Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Fleet Street
AutorWiadomość
Fleet Street [odnośnik]02.05.15 12:23
First topic message reminder :

Fleet Street

Jedna z najstarszych ulic Londynu, przy której mieszczą się różnego rodzaju punkty usług. Jeśli wierzyć miejskiej legendzie, niegdyś jeden z nich prowadzony był przez seryjnego mordercę, golibrodę Sweeney Todda. Jego historia rozsławiła to miejsce na cały świat. Zamknięta dla samochodów, stanowi przejście pomiędzy City of Westminster a City of London, ozdobione przepiękną bramą. Można tutaj również podziwiać jedną z wielu rzeźb Charlesa Bella Bircha; postument uwieńczony statuą smoka.    
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Fleet Street [odnośnik]28.04.21 11:04
Obserwował, jak Londyn pustoszał z miesiąca na miesiąc, tygodnia na tydzień. Jak z ulic znikali niczego nieświadomi mugole, znikały głośne samochody. Niegdyś pełna ludzi ulica opustoszała — choć dziś już miał wrażenie, że ilość poruszających się po niej czarodziejów była nową definicją londyńskiego zgiełku. Ale to sprzyjało takim chwilom, jak ta. Opierając się o róg kamienicy, wyglądał na Fleet Street, wyczekując odpowiedniego momentu. Jegomość, którego obserwował już dłuższą chwilę, a który wchodził do sklepu obuwniczego razem ze swoją elegancko ubraną żoną właśnie zszedł z płaskich stopni, odwracając się do kobiety, by zamaszystym ruchem wyrazić swoje niezadowolenie. Cholerny burak, kręcący nosem na nieodpowiednią barwę lakierowanych, skórkowych pantofli, za które mógłby wyżywić przez miesiąc wielodzietną rodzinę na przedmieściach. Uniósł brew, mrużąc oczy, śledząc jak jeszcze raz wymachuje sakiewką trzymaną w dłoni, a następnie chowa ją do lewej kieszeni ciepłego, kaszmirowego płaszcza. Oderwał się wtedy od zimnego muru, postawił kołnierz płaszcza, a czapkę naciągnął mocniej na czoło, ruszając swobodnym, choć szybkim krokiem w jego kierunku. Szedł prosto na niego, powoli skręcając na prawo, jakby zamierzał go minąć. Szybko i niedbale obrzucił spojrzeniem jego żonę, później jego twarz, wykrzywioną w oburzeniu. I tuż przed tym, jak mieli się minąć, zboczył i obrócił głowę w drugą stronę — jakaś witryna nagle przykuła jego uwagę.
— Przepraszam! Najmocniej pana przepraszam!— wyrzucił z siebie z najszczerszym żalem, wyciągając ręce przed siebie, w stronę wściekłego mężczyzny. Na moment zbliżył się, lewą ręką złapał go za przedramię, prawą przyłożył do serca. — Łamaga ze mnie, niech mi pan wybaczy. Mam nadzieję, że...— nie zdążył powiedzieć nic więcej, kiedy czarodziej podniósł głos rozjuszony impertynencją młodzieńca. W tej samej chwili wsunął lewą dłoń do jego prawej kieszeni, by wyciągnąć z niej sakiewkę i minął go, by niepostrzeżenie przełożyć ją do kieszeni. — Jeszcze raz przepraszam, już... — Odwrócił się, wycofując jeszcze tylko chwilę patrząc na plującego się typa. A potem odwrócił się i szybko ruszył przed siebie, wkładając obie ręce do kieszeni. Przeszedł na drugą stronę ulicy, sunąć wzdłuż murów. Zanim się zorientuje, że coś zniknęło z jego kieszeni będzie już daleko. Skupiony na obracaniu sakiewki w kieszeni i wstępnym ocenianiu wielkości łupu, nie usłyszał początkowo dźwięku harmonijki. Dopiero po chwili, gdy pojedyncze dźwięki poskładały się w jego głowie na dobrze znaną melodię, przystanął marszcząc brwi. Niemożliwe, pomyślał. Obrócił się za źródłem dźwięku, aż w końcu dostrzegł po drugiej stronie postać. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Na chwilę znieruchomiał, oczy otwarły się szerzej, jakby ujrzał przed sobą ducha. Prawie potrącony przez kogoś zszedł z chodnika na ulicę, zbliżył się nieco. Nie odezwał się ani słowem, stanął tylko przed nim, głos ugrzązł mu w gardle — to musiał być przypadek, wzrok musiał płatać mu figla. A co jeśli nie? Thomas? Spytał, ale wyłącznie we własnych myślach.

| konsekwencje po rejestracji


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Fleet Street [odnośnik]28.04.21 11:04
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 7
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]28.04.21 16:06
Niektórzy ludzie przystawali, chcąc przez moment posłuchać gry, ale Thomasowi absolutnie to nie przeszkadzało. Nie zwracał na siebie złej uwagi, prawda? W końcu odrobina muzyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła, tym bardziej że póki co nie miał kłopotów z tutejszymi władzami. Jednak dobrze było tak odwiedzić nowe miejsce, nowe miasto... Przynajmniej na początku mógł mieć lekką taryfę ulgową, będąc nieznanym większości. No i stanowczo był to plus większych miast, że nie wszyscy tak szybko się na nim mogli poznać i nauczyć, żeby go unikać.
Wodził wzrokiem po zebranych osobach. Jakieś dzieciaki, na które od razu zanotował, żeby uważać, bo w końcu nie chciał się tutaj dać okraść, a jednak pamiętał czasy, kiedy sam był młody i korzystał ze wszystkich okazji, które tylko mu się nadarzyły. Kupiec, grajek, inny artysta... Chociaż nie, żeby zawsze uchodziło mu to na sucho.
Posłał uśmiech jakiejś młodej damie, która również przystanęła posłuchać. Stanowczo niektóre umiejętności w podbijaniu do serc takich były przydatne. Zatańcz, zagraj coś, a niektóre są bardziej niż zainteresowane! Chociaż widząc kolejną sylwetkę, która dołączyła do zbiorowiska, z ciekawości przeniósł na nią wzrok.
Dawno chyba już się tak nie cieszył. Nie w sposób jakby coś ukradł, ale w ten ciepły i kojący, jakby coś mu podpowiadało, że już wszystko będzie w porządku. Owszem, był w lekkim szoku, nie spodziewając się zobaczenia tej konkretnej twarzy w tłumie, ale to mogło znaczyć, że żyje, prawda? A jeśli żyje James, mogło to znaczyć, że inni również? Mógł mieć przynajmniej taką nadzieję, bo początkowo skupił się na fakcie, że to brat stoi przed nim we własnej osobie. Chciałby móc się go zapytać co z resztą, co z nim przez te ostatnie dwa lata, bo przecież go to interesowało! To nie tak, że kompletnie zapomniał o rodzinie, ale... Chyba nie chciałby się dowiedzieć, że nie żyją. Ta wizja go paraliżowała, przez co wolał jednak trzymać się w niewiedzy, która zawsze zostawiała chociaż odrobinę nadziei na to, że będzie dobrze.
Kontynuował jednak melodię, jakby nie chcąc zawieść innych słuchaczy, jednocześnie wpatrując się w młodszego Doe, ale im dłużej trwały te chwile tym miał więcej wątpliwości.
Co jeśli to nie był brat? Zjawa, duch? Może ktoś się pod niego podszywał? Może już tracił zmysły i nie zorientował się wcześniej, a teraz przed nim stały jakieś majaki? Było z nim aż tak źle? A może było to zaklęcie? Znał życie i przez ostatnie dwadzieścia jeden lat nauczył się, że jeśli coś wydaje się zbyt piękne, lepiej było na to uważać. Tym bardziej, że im dłużej stali na swoich miejscach, tym bardziej wspomnienia wracały. Kłótnia, wyzwiska i prawie bójka, później nie rozmawiali, źli na siebie że jeden drugiemu nie przyznał racji. Jednoczesną świadomość, że jednak James żyje i może nie była to ich ostatnia rozmowa znów napawała go na moment optymizmem, tylko po to, żeby wspomnienia z nocnej rzezi wróciły. Nie widział jego, nie widział siostry i nie pamiętał wiele. Uciekł, choć nie sam... Miał szczęście, które oddałby całe za możliwość cofnięcia się do tamtego dnia, żeby miał w sobie chociaż odrobinę odwagi i rozsądku do wyjścia przed tabor, i udania się z tymi, którzy po niego przyszli.
Wątpliwości coraz bardziej go uderzyły, razem z poczuciem winy. Nie wiedział czy konfrontacja z bratem... Nie wiedział co miałby mu powiedzieć, a on stał tutaj we własnej osobie przed nim! Miałby go przeprosić? Na to dwa lata za późno, zresztą, co mu było po przeprosinach teraz? Jeszcze znów sprowadziłby na niego kłopoty, jeszcze znów coś złego by na nich sprowadził, przeliczając swoje siły. Nie był gotowy na taką rozmowę, może gdyby nie nadszedł na nią czas tak z zaskoczenia, byłoby inaczej? Może wtedy zdążyłby uciec szybciej i dalej, może znów z Anglii, może na kontynent lub inną wyspę?
Urwał graną melodię, zaraz rzucając się w lewo i przepychając między dzieciakami, żeby rzucić się pędem na ulicę i zaraz skręcić w jedną z pobocznych uliczek. Może nie przemyślał teraz tego czy ucieczka da mu cokolwiek, jednak postąpił odruchowo. Kiedy adrenalina mu skakała, często rzucał się bez namysłu do ucieczki.
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Fleet Street [odnośnik]28.04.21 16:06
The member 'Thomas Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 62
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]29.04.21 17:23
Jeszcze przed chwilą mógłby przysiąc, że był gotów na to spotkanie, że czekał na nie niecierpliwie. Czekał na niego z mieszaniną wściekłości i szczeniackiej tęsknoty, którą przykrywał pod grubą zasłoną obojętności. Nie był. Patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie nie wiedząc ani co powinien powiedzieć, ani zrobić. Stanął miedzy ludźmi, ale nie dostrzegał nikogo. Nie widział kobiet, które przyglądały się ulicznemu grajkowi, uśmiechając do niego tak, jak im zdecydowanie nie wypadało, ani dzieciaków, które zerkały z ciekawością i podskakiwały w nieudolnych próbach tańca. Zupełnie tak, jakby byli tu na ulicy tylko oni dwaj. On i jego brat, Thomas. Sparaliżowany widokiem ducha, przeżywając wewnętrzną walkę dwóch skrajnych emocji, naiwnie łudził się, że kiedy skończy grać podejdzie i odezwie się, a jego głos przyniesie falę tych ciepłych, starych wspomnień. Przypomną, pierwsze strzelanie z ręcznie robionej procy prosto w zad karego ogiera, który ciągnął wóz z rzepą, czy wygwizdywaną nad strumieniem melodię, gdy wepchnął go do lodowatej wody, tylko po to by zwrócić uwagę zajętych rozmową kobiet, zaraz potem ratując małego brata z opresji, tym samym zyskując aprobatę wzruszonych dam. Ale nic takiego nie nastąpiło. Melodia urwała się nagle, niespodziewanie, a on wystrzelił w bok, nie patrząc na nic i na nikogo.
Jeśli do tej pory nie miał pewności, że to właśnie Tommy stał na chodniku i przygrywał tę melodię, to teraz właśnie ją zyskał. To musiał być o n lub ktoś podszywający się pod niego, kto znał go bardzo dobrze.
Mógłby tak stać i patrzeć, zszokowany, jak się oddala, jak biegnie ile sił w nogach, uciekając — właściwie przed czym? Przed kim? Ale sekundy po nim ruszył sam, zwinnie wymijając kilka osób, przemykając pomiędzy i nie potrącając nikogo. Nie wiedział nawet dlaczego, wypruł przed siebie, biegnąc w równoległej linii, powoli zbaczając w jego kierunku, by znaleźć się zaraz za nim. Złość wygrała dopiero wtedy. Cały żal, który zgromadził przez te dwa lata, a może znacznie dłużej, może całe życie — zawsze uciekał, tak, jak teraz — eksplodował w nim nagle, zalewając gorącem, wybuchem adrenaliny, motywacji. Nie mógł się zatrzymać. Nie chciał. Chciał tylko biec, dorwać sukinsyna. Miał mu tyle do powiedzenia. Tak wiele pytań, tak wiele do zarzucenia.
Zostawił go na pewną śmierć. Zostawił go tam w obozie, nie dbając o to, czy umrze. Uciekł. Jak zawsze.
I po dwóch latach nic się nie zmienił.
Miał zamiar za nim krzyknąć, ale nie powinien tracić sił na zbędne słowa. Zamierzał do niego podbiec, złapać go za ubranie i szarpnąć — tylko tak mógł go sprowadzić na ziemię, wytrącając z biegowego rytmu, odbierając poczucie równowagi.

| tu sprawdzałem ile osób potrącę... Rzucam też na gonitwę - jeśli cię przebiję od razu spróbuję powalić na ziemię. Dodatkowo zdarzenie:

1. Z uliczki, w którą wbiegł Thomas wyjechał czarodziej na aetonanie, który stając twarzą w twarz z uciekinierem stanął dęba. Nieprzygotowany czarodziej spadł z niego na bruk, prosto w wodnistą kałużę, brudząc sobie szatę. Wściekły sięgnął po różdżkę i rzucił Thomasowi pod nogi Adiposio.

2. Dramatyczna gonitwa zwróciła uwagę nie tylko ludzi, ale także zwierząt, które błąkały się po okolicy w poszukiwaniu jedzenia. Być może zachęcone biegiem jako formą zabawy, a może poczuwszy uciekający posiłek, ruszyły w pogoń za chłopakami.

3. Uliczka, w którą biegł Thomas okazała się ślepa. Na jej końcu znajdował się mur, który dało się przeskoczyć, ale należało się wcześniej na niego wdrapać.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Fleet Street [odnośnik]29.04.21 17:23
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 47

--------------------------------

#2 'k3' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]29.04.21 20:19
Czuł się jakby znowu dręczył go koszmar, ten sam który próbował uciszyć już od dwóch lat, w którym to właśnie przewinienia ze śmiercią rodziny na czele go gonią. Zawsze się budził przed lub tuż po tym jak go dopadły, i miał nadzieję że tym razem był właśnie we śnie. Z pewnością to był znów koszmar, w którym biegł ile tylko miał sił w płucach i tak jak wszystkie mięśnie pamiętały. Nie chciał zostać złapanym... Nie chciał pozwolić, nie chciał wiedzieć co jest po tym wszystkim, jakie tortury. Ucieczka była łatwiejszą opcją, bo nie miał ani rozsądku Sheili, ani chęci do starć bezpośrednich takich jak James. Był tchórzem i wolał zachować swoją ostrożność. Mógł zagadać, mógł odwrócić uwagę czy wyłgać się z kłopotów, co często mu się przydawało. Odrobina pewności siebie, a inni ludzie dawali się nabrać, o tym zawsze powtarzał Jamesowi...
Zwierz czy zdenerwowany czarodziej nie był czymś nad czym Thomas by się pochylał, chcąc uciec. Cóż, może i serce mu na moment stanęło będąc twarzą w twarz za zaraz zdenerwowanym aetonanem, chociaż w tym momencie adrenalina stanowczo stała po jego stronie. Zaraz jednak pożałował swojej pewności co do ucieczki, czując jak musi łapać równowagę, jeśli chciał biec dalej, a chciał. Zresztą, miał wrażenie, że wszystko go zaczęło gonić. Cały świat był przeciwko niemu, a on wyjątkowo jak raz mógł powiedzieć, że był niewinny! A przynajmniej tego dnia. Nikogo nie próbował okraść, pobić czy nawet nie planował jakiejś wątpliwej moralnie działalności! Jeden dzień w roku taki się stał, że próbował udawać niewiniątko i jak to się na nim zemściło? Materializując jego koszmary! Koniec, to dowodziło jego teorii, według której z bycia bezinteresownym dla obcych (no tak, bo w końcu Tomek interesu w nie okradaniu obcych nie miał) i nie myślenia o sobie nigdy nie wynikało nic dobrego!
Tym bardziej utwierdziła go w  przekonaniu ta uliczka, która wyraźnie nie chciała go puścić. A jeśli zacznie bardziej uciekać, jeśli rzeczywiście był to James... To skończy się tylko gorzej. Przecież w bracie taka złość, z jaką go gonił jedynie rosła i rosła, nie było mowy o tym, żeby się uspokoił, żeby mogli gdzieś usiąść i porozmawiać... Jeśli rzeczywiście był to James. A chciał chyba w to wierzyć. I mimo, że wciąż jeszcze bał się, że może to zjawa, może ktoś kto się podszywał.
Cóż, ryzyk fizyk, chciał mieć wszystko albo nic, albo chociaż udobruchać tego, który go gonił. Stanął pod ścianą bardziej, mimo wszystko przygotowując ręce na ryzyko, że ten spróbuję się na niego rzucić. Chciał go złapać, powstrzymać.
I przychodziły mu do głowy kłamstwa, sztuczki które mógłby zastosować. Obrócić to wszystko w żart, spróbować go rozbawić czy uspokoić, spróbować zacząć grać głupa, domagać się wyjaśnień, dlaczego ten go gonił... Miał wiele opcji, ale jeśli był to James... Jeśli rzeczywiście był to on żywy i we własnym ciele, nawet jeśli był to tylko duch, ale jego brata, mógł mieć jedyną taką okazję. Po złości... Mógł chyba się domyślić jak był zły. On sam by był na siebie wściekły! I był na siebie wściekły... Za to jak postąpił, zachował się jak dureń.
Mógł próbować kłamać, ale nie wybaczyłby sobie tej okazji, przepuszczania jej jak ostatni błazen i kretyn.
- Okej, cokolwiek zrobisz James, zasłużyłem na to w pełni - wyrzucił z siebie dość szybko, wciąż jeszcze zestresowany i odczuwając adrenalinę, która chyba nie chciała na razie opaść. Ale mógł spróbować zachować się jak on, bo mogło to rozładować atmosferę, może nie będzie tak bolało, albo ktokolwiek przed nim stał, zlituje się nad nim? Ale jeśli był to jego brat, nie mógłby na niego podnieść ręki teraz. Zasłużył na wszystko, co ten chciał mu zgotować, bo przecież... Przecież to było jego winą, co spotkało ich tabor! Gdyby nie był na tyle uparty i posłuchałby się kogokolwiek, może i sam by za to zapłacił, ale miałby przynajmniej świadomość, że James i Sheila są bezpieczni z resztą taboru, że Jeanie by żyła...
- Słuchaj, mam randkę wieczorem, więc możesz nie w twarz? Jak ja będę wyglądał... No i nie poniżej pasa, znasz te zasady, nie? Jimmy... - rzucił ze swoim typowym uśmiechem, chociaż nie starał się nawet na ukrycie teraz stresu czy początkowego załamania głosu. Jeśli to nie był on... To wtedy przyjdzie czas na kłamanie.

Rzucam na równowagę przy ślizganiu. Nie bronię się przed próbami bicia.
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Fleet Street [odnośnik]29.04.21 20:19
The member 'Thomas Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]30.04.21 10:28
Gonił go odkąd pamiętał. Całe swoje życie. Uciekał za nim myślami z ciemnej, małej i zimnej piwnicy, do której wpadało zagubione i słabe światło z ulicy. Gdzie się wtedy podziewał? Czy był sam? Czy był bezpieczny? Czy nie tęsknił za nimi nim wrócił do domu? Był zbyt mały, by odczuwać żal, że uciekł i zostawił go tam z siostrą, która płakała, nie rozumiejąc jeszcze co się właściwie działo. Gonił go też, gdy kradli jabłka z koszy ustawionych przy polnej drodze, gotowych do zapakowania je na wozy i zawiezienia do centrum miasta, do sklepów. Biegł za nim, słysząc w głowie jego zagrzewający głos po pierwszej kradzieży. Przejęty, wystraszony, zagubiony, podążał za nim jak cień, biegnąc ile miał sił w nogach tylko po to, żeby nie stracić brata z oczu ani na chwilę. Był jak jego cień, nie pojmując, dlaczego znikał od czasu do czasu, umykał mu. Nie wiedział, co robił źle, że nie mógł robić wszystkiego razem z nim. Chciał być jak on. Wiele lat. Patrzył na niego, chłonąc każde jego słowo, każdą radę. Śmiał się, kiedy on się śmiał, ufając, że to, z czego się śmiali było naprawdę zabawne, nawet jeśli w pierwszej chwili wcale nie czuł się dobrze. Jadł to, co mu podsuwał pod nos, nawet jeśli wyglądało odrażająco, wierząc, że nigdy by go nie otruł. Przyswajał wszystkie jego sugestie, powtarzał jego ruchy, gdy uczył go wszystkiego. Był jego wzorem. Był jego autorytetem w każdej sprawie. Był jego starszym bratem, pod którego opieką czuł się bezpiecznie, nawet jeśli po latach zdał sobie sprawę, że zawodził na każdym kroku. Pchał się za nim w największe bagno, nie chcąc opuścić go nawet na chwilę, bo bracia mieli trzymać się razem. Aż w końcu wokół zaczęli pojawiać się ludzie, których obdarzył zaufaniem. Tak inni od niego, różni, czasem mówiący, co innego. Aż któregoś dnia zdał sobie sprawę, że ta cała bieganina nie jest w porządku. Nie powinien go gonić całe życie. Starszy brat nie powinien uciekać przed młodszym. Powinno być odwrotnie.
Był pewien, że robił to ostatni raz. Po dwóch latach zastanawiania się, czy w ogóle żył. Czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. W tych niezręcznych i samotnych dwóch latach, gdy wybaczał mu i nienawidził na zmianę. Echo butów uderzanych o bruk w szaleńczym biegu roznosiło się dookoła, ludzie nie tyle zaskoczeni, co zainteresowani i nieco zaniepokojeni podobnymi zrywami musieli odwracać za nimi głowy. Nie dbał o to. Nie widział nikogo, poza smukłą, szybką sylwetką, skręcającą w uliczkę, mijającą czarodzieja na skrzydlatym koniu, ślizgającą się w końcu po kałuży pod murem ślepej uliczki. Zwolnił, ale nie zatrzymał się, choć miał w pierwszej chwili taki zamiar. Jeszcze przez moment w jego głowie światła myśl, że może po prostu go zapyta, dlaczego uciekał? Dlaczego znów przed nim uciekał? Ale kiedy otworzył gębę, a jego głos — zupełnie jak gdyby nic się nie stało, jakby rozstali się dopiero wczoraj. Słowa, jakby nic sobie z tego nie robił. Z tragedii, do której doprowadził, z kłopotów, które na nich ściągnął. Ze śmierci ludzi, musiał przecież wiedzieć. James nie miał pojęcia, że cudem uniknął śmierci, zakładał, że stchórzył. Nic sobie nie robił z pozostawienia za sobą ludzi, którzy mu ufali, którzy go kochali, za nim tęsknili i pokładali w nim nadzieje.
— Musisz być cholernie zawiedziony że żyję — wyrzucił, dysząc cieżko, robiąc te jeszcze kilka kroków w jego stronę, patrząc na niego z niedowierzaniem. — Randkę?— powtórzył za nim z niegasnącym zawodem, z trudem łapiąc oddech. Gdyby się nie wywalił na śliskiej ulicy może by go nie dogonił. Czy on sobie stroił z niego żarty? Drwił? — Jaja sobie ze mnie robisz? Randkę?! — Podniósł wściekle głos, ciemne brwi ściągnęły się ku sobie. Właśnie to miał mu do powiedzenia? Uśmiechał się? Jeśli cokolwiek mogło w niego uderzyć, podsycając jego złość, to właśnie ten cwany uśmiech na stałe przylepiony do jego twarzy.— Twoja randka będzie musiała się pogodzić z faktem, że nie wyglądasz już jak książę z bajki.— Nie groził, od razu przeszedł do działania. — Nie Jimmuj mi teraz.—  Wskoczył na niego, korzystając z chwili przewagi, faktu, że leżał na ziemi. Usiadł na nim okrakiem, lewą ręką próbując złapać go za ubranie i przytrzymać jego pierś na ziemi, kiedy prawą zrobił solidny zamach i szybko wymierzył mu cios w nos. Bez litości.

| wywarzony cios w nos


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Fleet Street [odnośnik]30.04.21 10:28
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 67
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]30.04.21 11:46
Oczywiście, że żartował, oczywiście że łapał się jakiegokolwiek sposobu, żeby nieco rozluźnić i tak już napiętą atmosferę... Chociaż wyraźnie nie szło mu to w tej chwili najlepiej. Czego się spodziewał zresztą? Kto jak kto, ale James znał jego sztuczki. On, Sheila... Z drugiej strony, może uznawali jego sztuczki za naturę? Wiedzieli oboje, że zawsze uciekał. Oczywiście, że był pyszny i dumny, że się wymądrzał i opowiadał o wszystkim z zasobami pewności siebie, którymi mógłby obdarować przynajmniej cały Londyn, ale to nie znaczyło, że nie udawał tego wszystkiego. A w udawaniu i ukrywaniu był dobry, jeśli w czymś miałby sobie przyznać mistrzostwo roku, to to byłyby jedyne kategorie, w których mógłby startować.
Żałuję, że... Idioto, wręcz przeciwnie!, przetrawił w głowie, chociaż może gdyby wypowiedział to na głos, może wtedy następny cios by nie nadszedł? Nie chciał się z nim bić i szarpać, nie miał powodów, bo wiedział że to na nim leżała cała wina w tym momencie. Jak raz nie uciekał przynajmniej przed konsekwencjami, chociaż czy śmierć w taborze już sama takimi nie była? Przed niektórymi rzeczami nie miał jak uciekać, nie miał sił. Jeszcze tego by brakowało, żeby uderzył Jamesa, jakby nie dość mu sprawił kłopotów i problemów przez całe życie! Chociaż z pewnością część z tych kłopotów była całkiem dobrą lekcją. Jak się obronić, jak bić, jak kraść, jak uciekać żeby cię nie znaleziono...
Przyszpilony do ziemi tylko w odruchu spróbował się zakryć przed wymierzonym mu ciosem, i to już po fakcie. Ból stanowczo zdarł mu ten drażniący uśmieszek z twarzy, bo Thomas zaraz się skrzywił, starając nieco przekręcić na bok. Ból był okropny, ale mógłby go znieść. W końcu to, ile razy oberwał po twarzy w życiu i od życia, to stanowczo nauczyło go znosić ból - ale tego bólu psychicznego nie był nauczony znosić nigdy. I wcale nie czuł go dlatego, że James wyraźnie nie polubił jego żartu o randce!
- Dureń jesteś, wiesz? Jedyne... czym jestem zawiedziony to, że cię nie posłuchałem - rzucił, wciąż się krzywiąc na ból i mówiąc z lekkim problemem przez to uderzenie. Choć może to była wina słów, które stanowczo nie wychodziły mu tak płynnie i naturalnie z ust, jak wszystkie inne zazwyczaj to robiły. Chyba nigdy tego na głos nie powiedział, że żałował tego, co się stało, że nie postąpił wtedy inaczej. Tym bardziej, że teraz chyba jak nigdy w życiu leżąc pod bratem był pozbawiony swojej pewności siebie. Nie chciał nawet na niego patrzeć, oczywiście że odwracał wzrok, bo był winny! Nie miał nawet czelności prosić o sparowanie ciosu. Jak raz w życiu, nie próbował się wywinąć odpowiedzialności.
- Powinienem to oddać, iść do nich, zrobić cokolwiek... - rzucił, czując nie tylko ciężar Jamesa na sobie, ale też całego tego poczucia winy, które go nawiedzało. Gdyby się rozpłakał teraz, mógłby to łatwo zrzucić na pulsujący ból nosa, ale przecież on był ponadto! Zamiast tego wpatrywał się w ścianę z nadąsaną miną jak dziecko, które samo już nie wie czy ma krzyczeć, płakać, przepraszać czy co jeszcze innego zrobić. - Mówię, cokolwiek zrobisz, zasłużyłem na to w pełni - powtórzył, nie mając sił patrzeć na brata. Chciał go pobić jeszcze bardziej? Zostawić na ulicy? Nie odzywać się już do niego..? Thomas był w stanie znieść, wiedząc że ten żyje i ma siłę do pościgu, bo to znaczyło jakoś sobie radził, prawda? Chociaż jakby miał się zastanowić nad tym nieco dłużej... Może jeśli on żył, inni również? Chciał się zapytać co z resztą, z Sheilą i Eve? Z ich dziadkami, może podróżowali z karawaną? Chociaż... raczej by się nie zatrzymali wtedy w okolicach Londynu. Jak minęły te dwa ostatnie lata, co robił? Dlaczego zatrzymał się tutaj? Oczywiście, ze chciał się zapytać czy poszedł na ostatni rok do Hogwartu i jak mu poszły egzaminy! Ale nie był przecież w pozycji do zadawania tak beztroskich pytań w tym momencie, nie po tym co zrobił.
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Fleet Street [odnośnik]04.05.21 0:23
Nie próbował się nawet bronić. Przyjął cios tak, jakby się go spodziewał. Jakby na niego liczył. A James wcale nie zatrzymał zaciśniętej dłoni mknącej prosto w stronę jego twarzy. Pięść nie ześlizgnęła się po niej, uderzyła prosto w nos. Czuł opór pod knykciami, ale chrząstka nosa ustąpiła szybko, jucha poleje się za kilka chwil. Zbyt często to robił, by nie poczuć we własnej dłoni siły uderzenia i jego ewentualnych skutków. Lewą dłoń wciąż zaciskał na jego ubraniu, spodnie przemokły mu już od klęczenia na ziemi, gdy siedział na nim, przygniatając go do śliskiego bruku. Jego bierność nie uspokajała go, ale nie wyzwalała w nim prawidłowej złości — takiej, która szukała ujścia. Potrzebował tego. potrzebował brata, który teraz postawi mu się, odszczeknie, odepchnie go, spróbuje zrzucić. Brata, który wzbudzi w nim kolejną falę gniewu i żalu, zmotywuje go do działania, walki, obicia mu twarzy z każdej strony. Ale on przyjął cios pokornie, nie okazując słabości ale też nie prowokując do kolejnych działań. Cała ta bezsilność wciąż w nim drżała. Patrzył na niego nie wiedząc nawet czego chciał, czego oczekiwał, co zamierzał. Zdezorientowany brakiem jego reakcji wciągnął powietrze łapczywie przez gardło, palce zamknął na jego koszulce mocniej.
— No broń się!— krzyknął w końcu wściekle, z furią, gniotąc go w pierś. — Kurwa, broń!— Chciał z nim walczyć, chciał się z nim szarpać, wyrzucić z siebie w końcu to wszystko, co zalegało mu w trzewiach, ale nie mógł. Wiedział, że tego nie zrobi tak długo, jak długo on będzie unikał jego spojrzenia, ciosów, całej gamy trudnych do zniesienia emocji, z którymi zupełnie sobie nie radził. Weź je ode mnie, zabierz, zrób z nimi co chcesz, po prostu je weź. Ale Thomas nie pomagał. Jego kolejne słowa sprawiły, że zrobiło mu się niedobrze. Nie chciał wierzyć w to, że żałował. Nie chciał go zrozumieć już. Nie chciał mu współczuć. Za długo to wszystko trwało.
— Przyszli po ciebie. Stanęliśmy za tobą solidarnie. Wszyscy. A ty po prostu zwiałeś — pogarda rozbrzmiała w jego słowach. Gorzka, obrzydliwa. — Uciekłeś jak tchórz. Tak jak od początku planowałeś. Zostawiłeś nas — mnie. Zostawiłeś tam mnie. Blizny, które okazały się pamiątką po tamtej nocy zapiekły go nagle, choć wyłącznie we wspomnieniach. Dziś były symbolem tego, że przetrwał. — Naszą małą siostrę. Na śmierć. — Kiedyś chciał wiedzieć, czy jeśli żył to o tym myślał. Czy miał do siebie żal, że nie wrócił sprawdzić, co się stało. Może wciąż chciał, tak naprawdę, ale nie miał odwagi po prostu spytać. Zadać tych paru, banalnych pytań. Łatwiej było obwinić go o wszystko, zrzucić konsekwencje na jego barki, zrzucić winę z własnych — bo przecież mógł go też posłuchać. Mogli uciec wszyscy, gdy był na to czas. Byliby sami, ale nikt by nie zginął. — Powinieneś — powtórzył po nim, ściągając ku sobie brwi. Oczy zeszkliły mu się ze złości. To musiała być złość. — Powinieneś był tam wrócić. Zobaczyć, co zostało po miejscu, które było naszym domem. Po ludziach, którzy cię wychowali. Powiem ci, co zostało. Pozbawione życia, nieruchome ciała. Zwęglone truchła. Zmasakrowane zwłoki. — Widziałeś to, Thomas? Nie, bo uciekłeś. Ja tak. Widziałem to wszystko. — I co? Jak ci z tym, co? Czujesz cokolwiek? Czułeś przez ten czas cokolwiek, czy nie czujesz już nic? Hm? — Głos mu zadrżał. Przełknął ślinę z trudem, patrząc na nieruchomą, wpatrzoną w ścianę twarz brata. Nawet nie patrzył na niego. Unikał wzroku, gapiąc się tępo w bok, na ścianę. Nie mógł nawet na niego spojrzeć. Nie mógł znieść jego widoku. Żywego? Prawdziwego? Łatwiej mu było z myślą, że wszyscy nie żyją? Wiedział dobrze, jak to działa. Zarzucanie gotowych odpowiedzi, przeszłych historii, w których nie brało się udziału, cudzych myśli, których się nie poznało. Rzadko prostował nieprawdziwe oskarżenia, był na to za dumny. A mimo to nie umożliwił bratu podzielenia się prawdą, od razu założył za niego wszystko.— Szukałem cię dwa lata, a ty nawet nie jesteś w stanie na mnie spojrzeć — wyrzucił z siebie ciszej, już w żalu bardziej niż złości, ale kiedy uzmysłowił sobie jak żałośnie zabrzmiał zacisnął mocniej prawą pięść i krzyknął znów na niego: — Broń się, do cholery!
Zrobił kolejny zamach i jeszcze raz spróbował go uderzyć, tym razem w zęby.



| Thomas 15po; wyważony cios w szczękę


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Fleet Street [odnośnik]04.05.21 0:23
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 9
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Fleet Street [odnośnik]04.05.21 1:50
Pokazywał mu jak wyprowadzać ciosy w Hogwarcie, jak ma się bronić przed Ślizgonami czy innymi chętnymi do zaczepek czarodziejami; jak ma atakować, tak żeby powalić przeciwnika. Na dziedzińcu, czasem nieco dalej od wścibskich oczu... Za karawanami, kiedy jeszcze nie chodzili do szkoły. Ćwiczyli i śmiali się, chociaż niejednokrotnie te ćwiczenia kończyły się realnymi bójkami i zadrapaniami, które później Sheila niejednokrotnie pomagała im opatrzeć, kiedy tylko już była odrobinę starsza. Było wtedy dobrze, nie przejmowali się i nie martwili. Nie byli w stanie się pokłócić czy pobić na poważnie... Dlaczego więc skończyli tu i teraz, w taki sposób?
Thomas nie był w stanie się bronić. Nie byłby w stanie sobie wybaczyć uderzenia brata teraz. Chociaż czy on był w stanie wybaczyć sobie cokolwiek, co wydarzyło się w przeciągu tego minionego czasu? Te lata...
Mimo bólu nosa, słysząc jak został wywołany do odpowiedzi, jedyne co zrobił to otworzył usta, ale nic nie odpowiedział. Nic nie zrobił. Chciał to zrzucić na ból, na nos, na tę krew, której czuł już zapach. Złamany nos? Tylko nieco poturbowany? Nie wiedział i chyba nie był w stanie się nad tym zastanawiać, bo nawet nie był w stanie wykonać tak prostej prośby brata. Choćby chciał, nie mógł zmusić swoich rąk do ruchu, do wyprowadzenia uderzenia. Nie mógł, po prostu... Nie.
Zawiódł w pełnej krasie, w każdym calu. Chciał się bronić, powiedzieć że to nie tak, że nie uciekł, chciał ich szukać... Ale nie był w stanie. Ból nosa? Tak, to na pewno był ten ból, a może ten ucisk w klatce piersiowej? To powodował James, a może wszystkie emocje się w nim dusiły? Chciał zacząć przepraszać, powiedzieć jak bardzo żałował, ale ta ogromna gula w gardle absolutnie nie dawała mu swobody do zrobienia tego. Jak mógł sobie wybaczyć? Jak ktokolwiek mógłby mu wybaczyć to co zrobił i czego nie zrobił? Że nie postąpił tak jak powinien, że zawiódł wszystkich. Co miał powiedzieć? Że przeprasza? I co by to mogło naprawić? Jak mógłby naprawić to, co zrobił?
- Nie... - wydusił z siebie, chociaż tak naprawdę... co chciał powiedzieć? Że nie uciekł wtedy? Że widział widok martwej Jeanie i bał się, nie chciał widzieć tego więcej? Nie chciał nigdy... Nie chciał myśleć o tym, jak wiele osób straciło przez niego życie! Bał się tej myśli, tego widoku, tego poczucia winy jakie na nim ciążyło dwa lata. Chciał zapomnieć i nie myśleć o tym, chciał po prostu zapomnieć o wszystkim, usunąć się. Chociaż ścisnęło go jeszcze mocniej, słysząc o siostrze... Nie żyła? Umarła tam? Czy ona... Zginęła przez niego?
- Powinienem zdechnąć tam z resztą... A najlepiej po prostu oddać to pierdolone złoto i zdać się na nich! Czy by mnie zajebali, tylko pobili. To powinienem zrobić! Zdechnąć! - zawołał, zaraz zamykając oczy, zaciskając powieki, bo bolało to go. Czekał na kolejny cios, nie wiedząc kiedy, ale wiedząc że nadejdzie i znów zaboli, chociaż zaboli zasłużenie.
Był tchórzem, uciekając przez całe życie i teraz też to chciał zrobić. Uciec. Uciekał, bo to miało być łatwiejsze dla niego, dla innych... Dla wszystkich, prawda? Bo nawet, jeśli ktoś przeżył... Co miał powiedzieć Jamesowi? Co miał powiedzieć komukolwiek? Że przeprasza, że żyje? Że cofnąłem ten czas, gdyby tylko mógł? Oczywiście, że by to zrobił! Dałby wszystko, żeby oni byli wtedy bezpieczni, ale teraz było już za późno. Taką decyzję powinien podjąć wcześniej, dużo wcześniej.
Powoli obrócił głowę do brata, chociaż nie było to ani przyjemne, ani łatwe. Zajęło mu chwilę nim zdołał otworzyć oczy. Był zmęczony, może zmarznięty przez to że leżał na chłodnym i mokrym bruku, obolały i czuł ten ciężar. Szczególnie, kiedy widział, że i James sobie z tym wszystkim nie radzi. Nigdy sobie nie radził ze złością, z emocjami... Czy którekolwiek z nich sobie radziło? On wiecznie uciekał, James bił co tylko się dało...
- Nie jestem... Nie uciekłem wtedy... Ja... Jeanie... Ona... - zaczął, chociaż zaraz zacisnął oczy widząc jak pięść brata leci w jego kierunku, jednak nie uderza tak mocno jak ten pierwszy cios. A może to było złudzenie przez wciąż pulsujący bólem nos? Chciał to skomentować, sprowokować go do kolejnego uderzenia. Czuł, że po prostu zasłużył na każdy cios, a im bardziej James był zdenerwowany, tym silniejszy on by był prawda? Cisnęły mu się na usta słowa, ze bije jak baba, że powinien się bardziej postarać, ale zamiast tego...
- Szukałem was... Próbowałem! Ale oberwałem, nie pamiętam nic. Ostatnie co pamiętam... obudziłem się w lesie, nie wiem nawet gdzie! Bałem się, dobra? Po prostu się bałem, bo zjebałem! Zawiodłem ciebie, Sheilę... dziadków, wszystkich! Nie chciałem was widzieć martwych! Widziałem Jeanie, ona... Ona mnie teleportowała... Nie chciałem wiedzieć, ani widzieć, że nie żyjecie, okej? Nie chciałem... Po prostu... Nie mam przed czym, zasłużyłem, okej? Powinienem zdechnąć, to chcesz usłyszeć? O tym myślałem przez te dwa pieprzone lata, że powinienem zdechnąć wtedy! Dziadkowie, Sheila, Eve, Jeanie... Czy ty myślisz, że nie dałbym wszystkiego, żeby to oni żyli zamiast mnie? - mówił, chociaż czuł jak gardło go pali, zaciska się, jakby miał zaraz stracić głos, a powietrze wcale nie dostarczało mu tlenu. Dlaczego mówienie sprawiało mu taki dyskomfort, taki problem? Czuł ból przez stres, przez adrenalinę, chciał uciekać, ale jednocześnie nie miał siły na ruch, wpatrując się w brata. Nie mógł uciekać teraz, znowu... Chociaż chciał jak jasna cholera się stąd uciec, gdziekolwiek w bezpieczniejsze miejsce, o ile takie jeszcze gdziekolwiek istniało.
Odwrócił znów głowę, nie chcąc patrzeć... nie mogąc patrzeć na brata, bo ten palący wstyd i poczucie winy jeszcze bardziej go bolało. To wszystko to było po prostu za dużo.
- Nie maż się jak baba i patrz jak celujesz, matole! - zawołał do niego, jakby samemu wręcz wymagając kolejnego ciosu, bo jakby mógł inaczej zareagować. Tak było mu łatwiej to znieść... Chociaż w jego głowie dudniło mu w tym momencie jedno pytanie, na które nie chciał znać odpowiedzi:
Nienawidzisz mnie..?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Fleet Street - Page 13 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Fleet Street [odnośnik]08.05.21 0:04
Nie był pewien — czy pięść prześlizgnęła się po twarzy Thomasa bo ten poruszył się nagle (nie, nie zrobił tego), czy może dał się podstępnie otoczyć myślami, których nie chciał mieć w głowie i uczuciami, których nie chciał zobrazować na własnej twarzy, czy może po prostu nie chciał uczynić mu krzywdy, pomimo całej tej furii, złości, piekącej nienawiści — nie stałej, głębokiej i trwale zakorzenionej, a nagłej, silnej i piekielnie podstępnej. Pięść ledwie zahaczyła o jego zęby, nie słuchał go. Nie próbował nawet sparować ciosu, zblokować go, osłonić się rękami. Przyjmował jeden za drugim bezwładnie, jakby brakowało w nim energii, chęci i... życia. Przez chwilę, gdy patrzył na niego z góry, taki się właśnie wydawał. Prawie nieruchomy, pozbawiony emocji, uczuć. Lał trupa. Był zimny, nieczuły, obojętny. Potulny, na swój sposób pokorny. Nie chciał go takiego. Szarpnął go za ubranie, jakby chciał go ocucić, przywrócić do życia, zwrócić na siebie jego uwagę. Żyj, broń się, zaatakuj mnie. Zrób coś, do cholery, Thomas! Serce waliło mu w piersi jak szalone, a prawa dłoń zaciskała się i rozluźniała, jakby nie był pewien kolejnego kroku, co powinien uczyć, co zrobić.
A on ciągle milczał. Otwierał tylko usta i zamykał, jak karp, który łapie z trudem powietrze. Wściekł się znów.
— Ogłuchłeś?!— krzyknął na niego. Zaczęli zwracać na siebie uwagę, ale James nie zwracał uwagi na innych. Tych, którzy na Fleet Street przystawali, na rogu zaułka, by przyjrzeć się rozgrywającej scenie. I wtedy zaprzeczył, a on sam, jakby na chwilę stracił oddech; jakby dopadła go nadzieja, że stanie się coś na co czekał. Ale to nie było to. Słowa starszego brata zbiły go na chwilę z pantałyku, zdezorientowały. Popatrzył na niego nieco oszołomiony, przeskakując po jego twarzy, chyba podświadomie próbując ściągnąć na siebie jego odwrócony wzrok. I teraz sam nie był pewien, co mu odpowiedzieć.
— Załatwiłbym to — odezwał się w końcu, głos mu zadrżał w połowie. Przecież chciał to oddać, chciał to zwrócić, gdy tylko zdał sobie sprawę, że to ściągnie na nich kłopoty. — Mogłem to zrobić. Oddać im to, co zostało — jakby to cokolwiek miało zmienić. Wtedy się łudził, że tak. Dziś już wiedział, że w życiu nie liczyły się czasem skradzione kosztowności tylko brutalna prawda, że ktoś wyciągnął łapę po coś, co należało do innych; że wtargnął do miejsca, w którym domownicy czuli się bezpiecznie i sprytnie ograbił ich z najcenniejszego. Nawet jeśli miała być tym duma, poczucie bezpieczeństwa. Poczucie wyższości wyrażane szlachetnymi kamieniami.
Chciał mu powiedzieć, że nie puściłby go sam; że nie pozwoliłby im go zabić. Był jego bratem. Wzorem. Być może jedynym prawdziwym autorytetem przez tyle lat. Ufał mu, wierzył w to, co mówił i robił. Nie wyobrażał sobie jego zniknięcia, utraty. Pamiętał, jak przeżył czas, w którym zostawił ich (znów), wyjeżdżając do szkoły. Pamiętał tą pustkę. Powinien się do niej przyzwyczaić przez tyle lat. A to zawsze bolało coraz mocniej, jakby naiwnie wierzył, że ostatni raz był naprawdę ostatnim. A po nim przychodził kolejny i następny. Nie powiedział mu tego, co chciał. Może dlatego, że dziś nie miało to już żadnego znaczenia.
Rozważał chwilę, by z niego zejść, by z nim porozmawiać, ale od razu przypomniał sobie, dlaczego to robił i znów rozpalił go ogień. Odwrócił w końcu głowę, niechętnie i powoli, z jakimś niezrozumiałym przymusem. Spojrzał w jego zielone oczy i zmarszczył brwi jeszcze bardziej, zbierając się w sobie, by wciąż utrzymywać ten stan, który wyzwalał w nim całą tą agresję. Chociaż ani w jego oczach, ani w twarzy nie było nic, co by wywoływało w nim gniew. To spojrzenie było inne. Inne niż wszystkie do tej pory. Pozbawione cwaniackiego błysku, pychy. Był za to okropny ból, o którego czucie chyba nawet go nie posądzał. Zwątpił. Ramiona mu opadły na chwilę, gdy patrzył na brata.
— Ty-co? Gdzie jest Jeanie? — spytał od razu. Nie zaprzeczył jego słowom, jego oczy zdawały się mówić prawdę. I deprymowało go to jeszcze silniej. Bo wiedział, że mu znów zaufa; że uwierzy we wszystko co powie i łyknie każdą jego najckliwszą bajeczkę, byle tylko się wyłgać. A jego piękna Jeanie? Urodziwa, wspaniała Jeanie? Kobieta, która potrafiła wyzwolić w nim wszystko, co najlepsze? Wydobyć jak ze starego, zakurzonego i szczerbionego garnka piękno jego najlepszych dni i historię, której nie było w stanie opowiedzieć oprószone kurzem, zapomniane naczynie. Gdzie była? Co się stało?
Uścisk na piersi zelżał, podobnie jak na brzuchu. Odchylił się nieco dalej, patrząc na niego z góry i słuchając jego wyjaśnień. Szukał? Naprawdę? Bał się? Mówił szczerze? Thomas, którego znał nigdy by się do tego nie przyznał. Próbował go nabrać? Czy może naprawdę cierpiał?
— Nie chciałeś wiedzieć, że nie żyjemy— powtórzył po nim te żałosne słowa i przełknął ślinę. — Bałeś się prawdy? Że tego nie zniesiesz? Że będziesz musiał do końca życia zmagać się z tym widokiem? Jaka cholerna szkoda, że ja będę musiał! — warknął, tracąc jego spojrzenie. Zamknął oczy. — Nie chciałeś katować się wiedzą i widokiem, dlatego wolałeś żyć dwa lata w niepewności. Jakie to wygodne. Jakie tchórzliwe. — Powinien mu powiedzieć, ze Sheila żyje. Sprostować. Że Eveline żyje, choć straciła tam rodziców i trzech ukochanych braci. Nie zrobił tego ze złośliwości — niech teraz cierpi, niech ma ich na sumieniu.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy Thomas go sprowokował. Nie myślał o tym, co chciał osiągnąć. Czy czekał na cios, liczył na niego. Po prostu to zrobił. Zacisnął znów dłoń w pięść i wycelował, tym razem w jego oko. Zadrżał ze złości, oddech miał niespokojny. Chciał powiedzieć samemu sobie, że poczuł się lepie, ale to nie byłaby prawda. To wszystko wciąż w nim było.
— Co byś zrobił, gdybym ci powiedział, że jeszcze możesz oddać wszystko i im to wynagrodzić?— spytał podstępnie, wysyczał przez zaciśnięte wargi i puścił go, odsunął się, cofnął dłoń z piersi brata. Chciał wiedzieć, czy naprawdę żałował. — Co tu robisz w Londynie? — Szukasz kolejnych kłopotów? Guza? Kolejnych arystokratów do obrabowania? Może tym razem czaił się na samego Ministra Magii?
Powoli zszedł z niego, ale nie stanął na równe nogi. Usiadł obok, na bruku, spojrzał w przeciwną stronę, przedramiona opierając na kolanach.

| Thomas 18po; wyważony cios w oko


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 13 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next

Fleet Street
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach