Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Główne ognisko

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Główne ognisko - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime26.09.15 22:23

First topic message reminder :

Główne ognisko

Stos beli otoczony kamieniami na piasku jest miejscem, w którym co roku na cały tydzień rozpala się jedno z największych ognisk w Anglii  - podczas otwarcia organizowanego przez rodzinę Prewettów tygodniowego festiwalu celebrującego lato, miłość oraz płodność natury. Celebracje w tym okresie rozpoczynają się wieczorami i trwają aż do białego rana. W okół ogniska odbywają się nieskrępowane tańce; bose stopy, zwiewne stroje, podczas święta każdemu wolno więcej. Przy głównym ognisku śpiewają najwięksi artyści, przypominając słowa dawno zapomnianych irlandzkich ballad. 


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Isabella Presley
Isabella Presley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Zawód : płomień
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 2
UROKI : 3
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Główne ognisko - Page 11 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime22.10.20 19:36

Cienie ślizgały się po kamieniach otaczających potężne palenisko. W tym roku brakowało dziewcząt tańczących wokół, brakowało wianków splatanych z marzeń i łowionych przez silne dłonie nadziei. Pamiętała melodie tych śpiewów, zapach rozkwitających kwiatów i moc fantazji snutych długo, długo aż do świtu. Wczorajsze pragnienia nie miały jednak nic wspólnego z dzisiejszymi. Czy stała się inną postacią? Możliwe, że dorosła, że delikatne ciało wzmocniły nowe wejrzenia duszy. Kruchość stała się pozorna, kiedy tkwiące głęboko w sercu pożary nagle okazały się prawdziwe. Realnie parzące. Dawne beztroski w niczym nie przypominały grozy ostatnich miesięcy. Dla niej czas ten stał się wyjątkowo przełomowy, niemożliwe wręcz oczyszczający. Rytualne przeżywanie bliskości żywiołu ognia nie miało być pożegnaniem z pogwałconym dziedzictwem. Nie miało też być żadną tradycyjną celebracją słonecznej pory i miłości. Zgłębiała siebie, te nowe odsłony, które jeszcze zeszłego lata wydawały się kuriozalną, oburzającą wizją. Miała być teraz żoną lorda, a stała się buntowniczką. Choć płaszcz lęku ciężko spływał po jej plecach, wreszcie zdołała pojąć, że nie żałuje. Chciała więc trwać przy ognisku dalej, czuwać, rozmawiać z żywiołem, ogrzewać się zupełnie nową formą energii. Albo właśnie poznaną do samej głębi, bo przecież dorastała, oswajając się z płomieniem. I nim też się stała. Nikt nie musiał znać tych spojrzeń, nikt nie musiał pojmować klucza, który otwierał właściwie ścieżki interpretacji. Potrzebowała poznać się z samą sobą. Rozgromić niepewności i wznieść się wyżej. Bliscy jej potrzebowali, więc pragnęła rozdmuchać czas płaczu i wszelkiej niepewności. Wysłuchała również tej słodkiej nostalgii. Musiała tu wrócić i oparzyć oczy. Czuła, że to kolejny krok, który pomoże jej widzieć to, czego dotąd nie mogła. Kolejny krok do rozpętania prawdziwego piekła.
Zaczarowanym okiem podglądała niesłychanego gościa. Skądkolwiek przybywał, ciągnęła się za nim przygoda, którą zdradziło zagubienie. Nie wyglądał jednak na szczęśliwego profesora, który właśnie przeżył wspaniałe astronomiczne doświadczenie. Ani też nie był ranny. Resztki liści, poszukujące spojrzenie. Ogień znaczył się światłem na jego twarzy, poruszał się cieniem, jakby próbował go pochwycić. Jayden Vane nie podchodził jednak zbyt blisko. Niemądra.
Westchnęła w uldze, choć może powinna opuścić głowę i poczuć wstyd, kiedy wytknął jej głupotę. Kiedy jednak doświadczała tak mistycznego spotkania ze swą mocą, swymi płomieniami, nie do końca chętnie pojmowała świat w ten najbardziej oczywisty, jakże trywialny sposób.
– Zdaje mi się, że i duchy gdzieś tutaj krążą. Dobrze pana widzieć, choć… choć przyznaję, że wygląda pan niepokojąco –
odparła zamyślona i lekko przyłożyła palec do brody. Czujne oko obejmowało go dość szerokimi, niewypowiedzianymi jeszcze pytaniami. Targał ze sobą jakąś historię. – A więc to czkawka! Jak wspaniale. Byłabym gotowa uwierzyć, że przygnało tutaj pana coś wielce przykrego. Potworniejszego od tej czkawki. Tymczasem Weymouth jest tak pogodne, promienne, ognisko wspina się do gwiazd – zaczęła mówić, zbliżając się do profesora na krok, może dwa. Szanowała go, widziała w nim niesamowitego człowieka nauki. Skoro był świadomy, czym jest doświadczenie czkawki, to najpewniej nie musiała go uspokajać. Mimo to wydawało jej się, że… – Och, czy potrzebuje pan czegoś? Proszę, może pan usiąść przy palenisku i odpocząć. Domyślam się, że czkawka jest wyjątkowo uciążliwym doświadczeniem – zaproponowała szybko, dłonią wskazując na dość szeroki kamień, na którym mógł spocząć. Nie przeszkadzałby jej w odprawianiu tak dziwacznej, legendarnej magii, w przeżywaniu ognia. – Czy odwiedzał pan już wcześniej te okolice? – zapytała zupełnie nieświadoma jego myśli. – Odkąd… – urwała i wzięła głęboki wdech, topiąc ratunkowo oczy w niezbyt jeszcze widocznych gwiazdach. – Wciąż tutaj wracam. Pachnie płomieniem, cudownymi kwiatami paproci, pachnie marzeniem. Czy czuje pan to, profesorze? – zapytała, mając nadzieję, że nie przytłacza go nadmiarem słów. Nie wiedziała, jak wiele miejsc pozwoliła mu zwiedzić czkawka, nim dotarł tutaj. Możliwe, że od wielu godzin błąkał się, wyklinając kapryśną teleportację. Czy nie byłoby wspaniale móc przez chwilę porozmawiać o czymś całkiem odmiennym? Przywołać dobre wspomnienie, pamięć o łaskotaniu słońca i falach zaczepiających stopy zanurzone w miękkich piaskach.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime23.10.20 5:15

Każdy miał prawo czuć się w tych czasach zagubiony, jednak od Jaydena oczekiwano czegoś więcej. On sam oczekiwał od siebie właściwych wyborów i twardego podłoża, na którym mógł ustać i na którym mogli się oprzeć jego bliscy. Uczniowie. Przypadkowi ludzie spotkani na drodze. Nie chciał szukać wymówek, dlaczego nie potrafił się wzmocnić ani stanąć silnie za tymi, którzy nie potrafili lub nie byli w stanie się obronić. Równocześnie też nie chciał popadać w całkowitą hipokryzję zalewającą Wielką Brytanię - nie postrzegał się jako kogoś, kto miał nieść zbawienie. Służył w najwłaściwszy dla siebie sposób, walcząc o pokój, a nie uznanie w oczach ludzi. Nie tylko jako ojciec i przyjaciel, lecz jako niezależna ludzka jednostka zdolna do samodzielnego myślenia oraz wyciągania wniosków. Mądrość polegała wszak na tym, żeby uśpić zmysły, a obudzić rozum. Cokolwiek ich stworzyło, nie chciało, aby człowiek zapomniał używania intelektu - niestety im dłużej profesor patrzył na rodzące się słowa konfliktu, tym silniej uzmysławiał sobie, jak daleko odeszli od tej podstawowej prawdy. Wiedział jednak, że skoro przechodzili przez piekło, nie mogli się zatrzymywać. Pozostanie w miejscu, równało się zniszczeniu wszystkiego, co zostawało za plecami - cokolwiek dobrego tam było i udało się osiągnąć, ulegało spopieleniu bez żadnego powodu. Bez celu. Nie chciał, żeby się to działo ani nie chciał, żeby inni musieli nieść na swoich barkach świadomość zaprzepaszczenia swoich działań, lecz również i działań tych, którzy znajdowali się przed nimi. Dlatego też zawsze patrzył na bycie nauczycielem w tak bezpośredni sposób, jakim była ochrona oraz edukacja nie tylko naukowa, lecz również moralna młodszego pokolenia. Chronił ich przed zniszczeniem dorosłych, jak i siebie samych - zdawał sobie sprawę, że w dzieciach i młodzieży leżała przyszłość. By stanąć na wysokości zadania, wcześniej samemu musiał osiągnąć pełnię dojrzałości. Wiele zła i wiele dobra musiało jeszcze pojawić się w jego życiu, by mógł stwierdzić, że chłopiec w jego wnętrzu umarł na rzecz formowania się figury czegoś więcej. Kogoś więcej. Kogoś, kto był w stanie przynieść więcej pożytku, niż wcześniej zagubiony w przestrzeni marzyciel, który wciąż na oczach nosił klapki i nie widział rzeczywistości w jej prawdziwych barwach. Może i był niepoprawnym optymistą, umiejącym rozśmieszyć lub podeprzeć każdego spotkanego na swojej drodze człowieka - jaką jednak wartość to wnosiło, skoro nie opierało się na szczerości? Jako ktoś, kto we wszystkim dostrzegał jakieś dobre strony, Jayden oszukiwał sam siebie. Wszak racjonalizował sobie te złe działania i nie doceniał tych dobrych. Teraz to widział, lecz nie był w stanie cofnąć czasu, mimo że bardzo by tego chciał. Zamierzał jednak robić wszystko, co tylko mógł, w miejscu, w jakim był i z tym, co miał. Zbyt wiele wszak już utracił, patrząc wstecz. Widział, jak sprawa Zakonu Feniksa odbiła się na Pomonie, która porzuciła przez to swoją rodzinę. Czy postąpiła właściwie? Czy miała odzyskać zerwane zaufanie wobec mężczyzny, któremu przysięgała wierność i szczerość? Czy okłamując go, osiągnęła cokolwiek, co wydawało dobre owoce? Czy komukolwiek z nich było teraz lepiej? Vane liczył jednak, że tam, gdzie się skierowała, wiodła szczęśliwe życie i że porzucenie ich za sobą, było tego warte...
- To była długa droga - odpowiedział Isabelli, nie precyzując, co konkretnie miał na myśli, bo przecież czkawka dopiero co wyrwała go z drugiego miejsca, by cisnąć w nieznane. Ponownie. Dziewczyna odpowiedziała, myśli astronoma jednak znajdowały się gdzieś indziej - pomiędzy tym światem a przeszłością, która pchała się w próbujący odnaleźć spokój umysł profesora. Obserwując znajomą, znamienną dla jego aktualnego życia okolicę, z każdej strony bombardowały go wspomnienia. Które oczywiście, że wzbudzały wiele emocji. Jayden mógł być wściekły na to, czego już nie miał, ale równocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że tym bardziej powinien był być wdzięczny za to, co posiadał. Za to, że związek z Pomoną przeprowadził go przez tak wiele nowych doświadczeń - od tych czysto zmysłowych, przez bolesne, po te związane z nową rolą związaną z rodzicielstwem. Miał dzieci; synów, którymi miał się zająć i na których wychowaniu miał się skupić. Nigdy by tego nie doświadczył, gdyby nie...
Czy odwiedzał pan już wcześniej te okolice?
Odetchnął, nie ruszając się jednak z miejsca. Był zmęczony, czuł to zmęczenie w ciele, lecz nie zamierzał siadać. Przesiedział większość swojego życia i nie zamierzał pozwalać na to, by ta chwila słabości wygrała. Nawet w tak błahym znaczeniu, jakim było zregenerowanie ciała. W tym momencie potrzebował jedynie ciepła - niczego więcej. Nie wiedział, co widziała młoda czarownica, patrząc na niego, ale gdy ostatni raz go widziała, był w podobnym, zgubnym nastroju. Czy czuje pan to, profesorze? - Nie - wydobyło się z jego ściśniętego od chłodu i bólu gardła. Nic nie czuję, przemknęło mu przez myśl, lecz nie wypowiedział tego na głos. Wpatrywał się w ciszy w skaczące po drewnie płomieniach, zastanawiając się, jak to się stało, że ostatni Festiwal Lata zdawał się być w innym życiu? Tak daleko odległy, tak inny... Tamta rzeczywistość była niczym dawno zapomniany, piękny sen. Zamknął na chwilę oczy, nie chcąc dopuścić do tego, by pojawiły się w nich łzy, po czym przejechał palcami przez włosy, chcąc jakoś przenieść napięcie na coś innego. Nie miał pojęcia, ile trwało to zawieszenie, nim ponownie się odezwał. - Co tu robisz? - spytał, nie odrywając początkowo spojrzenia od ognia i dopiero po chwili przenosząc je na dziewczynę stojącą obok.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Isabella Presley
Isabella Presley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Zawód : płomień
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 2
UROKI : 3
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Główne ognisko - Page 11 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime01.11.20 18:01

Nieświadoma myśli, udręki, swoistej nieobecności duszy zamkniętej w ciele znajdującym się niedaleko niej mogła brnąć w to dalej. Obejmować go spojrzenie, zagadywać aurę, czarować mocą płomieni nie tylko tych wytryskających z potężnego paleniska, ale i tych zatrzaśniętych od pierwszego oddechu w głębi jej oczu i w sercu. Profesor pozostawał zaszyfrowany, nigdy nie dostrzegała w nim postaci prostej, możliwej do przejrzenia, przezroczystej w myśli i westchnieniu. Zbliżanie się do niego nie wydawało się jej ani stosowne, ani im obojgu potrzebne, ale oszukać własnej natury nie potrafiła. Stąd potoki słów, stąd zaczepne promienie żaru, próbujące go dosięgnąć, rozświetlić. Zdawało jej się, że w jego ponurości jest ból, jest ogrom tajemnic, które nie były przeznaczone dla niej. Kapryśny los zechciał połączyć znów ich ścieżki i zaoferował całkiem osobliwe spotkanie. Przewodnik, znawca granatowych krain mógł chować w sobie proroctwo. Mógł stanąć tego wieczoru w roli zwiastuna czegoś wyjątkowego. Isabella bez trudu dopisywała przyziemnym zdarzeniom gwiezdne moce. Wyobraźnia rzadko przemawiała głosem rozsądku. Nigdy nie bywała spokojna, nie bywała racjonalna. Iskrzyła się niemniej niż palenisko dumnie zawstydzające niebo. Nieznane jej więc były rozterki tajemniczej postaci, choć kusiło ją, by poznać cel tej podróży, by dowiedzieć się, jaką przebył drogę i czego potrzebował. Co takiego dawało mu Weymouth? Jakże długie byłyby jej chwalebne litanie do tej krainy. W nieskończoność mogła opowiadać o pięknie i niezwykłości wybrzeża, lasów, kwiatowych polan i ognisk. Namiastkę jej młodzieńczego entuzjazmu zdołał już poznać. Wydawało jej się, że obiła się jednak ona o niewidzialne mury wokół profesora. Krótkie, niewiele mówiące wypowiedzi nie rozjaśniały jej obrazu, który widział wokół siebie mężczyzna i który pozostawał wciąż niewidzialny dla niej. Powinna prosić o więcej? Powinna ofiarować mu tych parę jasnych, pogodnych spojrzeń, czy pozwolić mu przeżywać swą refleksję? Po jego pierwszych słowach zastanawiała się nad tym przez chwilę. Z czymkolwiek przychodził, był to moment dla niego i dla Weymouth. Nie pogodziłaby się jednak z tym, że jest w tym wszystkim całkiem niepotrzebna, że jej obecność nie miała żadnego znaczenia. Ogień lubił towarzystwo, lubił działanie. Poszukiwał spojrzeń i zachwytów. Nie chował się w cieniu, on ten cień stwarzał, dając pozostałym kryjówkę w cieple, w mroku. Ani Bella ani pożar nie umieli trwać jak nieruchome, wieczne posągi. Potrzebowali ruchu.
– Proszę mi zdradzić, dokąd magia pana zaprowadziła. Czy dane było panu ujrzeć coś naprawdę pięknego? – oznajmiła, podejmując jednak ponowną próbę zachęcenia go do opowieści. Mógł zareagować ciszą, mógł odejść i potem znów rozpłynąć się w teleportacyjnej mgle. Tym mocniej chciała dowiedzieć, się, jak wyglądała jego podróż. Zmęczenie profesora nie było już tajemnicą, sam to przyznał, ale Isa wierzyła, że myśli zachęcone do skierowania się w zupełnie inną stronę, odpoczną przy miłej rozmowie.
Gdyby była świecą, poczułaby ulatujący żar, cuchnącą smugę, która pozostała po lodowatym zaprzeczeniu. Przygasł wyraźnie jej entuzjazm. Spodziewała się, że pojmował aurę tych krajobrazów, że również i dla niego stanowiły pewien urok, o którym nie dało się tak po prostu zapomnieć. Tymczasem Jayden Vane nie czuł nic. Cicho westchnęła, odwracając lekko głowę, by popatrzeć w ciemniejące pasma natury. Dawno temu wydawało jej się, że rozkwitło między nimi porozumienie. Być może tortury czkawkowe całkiem zniechęciły go do czyjegokolwiek towarzystwa. Rzadko zdarzało jej się trafiać na tak milczące postacie. Żyła raczej w otoczeniu hałasu i mnóstwa głosów. Rytuał ognia również wypełniony był krzykami, ale akurat o tym mogła wiedzieć tylko ona.
Z pewnym zaskoczeniem popatrzyła mu w oczu, kiedy zadał pytanie. Przelotnie zerknęła w bezwstydne płomienie, ale później znów poszukała twarzy astronoma. Światło bijące od paleniska malowało na jego sylwetce nieokreślone kształty. – Obserwuję ogień. Jest dla mnie ważny, jest świętym symbolem, czuję go w sobie. I tęsknię za dawnymi świętami, za śpiewem radosnych czarownic i czarodziejów – wyznała lekko, beztrosko, bez podniosłości, która towarzyszyła jej, zanim się zjawił. – Chciałby pan już wrócić, czyż nie? Czekają na pana – odparła, zdradzając mu to przedziwne przeczucie. Skoro przebył długą drogę, czkawka wkrótce miała zakończyć kapryśne podróże. Ofiarowała mu pocieszający uśmiech. Bezgłośnie mówiła o tym, że jeszcze chwila i będzie mógł wrócić. Do domu.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime03.11.20 18:59

Nie chciał już skupiać się na tym, co przeżył w Dorset. Było tego tak wiele, wiązało się z tym miejscem nie tylko niezliczona gama uczuć, lecz również wspomnień. Tych całkowicie niewinnych, jak i tych, które miały naznaczyć przyszłość jednego czarodzieja i jednej czarownicy. Związani na zawsze nigdy nie mieli pozwolić sobie na rozłam - zewnętrze warunki nie miały ich zniszczyć, jednak czy nie skupili się aż zanadto na obcym wrogu, nie dostrzegając, że ich samych trawiła gorączka? Jayden już do końca życia miał sobie wyrzygiwać winę za ślepotę i ograniczenie. Za to, że nie był wystarczający dla Pomony, by poczuła się na tyle pewnie i bezpiecznie, by zostać. Za to, że nie był wystarczająco silnym mężczyzną, by zapewnić swoim synom obecność matki. Za to, że pozwalał, by jego uczucia przepływały również na innych ludzi... Roselyn... Wciąż miał w głowie ich bolesny spór spowodowany niczym innym jak jej naciskiem i jego utratą kontroli. Tak wiele rzeczy chciał powiedzieć na głos, lecz nie jej. Nie swojej najlepszej, ukochanej przyjaciółce, która nie powinna nigdy doznać od niego takiej krzywdy. Ale tęsknota za żoną i żal spowodowany brakiem możliwość szczerej z nią rozmowy spowodowały odbicie się rykoszetem małżeńskiej waśni wprost w kogoś, kto nie miał z tym nic wspólnego. Zapędzony w kozi róg zamierzał zrobić wszystko, by przegonić od siebie bombardujące go z każdej strony bodźce - a w tamtym wypadku było to bolesne odrzucenie nikogo innego, jak właśnie Wright. Powiedział jej coś w tej całej złości, czego nie miał prawa powiedzieć, a teraz nie mógł tego cofnąć... Powinien był kłócić się z Pomoną. Czy gdyby pokłóciliby się, gdy opublikowano listy gończe, wciąż byliby razem? Czy gdyby Jayden nie zaakceptował cichych dni narzuconych przez żonę, nie musiałby się liczyć aktualnie z jej odejściem? Czy gdyby nie zasnął z chłopcami, powstrzymałby ją? Czy gdyby odpowiednio dopieścił rozdygotane kobiece ciało, cokolwiek by się zmieniło? Umysł mężczyzny nawiedzały coraz to nowe oraz cyrkulujące myśli, na które nigdy nie miał znaleźć odpowiedzi. Kobieta odeszła, nie kontaktowała się z nim, a on już bez końca miał kwestionować własne działania. W tym również i własną męskość, bo czy jego płeć nie winna być silna, konkretna, asymilująca się od uczuć? Działająca zamiast emocjonująca. Często w chwilach rozpaczy wątpił nawet w to, że Pomona kiedykolwiek go kochała. Na szczęście szybko uciszał ów głosy, wiedząc, że mogła go zdradzić swoimi działaniami, lecz nigdy nie mógł wątpić w to, co się między nimi wydarzyło. Byli wszak przyjaciółmi, którzy wcześniej poznali znaczenia słów przywiązanie, oddanie, miłość pod zupełnie innymi kryteriami, zanim cokolwiek przerodziło się w czystą, damsko-męską relację na podłożu romantycznym i cielesnym. Może teraz wiedząc to wszystko, postąpiłby inaczej w niektórych sytuacjach, ale nie żałował żadnych z decyzji, które koniec końców dały początek życia tym istotom, którym nadał imiona. Które otrzymały również jego nazwisko. Które były nim, lecz zarówno jak i Pomoną. Już zawsze.
Proszę mi zdradzić, dokąd magia pana zaprowadziła.
- Trafiłem do Sussex. Teraz tutaj. - Nie miał bladego pojęcia, co jeszcze miało go czekać. Dokąd miał się udać, co zobaczyć, czego doświadczyć. Podróż wszak dopiero się rozpoczynała, a z każdym kolejnym skokiem miało być coraz intensywniej. Pojedynek o dobro innych, rozmowa pełna bólu zwieńczona wyznaniem miłosnym, a na koniec spotkanie z potworem w szafie i wybawienie przez kobietę obleczoną w czerń? Wydawałoby się surrealistyczne i nierealne, a jednak słońce całkowicie nie schowało się za horyzontem - magiczna czkawka miała mieć więc kontrolę nad życiem Jaydena jeszcze jakiś dłuższy czas. - I uważasz to za rozsądne? Samej tak tu przebywać? - spytał, gdy jego towarzyszka wyznała powód swojego bytowania. Nie wiedział nic o jej dotychczasowym życiu, nie wiedział, że została wydziedziczona, nie wiedział, czym miała się zajmować w przyszłości. Kiedyś być może zajmowałoby to go silniej, jednak aktualnie Isabella była jedynie kobietą na pustkowiu. Nie dostrzegał dokoła żadnych oznak obecności innych ludzi, wojna wisiała nad ich głowami i toczyła się coraz szybciej, nabierając tempa. Ona natomiast wybrała samotne palenie ogniska, widząc w tym dla siebie większy sens. Gdy spytała go kolejny raz, zagadując o potrzebę powrotu, nie odpowiedział od razu. Przypatrywał się jakąś dłuższą chwilę płomieniom, nim zabrał głos. - Chyba każdy zabrany siłą człowiek chce wrócić - odparł tylko. I chociaż dla niej chodziło o fizyczne miejsce, on myślał o tym, co dla niego znaczył dom. Pamiętał doskonale swoje słowa kierowane ku Pomonie, jeszcze zanim wyznał jej swoje uczucia. Wróć do domu. Ze mną. Nie mówił o jej mieszkaniu, w którym czaili się we dwójkę odcięci od świata. Nie mówił o Szkocji. Ani nawet o Hogwarcie. Mówił o niej i o nim, wspólnie i razem. Zrobiłby wszystko, żeby znów ją poczuć. Blisko siebie, dotknąć, objąć, zanurzyć twarz w ciemnych, miękkich włosach. Pachniała miłością. Zawsze - zrozumiał to dopiero później, gdy zaczął patrzeć na nią inaczej. Gdy z przyjaciółki zmieniła się w tę, za którą podążał spojrzeniem na hogwarckich korytarzach, szukając jej wzrokiem częściej, niż powinien. A teraz jedyną pamiątką jaką miał, było jej zdjęcie z listu gończego... Odetchnął ciężko, splatając ramiona na klatce piersiowej. - W herbie twojej rodziny jest salamandra, prawda? - spytał, zerkając na uśmiechającą się do niego dziewczynę.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Isabella Presley
Isabella Presley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Zawód : płomień
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 2
UROKI : 3
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Główne ognisko - Page 11 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime07.11.20 17:35

Między tymi roztańczonymi smugami żaru, między wijącymi się do nieba łodygami pożarów dostrzegała twarze, słowa, wydarzenia aż nazbyt mocno utrwalające się w pamięci. Migały w ogrodzie iskier kształty dostojników, szerokości ramion wujów i śmiechy małych lordów. Poruszały się u szczytu paleniska groźne sylwetki obiecujące jej zemstę, wyzywające brak pokory, nawołujące do opamiętania. Żadna z tych ruchomych impresji nie potrafiła utrwalić się dłużej, znikały natychmiast po oślepiającej przestrodze, opadały jak fale na morzu, opadały w nieustannym pędzie żywiołu. Były jak zadeptane odważnie niepewności, musiały się rozproszyć pod mocą jej ciepłego serca, w zderzeniu z rozkwitającą świadomością. Przecież wreszcie czuła, kim jest, ujrzała słuszne drogi i sojusznicze oczy, w które wpatrywać się mogła z największym zaufaniem. Ogień nie gasł, ogień nie parzył, wybuchał, rósł, rozkwitał i wnikał w duszę stworzoną z legend o nim, dorastającą pośród idei palącego żywiołu. Tego, co teraz czuła, nie dało się tak po prostu objaśnić. Tego, co czuła, nie mógłby doświadczyć nikt obcy, nikt żyjący poza uwielbieniem dla wiecznego ciepła. Wiedziała, kto mógłby okazać zrozumienie jej przeżyciom, tej niesłychanej potrzebie połączenia się z mocą pożaru w jedno. Tyle razy śniła o tym, że jej suknia tkana jest z potoków ognia, że niesamowity strój pozwala jej unieść się ponad ziemię, zbliżyć do spalającego się w sobie słońca i zalśnić, oślepić wrogów, przypiec zło, zamknąć je w zwęglonych formach. Fantazja śmiało przekraczająca granice przyzwoitości, śmiało wspinająca się do niemożliwej, nieoczywistej potęgi przecież nie mogła być zła. Ona ją wykreowała. Iskra nie była cicha, nie płoszyła się, nie dawała się zepchnąć w kąt. Chciała atencji. Ciemność i szloch pozwoliłyby narodzić się w niej wstrętnym emocjom, których nie potrafiła zaakceptować. Dobrze wiedziała, że w chwili wojny zło czaiło się, byleby tylko móc wreszcie brutalnie zacisnąć łapska na delikatnej szyi, by zerwać z niej różowe falbany i pozwolić smutkowi wkraść się do dotąd pogodnych oczu.
Rytuały ognia oczyszczały. Pozwalały na odnalezienie równowagi, uczucia porządkowały się, dobry żar rósł, a w nią wstępowały zupełnie nowe siły. Zdawało jej się, że powinna tych tajemnic głęboko strzec. Wcale nie dlatego, że nie chciała się dzielić – to nieprawda. Rozmyślania doprowadziły do nieprzyjemnego wniosku, do ryzyka, bo przecież tak łatwo było zepchnąć niezrozumiałe treści na dno szafy wypchanej wariactwem. Nie była szalona. Strzegła ognia, chroniła go, a on odpowiadał jej podobną troską. Echo niedawnych przeżyć nie gasło, więc moment taki jak ten stawał się nieocenioną podporą. Zupełnie inną niż bliskość ukochanego i kuzynów. Czasem chciałaby móc im o tym wszystkim powiedzieć. Być może wspólna krew ułatwiłaby Alexandrowi pojęcie magii tego przeżycia. Choć życie zakonowe, życie żołnierza, życie z dala od salamandrowych legend wyraźnie go odmieniło. Mimo to wciąż chował się w nim ten żar. Czy i ją czeka taka przemiana?
– Sussex? – zapytała pogodnie. – Czy i tam pan kogoś spotkał, profesorze? Czy to nie dziwny psikus magii? Wolałby pan, by stał tutaj w Weymouth ktoś obcy zamiast mnie? – Albo ktoś inny? O to miała ochotę zapytać, ale powstrzymała i tak już nieco długawy język. Vane nie zdradzał irytacji, wydawał się taki przygaszony, zupełnie senny. Może czkawka odebrała mu o wiele więcej sił, niż mogłoby się wydawać? A może to nawet nie była jej sprawka? – Uważam, że czasami potrzebujemy przełknąć w samotności niektóre nasze myśli. Pobyć przez chwilę tylko ze sobą. Znam te tereny, nie rozpalam tego paleniska pierwszy raz. Czuję się tutaj bezpieczna. Nawet przy tylu niepewnościach, w tych ponurych dniach – oznajmiła otwarcie, hacząc ciepłym spojrzeniem po zupełnie przypadkowych punktach przestrzeni. Trudno było przyznawać się do drobnej potrzeby izolacji osobie, która uwielbiała iskrzyć się w gronie ludzi, która nie chowała się w cichych zakątkach świata, która nie uciekała przed mniej lub bardziej przychylnymi spojrzeniami. O tym wszystkim jednak profesor mógł nie wiedzieć. – A co jeśli magia nie zaciągnęła tu pana tak całkiem bez powodu? Co jeśli jest w tym sens? Co jeśli miał się pan znaleźć właśnie tu? – zapytała retorycznie, unosząc wyżej głowę, jakby chciała oddać głos gwiazdom, choć tak naprawdę zwróciła się do niego. Blask płomienia stał się jego drogowskazem. Stał tu, przed jego wielkim obliczem.
– Nie należę do mojej rodziny. Nie do tej, ale salamandra zawsze odnajduje schronienie w moim sercu – przyznała miękko, nie czując wstydu, nie pozwalając, by głos zadrżał. Nie był to ktoś, komu bała się o tym opowiedzieć. Tym bardziej, że najpewniej nie wiedział. – Widział pan kiedyś, profesorze, salamandry wygrzewające się na słońcu?
Były zachwycające. Wspomnienie tego obrazu przyjemnie połaskotało jej duszę.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime10.11.20 12:30

Vane nie pojmował dziewczęcego spojrzenia na życie, a usłyszenie myśli przelatujących przez umysł stojącej obok czarownicy wpędziłyby go na tereny zupełnie niezrozumiałe. Przyprawiające być może o zawroty głowy, ale najprawdopodobniej był to przywilej dzieci oraz osób dopiero wchodzących w dorosły świat - mogły być niefrasobliwe, naiwne i nie pojmować całej pełni zdarzeń. Tkwiące we własnej wizji rzeczywistości, udoskonalonej, być może poetycko przerysowanej. Znał tę niewinność - wszak sam do niedawna był w podobnym stanie zamknięcia we własnej kuli śnieżnej, jednak nawet mimo to nigdy nie angażował się w przesadnie wydumane spostrzeżenia. Widział świat oczami dość prostolinijnych uwag i mimo że miał duszę pełną emocji, chciał postrzegać rzeczywistość najprościej, najpiękniej. Już i tak ludzkość zbytnio ją komplikowała, jakby zamazując jej prawdziwą twarz. I chociaż Jayden dostrzegał okrucieństwo, ból i cierpienie, pamiętał oraz widział miłość, ciepło i nadzieję. Dostrzegał to każdego dnia w twarzach swoich synów, w ich nieporadnym dotyku, widział odbicie wdzięczności oraz spokoju w oczach podopiecznych, którymi przyszło się mu zajmować. To nie było nic nadzywczajnego - to było proste, a jednak... Niesamowite. Nieupiększane i sztucznie zabarwione. W tym świecie pełnym krwi, nieszczęścia, wciąż było na to miejsce i wystarczyło się zatrzymać, by to dostrzec. Dobro i zło egzystowały na równym poziomie, będąc siłami, które nie pchały w żadnym kierunku ludzkości - to ludzie je wykorzystywali, nie rozumiejąc, że mogli zatrzymać samonapędzającą się spiralę nienawiści. Jednak czy chcieli? Czy patrząc po czynach dokonywanych nawet przez tych nazywających się obrońcami, widziało się chęć zmiany? Zmiany na lepsze? Vane raz po raz musiał mierzyć się z okrutnym przypomnieniem, że człowiek uwielbiał dostosowywać prawdę pod siebie.
Czy i tam pan kogoś spotkał, profesorze?
- Spotkałem. Dawną uczennicę - przytaknął, wybiegając wspomnieniami ku postaci Evandry, która towarzyszyła mu u boku jeszcze chwilę temu. Początkowo wydawała się taka jak dawniej, ale po chwili rozmowy... No, właśnie. Astronom nie był mistrzem spostrzegawczości, ale potrafił wyczuć zmiany, które nastąpiły u tych, których dobrze znał - nie trzeba było być specjalistą, by to dostrzec. Niestety... Zaraz jednak zmarszczył brwi, gdy z zamyślenia wyrwały go kolejne słowa dziewczęcia. - Do czego zmierzasz? - spytał, zerkając na Isabellę i nie bardzo rozumiejąc zasadność zadanego pytania. Zaraz jednak tylko westchnął, pozostawiając to bez komentarza i zapominając na moment o tej dziwnej chwili. Całej tej, która go tu przywiodła, o czkawce i paskudnej świadomości tego, co miało jeszcze nadejść. Myśli profesora skierowały się gdzieś indziej - do zdania sobie sprawy, że pobyt w Weymouth zabolał go dotkliwiej, niż podejrzewał. Nie czuł wszak takiego obciążenia od odejścia Pomony, a teraz to miejsce, które miało być niejako już na zawsze wpisane w ich relację, w nich samych, miejsce szczęścia i miłości, stało się upiorem śmiejącym się mężczyźnie wprost w twarz. Co jeśli miał się pan znaleźć właśnie tu?
- Chyba tylko po to, by mnie dręczyć. - Słowa Jaydena były ciche, niemal wyszeptane i porwane przez nagły powiew wiatru. Zniekształcone mogły dotrzeć do uszu dziewczyny lub w ogóle rozmazały się, zanim mogła cokolwiek usłyszeć. Cokolwiek jednak to było, Vane na powrót zamknął oczy, chcąc, chociażby przez chwilę, przestać czuć to dojmujące zimno. Po co miałby się tam znaleźć, jeśli nie po to, by pozwolić sobie na tortury tęsknoty, wspomnień przeszłości, która nie miała żadnej przyszłości? Drwin losu, który obrzucał go kolejnymi wizjami chwil spędzonych z ukochaną kobietą, by zaraz też je odebrać? To, co było, nie miało mieć już kontynuacji, ale najgorsze były obrazy tego, co mogło się dziać z Pomoną w aktualnym momencie. Czy była bezpieczna? Czy potrzebowała pomocy? Czy otaczała się ludźmi, którym ufała? Wśród których działała? Niewiadoma. Niewiadoma. Niewiadoma... Zrobiłby wszystko, żeby wiedzieć, co się z nią działo i chociaż wynajął prywatnego śledczego mającego podążać jej tropem, czuł, że to za mało. On sam powinien jej szukać, ale nie mógł zostawić dzieci... Nie chciał ich zostawiać i tak bardzo przez to nienawidził swojej niemocy. Nienawidził siebie.
Widział pan kiedyś, profesorze, salamandry wygrzewające się na słońcu?
Delikatny, bardzo smutny uśmiech na chwilę pojawił się na męskiej twarzy, bo chociaż myśli dziewczyny uciekły w kierunku stworzenia, jego pognały do czegoś innego. Kogoś innego. Jego pytanie w pierwszej kolejności było pokierowane właśnie ów myślą - w końcu kiedyś rozmawiali z Pomoną o swoich patronusach oraz kształcie, który przybierały. Kto by się zresztą spodziewał, że wilk zakocha się w salamandrze? A ona nie ucieknie, lecz wyjdzie mu naprzeciw... Wzrok czarodzieja uciekł w kierunku polany, gdy wiatr przyniósł jego własne słowa. Zawsze będę przy tobie i nieważne, jak daleki dystans będzie nas dzielił, nieważne, ile czasu mi zajmie powrót do domu, wrócę do ciebie. Bo tylko wspólnie mieli być kompletni...
Hep!

|zt





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Isabella Presley
Isabella Presley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Zawód : płomień
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 2
UROKI : 3
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Główne ognisko - Page 11 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0

Główne ognisko - Page 11 Empty
PisanieTemat: Re: Główne ognisko [odnośnikGłówne ognisko - Page 11 I_icon_minitime11.11.20 20:32

W ułamku tej chwili, w deszczu tych iskier duch Isabelli był podsycony. Natchniona pozwalała sobie na jeszcze większe wariacje, przełamywała wewnętrzne blokady, płomieniem topiła mury, uwalniała się z ponurych kajdan, które owijały się wokół niej w czasie decyzji. Moment przejścia wiązał się z odwagą, z wyzwoleniem energii, która pozwoli podążyć do przodu i nigdy więcej nie oglądać się za siebie. To, co widział tej nocy profesor, to nieposkromiona, przyłapana młodość, to słodki moment przyjemnego szaleństwa, dzikość, którą tłumiły lata złotego więzienia. Od kilku tygodni uczyła się, co to znaczy być wolną, jak naprawdę smakują łąki, miasteczka, obce twarze i słowa, których właściwie nie muszą wypowiadać. Poza ostrą, szorstką tradycją istniały pożary miłości, które ratowały ten świat w chwili największego zalewu mroku. Powiadają przecież, że ogień nigdy nie będzie miał szansy w starciu z niezmierzonym wodospadem. Tylko że ogień potrafił się odradzać. Rozkwitał w słońcu i rósł w niesłychanym tempie. Isabella czuła, że cokolwiek się stanie, jakkolwiek boleśnie przyjdzie jej upaść, podniesie się i będzie też wyciągać dłonie po wszystkich tych, którzy jej potrzebowali. Wydostała się z twierdzy fałszu, powtarzanych bez przemyślenia modlitw, dawno nieaktualnych definicji sprzed wieków. Fale płomyków, natrafiwszy na jej postać, wywoływały szeroki cień. Poruszała nim, tak mogła objąć dłońmi całą magię, lawinę emocji, które już nigdy więcej nie chciały być zadeptywane. Pozwoliła, by przejął nad nią kontrolę ten nowy rodzaj naiwności, ta zupełnie idealistyczna wiara, piękne marzenie – nie mogła przecież trafić do jeszcze gorszego świata. Dopiero jednak teraz, znalazłszy się po przeciwnej stronie, pojmowała, jak bardzo błądziła, jak bardzo próbowała uwierzyć w coś, z czym nigdy nie zgadzało się jej serce.
Cisza profesora Vane’a w zderzeniu z jej wewnętrznym krzykiem wydawała się tak przykra. Czy jednak wyglądał na kogoś, kto cierpiał? Nie potrzebował jej. Wymienili ledwie kilka słów – on dwa zdania, a ona całe pożary wołających myśli. Bella pojmowała, że wcale nie miał ochoty na zwierzenia, że przygniatały go trudy bezcelowej podróży, kaprysy magii, która porzucała go wedle woli. I wciąż nie dotarł tam, gdzie chciałby teraz być. Świadomość ta ścisnęła jej serce, chyba zbyt mocno. – A teraz i drugą – dopełnia jego słowa już z większym spokojem. Choć niezmiernie ciekawiło ją, kim była owa uczennica, powstrzymała się przed kolejnym atakiem. Mężczyzna nie okazał niechęci, nie był wściekły, ale jej żary nie współgrały z jego harmonią. A może nie harmonią? Może właśnie to chaos odbierał mu głos? Wydał jej się nagle jeszcze bardziej intrygujący.
– Rozmyślam, poszukuję odpowiedzi. Prowadzi mnie intuicja, podążam śladem płomienia. Jeszcze nie wiem, co jest po drugiej stronie – tam, gdzie rozmywa się światło ognia –
objaśniła, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że profesor gubił się w jej słowach. Ale czy i sama również świadomie nie plątała własnych myśli? Przecież potrzebowała wszystkiego jednocześnie, gwałtowne bywały jej rozważania, zbyt ochoczo wyciągała serce po odpowiedzi, które mogły potrzebować nowych przygód, miesięcy i lat przemyśleń. Doświadczeń, których z pewnością miała o wiele mniej od profesora.
Te słowa, wypuszczone z tak nikłą mocą spomiędzy mentorskich ust, musiały utknąć gdzieś między nimi, roztopić się pod mocą paleniska jeszcze zanim zdołała je usłyszeć. Spoglądała na niego uważnie, jakby zaklęta, prawie nieruchoma. Próbowała ujrzeć coś w oczach drugiego człowieka, poznać choćby namiastkę jego zagadki, jego bólu i szczęścia. Choć nie miała prawa się tam zakradać, spróbowała zrobić krok – stopy pozostały nieruchome. Niewidzialne salamandry stanęły pomiędzy nimi, żar ich kolorowych grzbietów odbił się w spojrzeniu Jaydena Vane’a. A może to tylko złudzenie? Lekko przechyliła głowę, część rozgrzanych loków spłynęła po ramieniu. Zastanawiała się, czy ta postać nie jest jej snem, czy ofiarowane mu opowieści nie są rozpaczliwym monologiem wytrąconej z gniazda jaszczurzej królewny. Zdawało się, że duch towarzyszącej jej sylwetki pozostawał nieobecny, nieprzebudzony, zaklęty może przez zdziwienie, w jakie wpędzić go mogła teleportacyjna złośliwość. Czuła znów jego zmęczenie i w myśli poprosiła troskliwą Wendelinę, by pozwoliła mu rozproszyć się w powietrzu. Wrócić do domu. Weymouth, choć zwykle przyjazne, najwyraźniej nie służyło mu dobrze, ale uwierzyła, że jest miejsce, które pozwoli profesorowi wreszcie odetchnąć. Tylko gdzie?
A kiedy zniknął, jeszcze długo wpatrywała się opuszczony kawałek zielonej przestrzeni. Dopiero później odważyła się spojrzeć w płomienie. Ogień przygasał. Rytuał należało zakończyć.

zt


Powrót do góry Go down
 

Główne ognisko

Powrót do góry 
Strona 11 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21