Wydarzenia


Ekipa forum
Między kamienicami
AutorWiadomość
Między kamienicami [odnośnik]12.01.21 21:31
First topic message reminder :

Między kamienicami

O szyby deszcz dzwoni, między szybami twarze, a na balkonach ciekawskie stopy młodzieży poszukujące kryjówek, kątów, spokojnych zakamarków i sprytnej drogi ucieczki - byleby jak najdalej od dorosłych. W szczelinach, między dachami powtykane młodzieńcze marzenia i dowody niepoprawnego odurzenia, tajemne bazgroły i listy miłosne. Tutaj sprytnie wymakają się cwaniaki, tutaj prowadzi się dziewczynę na randkę, tutaj niedojrzałe oczy rozmyślają o tym, jak podbić świat i dokąd wypłynąć na pierwszą morską wyprawę. Tutaj też chowa się chłop, by mieć spokój od baby i dopić wreszcie flaszkę i tutaj też wyłazi baba z koszem prania i zbyt ciekawskimi oczami. Między kawałkami firany da się podejrzeć największe sekrety sąsiadów, przez popękane szyby wymyka się małżeńska złośliwość i dziecięcy grymas.

Popatrz uważnie, może w którejś z porzuconych butelek odnajdziesz skarb. Rzuć kością k6:
1 – znajdujesz pękniętą butelkę, brudną i pustą w środku, ostra krawędź rani twój palec;
2 – znajdujesz rozpoczęty, nigdy nieskończony list, spisany dziewczęcą ręką, krótka historia o miłości; wetknięty do butelki, najpewniej miał dryfować po falach Tamizy, dotrzeć do morza, do marynarza, który nigdy już nie przeczyta tych słów;
3 – znajdujesz zamorskie cygaro, najpewniej dotarło do portu na pokładzie któregoś z handlowych statków, może ukradły je ręce podrzędnego majtka, który chciał posmakować egzotyki; postaci z biegłością hiszpańskiego co najmniej na pierwszym poziomie są w stanie domyślić się po napisach, że to kubańskie cygaro;
4 – znajdujesz roztrzaskaną butelkę, a na dnie spoczywa mały kompas;
5 – jeśli przyjrzysz się tej butelce bliżej, zauważysz, że wewnątrz znajduje się coś niewielkiego. Czy to zwykły pet, czy to diable ziele? Niezły traf! Ciesz się słodkim odurzeniem, młody odkrywco!
6 – znajdujesz oryginalnie zamkniętą butelkę rumu; masz dzisiaj szczęście! Pechowy tylko ten, kto ją tutaj pozostawił. Po kilku łykach rumu czujesz nieodpartą potrzebę zaśpiewania szanty. Jeśli opróżnisz całą zawartość, do końca dnia będziesz odczuwał pokusę porzucenia obecnego życia i wypłynięcia w morze.
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Między kamienicami - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Między kamienicami [odnośnik]21.05.21 12:24
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 3
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Między kamienicami - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Między kamienicami [odnośnik]09.06.21 19:57
– Nie dam – odpowiedziała natychmiast, zbyt pewnie. Jakby odtwarzała nagraną sto lat temu odpowiedź. A jednak kłamała. Już to zrobiła. Już kilka miesięcy temu weszła bosymi stopami na rozżarzone węgle. Pociągana przez słabość, przeklęte uczucie. Sama miała to robić. Kusić, mamić, nęcić, oszukiwać i owijać wokół palca. Gnojków z Parszywego, a potem całego portu i jeszcze dalej. Jej odpowiedź przesycona była odwagą, zbyt totalną i ostateczną, ale tak musiało być. Nie chciała zawieść siebie, nie chciała dać się złapać w pułapki, które sama budowała. Na to jednak już za późno. Ostatnie tygodnie obfitowały w zbyt głębokie myśli. Uczyła się siebie od nowa. W gęstej pewności pojawiały się przebłyski czegoś zupełnie nowego. – Bo sama jestem taka jak oni. Buduję sobie jakiś lepszy świat, w tym wszystkim – wymówiła jakoś lżej, a dłonie uniosły się i charakterystycznie pofalowały, wskazując na ich bure otoczenie. – Od królewiczów wolę po prostu prawdziwe twarze, tych żebraków i oszustów – wyjawiła coś, czego mógł się domyślać. Chociaż była ambitna i na taką się kreowała, jej energia nie chciała wychodzić daleko poza to, co już miała. Nie próbowała grać jakiejś lady, naukowca czy innego wielkiego polityka. Tylko czasem chciała być bohaterką. Na razie jednak była tutaj. Pokaleczona przez te ostatnie tygodnie, nieświadoma tego, co jeszcze ją czeka.
Ale szła, zawsze szła dalej. Teraz też. Wspierana jego dłońmi, pociągana za obietnice czegoś, co kryło się bliżej chmur, na piętrze z dachów i resztek pozostawionych przez tych poprzednich. A może nawet jeszcze po ich ostatnim razie? Za sobą zostawiali sznury prania i wiązanki paskudnych oszczerstw. Przecież nic się nie stało, przecież nigdy ich tam nie było. Przecież nie dawali się złapać. Zwinięte w poszewkę krety chętnie zgarnęły podarek. Przez chwilę kwiliły podniecone skarbem, a potem stopniowo wyciszały się. Philippa popatrzyła w chłopięce oczy. – Spisałeś się. Ale nie wierzyłabym, że te monety do ciebie wrócą. Może kiedyś… - zasugerowała przeciągle, z uśmiechem. Nawet nie próbowała ufać, że finał będzie zgody z jego wolą. Nie z taką cwaną bandą. Zaraz. Podpisywał monety? Odruchowo zerknęła tam do środka, ale nie było teraz okazji do rozdłubywania tego wątku. Chciała pójść dalej. Wejść w głąb. W końcu dotarli już na sam szczyt. A wokół nich wiele wyższych budowli. Kominy doków przecież nigdy nie dorównają pięknym wieżom w Westminister. Albo tej wyjątkowej, lewitującej. Nie próbowała dociekać, jak to się właściwie stało. Już lato przyniosło masę dziwnych zdarzeń, dość przykrych, dziurawiących ich miejskie krajobrazy. Tylko że akurat w porcie były one mniej widoczne. Popatrzyła w bok. Mówił o pięknych widokach, wyśnionych, niemożliwych. Gdzieś w tym samym czasie prosto do jej piersi wspięły się dwie kudłate bestie. Objęła je bezpiecznie, dając tym samym wygodne miejsce. Przecież one tez chciały popatrzeć.
– Nigdy nie byłam w górach. Chciałabym kiedyś na nie popatrzeć. Wspiąć się wyżej niż na te dachy –
przyznała, dając się uwodzić wietrznym tańcom. I jego czarującej mowie. Raj. – Tutaj próbuję zrobić swój raj. Chociaż idzie marnie. Ale możesz mi opowiedzieć o swoim, o Anglii, którą widziałeś – stwierdziła zainteresowana. Naprawdę chciałaby posłuchać o czymś więcej, ujrzeć coś innego. Szczególnie teraz, kiedy widmo dziwnego kryzysu plątało się wokół jej kostek. – Czuję, że zaraz zechcę się tam znaleźć. Nie masz pod ręką jakiegoś świstoklika? – dopełniła nieco ciszej i znów spoglądała przed siebie. Na dach, na krawędzie, na kominy i próbujące się odnaleźć w tym bałaganie słońce. Na górze powietrze wcale nie było przyjemniejsze. – Co robisz? – zapytała zwabiona jego wędrówkami. Przechyliła lekko głowę w bok, kiedy strzelił szelkami. Odeszła kawałek od krawędzi i wyruszyła w jego stronę. Niuchacz oderwał głowę od dekoltu i też zerknął ciekawsko.
Dokąd mknął?
Philippa Moss
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +1
UROKI : 22 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Między kamienicami [odnośnik]06.07.21 1:19
Jej odpowiedź nie zdziwiła go specjalnie. Uniósł tylko brwi i skinął jej głową w wyrazie "ach, tak?", ale zamiast powiedzieć to głośno i skomentować, nie powiedział nic, a uśmiech zatańczył mu na wargach. Krnąbrny, łobuzerski. Każda tak mówiła. Kobiety dzieliły się na dwa typy — te, które o tym marzyły i te, które się zarzekały, że nigdy nie. I większość z nich i tak kończyła w ten sam sposób. Przynajmniej z tego, co zdołał zaobserwować, a znał ich dużo, choć większość (znaczną) tylko powierzchownie. Pomyślałby, że takie rzeczy należało robić z głową, ale z głową te w zamierzeniu szczęśliwe nie miały absolutnie nic wspólnego. Twarzą, dupą, sercem może. Ale nie z głową.
— Nie widzisz w tym zgrzytu? — spytał z rozbawieniem. Chyba nie była taka naiwna?— Wierzysz, że ci żebracy i oszuści tobie jednej pokażą prawdę o sobie, bo jesteś jedną z nich? Znasz życie, wiesz dobrze, jak się kręci. Prawda nikogo nie obchodzi. Prawdy nikt nie kupi, nikt o niej nie napisze piosenki, nie poruszy.— Wiedział o tym za dobrze. Prawda była gówno warta, każda, nawet jego własna. Zbliżył się do niej nieco, popatrzył jej w oczy czujnie. Wiatr mierzwił mu ciemne, gęste włosy, które otrzymał w genach po matce.— Chyba, że ci zależy. A jeśli tak, to znaczy, że... — Podszedł jeszcze bliżej, stanął tuż przy niej i nachylił się do niej, nie odrywając od niej spojrzenia, jakby opowiadał jedną z tych strasznych historii. — Może już dałaś się zwieść.— zakończył konspiracyjnym szeptem i uśmiechnął się znów, by przejść się po dachu, jak po własnych włościach. Ten dach był jego i jej. Niczyj i ich zarazem. Mogli sobie rościć do niego pełne prawo na ten wieczór.
Gdy znalazł cygaro, obejrzał je uważnie. Było nietknięte. Przystawił do nosa, by powąchać. Widział na papierku jakieś napisy w obcym języku, ale nie potrafił ich odczytać, a nawet domyślić się, skąd pochodziło. — Jesteś taka jak oni, czy to twoja wersja, która ma cię wpasować w świat, do którego nie należałaś. Na siłę, bo nie pasujesz nigdzie indziej. Pasujesz tu? — Zdziwił się. Według niego, nie. Nie była taka jak oni. Ludzie z portu. To, co nabyła, ta maniera, sposób zachowania, mówienia, krętactwo — nabyła to tutaj, ale była obca, jakby przyjezdna. Tak jak i on. Niby tu pasował, a jednak nie. Jej historia była znacznie głębsza. Ona była głęboka, spłycała się maksymalnie, aby jak najwięcej samej siebie ukryć przed każdym w obawie, że jeśli przyuważy cień czegoś więcej, postanowi babrać się w tym, a tego nie chciała. Pragnęła spokoju. Pragnęła by każdy kupował jej wersję zdarzeń. Rozumiał to doskonale, ale nie wierzył w to, że była jedną z nich. Chciała być. Na taką się kreowała. Ale nie taka była naprawdę.
Kwestię monet pominął — podejrzewał, że tak mogło się to skończyć. Podszedł do niej bliżej, usiadł na gzymsie, plecami do widoku. Wolał patrzeć na nią. Z kieszeni wyciągnął nożyk, położył cygaro na murku i zabrał się za cięcie końcówki. Nie wiedział po co się to robiło, ale widział to u lordów w mieście. Ale oni mieli do tego jakieś specjalne narzędzie.
— Widzisz sama. Marzysz o czymś innym. O górach. O swoim raju. Zadowalasz się tym tutaj i wmawiasz sobie, że to co cię otacza to maksimum twoich możliwości i oczekiwań od życia, ale to nieprawda — pokręcił głową. — Ludzie boją się marzyć, bo marzenia zdradzają prawdę o nas samych. Tę kiczowatą, niechcianą. Miałką — mruknął, w końcu radząc sobie z końcówką cygara. Wyglądało koszmarnie, zrobił to nierówno, ale scyzoryk nie był za ostry. I kiedy miał go już schować, zakręcił mu się w palcach i runął w dół. — Psia mąć — zaklął, odchylając się do tyłu, patrząc na ulicę. Było już po wszystkim. Wyciągnął rękę i podał jej cygaro. Gdzieś miał zapalniczkę. Zmacał się, szukając jej, a może przy okazji szukając czegoś wiecej w samym sobie. Też wiele ukrywał. Prawdę o sobie. Każdy to robił.
— Byłaś kiedyś w Devon?— spytał, spoglądając przez ramię na Londyn. — Właściwie dopiero co stamtąd wróciłem. Lynmouth. Ale wcześniej byłem w Blackpool. I widziałem tam klify porośnięte trawą tak zieloną, jak możesz sobie tylko wyobrazić. Strome, jak cholera, a pod nimi piaszczyste plaże, najpiękniejsze jakie widziałem. Ziarnka były drobne jak mąka i złote jak galeony. A to wszystko otaczała woda. Granatowa, bezkresna. I cisza. Spokój. Cichy szum. Brzmi jak tandetna zachęta, ale tak tam jest. — Uśmiechnął się, na samo wspomnienie. Miasta nie były piękne. Były zimne, surowe. Nieważne, czy Londyn, czy Birmingham, czy Luton. To takie miejsca, jak tamte klify zapadły w pamięci.



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Między kamienicami [odnośnik]31.12.23 19:20
Na mapie złożonej z chmur i dachów nikt nas nie widział. Tylko te dwie pary oczu, tylko dwa nieustępujące spojrzenia i słowa, który miały wkrótce rozpuścić się w przeszłości. Patrzyłam nieustępliwie, choć nieco z rozdrażnieniem, bo kiedy próbował zachwiać moją pewnością, uparcie tylko zamierzałam przytupać moje głęboko przemyślane tezy. Czyżby? – Zdziwiłbyś się, Jamesie – odpowiedziałam raczej krnąbrnie, nieco niezadowolona z faktu, że próbował podważyć moje spostrzeżenia. Kiedy wiatr zatańczył z jego włosami, pokusiłam się o zanurzenie w nich palców, a temu zaś towarzyszyło dość pobłażliwe cmokanie. – Nie dam się zwieść, nigdy. – I tak, zależało mi, cholernie, ale tym razem pewność wciskała się mi do płuc wraz z każdym oddechem. I oprócz niej było coś jeszcze, namiastka trucizny, którą za wszelką cenę próbowałam zignorować. Chłopięcy szept rozbijał się o moje policzki, ale ja zamierzałam być ponad to. Umiałam poruszać się po świecie tak, by nie dać się powalić. Od życia dostałam po dupie i zapewne czekało mnie jeszcze przynajmniej kilka twardych kopniaków. Mojej wędrówki połamany obcas nie mógł jednak zatrzymać. Obydwoje byliśmy wolni, przynajmniej przez tę chwilę, tu na tym dachu, tu w tym krótkim ułamku czasu. W kamienicy na Pont Street, ciasno wciśniętej między dwie inne wątpliwe konstrukcje, niekiedy brakowało przestrzeni, zaś tu, na piętrze dachów, mieliśmy jej aż całe mnóstwo.
- A masz co do tego jakieś wątpliwości? Jestem taka, jaka chcę być, taka, z jaką czuję się najlepiej, żadna inna, Doe – Wzburzona brew poderwała się do góry, niuchacz powiercił się przy ciele. Czy Doe naprawdę sądził, że coś, co mnie ukształtowało, co nadało upragnioną tożsamość bezbarwnej sierocie, nie należało do mnie, że nie było częścią mnie, że nie było mi… należne? Nie istniało na świecie żadne inne miejsce, gdzie czułabym się lepiej, niż tu, w cuchnących dokach. Co prawda nigdzie indziej nie zagrzałam miejsca na dłużej, ale nie dopuszczałam tego do myśli. Byłam pewna, zdeterminowana i gotowa uwierzyć, że to całe cholerstwo należy do mnie i chociaż nie wygasła we mnie ambicja, chociaż pozostawałam głodna czegoś ponad nędzne życie, z jakiegoś powodu wcale nie próbowałam zagrabiać dla siebie więcej. To wydawało się wystarczające, chociaż zewsząd zdawały się spływać gorzkie wołania, wątłe tchnienia, ignorowane sny, w których byłam daleko stąd, pozbawiona widoków czarnego dymu i zagnojonych zaułków. Bez wielkiego miasta i osaczających mnie tłumnie przepitych gęb. Jim coś wiedział. Kurewsko mnie to drażniło, bo nikt nie powinien. Nikt poza mną. Z tego powodu nie chciało mi się o tym gadać, nie planowałam godzić się, by właził za głęboko, w odmęty, po których sama nie potrafiłam się poruszać – pełne pytań bez odpowiedzi, piekielnie szczerych wizji i dramatów zszytych na prędko czarującymi spojrzeniami. – Co tam znalazłeś, co? – zapytałam, wyłapując między jego palcami obraz znaleziska, które trzymał zbyt długo, by było gówno warte. Przeszłam kawałek, by mieć lepszy obraz na dziwaczne poczynania. Widywałam już coś takiego, rzecz jasna nie w porcie. Znałam jednego lorda, trochę lorda, trochę pirata. Palił to kiedyś. Właściwie to nie wiedziałam, co się z nim stało. Francis, Morgan, przyjaciel. Wargi zakleszczyły się, nim nieco tęskne westchnienie zdołało się spomiędzy nich wydostać.
A jaka jest ta prawda, co? Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten gagatek znał moje marzenia lepiej ode mnie – a przynajmniej trafnie zdawał się rozprawiać z kwestią ich istnienia. Istnienia, kierunku wiatru, wraz z którym naturalnie zdawały się skręcać gdzieś w nigdy nieodwiedzoną dal, nieprecyzyjne krajobrazy i role dziś wręcz śmieszne dla mnie, Philippy Moss. – Nikt nie mówił, że doczekam w dokach końca swoich dni. Że nie zobaczę już niczego innego. Może pewnego dnia… - nie nawykłam do ckliwego zachwycania się tym, co niepochwycone i nierealne, ale czy właśnie nie wkraczaliśmy na obszar całkowicie daleki od burości tych dachów i tego potrutego nieba? Jim nie przestawał rozprawiać się z marzeniami, o których nie lubiłam mówić otwarcie. W oparach tej dziwaczej nostalgii język miał się jednak rozsupływać z pewną łatwością. Więcej niż zazwyczaj, szczerzej niż zazwyczaj. Kurwa, dokąd miało to nas zaprowadzić? Mnie. – Ale dziś nie wyobrażam sobie być gdzieś indziej. Zostawić was, zostawić swoją historię. Porzucić na rzecz nowej. I co dalej? Tu jest paskudnie, jest cholernie paskudnie, ale to jest mój dom. Ten wielki Londyn z tysiącem okien i tymi wszystkimi twarzami, które są cenne. Przynajmniej wiele z nich – snułam głośno prawdę, która wciąż jednak wydawała się prawdą okrojoną. Nie wypierałam się jednak marzeń. Wolałam myśleć o tym jako o chwili, która jeszcze nie nadeszła, o drodze, która jeszcze się dla mnie nie otworzyła. Durnowate przeświadczenie, że czekam na znak. Gdzie on był, gdzie był ten mój kierunek?
Chwyciłam cygaro i obróciłam je w palcach, wkrótce potem przyciągając do nosa, wonne, nęcące. – Byłeś do niego przywiązany? – spytałam, wspominając nóż, który przeżył niespodziewany lot, aż rozbił się pewnie gdzieś na ulicy. Oby nie na czyimś łbie. Raczej musiał się z nim pożegnać. Gdy błysk ognia zbliżył się do tej dziwnej fajki, mogłam posmakować. I jakoś wcale nie poczułam się urzeczona. Cygaro wróciło do Jima.
- Devon? To gdzieś na końcu świata – stwierdziłam, wciąż czując na wargach nieprzyjazny posmak. – Brzmi nieźle. Nigdy nie widziałam klifów, ale nie pogardziłabym nocną kąpielą w takiej wodzie, w takich falach. – Pozazdrościłam mu wycieczki. W tym miejskim gwarze, w codziennym hałasie Parszywego obietnicy ciszy wydawała się dość obiecująca, ale nie miałam pewności, czy mogłabym poczuć się z nią na dłużej. – Wcale nie taka tandetna, Jim. Daj znać, jeżeli będziesz planował tam wrócić. Może zabiorę się razem z tobą… - Żeby tylko nie spodobało mi się tam za bardzo, żebym tylko chciała wrócić. Dziś Devon brzmiało jak daleki obrazek, ładny, malowany opowieścią cygańskiego chłopca. Kuszący, piękny, ale czy możliwy? – Zwijajmy się, zgłodniałam. Wpadniesz na zupę? – Daleko nie miał, ledwie kilka schodów do góry, nie wyobrażałam sobie odmowy.
Philippa Moss
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10 +1
UROKI : 22 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Między kamienicami [odnośnik]13.02.24 9:02
– Naprawdę? — spytał, unosząc brwi wysoko, aż po kopułę ciemnych loków i zaśmiał się rozbawiony. Jej palce we włosach przyniosłyby mu przyjemność, ale z tym tonem i tym cmoknięciem rozbrzmiały pobłażliwością, jaką zwraca się do małego dziecka, które z rozkoszą tarmosi się po włosach. Zadarł więc głowę, odciągając ją od jej ręki. Nie był chłopcem już, nie był dzieckiem. W czarnych oczach zatańczyła mu pewność siebie. — Nie wiesz co pleciesz. Ale twoja wiara jest rozbrajająca. Biorąc pod uwagę, że jesteś już dorosła i powinnaś wiedzieć, że nie zaplanujesz wszystkiego tak jak będziesz chciała — odpowiedział jej zaczepnie, przyglądając jej się, choć nie analizował i nie czytał jej wnikliwie. Odwrócił spojrzenie, by popatrzeć na Londyn, nabrać w płuca nieświeżo, parnego powietrza, które miało wkrótce jeszcze bardziej się przerzedzić. — Ale tego ci życzę. Żebyś nigdy nie dała się nikomu i niczemu zwieść. Naprawdę — dodał już poważniej. Nieplanowana znajomość, nieplanowana sąsiadka stała się pewną stałością, częścią rzeczywistością i elementem codziennego krajobrazu. Tu, w porcie, tu w kamieniach zawieszonych nad kanałem. Jej wzburzenie było wyczuwalne, więc powiódł wzrokiem za drżącymi głoskami, ale może te wibracje słyszał tylko on, uchem wyczulonym na najmniejsze drżenia, bo wszystko co słyszał, wszystko mogło być melodią — muzyką piękną lub straszną. Czuł przez chwilę jak powietrze tężało, a w niej rosło napięcie, jak dźwięk odbijał się od wnętrza sezonowego pudła, aż w końcu ucichł, ale jej struny wciąż lekko poruszały się w krótkotrwałym wspomnieniu nerwowego wyrzutu.
— Ładna odpowiedź, taka całkiem o niczym i całkiem nie na temat. Mam się zamknąć? Spoko, ale to nie sprawi, że ta myśl zniknie. Dobrze o tym wiesz. Nie będę grzebał w śmieciach, jeśli nie chcesz mówić prawdy, nie mów — odpowiedział lekko, wzruszając ramionami. Nie miał nic do tego. Stwierdzał fakt, dzielił się spostrzeżeniami. Czuł to, tak jak obcy zawsze się wyczują, złapią wspólną nutę, potrafiąc grać tę samą melodię nawet o tym nie wiedząc. — Nam wszystkim łatwiej żyć w kłamstwie, świecie wymyślonym przez nas samych, jakbyś nigdy nie dorośli — mruknął, ostatecznie decydując się porzucić temat. Zajął się czymś innym. — Naprawdę masz na imię Philippa Moss, czy to tylko pseudonim? — spytał w końcu z łobuzerskim uśmichem, a jego poza lekko wskazywała na ewentualną gotowość do ucieczki, gdyby zechciała go od razu zdzielić po głowie. Pseudonimów zwykle używały kobiety do towarzystwa, takie, którym za uciechę słono należało zapłacić nawet w porcie. Takie jak Rain, do których nie miało się zbyt wiele szacunku, nawet gdy darzyło się je jakąś sympatią. Uniósł na nią wzrok, zapominając prędko o nożyku, który zleciał w dół; był już przeszłością, a tej trzymał się kurczowo zbyt często, aż do bólu, zapominając o tym, że życie potrafi być piękne i lekkie. Tęsknił za tym. Za śmiechem, za wiatrem we włosach, za tańcami, muzyką. Dni robiły się coraz krótsze i coraz ciemniejsze, a rzeczywistość coraz bardziej przytłaczająca. Gdyby nie tęsknota za bliskimi, za rodziną — żyłby pełnią życia, ciesząc się, że nie umarł. Ale nie potrafił. Tęsknił, usychał z tęsknoty, a każda kropla wody, którą miał przed oczami, a której nie mógł dostać była istną torturą.
— Zostaniesz żoną i matką, będziesz prowadzić gospodarstwo na skraju lasku wysoko w górach? — dokończył za nią rozbawiony, ale jego oczy błyszczały, jak oczy kogoś kto był w trakcie snucia marzeń. Zamilkł. Ucichł i spoważniał, kiedy w końcu szczerze i otwarcie podzieliła się z nim tym, co myśli. I choć kąciki ust mu drgnęły w podtrzymanym uśmiechu, nie uśmiechnął się. Lubienie tego miejsca wydawało mu się formą adaptacji. Formą przyzwyczajenia. Wiedział, że Marcel miał inaczej, urodził się tutaj, żył tu. Tu był jego dom, tu były jego wspomnienia, tu była kiedyś jego ukochana mama. Ale oni nie byli stąd. I mogli być w miejscach piękniejszych, w których budowaliby nowe historie, nowe życie, tkali nowe wspomnienia. Bo tu było paskudnie, miała rację. Londyn śmierdział, Londyn był brudny i podły, a po Bezksiężycowej Nocy jawił się koszmarem. Śmierć kroczyła ulicami swobodnie, już nie zakradała się jak niegdyś między setkami, tysiącami ludzi przemierzającymi ulice. Dziś było pusto. Smętnie. Ponuro. Ale ona też tu odnalazła dom. Miała tu ludzi, na których jej zależało i rozumiał to. Pokiwał lekko głową.
— Nie bardzo, ale jeśli postanowisz się na mnie teraz rzucić to nie będę miał się czym bronić — mruknął z fałszywym zawodem i westchnął teatralnie. Chwycił za cygaro i zaciągnął się nim, od razu wpadając w głęboki, ciężki do powstrzymania kaszel. Gryzący dym dławił mu gardło i wycisnął łzy. — Co do... — jęknął chrapliwie, spoglądając na cygaro. Nie wiedział, że nie powinno si nim zaciągać, bo na co palić je jeśli nie miało służyć wdychaniu dymu? Zakasłał raz jeszcze i przysłaniając twarz przedramieniem przekazał jej znalezisko. — Dam znać. Widziałem... — umilkł na chwilę, łapiąc oddech po paskudnym cygarze. — Widziałem miejsce idealne na skoki do wody. Może kiedyś się uda. Może kiedyś razem popływamy — zamarzył z uśmiechem. Brzmiało jak plan, brzmiało jak beztroska. Mogliby wziąć przyjaciół, zebrać się. Nie szkoda, że była od nich starsza, poważniejsza. Nie pomyślał, że wypad z młodymi mężczyznami mógłby być dla niej mało interesującą rozrywką, bo sam już nie mógł się doczekać. — Jak tak zapraszasz to jak mógłbym ci odmówić? — spytał, przyłożywszy dłoń do serca. — Oczywiści, dziękuję.



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Między kamienicami
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach