Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Dawny dom rodziny Dumbledore
AutorWiadomość
Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]05.04.15 21:04
First topic message reminder :

Dawny dom rodziny Dumbledore

Mieszczący się w Dolinie Godryka dom państwa Dumbledore stoi pusty i smutny przypominając o tragicznej historii jego rodziny. Magicznie zamknięty skutecznie powstrzymuje ciekawskich przed wejściem do środka. Ponoć czasem nawet pojawia się w nim Aberforth, młodszy brat słynnego Albusa. Chowa się wtedy gdzieś w budynku i nie wychyla nosa na zewnątrz, pozwalając ludziom odwiedzać ogródek, w którym stoi kamień upamiętniający historię rodu, który niegdyś tu zamieszkiwał. Na nim pojawiają się coraz częściej dopiski od czarodziejów szukających wsparcia w tych trudnych czasach. Początkowo systematycznie usuwane przez Abertfortha, później pozostawione, gdy właściciel posesji zdał sobie sprawę z bezsensowności swych wysiłków. Obiekt chroniony jest przed mugolami prostym zaklęciem, które sprawia, że gdy tylko pojawią się w pobliżu, mają wrażenie, że zauważyli jak ktoś przechadza się po domu. Z resztą bardzo niepozornego z wyglądu, nieco zapuszczonego z zarośniętym trawnikiem i brudnymi oknami, w których wiszą szare firanki, które zapewne kilkanaście lat tamu świeciły idealną bielą.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]05.01.21 13:30
Uzyskawszy pozwolenie Farley bez skrępowania podszedł bliżej, dziwnie czując się w towarzystwie kogoś tak wysokiego. Sięgał mu tak właściwie do łokcia i gdyby nie stojący przed nimi dom to czarodziej, pozbawiony punktów odniesienia zacząłby się czuć jak dziecko lub skrzat.
Dalsza odpowiedź Hagrida wprawiła jednak Alexandra z lekkie zaskoczenie. Musiał nieco bardziej skupić się na tym aby zrozumieć co się tak właściwie do niego mówiło, bo sposób w jaki półolbrzym składał zdania był niezwykle... charakterystyczny. Taki, że na myślach zawiązywały mu się małe supełki kiedy próbował ułożyć jakieś odpowiedzi. Oderwał więc wzrok od jegomościa i zamyślając się zaczął śledzić spojrzeniem ułożenie okien na fasadzie, niejako badając sposób rozłożenia elementów ją tworzących jak rytm w piosence. Można było znaleźć w nich pewien porządek, nuty, przerwy, cały takt i kolejna linia, od parteru aż po dach. Pomagało mu to skupić się i ułożyć w całość to, co chciał z siebie wyrzucić. Usta zadrgały mu na oświadczenie o zawijających w sreberka świstakach, jednak Alexander był na tyle zdolny w ukrywaniu tego co myślał, że opanował swoje rozbawienie w porę.
Dobrze, bardzo dobrze, że nie mówił – powiedział, przenosząc wzrok z powrotem na Hagrida, lekko ściągając przy tym brwi. Rad był, że ta część Doliny była bardziej odludna: zapewniało im to potrzebną dyskrecję i poniekąd swobodę w wymianie zdań. – Skoro już o tym mowa to musisz uważać na to co, ile i komu mówisz. Lekko idą ci słowa, a to może prowadzić do kłopotów – stwierdził, po czym jego wyraz twarzy rozpogodził się nieco. – Michael Tonks, auror. Powiedział, że jakiś czas temu w Londynie zjawił się pewien jegomość, pieszo, na własne oczy chcąc przekonać się co tak naprawdę dzieje się w stolicy. I jak wrażenia? – zapytał, znów spoglądając na dom. – Ja osobiście nie jestem zachwycony. Rzekłbym, że wręcz przeciwnie. Jestem wściekły – przyznał, lecz to z jakim spokojem to mówił budziło dysonans. I właśnie tę chwilę Alexander wybrał na to żeby zrzucić swoje metamorfomagiczne przebranie. Stracone kilka centymetrów wróciło w mgnieniu oka, a jego twarz przeobraziła się w jego własną, a choć młodą, to zmęczoną i nad wiek poważną.
Alexander, miło poznać – powiedział, odwracając się znów do Rubeusa i wyciągając ku niemu dłoń. Nie musiał przedstawiać się dalej: jeżeli Hagrid był w Londynie to miał okazję napatrzeć się na rozwieszoną po murach facjatę Farleya już dostatecznie długo.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]06.01.21 1:25
Tonks przeszło dwa tygodnie temu to mówił, by wszystko kodem pisać. Hagrid mało z tego rozumiał, ale co mu się powiedziało to przecież zrobił. Widać to wszystko co się dzieje po tej dobrej stronie to jakaś tajemnica była. Nie ma co się dziwić, tak po głębszym zastanowieniu. W Londynie masakra za masakrą, ta egzekucja co się po całym mieście rozniosło, że jakąś mugolaczkę złapali, wcale jakiegoś bezpieczeństwa w serduchu nie dodawała. Słuchał tak słów mężczyzny, który się przestraszony nie wydawał, co wcale takie normalne przy Hagridzie nie było. Zwykle ktoś się lekko zawahał, czasem na odległość łapy nie chciał podejść, ale ten stał sobie tak na prosto. Widać czarodziej wielki, jak auror Tonks pewnie tak wielki. Przez sekundę myślał co by się nie wycofać, ale jak ten o Michaelu zaczął mówić, to Rubeus stanął zaciekawiony. Znał go z nazwiska i funkcji, ale czort wiedział czy to nie zasadzka jakaś. Tylko po co? Wszystko wiedział.
- No w Londynie to ten... Inaczej niż żem se zapamiętał - faktycznie zwykle za długi jęzor miał, jak mu ten paniczek sam powiedział, to trzeba było trochę stopować. - Trupów dużo, ładnie to nie wygląda...
Nagle jakieś czary drastyczne zaszły i po poprzedniej twarzy faceta nic nie zostało. Teraz na niego młodzian patrzył którego gębę już skądś kojarzył. Hagrid zmrużył oczy i potrzebował chwili żeby się zastanowić. Przedstawił się i wtedy go trafiło jak cholera.
- Farley? - upewnił się ściszając głos i wyciągnął rękę.
Rozejrzał się jeszcze dookoła co by wypatrzyć czy ktoś na nich tam nie patrzy. Dziwne to spotkanie było. Jak to rzeczywiście ten Alexander Farley był to przecież z plakatów widniało jak byk, że to był niebezpieczny członek Zakonu Feniksa, zwolennik Harolda Longbottoma, przeciwnik rządu i zdrajca krwi. Znaczyło się... przyjaciel, bohater prawdziwy! Tonksa twarzy na plakatach nie widział, ale Tonks pewno trochę bardziej w ukryciu walczył, a ten tu to musiał faktycznie tym dupkom za skórę zaleźć. Od razu do niego jeszcze więcej respektu poczuł.
- Bardzo mnie miło jest - potrząsnął dłonią Alexa, może trochę za mocno, ale podekscytowany był jak cholera. - Hagrid jestem, Panie Alexander - potężny uśmiech pojawił się na jego twarzy. - Tonks mnie nie mówił, że kogoś tu spotkać mogę, ja sem tu tylko na cmentarz przylazł co by wiadomo, hołd tam jakiś dać troszku chociaż, bo Dumbledore porządny czarodziej był, zawsze honorowy - patrzył tak jeszcze na towarzysza, bo prawdziwy dzielny mąż przed nim stał, kozak lwie serce. - Za co Pana tam na te plakaty w stolicy wsadzili? - faktycznie ciekawy był jak cholera.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]10.01.21 8:56
Chociaż spojrzenie Alexandra zwrócone pozostawało na dom, tak kątem oka obserwował Hagrida i jego zachowanie. Poza samą jego osobą w istocie rozumienia interesów Alexandra pozostawał w końcu fakt tego, że Farley jak sięgał pamięcią to po raz pierwszy spotykał się z półolbrzymem. Po spotkaniu z prawdziwym olbrzymem w miarę wiedział czego się spodziewać, wciąż jednak wzrost Rubeusa i generalnie rzecz ujmując jego gabaryty stanowił coś, pod czego wrażeniem się pozostawało na dość długo. Wątpił żeby miał do tego przywyknąć jakoś wybitnie prędko.
Interesujące było także to, tutaj w dualizmie interesów i prywatnych odczuć Farleya, jak odporne potrafiły być półolbrzymy. Wiedział, że po swoich wielkich przodkach dziedziczyły poniekąd gruboskórność, co tyczyło się nie tylko opornością co do zmiany zdania, ale i na czary, na czary przede wszystkim. Nieco świerzbiły go palce po temu aby przetestować to samodzielnie, ale zdawał sobie sprawę z tego, że byłoby to bardzo kiepskie pierwsze wrażenie. Jego ciekawość mogła poczekać, były bardziej priorytetowe kwestie do zajęcia się, na eksperymenty przyjdzie jeszcze pora, najpierw musiał w ogóle Rubeusa wybadać.
Z listów Michaela Alexander wyczytał bowiem dwie najważniejsze rzeczy: pierwszą było to, że Hagrid byłby bardzo cennym sojusznikiem i tego Gwardzista nie mógł półolbrzymowi odmówić. Drugą, która skutecznie przysłaniała Alexandrowi pierwszą było natomiast to, że nie był Hagrida całkowicie pewien. Alexander wiedział, że Tonks potrafił oceniać ludzi, jednak w takich sprawach wolał jeszcze samodzielnie przyjrzeć się tematowi rozterek.
Ano, nieładnie – przytaknął, nie kryjąc w swoim głosie niezadowolenia. – Niektóre pewnie leżą jeszcze od pierwszego kwietnia – stwierdził, zaplatając dłonie za plecami. – Uwierz mi, że wtedy to dopiero było brzydko w Londynie. Bez ostrzeżenia wyszli na ulice i zaczęli mordować – głos Gwardzisty stał się ciemniejszy, a brwi ściągnęły się niżej. Nie lubił wracać wspomnieniami do tamtej pamiętnej nocy.
Rozpogodził się jednak zaraz, obracając swoją własną twarz ku Hagridowi przy wymienieniu uścisku dłoni. Dziwne to było doznanie, jego dość smukła dłoń w potężnej pięści Rubeusa wydawała się niewielka jak rączka lalki. zabawki ledwie.
Owszem – potwierdził swoją tożsamość, uśmiechając się z grzecznością. – Nie przechwalałbym się jednak znajomością ze mną – powiedział, lecz rozglądanie się przez Rubeusa na boki skłoniło go do dodania czegoś jeszcze. – Otoczyłem nas barierą niewidzialności, dopóki rozmawiamy w miarę cicho nie powinniśmy zwrócić niczyjej uwagi – oznajmił, puszczając dłoń Hagrida. Dziwne uczucie maleńkości jednak w nim pozostało i nie zapowiadało się aby miało zniknąć. Machnął zaraz dłonią i potrząsnął głową. – Nie panuj mi, Rubeusie. Jestem młodszy od ciebie – wyznał, wykonując w głowie prędką matematykę: dzieliło ich przynajmniej sześć lat na korzyść półolbrzyma. – A Tonks nic nie mówił, ponieważ chciałem cię nieco zaskoczyć. Marna to by była niespodzianka jakbyś wiedział o niej zawczasu – wzruszył ramionami, uznając to za oczywistość. Zaraz jednak uniósł pytająco jedną brew, zapytany o swoje występki. Słodka Wendelino na stosie, musiał to jakoś zgrabnie streścić, a prawdy powszechnie znane wydały się najlepszym wyjściem z sytuacji.
Chodźmy dalej – powiedział jednak wpierw, po czym ruszył ku furtce, otwierając ją i kierując się dalej, na tyły domu, do ogrodu. Dopiero tam zatrzymał się i wyciągnął znów różdżkę, ponownie rzucając Salvio Hexia.
Wsadzili dokładnie za to, co na plakatach – stwierdził, spojrzeniem błądząc po zarośniętym ogrodzie, w którym niegdyś musiały znajdować się piękne rabaty. – Za wypełnianie ostatniej woli profesora Dumbledore'a, można powiedzieć. To on dał początek Zakonowi – oznajmił, czyniąc to też poniekąd z wyrachowaniem. Alexander wiedział w końcu od Michaela, że postać zmarłego profesora była dla Rubeusa niezwykle istotna. – To, plus zaszedłem za skórę kilku czarnoksiężnikom. Jak na przekór nie chcę umrzeć i staram się im przeszkadzać jak tylko potrafię – wyznał, kierując znów spojrzenie na Hagrida. Właściwie to przestał nawet udawać, że zajmuje się czymkolwiek innym. Obrócił się w pełni do rozmówcy, nie kryjąc się tym samym z tym, że poświęca mu całą swoją uwagę. Z minuty na minutę coraz lepiej rozumiał, co w listach przekazywał mu drugi Zakonnik.
Michael mówi, że jesteś prawym człowiekiem. Ufam mu, musisz wiedzieć – wyznał, kładąc nacisk na swoje słowa. – Ja i on wierzymy w idee Dumbledore'a, wiem że tobie też są one bliskie – ciągnął dalej, uważnie przypatrując się mężczyźnie. – Stąd chciałbym zapytać cię, czy byłbyś chętny pomóc mi, Tonksowi, a także wielu innym w realizacji jego testamentu – oznajmił, a szarobłękitne tęczówki ani na moment nie opuszczały twarzy półolbrzyma.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]10.01.21 18:46
Hagrid przebywając w Londynie nie spotkał innego półolbrzyma. Możliwe, że gdzieś jakieś były, ale raczej nie wynurzały łba poza mury. Właściwie to on nigdy nie spotkał innego półolbrzyma. W stolicy widział parę olbrzymów, no i pamiętał mamę, ale to tyle. Gatunki takie jak on nie zdarzały się często. To była kwestia taka czysto mechaniczna. No bo to, że tatko był z tych odważniejszych i olbrzymkę poderwał to przypadek jeden na milion. W drugą stronę też by pewnie ciężko było, chociaż Hagrid wolał nie rozmyślać nad tym jak dokonało się to, że się urodził. Pewnych rzeczy lepiej było nie wiedzieć, to czego się w Parszywym naoglądał i tak mu dostatecznie we łbie siedziało.
- Trupy się rozkładają, smród wszędzie, przykro patrzeć tam - podsumował. - Ktoś tam chodzi czasem i czyści, coś buduje, ale nie są ładne rzeczy rzeczy - na ścianach dalej wisiały te cholerne napisy o szlamolubach. - Ja żem tam nie był na kwiecień, nie widziałem, ale słyszałem swoje, w Parszywym gadają.
Gdy twarz się mężczyźnie zmieniła to Hagrida zatkało i gdy ten potwierdził, że tak, to on, że to ten Alexander Farley z plakatów, to go zacięło.
- Jasne, jasne - potwierdził. - Cichosza, nie ma problema, Panie Alexander... znaczy Farley - uśmiechnął się mocno, bo dumny był kogo mu przyszło poznać.
Faktycznie młodszy się wydawał gdyby mu się tak bliżej przyjrzeć, twarzyczkę miał jednak zmęczoną i przez czas przetyraną, ale nie było co się temu dziwić. Skoro trafił na plakaty i jego gęba po całym Londynie była rozwieszona to na pewno zrobił coś co mu wcale radości i spokoju nie dodawało. Nie Hagridowi było jednak jego wygląd oceniać, a zresztą wiek niewiele się liczył. Stał przed nim ktoś kto oficjalnie własnym nazwiskiem się postawił i powiedział, że nie będzie czarny śmieć pluł nam w twarz. Mógł mieć nawet lat szesnaście, znaczenia to nie miało.
- No niespodzianka to jest tak powiem, no - kiwnął głową i poszedł za Alexem wgłąb ogrodu. - Ale jakbyś mnie z zaskoczenia większego wziął i o Tonksie nie wspomniał, to bym się mniej z tej niespodzianki cieszył pewno. W Porcie żem już z różnymi typami gadał, wiesz ja zwykle to taki nie byłem, że tak do tyłu, ale teraz to już kto to tam wie, jak tak spojrzeć na to co się na ulicach dzieje, nie?
Farley wydawał się być w porządku, zwłaszcza skoro go to całe Ministerstwo nie za bardzo lubiło. Tonks jednak wolał by nikomu za bardzo nie ufać, a przynajmniej tyle Hagrid zrozumiał z tego o czym tam wcześniej rozmawiali. Może i by wolał by auror sam przyszedł i powiedział "Hagrid, stary chłopie, to jest Alex Farley, dobry gość", ale widać czasu nie miał albo może i taki plan był, test jakiś czy coś. Miał nadzieję, że zdał, na egzaminach w szkole to nie za dobrze sobie poradził. Co najwyżej transmutacja mu trochę lepiej szła, no i opieka nad magicznymi zwierzaczkami, rzecz jasna. Facet mówił coś, że nie chciał umrzeć. To jasne przecież, kto by zresztą chciał?
- Ty to Farley lwie serce masz, kozak jesteś. Ja podziwiam. Taki odważny to pewno z Gryfonów, nie? Też żem w czerwonych był, krótko, ale był - powiedział dumnie wypinając pierś i rozglądając się po ogrodzie.
No ogród jak ogród, ale fakt, że w tym ogrodzie kiedyś się psor Dumbledore za dzieciaka bawił w jakąś taką melancholie wprowadzało. Czy gdyby inaczej swoje dróżki wybrał to by teraz tu z wnukami na herbacie siedział? Psor oddał życie za te wszystkie rzeczy w które wierzył, zawsze pomocny i dobry czarodziej był, przecież samego Hagrida przed najgorszym losem wziął i uratował. Chwała mu za to, wypadałoby wznieść toast. Teraz jednak chłop mówił, że jakiś Zakon stary Dumbledore zapoczątkował, ale co to miało znaczyć to pojęcia nie miał. Słuchał więc uważnie, patrząc na niego z góry. Dostał propozycję, chceli go na front. No Hagrida zatkało.
Przez chwilę gapił się bacznie na Farleya, jakby nie wiedząc co powiedzieć. Jasne, że się zgodził, w głowie już dawno, jak tylko usłyszał, że ktoś psora Dumbledora zabił, że mroczne czasy nastały i Londyn tonie w krwi. Kiwnął głową i aż mu się lewe oko lekko zeszkliło. Przetarł je grubym palcem, bo to wstyd taki, ale powstrzymać się nie mógł. Starzec już nie żył od dawna, a skoro testament zostawił, co pewno o wartościach jego mówiło, to dopełnić tego należało. Jak miał za jego honor iść i walczyć to w końcu poczuł się faktycznie na świecie potrzebny. Nie wstydził się tego kim był, ale los nie oszczędzał i jakiś cel w życiu musiał znaleźć. Będzie walczyć, skoro chcieli by pomógł to cholibka, choćby do ostatniej krwi, ale pomoże.
- Cholibka, Farley, tak żeś powiedział, że aż mnie w gardle ścisnęło - powiedział jedynie krótko i kiwnął głową. - Co mnie powiesz to zrobię, za honor Dumbledore'a.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]18.01.21 19:10
Alexander uśmiechał się uprzejmie i generalnie pozostawał kulturalny, nie zważając na przepaść w obyciu między nim a jego rozmówcą. Listy Michaela przygotowały Farleya na to, co miał zastać, zdradzały też o samym Hagridzie wiele istotnych szczegółów. Rozumiał na jakiej zasadzie Tonks prędko przychylił się do samego półolbrzyma: Rubeus posiadał dość pocieszną naturę i wydawał się dość prosty w kontaktach międzyludzkich. Ujawnieniem przed nim prawdziwej twarzy Alexander zyskał właśnie bardzo wiele, tak samo jak wspomnieniem o Dumbledorze. Farley dokładnie wiedział jak pokierować rozmową aby sprawdzić to, czego chciał się dowiedzieć w czasie tego spotkania. I jak na razie to co widział budziło w nim wielkie nadzieje, nawet jeżeli poruszony przez nich temat Londynu nie budził jakichkolwiek przyjemnych skojarzeń.
Wzruszył nieco ramionami na ożywienie Rubeusa, bo chcąc nie chcąc nieco zaskakujące było, że wystarczyło mieć głowę ściganą listem gończym żeby budzić w ludziach takie emocje. Zachował jednak fason i przyjął to na chłodno, w końcu wychowany był tak, aby zwracać na siebie uwagę i umieć się z tą uwagą obejść.
Nie uczyłem się w Hogwarcie – przyznał, bowiem wśród czarodziejskich wyższych sfer wiedzą tajemną nie było, że Alexander kształcił się w Beauxbatons – Rubeus najprawdopodomniej nie miał jednak o tym pojęcia. Sam Selwyn wiedział, że dzielił kilka cech z gryfonami, a parę ze ślizgonami, lecz z tego co opowiadali mu bliscy to zdecydowanie najbliżej było mu do krukonów. Nie było jednak co roztkliwiać się nad przeszłością, która nie miała miejsca, a której nawet nie był w stanie przywołać pamięcią. Kiedy z ust Hagrida padły kolejne słowa, Alexander spojrzał na niego z ożywieniem i nadzieją. Pokiwał krótko głową, wahając się przez moment.
Jest jedna ważna rzecz, która mogłaby nam pomóc i jesteś jedyną osobą, która jest w stanie rozjaśnić nam tę kwestię – powiedział, poważniejąc. To było ważne, bardzo ważne. – Od dawna stoimy w miejscu z tego powodu – dodał, spoglądając na Rubeusa z determinacją. – Wiem, że proszę o wiele, ale czy byłbyś w stanie opowiedzieć mi o zdarzeniach poprzedzających otwarcie Komnaty Tajemnic, to co stało przy otwarciu i po nim? – zapytał cicho, bo samo wspominanie tego wydarzenia było ryzykowne. – To naprawdę ważne – dodał, wpatrując się w półolbrzyma z nadzieją, że w końcu, w końcu usłyszy tę historię z pierwszej ręki.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]18.01.21 19:50
Że jakieś inne szkoły magii istniały to przecież Hagrid wiedział i słyszał, ale żeby jakaś Hogwartowi mogła dorównać to na pewno nie. Oczywiście, może w takim Dramatrangu nie było tych przeklętych ślizgonów, a takim Bombom nikt nie zabijał uczniów, ale do Hogwartu to się nie równały. Przez chwilę zmarszczył więc brwi jak mu Farley powiedział, że się w Hogwarcie nie uczył. Był w końcu czarodziejem i skoro trafił na plakaty to piekielnie dobrym, ale jakoś tak Rubeusa w środku zakuło, że Alex nie mógł spróbować dyniowych pasztecików w trakcie uczty w Wielkiej Sali. On sam próbował zwykle przynajmniej dwudziestu.
- A no dobra jest - machnął ręką. - Ważne żeś jest człek od Dumbledore'a - uśmiechnął się i spojrzał jeszcze na okolice.
To w tym domku wielki psor się chował, dziwne to było uczucie tak sobie stać i po prostu na niego patrzeć. Szkoda mu go było, całe życie przed sobą chłopina miał. Ile mógł mieć lat zresztą? Góra 150. Teraz trzeba było jego idee dalej nieść w świat i nie pozwolić parszywym dupkom pałętać się po kraju, tak jakby to im się jakoś z urodzenia należało. Z zadumy wyrwało go kolejne pytanie, a to brzmiało jak cios. Hargid zmarszczył brwi i nie spojrzał wcale na Farleya przychylnie. Nie lubił wcale mówić o Komnacie Tajemnic, bo go to wiele nerwów kosztowało. Przez chwilę zawahał się nawet czy powiedzieć cokolwiek czy machnąć ręką i sobie pójść. Zastanawiał się nawet czy mu w łeb nie przydzwonić, ale odpuścił tę myśl. Może nawet to zawahanie trwało trochę za długo, stał tak w ciszy zastanawiając się co właściwie ma temu Farleyowi powiedzieć.
- To nie ja - powiedział cicho. - Możesz mnie nie wierzyć, ale nie byłem ja, a Aragog tego nie zrobił.
Hagrid odszedł na chwilę, na taki większy krok dosłownie i spojrzał w niebo. Biedny Aragog, oby zdrowy był. Wcale nie miał ochoty mówić czegokolwiek więcej, ale skoro to człowiek od Tonksa był, skoro te same wartości wyznawali, skoro to dla niego ważne było i skoro Hagrid już powiedział, że zrobi to co mu powiedzą, co by tylko testament starego Dumbledore'a zrealizować, to powie.
- Byłem na trzecim roku wtedy - odwrócił się z powrotem do Alexa, choć jego twarz nie miała już na sobie tego wesołego nastroju. - Dostałem pajączka, Aragog się nazywał. Mały, nie większy niż taki przeciętny Pekińczyk. Nie wiem jak tam u Ciebie było, ale w Hogwarcie to trzymać takich nie pozwalali. Ale co ja miał robić? Wyrzucić go? Jak to przyjaciel najdroższy mi się stał. Aragog nie gadał dużo, ale swoje do powiedzenia miał i w końcu żem go w lochach ukrył, co by sobie bezpiecznie dorastał, a jakby już duży wyrósł to bym go mógł do Zakazanego Lasu zaprowadzić - złapał głęboki oddech. - Aragog nikomu by krzywdy nie zrobił, to jeszcze dziecko było. Ale zaczęło coś dzieciaki zamrażać, tak wyglądały jakby bez życia były, ale to nie na stałe. Dostawały odtrutkę i ożywały. No, ale jedna dziewuszka nie ożyła. Marta, ja dobrze pamiętam. Wiesz Farley, to strasznie irytująca dziewczynka była. Ze mnie się podśmiechiwała i chyba koleżanek nie miała żadnych, bo ją zawsze samą na korytarzach widywałem. Ale ja to też żem se wolał sam posiedzieć gdzieś pod laskiem. No i... - cholibka. - No i ją znaleźli. Martwą w sensie. Wtedy dyrektor gadał, że musi się znaleźć morderca, bo zamkną szkołę. Nikt to nie chciał tego, ja też żem nie chciał, bo mnie tatko zmarł, a mamy to żem wtedy lata już nie widział. Wujostwo dobre dla mnie było, ale to nie to samo co w szkole jednak - choć kochał i szanował ich jak swoich. - Wtedy taki chłopak był ze Slytherinu... To taki dom jeden z Hogwartu, bo wiesz tam na domy dzielą... Wtedy on mnie z Aragogiem przyłapał i doniósł, że to moja wina i, że Aragog to ten potwór z tej całej Komnaty Tajemnic. A ja żem ani razu tego na oczy nie widział, ale no, jego to nauczyciele lubili tego Toma Riddla - wzruszył ramionami, a jakiś głupi głos w głowie znowu sprawił, że Rubeus poczuł jakby coś go w gardle zapiekło. - No i mnie na zbity pysk wyrzucili, różdżkę złamali. Jeszcze żem tylko Aragoga zdążył do lasu wypuścić, co by też jego nie skrzywdzili. Psor Dumbledore mnie wtedy pomógł, bo mnie do pierdla chcieli wpuścić. On mnie ufał.
On jedyny wtedy taki miły był.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]18.01.21 21:43
Farley wiele ryzykował zadając to pytanie. W pierwszej chwili po tym jak zamilknął miał wrażenie, że za chwilę Hagrid przestanie być taki przyjemny, zamachnie się raz a porządnie i złamie Farleya na pół za wścibskość. Okazało się jednak, że Alexander nie wyszedł z wprawy w korzystaniu z dostępnych mu informacji i stwarzanych szans aby osiągnąć upatrzony cel. Różdżkę miał w pogotowiu przez te kilka chwil podszytego zdenerwowaniem oczekiwania, lecz ostatecznie nie doszło do tego by była mu potrzebna. Z bijącym mocno w piersi sercem i ściśle kontrolowanym wyrazem twarzy Gwardzista otrzymał swoją odpowiedź.
Wiedział jakie były pogłoski. Wiedział, że półolbrzymom nie ufano, że stojący przed nim Rubeus Hagrid samodzielnie wyrobił sobie i podobnym jemu większość z tych nieprzychylnych opinii powtarzanych od ust do ust. Farley usiłował się dopatrzeć fałszu w jego postawie i choć żadnego nie ujrzał to pozostawał wciąż ostrożny. Hagrid mówił, że to nie on: lecz czy Alexander mógł zaufać temu pojedynczemu wyznaniu? Sprawa nie była łatwa, a choć Alexander zawsze starał się dopatrzeć dobra w ludziach to nie mógł pozwolić, aby widziana w Rubeusie jasność przesłoniła mu cały obraz sytuacji. Zmarszczył lekko brwi, lecz milczał, nie pytał kim był Aragog, licząc, że pierwsze zdanie jest zapowiedzią kolejnych. I nie pomylił się. Bał się poruszyć czy też wziąć zbyt głośny oddech kiedy krążący obok Hagrid wyjawiał mu kolejne informacje. Selwyn chłonął je z najwyższą uwagą, starając się nie opuścić choćby słowa z tego, co właśnie słyszał.
Aragog był więc pająkiem posługującym się ludzką mową – czy to w ogóle było możliwe? Alexander nie znał się na tyle na magicznych stworzeniach by zweryfikować tę informację, znał jednak kogoś, kto mógł rozwiać jego wątpliwości. Mówiono, że to właśnie Aragog był potworem, który zabił uczennicę, ale Rubeus przedstawiał całkowicie inną wersję wydarzeń. Czy możliwym było, aby właśnie on mówił prawdę, że wszystko co przeciwko niemu mówiono było tylko uprzedzeniami, tak jak wobec każdego kto choć trochę się wyróżniał? Mugole, mugolaki, wilkołaki, półolbrzymy i wraz z nimi Rubeus Hagrid? Myśli Farleya pędziły do przodu niczym dzikie aetonany, nabierając tempa kiedy jego uszu dobiegła kolejna rewelacja. Dzieci, bez życia, ale do życia przywracane odtrutką. Pierwszą myślą był Wywar Żywej Śmierci i eliksir przebudzenia, dobrze znane Alexandrowi z jego praktyki uzdrowicielskiej. Istniała jednak jeszcze jedna mikstura zdolna do wybudzenia kogoś, kto zdawał się bez życia: wywar z mandragory. Stosowano go w przypadkach innych niż zażycie Wywaru Żywej Śmierci, lecz były to przypadki do jego działania niezwykle podobne.
Kiedy jednak padło imię i nazwisko znane Farleyowi z całkiem innych okoliczności, dzika gonitwa jego myśli ustała. Alexander zdawał się zamrożony opowieścią niczym statua, spojrzenie wbijając w Hagrida i wstrzymując oddech. Jeżeli wcześniej miał wątpliwości do kogo musiał posłać sowę, teraz już całkowicie je stracił. Ostatnie słowa półolbrzyma zatrzymały jednak Alexandra przed zerwaniem się z miejsca i ruszeniem do dalszej akcji. Zatrzymał się, wziął oddech i namyślił. Nie, nie mógł zdradzić Hagridowi czegokolwiek więcej, to było zbyt wielkie ryzyko, lecz pozostawianie go z niczym nie mogło przyczynić się do czegokolwiek dobrego.
Dziękuję – powiedział, patrząc najpierw na Rubeusa, a następnie na moment zerkając na dom. Nie wiedział na ile było to możliwe, że niepoznany nigdy przez niego Albus Dumbledore czuwał zza grobu nad nim i Zakonem, lecz w tej chwili skłonny był stwierdzić, że nie mogło być inaczej. Wrócił jednak zaraz spojrzeniem do Hagrida, a wzrok miał poważny: cała jego twarz zdała się znów starsza, jakby widział już zbyt wiele jak na swój wiek. – Jeżeli chciałbyś rady, to powiem ci: nie ufaj nikomu. Londyn to nie jest dobre miejsce. To jest wojna, Rubeusie, a ludzie, którzy wybili mugoli i uczynili z Londynu kostnicę nie mają skrupułów. Musisz być ostrożny, bardzo ostrożny. Potrafią podszywać się pod innych, zmieniać twarze tak, jak ja, kłamać bez chwili zawahania. Nie mów nikomu, że kontaktowałeś się ze mną albo z Michaelem. Powinieneś czym prędzej wynieść się ze stolicy. Mogę pomóc ci się ukryć – zaoferował, patrząc na półolbrzyma ze zmartwieniem. – Przemyśl to, Rubeusie i pamiętaj, że tylko czyny płynące prosto z serca i prawdziwie zgodne z naszymi przekonaniami świadczą o nas samych. Przemyśl to i odezwij się do mnie bądź do Tonksa, a jeżeli ktokolwiek, ktokolwiek inny będzie się na nas powoływał zadaj im pytanie o to, która godzina. Jeżeli to faktycznie będzie ktoś od nas odpowie ci – urwał, po czym nagle zaczął szukać czegoś po kieszeniach. Znalezienie kawałka pergaminu nie było trudne, lecz z czymś do pisania miał już problem. Ostatecznie złapał źdźbło trawy i przy pomocy transmutacji zamienił je w pałeczkę węgla. Na kolanie napisał na kartce jedno zdanie: nie wiem, lecz już czas najwyższy przesadzić mandragory. Wyprostował się i podszedł do Rubeusa, pokazując mu pergamin, pytającym spojrzeniem upewniając się, czy ten aby na pewno zrozumiał i zapamiętał. Następnie uniósł różdżkę i spalił wiadomość, aż nie został z niej sam popiół. Spojrzał po tym na Hagrida raz jeszcze i wziął głęboki oddech.
Dziękuję. Naprawdę, dziękuję. Mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce. Przemyśl to, co ci powiedziałem, Rubeusie – powiedział raz jeszcze, po czym oddychając głęboko raz jeszcze złapał za różdżkę i z trzaskiem teleportował się tak, jak stał. Musiał czym prędzej wysłać sowę z wiadomością.

| zt x2


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]06.03.21 12:08
9 listopada

Do domu wróciła roztrzęsiona, ale nim mama zdążyła ją przyłapać i obrzucić pytaniami, czmychnęła do siebie, by wziąć szybką kąpiel w letniej wodzie. Zanurzając się na kilka chwil w pełnej wannie miała nadzieję uwolnić się od koszmarnych obrazów z Tower, które dopadły ją i tam, w Dolinie Godryka w trakcie przygotowań do wesela. Cisza, która ją otulała nie była ani przyjemna, ani kojąca. Cisza przypominała jej tylko o tym, czego nie chciała naprawdę pamiętać.
Kiedy się zjawił serce zabiło jej szybciej. Naciągając delikatnie pończochę na nogę usłyszała jego głos przez uchylone drzwi. Poczuła suchość w gardle, przyjemne mrowienie w żołądku. Zapięła ją na pasku ostrożnie, by jej nie przedrzeć, a potem opuściła granatową, rozkloszowaną sukienkę i wsunęła trzewiki na obcasie przygładzając materiał na biodrach. Obejrzała się w lusterku, by na sam koniec, tuż przed wyjściem musnąć wargi czerwoną pomadą. Ledwie powstrzymała instynktowne sięgnięcie dłonią do obojczyka, który ją zaswędział nieprzyjemnie. To tam znajdowała się szpetna, podłużna blizna — teraz zakryta przez dopasowany materiał przeszytej sukienki. Po plecach przebiegł jej dreszcz, więc kiedy tylko skończyła odwróciła wzrok, nie zmuszając się do tego dłużej niż było to konieczne. Z tego samego powodu o upięcie włosów poprosiła wcześniej matkę. Gęste i ciemne pukle splotła jej w warkocz, który od razu uformowała w grubą koronę. I mimo jej protestów wyciągnęła palcami kilka kosmyków wokół twarzy.
Stres i obawa, które doskwierały jej od wydarzeń w kuchni zniknęły w mgnieniu oka, kiedy tylko go ujrzała na dole — przystojnego jak zawsze, a jednak tak odświętnego, w wydaniu w jakim od bardzo dawna nie miała okazji go dostrzec. Westchnęła cicho i rozpromieniła się, nie potrafiąc opanować mięśni twarzy, które jakoś bezwiednie zareagowały na jego obecność, rozszerzając usta w uśmiechu. Bukiet, który trzymał w dłoni — jej ulubionych kwiatów, niezapominajek — pięknie oznaczał się błękitem na tle ciemnego materiału, który miał na sobie. Czekała na ten moment znacznie dłużej niż kilkanaście dni, odkąd spytał. A on przyszedł po nią, po nikogo innego. Właśnie po nią.
— Aleś ty przystojny — szepnęła mu cichutko na ucho, kiedy zbliżyła się na powitanie, by pocałować go w policzek. Dłońmi oparła się o jego pierś, usta smagnęły jego gładką skórę czule, zatrzymując się na niej na kilka sekund dłużej niż powinny. — Gotowy na naukę tańca?— spytała już nieco głośniej, poprawiając mu delikatnie muchę pod brodę. Patrzyła na nią chwilę, by na sekundę lub dwie zerknąć zalotnie wyżej, na jego oczy. Byli gotowi, mogli ruszać. Wydekoltowane plecy przysłoniła ciemnym płaszczem, który zapięła pod samą szyję, jesień bywała uporczywa. Ujęła szarmancko podstawione przez Billego ramię i oboje chwilę później deportowali się do Doliny Godryka.
Wieść o tym, że ślub się nie odbędzie musiała zdumieć nie tylko ją. W pierwszej chwili pomyślała o Alexie — o tym, co musiał czuć, kiedy pech przysłonił niebo deszczowymi chmurami w tak istotnym dla niego dniu. Co się wlecze, nie uciecze, jak mawiała babcia, a jednak domyślała się, że pomimo potwornego przypadku, zawód ściskał jego serce. Decyzje co do działań zostały podjęte szybko i sprawnie — jedzenie, które solidarnie przygotowali na to wydarzenie nie mogło się zmarnować. Spojrzała na Billego, zanim podjął decyzję o tym, że zajmą się zupą. Sukienka, choć długością wcale nie odbiegała od spódnic, które nosiła na codzień nie była najwygodniejszą szatą do sportowego latania na miotle, a buty na obcasie do przemierzania mil z gotowym poczęstunkiem. Jakby czytał jej w myślach. Nie zwlekając dłużej pociągnęła go za rękę w stronę kuchni, gdzie czekał już gotowy kocioł z zupą.
— Znajdziemy jakieś dogodne miejsce na to? Zaprosimy mieszkańców doliny do siebie? — Zerknęła na niego przez ramię, wyciągając kilka ceramicznych miseczek z szafki, które zamierzała powielić na miejscu za pomocą zaklęcia. —Może udało by nam się poinformować jakoś sąsiadów. Gdyby zgromadzili się w jednym miejscu byłoby najprościej. Znam miejsce, które jest dość charakterystyczne. I w pewien sposób symboliczne. — Zamyśliła się na moment, wyciągając sztućce i dużą chochlę. Kocioł zostawiła Billemu, był silny, nie powinien mu sprawić żadnych trudności. — Przed domem profesora Dumbledore'a, może?— Uniosła ku niemu spojrzenie, chcąc dodać coś jeszcze, ale zupełnie nie na temat. Pokręciła jednak głową i przygryzła policzek od środka, rezygnując. Zebrała wszystko do wiklinowego kosza i podeszła do niego, by deportować się na miejsce, kiedy będzie gotów.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]06.03.21 13:41
Cieszył się na ten dzień. Odkąd tylko na jego parapecie pojawiła się niosąca zaproszenia sowa, nadchodzący ślub Alexandra i Idy zdawał się jednym z nielicznych jaśniejszych punktów na horyzoncie, szczęśliwszą datą wyróżniającą się w zawieszonym na spiżarnianych drzwiach kalendarzu, mimo że wcale nie zakreślił jej na kolorowo. W wojennej rzeczywistości niezwykle rzadko miewali okazje do świętowania – właściwie nie pamiętał już, kiedy po raz ostatni zdarzyło im się spotkać z przyjaciółmi w celu innym niż misja czy narada wojenna – i perspektywa spędzenia wieczoru na wspólnej zabawie, nawet jeśli skromnej, napawała go jakąś cichą nadzieją na to, że poza wojną istniało coś jeszcze. Że było miejsce dla snów bez koszmarów i dni bez snujących się za nim cieni, powracających raz po raz niczym echo Azkabanu; postaci, które widział tylko on, i chwil słabości, z którymi sobie nie radził, nie wiedząc jednak, w jaki sposób powinien poprosić o pomoc – ani czy w ogóle miał prawo to robić, podczas gdy każde z nich zmagało się z własnymi lękami. Czas nie wyleczył jeszcze wszystkich ran, wciąż bał się spoglądać w przyszłość – nawet tą najbliższą, kryjącą się tuż za rogiem – ale to właśnie ta cicha nadzieja sprawiła, że kilka tygodni wcześniej zdecydował się zaprosić Hannah, po części akceptując fakt, że od popołudnia spędzonego przy szmaragdowym stawie myślał o niej odrobinę za często.
Do Doliny Godryka przybył znacznie wcześniej, częściowo ze względu na Amelię, która nie mogła się jeszcze teleportować, a częściowo dlatego, że obiecał Alexandrowi pomoc z ostatnimi przygotowaniami. Dopiero, gdy odstawił córkę bezpiecznie na miejsce, upewniając się, że była pod dobrą opieką, wyszedł na zewnątrz, żeby deportować się do Szkocji, w prawej dłoni ściskając różdżkę, w lewej – dwie skromne wiązanki kwiatów: jedną dla Hannah, drugą dla pani Wright, którą przywitał jako pierwszą, nie mając pojęcia, skąd brało się lekkie zdenerwowanie, towarzyszące mu przy przestępowaniu progu. W Dębinie bywał w końcu niejednokrotnie, rodzinny dom przyjaciół odwiedzając jeszcze jako uczeń Hogwartu; był pewien, że nawet dzisiaj byłby w stanie wskazać, z których drzew zdarzyło mu się zlecieć w trakcie wygłupów z Josephem – ale może była to kwestia niecodzienności związanej z odświętną szatą i zawiązaną pod szyją muchą, sprawiającą, że mimo wszystko czuł się nieco inaczej.
To uczucie oraz kilka słów, które wymienił z rodzicami Hannah, umknęły mu niemal natychmiast, kiedy tylko zobaczył ją na schodach, najpierw dostrzegając znajomy uśmiech, później parę rozpromienionych oczu i jasną twarz otoczoną kilkoma luźnymi kosmykami ciemnych włosów. Wyglądała przepięknie w granatowej sukience, zresztą: cała jej sylwetka zdawała się promieniować jakąś aurą, sprawiającą, że trudno było do niej oderwać spojrzenie. – Hannah – odezwał się, gdy dotarło do niego, że przez dłuższą chwilę zwyczajnie patrzył, a powinien był chyba coś powiedzieć; przełknął ślinę, uśmiechając się. – P-p-pięknie wyglądasz – przyznał, całkowicie szczerze, nie z uprzejmości ani dlatego, że tak wypadało, z opóźnieniem przypominając sobie o wciąż trzymanych w dłoni kwiatach. – Proszę – powiedział, wyciągając w jej stronę wiązankę. Nie spodziewał się komplementu padającego z jej ust ani pocałunku złożonego na policzku, ale nachylił się w jej stronę odruchowo, orientując się, że chyba chciała mu coś powiedzieć; ciepły oddech zatrzymujący się w okolicach jego ucha zdawał się ponieść dalej, rozlewając przyjemną falą gdzieś za mostkiem. Nie potrafił przestać się uśmiechać. – P-p-przygotowywałem się cały tydzień. Bardziej gotowy już nie b-b-będę – odpowiedział, trochę żartując, a trochę nie – bo wizja obiecanej lekcji tańca rzeczywiście skłoniła go do popracowania nad własnym poczuciem rytmu.
Przyglądał jej się, kiedy poprawiała muchę zawiązaną pod jego szyją, zastanawiając się, co dokładnie sprawiało, że wyglądała inaczej niż zwykle, przez co nie zdążył na czas uciec spojrzeniem, gdy podniosła wzrok w jego kierunku. Może wcale nie chciał.
Pomógł jej ubrać płaszcz, starając się nie spoglądać zbyt długo w stronę odsłoniętych pleców, a później wyciągnął ramię w jej stronę, jedynie milcząco pytając, czy była gotowa; nie spodziewając się jeszcze wieści, które miały czekać na nich w Kurniku.
Podjęta błyskawicznie decyzja o rozdysponowaniu przygotowanych posiłków między mieszkających w Dolinie ludzi wydawała mu się być jakimś drobnym szczęściem w przykrym nieszczęściu; zgłosił chęć pomocy od razu, w pierwszej chwili zastanawiając się nad chwyceniem za miotłę – ale błyskawicznie uświadamiając sobie, że dłuższy lot mógłby być problematyczny dla Hannah. Zostawiać jej z kolei nie miał zamiaru, mimo wszystko chciał spędzić ten wieczór z nią – zaproponował więc, żeby zajęli się zupą. Nim ruszył za nią w stronę kuchni, odszukał jeszcze spojrzeniem Amelię, ale jego córka jak zwykle od razu przeszła do działania, namawiając do współpracy pana Becketta. Znał go, kiedyś mieszkali po sąsiedzku, wiedział też, że wspierał Zakon Feniksa – po rozwianiu początkowych wątpliwości zgodził się więc na to, żeby Amelia mu towarzyszyła w rozdawaniu weselnego tortu, upewniając się wcześniej, że nie mieli zamiaru oddalić się zbytnio od Kurnika.
Nim zdążyłby po raz trzeci powtórzyć jej, żeby uważała na sznurowadła, odnalazła go dłoń Hannah; pozwolił jej poprowadzić się do sąsiedniego pomieszczenia, spoglądając na spory kocioł i rozglądając się już w poszukiwaniu pokrywy; musiał zabezpieczyć go przed przeniesieniem. – Tak chyba będzie najlep-p-piej – przytaknął, kiedy przyjaciółka zaproponowała, by zaprosili ludzi w jedno miejsce. Dawny dom profesora Dumbledore’a wydał mu się idealny, jego nazwisko od dawna kojarzyło się z nadzieją mimo trudnych czasów; uśmiechnął się bezwiednie – nie dziwiło go, że to właśnie ona o tym pomyślała. – Może oblecę szybko część d-d-domów? Zanim zdążysz zaczarować n-n-naczynia? Niekoniecznie wszystkie, mogę pop-p-prosić ludzi, żeby przekazali wieści najbliższym sąsiadom – zaoferował, spoglądając na Hannah pytająco; nie miał wątpliwości, że taka informacja rozniosłaby się w mgnieniu oka, ale chciał wiedzieć, co o tym myślała.
Gdy udało mu się odnaleźć pokrywę, machnął jeszcze różdżką w stronę kotła, chcąc na wszelki wypadek zabezpieczyć go na czas podróży; nie mógł pozwolić, by zupa rozlała się w trakcie teleportacji. – Masz wszystko? – upewnił się, ostrożnie podnosząc potężny gar; był ciężki, ale był pewien, że da radę przetransportować go pod opuszczony dom Dumbledore’ów. Spojrzał na Hannah pytająco, dostrzegając jej przeczący gest i zmarszczył brwi. – Hm? – mruknął, przekrzywiając lekko głowę. Później ruszył w stronę wyjścia na zewnątrz, skąd oboje mogli się teleportować – by już po chwili pojawić się pod znajomą furtką.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]06.03.21 14:02
Serce zadrżało w jej piersi, jakby pokonanie tych kilku dobrze znanych, wysłużonych schodów miało być najtrudniejszą drogą w jej życiu. A przecież niewiele się zmieniło — na dole czekał na nią najbliższy sercu przyjaciel, człowiek, który towarzyszył im od zawsze, był częścią tej rodziny, najlepszy kumpel brata z czasów szkoły; ten, który przesypiał te posępne noce na jej kanapie w Londynie, i ten, co uśmiechał się jak dziecko przy zapachu ciepłego kakao, przecinał powietrze na stadionie pełnym wiwatujących tłumów. W końcu ten, który zawsze rozumiał ją bez słów i niedostrzegalnie skradł jej serce. I choć patrzyła na niego w ten sam sposób, co zawsze, wszystko było inne, nowe. Oczekiwanie na coś, co mogło — miało? nastąpić wywoływało dreszcze, nerwy, przyprawiało o niezdrowe podniecenie. Prawda ją wyzwoliła i skazała na nadzieje, które z dnia na dzień umacniały się i przyprawiały o drżenie serca. Opuściła kurtynę pozorów, które łatwo jej było utrzymać. Zaskakująco łatwo. Dziś była pewna, że trudno byłoby jej do tego wrócić. I choć nie wierzyła, by kiedykolwiek przestali być przyjaciółmi, już nigdy nic nie będzie takie samo.
Kiedy się zbliżyła poczuła, że pachniał wodą kolońską; świeżą, pobudzającą zmysły, a jednocześnie roznoszącą dziwne ciepło wewnątrz niej, jakby sam aromat mógł rozgrzać od środka. Pachniał bergamotką, wiosenną sosną, żywicą i jałowcem. Zaciągnęła się tym zapachem powoli, odjąwszy usta od jego policzka zmazując od razu lekko czerwony ślad własnej szminki kciukiem.
— Dziękuję — szepnęła spoglądając na niego spod wachlarza ciemnych rzęs, po chwili przyjmując też bukiet kwiatów, które jeszcze przed wyjściem odstawiła do wazonika, a dla którego już miała w głowie miejsce w swoim starym pokoju. Nie musiała próbować wyobrazić sobie go ćwiczącego taniec, myśli od razu nasunęły ku niej odpowiednie obrazy, wspomnienia podrygów i pląsów z dawnych lat, kiedy to jeszcze żadnemu z nich nie przychodziło do głowy, że podczas wesela przyjaciela będą pracować nad techniką wspólnie. I od chwili, w której dostali zaproszenia, aż do teraz nikt nie spodziewał się zapewne, że wszystko potoczy się właśnie w ten sposób — a ślubu, jak obiecanych nauk tańca wcale nie będzie. Musieli działać szybko i sprawnie, przygotowane jedzenie nie mogło się zmarnować, a Farley — Farley potrzebował wieczoru, który zrekompensuje mu smutek i rozczarowanie dzisiejszego dnia. Jako jego przyjaciele mieli zadbać o to, by nie pogrążył się w samotności.
— Nic jej nie będzie — zapewniła Billego, kiedy powtarzał kolejny raz, że Amelia miała na siebie uważać. Wiedziała, że pod czujnym okiem sojuszników Zakonu będzie bezpieczna, nikt nie pozwoliłby jej zrobić krzywdy. Otaczali ich dobrzy i porządni ludzie. W kuchni zerknęła na zawartość wiklinowego kosza, upewniając się, że ma w nim wszystko, co będzie potrzebne do podzielenia się zupą, którą przygotowały z Marcellą. Marcellą, właśnie. Czy powinna mu powiedzieć, że rozmawiały? Że ją uprzedziła? A co jeśli pospieszyła się ze wszystkim? Co jeśli chciał to zrobić sam? Zachować w tajemnicy? Zerknęła na niego w przelocie, zabierając jeszcze ze sobą ścierkę, którą upchnęła między naczyniami. — Tak, chyba wszystko mam. Najwyżej wrócę, ale… wydaje mi się, że wszystko, co potrzebne już zapakowałam.— Upewniła się, spoglądając do środka jeszcze raz, a potem ruszyła ku niemu. — Widziałam miotły w środku, myślę, że nikt się nie obrazi jeśli którąś pożyczysz.— Wskazała ruchem głowy przejście i skinęła dla potwierdzenia. To był dobry pomysł. Szybko na pewno rozniesie wieść po mieszkańcach Doliny, a przynajmniej części z nich, kiedy ona zajmie się przygotowywaniem wszystkiego. Uśmiechnęła się do niego, machając już dłonią. Nieważne. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć deportowała się przed dom profesora.
Coś ścisnęło jej żołądek, zakręciło jej się w głowie, a zastawa, którą zabrała zatrzęsła się niebezpiecznie w koszu. Odgarnęła kosmyk włosów z nosa i spojrzała na Billa, a potem rozejrzała się za właściwym miejscem. Przy samej furtce nie będzie zbyt wygodnie, ale nieopodal, chodnik od ulicy oddzielał niewysoki murek, który mógłby jej się przydać.
– Tutaj— zaproponowała Moore’owi i podeszła do niego, stawiając na nim koszyk, a potem wyciągając ostrożnie wszystkie naczynie i sztuczce. Miseczek było tylko kilka, ale to nie wydawało jej się problemem. Miała nadzieję, że ktoś przyjdzie. Byłoby szkoda, gdyby nikt nie skorzystał. Sięgnęła po różdżkę i wycelowała nią w zastawę, delikatnym ruchem nadgarstka powielając przedmioty.
— Co powinniśmy im powiedzieć? Że nasz przyjaciel w dniu wesela chciał się tym z nimi podzielić? Jakoś trzeba wyjaśnić to…— ten stój, włosy. Zerknęła po sobie; nie wyglądała tak na co dzień — i on też nie, ktoś mógłby opacznie ich zrozumieć. Po chwili namysłu z torebki wyciągnęła chusteczkę i rozejrzała się za czymś, w czym mogłaby się przejrzeć, ale kiedy przeleciał ją nieprzyjemny dreszcz zwróciła się z nią do niego, podając mu ją. — Mógłbyś? — Zmazać czerwień z ust tak, by nie przypominała przy tym klauna z cyrku.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]06.03.21 16:17
Chociaż nie tak spodziewał się spędzić to popołudnie, to niespodziewana zmiana planów wcale nie odebrała mu wyjątkowości; nie rozproszyła tego dziwnego, nieuchwytnego uczucia, złożonego – niczym mozaika – z dziesiątek drobiazgów: ust odbitych na policzku, czerwonawej smugi startej opuszkiem palca, oddechu łaskoczącego ucho, dłoni zaciśniętej na ramieniu, ukradkowych spojrzeń i rozjaśniającego twarz uśmiechu, tak dobrze znajomego, ale jednocześnie jakby innego, w subtelny, trudny do opisania sposób; taki, który sprawiał, że czuł się na miejscu – choć tym miejscem nie była ani Dębina, ani wypełniona chaotycznym rozgardiaszem kuchnia w Kurniku. – Wiem – odpowiedział, odprowadzając spojrzeniem znikającą w drzwiach córkę, z trudem powstrzymując się przed pobiegnięciem za nią i zaproponowaniem, żeby jednak poszła z nimi – albo chociaż została w domu i zaczekała, aż wrócą. – Po p-p-prostu – zaczął, przenosząc spojrzenie na Hannah; nie lubię nie wiedzieć, gdzie jest, chciał dodać, ale ostatecznie zmienił zdanie, wzruszając tylko ramionami i wypuszczając powoli powietrze z płuc. – Masz rację – przyznał zamiast tego, zatrzymując na dłużej spojrzenie na twarzy przyjaciółki i posyłając jej uśmiech przepełniony zarówno cichymi przeprosinami, jak i wdzięcznością.
Śledził ją spojrzeniem trochę bezwiednie, kiedy pakowała wszystko do wiklinowego kosza, nie zdając sobie nawet sprawy, że jego wzrok podąża za nią instynktownie; zatrzymując się odrobinę dłużej na poruszających się z wprawą palcach i drobnej, pionowej zmarszczce pomiędzy brwiami, która pojawiła się na jej czole, kiedy przeliczała naczynia. – Sp-p-prawdzimy jeszcze na miejscu, najwyżej zabiorę, co trzeba, kiedy wrócę p-p-po miotłę – zaproponował, gdy ruszyli na zewnątrz, żeby się deportować. Zniknął sprzed Kurnika krótko po niej, mając lekkie trudności z obróceniem się dookoła własnej osi z ciężkim kotłem zupy, ale szczęśliwie udało mu się wylądować dokładnie tam, gdzie chciał – a nie na sąsiednim wzgórzu.
Zachwiał się, gdy jego stopy opadły na ścieżkę, a masywne naczynie z chlupoczącą w środku zupą, prawie pozbawiło go równowagi; zrobił kilka niepewnych kroków, nim udało mu się w pełni ją odzyskać, ciesząc się w myślach, że zdecydował się zapobiegawczo zabezpieczyć pokrywę przed zsunięciem – w innym wypadku z pewnością nie uchroniłby zupy przed rozchlapaniem. – W p-p-porządku? – zapytał, odnajdując spojrzeniem Hannah, choć wyglądało na to, że z ich dwójki to ona teleportowała się ze znacznie większą gracją. Ruszył w jej stronę, żeby postawić kocioł we wskazanym miejscu, na murku – a później poruszał odruchowo palcami, czując, jak wraca do nich krążenie. – Mogę jakoś z tym p-p-pomóc? – zapytał, obserwując, jak przyjaciółka prostym ruchem różdżki powiela naczynia. Zastanowił się przez chwilę nad jej słowami – ale odświętne stroje nie wydawały mu się problemem. – Mogę w p-p-pierwszej kolejności odwiedzić tych, którzy mnie znają, nawet z w-wi-widzenia. Część tych ludzi p-p-przyjaźniła się z mamą. Kilka tygodni temu byliśmy tu też z Cedrikiem, rem-m-montowaliśmy pokój w domu jego znajomego. Dalej wieść się rozniesie – odpowiedział z namysłem. W młodości dużo czasu spędzali z braćmi w dolinie, po powrocie do kraju również zatrzymał się właśnie tutaj; a chociaż dzisiaj jego twarz widniała na jednym z rozsyłanych przez Walczącego Maga listów gończych, to coś – może naiwność, może wiara w ludzką uczciwość – nie pozwalała mu wierzyć, że ci sami czarodzieje, którzy przeganiali go ze swoich sadów i prosili o pomoc w prostych naprawach, zwyczajnie wydaliby go władzom. – Chyba po p-p-prostu możemy powiedzieć im prawdę. Wiesz, o ślubie, kt-t-tóry się nie odbył. Albo, że p-p-przyjaciele z Leśnej Lecznicy przygotowali p-p-poczęstunek. – Podejrzewał, że pracujący tam uzdrowiciele pomogli im już niejednokrotnie – zwłaszcza tym, którzy nie mogli liczyć już na opiekę w londyńskim szpitalu.
Przeniósł spojrzenie na Hannah, chcąc zapytać, czy był jej jeszcze do czegoś potrzebny – czy mógł ruszyć już do Kurnika po miotłę – gdy usłyszał jej pytanie; zmarszczył brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, spoglądając najpierw na chusteczkę, a później na twarz przyjaciółki. Chciała, żeby?.. – T-t-tak, pewnie – odpowiedział szybko, starając się zamaskować zaskoczenie uśmiechem. Wyciągnął rękę, żeby zabrać od niej tkaninę, jednocześnie robiąc krok do przodu i tym samym niwelując odległość między nimi. Opuścił na moment spojrzenie na materiał, owijając go wokół kciuka, a później przeniósł wzrok na Hannah. – Popatrz na mnie. To znaczy – do g-g-góry – poprosił, poprawiając się szybko; chcąc, żeby uniosła nieco brodę w jego kierunku. Uśmiechnął się, kiedy napotkał jej spojrzenie, nie potrafiąc zareagować inaczej; myśląc o tym, że naprawdę wyglądała przepięknie – z upiętymi włosami, z policzkami lekko zaróżowionymi od chłodnego, listopadowego wiatru; z czerwienią na wargach. Zamrugał szybko. – Nie ruszaj się – dodał ciszej, przybliżając dłoń do jej twarzy, żeby opuszkiem kciuka zetrzeć kolor z jej ust, ostrożnie, starając się nie zabarwić nim jasnej skóry dookoła; mając irracjonalną nadzieję, że stał wystarczająco daleko, by nie mogła usłyszeć jego serca, wygrywającego jakąś dziwną i nierówną melodię. – Chyba będziemy musieli p-p-przełożyć na kiedy indziej. T-t-tę lekcję tańca – powiedział, przesuwając nieco chustkę, żeby zetrzeć pomadę również z górnej wargi Hannah. Później opuścił dłoń, dopiero po chwili zauważając różowy ślad w kąciku ust; musiał go ominąć. – Zaczekaj – odezwał się, odruchowo i bez zastanowienia unosząc dłoń, z której zdążył już ściągnąć tkaninę, żeby delikatnie przesunąć palcem po jasnej skórze, tuż pod linią ust; pozbywając się tym samym resztek czerwieni. – Już – zakomunikował, przez chwilę jeszcze nie odrywając wzroku od jej twarzy – nie potrafiąc, może nie chcąc – dopiero po paru sekundach cofając się z ociąganiem.
Nie przyznałby się do tego, ale moment całkowicie zapomniał, po co właściwie tutaj przyszli. – Za chwilę wrócę. P-po-poradzisz sobie? – upewnił się, spoglądając w stronę kotła i naczyń. Zaczekał na potwierdzenie, jednocześnie starając się otrząsnąć z chwilowego roztargnienia – po czym obrócił się na pięcie, z trzaskiem wracając do Kurnika.
Odnalezienie miotły w przedsionku nie zabrało mu dużo czasu, parę sekund później odbijał się już od prowadzącej do domu ścieżki, mając nadzieję, że właściciel nie będzie miał mu tego za złe; nie wzbijał się wysoko, mknąc tuż ponad drogą, w pierwszej kolejności kierując się w stronę domu Penny, ale to nie do niej skręcając – a do mieszkającej po drugiej stronie rodziny. Zatrzymał się przed drzwiami, dając sobie parę oddechów na odetchnięcie; nie chciał wyglądać, jakby gnał na złamanie karku, żeby nie zaniepokoić starszego małżeństwa mylnym wrażeniem, że niósł złe wieści. Dopiero później zastukał mosiężną kołatką, uśmiechając się szeroko, gdy po drugiej stronie pojawiła się pomarszczona twarz pani Belby. – Dzień dobry, p-p-przepraszam, że niepokoję – odezwał się, skłaniając z szacunkiem głowę. – Billy Moore, proszę p-p-pani, mieszkaliśmy kiedyś po sąsiedzku. Tak się składa, że nasz p-p-przyjaciel z Leśnej Lecznicy miał dzisiaj b-b-brać ślub, ale uroczystość nie mogła się odbyć – zamiast tego chcielibyśmy was zap-p-prosić na poczęstunek. Pod dawnym domem Dumbledore’ów ja i moja p-p-przyjaciółka będziemy rozdawać zupę, jeśli mają państwo ochotę – powiedział, dłonią wskazując jeszcze odpowiedni kierunek, choć był pewien, że wszyscy mieszkający w Dolinie Godryka wiedzieli, gdzie znajdował się budynek. – Czy po drodze mogliby p-p-państwo przekazać tę wiadomość również Irvingom i Shirleyom? – zapytał jeszcze, samemu planując polecieć już dalej – a gdy tylko uzyskał potwierdzenie, uśmiechnął się z wdzięcznością. – W takim razie – do zob-b-baczenia, dziękuję – odparł, robiąc krok do tyłu; moment później już go nie było, leciał w stronę następnego domu, odwiedzając w pierwszej kolejności znajomych i najbliższych sąsiadów, wszystkim przekazując podobną informację i prosząc, by ponieśli ją dalej. Na koniec odwiedził też starszego mężczyznę, u którego wraz z Cedrikiem remontowali pokój dla wnucząt – upewniając się, czy problemy z kręgosłupem nie uniemożliwią mu pojawienia się, w razie czego mógłby przywieźć mu porcję zupy – a później zatoczył koło, wracając do Kurnika, żeby odłożyć na miejsce pożyczoną miotłę. Zostawił ją pod ścianą, i znów deportował się pod dom Dumbledore’ów; jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, niedługo mieli się tam pojawić pierwsi mieszkańcy – a on chciał pomóc Hannah ze wszystkim.
[bylobrzydkobedzieladnie]




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością



Ostatnio zmieniony przez William Moore dnia 08.03.21 15:39, w całości zmieniany 1 raz
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]08.03.21 14:21
Wiedziała, że się martwił i wiedziała, że myślami będzie uciekał do córki co najmniej kilkukrotnie, póki nie spotkają się ponownie w domu Alexandra i nie zyska pewności, że wszystko było z nią w najlepszym porządku. Nie mogła mu zagwarantować niczego, ale najprawdopodobniej sam nie wierzył, by cokolwiek mogło się stać. Tak działała rodzicielska troska. O nadopiekuńczość, ale ta myśl tylko ją rozczulała. O ślubie nie wiedział nikt spoza zaproszonych gości, Alexander i Ida zadbali o kwestie bezpieczeństwa i z pewnością wszyscy, którzy chcieli z nimi świętować ten dzień zrobili wszystko, by mógł się odbyć w odpowiedniej atmosferze. Amelia była bezpieczna — a Billy, Billy mógł być porwany przez nią na kilka chwil. Na miejscu było całkiem pusto, ale nie zrażała się tym faktem. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak sobie założyli, na miejscu szybko pojawią się pierwsi mieszkańcy.
— Tak — odpowiedziała, spoglądając znów do kosza, w którym wszystko się zatrzęsło, a później na niego i na trzymany przez niego gar, który się zakołysał. Jęknęła w pierwszej chwili, ale Billy panował nad sytuacją, dzięki czemu zawartość nie rozlała się po bruku. Przyłożyła dłoń do piersi, uspokajając chwilowy atak paniki i uśmiechnęła się do niego przepraszająco. Oczy zatrzymały się na jego oczach, usta pozostały ułożone w lekkim uśmiechu jeszcze przez chwilę. Dopiero, gdy zamrugała kilkukrotnie, naprawdę schodząc na ziemię, zabrała się do pracy, przygotowywania wszystkiego. — Właściwie to tak — zaczęła powoli, przeciągając niektóre sylaby w zastanowieniu. — Być może będzie trzeba zwiększyć ilość tego, tak, aby starczyło dla wszystkich chętnych, ale to dopiero, kiedy wrócisz, na razie chyba nie ma takiej potrzeby.— Kilka machnięć różdżką sprawiło, że naczyń miało wystarczyć na początek. Trudno jej było oszacować ilu mieszkańców zechciałoby się tu zjawić. Pora była jeszcze dość wczesna. Istniała szansa, że wielu nie zdąży przygotowywać się do obiadu, a miska ciepłej zupy zrobi dobrze każdemu. — Niech zabiorą znajomych, przyjaciół, wszystkich członków rodziny i niech wpadną, miło spędzimy ten czas — ale przecież nie musiała go o tym zapewniać, dobrze wiedział. I chociaż dzisiejszy dzień miał wyglądać zupełnie inaczej, to był wspaniały pomysł, by obdarować wszystkich wkoło pysznościami, które przygotowali. Większość z tych produktów była trudno dostępna, zdobyli je, chcąc sprezentować młodej parze ślub jakiego pragnęli i na jakie zasługiwali. A teraz
Nie wyjaśniwszy mu właściwie nic, westchnęła z rezygnacją, ale jak zwykle szybko zreflektował się, zupełnie tak, jakby czytał jej w myślach. Opuściła obie ręce, kiedy odebrał od niej chusteczkę i posłusznie, za jego radą, spojrzała na niego, ignorując sprostowanie — niebo nie było piękniejsze od niego, obłoki bardziej interesujące, a pojedyncze ptaki zajmujące. Zadarła wyżej brodę, rozchyliła wargi, umożliwiają mu proste i bezproblemowe starcia karminu z ust.
— Mhm...— mruknęła dla potwierdzenia, że patrzy, dokładnie tak, jak chciał. Na niego. Serce nagle zabiło jej szybciej, a oddech spłycił się zupełnie, kiedy przystanął tak i delikatnym ruchem palca zmazywał szminkę. Był przy tym taki skupiony, jakby podjął się najważniejszego w życiu zadania. —Mhm...— mruknęła znów, ale przewróciła oczami, kiedy wspomniał o lekcji tańca, która miała się odbyć. Otwarła usta szerzej, by mu odpowiedzieć, ale wtedy na pewno by ją rozmazał, więc pozostała milcząca. Uniosła tylko jedną brew, powracając spojrzeniem do jego oczu. Namolnie i natrętnie szukając jego spojrzenia. Kiedy się spotkały, jeden kącik uniósł się wyżej.
— Bez ciebie? Nigdy — odparła, przechylając głowę na bok i zatrzepotała rzęsami, by zaraz westchnąć i wrócić z powrotem do kociołka, w którym czekała zupa. Nie wiedziała skąd i jak, ale pomimo dzisiejszego pecha Alexa, dopadł ją beztroski nastrój. — Tylko wróć, bo jeśli nikt nie przyjdzie nie zjem wszystkiego sama — przypomniała mu, skupiając już tylko — pozornie poważne spojrzenie — w stronę zupy, umyślnie i celowo na niego nie patrząc. Sekundy przed tym, gdy się odwrócił obróciła głowę. — Chusteczka! — Przecież jej nie oddał. Ale był jego już nie było. Westchnęła ciężko, sięgając po różdżkę, by spróbować temperaturę zupy. Powinni byli zrobić palenisko i zawiesić ją nad nim, by była gorąca. Jeśli szybko nikt się nie pojawi zupełnie wystygnie. Nikt nie lubił zimnej zupy. Była zupełnie do niczego. Przyłożyła dłonie do garnka, a później skierowała różdżkę do wnętrza kociołka, by podnieść w nim temperaturę. Robiła to bardzo powoli, raz za razem, drobnymi ruchami nadgarstka, nie chcąc doprowadzić jej do wrzenia. W końcu zaczęła delikatnie parować, a to przyprawiło ją o uśmiech. To znaczyło, że była wystarczająco ciepła. Włożyła chochlę do środka i machnęła różdżką w jej stronę, zaczarowując ją tak, by mieszała grochową, kiedy jeszcze trochę postanowiła zaklęciem zwiększyć temperaturę. I wtedy z prawej strony dostrzegła ruch.
— Dzień dobry!— powitała starszą kobietę, za którą przyszedł starszy mężczyzna. Schowawszy różdżkę, przystanęła przy miseczkach i ruchem ręki zachęciła parę, by podeszła bliżej. — Zapraszam! Nasi przyjaciele, którzy tu mieszkają, przyjaciele z Leśnej Lecznicy mieli dziś brać ślub, ale wydarzyło się coś strasznego. Pan młody chciał podzielić się z wami tym, co z tej okazji przygotowaliśmy. Proszę bliżej — zachęciła ich jeszcze z ciepłym uśmiechem, podchodząc z miseczką do ciołka. — To zupa grochowa, przygotowywała ją moja koleżanka, zapewniam, że jest wyśmienita.— Nie pytając ich o to, czy chcieli, zabrała się za jej nalewanie do naczyń. Ludziom czasem wstyd było prosić, chciała tego uniknąć. DLatego właśnie wypełniła je po brzegi i podała mieszkańcom doliny, wręczając po chwili łyżki. — O! Dzień dobry!— zawołała po chwili, widząc kolejne osoby wychodzące przez furtki, może zaciekawione tym, co się działo na ulicy, a może już powiadomione listownie przez swoim znajomych. — Proszę bliżej, zapraszam na zupę! — Ciężką chochlą nalewała do miseczek grochowej, przekazując kolejnym pojawiającym się osobom. Dostrzegła, że w pewnym momencie kilka osób przyglądało jej się uważnie i nie do końca była pewna, jak zareagować, dopóki, nie zwrócił jej uwagi trzask teleportacji. Billy zjawił się w samą porę.
— Chyba wiedzą kim jesteśmy — szepnęła do niego, gdy znalazł się tuż obok. Powinni im powiedzieć? Powinni spróbować im coś wyjaśnić? — Może czegoś potrzebują i moglibyśmy coś jeszcze dla nich zrobić? — Billy był na plakatach, podobnie jak i ona. Ale ludzie, którzy tutaj przyszli nie odchodzili, nie zrażali się ich obecnością. — Bardzo proszę — powiedziała z uśmiechem, przekazując kolejną miskę zupy. — Mógłbyś wziąć te dwie maleńkie miseczki i jakoś je powiększyć? A potem powielić? — Wskazała mu ruchem głowy na dwa małe gliniane naczynia, które były znacznie mniejsze od pozostałych.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]08.03.21 17:42
Czuł ciepło, rozlewające się za mostkiem i rozgrzewające go od środka, gdy spoglądał na Hannah: przekazującą mu wskazówki, przeliczającą w skupieniu naczynia, starającą się na ostatnią chwilę zorganizować poczęstunek dla ludzi, którym miska ciepłej zupy mogła uczynić dzień łatwiejszym. Nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie ubrać w słowa, jak bardzo ją podziwiał – jej zapał, oddanie przyjaciołom, i to, jak bez zawahania wyrywała się do przodu, gdy tylko widziała kogoś, kto potrzebował pomocy. Czasami miał wrażenie, że dosłownie nic nie było w stanie jej złamać.
Zawieszone na dłuższą chwilę spojrzenie prawie przekształciło się w słowa; niewypowiedziane sylaby zachwiały się gdzieś na koniuszku jego języka, ale nim zdążyłyby z niego spłynąć, rozmyślił się, a ulotna myśl rozwiała się gdzieś w otaczającym ich powietrzu. Pokręcił bezwiednie głową, wracając myślami do słów przyjaciółki. – P-p-powiem im – przytaknął, nie mając wątpliwości, że uda się zebrać przynajmniej kilka osób, które zdecydują się na parę chwil opuścić bezpieczne ściany domów. Nie tylko dla ciepłego posiłku, choć i on był ważny; miał jednak wrażenie, że w czasach, z którymi przyszło im się mierzyć, równie mocno co zapasów, zaczynało brakować poczucia jedności; że w momencie, w którym sąsiadowi zdarzało się odwrócić od sąsiada, a ministerialna propaganda nawoływała do donosicielstwa, wszyscy tracili coś bardzo istotnego.
W całym tym rozproszeniu spowodowanym bliskością Hannah, jej spojrzeniem wpatrzonym w niego z dystansu całych kilkunastu centymetrów, oddechem łaskoczącym przesuwające się wzdłuż warg palce, zapomniał zwrócić jej chusteczkę; wymknęła się z jego myśli, gdy tylko opuścił dłoń, przez dłuższy moment pozostając jeszcze w bezruchu – otrząsając się z niego dopiero, gdy przyjaciółka odwróciła się z powrotem w stronę kociołka. Uśmiechnął się pod nosem w reakcji na jej słowa. – Z-z-zawsze do ciebie wracam – powiedział cicho – ale zanim zacząłby się zastanawiać nad drugim, głębszym znaczeniem tych słów, obrócił się dookoła własnej osi, znikając z cichym trzaskiem.
Ściskaną w dłoni chusteczkę, poznaczoną ciemniejszymi śladami czerwieni, dostrzegł już pod Kurnikiem, nie widział jednak sensu w niepotrzebnym opóźnianiu stojącego przed nim zadania; złożył więc jedynie tkaninę ostrożnie, żeby później wetknąć ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza, gdzie miała bezpiecznie zaczekać na okazję, w której będzie mógł ją zwrócić. Niedługo po tym sam o niej zapomniał – skupiony głównie na odwiedzeniu jak największej ilości domów, przelatywał od jednego do drugiego, przed każdym wymieniając ze stającymi w drzwiach ludźmi kilka uprzejmości i zapraszając ich pod dawny dom Dumbledore’ów. Wracając, kilkoro z nich już chyba dostrzegł – zmierzających wzdłuż prostej dróżki, albo zatrzymujących się przy sąsiednich drzwiach, żeby przekazać wieści sąsiadom i przyjaciołom. Był pewien, że pierwsi z nich mieli lada moment dotrzeć na miejsce, do Hannah.
Nie pomylił się zbytnio; gdy teleportował się ponownie przed murek, przy którym ją zostawił, od razu dostrzegł, że nie była już sama: otaczali ją mieszkańcy w różnym wieku, starsi, młodsi; niektórzy uśmiechnięci, inni jeszcze rozglądający się odrobinę niepewnie, trzymający już w dłoniach miski z zupą albo czekający cierpliwie na swoją kolej. Jego pojawienie się musiało zwrócić ich uwagę, widział, że kilka osób rozejrzało się nerwowo, ale zamachał szybko ręką, chcąc ich uspokoić. – Dzień dobry! Cieszę się, że p-p-państwo dotarli – przywitał się z uśmiechem i od razu ruszając do przodu, żeby pomóc Hannah w rozlewaniu zupy. Musiała ją podgrzać, bo nad kotłem unosiła się para, barwiąc jej policzki na różowo; zawiesił na niej na moment spojrzenie, nie uciekając nim, kiedy go na tym przyłapała. Gdy znalazł się na tyle blisko, by dotarły do niego wypowiedziane cicho słowa, uniósł wyżej brwi – nie poczuł jednak zmartwienia. – Albo po p-p-prostu przyglądają się tobie. Wcale im się nie dziwię – szepnął, nachylając się bliżej jej ucha; tak, żeby jego głos dotarł tylko do niej. Zerknął na nią ukradkiem, poważniejąc dopiero po chwili; wiedział, o co jej chodziło, oboje widnieli na wystawionych przez Ministerstwo Magii listach gończych – rozpoznanie ich, nawet w bardziej odświętnym wydaniu, nie mogło być aż takie trudne. – Co masz na m-m-myśli? – zapytał. Jak chciała zaproponować im pomoc? Nie był pewien, czy mogli sobie pozwolić, by zrobić to otwarcie, choć z drugiej strony – nie wierzył, by ci ludzie mieli wobec nich złe intencje; wojna dotknęła ich tak samo, jak wszystkich – żadne z nich nie wychodziło na niej dobrze, i nie wyglądało na to, by obecna władza spieszyła im na pomoc.
Bez zawahania wziął od niej miseczki, ustawiając je równo na murku obok. – Pewnie, już t-t-to robię – odpowiedział, z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągając różdżkę. Transmutacja nie była nigdy jego konikiem, choć ostatnio zdarzało mu się sięgać po nią częściej niż wcześniej; proste zaklęcia, jak to powiększające czy powielające, brzmiały w jego ustach odrobinę mniej obco – ale i tak musiał porządnie się skupić, nim udało mu się nadać miskom odpowiedni rozmiar. Nie wyszło mu to idealnie, jedna z nich urosła z jednej strony odrobinę bardziej niż z drugiej, przez co jej kształt stał się nieregularny – nie jednak na tyle, by trudno było ją utrzymać w dłoni. Podrapał się po skroni, zastanawiając się, czy próba naprawienia pomyłki miała sens, ale ostatecznie stwierdził, że zajmie się tym, gdy przyjdzie czas na ponowne pomniejszenie naczyń – być może prosząc wcześniej o kilka wskazówek Hannah.
Z powielaniem poszło mu już lepiej, a gdy odstawiał stosik miseczek ułożonych jedna na drugiej, kątem oka dostrzegł pośród pojawiających się przed domem mieszkańców znajomą twarz. – P-p-panie Thompson, tutaj! – zawołał, unosząc dłoń, żeby zwrócić na siebie uwagę starszego czarodzieja; to jego dom odwiedzili parę tygodni wcześniej razem z Cedrikiem. – Udało się p-p-panu namówić córkę, żeby przyszła? Jak się p-p-pan czuje? Plecy już panu nie dokuczają? – zapytał, w międzyczasie sięgając po kolejną miskę; przytrzymał ją nad kotłem, żeby stojącej obok Hannah wygodniej było napełnić ją zupą. – To Hannah, moja p-p-przyjaciółka, opowiadałem panu o niej – dodał, zerkając z uśmiechem na Hannah; przypominając sobie o jej słowach – o tym, że być może mogliby zaproponować tym ludziom jakąś pomoc. – Pana wnuki są zadowolone z p-po-pokojów? – zagadnął, odnosząc się do remontu, który wspólnie z aurorem pomogli mu przeprowadzić. – Gdyby p-p-potrzebował pan jeszcze jakichś napraw albo czegokolwiek – p-p-pan albo ktoś z sąsiadów, proszę się nie wahać – zapewnił go, wystarczająco głośno, by jego słowa dotarły też do pozostałych. Uniósł spojrzenie, rozglądając się – tłumek wokół nich zdawał się rosnąć z minuty na minutę, ludzie przysiadali na murku i rozmawiali ze sobą, gdzieś mignęła mu para drobnych sylwetek dzieci. Przeniósł wzrok na Hannah, uśmiechając się do niej porozumiewawczo; żałował, że nie mogli wprowadzić tego na stałe do ich codzienności.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]11.03.21 15:08
Parę słów wywołało drżenie w jej klatce piersiowej i zmusiło ją do wzięcia głębszego oddechu. Spojrzała na niego, poważniejąc na moment. Zawsze wracał. Tak, miał rację. Nie dlatego serce zadudniło jej wyraźniej, a po plecach przebiegł pełen niepokoju dreszcz, przy jednoczesnej fali przyjemnego ciepła rozlewającej się od jej żołądka. Te kilka słów wyryły się w jej głowie niczym złożona uroczyście przysięga, najprawdziwsza obietnica. Jak to, że nigdy jej już nie zostawi. Skierowane ku niemu czekoladowe spojrzenie pragnęło znaleźć w jego jasnych potwierdzenie, że nie był to ani zwiewny żart, ani nawet słodki flirt, a najprawdziwsza prawda. Pewnego rodzaju przyrzeczenie. Niczego bardziej nie pragnęła, na nic silniej nie liczyła jak właśnie na to; że cokolwiek się wydarzy zawsze będzie. Wróci. Nie odejdzie. Nie zostawi jej, nie da się zabić. Nie zniknie z jej dnia ani z dnia na dzień, ani nie pozwoli im na powolny rozkład tuż pod nosem.
Uśmiechnęła się w końcu szeroko, promiennie i szczerze, nim zniknął, a jej ciało pokryło się gęsią skórką na ten widok bardziej niż przez świadomość, że na chwilę została tu zupełnie sama.
— Bardzo proszę.— Podała koleją miseczkę z zupą, ostrożnie nabrawszy grochowej do chochli i potem do naczynia. Uśmiechała się ciepło do każdej osoby, która do niej podchodziła, starając się zetrzeć złe wrażenie spowodowane jej podobizną rozwieszoną po kraju. Nie pomyślała o tym wcześniej, ale część z osób, które się tu gromadziły z pewnością nieufnie podchodziło do tego spotkania, choć wątpiła, by ktokolwiek wierzył w brednie ministerstwa. — Jest bardzo pożywna i ciepła, w sam raz na taką pogodę — zachęciła kolejnego czarodzieja, który niezdecydowany podszedł, by zerknąć do kotła, jakby w obawie, że zamiast zupy znajdzie tam eliksir nasenny. Mimo obaw wszyscy jednak, poza niezbędną ostrożnością, dobrze reagowali na to zdarzenie. Widziała po twarzach pierwszych osób, które przystanęły  boku zajadając się obiadem, że im smakował i byli zadowoleni – może nawet uradowani, że mogli zjeść ciepły posiłek i to zupełnie za darmo.
Kiedy przyjaciel znalazł się obok niej i odezwał się do wszystkich uśmiechnęła się pod nosem. Dawno go nie widziała takiego, zupełnie jakby był w żywiole — pomagając innym odżywał. Jego oczy błyszczały, twarz promieniała. Po zdarzeniach w Azkabanie była to niezwykła odmiana. Kiedy się nachylił do niej, w pierwszej chwili zerknęła na niego przerażona, odbierając jego słowa jako przytyk — do niej, do plakatów. Ale jego oczy mówiły coś zupełnie innego, podobnie jak wargi, na które zerknęła na chwilę, szybko odwracając wzrok, gdy zdała sobie sprawę, że serce przyspieszyło jej rytmu.
— Przestań — szepnęła, ganiąc go za ten komentarz, który sprawił, że na ustach pojawił się uśmiech tak szeroki i tak usilnie powstrzymywany, że w pokrytych szkarłatem policzkach pojawiły się dołeczki. Milczała przez chwilę, starając się szybko odegnać od siebie jego w tym wydaniu; zawadiackim, czującym, niemożliwym do odparcia. — Co o nas pomyślą...— No co? Nie wypadało im tego robić przy nich wszystkich i to w ten sposób. A jednak trudno było jej się powstrzymać. Spojrzała na niego i raz i drugi, dopóki w końcu, po kilku wdechach i wydechach udało jej się przekierować myśli na zupełnie inny tor. — Nie wiem. Powiedzieć im, że jeśli są nękani, albo potrzebują zorganizowania jakiegoś wyjazdu, mogą się do nas odezwać, zgłosić. Te informacje w Proroku...— zaczęła, nie wiedząc właściwie, jak odnieść się do tego. — Czasem ludzie wierzą, że sobie poradzą, dopóki ktoś nie wyjdzie z propozycją. Nie chcą prosić o pomoc. — Wzruszyła ramionami, nie do końca pewna, co właściwie chciała tym osiągnąć. Oaza była przepełniona, nie mieli dokąd zabrać ludzi z Doliny Godryka, jeśli obwiali się o swoje życie. Mogli tylko zrobić wszystko by tu, w Somerset było naprawdę bezpiecznie.
Kiedy zabrał się za transmutowanie miseczek, a później ich powielanie, uśmiechnęła się pod nosem delikatnie. Szło mu lepiej niż twierdził.
— Świetnie. Mogę?— spytała, wyciągając rękę po jedną z nich, by nalać kolejnej porcji zupy. Odruchowo uniosła wzrok w stronę, którą krzyczał, kiedy już zawołał jednego z mieszkańców po nazwisku i uśmiechnęła się do niego, kiedy podszedł, witając się lekkim, mało protekcjonalnym ukłonem.— Dzień dobry. — Nie musiała prosić o następne naczynie. Podsunięte nad kocioł pozwoliło jej głębiej sięgnąć chochlą, kiedy zupy było już mniej. Zalała ją do pełna i spojrzała z zaskoczeniem na przyjaciela. — Bardzo mi miło, panie Thomson. Cieszymy się, że mieszkańcy zechcieli się tu zjawić.— Wyglądał na życzliwego człowieka, zresztą sposób, w jaki Billy z nim rozmawiał jasno wskazywał na to, że darzyli się wzajemnym szacunkiem. Nie spodziewała się, że o niej opowiadał. Komukolwiek i cokolwiek, ale nie mogła przestać się uśmiechać. — Gdybyście potrzebowali jakiś... eliksirów, albo ingrediencji, myślę, że też moglibyśmy pomóc. Nie osobiście, ale znamy ludzi, którzy mogą.— Pomyślała przede wszystkim o Charlie, która odkąd była w Oazie niewiele działała w tym zakresie, ale gdyby coś było potrzebne i mogło pomóc — drobne eliksiry wspomagające, lecznicze, na pewno by się nad tym nie zastanawiała.
Z czasem ulica zapełniła się ludźmi, a kociołek z grochową został niemalże opróżniony do końca. Przechyliła go nieco, by ostatnie kilka łyżek nabrać i podać Billemu, podstawiając pod nią własną dłoń, by nic nie spadło na ziemię. Nie zostało nic dla nich, ale nie miała ochoty na jedzenie.
— Pewnie jesteś głodny — założyła; na pewno był. Byli tu już dobrą godzinę, sama zdążyła zmarznąć, szczególnie odkąd zupa zmniejszyła swoją zawartość o połowę i nie grzała już tak, jak do tej pory. Od pary czarodziejów przyjęła dwie puste miseczki i odłożyła je do koszyka, machnąwszy wcześniej różdżką i czyszcząc je szybko — kiedy wrócą do kurnika wrzuci umyje je jeszcze raz. Widząc biegające pomiędzy dorosłymi dzieci i czarodziejów zgromadzonych przed nimi, rozmawiających jak gdyby nie było wcale wojny, a oni świętowali na jakimś festynie, uśmiechnęła się szerzej i westchnęła. To wszystko przypominało dom. Pełen spokoju, beztroski i radości, wypełniony rozmowami i piskiem najmłodszych. Złapała spojrzenie przyjaciela i oparła się o niego ramieniem, kiedy zrobiło jej się chłodniej. Przy nim było cieplej. I bezpieczniej.
— Wygląda miło, prawda? Myślisz, że ludzie w Oazie w trakcie świąt też będą mogli na moment zapomnieć o wszystkim?— spytała, obracając głowę w jego kierunku.

| rzucam na skutki traumy...



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Dawny dom rodziny Dumbledore [odnośnik]11.03.21 15:08
The member 'Hannah Wright' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Dawny dom rodziny Dumbledore - Page 20 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 20 z 22 Previous  1 ... 11 ... 19, 20, 21, 22  Next

Dawny dom rodziny Dumbledore
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach