Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Portowa ulica
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Portowa ulica

Doki nie należą do najbezpieczniejszych ani najprzyjemniejszych miejsc w Londynie; są ciemne, brudne, a powietrze wypełnia zapach nieświeżych ryb. Główne ulice, na których słychać śpiew marynarzy, którzy zeszli na ląd, podpitych grogiem, nie wydają się bezpieczne. W tej mniej zadbanej dzielnicy znajduje się mniej latarni, a wąskie przejścia otoczone wysokimi budynkami sprawiają, że nigdy nie można się spodziewać, co czeka za zakrętem...
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Niestety, nawet jeśli wiedziała, że miałaby dość siły, żeby mu pomóc czy w jakikolwiek inny sposób go obronić. Nie była typem takiej bohaterki, która starała się zrobić wszystko co mogła, wiedząc, że nie ma sens. Nie, ona ze wszystkich sił starała się robić to, co potrafiła. Nie potrafiła go obronić, nie znała żadnego zaklęcia, które mogłoby go ochronić. Postanowiła więc zostać w ukryciu, zakrywając głowę przed odłamkami. Jedynie jej czubek głowy został pokryty prochem po wybuchu, jako że ściana nie okrywała jej od góry. Kiedy zaś ten opadł powoli i nie słyszała już więcej żadnych znaków tego, że cokolwiek mogłoby się dziać, powoli, jak nieufna kotka, opuściła swoją kryjówkę. Wydawało się czysto. Wstała więc z miejsca szybciej i po prostu pobiegła w stronę rannego mężczyzny. Nawet nie ruszył się z miejsca! Co za kompletnie nieodpowiednie zachowanie! Powinien próbować ochronić swoje życie! Chociaż... Może po prostu nie miał siły? Pył nadal unosił się wśród nich. Kobieta podeszła. Powoli i w końcu przysiadła, obserwując mężczyznę.
Otoczyła ich porażająca cisza. Po takim początku wydawała się wręcz niepokojąca. Ktoś niedługo mógł tu przyjść ktoś mógł ich tutaj znaleźć. Ktoś nieodpowiedni, ktoś kto mógł ich skrzywdzić. Ona naprawdę nie chciała niczyjej krzywdy. Wiedziała też, że jeśli ktoś leży na ulicy tak po prostu, musi coś się za tym kryć. Coś musiało się stać. Przykucnęła. Sylwetka była tak pokiereszowana, tak niepewna, wyglądał prawie jak awangardowa rzeźba. - Mobilicorpus - rzuciła zaklęcie. Mógł poczuć jak całe jego ciało unosi się. Spadło z niego kilka kamieni, wydając przy tym dźwięk cichego upadku. - Nie wyrywaj się. Zabiorę Cię w bezpieczniejsze miejsce.
Daleko nie przeszła. Do następnego zaułka, by schować się w jego cieniu wraz z unoszącym się nad ziemią mężczyzną. Na nieco mniej skamienionej powierzchni położyła go powoli na plecach, pozwalając by powoli opadło na podłoże jego ciało. I wtedy przy nim przykucnęła. Odsunęła włosy z twarzy. Już prawie zapomniała jak mężczyzna wygląda w swojej zwykłej, rudej formie, bez metamorfomagii. - O nie, Regi... Coś Ty zrobił? - Cieplutkie dłonie młodej uzdrowicielki swoim delikatnym uściskiem objęły piegowate policzki. Kciuk lekko po nim przesunął, w łagodnym, troskliwym geście. Ciemne oczy zaszkliły się zmartwieniem. Dlaczego, dlaczego zawsze musiał się w coś wpakować?


If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115

Powrót do góry Go down

Dodatkowy ból nie sprawiał mu różnicy w kakofonii, którą odczuwał w całym ciele. Był przekonany, że świat karał go za wszystkie przewinienia i zdecydowanie miał ku temu prawo, dlatego podtrzymywał swój stan ocucenia jedynie po to, by odczuwać go możliwie jak najwięcej. Zasługiwał na takie traktowanie, niezależnie od jego losowości. Poczucie winy kierowało go do pewnej samozagłady będącej nieodłącznym elementem ludzkiego życia, choć w jego przypadku powodowało to jedynie zwiększoną barwność skóry, co rzadko kiedy było zamierzonym przez niego efektem. Zawsze chodziło o cierpienie, które we własnym mniemaniu powinien odczuwać przy każdym kroku. Zważywszy na miejsce, w którym ucierpiał od jednego z kawałków spadającego budynku, z pewnością w najbliższym czasie będzie pamiętać co trzeba.
Cichy jęk wydarł się spomiędzy jego otwartych, rozciętych i krwawiących ust. Nie wiedział, kiedy spazm bólu zmusił go do zaciśnięcia zębów na wardze, co jedynie je ubarwiło. Chwilę później był przemieszczany, czego nawet nie był zbyt świadom, pomimo tego, że następowało to w trybie natychmiastowym. Sieczka składająca się z pulsującego bólu w głowie, lewej nodze, ramionach, karku, kręgosłupie, na twarzy, a także wszędzie gdzie tylko znajdowały się choćby lekko dotknięte tego wieczoru części ciała, nie pozwalały na rzetelne myślenie. Zatracał się w braku świadomości i władności.
Wyrywaj się? Przebiło się gdzieś w głowie pomiędzy spazmami bólu, na które zareagował wręcz niemym westchnięciem. Był zbyt słaby. Być może to właśnie brak woli zabraniał mu reagować na otoczenie w choćby minimalnym stopniu. Nie chciał być wystarczająco silnym, ponieważ wtedy musiałby walczyć, a po co próbować, kiedy wiadomo, że wynikiem będzie przegrana? Nie zasługiwał nawet na próbę pozbycia się bólu, więc po co w ogóle stawać w szranki, kiedy pokutą było właśnie odczuwanie wszystkiego, na co zasługiwał.
Mętny, na powrót pijany umysł ułożył logiczną całość, która kierowała go miesiącami do przodu. Właśnie dlatego nie potrafił zrozumieć tego słodkiego, ufnego głosu, który zdawał się znajomym. Nawet jego imię zabrzmiało jakoś tak... ciepło. Zmuszając się do wysiłku, oderwał powieki od siebie, skupiając się początkowo na świetle dochodzącym z pobliskiego zaczarowanego źródła. Delikatny wiatr niosący charakterystyczny dla portowej dzielnicy swąd zaczął nieco uprzytomniać mu, gdzie się znajdował. Początkowo zaćmione oko starało się wyłapać rozmazany kształt, który zasłaniał mu rozgwieżdżone niebo, choć równie dobrze mogły to być mroczki spowodowane bólem już nie tylko obolałych okolic barku, ale również samej nogi, na której czuł dziwaczny chłód. Ponownie jego usta zaczerpnęły nieco więcej powietrza, tylko i wyłącznie po to, aby zaraz je wypuścić wraz z cichym jękiem o smaku chmielu. Przymrużył oczy, starając się w pełni skupić na postaci, której włosy zwisały nad jego twarzą. Nawet nie był w stanie wyczuć ich na swojej twarzy, choć dobrze wiedział, że nikt zwiastujący mu śmierć nie próbowałby sprawdzać, kim jest jego ofiara, z drugiej strony, czy sprawiało mu to jakąś różnicę?
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy pulsujący, puchnący łuk brwiowy pozwolił mu na zwiększeniu skupienia, niemalże od razu rozpoznał postać drobnej uzdrowicielki. Widzieli się dokładnie szesnaście dni temu, co był w stanie wyliczyć pomimo przytłaczającego bólu i to w jego gorszej postaci, choć czy rzeczywiście mógł mówić o różnicach, kiedy wyglądał, jakby ktoś znęcał się nad nim dzień i noc?
- Liz... - nie był w stanie dokończyć skrótu jej imienia nawet szeptem, choć gdzieś pomiędzy całą tą zawieruchą w głowie poczuł znacznie większe ciepło, którego nawet nie był w stanie wyrazić. Mimo wszystko dobrze wiedział, że nie był w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa, a oznaczało to jedno. Przyjazne uczucie odjęło chłodną ręką, która pozostawiła po sobie jedynie mrożącą krew w żyłach, znajomą panikę. - Idź.. stąd... - zmusił się do wydyszenia spomiędzy przeciętych własnymi zębami warg. Jego spojrzenie było mętne, choć starał się w pełni skupić na ciemnowłosej, której ciepło dłoni dodawało mu pewnego rodzaju otuchy. Wyglądał przerażająco, szczególnie kiedy spojrzało się na jego lewą nogę, której kość rozdarła nawet jego spodnie, niczym flaga, stercząc ponad resztą ciała. Nic dziwnego, że majaczył na jawie. Jedyne co trzymało go przytomnego, to potężna obawa o obecność Elizabeth.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Dwa warkocze, rumieńce na policzkach i wystraszone, ciemne oczy, niemal jak u przerażonej sarny, która właśnie zobaczyła jak jej ścieżka na tym padole ma zaraz się skończyć. Jej palce drżały nerwowo, z trudem powstrzymywała się, by nie zniwelować całkiem dzielącego ich dystansu i po prostu nie przyciągnąć go do piersi i zamknąć go w ramionach na dobre. By już nigdy nie mógł trafić w miejsce, gdzie stanie się mu coś takiego jak to.
Wśród medyków zawsze była zasada - nigdy nie powinno się leczyć swoich bliskich. Strach o ich życie zaburzał obraz sytuacji i zwyczajnie, po ludzku, nie chce się krzywdzić kogoś, kto jest ważny. Ale ona widziała, że tutaj będzie trudny przypadek. Bardzo trudny. Jedno spojrzenie na jego stan i wiedziała, jak bardzo musi teraz cierpieć. Ból musiał stawiać go na granicy przytomności, dlatego nawet nie ruszył się, gdy budynek niedaleko nich się zawalił.
Gdyby choć trochę zmieniła swój plan dnia. Gdyby nie czekała na rozmowę ze Steffenem, by o konkretnej godzinie pojawić się w Zakazanym Lesie, by otworzył jej portal. Gdyby choć jeden z umówionych klientów jej nie otworzył lub zapomniał. Gdyby odwiedziła ich w innej kolejności i nie przechodziła właśnie tą ulicą... Mogłaby nawet nie dowiedzieć się, że przyjaciel odszedł i że już nigdy go nie zobaczy. Mogła już nigdy nie objąć jego ciała, nie rozmawiać o zakupach, o kościach i o mięśniach. Wprawił ją w drżące spazmy. W dodatku jego oddech, który wyczuła, kiedy tylko się zbliżyła... Pachniał alkoholem.
I to nawet nie był problem, bo był pijany. Każdy czasami pije alkohol, nie ma w tym absolutne nic złego. Ale on był ranny, a krew musiała wrzeć w jego ciele. Każda kolejna sekunda przybliżała go w ramiona śmierci. Jej kciuk zaznaczył na policzku czerwony ślad krwi z łuku brwiowego. Ciecz była rzadka, spływała szybko, zostając na jej dłoni, na jego włosach... Wszędzie. Usta kobiety drżały, ale nie mogła płakać, choć ciemne oczy już szkliły się mokre. - Zamknij się. - Głos Liz po prostu brzmiał łagodnie. Jej barwa podobała się wszystkim słuchaczom jej śpiewu. Tym razem jednak ten łagodny głos nie zabrzmiał jak słowiczy ton, a jak ryk zdenerwowanej lwicy. Ani przez jedną chwilę nie przeszło jej przez myśl to, by go tutaj porzucić. Dla własnego bezpieczeństwa. Dla czyjegokolwiek bezpieczeństwa, to nieważne. Jeśli ona miała stąd iść - on musiał stanąć na nogi. Nie było innej opcji. Nie miała zamiaru patrzeć jak jego usta siniały. Musiała to zatrzymać. Czym prędzej.


If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115

Powrót do góry Go down

Potłuczone ciało, umysł, może nawet mentalność - nie była to zbyt duża różnica, szczególnie jeśli chodziło o postać rudzielca, który zwykle lądował na dnie ze wszystkimi możliwymi objawami. Tym razem jego stan był na wyczerpaniu, choć oczywiście nie był to pierwszy raz, kiedy stracił przytomność, niebezpiecznie balansując pomiędzy jawą a snem, który zawsze mógł okazać się wieczny. Postać, która go odnalazła, skutecznie utrzymywała jego świadomość, nie pozwalając powrócić do prostego układu związanego z jego pokutą i bólem.
Słyszał jej głos, choć nie był w stanie zarejestrować tego, co mówi, był w stanie wyobrazić sobie charakterystyczne dłuższe jedynki, które pojawiały się przy każdym jej słowie. Niestety zamroczenie szybko wybijało z jego głowy swobodę myśli, zmuszając do walki powiek z naturą. Przestawał kontaktować, choć w rzeczywistości nie był w stanie robić tego praktycznie od początku, kiedy to Hagrid zdołał dosyć szybko sprowadzić go do stanu nieprzytomności. Z jego ust wyrywały się niekontrolowane oddechy, które przyspieszały i urywały się, dając wrażenie niezorganizowanej kakofonii. Nie odczuwał mijających sekund, choć panika związana z obecnością Elizabeth w tym miejscu powodowała, że krew w jego żyłach wrzała równie intensywnie co przenikający go na wskroś ból. Dawno już przestał rozpoznawać, która część ciała dawała o sobie znać, a tym bardziej gdzie się znajdowała.
Momentalnie poczuł ulgę, ponieważ przez chwilę nie był w stanie wyczuć jej obecności przy sobie. Posłuchała się, będzie bezpieczniejsza, pomyślał od razu, nawet nie pozwalając innemu pomysłowi wkraść się w jego głowę, dlatego sporym zaskoczeniem było uczucie życiodajnej dawki energii, którą momentalnie odczuł w żyłach. Całe uczucie bólu, które odczuwał wcześniej, zdawało się jedynie przyćmionym efektem jego graniczącego z nieprzytomnością stanu, ponieważ wraz z mocniejszym przepływem w krwiobiegu zaczął rozróżniać poszczególne kończyny, a przy tym również efekty od otrzymanych obrażeń. Cichy jęk wyrwał się z zakrwawionych ust, które przepuściły do jego gardła krew. Znał ten smak, szczególnie w połączeniu z chmielowymi nutkami, których efekt był już niestety tylko wspomnieniem. Być może pijany zdołałby jeszcze wytrzymać wszystko to, co odczuwał w środku, a może jeszcze nie zdołał wytrzeźwieć? Może to tylko był jakiś cholerny sen?
I właśnie wtedy zabolało, cholernie mocno zabolało, jakby kość w nodze przełamała się w pół, zamiast trzymać się reszty kończyny. Jednak zamiast krzyku w nagłym spazmie, jego gardło nie wydało żadnego dźwięku. To właśnie powieki zareagowały najszybciej, otwierając się na maksymalną szerokość, jaką były w stanie z siebie wykrzesać. Z pewnością nie był w żadnym stanie śpiączki, nieprzytomności, czy też snu na jawie, ponieważ wszystko diabelsko przypominało mu znać, że ma jeszcze wiele do przecierpienia na tym padole łez, co przyjmował z chrapliwym oddechem.
Powoli zaczął przypominać sobie właścicielkę głosu, który mówił znajome formuły. Wydawało się, że historia kołem się toczy, bo przecież nie kto inny, jak właśnie ona składała go po raz pierwszy, kiedy zaczął wdrażać swoje dodatkowe twarze w okolicach portu. Złamany nos był dla niej codziennością, choć nie mógł powiedzieć tego samego o wystającej kości z ciała, chociaż czy faktycznie coś takiego miało miejsce? Weasley nie był w stanie sobie przypomnieć, co działo się po Hagridowym uderzeniu główką, po którym stracił przytomność, ledwo budząc się na ulicy. Faktycznie pojawiła się Elizabeth, choć tego był pewien tylko i wyłącznie ze względu na jej obecność, ale czy coś złamał? Dopiero promieniujący ból, który przeszył go przed zaleczeniem z różdżki uzdolnionej w lecznictwie czarownicy, przesłał mu konkretną informację. Z pewnością coś stało się z jego lewą nogą.
Dlaczego ona wciąż tu jest. Zachodził sobie w głowie, jednocześnie przełykając ślinę zmieszaną z krwią. Jedyne, na co był w stanie patrzeć to niebo, a raczej jego ciemny zarys, ponieważ większość czasu przed oczami widział mroczki. Nawet nagły chłód w okolicach brzucha nie był specjalnie alarmujący, uspokajał się myślą, że była to Elizabeth, co wbił sobie do głowy, jakby trzymając się tejże niekoniecznie rozsądnej nadziei, że miał rację. Jeśli chciała go rozebrać, to teraz była najlepsza pora, w końcu nocna bryza portu wręcz idealnie nadawała się do rześkiej pobudki, a może to jakiś złodziej?
Wirując tak pomiędzy spekulacjami a zatrważającym bólem, zorientował się nagle, że to drugie w dużej mierze ustąpiło. Jego powieki kilkukrotnie zamknęły się, pozwalając mu na chwilę rozkoszy, na którą zdecydowanie nie zasługiwał. Chmielowy zapach utrzymywał się tylko i wyłącznie ze względu na przemoczone ubrania, o czym zorientował się, dopiero kiedy ktoś podniósł jego głowę, w pełni otaczając go mentalną opieką. Nie ktoś, Lizz pomyślał, dokładnie w tym samym momencie, kiedy nazwała go potłuczeńcem. Nie był w stanie powstrzymać uśmieszku, który lekko podniósł kąciki jego rozciętych, zakrwawionych warg. Zaraz jednak powstrzymał się od entuzjazmu. Nie powinna go ratować.
Przytomnym spojrzeniem spojrzał na jej błyszczące oczy, z których powoli zaczęły skapywać krople. Nie miał nic przeciwko temu, że zaczęły znajdować się na jego twarz, choć początkowe wyrzuty sumienia zdublowały się w zastraszającym tempie, na co był w stanie zareagować jedynie zmartwionym wyrazem twarzy. Po raz kolejny przysporzył komuś kłopotu. Nie komuś. Elizabeth.
Wychodząc naprzeciw obolałemu ciału, które zdecydowanie nie odpuszczało we wspominkach związanych z obtłuczonymi miejscami, poruszył prawą dłonią. Kiedy tylko zorientował się, że jest w stanie poruszyć kończyną, niemalże od razu nakrył jej małą dłoń, którą naznaczała szlak na jego czole. Bez zbędnej zapowiedzi pociągnął jej rękę do swoich zakrwawionych warg i nie zwracając uwagi na higieniczność tej jakże prostej czynności, zwyczajnie złożył na nich krótki pocałunek. Nie potrzebne były słowa, choć dobrze wiedział, że należało jej się milion podziękowań, to nie taki był jego zamysł. Chciał odpłynąć w nieświadomość, chciał zapomnieć o wszystkim choćby na chwilę, ale ponownie na jego drodze pojawiła się wybawczyni, której nie był w stanie odmówić podziękowań i pełnej adoracji.
Zapominając kompletnie o swojej samolubnej chęci bolesnej przeprawy przez ścieżkę odkupienia, skupił się na postaci, która roniła przez niego swoje łzy. Wbrew mięśniom i ścięgnom, które wręcz paliły od nagłego ruchu, usiadł na bruku, praktycznie od razu obracając się do ciemnowłosej uzdrowicielki. Nie wiedział, kiedy ponownie zatopił jej drobną postać w swoich portowych, przemoczonych i śmierdzących od piwska szatach, zakleszczając ją w porządnym uścisku.
- Mówiłem ci kiedyś, że jestem głupi? - wymruczał jej do ucha, starając się wymusić z gardła coś więcej niż tylko chrapliwy głos, nad którym nie był nawet w stanie w pełni zapanować. Nie chciał, żeby szła z nim na dno. Zwyczajnie nie mógł jej na to pozwolić. Tylko dlaczego trzymając tak blisko, był w stanie zapomnieć o całym tym bólu, który kazał mu znaleźć swoje ujście w kolejnej pięści byle chłystka?


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

Wszyscy zawsze dbali o jej bezpieczeństwo, a dziewczynie w jakiś sposób zawsze udawało wyrwać się każdym kłopotom. Jej uroda, typowo niecharakterystyczna, umożliwiała szybkie zgubienie się w tłumie podobnych twarzy, podobnych młodych dziewcząt. Nie wywoływała w innych poczucia grozy, nie wywoływała podejrzeń. I słusznie, bo nigdy nie musiała ich wywoływać, była uzdrowicielką, nie bojowniczką. Walczyła pomocą i nadzieją, nie strachem. Dzisiaj również, chciała przekonać do Ciebie wszystkich ludzi wokół... Wszystkich, by pamiętali, że na agresję zawsze jest lekarstwo.
Nie chciała, by odczuwał ból, ale to była jedyna możliwość, by go uzdrowić. Inaczej mógłby stracić możliwość chodzenia nawet na długie miesiące. Nie zdziwi się, jeśli z bieganiem będzie miał dłuższe problemy. On, człowiek ucieczka od obowiązków, nie będzie mógł już od nich uciekać. Czy powinna czuć aż takie zadowolenie z tego powodu? Może tym razem nie ucieknie od niej znowu w kłopoty? Choć wielokrotnie myślała i fantazjowała o bezpieczeństwie swoich przyjaciół, nigdy nie zdarzyło jej się rozkazać im czegoś nie robić. Połamane żebra po bójce? Elizabeth po prostu wzdychała cicho i naprawiała je, czasami z kazaniem, czasami bez, jednak jej ostrzeżenia ograniczały się do uważaj na siebie. Może popełniała błąd? Niełatwo było jej przyswoić zobaczenie przyjaciela na granicy śmierci.
On wyglądał nawet lepiej pierwszego dnia gdy się poznali. Gdy w czarodziejskich szatach Ministerstwa leczyła poobijanego mężczyznę przed przeniesieniem go do Munga. Wtedy też wyglądał jak on. A działo się to tak nieczęsto, że prawie zapomniała faktury jego włosów, aż nie powtrzymała się by zanurzyć w nich dłoń. Jak odległe wspomnienie, wydawały się niemal nierealne. Dotyk, ciepło i szorstkość policzków i możliwość ich straty łapały jej serce w silną dłoń i wyciskały z niej łzy jak z gąbki. Jak by mogła od niego uciec. Jak by mogła się od niego teraz odwrócić, kiedy najbardziej jej potrzebował? W takich momentach nie przeszkadzały jej żadne niewygody. Nie przeszkadzało jej nawet to jak oczy słodkie jak miód wpatrzyły się w jej zapuchniętą płaczem, czerwoną twarz, w powieki sklejone mokrymi rzęsami, w rozchylona usta łapiące płytki oddech co chwila, bo nos zupełnie się zatkał. - N-nie... nie ruszaj... - Prosiła. Chciała mu oszczędzić bólu, temu uparciuchowi, który i tak jednym prostym gestem sprawił, że nawet nie była w stanie łkać, zatrzymała nawet oddech. Jego usta były ciepłe, usta żywego człowieka. Poczuła ścisk w żołądku i w gardle, nie potrafiąc nawet nic powiedzieć. Co chciał tym okazać... Wdzięczność? Czy naprawdę uważał, że musiał? Nie chciała nic w zamian (poza tym mocnym uściskiem, ale do tego wrócimy później). Tak po prostu było odpowiednio. Choćby i świat zawaliłby się im na głowę - zawsze naprawiłaby jego każdą kość. Załatała ranę, oddaliła ból głowy, zawinęła bandażami. Z rozsypanego człowieka znowu ulepiłaby żywą istotę. Tak jak wtedy, na początku, gdy pierwszy raz zobaczyła te harde miodowe oczy, patrzące na nią półprzytomnie. Skąd mogła wiedzieć, że dzisiaj będą jej tak drogie, że uroniłaby za nie trzysta łez, gdyby tylko miały takie właściwości jak te feniksa. Jej palce zacisnęły się na tyle mocno na ile tylko umiała na jego. Upuściła różdżkę na ziemię, by dołączyć do tego swoją drugą dłoń, by pogłaskać zniszczoną walkami skórę. Jej serce waliło jak szalone. Tak bardzo się bała. - R-Regi n-nie... - Widziała co chciał zrobić. Wstawanie w tej chwili... Może i nie uchodzi go bardziej, ale z pewnością odezwą się mięśnie obolałe od uderzeń. Nie powinien się ruszać. Nie powinien dodawać sobie bólu. Trudno jej się było gniewać gdy oplotły ją mocne ramiona. Jego ubrania były teraz nieco za duże, przez co znalazła trochę przestrzeni by złapać mocno za tę brudną, portową koszulę kurczowo, ściskając materiał w pięść. Znowu mógł usłyszeć jak chwila spokoju przerodziła się w paniczny szloch. - Nie... musiałeś. - To prawda, pewne rzeczy mogły zostać niedopowiedziane. I choć zupełnie schowała zapłakaną twarz w jego ramieniu, słychać było cień śmiechu przebiegający przez paradę szlochów i smutku. Znalazła swoje małe miejsce oparta o mężczyznę, którego w tej chwili przeklinała i dziękowała za jego obecność. Jednocześnie krzyczała wewnętrznie i śmiała się wesoło z tego, że nic się ostatecznie nie stało. Że byli tutaj... Żywi i względnie bezpieczni. Ale nie było możliwości, by powiadomić nikogo, kogo znała o tym, co się tutaj zdarzyło... Może Forsythia? Nie, nie chciała jej w to pakować. Gdyby ktoś z jej domowników zobaczył, że po pomoc przychodzi kobieta która odeszła z Ministerstwa Magii i zakrwawiony mężczyzna, w dodatku rudy i piegowaty jak Weasley pełnej krwi, mogłaby mieć ogromne kłopoty. Nie była w stanie narazić przyjaciółki w taki sposób. - Cuchniesz jak gorzelnia... - Wypowiedziała, z każdą chwilą coraz bardziej uspokajając swoje burzliwe emocje. Odsunęła się po chwili, by wierzchem prawej dłoni przetrzeć mokre oczy, zaś lewą... Ani na chwilę nie puściła dłoni mężczyzny. Trzymała ją mocno - jak ostatnią nadzieję. - Musimy zaleźć schronienie... Znasz kogoś, do kogo moglibyśmy pójść? Niedaleko stąd?


If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115

Powrót do góry Go down

Pomimo ciała domagającego się odpoczynku Weasley miał pewne zobowiązania, które liczyły się bardziej niż fizyczne bolączki, które przeżywał już nie raz. Słyszał jej głos, ale nic sobie nie robił z zasłyszanych słów, bo przecież dobrze wiedział, że bardziej liczyło się jej bezpieczeństwo niż cokolwiek mającego związek z jego osobą. Nienawidził siebie za to, że zawsze powodował zawód pośród najbliższych, co było jednym z najważniejszych powodów, dla których nie wracał do domu. Podczas jego nieobecności każdy wyłapywał własny tor, a on sam przestał napytywać niepotrzebnej biedy, która ściągała w okolice dna. Nie tylko strach podsycał całą tę wizję lepszego świata bez rudzielca, ale również niepewność związana z kolejnym dniem. Przecież brak wieści pozwalał zapomnieć i zaakceptować stan rzeczy, jakimi były, co było jednym z ważniejszych elementów przejścia do kolejnego etapu planowania przyszłości. Nie chciał być tą kłodą, która zawsze wpadała pod nogi dzielnych przyjaciół i rodziny, jednak zawsze w pewien sposób udawało mu się wszystko zepsuć. Jakby rzeczywiście miał na czole napisane RUDY.
Rzadko kiedy zdarzało się, żeby faktycznie czuł pełnym sobą uczucie ciepła związanego z czymś nieuchwytnym. Jakby o wiele bardziej sielankowa przeszłość pukała do teraźniejszości, przypominając o tym, że poza walką jest jeszcze wiele innych aspektów, które się liczą i sam akt przemocy jest jedynie narzędziem do zapewnienia tego, co najważniejsze, bezpieczeństwa. Sytuacja, w której oboje się znaleźli, nijak miała się do pięknej idei, która zwykle siedział w głowie Weasleya, jednak był to wyjątkowy dzień jego osobistej porażki, kiedy żal za wszystkim tym, co minęło, wzięło górę nad akceptacją rzeczywistości. Jedyne czego w rzeczywistości potrzebował to zapewnienia, że zmiana miesiąca nie oznacza pełnego obrotu o sto osiemdziesiąt stopni, czego nikt nie był w stanie mu zagwarantować. Więcej niż pół roku rozłąki z całym tym ciepłem ogniska domowego odbierało mu nieco sił, jakby ktoś wyszarpał cząstkę tej postaci, którą był w trakcie swojego pobytu w Londynie do pamiętnego grudnia '56. Resztka z tego, co zostało, zaczęła zwyczajnie dziczeć, zmuszając go do zatapiania wszelkich myśli w trunkach, które już dawno przestały służyć jako przyjazne ubarwienie wieczoru, a czasem nawet i dnia. Zaczął przyzwyczajać się do pobudek o zapachach niegodnych żadnego szlachcica, już dawno żył z nimi za pan brat.
Trzymając ją blisko siebie, nie tylko chciał zapewnić komfort, przekazać jak bardzo zależało mu na jej bezpieczeństwie, które nijak miało się z obecnością na tej ulicy, ale również utrzymać ten promyk nadziei, dla którego starał się wstawać każdego dnia. Zawsze mogło zdarzyć się coś niesamowitego jak, chociażby ich spotkanie. Ból pulsujący bezpośrednio w całej głowie był nie do zniesienia, jednakże bardziej liczyły się jej słowa, jej spokój i co najważniejsze - ona sama. To właśnie na tym skupiał całą swoją uwagę, odciągając się od faktycznego problemu, którym była władność wszystkich mięśni. Po raz kolejny przełknął ślinę zmieszaną z krwią, przypominając sobie, że wciąż jest utytłany we krwi. Przez głowę przemknął mu pomysł, żeby odsunąć się od drobnej istotki, jednak szybko odprawił tę myśl w nieznane. Lekko uśmiechnął się na jej przytyk do smrodu, który w jego obecnym stanie nie był nawet specjalnie wyczuwalny, choć powracające obrazy z Parszywego wręcz momentalnie przypomniały mu dlaczegóż jego nie pierwszej jakości, zbyt duże ubrania tak śmierdzą.
- Przepraszam - mruknął z już nieco bardziej rozgarniętym głosem. Jego uszy zaczerwieniły się, a poliki zalał lekko różowawy kolor. Nie był przygotowany na taką drobnostkę, która faktycznie mogła mieć wpływ na komfort. Bez żadnych komentarzy pozwolił jej się swobodnie odsunąć i wytrzeć prawą ręką, żeby zaraz przypomnieć sobie o rozciętej wardze, z której delikatnie upływała krew. Pamiętając o tym, że w niecodzienny sposób podziękował jej za pomoc, spojrzał na swoją rękę, w której przez cały ten czas trzymał jedną z jej dłoni. Przez chwilę wpatrywał się w oszołomieniu na ich złączone palce, czując, jak promyki ciepła przebijają się przez jego chropowate dłonie, rozjaśniając wszystkie komórki na swojej drodze, aż po sam czubek głowy. Chyba faktycznie tylko to pozwalało mu utrzymywać się na nogach, ignorując potrzebę odpoczynku. Jednak poczucie winy przemówiło ponad głębokim zdziwieniem. Puścił jej dłoń tylko po to, aby zaraz złapać ją w swoje dłonie i odwrócić wierzchem do góry. Ciężko było nie zauważyć mokrej plamy krwi, która odcisnęła się ponad nadgarstkiem. Zarzucając sobie wiele przykrych słów związanych z plamieniem jej niewinnej postaci, złapał za skraj przydługawej koszuli, którą zwykł nazywać szmatą i prostym ruchem starł choćby najmniejszy dowód na splamienie drobniutkiej niewiasty. Pomimo przemiany wciąż była mniejsza, co uświadomił sobie, ponownie patrząc na czystą już rękę. Dopiero wtedy był gotów spojrzeć w jej brązowe tęczówki, które dały mu siłę na wykrzesanie z siebie nieco więcej ogłady. Nie mógł poprowadzić jej nigdzie, ponieważ Londyn nie był bezpieczny. Z widocznym zawahaniem i pewnego rodzaju cierpieniem widocznym na twarzy zabrał dwie spracowane dłonie z jej małej ręki. Kątem oka zauważył różdżkę, która upadła gdzieś w trakcie całej tej sytuacji i bez zapytania zanurkował po nią, zaraz podając ciemnowłosej dziewczynie. Z trudnością spojrzał w jej oczy, skupiając się na ponownej przemianie w Jeremiego. Jeśli mieli przejść niezauważeni, warto byłoby faktycznie nie rzucać się w oczy, czemu przeczyła jego nieadekwatna do stroju twarz oraz kolor włosów.
- Muszę cię stąd zabrać. Londyn nie jest bezpieczny. - powiedział krótko, przyzwyczajając się do cichego tonu. Nie był w stanie wykrzesywać z siebie czegoś więcej, ponieważ dobrze wiedział, że mogło to oznaczać tylko załamanie się głosu. - Odprowadzę cię do punktu aportacyjnego. - zaproponował bez zawahania, momentalnie przybierając poważniejszą minę i oczywiście rozglądając się lekko na boki, jakimi głupcami byli, stojąc w cieniu. Podstawową zasadą przetrwania było ciągłe poruszanie się, niezależnie od tego, jak bardzo bolało - a bolało niemiłosiernie, tym bardziej że nie czuł już ciepła, które rozprowadzała jej bliskość, a nawet sama drobna dłoń zaginiona w jego. Momentalnie odczuł ten brak, na co zareagował jedynie ściągnięciem brwi.

| Rzut na przemianę w Jeremiego, ST 61-30=31
| zt.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Powrót do góry Go down

The member 'Regi Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 56
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Powinna, ale nie zareagowała na jego akcje. Nie zareagowała na to, jak opuścił jej ciepłą dłoń, zostawiając ją samotną, znowu, odsuwając się jak zwykle, a później zatarł swoje ślady, jak zwykle. Zupełnie jakby chciał wymazać swoją obecność z jej życia. Ale ona nie chciała jej wymazywać. Było w nim coś, co trzymało ją przy nim tak mocno, że nie była w stanie po prostu odejść. Jego cała postawa, trochę kłopotliwa, ale potrzebująca. Jego uśmiech i ciepło, które pomimo swojego talentu do pakowania się w najgorsze sytuacje, nadal rozświetlało jej dni. Pewnie uważał, że nie widziała niczego, co on widział w swoim życiu i nie mogłaby się postawić na jego miejscu, ale ta dłoń, którą próbował otrzeć z czerwonej cieczy... On nawet nie wiedział jak ogromny odcisk krwi na sobie miała. Że ta sama dłoń dotykała ludzkich wnętrzności, potrafiąc chwycić ciągle ciepłą wątrobę, wbijając w nią paznokcie. Dla dobra czyjegoś życia. Oglądała jak wymywał swoją krew z dłoni, jak odsuwał po prostu swój ślad na niej i patrzyła na to oczami zmartwionymi i niepewnymi. Czego się pozbywał? Wyrzutów sumienia? Przywiązania?
Ale ona nie chciała, by odchodził.
Nieważne co sobie myślał i co uważał, ona chciała go w swoim życiu. Ona chciała trzymać go za dłoń i ramię w ramię być częścią życia. Jeśli będzie trzeba - bić się obok. Może we dwoje... inaczej by skończyli ten wieczór. - Naprawdę myślisz, że nie wiem, że jest niebezpieczny? - Czy on miał ją za głupią. Doskonale wiedziała, że nie jest tutaj bezpiecznie... Ale mimo to zdecydowała się tutaj przybyć, ponieważ nadal byli tutaj ludzie, którzy potrzebowali pomocy. - Proszę Cię... Jeśli coś się stanie powiadom mnie. Proszę. - Pod jej dłońmi jego ciało się zmieniło, bo kiedy tylko próbował wydostać się z bezpiecznego zaułka, mniejsza postać złapała go pod ramię, by choć jeszcze przez chwilę pozwolić sobie na poczucie tego, że jest tutaj. Żywy. Że nie musiała się martwić, że więcej go nie zobaczy. - Twoja noga, musisz ją oszczędzać... I proszę, napisz do mnie. - Wiedziała, że ze swoim darem jest bezpieczniejszy w tym miejscu niż ona. Choć nadal nie umiała się nie martwić. Dyskusja tutaj nie miała sensu. Wolała żeby nie wiedział czym się parała w wolnym czasie, inaczej pewnie byłaby na jego radarze, a wolała ukrywać się tylko przed policją. Odeszła więc... Za Londyn.
Za miasto.

| zt


If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115

Powrót do góry Go down

13 grudnia

Lucinda doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak ważni byli dla Zakonu sojusznicy. Potrzebowali ich więcej i więcej. Nie wszyscy chcieli otwarcie uczestniczyć w wojnie. Bali się o swoje rodziny, posady, majątek, a często po prostu o życie. Doskonale to rozumiała i nie chciała, żeby ktoś kiedykolwiek robił coś przeciw własnej woli. Prawda jednak była taka, że bez kolejnych sojuszników ciężko byłoby im skupić się na otwartym konflikcie. Stanowili filar ich organizacji. Dzięki nim towary docierały na miejsce, dzięki nim wciąż mieli przepływ informacji z Londynu. Nie trzeba było wisieć na każdym murze w Wielkiej Brytanii by działać cuda. Sytuacja była bardzo napięta. Z każdym dniem wyłaniał się nowy problem, a Lucinda była już po części po prostu zmęczona. Nie pokazywała tego jednak po sobie, reagowała na każde wezwanie, na każde polecenie. Nie było teraz przecież czasu na odpoczynek. Kiedy dostała informacje, że kolejna dostawa tajemnymi przejściami jest zagrożona niemal od razu skontaktowała się z Vincentem. W liście nie było zbyt wiele informacji, bo też sama niezbyt wiele posiadała. Wiedziała jednak, że wszystko dotyczy przejścia na terenie doków, którym to sojusznicy przekazywali towary do Oazy. Teraz to miejsce zostało zablokowane przez patrol, a na same kanały została nałożona jakaś czarnomagiczna klątwa. Lucinda w duchu ucieszyła się, że tylko tak to się skończyło. Nie chciała myśleć co mogłoby się wydarzyć, gdyby sojusznicy zamiast sprawdzić przejście od razu by przez nie przeszli. Ktoś zrobił to celowo, celowo też przygotował zasadzkę. Skutki mogły być różne. Ofiar mogło być wiele, a ich tajemnice mogły zostać pogrzebane – tak samo jak i cała Oaza, do której towary miały dotrzeć.
W innym przypadku prawdopodobnie machnęliby ręką. Nie był to pierwszy raz kiedy zwolennicy Voldemorta i Malfoya przechwycili ważne dla nich miejsca. Lucinda wiedziała jednak, że tym razem jest inaczej. To przejście było ważne, znaczące. Nie mogli tak po prostu go odpuścić, a już w szczególności teraz, gdy cały towar był gotowy. Transportowanie go ulicami Londynu było niemożliwe, szalone i samobójcze. Blondynka nie narażałaby Vincenta, gdyby wiedziała, że poradzi sobie z tym sama, ale nie było tutaj miejsca na samouwielbienie. Nie mogła wiedzieć co spotka ją w dokach, nie mogła wiedzieć jak wielu zwolenników Ministerstwa pilnuje aktualnie przejścia. Merlin jej świadkiem, że pozbyła się już tych szalonych zapędów. Rineheart był nieoceniony i to nie tylko w kwestii łamania klątw, ale także zaklęć. Mógł być jej wsparciem, a ona naprawdę tego wsparcia potrzebowała.
Zjawiła się w dokach późną nocą. Pora dnia zawsze miała wielkie znaczenie. Choć i im będzie ciężej poruszać się pod osłoną nocy, to jednak mogli działać z zaskoczenia i to właśnie Lucinda zamierzała zrobić. Krew buzowała jej w żyłach, serce tłukło w piersi. Już dawno w jej działaniach nie było tak wielkiej spontaniczności. Gdy dostrzegła zbliżającego się do niej przyjaciela ruszyła w stronę zaciemnionego miejsca. Przed nimi jeszcze jedno spotkanie.



Ekwipunek:
- Eliksir kociego kroku (1 porcja, stat. 20, 117 oczek)
- Eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 20)
- Eliksir wzmacniający krew (1 porcja)
- Eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 46, moc +10)



[bylobrzydkobedzieladnie]


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy


Ostatnio zmieniony przez Lucinda Hensley dnia 13.04.21 21:28, w całości zmieniany 3 razy
Lucinda Hensley
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539

Powrót do góry Go down

The member 'Lucinda Hensley' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Portowa ulica  - Page 12 CdzGjcQ
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

stąd

Przybiegli z Fish and Chips, a zaaferowany Steff początkowo nie zwrócił uwagi, że jego przyjaciel prawie nic nie zjadł.
-Porozwieszajmy to. - razem z ulotkami, powielił przecież również plakaty przedstawiające ofiarę represji. Nie widział dobrze Thomasa, jego zaklęcie odniosło w końcu skutek - zauważył za to, że przyjaciel ma jakiś markotny ton.
-Tomek, to nie jest pora na śmieszne opowieści! Ale jak chcesz to zrobimy coś śmiesznego. Mam łajnobombę, trzymaj - Marcel mówi, że podobno wiesz, jak tego używać. - szepnął i wyjął z kieszeni łajnobombę. Wystawił ją nieco na oślep w kierunku przyjaciela,
-Jak ten mój Kameleon? Widać mnie? - szepnął, spoglądając na własne ręce. Skrzywił się nieco, mógł je dojrzeć. Tak, jakby zaklęcie nie zadziałało w pełni.
Westchnął ciężko, i gdy Tomek odebrał od niego łajnobombę, wyszedł z zaułka na ulicę, chwycił za różdżkę i przykleił plakat zaklęciem Trwałego Przylepca na jeden z listów gończych. Celowo wybrał ten, który przedstawiał Williama - trzeba w końcu chronić własną rodzinę.
-Wiejemy! - szepnął, wracając Thomasa - albo w jego stronę, do jednego z ciemnych zaułków. Gdy był pewien, że przyjaciel go widzi, zdjął z siebie Kameleona krótkim Finite. Musi rzucić go znowu, lepiej. -Słuchaj, jest taki pomnik, na Pokątnej. Zrobił go mój daleki krewny, szuja. Ta łajnobomba - rzucisz ją w niego. Weź mnie za rękę, bo będziemy niewidzialni i biegniemy tam! - szepnął, a potem chwycił Thomasa za lewą rękę (czekając raczej aż ten chwyci jego, Doe pozostawał wszak zakamuflowany), spróbował rzucić na siebie niewerbalnie kolejnego, silniejszego Kameleona - i pobiegli.




Plakaty*



Zaklęcie kameleona Steff 1/5, połowicznie udane, ST przejrzenia 44 (z kostek Tx4=88, interpretuję jako dzielone na 2 z uwagi na połowiczny sukces)
tutaj Tomek juz był pod Kameleonem 1/5, ST przejrzenia 100

rzut na przylepca


poprawiam Kameleona
przekazuję Thomasowi łajnobombę

/zt x 2 biegniemy tutaj, odejmuję nam trzy tury Kameleona ze względu na czas biegu (na miejscu Steff będzie miał turę 4/5, a Thomas 5/5)



intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 32
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen

Powrót do góry Go down

The member 'Steffen Cattermole' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 37

--------------------------------

#2 'k8' : 2, 4, 3, 8, 3, 2, 7
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Strzępki wspomnień dotyczące niedawnej, nieprzewidywalnej tropikalnej wyprawy odchodziły w odległą niepamięć. Tydzień szalonych przepraw oraz konieczna rekonwalescencja zatrzymała go pośród czterech ścian irlandzkiej posiadłości. W bardzo szybkim tempie powrócił do wojennej rzeczywistości odbierającej swe krwawe i bestialskie żniwo. Walka wymagała szybkiej reakcji, czynnego angażu; nie zwracała uwagi na utrudniające i powstrzymujące perturbacje. Czuł się dostatecznie w formie, aby podjąć kolejne zadanie mające na celu wsparcie najbardziej potrzebujących mieszkańców Oazy. Jako członek rebelianckiej organizacji czuł, iż powinien pochylić się nad bezbronnymi i niewinnymi jednostkami, opierającymi szansę godnego przeżycia na ich konkretnych i skutecznych działaniach. Umiejscowieni na samym środku skłębionej, morskiej toni polegali na towarach, sprowadzanych z każdego, najbardziej szemranego zakątka Wysp Brytyjskich. Przyjmowali transport najpotrzebniejszych elementów, których w ostatnich miesiącach brakowało coraz częściej. Niedostatek żywności, medykamentów, składników umożliwiających uwarzenie leczniczych specyfików, nie mówiąc już o środkach czystości czy odpowiedniej odzieży chroniącej przed skutkami okrutnego i lodowatego zimna. I choć nieprzyjazna i nieprzystępna pora roku wysysała wszystkie siły, tłamsiła spokój i pogodę ducha, starał się przystąpić do działania pełen motywacji, werwy oraz zaangażowania. Bez dłuższego zastanowienia przyjął propozycję przyjaciółki skuszony świadomością pracy nad niebezpieczną i nieznaną dotąd klątwą. Musieli być naprawdę ostrożni; niewielka ilość informacji nie precyzowała najważniejszych przesłanek dotyczących domniemanego przekleństwa. Nie mieli pojęcia na temat wielkości obszaru, ilości towaru przetrzymywanego w zablokowanym przejściu. Czy napotkają po drodze na przeszkody w postaci popleczników nieustępliwego wroga? Musieli to sprawdzić - niezwłocznie. Poufne informacje nie mogły dostać się w niepowołane ręce. Władze nie miały prawa o iż dowiedzieć się, iż dwójka wojennych terrorystów planuje niespodziewaną zasadzkę. Takiej okazji nie mogli wypuścić ze swych drżących rąk.
Mokry śnieg sypał się z grafitowego nieba uderzając w zabłocony bruk. Wysoka wilgotność rześkiego powietrza potęgowała paskudne odczucie mrozu przeszywającego na wskroś. Tafla wychłodzonej wody wzmagała efekt, uderzając o betonowe ścianki portowej zapory. Jej nietypowy szum, mieszał się z przeciągłym dźwiękiem odległych statków oraz specyficznym syczeniem obciążonych lamp. Żółte światło migało w spazmatycznym rytmie, pochłaniając najmniej oddaloną przestrzeń. Urwane głosy bojowniczych wojowników niknęły między cienkimi ścianami, pochodziły z dalekich warstw zniszczonej stolicy opanowanej przez okrutnego i obrzydliwego wroga. Biała płachta okrywała obdrapane, blaszane budynki tworząc śliskie i niebezpieczne przeszkody. Pojedyncze kartki wisiały na skruszonych murach prezentując największych zbrodniarzy. Przez krótki moment przyglądał się podobiźnie własnego ojca wycenionego na niebagatelną sumę pieniędzy. Szef biura aurorów, ten zlepek słów brzmiał tak niedorzecznie, absurdalnie… Dziwna myśl przemknęła przez jego umysł, lecz w bardzo szybkim tempie powrócił do bolesnej rzeczywistości przykrytej kotarą nocnego, bezgwieździstego nieba. Wtapiał się w nietypowy krajobraz okryty ciemnym materiałem ciężkiego płaszcza oraz niewielkim skrawkiem materiału zakrywającym część charakterystycznej twarzy. Różdżka spoczywała w prawej kieszeni, a niewielka, skórzana torba zwisała z lewego ramienia przetrzymując najważniejsze składniki. Z wolna przemieszczał się w wyznaczone miejsce rozglądając się na wszystkie strony. Spostrzegawczy zmysł nakazał być uważnym, dociekliwym i nieustępliwym. Każdy szmer, najdrobniejszy ruch powinien powiadomić o nadchodzącym zagrożeniu. Znał plan. Scenariusz kłębił się w przeciążonej głowie szukając nowych rozwiązań. Musieli stawić im czoła bezpośrednio, odważnie, jednakże czy mogli zadziałać z zaskoczenia? Znał dzielnice portową, po której poruszał się bez większego problemu. Potrzebował miejsca, przejścia które mogło dać im przewagę. Pamiętał je, choć nadal jak przez mgłę... Pojedyncza sylwetka zamajaczyła na horyzoncie, a on naprężył się instynktownie chwytając za niewidzialną broń. Wolał dmuchać na zimne… Gdy kobieta zbliżyła się na odpowiednią odległość, wypuścił powietrze z głośnym świstem i rozluźnił się gotowy do ponownego przedyskutowania planu. – Wiem jak dostać się tam od drugiej strony. – zaczął od razu nie tracąc czasu, ściszając głos do zrozumiałego szeptu. – Będziemy musieli się trochę ubrudzić i przede wszystkim zachować szczególną ciszę. – chciał przecisnąć się podziemnymi kanałami. Zajść przeciwnika, odwrócić jego uwagę, rozeznać się w obcym terenie, na który będą musieli wkroczyć. – Ruszamy? – zapytał asekuracyjnie, po czym przesunął się do przodu, gotowy poprowadzić ją do wymyślonego celu.

| Ekwipunek:
- eliksir niezłomności (1 porcja, moc +14)
- wywar ze szczuroszczeta (1 porcja)
- kryształ



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Port był chyba tą częścią miasta, do której się nie zapuszczała. Oczywiście były epizody w jej życiu, które zmuszały ją do wdychania oparów gnijących ryb. Nie było to miejsce, do którego chodziło się z przyjemnością, ale świat został skonstruowany tak, że wszędzie można zbudować znaczącą społeczność. Ona wiedziała, że w porcie właśnie taka jest i jest wyjątkowo silna. Bez tak zwanych „pleców” nie było szansy na spokojną koegzystencję. Na szczęście dziś nie musiała się o to martwić. Nie rozwijająca się w porcie społeczność była ich problemem, a tunele zabezpieczone czarnomagiczną klątwą. Dlatego właśnie cieszyła się, że ma przy sobie Rinehearta. Nie chodziło o to, że wątpi w swoje umiejętności, ale niestety z klątwami bywało różnie i zawsze najlepiej było mieć przy sobie kogoś kto zna się na klątwach i w razie przypadku będzie mógł zareagować.
Widząc zbliżającego się do niej przyjaciela uśmiechnęła się ukradkiem. Dziwne, że w ostatnim czasie spotykali się głównie wtedy, gdy mieli do zrobienia coś związanego z Zakonem. Jeszcze niedawno ciężko było jej się pogodzić z tym, że Vincent chce dołączyć do organizacji rebelianckiej. Nie chciała go stracić. Nie chciała, aby stało mu się coś złego. Nie miała jednak na to żadnego wpływu. Był dorosły. Ba! Był przecież starszy od niej. Mógł decydować o swoim życiu, a jej egoizm nie miał tu nic do rzeczy. Nie chciała jednak, żeby ich relacja skupiała się jedynie wokół wojny. Tak naprawdę wszystkie jej relacje aktualnie są podyktowane wojną. Tak jakby nie powinna się temu w ogóle dziwić. Ale nie był to temat, nad którym aktualnie powinna się zastanawiać. Skupienie w takich misjach było najważniejsze. Tym bardziej, że znajdowali się na terytorium wroga i wiele złych rzeczy mogło im się przytrafić zanim w ogóle dotrą na miejsce.
- Prowadź – odparła rozglądając się jeszcze na boki chcąc upewnić się, że nikt nie obserwuje ich poczynań, że nikt się nimi zbytnio nie interesuje. Tutaj należało uważać na wszelkie sytuacje. Nawet ktoś kto wyglądał całkowicie niepozornie mógł być czujnym obserwatorem, a przecież tego w tym momencie nie potrzebowali.
Kiedy ruszyli przed siebie pozwoliła się poprowadzić. Ufała, że mężczyzna zna drogę. Z zaufaniem zawsze miała problem. Ufała ludziom, którym nie powinna, a pokładała wątpliwość w ludziach, którzy na to nie zasługiwali. Co do Vincenta nie musiała mieć wątpliwości i chyba nigdy nie miała. Nawet wtedy, gdy ich ścieżki się rozdzieliły na kilka dobrych lat. Teraz wojna wzięła we władanie całe ich życie. Strach paraliżował komórki jej ciała choć starała się tego nie okazywać. Myślała, że jest w stanie się do tego przyzwyczaić, ale bardzo się myliła. Każda misja była dla niej pewnego rodzaju wyzwaniem. Odczuwała te wszystkie emocje targające jej życiem i wmawiała sobie, że nie ma nic do stracenia, ale chyba to także było kłamstwo. Plusem odczuwania tych wszystkich uczuć był fakt, że motywowała się tym do działania. Adrenalina potrafiła zdziałać cuda. Była tego najlepszym przykładem.
Starała się za wszelką cenę by kroki, które stawiała były wyciszone. Nie chciała by ktokolwiek ich usłyszał. Jeśli mieli działać, to najlepiej z zaskoczenia. To zawsze był bardzo ważny punkt działań. W ostatnim czasie stoczyli już dwa wspólne pojedynki i te dwa były od nich bardzo wymagające. Miała szczerą nadzieje, że tym razem im się poszczęści.
Minęli kręte uliczki i Lucinda wiedziała, że zbliżają się do celu ich misji. Nagle jednak mężczyzna skręcił, a blondynka nie była pewna do jakiego miejsca ma ich doprowadzić ta ścieżka. Czuła jednak, że Vince ma plan, nie zdarzało mu się rzucać słów na wiatr. Dotarli do jakiegoś podziemnego kanału. – Dokąd nas to zaprowadzi? Jesteś pewien, że to dobre wyjście? – zapytała trzymając ciągle różdżkę w pogotowiu.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Portowa ulica  - Page 12 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539

Powrót do góry Go down

Dzielnica portowa była miejscem, które ukształtowało jego młodzieńczą i buntowniczą naturę. Stało się perfekcyjnym azylem wspomagającym mistycyzm skrupulatnie przygotowywanego planu. Podczas długich, wakacyjnych dni, wraz z wtajemniczonym kompanem przemierzali wąskie uliczki przesiąknięte morską wilgocią i intensywnym odorem rozpruwanych ryb. Chowali się za nagrzanymi blaszakami, podglądali pracujących rybaków krzyczących siarczyste przekleństwa w znanym dla siebie dialekcie. Mijali rozbawionych mężczyzn zataczających się na boki od nadmiaru zbyt taniego rumu. Obserwowali ogromne statki wypływające na wzburzoną wodę. Jeden z nich, już wkrótce miał stać się jego nowym domem. Port sygnowano mianem skarbnicy wszelkich informacji, które za drobną opłatą dało się wydobyć nawet od obdartego, lokalnego opryszka. Kilkanaście lat później nie zapomniał specyficznego układu odrębnego terytorium. Odkąd jego noga ponownie zawitała na terenach macierzystego kraju, szybko skierował się do nadmorskich, ciasnych noclegowni i pobliskich tawern. Rozpoczął budowę zaufanej siatki kontaktów handlowych oraz sprawdzonych dostaw. Zaczerpnął ścisłej wiedzy odnośnie sytuacji w kraju. W tym momencie, podczas gdy stolica znajdowała się we władaniu wroga, czuł się tutaj niczym intruz. Włamując się pod fałszywą tożsamością musiał zareagować, wspomóc uzdolnioną partnerkę w zdjęciu parszywej klątwy i wydobyciu brakujące zapotrzebowania.
Biała, wilgotna warstwa zakrywała pole widzenia. Niewielkie drobiny spływały z zachmurzonego nieba opadając na flauszowy materiał grubego płaszcza. Dłonie schowane w głębokich kieszeniach, zaciskały się na głogowej broni, przedmiotach, które i tym razem mogły uratować ich życie. Znajomy, filigranowy zarys, rysował się w oddali, serce ścisnęło się na moment, gdyż po raz kolejny stawali się niezastąpionymi towarzyszami niebezpiecznej akcji. Mężczyzna żałował, iż w ostatnim czasie nie mieli dla siebie czasu. Nie zdążyli spędzić ze sobą zwyczajnych, swobodnych chwil, poruszyć tematu podziemnej eskapady, która wywarła na nich ogromne i destruktywne piętno. Jak sobie radziła? Jak to przeżyła? Czy niczego nie potrzebowała? Bez problemu radziła sobie z każdym, coraz cięższym dniem? Westchnął krótko, a jego ramiona uniosły się na moment. Czuł się winny, znajome wyrzuty sumienia krążyły w krwiobiegu, gdy miarowym krokiem zbliżał się ku opatulonej blondynce. Uniósł powieki, aby posłać jej specyficzne spojrzenie jasnych tęczówek. Zdobył się na pokrzepiające wykrzywienie kącika ust. Nie potrzebowali wielu słów, nie mieli na to zbytniej sposobności. Obiecał sobie, że już po wszystkim zaprosi ją pod dach irlandzkiej posiadłości, ugości ciepłą strawą i alkoholem, który na pewno pokrzepi dwie walczące dusze. Tematy do rozmów nie wyczerpią się aż do rana.
Skinął miarowo głową i naciągając kaptur, rozejrzał się na wszystkie strony prowadząc ją w jedną z bocznych, ciasnych i niezwykle zaciemnionych ulic. Musieli być niezwykle ostrożni, uważać na każdy szmer. Przylgnął do ściany i wyciszył kroki, aby nie wzbudzać podejrzeń. Koniuszek różdżki zapłonął znajomym lumos dając nikłą, lecz wystarczającą poświatę. Przemieszczał się pewnie, starał się nie zgubić wyznaczonej drogi. Dzielnica portowa w niektórych częściach swej rozległej potęgi, zmieniła się nie do poznania; szukał charakterystycznego elementu naprowadzającego na właściwy tor. Co jakiś czas oglądał się za siebie, sprawdzając czy kobieta podażą jego rytmem. Czuł się za nią odpowiedzialny. Musiał ją chronić za wszelką cenę. W pewnym momencie zatrzymał się gwałtownie; wychudzony, szarawy szczur przebiegł im drogę zanosząc się denerwującym piskiem. Odetchnął z ulga, mogąc skręcić w kolejną odnogę. Dobrze radził sobie z przewodzeniem, kontrolą nad konkretnym zadaniem, wiedząc, że znajduje się w granicach jego możliwości. Zupełnie nowe działania powodowały, iż stresował się z wzmożoną siłą, stawał się zbyt ostrożny i niepewny. W tym przypadku kontrolował sytuację, wiedząc, że była szlachcianka darzy go bezgranicznym zaufaniem. Nie mógł tego zaprzepaścić. Adrenalina i zbytnia cisza uderzała we wszystkie zmysły. Niemalże słyszał swój własny oddech oraz serce obijające się o klatkę żeber. Zabłądził na kilka minut, lecz zdążył się zreflektować. Zszedł w dół uważając na wystające kamienie i częste dziury. Zaprowadził ją przed wejście do jednego z bocznych kanałów, których siatka rozciągała się pod powierzchnią miasta. Były kręte, obszerne, mieściły niejedno zaopatrzenie i nielegalne zgromadzenie uciekającej ludności. – Jest to jedno z wielu wejść, które nie uległy zawaleniu. – wyjaśnił przyglądając się obluzowanej kracie pokrytej zieloną mazią i wodnym roztworem. – Powinno dać nam najkrótszą drogę do celu. – dodał jeszcze podciągając materiał znajdujący się na twarzy. Poświecił w głąb tunelu, trafiając na ciała śpiących nietoperzy. Przeprawa będzie kosztować ich bardzo wiele, lecz byli na to przygotowani. Odgarniając mokry kosmyk włosów, wykonał krok do przodu i pchnął niezabezpieczone wrota. Te otwarły się z nieprzyjemnym zgrzytem zapraszając do środka; nie mogli przecież odmówić.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Strona 12 z 13 Previous  1, 2, 3 ... , 11, 12, 13  Next

Portowa ulica

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach