, ale do pubu był kawałek drogi.
- Lunara Greyback - odezwała się nagle, wciąż wbijając wzrok w śnieg, gdy już ruszyli przed siebie. Uznała, że w ramach wdzięczności, mężczyzna zasługuje chociaż na to, by poznać jej pełne miano - choć oczywiście, nie miała nawet pojęcia, czy po dzisiejszym zdarzeniu jeszcze kiedykolwiek się ze sobą zetkną.




You know that hiding ain't gonna keep you safe,
Because the tears on your face,
They leak and leave a trace,
So just when you think the true love's begun, run!
Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Zawód : pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Some men just want to
watch the world
burn
OPCM : 10
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 18
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   16.05.18 22:25

Wypowiedziane zduszony głosem podziękowanie wydało mu się nagle czymś niezwykle krępującym, ponieważ nie uważał, aby na nie zasługiwał. Rozumiał mężczyzn, którzy wcale nie pokwapili się o ściągnięcie własnych płaszczy w celu okrycia kobiecego ciała, sam przecież przez chwilę nie był w stanie oderwać wzroku od zgrabnej sylwetki, tak nagle odkrytej przed wszystkim. Oszołomienie jednak w końcu minęło, a jego kończynami poruszył zwykły impuls. Poczucie przyzwoitości kazało mu podjąć zdecydowane działanie, choć łatwiej byłoby odwrócić wzrok i po prostu odejść, jak najdalej oddalić się od miejsca czyjejś hańby. Ale nie potrafił być niewzruszonym wobec kobiety, którą jeszcze nie tak dawno wielbił. Brak pomocy wydawał mu się wyjątkową niegodziwością, gdy już los ponownie zetknął ich ze sobą. A może wciąż poddawał się szaleństwu, jakie dopadło go drugiego dnia czerwca? Przeczuwał, że zachowywał się wówczas niczym otumaniony, nawet jeśli nie wiedział, jaki specyfik i w jaki sposób doprowadził do całkowitego zaćmienia umysłu. Nagłe uczucie przeszło równie szybko, co przyszło, lecz myśli o nieznajomej pozostawały w nim żywe jeszcze przez jakiś czas. Zadziwiające było to, jak bardzo Lunara przypominała siebie, choć obdarta z blasku nadanego jej przez amortencję znajdującą się w kroplach deszczu.
Nie ma za co – odpowiedział chrapliwie, po czym odchrząknął z zakłopotaniem. Wcale nie podobało mu się to, że ruszając jej na ratunek ściągnął spojrzenia również na siebie, jednak obecność gapiów nie uczyniła go zahukanym, raczej rozbudziła w nim sporą frustrację. – Nie mają państwo na co się gapić? – spytał hardo, nie kryjąc swoje pogardy wobec tej tłuszczy, którą mierzył lodowatym spojrzeniem, wykrzywiając przy. – Każdemu mogło przydarzyć się podobne nieszczęście w tych jakże niespokojnych czasach, nieprawdaż? – rzucił kolejnym pytaniem, znów o wydźwięku niezwykle retorycznym. Magia stała się jeszcze bardziej kapryśna, przez co i jeszcze bardziej nieskora do okiełznania. Trudno było jednak całkowicie zrezygnować z magii, to było wyrzeczenie, na jakie mało kto chciał się zdobyć.
Nie czekał na odpowiedzi, ostrożnie chwycił ledwo znaną sobie kobietą za ramię, aby ruszyć z nią w stronę Dziurawego Kotła, bo był pewien, że tam przyjdzie im odnaleźć kominek. Choć czuł się dziwnie inicjując pomiędzy nimi jakikolwiek dotyk, nawet najbardziej oficjalny, tylko w taki sposób mógł zaoferować jej wsparcie, jak również ochronić przed dalszym wystawianiem się na pokaz.
Przez ułamek sekundy chciał powiedzieć, że miło ją poznać, szybko jednak uznał te słowa za zbyt często powtarzany frazes. Nie chciał wyjść na człowieka nieszczerego, w końcu znajomość ta dla obu stron nie był aż tak miła, przeciwnie, oboje widzieli w niej coś zawstydzającego i kłopotliwego. Drugie spotkanie, równie przypadkowe, tylko pogłębiło to wrażenie. Zatem nie był do końca pewien, dlaczego jego towarzyszka się przedstawiła, nareszcie do końca. Chciała zostać przez niego zapamiętaną? I bez wyjawienia przez nią swego mienia Alphard nie byłby w stanie całkowicie o niej zapomnieć. Lecz wspomnieniom z nią związanym już zawsze będzie towarzyszył palący wstyd.
Alphard Black – przedstawił się krótko, głos zniżając do mrukliwego szeptu. Spojrzenie ciemnych oczu uparcie wbił w twarz kobiety, próbując wybadać jej reakcję na swoje nazwisko. Czy tytuł często mu towarzyszący jeszcze bardziej skomplikuje sytuację? Dopiero po chwili przyszło mu stwierdzić, że nigdy wcześniej się nie przedstawił i nie chodziło o zaprezentowanie oficjalnej tytulatury, nie zdradził nawet imienia. Czy panna Greyback mogła czuć się przez niego wykorzystana po tamtym feralnym dniu, gdy niespodziewanie dopadły ich namiętności, a właściwie jedna i ta sama? Była całowana przez nieznajomego i to wręcz bezimiennego.





Dojrzałem,
moje ciało jest czułą kołyską
dla mocy,
w których płaczu
zawiera się wszystko,
leżą w pięknym posłaniu
i miłość i głód
Powrót do góry Go down
Lunara Greyback
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5054-lunara-greyback#108735 https://www.morsmordre.net/t5376-piorka#121476 https://www.morsmordre.net/t5430-lunkowe#123439 https://www.morsmordre.net/f96-salisbury-milford-mill-road-19 https://www.morsmordre.net/t5442-lunara-yvonne-greyback#124096
Zawód : Opiekunka hipogryfów
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Bycie stałym punktem we wciąż zmieniającym się świecie, jest największym wyczynem wojownika.
OPCM : 13
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8 (14)
SPRAWNOŚĆ : 5 (11)
Genetyka : Wilkołak

PisanieTemat: Re: Przejście   21.05.18 23:11

Nie mogła nie zauważyć, że czarnowłosy najwyraźniej miał naturę obrońcy. Starczyło wspomnieć ich pierwsze spotkanie oraz jego gwałtowną reakcję na gorzkie słowa starca, oburzonego zachowaniem pary przed cukiernią. Wciąż pamiętała, jakim gniewem uniósł się wtedy Alphard, gotów z miejsca wyciągnąć różdżkę zza pazuchy i rzucić w staruszka kilkoma zaklęciami. W jej wspomnieniach przypominał dzikie, drapieżne zwierzę, które szykowało się do skoku na swojego przeciwnika. Wzrok miał wtedy gniewny i płonący niczym dwa węgle. Dziś wyglądał zupełnie inaczej. Nie szykował się do strzelania zaklęciami, w jego głosie brak było tego warkliwego pomruku, pobrzmiewającego groźbą. Również jego oczy były zdecydowanie bardziej chłodne, lodowate wręcz. Swoją postawą przypominał raczej posąg pełen pogardy dla wszystkich dookoła - wszystkich poza samą Lunarą. I choć przedstawiał sobą zupełnie inny obraz niż tych kilkanaście dni temu, Greyback nic nie mogła poradzić na delikatne i raczej przyjemne łaskotanie gdzieś w jej umyśle. Och, powinna się wziąć w garść, nie była durnym podlotkiem, by cieszyć się z roli damy w opałach! Tym bardziej, że jej sytuacja prezentowała się nadzwyczaj żałośnie, zanim Alphard przyszedł jej pomocą.
Mimo intencji mężczyzny, nie czuła się specjalnie komfortowo, gdy ujął ją za ramię. Nie pisnęła jednak nawet słowem by zaprotestować. Chciała jedynie wydostać się stamtąd jak najszybciej, a skrycie się za jego osobą dawało jej pewną osłonę przed wścibskimi spojrzeniami, więc korzystała. Na chwilę zapomniała jednak o swoim wstydzie, gdy jegomość u jej boku również postanowił zdradzić swoje imię i nazwisko. Pomimo jej starań, na twarzy Lunary odmalował się w tamtym momencie srogi szok, bo tak naprawdę nigdy nie miała do czynienia ze szlachcicami. Żyła raczej skromnie, na uboczu, trzymając się głównie swojego niewielkiego domku na skraju Salisbury. Jej codzienność wypełniały myśli o hipogryfich dolegliwościach, smakołykach oraz o przycinaniu pazurów i piłowaniu dziobów. Co miesiąc na jej głowę zwalała się zgraja wilkołaków, dla których musiała znaleźć bezpieczne miejsce na przeczekanie pełni, potem opatrzyć każdą z ran, odesłać ich niepostrzeżenie do domu. W jej świecie nie było miejsca dla szlachciców, pominąwszy sporadyczne kontakty z Ollivanderami, którzy pojawiali się w rezerwacie, by zakupić od niej kolejny pęk piór do rdzeni różdżek. Ale nawet ich postrzegała jako, cóż.... zwykłych ludzi, klientów rezerwatu. Co się zaś tyczy pozostałych błękitnokrwistych rodów... można powiedzieć, że po prostu istnieli. Niczym gwiazdy na niebie, gdzieś daleko, niemal niedostępni, zajmujący się swoimi własnymi sprawami - tak właśnie postrzegała ich Lunara. Ale Blackowie... Blackowie byli jedną z najbardziej wpływowych rodzin w Londynie i nie trzeba było więc kręcić się wśród śmietanki towarzyskiej, by znać ich stosunek do części niemagicznego świata, a tym bardziej do mieszańców.
Lunarze nagle zrobiło się zimno, nie miało to jednak nic wspólnego ze śniegiem czy siarczystym mrozem. Jej myśli od razu wypełniły się obawą - czy przypadkiem nie zdradziła się jakimś gestem bądź słowem ze swoją przypadłością? Dopiero po dłuższej chwili uniosła wzrok, napotykając tym samym jego spojrzenie. Ku swojemu zaskoczeniu, zobaczyła te same czarne tęczówki, które widziała już wcześniej. Nie dostrzegła w nich pogardy lub gniewu skierowanego na jej osobę. Miała przed sobą po prostu przystojnego mężczyznę, dla którego pod wpływem dziwnego specyfiku przed parunastoma dniami zupełnie straciła głowę, a który teraz bezinteresownie stanął w obronie jej honoru, użyczając swojego płaszcza. Być może ulga, którą odczuła, odmalowała się na jej obliczu aż nieco za bardzo.
Sama była zaskoczona, że udało jej się przywołać na twarz lekki uśmiech. - Alphard. Jak ta gwiazda? - zapytała, przypominając sobie długie, pełne pasji wykłady Jaydena, który opowiadał jej o ciałach niebieskich, nawet wtedy, gdy niekoniecznie chciała go słuchać. Jak się okazało, coś z jego wywodów zapamiętała. I dopiero po chwili dotarło do niej coś, co powinno być w sumie oczywiste - całowała się namiętnie z Blackiem! Wiedziała już zatem, że ich znajomości lepiej było nie kontynuować. Trochę żałowała, Alphard wydawał się bowiem człowiekiem interesującym, a do tego całkiem miłym, a także był z niego niezgorszy towarzysz do konwersacji. Lunara była jednak świadoma, że ujrzała zaledwie jedną stronę medalu. Drugiej nie chciała oglądać. On również nie chciał, mogła go o tym zapewnić.




You know that hiding ain't gonna keep you safe,
Because the tears on your face,
They leak and leave a trace,
So just when you think the true love's begun, run!
Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Zawód : pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Some men just want to
watch the world
burn
OPCM : 10
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 18
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   01.06.18 15:10

Łatwo przyszło mu dostrzec reakcję kobiety na jego nazwisko, lecz nie był w stanie do końca zinterpretować jej ogromnego zaskoczenia, jakie pojawiło się na jej twarzy. Przez krótką chwilę wpatrywała się w niego tak – a przynajmniej Alphard wierzył, że tak się w niego wpatrywała – jakby chciała podważyć całe jego jestestwo, pozbawić go racji bytu. Jednak w jej oczach nie było pogardy, prędzej można było w nich odnaleźć wiele niepokoju. Czy jego pochodzenie miało dla niej tak duże znaczenie? Przez tytuł lorda stał jej się niemiły? Zazwyczaj wszyscy lgnęli do niego, przez wzgląd na ten tytuł, tymczasem ona prawie się wzdrygała.
Po chwili posłała mu w końcu delikatny uśmiech. Może najzwyczajniej w świecie musiała otrząsnąć się z szoku albo mocno ugodził w jej dumę fakt, że to lord był świadkiem jej nieszczęścia, jak i jej niespodziewanym obrońcą. Ale Alphard nadal miał w pamięci jej pierwotną reakcję, którą poczuł się prawie dotknięty. To było absurdalne, jednak łudził się, że jego personalia nie zmienią niczego. Już dawno powinien się nauczyć, że to nazwisko jest najważniejsze, nie to mu wpajano w rodzinnym domu?
Jak gwiazda – przyznał bez większych oporów, głosem beznamiętnym, jakby wcale nie łączyło go nic z tym imieniem. – Najjaśniejsza w gwiazdozbiorze Hydry – dopowiedział ciszej, a na jego twarz powróciła maska chłodu i powagi. Czasem zastanawiał się, czy taki dobór imienia dla jego osoby miał być od samego początku ponurą wróżbą, aby zgodnie z jego znaczeniem i on pozostał samotny. Praktycznie codziennie dręczyło go uczucie wyobcowania, jakby wciąż nie pasował do idealnego obrazu rodu. Nie był idealnym Blackiem, z całą pewnością. Ale podobnymi przemyśleniami nie chciał się dzielić, zwłaszcza z obcą sobie kobietą. Z Lunarą przyszło mu wymieniać namiętne pocałunki, lecz to nie tworzyło prawdziwej bliskości. Żadna więź między nimi nie zaistniała, ich znajomość opierała się na wstydzie, który chcieli zatuszować. – Tradycją mego rodu jest nadawanie dzieciom imion pochodzących od nazw gwiazd lub konstelacji – objaśnił spokojnie, może nieco się dziwiąc, że ktoś mógł nie zdawać sobie z tego sprawy. Była to przecież znana dla czystokrwistego otoczenia praktyka. Nazwisko Greyback kojarzone było z czystą krwią, choć nie budziło powszechnego szacunku, co wnioskował po tym, że nikt w dzieciństwie nie męczył go nauczaniem biografii największych przedstawicieli tejże rodziny. Jednak z samym nazwiskiem niekiedy się spotykał. Z ulgą przyjął wiadomość, że nie całował desperacko mugolaczki. Zbieżności nazwisk nawet nie brał pod uwagę, to było po prostu za bardzo niewygodne przypuszczenie.
Gwiazda i księżyc – rzucił w końcu już o wiele przychylnie, stopniowo oddalając od siebie wspomnienie jej zaskoczonego wyrazu twarzy. – O ile twoje imię zostało ci nadane z myślą o uczczeniu istnienia księżyca – dodał z subtelnym uśmiechem, spojrzenie kierując na budynek, do którego zmierzali. Jeszcze tylko kilkanaście kroków i przyjdzie im się rozstać, a Alphard z przyzwoitości na zawsze pozbędzie się płaszcza.
Jak łatwo nakreślić los dziecka imieniem, nie sądzisz?





Dojrzałem,
moje ciało jest czułą kołyską
dla mocy,
w których płaczu
zawiera się wszystko,
leżą w pięknym posłaniu
i miłość i głód
Powrót do góry Go down
Lunara Greyback
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5054-lunara-greyback#108735 https://www.morsmordre.net/t5376-piorka#121476 https://www.morsmordre.net/t5430-lunkowe#123439 https://www.morsmordre.net/f96-salisbury-milford-mill-road-19 https://www.morsmordre.net/t5442-lunara-yvonne-greyback#124096
Zawód : Opiekunka hipogryfów
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Bycie stałym punktem we wciąż zmieniającym się świecie, jest największym wyczynem wojownika.
OPCM : 13
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8 (14)
SPRAWNOŚĆ : 5 (11)
Genetyka : Wilkołak

PisanieTemat: Re: Przejście   03.06.18 18:07

Lunara nigdy nie należała do osób oceniających z góry... a przynajmniej próbowała taka nie być. Dookoła siebie miała wiele przykładów na to, że pierwsze wrażenie potrafi być mylące - ktoś kto podał jej pomocną dłoń lub wykazał się jakimś heroicznym czynem tak naprawdę mógł być podstępną żmiją, która tylko czeka na pierwszą okazję, by wbić komuś nóż w plecy. Równie dobrze ktoś, kto wyrządził wiele złego, mógł w końcu zmądrzeć i rozpocząć wędrówkę ku odkupieniu. Lunara potrafiła wymienić takie przypadki niemalże z imienia. Dlatego też Greyback starała się do wszystkich podchodzić neutralnie. Ciężko jednak było nie obawiać się nazwiska "Black". Mimo to nie chciała urazić Alpharda swoją reakcją. Opuściła wzrok, nieco speszona, gdy usłyszała w jego głosie taką obojętność. Tym razem to ona była celem i powodem tej beznamiętności. Nie była tylko pewna czym zawiniła, czym go obraziła. Może jednak tak było lepiej.
- To piękny zwyczaj - zdecydowała się jednak podzielić z nim swoją opinią. Mimo że zarówno jej krew jak i nazwisko było powiązane ze środowiskiem "czystokrwistych", była ostatnią osobą, która plotkowałaby o nowinkach z dworów szlachciców lub studiowała zwyczaje poszczególnych arystokratycznych rodzin. Wychowywana była wszak niemal w lesie, na skraju niewielkiej wioski, przez wydziedziczonego Greyback'a! Być może kiedyś słyszała o tej regule, obowiązującej w rodzie Black'ów. Jeśli tak, to zupełnie o niej zapomniała. Nie była pewna - Zupełnie jakby rodzice chcieli przypomnieć swoim dzieciom, że powinny sięgać gwiazd. - uroku tej sytuacji odejmował oczywiście fakt, że cóż... szlachcicom nietrudno było sięgnąć gwiazd. Niemalże w sensie dosłownym. Pieniądze i kontakty potrafiły sprawić przecież wszystko.
Gdy zestawił ich imiona razem, Lunara uniosła na niego wzrok, nieco zaskoczona. Do tej pory nie zauważyła tej dziwnej zbieżności. Chyba po prostu miała już na dziś dość domyślania się czy los faktycznie macza palce w jej życiu czy to po prostu zwykły przypadek. Niemniej, nie mogła przejść obojętnie koło faktu, że było to nadzwyczaj dziwne. I jednocześnie interesujące.
- Tak, właśnie taki był jego cel - odparła, gdy wspomniał o znaczeniu jej imienia. W sumie nigdy nie próbowała zastanawiać się, dlaczego nazwano ją właśnie w ten sposób. W połączeniu z historią jej nazwiska, skojarzenie nasuwało się niemalże samo, co wcale nie pomagało Lunarze w dementowaniu plotek (oczywiście niestety, prawdziwych), jakoby cierpiała na likantropię. Czemu jej rodzice zdecydowali się właśnie na to miano? Oboje nienawidzili choroby, na którą cierpiała jej matka, a którą to zaraziła się także sama Lunara. Jej ojciec swego czasu nawet zawodowo zabijał wilkołaki. Jeden z nich rozszarpał kiedyś nawet jego brata.
Więc dlaczego?
Pogrążona w swoich myślach, nawet nie zauważyła, gdy dotarli do pubu. Zamrugała, gdy powierzchnia drzwi zamajaczyła tuż przed jej nosem. Gdy weszła do środka, od razu westchnęła z przyjemnością - wewnątrz było zdecydowanie cieplej i przyjemniej. Zignorowała zaskoczone spojrzenia klientów przybytku. Powolnym krokiem podeszła do kominka i stanęła w wygaszonym palenisku. Teraz, gdy miała już opuścić Pokątną oraz swojego niecodziennego towarzysza, w sumie zrobiło jej się nawet nieco smutno. Polubiła go, nawet jeśli należał do rodziny, która najchętniej nabiłaby ją na pal, gdyby jej przypadłość wyszła na jaw. Bardzo nie chciała go oceniać w ten sam sposób, wiedziała jednak, że ma zbyt wiele do stracenia.
- Wracając do twojego ostatniego pytania... - wstrzymała się jeszcze z rzuceniem zielonego proszku pod stopy, uznała że musi się najpierw odpowiednio pożegnać - Tak. Imię ma z pewnością ogromny wpływ na los dziecka. Uważam, że twoje jest piękne. Sam zauważyłeś, że Alphard jest najjaśniejszą gwiazdą. Pamiętaj więc, lordzie Black, o tym, aby lśnić. Najjaśniej jak się da! - uśmiechnęła się do niego na koniec, by po chwili cisnąć zielonym proszkiem w palenisko. - Milford Mill Road 19! - rozkazała i zniknęła w płomieniach.

zt




You know that hiding ain't gonna keep you safe,
Because the tears on your face,
They leak and leave a trace,
So just when you think the true love's begun, run!
Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Zawód : pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Some men just want to
watch the world
burn
OPCM : 10
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 18
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   03.06.18 21:45

Był przyzwyczajony do tego, że oceniono go przez pryzmat nazwiska. Oczekiwano od niego godnej postawy, wytykano wszystkie błędy. Nie potrafił do końca wpasować się w sztywne ramy, w jakie gotowe było zamknąć go szlachectwo. Pochodzenie zobowiązywało. Dlaczego zatem pomógł obcej kobiecie, jawnie ratując ją z opresji? To było o tyle absurdalne, że nie czerpał z tego żadnych korzyści, a nikt na dobrą sprawę nigdy nie uczył go bezinteresowności. Takiej cechy chyba jeszcze żaden Black nie wyniósł z domu.
Zwyczaj ten ma przypominać tylko o pochodzeniu – odpowiedział spokojnie, wciąż jednak trzymając się beznamiętnego tonu, aby nie dać po sobie rozpoznać pewnego rozgoryczenia wynikającego z tego faktu. Budowanie poczucia przynależności wewnątrz rodu nie było niczym złym, lecz traktowanie kolejnych pokoleń jako zwyczajny towar, który można przehandlować na korzyść rodu. Każda osoba ze szlacheckiego stanu zdawała sobie sprawę z tego, że jej powinnością jest korzystny mariaż, mimo to było w tym wiele niesprawiedliwości. Tak jak i w marginalizowaniu roli kobiet. – Ma wyraźnie identyfikować członków rodu, zwłaszcza jego członkinie – objawił jej tę najsmutniejszą prawdę, po czym zamknął usta, aby nie dzielić się kolejnymi cieniami życia szlachetnych dam. Każda lady Black, niezależnie od tego, w jaki ród weszła, miała za zadanie wychowywać swe dzieci w szacunku do matczynego rodu. Wtłaczanie do młodych umysłów odpowiednich wartości tworzyło nie tylko rodzinę, to rzutowało na całe społeczeństwo, jego istotną część wiążąc z tradycjami. Ta praktyka była zresztą powszechna i w innych rodach, bo wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że pierwsza lata życia dzieci zawsze spędzają pod okiem matki. Lordowie pozostawali przez długi czas w dużej mierze ślepi na potrzeby potomstwa, zbyt zajęci byli wówczas rozwijaniem własnych karier, bądź umilaniem sobie życia rozrywkami, które stanowiły rekompensatę nieszczęśliwego ożenku. Rzadko która panna miała szczęście zaznać prawdziwego uczucia i naprawdę cieszyło go to, że jedna z jego kuzynek okazała się tym wyjątkiem, nawet jeśli przez to dane jej było zostać lady Fawley.
Ulżyło mu, gdy dotarli wreszcie do celu. Łatwiej będzie mu odejść w swoją stronę po zyskaniu pewności, że jego towarzyszka jest już bezpieczna w swoim domu. Zbliżyli się do kominka i nikogo nie dziwiło to, iż chcieli z niego skorzystać, w końcu anomalie uczyniły teleportację jeszcze niebezpieczniejszym środkiem transportu niż kiedykolwiek, a przecież i w normalnych warunkach nie trudno było o rozszczepienie.
Niezbyt uczciwe było wypowiadanie swojego zdania na sam koniec rozmowy, tuż przed pożegnaniem. Nie miał możliwości ani zripostować, ani się zgodzić z jej opinią. Stał przed kominkiem, przyglądając się jeszcze kobiecie. W końcu rzuciła zielony proszę, wypowiedziała adres i zniknęła w dymie. Lord Black przyglądał się niemrawo, jak ten opada i niknie.
Alphard znaczy ten samotny – rzucił w zielone płomienie smutne wyjaśnienie, choć tak naprawdę wypowiedział to słowa przede wszystkim do siebie, podsumowując to dziwne spotkanie, które pozbawiło go wszelkich złudzeń. Kobieta ze wspomnień pełna tajemniczości i ponętna, zachowała te cechy, choć w o wiele mniejszym natężeniu. Wyszedł z pubu i znów ruszył ulicą Pokątną, nie przejmując się brakiem płaszczu. Została mu tylko jeszcze jedna rzecz do zrobienia.

| z tematu





Dojrzałem,
moje ciało jest czułą kołyską
dla mocy,
w których płaczu
zawiera się wszystko,
leżą w pięknym posłaniu
i miłość i głód
Powrót do góry Go down
Rufus Longbottom
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6317-rufus-longbottom https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6340-uratuje-cie-przed-koncem-swiata https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6390-rufus-longbottom#162493
Zawód : ratuje świat!
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.
OPCM : 20
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   07.08.18 11:38

|26.06


Zanim pojawił się w Dziurawym Kotle, czekała go bolesna przeprawa. Towarzyszyło mu jeszcze oszołomienie i swojego rodzaju niedowierzanie wobec tego, co się wydarzyło i tego, co dzieje się w następstwie. Świat oszalał, ewidentnie, a on nie wiedział, gdzie się podziać, chociaż wtedy, tak myślał, znajdował się we właściwym miejscu i niestety o niewłaściwej porze. Josie zniknęła, przepadła, ostatni ślad po niej zaginął, a wraz z nią odpowiedzi na pytania, które go nurtowały. Towarzyszyło mu silne przeczucie, że jego droga przyjaciółka miała związek z tym, co stało się w Ministerstwie Magii. Jej zaginięcie nie mogło być przypadkowe, czyż nie? Od samego początku zwiastował najgorsze, znał ją przecież doskonale i wiedział, że owa czarodziejka nie zaniedbuje swoich obowiązków, a do kursu przykłada się nad wyraz sumiennie. Bardziej przerażała go myśl, że mogłaby zaginąć, przepaść bez śladu, niż fakt, że mógłby odnaleźć ją martwą. O tych, którzy zapadają się pod ziemie, nikt nie mówi: niby serca pełne nadziei, ale rozsądek podpowiada odpuść. Tacy ludzie nie wracali, ginęli we wspomnieniach, w czyśćcu, już martwi, ale jeszcze żywi. Stąd ucieszył się i jednocześnie zaniepokoił jeszcze mocniej, gdy usłyszał wieści o Josephine. Żyje, to jasne – chociaż, może to pułapka?
(Nie no, daj spokój Rufus, to chciałby nastawiać na c i e b i e pułapkę? Weź się puknij.)
Więc ustalono – żyje, ale dlaczego od tygodnia nie daje znaku? Ukrywa się? Z pewnością uczyniłaby to lepiej, gdyby faktycznie chciała zniknąć, zniknęłaby i nie byłoby po niej śladu, nie nocowałaby w Dziurawym, na psidwaka, Kotle. To było co najmniej dziwne, nie łączyło się w żadną spójną całość, dlatego, gdy wychodził z Ministerstwa Magii, najbardziej obawiał się tego, co spotka na miejscu.
Zanim jednak zdążył opuścić miejsce pracy, w Ministerstwie rozpętało się piekło. Piekło ciągnące się jęzorami ognia po jego prawej dłoni, pulsującej bólem, trzymającej go przy świadomości, którą zdawał się tracić od czasu tragedii, pochłonięty emocjonalnie przez jej ogrom, zatracony w przygniatających wspomnieniach. Nadal w umyśle dźwięczał mu przeraźliwy ryk wydobywający się z czeluści, nadal od uszu odbijały się odgłosy konających ludzi, a przed oczyma majaczyły zmasakrowane sylwetki. Najsilniej jednak wspominał dłoń zaciśniętą na jego ramieniu, dłoń która pchnęła go w stronę wyjścia, zanim zatraciwszy się w swym bohaterstwie skoczył w objęcia czułej śmierci. Nie wiedział komu winien dziękować i czy ten ktoś nadal żyje, nie wiedział właściwie nic, odsunął się od bałaganu, który rozpętał się w jego rodzinie. Coś się działo, coś wrzało, rodzice rozmawiali między sobą, lecz on uciekł z domu jak najszybciej nie pozwalając się porwać choćby na chwilę. Najbardziej obawiał się pytań troskliwych, słów otuchy i pocieszenia, jakoby miało go spotkać coś strasznego. Odepchnąłby to ze wzgardą – nie czas na to, nie czas – rzekłby pospiesznie i zniknął równie szybko. Czas ratować świat, a wraz z nim kogoś bliskiego jego sercu.
Pojawił się więc na miejscu czym prędzej, aby z zawodem usłyszeć od Toma, że dziewczę, której poszukuje, wyszła jakiś czas wcześniej. Wtem ogarnęła go jakaś wściekłość, niemoc wobec tego, co się działo, wobec jej zniknięcia i sporadycznego pojawiania się w jego życiu, wobec tego, że podążał za nią, ale nie mógł uchwycić. Na Merlina, gdzie ona się podziewa?
Wypadł z Kotła jak burza, z szatą łopoczącą na wietrze, nieuczesanymi rozwianymi włosami i dłonią spaloną przez słońce. Nie prezentował się godnie, można rzec, lecz nikt go wówczas nie oglądał. Jedyni przemierzający ulice zdawali się trwać we własnym świecie: kogo utracili?, najbliższych?, może przerażała ich sama tragedia, świadomość, że nie są już bezpieczni nigdzie? Dokąd zmierzali? Do przyjaciół, rodziny, donikąd, bo nie mieli już nikogo, dla kogo mogliby iść przed siebie, więc błąkali się bez celu? On nie wiedział, którędy ruszyć, dokąd pójść, był zagubiony bardziej niż kiedykolwiek do tej pory. Jeszcze nie docierało do niego to, co się właściwie wydarzyło, miał wręcz wrażenie, że jest postacią epizodyczną swojego własnego snu, który zaraz pryśnie, a on zbudzi się nad ranem i ruszy do pracy: z lekka niewyspany, zmęczony trudami dnia poprzedniego, ale nie zdruzgotany i straszliwie zdezorientowany. Wtem ją ujrzał, jej włosy powiewające na wietrze – to była ona, prawda? Chociaż nie reagowała na swoje imię, które krzyknął, jakby w obawie, że zanim do niej dotrze, ta rozpłynie się w powietrzu niczym mara. Szedł prędko w jej kierunku, jego głos odbijał się niemal od pustej ulicy. Ludzkie spojrzenia zwróciły się ku niemu: pytające, wyrwane z głębokiego zamyślenia, innym razem wzgardliwe – dokąd pędzi ten szaleniec? Czemu krzyczy?
-Josephine – wypowiedział jej imię już łagodniej, gdy w końcu ją dopadł, chwytając zdrową ręką za ramię i obracając, może zbyt brutalnie i gwałtownie, w swoją stronę – Gdzieś ty się podziewała?


Powrót do góry Go down
Josephine Fenwick
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3390-josephine-fenwick#58313 https://www.morsmordre.net/t3429-poczta-josephine#59532 https://www.morsmordre.net/t3431-josephine#59578 https://www.morsmordre.net/f129-enfield-lavender-hill-145-8 https://www.morsmordre.net/t3519-skrytka-bankowa-nr-855#61428 https://www.morsmordre.net/t3428-josie#59531
Zawód : przyszła aurorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
W całym magicznym świecie gasną światła. Nie ujrzymy ich już za naszego życia.
OPCM : 32
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Przejście   23.08.18 16:58

Dziurawy Kocioł stał się dla mnie domem, bezpiecznym miejscem, gdzie w spokoju mogłam poskładać kotłujące się myśli. Tak przynajmniej mi się wydawało, jednak w momencie, gdy zabrakło Alexandra, zdałam sobie sprawę, że to w jego obecności zaznawałam spokoju, a pokój w Kotle jest miejscem równie pospolitym jak każde inne. Stara, pożółkła tapeta wywołuje klaustrofobiczne wrażenie, a w ścianach coś bulgocze w najmniej spodziewanym momencie, wywołując dreszcz niepewności. Teraz, gdy go zabrakło, świat po raz kolejny zatrząsł się w posadach. Nie wiem, kim jestem, dokąd powinnam się udać, a złoto w sakiewce gwarantuje iluzję bezpieczeństwa. Brutalnie wyrwana z płytkiego snu, przetrwałam tę niespokojną noc miotając się po pokoju. Nie mogłam długo usiedzieć w miejscu toteż z samego rana wyrwałam się z Kotła, zostawiając wcześniej wiadomość dla Alexandra, gdyby w między czasie się pojawił. Wślizgnęłam się na Pokątną tak jak zawsze, z przepraszającym, niepewnym uśmiechem wciskając się pomiędzy wychodzących czarodziejów. Szukam Selwyna wśród przemykających postaci, łudząc się, że wypatrzę jego wysoką sylwetkę wśród tłumu. Nieważne, jak bardzo tego pragnę, nie jest mi dane dostrzeżenie jego błękitnych oczu. Błąkam się bez większego celu, zagubiona i przybita, a mgła - wyjątkowo gęsta i złowróżbna - kłębi się wśród murów. Pomimo osób zmierzających po Pokątnej szybkim krokiem, wszystko wydaje się dziwnie ciche, przytłoczone i szare. Ulice zdają się podążać donikąd, jak ścieżki wiodące do wieczności. Zdaje się, że ten stan będzie trwał w nieskończoność - niepewności, zagubienia, bezimienności. Czy naprawdę jestem dla nich wszystkim duchem? Cieniem, na którego nikt nie zwraca uwagi, którego nikt nie zna? Trwam w tym dziwnym zawieszeniu od minionego poranka, który powitał mnie bólem głowy jak po spożyciu zbyt dużej ilości Ognistej, uniemożliwiając jakiekolwiek działanie. Straszliwie zdezorientowana, przygnębiona, w końcu zdając sobie sprawę, że ostatnie dni były efektem przedziwnego, przerażającego wpływu, obierającego wolną wolę. A gdy w dodatku zniknął on, moja jedyna stabilizacja, wszystko chwieje się w posadach, trawione narastającym niepokojem.
Na początku go nie słyszę, skupiona na własnym wnętrzu, z wzrokiem wbitym przed siebie, mechanicznie wymijam przechodniów. Może chcę wstąpić, do któregoś z lokali bardziej przykuwającego wzrok witryną? Ktoś krzyczy. Bezskutecznie. Czarodzieje spoglądają na niego ze zdziwieniem, jakby jego podniesiony głos walczył ze stanem dziwnego marazmu. Staram się ignorować chwilowe zamieszanie, to zaraz minie, zostanie zapomniane, wyparte niczym przebłyski magii w oczach mugoli. Kimkolwiek jest ta Josephine, wybitnie mu na niej zależy - zdążę jeszcze pomyśleć, zanim szarpnięta odwracam się w drugą stronę.  
Byłabym wzruszona, gdybym wiedziała, że chodzi ci o mnie. Pomimo bólu i straszliwych przeżyć, martwisz się i troszczysz, nie dajesz za wygraną. Przyglądam ci się zdumiona, jak gdybym widziała cię po raz pierwszy - te rozwiane włosy, zdesperowane spojrzenie niebieskich oczu, mówią mi wszystko i nic. W kolejnym, podświadomym odruchu wyszarpuję ramię, nieprzyzwyczajona do jakiegokolwiek dotyku.
Nie Francine, Marie, Anne czy nawet Wanda. Josephine. To brzmi tak właściwie, pasuje do mojej osoby, jakbym posługiwała się tym imieniem od dziesiątek lat. Żadne inne nie może go zastąpić, teraz to do mnie dociera. Dopiero po chwili dopuszczam do siebie pozostałe emocje, przebijające się przez ścianę zdumienia. Kocham cię jak brata, z marszu jestem gotowa rzucić się za tobą w ogień, lecz gdy próbuję znaleźć przyczynę tych emocji, natrafiam na bezdenną pustkę. Widzę cię po raz pierwszy i po raz kolejny, to jednocześnie nasze pierwsze spotkanie i jedno z kolejnych, których nie sposób zliczyć. Kręcę głową z powątpiewaniem, nie jest mi dane cię pamiętać, a pomimo to nic nie zmienia się pomiędzy nami.
Odzywam się w końcu cicho, gryząc się sama ze sobą - powinnam być szczęśliwa, że mam cię w końcu przy sobie, tuż obok, czy bezgranicznie smutna, że cię nie pamiętam? Jestem pewna jednego, nie dam ci zniknąć, jakbyś był tylko mgielnym urojeniem. - Kim jesteś? - musisz przyznać, że to dobre pytanie, od którego powinniśmy zacząć. Czyżbyś był tym, którego pragnęłam, by mnie odnalazł?





these violent delights have
violent ends...


Powrót do góry Go down
Rufus Longbottom
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6317-rufus-longbottom https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6340-uratuje-cie-przed-koncem-swiata https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6390-rufus-longbottom#162493
Zawód : ratuje świat!
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.
OPCM : 20
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   26.08.18 23:09

Coś się dzieje, ludzie spoglądają za nim z ciekawością, któż jest na tyle szalony, by niszczyć tę utkaną z najszczerszego smutku ciszę, z nienawiścią również, złością i oburzeniem, że odważył się wedrzeć do ich komnat udręki, miast przyłączyć się do niemego opłakiwania zmarłych lub cichego, wyżerającego odrętwienia. Być może byłby teraz jednym z nich, pogrążony w marazmie, oszalały z przerażenia, błąkający się po bezkresach własnego narastającego strachu obierającego coraz to różne formy. Nie mógł jednak pozwolić sobie choćby na chwilę słabości, zwątpienia, sekundę odpoczynku, narastała w nim wściekłość oraz determinacja, której nie byłby w stanie powstrzymać nikt i nic. Nawet ciche słowa matki, jak zwykle spokojnej, chwytającej go za ramię, nim zdążył zniknąć za drzwiami. Ni to surowe spojrzenie ojca odprowadzające go do wyjścia i tubalny głos niosący się echem po rezydencji. Musiał ją odnaleźć i był to cel, który w jakiś sposób trzymał go nadal przy ziemi, właściwie sprawiał, że panował nad sobą, skupiony na czymś realnym, na czymś co nie przerastało jego najśmielszych wyobrażeń, lęków i obaw. Ona istniała, znajdowała się, gdzieś tam, być może potrzebowała pomocy. Nie wiedział tego, może nie chciał wiedzieć, lecz musiał tam dotrzeć. Nie istniało nic, co mogłoby go powstrzymać – chyba że on sam, gdyby pozwolił sobie na chwilę słabości, na moment w którym mógłby zanurzyć się w bezkresie żałoby i smutku. Lecz nie było na to czasu. Właściwie rzadko znajdował w swoim życiu czas na coś tak dziwnego i odległego jak odpoczynek.
I tak oto znalazł się w tym oderwanym od dźwięku miejsca, naruszył jego spokój, rozerwał harmoniczną i umowną ciszę na strzępy swoim donośnym, zirytowanym już tonem, właśnie wtedy, kiedy przedzierał się przez ulicę, aby w końcu dobyć jej ramienia i spotkać się ze wzrokiem niemal obcym. Pytającym spojrzeniem. I słowami, jakich nie śmiałby sobie wyobrazić w najgorszych snach. Właściwie stała tam: bezbronna, przerażona ale też ciekawa. Naturalne emocje, coś zwyczajnego. Dlatego właśnie coś się dzieje, ludzie patrzą na nich z ciekawością, czemu ten szaleniec umilkł. Może to wdzięczność? Że poddał się temu światu i już nie walczy ze zbiorowym poczuciem żalu? Że nie miota się jak uwiązane zwierzę? Nie rozbija szklanej powłoki patetycznych emocji, z których wszyscy próbowali utkać teraz swoje serca? I coś się stało, serce mu nie pękło, pewność siebie nie upadła, determinacja nie osłabła.
-Rufus – przedstawił się, jakby robił to po raz pierwszy, właściwie kiedyś musiał się jej już przedstawić, ale nie pamiętał tamtego dnia. Dziwne że czynił to po raz kolejny, ale kiedy zadawała pytania, odpowiadał. Może jeszcze nieświadomie, może jeszcze nie do końca z myślą o tym, co się działo – Rufus Longbottom – właściwie lord Rufus Longbottom, zażartowałby, gdyby miał serce do żartów.
Któż to uczynił Josephine?, kto sprawił, że mnie nie pamiętasz? Co się wydarzyło? Kto za tym stoi? Kto cię skrzywdził?
Chciał chwycić ją po raz kolejny, tym razem łagodniej i czulej, jakby w obawie, że znów się mu wyrwie, lecz nie uczynił tego, dłoń zawisła między nimi, w drodze do jej ciała. Ciała które nie chciało dotyku, tak myślał, że znów mu się wyrwie, znowu uwolni. Może nawet przestraszy? Nie chciał, aby się przestraszyła, pragnął, by mu zaufała, by powiedziała mu wszystko co wie lub na przykład przestała sobie stroić żarty.
-Nie pamiętasz kim jestem, prawda? - to pytanie, czy stwierdzenie? Bo spoglądając w jej oczy wiedział właściwie, jaką odpowiedź uzyska. Nie zastanawiał się również czy chciał wiedzieć, bo wiedza oznaczała kolejne pytania, na które nie uzyska odpowiedzi, kolejny strach oplatający jego serce i duszący go w piersi, a myśli...? Myśli podsuwały najgorsze scenariusze, wizje cierpiącej Josephine, właściwie nie było tam nic poza tym, co widział w przeddzień – piekielny występ operowy. Nie mógł jednak pozwolić sobie na drżenie głosu, choć z trudem nad nim panował, jak i również nad dłońmi, które zawieszone pomiędzy nimi, spuścił wzdłuż ciała z nadzwyczajnym wysiłkiem. Chciał już znać odpowiedzi, chciał już wiedzieć, jego serce rwało się ku temu, kto mógłby to uczynić, w czystej i niechwalebnej nienawiści przygotowując dla niego najgorsze tortury, skoro Azkaban już nie istniał – czy ktokolwiek miałby mu to za złe? - Nazywam się Rufus Longbottom, przyjaźnimy się – powtórzył się właściwie, zanim zdążyła odpowiedzieć na jego nieco głupie pytanie.
To było dziwne, ta sytuacja odbierała mu poczucie realności, na nowo wpychała w gorące ramiona namiętnego szaleństwa i odbierała zmysły, które tak kurczowo starał się przy sobie trzymać, zarówno jak trzeźwy umysł.
-Ty jesteś Josephine Fenwick, masz dwadzieścia dwa lata i aktualnie szkolisz się na aurora – oboje wiemy, że będziesz świetnym aurorem, prawda? Przynajmniej wiedzieliśmyPamiętasz Hogwart? Pamiętasz może... swoich rodziców? - cokolwiek, kogokolwiek? A może...? - Może... - tutaj wyciągnął w jej kierunku dłoń, ale w ten sposób, aby mogła podać mu swoją własną. Chyba potrzebował jej dotyku, aby upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Pomyślał też, że może potrzebowałaby również jakiejś bliskości. Potrzebowała? - ...powiesz mi, co właściwie pamiętasz? - cokolwiek? - I muszę wiedzieć, że mi ufasz.


Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3924-skrytka-nr-786#74241 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
Zawód : auror
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Cowards die many times before their deaths, the valiant never taste of death but once.
OPCM : 30
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przejście   19.10.18 21:43

5 sierpnia

Krople deszczu uderzały w sklepowe szyby, kaskadą spływały z pobliskiego dachu i rwącą rzeką płynęły ulicą. Ulewa rozpoczęła się wieczorem i trwała całą noc – deszczowa Anglia powitała kolejny dzień swoją legendarną szarą mgłą. W błędzie tkwił każdy, kto sądził, że to noc była porą przestępców – nie należało mylić ich z upiorami. Ci najgorsi działali za dnia – wtedy, kiedy większość uczciwych czarodziejów czas spędzało w pracy. Zegar w witrynie naprzeciwko wskazywał na za kwadrans dziesiątą.
Kaptur czarodziejskiej szaty osunięty na twarz miał przede wszystkim kryć jego włosy – ich barwa była rodzinnym przekleństwem, choć bynajmniej nie z powodów przesądów, plotek czy kwestii estetycznych. Brendan zawsze był praktyczny i nieszczególnie zajmowały go podobne problemy. Problemem była jednak rozpoznawalność: niepopularna barwa z dala rzucała się w oczy, przyciągała spojrzenia i sprzyjała zapamiętywaniu, była znakiem charakterystycznym, a takimi aurorzy nie powinni byli się popisywać. Patrzył w bok, na aetonana pozostawionego przez gościa pobliskiej kawiarni, który, skąpany w deszczu, rytmicznie stukał jednym kopytem o brukowaną ulicę. Tak naprawdę to nie jego jednak słuchał, Weasley wsłuchiwał się w dźwięki dobiegające od drugiej strony. Człowiek, którego szukał, wszedł do środka, do apteki. Mógł aresztować go już w środku, ale rozsądniej wydawało się prześledzić jego trasę – z informacji, które zdobyło biuro, jasno wynikało, że mógł być w posiadaniu zakładników. Nikt nie mógł przewidzieć, co się z nimi stanie, jeśli go pojmą. Mogli mieć założone klątwy aktywowane w podobnym wypadku – był z niego kawał drania i Brendan dobrze wiedział, że nie cofnąłby się przed dosłownie niczym. Czy zależało mu również na wolności? Niektórzy zwyrodnialcy jako priorytet ustawiali sobie zasianie zamętu i rozlanie krwi, nieszczególnie zajmowało ich, co wydarzy się po wszystkim. Czy przeżyją, czy przetrwają, czy nie zostaną pojmani - niektórzy przecież wręcz o to zabiegali. Pragnęli sławy - być może.
Wtem, w końcu, drzwi się uchyliły, skrzypiąc na tyle cicho, że ledwie je usłyszał w ulicznym gwarze zmieszanym z szumem deszczu. Nie odwrócił się w jego stronę, nie chcąc budzić podejrzeń – zamiast tego kątem oka uważnie przyjrzał się odbiciu w witrynie ukazującemu jego sylwetkę. Twarzy zanadto nie widział, choć charakterystyczna kozia bródka, lekko zakręcona na końcu, nie mogła należeć do nikogo innego. Tim McFrah, szkockiego pochodzenia czarodziej o smykałce do malarstwa. Niegdyś brylował na salonach jako wzięty artysta, choć za sprawą obyczajowego skandalu bogacze bardzo szybko się od niego odwrócili – nie do końca wiadomo, o co wtedy poszło. Był 1944 rok. Możliwe, że w grę wchodziły kwestie polityczne. Od tamtej pory niedoceniany. W zasadzie – nigdy nie doceniany. W dzieciństwie uczęszczał do Slytherinu, choć zawsze był wyrzutkiem. Można więc posądzać go o wysoką i niespełnioną ambicję, a to dobry początek, żeby zacząć budować profil potencjalnego zbrodniarza.
Żeby zrozumieć jego umysł nie trzeba było potrafić w niego wniknąć ani wykazać się miękką empatią, która pozwoli wejść w jego buty. Wystarczyło kilku ich poznać, z czasem pewne schematy stawały się oczywiste. Powielane, to zaskakujące, jak różni bywali ludzie tak mocno podobni do siebie.
W 1955 roku Tim McFrah prawdopodobnie zamordował troje osób, dwóch mężczyzn w wieku dwudziestu i dwudziestu dwóch lat oraz jednego szesnastoletniego podlotka. Ostatniego – prawdopodobnie przez pomyłkę, pomyliwszy go z upatrzoną ofiarą, z której udało się wyciągnąć obciążające go zeznania. Być może nawet nie wiedział, że zabił nie tę ofiarę, którą zabić zamierzał. Być może nawet nie wiedział, że mieli wystarczające dowody, żeby skazać go na bezwzględne dożywocie. Być może nawet nie wiedział, że kolejne zaplanowane przez niego zbrodnie nie zostaną dokonane. I na pewno nie wiedział, że dzisiaj Brendan deptał mu po piętach.
Długo przygotowywał się do tego dnia. Przeglądał dziesiątki grubych teczek, wyciągniętych z otchłani archiwum Biura Aurorów. Musiał poznać szczegóły zbrodni, jakiej dopuścił się Tim. Sprawdzić, co robił, czym się zajmował, gdzie bywał, by na tej podstawie mógł wywnioskować obecne miejsce jego przebywania. Poznać historię nielicznej rodziny, osoby, którym był coś winien lub które w jakiś sposób uznał za ważne - lub przydatne, chociażby do tego, by skryć się w ich domostwach. Spędził nad dokumentami długie godziny, przekładając język skrybów i archiwistów na aurorskie realia, łącząc kropki liter w wizję tego, gdzie mógł odnaleźć koniec nitki i dotrzeć wraz z nim do kłębka. Do środka, do tej przeklętej persony, teraz znajdującej się zaledwie kilkanaście kroków dalej. Mając teoretyczną wiedzę oraz mocne przygotowanie mógł kontynuować sprawę McFraha już w terenie, starając się zdybać wątpliwie moralnego jegomościa.
Odczekał moment niezbyt długi, by nie stracić go z oczu i jednocześnie nie na tyle krótki, by wzbudzić podejrzenia, po czym ruszył jego śladem. Starał się, by jego krok był szybki, ale naturalny. Zamaszysty, ale nie pośpieszny. Samokontrola często przychodziła mu z trudem. Prosto, skręcił w lewo – tuż przy zakręcie widział go w dalszej uliczce, w prawo, nagle, zniknął.
- Najnowsze wydanie – Nie, po prostu przystanął przy stoisku z gazetami. Jego sylwetka odcinała się od jasnego drewna obijającego kiosk. Mężczyzna trzymał w ręku Proroka Codziennego, jeszcze świeżego, z porannego wydania. To, jakie gazety człowiek czytał, mówiło o nim jeszcze więcej niż to, kogo zabił. Jeśli interesowali się plotkami, najczęściej byli niewinni, nieświadomi lub w afekcie. Walczący Mag obciążał politycznie. Horyzonty Zaklęć wskazywały na sprawę trudną. Proroka Codziennego czytała wykształcona klasa średnia.
Obejrzał się, po raz pierwszy to jeszcze nie alarm. Spojrzał na niego, ale Brendan wtedy nie patrzył – kierunek, w którym ogniskuje się źrenice, z punktu widzenia śledczego odgrywał niekiedy kluczową rolę. Czy go poznał? Zauważył, że stał przy sklepie? Pokątna nie jest duża, wpadnięcie na siebie dwukrotnie tego samego dnia wbrew pozorom wcale nie jest aż takim wyzwaniem. Nie, to było tylko złudzenie, mężczyzna przesunął po nim wzrokiem i ruszył dalej, w boczną alejkę. Weasley odczekał kilka nerwowych sekund i ruszył jego śladem, zachowując się przy tym naturalnie - jak każdy czarodziej zajmujący się swoimi sprawami. Kiedy istniała taka możliwość, krył się za plecami innych, schodząc z pierwszego planu. Jednocześnie co jakiś czas powracał wzrokiem do ginącej w tłumie sylwetki. Tim szedł coraz szybciej, ryzyko zgubienia mordercy rosło - Brendan był bliski zaklęcia pod nosem, nie mógł na ulicy pełnej czarodziei rozpocząć pościgu. To mogłoby skończyć się prawdziwą rzezią, nie wiadomo, do czego zdolny był ten szaleniec. Albo tylko popłochem. Auror przyśpieszył kroku - a Tim pokonywał kolejne zawiłe zakręty, raz za razem ginąc mu z oczu.
Zgubił go, zmarnował trop; czuł już gorzki smak porażki na języku, gdy kątem oka ujrzał, jak poszukiwany skręca w bok, wchodząc do opuszczonego sklepu. Było ich teraz niewiele, anomalie, które przywołali na świat, niszczyły nie tylko ludzkie życia, ale i przedsiębiorstwa. Witryny sklepu zabite były deskami i obklejone starymi gazetami. Przód kamienicy nie wyróżniał się z innych opuszczonych sklepików - były to idealne, niepozorne miejsca, które można było wykorzystać jako przykrywkę nielegalnej działalności - lub działań znacznie gorszych. Takich jak te. Brendan nie zastanawiał się nawet chwili, wbiegł po sypiących się schodkach i wszedł do środka z dłonią mocno zaciśniętą na rękojeści różdżki i czujnie rozglądając się wokół - wiedząc, że w sytuacjach takich jak ta auror musiał mieć oczy dookoła głowy.
- Biuro Aurorów, rzuć różdżkę! - powiedział głośno i zdecydowanie, zatrzaskując za sobą drzwi. Wytężył wzrok, w środku unosiły się tumany kurzu, ale... nie zauważył nikogo. Weasley przebiegł na zaplecze, lecz i tam było pusto. Przyśpieszone bicie serca wzbudziło adrenalinę i przywołało lęk - porażający lęk - przed porażką, był jednak pewien, ze widział McFraha wchodzącego właśnie do tego przybytku.
Jego wzrok w jednej chwili skupił się na niezakurzonej podłogowej desce - odróżniała się od innych, wydawała się używana. Czystsza. Pochylił się nad nią i nasłuchiwał: ze środka dobiegały dalekie odgłosy. Po krótkiej chwili wahania ostrożnie spróbował podważyć deskę - ruszyła. Odchylił ją, a jego oczom ukazała się drabina ciągnąca się w dół, po której zsunął się, znalazłszy się wewnątrz ciemnego wąskiego pomieszczenia. Nie całkowicie ciemnego - wyrwa nad nim wpuszczała do środka dość światła, by po pewnym czasie jego oczy przyzwyczaiły się do panującego okół mroku.
W kącie leżał brudny materac, obok stało kilka szafek - tyle zdążył zauważyć, zanim w jego stronę pomknęła czarnomagiczna klątwa - onyksowy promień zaklęcia rozpoznał od razu. Zdołał się obronić w ostatnim momencie, zasłaniając się świetlistą, jasną tarczą - rozgorzała krótka walka, Tim nie spodziewał się towarzystwa, zwłaszcza tutaj, w jego pozornie bezpiecznej kryjówce. I słusznie: długo nie mogli jej namierzyć. Nie pozostawał mu dłużny, zaklęcie ostrzy pomknęło prosto w jego stronę - może nazbyt brutalne, ale przecież ostrzegał, że wszedł do środka, ostrzegał, że powinien upuścić różdżkę. Nie uczynił tego - zaatakował aurora na służbie, a to można było odebrać wyłącznie jednoznacznie. Za pierwszym razem się ochronił, a wiązka trafiła jeden ze starych wazonów, który roztrzaskał się w pył, za drugim jednak nie podołał - ostrza przecięły jego ramię - upuścił różdżkę, która przeturlała się pod stopę Brendana. W tym samym momencie aurora ugodziła jedna z klątw - prawie zgiął się z bólu, miał w sobie jednak dość siły, by zatrzymać stopą różdżkę i ostatecznie unieruchomić przeciwnika petryfikusem, przed którym nie mógł się już ochronić.
Krew przesiąknęła przez materiał ubrania. - Biuro Aurorów, jesteś zatrzymany - dodał dla porządku, ostrożnie podnosząc z ziemi różdżkę Tima. Zdołał go już spetryfikować, morderca leżał bezwładnie na ziemi, wpatrując się nienawistnym spojrzeniem w sufit. Należało teraz wezwać posiłki, by przewieźć oskarżonego do Tower.
I rozejrzeć się po kryjówce - jeśli Wizengamot nabierze wątpliwości, zamierzał przekazać odpowiednim służbom wszystkie możliwe dowody. Dopiero, kiedy walka dobiegła końca mógł ze spokojem rozejrzeć się po okolicy - dostrzegając spreparowane w słojach ludzkie szczątki. Niektóre z nich opisane w sposób, którego nie rozumiał lub oznaczone runami, których znaczenia nie był w stanie rozpoznać. Był pewien, że mogły być przygotowane tylko w jednym celu - na czarnoksięskie praktyki. Odrażające. Podszedł do jednej z półek, dostrzegając kolejne serce, palce, gałkę oczną i fragment płuca, na końcu wątrobę. Odsunął różdżkę w bok, wywołując zaklęcie patronusa - nie śledząc spojrzeniem świetlistego niedźwiedzia, który pognał po posiłki. Potrzebował biegłego.

zt




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
 

Przejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18