Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Łąka pamięci

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Łąka pamięci   26.09.15 22:27

Łąka pamięci

Porośnięta niezapominajkami łąka ma znaczenie symboliczne; co roku podczas festiwalu lata schodzą się tutaj czarodzieje, by wysłuchać od nestora Prewettów wzruszającej historii miłosnej o pięknej Caer i odważnym Aengusie. Zamiast krzeseł na łące znajdują się liczne konary, na których można przysiąść, odpocząć, zamknąć oczy i przenieść się w zamierzchłe czasy. A może ty masz opowieść, którą chciałbyś się podzielić?


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   10.10.15 16:03

Wraz z zachodem słońca atrakcje poszczególnych dni festiwalu stopniowo dobiegały końca. Wieczorem przychodził czas na relaks po wyczerpujących godzinach spędzonych pomiędzy straganami, w pobliżu jednorożców, na plaży lub w innym równie malowniczym zakątku Weymouth. Wszak, w tym roku atrakcji było tu co niemiara! Czarodzieje podzielili się w mniejsze i większe grupki, pośród których nie obowiązywały żadne podziały i różnice. Część z nich skierowała swoje kroki w kierunku rozpalonych ognisk, by tam do białego rana oddawać się radosnej celebracji święta, inni znów, ci bardziej spokojniejsi, nieposiadający aż tak rozwiniętego wewnętrznego, hulańczego ducha, a może po prostu ci rozkochani w celtyckich legendach lub nimi zaciekawieni, udali się na łąkę pełną niezapominajek. Temperatura stosunkowo chłodnego jak na sierpień powietrza spadła o kolejne kilka stopni. Delikatny wietrzyk znad linii brzegowej roznosił wokół zapach morza, lasu i osiadającej rosy, zmuszając co większych zmarzluchów do narzucenia lekkich peleryn na ramiona. Krzaczki jagód, wśród których nie tak dawno przechadzały się dzieci, otuliła mlecznobiała mgła. Konary wiekowych drzew odgrodziły łąkę upiornym kołem. Z głębi lasu można było usłyszeć pohukiwanie sów, które dopiero o tej porze rozpoczynały swoją prawdziwą aktywność. Gdzieś nawet złowieszczo zawył wilk, na szczęście czarodzieje mogli być pewni o jego zwyczajności; wszak, za niewielkich chmur wyglądał z każdym dniem coraz to większy rogalik, nabierający pełniejszych rozmiarów po niedawnym nowiu, przynoszącym ulgę wszystkim wilkołakom.
Świetliki. To właśnie one rzucały nikłe światło na dziesiątki zgromadzonych ludzi na pniach powalonych przed dekadami drzew, każdego wieczoru festiwalu służące za siedziska pośród niezapominajek. W słojach pokaźnych rozmiarów, w okolicach rozmieszczonych na polanie konarów, migotały niebieskie ogniki stworzone za pomocą magii. Dzięki tym niewielkim światełkom i owadom unoszącym się w powietrzu, las nabierał przyjemniejszego wydźwięku… Idealnego do snucia celtyckich opowieści.
Na jednym z konarów, zasiadał nestor rodu Prewettów, by zgodnie z tradycją rozpocząć noc pełną opowiastek, podczas której za pomocą magii słów na nowo ożyją postaci z celtyckich legend. Jak co roku przybliżył zebranym piękną historię zakazanej miłości Aenghusa i Caer, poruszającą serca co wrażliwszych panien, które podczas opowieści ocierały łzy zbierające się w kącikach oczu. Malowniczy opis dziejów dwójki zakochanych urozmaicał dym wydobywający się z różdżki nestora, który formował się w najróżniejsze kształty, wizualizujące poszczególne słowa. Noc z celtyckimi historiami została rozpoczęta. Teraz przybliżenie dziejów poszczególnych bohaterów, mniej lub bardziej znanych, leżało w rękach osób zgromadzonych na polanie.


Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   25.10.15 14:31

Drugi dzień festiwalu, a Samuel bez konkretnego celu wędrował...sam. Nie było w tym żadnej ironii, ani tym bardziej ucieczki. Nawet nie zastanawiał się nad spotkaniami, po prostu przewidując, że i tak będzie tutaj trafiał na znajomych czarodziejów. Na łąkę pamięci skusił go...spokój, albo ekscytacja?. Może to aura jaka panowała? Może rzeczywista moc snutych legend?. Cokolwiek go tu przyciągnęło, skłoniło także do opowieści. Usiadł na jednym z konarów, sadowiąc się nieco wyżej. Rozejrzał się po zgromadzonych, ale nie dostrzegł znajomych twarzy. A może nie skupiał się wystarczająco?
Trafił na końcówkę opowieści nestora rodu Prevett. Znał legendę, więc nie potrzebował głowić  się o początki. Zastanawiał się, czy może gdzieś w pobliżu był jego przyjaciel- Ignatius.
Przez chwilę zapadła cisza, przerywana zachwyconymi westchnieniami zebranych i tęsknymi, nieco załzawionymi spojrzeniami panien.  Przyjemny zapach łąkowych kwiatów, nawet na niego działał kojąco. Samuel  lubił opowiadać, choć nie miał do tego wielu okazji. Jako dziecko słuchał i czytał historie, przede wszystkim związane z ulubioną boginką rodziny - Eponą, opiekunką koni.
- Słyszeliście kiedyś legendę o klątwie Epony?  Słodka boginka, jak każda kobieta...zdradzona  -  nigdy nie zapomina krzywdy.  - Odwrócił wzrok, przenosząc spojrzenie na otaczających go czarodziei. Ciemne źrenice zatrzymywały się kolejno na kobiecych licach, obdarzając każde nieodgadnionym uśmiechem.
- Moja historia nie będzie jednak opiewać źródeł przekleństwa. Poznacie w zamian maleńką perspektywę tych, którzy ową klątwą zostali pochłonięci...

Odwrócił głowę z bólem. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą...tak! Udało się! W końcu! I nie obchodziło go, kto i dlaczego mu to umożliwił. Od nowa czuł pulsowanie krwi, która leniwie ogrzewała zesztywniałe skrawki ciała. Spojrzał w dół. Skały jak dawniej piętrzyły mu się pod kopytami. Kopytami...
Daleko, daleko w dół sięgał jego wzrok, aż do bijących szaleńczo fal, do szczerzących się ostrych skał, do bordowych plam na samym dnie. To było ostatnie, co pamiętał.  
Grzmot fal, które tak go wtedy przerażały, teraz były cudowną melodią, która koiła zmysły, udowadniając kolejny raz, że ma szansę. Paskudna cisza w końcu została przełamana.
Poruszył ramionami i z uśmiechem stwierdził, że mięśnie, choć wciąż ospale,  nadal z werwą słuchały jego woli. I skóra, do tej pory szara i zimna, w końcu nabrała ciepłego koloru brązu. Podniósł dłonie i dotknął twarzy. Czuł rozprzestrzeniające się ciepło, ale otrząsnął się. Był wolny, znowu. Teraz już nie będzie skał, ani gryzącej, szyderczej ciszy. Ciemność zniknęła.
Falista czerń włosów spłynęła kaskadami na ramiona i pierś, gdy kolejny raz schylił głowę w dół, ale nie spojrzał w otchłań. Kopyta  nabrały już światła, rozbrzmiewając dźwięcznie, przy ruchu. Czarna sierść lśniła. Stuknął kilka razy o podłoże. Tak, bez zarzutu...Euforia niemal burzyła się pod skórą.
Nie nawykłe do uśmiechu usta, wygięły się boleśnie, odwrócił się od przepaści i pomknął skalnym korytarzem. Na jego końcu czekało światło.


Samuel nie skończył historii, choć wstrzymał się, głos zawiesił, splótł dłonie przed sobą. Zupełnie, jakby zaczynał nowa historię. A może, tylko inną perspektywę?
Odezwał się po chwili, a niskie i dźwięczne brzmienie słów, popłynęło kolejny raz, rozpraszając ciszę.

Dziewczyna stojąca przed górską jaskinią, nie myślała, że Łowca tak szybko się obudzi. Zdążyła się ukryć. Inaczej wszystko, mogłoby zarysować się w bardzo czarnych barwach. Centaury znane były ze swej porywczości, szczególnie po tak długim śnie. Dla niej przyszło uwolnić go od kamiennej twierdzy, jakim stało się jego unieruchomione ciało. Dziwna ta jego klątwa i smutna jednocześnie, bo i tak ostatecznie powróci dokładnie na to samo miejsce, zmieniony w niebywale kunsztowną rzeźbę. Będzie bez końca czekał powrotów, gdy  zdesperowany wędrowiec poświęci się by, go obudzić i wziąć na usługi, …aż do wypełnienia misji. Taka przecież była wola Pani.
Miała nadzieję, że Łowca ochłonął i jest w pobliżu. Druidzi mówili jej, że będzie czekał, gotów na jej rozkazy. Nie mogła zważać na nienawiść centaura, ale coś w jej sercu dygotało. Któż by kochał ciągłe poddaństwo? Nie mogła mu się dziwić, ale nie miała wyboru. Były ważniejsze sprawy. Choćby..ona. Łowca był tylko bezimiennym narzędziem, fakt, bardzo potężnym, ale nadal narzędziem. W końcu, taki los przewidziała IM Opiekunka Koni. Nie rozumiała tylko, czemu Pani, choć nadała im ramy przekleństwa, obdarzała tak wielka mocą? To ona -– Wybraniec, powinna nimi władać. Na nowo rozgorzała w niej pasja i mocne postanowienie.
Skinęła dłonią w cień i weszła w skalną otchłań. Zatrzymała się na krótko, by dotknąć pierścienia, błyskającego ciemną zielenią -– symbolu jej władzy i świadectwo, że to ona ma na usługach Łowcę. Teraz zabłyśnie i nikt już nie przeszkodzi w jej planach. Jacyż oni głupcy! Starcy biegający po lasach. Myśleli, że ją zatrzymają? Niech tylko zobaczą jej dzieło. Niech tylko rozwinie swoją moc…, pokaże wszystkim, jaka władza przypadnie jej w udziale. Wystarczyło tylko użyć Łowcy, wystarczyło wyzwać przekleństwo, którego tak bardzo pragnęła.


Skamander na kolejną chwilę zatrzymał słowa, jakby czekając, aż kolejne spojrzenia powiodą w jego stronę. nie uśmiechał się. jego głos nabierał mocy, modulował ton, by przeniknąć krótką opowieścią, do swoich słuchaczy.

Światło błysnęło koszmarnie jasnym blaskiem. Zasłaniał się rękoma i rył kopytami o ziemię. Dopiero refleksja upomniała go, że światło nie rani - blask dnia nie działał na niego w ten upokarzający, zdradliwy sposób. Był wolny. Prawie. Wystarczyło zaczekać i dopełnić umowy. Tym razem na jego warunkach. Pani przecież obiecała.
Stanął przy wejściu do groty z nieskrywaną niecierpliwością, a może to pułapka?...Nie, tak nie mogło być. Obietnica, którą mu dano musiała się spełnić i niemal czuł Jej słodki głos w pulsowaniu krwi, w dudnieniu dźwięków...zaczeka.


Jeszcze jedno westchnienie, by zwilżyć wargi i opowieść została kontynuowana. Nie odrywał spojrzenia od zgromadzonych, wciąż spoglądając na poszczególnych słuchaczy. Jakby słowa kierował do każdego z osobna.

Tak jak myślała, stał u wejścia. I choć opowiadali jej jak ma wyglądać, drgnęła niespokojnie widząc tę rosłą istotę, która przysłaniała światło, a jednocześnie jakby je pochłaniał i rozpraszał. Westchnęła w duchu by dumnym krokiem zbliżyć się do centaura
"„Witaj Łowco, jam jest tą, której teraz będziesz służył, odstąp od swej nienawiści i skłoń się...”." Jej głos rozbrzmiał z mocą i formułą, której starannie się wyuczyła, ale nie stało się nic, co przewidywała. A przynajmniej tak jej się wydawało… do czasu, gdy usłyszała gromki śmiech. Nie był to głos uległości. Czysta nienawiść i wzgarda dudniła w jej uszach…czy, niczym szarpiący ją, wściekły pies. Czy tak miało być?...Cofnęła się krok, szukając już odpowiedniej broni, ale śmiech się urwała i tym razem usłyszała tubalny, ale dźwięczny męski głos...
"Witaj moja Pani...”" wypowiedział słowa wymuszone zaklęciem. działały w nim teraz dwa rozkazy. Od jego uporu i woli będzie zależało, czy zdoła się jednemu oprzeć. Cofnął się i schylił głowę. Włosy opadły, gdy zgiął przednie kopyta w drwiącym ukłonie. Czekał, aż podejdzie. Musiała podejść, wiedział o tym. Wtedy będzie miał szansę.
Trwał tak, aż nie poczuł dotyku na skroniach i szept charakterystyczny, tryumfalny, ale było za późno. Dla niej.


Dawno nie opowiadał tak długo. dawno nie miał okazji przedstawić historii, którą zasłyszał, a która ujęła jego serce. Niemal widział przed oczami przedstawione losy Łowcy. Niemal widział na jego miejscu siebie.
Kontynuował.

Poczuła ból w piersi, który pulsował coraz silniejszym tchnieniem, nie rozumiała co się stało. W głowie panował chaos, poczuła drżenia i zawroty głowy. Upadła na kolana. Dopiero potem dostrzegła, że Łowca przyciska dłonie do jej czoła. Przytrzymywał ją, by nie upadła całkowicie.
To nie miało prawa się wydarzyć! …Przecież miało być inaczej! tak wołały rozchylone niemo usta, tak krzyczało zamroczone spojrzenie, a potem...jej świat zawirował i znikł.
Ocknęła się w jaskini. Stała patrząc przed siebie. Była odrętwiała, ale czuła, że żyje. Co się wydarzyło? Koszmar, przestroga, wizja? Powoli spojrzała w dół i dostrzegła wzburzoną toń. Do jej uszu wdarł się szaleńczy łomot, chciała krzyczeć, ale usta miała sztywne, zimne. Dopiero po chwili z jej gardła wydobył się schrypiały jęk. Co się działo?
W końcu poruszyła ramionami i nogą, usłyszała pusty dźwięk...kopyt? Skąd u niej kopyta? Rozejrzała się, niemal całkowicie odzyskując sprawność i zachłysnęła się powietrzem. Od pasa w górę była sobą, a dół...dół należał do konia! A jednak, to musiał być podły koszmar!
jednak głos, który dotarł do jej uszu był realny. Głos, który zmuszał do wyjścia natychmiastowego i całkowitego poddaństwa. Narastał w niej gniew, który mieszał się z wymuszona uległością. Szarpnęła się dziko, ale na próżno.
"„Witaj Łowco, jam jest tym, któremu teraz będziesz służył, odstąp od swej nienawiści i skłoń się...”"


Zakończył i podniósł się. Czy go słuchali? Czy opowieść, którą snuł ujęła zebranych na łące? Wpatrzone w niego spojrzenia były niewyraźne. Widział za to przed sobą postać Łowcy, zupełnie, jakby stanął na wezwanie jego opowieści. Zjawa uśmiechnęła się i zniknęła.
Samuel przez chwilę wpatrywał się w projekcję swego umysłu, by w końcu odwzajemnić uśmiech - już w przestrzeń.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Annabelle Apollinaire
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1572-annabelle-apollinaire http://morsmordre.forumpolish.com/t1584-poczta-panny-aa#15830
Stażystka w Czarownicy
21
Mugolska
Panna
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
5
20
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   02.11.15 11:24

Uwielbiałam opowieści, bajki, mity przekazywane słodkim głosem mojej matki i nieco niższym, uspokajającym głosem ojca. Potrafiłam spędzać w ich ramionach lub na kolanach całe godziny, słuchając długich - dla niektórych koszmarnie długich - legend rodem z brytyjskich puszczy lub galijskich ostępów. Nie przeszkadzało mi, że z czasem rodzicom brakowało kolejnych opowieści i mówili mi od nowa wciąż te same; dzięki temu zapamiętałam je lepiej i dzisiaj prawie z pamięci mogłam wyrecytować te bardziej znane i mniej znane legendy i opowieści zarówno z Wielkiej Brytanii, jak i z Francji. Z tym większą więc przyjemnością udałam się na Łąkę Pamięci, grzecznie witając się z obecnymi już osobami i równie grzecznie czekając na swoją kolej. Nie było łatwo wytrzymać, gdy ktoś opowiadał legendę, której wersja nie do końca zgadzała się z tą, którą znałam ja. To był jednak urok legend - zmieniały się, ulegały delikatnym lub mocniejszym modyfikacjom... i w rezultacie stawały się czasem zupełnie nowymi opowieściami.
- Niełatwo w krótkich i prostych słowach streścić jedną z najpiękniejszych opowieści o miłości - zaczęłam cicho, gdy w końcu wskazano na moją kolej. W środku aż się paliłam, by zaprezentować najbardziej rozległą wersję znanej mi legendy, ale wiedziałam, że prędzej czy później połowa słuchaczy zaczęłaby po prostu pochrapywać. - Legenda o Tristanie i Izoldzie, choć nie tak stara jak wiele celtyckich opowieści, zasługuje jednak zdecydowanie na to, by zostać dzisiaj opowiedziana...

Dzieje Izoldy z Irlandii i walecznego Tristana pogromcy Morhołta znaczone są drogą smutku i bezgranicznej miłości, która przezwyciężyła nawet śmierć. Tristan przyszedł na świat w smutku swych rodziców - zmarły ojciec nie doczekał narodzin syna, a matka wkrótce pożegnała się z ziemskim żywotem. Chłopca wychowywał Rohałt Dzierżący Słowo, a on sam długo nie znał swojego szlachetnego pochodzenia ni pokrewieństwa z Królem Markiem, któren stał się niedługo przyczyną kolejnych nieszczęść. Tristan dorastał, szkoląc się w wojennej sztuce, polując i służąc Markowi jako rycerz, uczestnicząc w wojennych wyprawach i dzielnie stając w szranki na rycerskich turniejach. Młokosem jeszcze będąc wrócił do swojego rodzinnego kraju, Lonii i wyzwał diuka Morgana, ówcześnie tam panującego, pokonując go w pojedynku i odzyskując dla siebie swoją własność. W ten sam czas w niebezpieczeństwie znalazła się Kornwalia, w której dorastał. Kraina choć rządzona przez Marka, otulona była jednak widmem trybutu płaconego Irlandii.
I tutaj dzielna postawa Tristana na jaw wychodzi ponownie - wyzwawszy on na pojedynek Morhołta, wojownika o sile czterech mężów, śmieć mu zadał, znacząc nią zwycięstwo dla Kornwalii. Został jednak raniony jego mieczem z bolesną trucizną. Jedynie Izolda Jasnowłosa, córka władcy Irlandii, była w stanie ranę wyleczyć, ale pałając nienawiścią do Tristana, nie udzieliłaby mu żadnej pomocy. Tedy młodzieniec używając podstępu, w przebraniu lutnika, zgłosił się do niej po pomoc i wnet ją uzyskał, zdrowiejąc od razu. I na tym ponury los Tristana mógłby się zakończyć, gdyby nie... smok. Smok ten pustoszył krainę Izoldy, aż jej ojciec obiecał jej rękę temu, kto smoka pokona. I tak, tak, moi kochani, dzielny rycerz znów wykazał się heroizmem, bestię przyszpilając, aż ostatni dech oddała. Izoldę na statek zapakował, tam jej dopiero prawdę wyznając - że to on zabił Morhołta i że nie dla siebie ją pozyskał, ale dla swojego króla, Marka z Kornwalii. Zdarzyło się jednak, że matka Izoldy oddała w pieczę służce, która towarzyszyła córce, magiczną miksturę wywołującą miłość między tymi, którzy ją wypiją - z poleceniem, by miksturę rozlała w puchary Izoldy i Marka przed nocą poślubną. Legenda nie byłaby jednak nieszczęśliwą opowieścią, gdyby tejże mikstury nie wypiła Izolda i Tristan właśnie. Natentychmiast zapałali do siebie bezgraniczną miłością i jeszcze ten samem nocy oddali się tejże miłości w łożnicy nie-małżeńskiej. Wielkie to było bluźnierstwo przeciw Markowi, ale co począć, gdy opętała ich magia i puścić nie chciała?
Nic już miało kochanków nie rozdzielić - Tristan jako najbliższy króla rycerz i jego siostrzeniec miał prawo sypiać w królewskiej komnacie i nie budziły niepokoju jego częste tam wizyty pod obecność królowej Izoldy. W sercu króla Marka zasiano jednak coraz więcej niepewności; nieprzychylni Tristanowi dworzanie plotkowali głośno, by Marek mógł plotki usłyszeć, rzucali oskarżenia, wskazując na grzeszny romans kochanków i zdradę, jakiej dopuszczali się względem króla. Tristan na pewien czas został wręcz oddalony z zamku, ale i to nie przeszkadzało się im spotykać w tajemnicy. Król za namową dworzan próbował podstępem sprawdzić, czy opowieści o zdradzie są prawdą - pierwszy, drugi, trzeci raz kochankowie wykryli pułapkę, udowadniając przed nieświadomym Markiem swą niewinność. Z czasem jednaj stracili czujność, a tajemnica w końcu się wydała; Marek zapałał gniewem i kazał ich uśmiercić.
Tristanowi prowadzonemu na śmierć udało się uciec, wnet też uwolnił swoją ukochaną, uciekając w leśne knieje, gdzie wiedli żywot nędzny, acz szczęśliwy, w końcu będąc razem. Ich szczęście nie trwało jednaj długo; nękające ich wątpliwości sprawiły, że postanowili wrócić do Króla Marka - Izolda miała ponownie stać się jego żoną, a Tristan miał odjechać w odległe kraje, by nie wystawiając się na większe kuszenie. Marek miał jednak inne plany - postanowił wystawić Izoldę na próbę, by sprawdzić, czy kochankowie nie darzyli się występną miłością i czy nie dopuścili się prawdziwej zdrady, a jedynie jak twierdzili, pałali do siebie miłością jeno platoniczną. Przygotował próbę żelaza, którą dzięki swoistemu podstępowi Izoldzie udało się przejść, udowadniając tym samym - choć nieszczerze - swą wierność względem małżonka. Tristanowi opanowanemu miłością nie udało się jednak dotrzymać słowa danemu Markowi, że opuści Kornwalię. Wciąż zakradał się do sypialni Izoldy i dopiero będąc przyłapanym przez dworzan, zabił dwóch z nich i uciekł do Galii. Tułał się po świecie przeszło dwa lata, poślubiając w końcu  Izoldę o Białych Dłoniach i próbując w ten sposób ugasić swój nieukojony ból. Na nic się to jednak zdało; Tristan owładnięty miłością względem jednej Izoldy, nie był w stanie pokochać drugiej.
Po kilku miesiącach nieszczęśliwego małżeństwa wyruszył na powrót do Kornwalii, gdzie ubłagał Izoldę, by go przyjęła na widzenie. Do spotkania jednak nie doszło na skutek przykrego zbiegu okoliczności - królowa poinformowana została, że na widok jej orszaku Tristan zbiegł, podczas gdy on czatował w krzakach, z zbiegli tylko jego giermkowie, przestraszywszy się nadciągających rycerzy. Izolda nie chciała już więcej go widzieć; zrozpaczony Tristan poddał się szaleństwu duszy i ciała, docierając w końcu na dwór Króla Marka, by jeszcze raz choćby ujrzeć swą ukochaną. Przebrał się za błazna i niepoznany zabawiał królewską parę; dopiero gdy zaczął opowiadać rzeczy, które znane były tylko jemu i Izoldzie, królowa uwierzyła, że ma do czynienia z prawdziwym ukochanym, którego przyrzekła już nigdy więcej nie oglądać. Kochankowie ogarnięci miłością znów poddali się swojemu uczuciu, spędzając w tajemnicy kilka nocy - po których Tristan wyruszył na kolejną wyprawę. Tym razem los nie okazał swojej łaskawości; młodzieniec został śmiertelnie raniony, a jego jedynym pragnieniem było jeszcze raz zobaczyć ukochaną. Izolda wyruszyła więc rychło na spotkanie kochanka - zazdrosna żona Tristana jednak widząc zbliżający się statek, oznajmiła Tristanowi, że ma czarne żagle na znak odrzuconego przez Izoldę wezwania. Zrozpaczony Tristan poddaje się w końcu śmierci, a Izolda przybywa za późno. Ułożywszy się obok swego wybranka, oddaje po nim swoje ostatnie tchnienie. Król Marek kazał pochować ich osobno, jednak nawet ludzka nienawiść nie była w stanie pokonać miłości. Między ich grobami wyrósł głóg, który już na zawsze miał łączyć ze sobą nieszczęśliwych kochanków.


Zamilkłam w końcu, oglądając z niecierpliwością twarze słuchaczy, ale na szczęście nie wydawali się senni. Nic dziwnego, legenda o Tristanie i Izoldzie, choć znana wszystkim w kilku różnych wersjach, zawsze budziła wiele emocji - ale nigdy, przenigdy nie powodowała senności. Nieszczęścia, jakie ogarniały kochanków, zbiegi okoliczność i przewrotność losu sprawiały, że opowieści słuchało się zawsze z zapartym tchem. I marzeniem, że może teraz, może tym razem będą jednak szczęśliwi.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   10.11.15 22:55

Świetliki drgały lekko, zielonkawym błyskiem przecinając ciemność, której towarzyszyły tylko gwiazdy żarzące się na odległym nieboskłonie i błękitne ogniki zaklęte w szklanych słojach. Nastrój budował się powoli, wypełniając ich usta świeżością, czymś lekkim, tajemniczym, nieodkrytym. Garrett siedział pośród nich, wdychając ciężkie powietrze i wsłuchując się w nocną muzykę - szum nieodległego morza przywabiał słony zapach rześkości, wiatr tańczył wśród zieleniących się pod osłoną ciemności liści, pohukiwanie sowy gdzieś w oddali wymierzało rytm powoli snującego się zmroku.  
Siedząc na obalonym niegdyś konarze, wsłuchiwał się w opowieści innych, w duchu chłonąc ich klimat, delektując się każdym słowem tkającym celtyckie historie. Powędrował spojrzeniem ku dzieciom zgromadzonym przy swoich rodzinach, nie mogąc nie dostrzec oczu pochłoniętych przez wielką fascynację i ust ułożonych w wyrazie oczekiwania na każde ze zdań, które miało wkrótce paść.
Wreszcie zapadła cisza, wykorzystał ją, by uśmiechnąć się lekko, ulotnie, smutno - tak, jakby jego myśli wędrowały już daleko przy akompaniamencie ciężkich oddechów czarodziejów, którzy w zniecierpliwieniu oczekiwali na historie, jakie nie zdążyły jeszcze rozbrzmieć, tnąc nocną melodię szumów i szelestów.  
- Teren Carterhaugh od zawsze należał do Tam Liena, ulotnego jak mgła, grzmiącego jak burza, silnego jak podmuch wiatru - zaczął Garrett, a podszepty zgromadzonych ucichły; nieśpiesznym słowom towarzyszyły wyłącznie delikatne szelesty liści i śpiewne cykania świerszczy. Weasley dostrzegł wbijające się z niego spojrzenia, zdawało mu się, że nawet dusze zaklęte w kwiatach nachylały się, by wysłuchać historii miłości silniejszej od przeznaczenia.
- Wzgórze, nad którym sprawował opiekę, pokryte było różami o płatkach jaśniejących czerwienią podobną do krwi. Rozkosznym zapachem prowadziły młode kobiety na bezkresną łąkę, a gdy te zrywały kwiaty, z cienia rzucanego przez drzewa wyłaniał się sam Tam Lien, skradając im to, co było dla nich najważniejsze. - Przerwał, ze smutnym półuśmiechem błąkającym po bladych wargach wpatrując się gdzieś w dal, by zaraz kontynuować opowieść. - Urodę Janet opiewano jeszcze za jej życia. Włosy barwy złocistego zboża spływały kaskadami na wątłe ramiona, jasne oczy jak dwa ogniki błyszczały na tle twarzy bladej jak mleko. Ją również los zwiódł wprost na wzgórze Tam Liena, gdzie zaraz spostrzegła bezbrzeżne fale pięknych róż. Zerwała jeden z czerwieniących się kwiatów, dziwiąc się jego niezwykłością; wtem tuż przed nią pojawiła się postać ulotna jak mgła, grzmiąca jak burza, silna jak podmuch wiatru. Kto pozwolił ci zerwać kwiat?, spytał głosem brzmiącym jak deszcz uderzający o liście, a Janet zadrżała. Kto pozwolił ci przybyć do Carterhaugh, zmącić mój spokój?, grzmiał dalej, jednak Janet uśmiechnęła się tylko. Carterhaugh nie należy do ciebie, to ziemia mojego ojca; pięknych róż jest tu wiele, zerwę tylko jedną, powiedziała pewnie, a Tam Lien zdziwił się, bo nikt dotąd nie odważył się mu sprzeciwić. Dlatego skradł to, co było dla Janet najcenniejsze - jej serce, jej myśli, jej niewinność.
Oczy dzieci błyszczały w nocnej ciemności na równi ze świetlikami, a Garrett nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wkradł mu się na usta. Przerwał, może siejąc ziarno niepokoju, może chcąc złapać swobodny oddech; nieważne, słuchacze pragnęli chłonąć historię dalej, zauroczeni gwieździstym nieboskłonem, który rozciągał się tuż nad ich głowami.
- Gdy księżyc jaśniał pełnią, topiąc Carterhaugh w bladym świetle, Janet wróciła na wzgórze pokryte różami. Nie wahając się, zerwała jedną z nich, a już wtedy rozległ się znajomy głos. Kto pozwolił ci zerwać kwiat? Kto pozwolił ci zmącić mój spokój?, spytał mężczyzna ulotny jak mgła, choć już wraz z pierwszym spojrzeniem rozpoznał złotowłosą. Będę zrywać kwiaty, Tam Lienie, będę mącić spokój, tylko pozwól mi być twoją już na zawsze, wyszeptała Janet, a Tam Lien uległ pod ciężarem jej mądrego spojrzenia.
Kątem oka Garrett dostrzegł samotną łzę zakręconą w oku jednej ze słuchających go z uwagą kobiet; rozjaśnił twarz w jeszcze większym uśmiechu satysfakcji, który na szczęście skrył się w ciemności oplatającej łąkę tonącą w niebieskich niezapominajkach. Każdego roku prześcigał sam siebie, grając na emocjach, chociaż tego jednego dnia pozwalając sobie na melancholię i egzaltowaną sentymentalność.
- Wracała do niego każdej nocy, jakby zaklęta najpiękniejszym z uroków, plotąc wianki z nieposkromionych, dzikich róż; składała miłosne wiązanki na jego skroniach, wciąż pytając, dlaczego Tam Lien nie może odejść razem z nią. W końcu przyznał się, składając pocałunek na jej dłoni, że kiedyś też był człowiekiem, któremu w Carterhaugh skradziono to, co dla niego najważniejsze: wolność. Królowa Elfów zaklęła mnie, na zawsze przywiązując do tego miejsca, wyjaśnił cicho, obdarzając ją spojrzeniem tak ulotnym, jak mgła. Tylko ty możesz mnie uratować i tylko jednej nocy; pierwszy dzień letniego powiewu niesie za sobą orszak Królowej Elfów, paradę, za którą podążam też ja. Musisz uchwycić mnie i objąć mocno, najmocniej. Przyjmę różne postacie, więc nie bój się, klątwa jest silna, jednak obejmuj mnie tak mocno, jak mocno mnie kochasz; wiatr zawyje, zaszumią liście, zagrzmi burza i zaśpiewa świerszcz, a ja odzyskam dawną postać, tłumaczył, a Janet skinęła głową, nie wahając się ani chwili.
- Sowa pohukiwała w ciemności, mgła osiadała na łące, a chmury burzowe kłębiły się, gdy noc przeciął piękny śpiew. Janet bała się, biegnąc w samotni wśród wysokich traw i czerwieniących się róż Carterhaugh, których kwiaty spoglądały w niebo, a kolce prężyły się w milczeniu, obserwując każdy jej ruch. Na tle wzgórza objawił się pochód; dziesięciu mężczyzn snuło się przez cień, a wkoło nich tańczyły nimfy, nucąc smutną pieśń skazanych na zapomnienie. Wśród nich szła postać ulotka jak mgła, grzmiąca jak burza, silna jak wiatr. Tam Lien o włosach białych jak mleko dostrzegł ją, złotowłosą, wśród oceanu róż, a Janet pobiegła ku niemu, obejmując go tak mocno, jak mocno go kochała. Nie bój się mnie, zawył wiatr, gdy Tam Lien przybrał w jej ramionach postać białego wilka. Nie zlękła się, a prawdziwa miłość dała jej siłę, by przytrzymać ukochanego. Nie bój się mnie, to ja, zaszumiały liście, gdy Tam Lien przybrał w jej ramionach postać białego niedźwiedzia. Nie zlękła się, a prawdziwa miłość pozwoliła jej dostrzec w dzikich ślepiach duszę ukochanego. Nie bój się mnie, najdroższa, zagrzmiała burza, gdy Tam Lien przybrał w jej ramionach postać białego lwa o grzywie jasnej jak mleko. Janet zlękła się, a Królowa Elfów, dostrzegłszy jej obawy, roześmiała się okrutnie. Złotowłosa wciąż jednak obejmowała Tam Liena tak mocno, jak mocno go kochała, a prawdziwa miłość dała jej siłę, by przytrzymać ukochanego pomimo lęku rodzącego się w sercu, łez gromadzących się w jasnych oczach; wtedy świerszcz zaśpiewał, a Tam Lien przybrał w ramionach Janet ostatnią postać. Obejmij mnie mocno, nie bój się, powiedział wreszcie, stając się człowiekiem, a Janet złożyła na jego ustach pocałunek.
- Słowa nie opiszą furii, która rozgrzała serce Królowej Elfów; miłość kochanków pokonała przeznaczenie, które naznaczyło Tam Liena, skazując go na służbę w Carterhaugh. Pocałunek związał ich na zawsze razem, zespolił dwie dusze. Królowa Elfów postanowiła to wykorzystać - jej rzucone w złości zaklęcie sprawiło, że ich połączone dłonie przemieniły się w liście, łzy spływające po utęsknionych obliczach stały się ostrymi kolcami, serca bijące w jednym rytmie zakwitły jako dwa pęki róż osadzone na jednej łodydze - jeden z kwiatów mienił się złotem zbóż, drugi był biały jak poranna mgła osnuwająca Carterhaugh. Już na zawsze mieli być razem, strzegąc wzgórza i obdarzając się miłością, która trwać będzie całą wieczność.
- Mówią, że Janet i Tam Lien trwają tak po dziś dzień, kwitnąc wśród oceanów czerwonych róż. A ponoć raz do roku, gdy lato wspina się na wzgórze w Carterhaugh w towarzystwie elfiego orszaku nimf i zabłąkanych dusz, świat snuje smutną historię kochanków. Wiatr wyje, liście szumią, burza grzmi, a świerszcz śpiewa, nie mogąc zapomnieć o złotowłosej o bystrych oczach i mężczyźnie ulotnym jak mleczna mgła.
Garrett zamilknął, wsłuchując się w ciszę, błądząc spojrzeniem pomiędzy kolejnymi parami błyszczących z fascynacji tęczówek. Wiatr wciąż przynosił lekką woń morza, niezapominajki emanowały błękitem, a świetliki tańczyły w powietrzu w rytm odległych pohukiwań sowy.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   15.11.15 0:41

Klechdy przywoływały w pamięci czasy sielskiego dzieciństwa, gdy siedząc na matczynych kolanach, wsłuchiwał się w głos rodzicielki, chciwie łowiąc każdą złotą zgłoskę, które układały się w całe wyrazy, zdania, a te, łączyły się w niezwykłe opowieści. Tworzące dziecięcy, wyimaginowany świat, gdzie nie było miejsca na troski. Avery doskonale pamiętał zimowe wieczory spędzone przy kominku, a także znacznie romantyczniejsze opowiastki, szeptane do ucha, opowiadające historie nieszczęśliwych, tragicznych kochanków. Nie opuszczał nigdy tego przedstawienia, kiedy rozpalał się w nim ponownie wątły płomień chłopięctwa (nostalgia wszak była słabością), a i nie ośmielał się odmówić wyraźnemu życzeniu Julienne. Swej córeczce skradłby każdą gwiazdkę z nieba, zgasiłby Słońce (zrobiłby to), a wysłuchanie ckliwych historyjek, ściskając córeczkę za drobną dłoń stanowiło przyjemność. Zwłaszcza, gdy zabierał głos, a mała utkwiła w nim pełne zachwytu spojrzenie, spijając słowa z jego warg, tak jak i on czynił niegdyś. Opowiadając, cały czas wpatrywał się w Jill – choć na łące zgromadziło się wielu słuchaczy, tak naprawdę Avery mówił tylko dal swojej córeczki.

Jak to bywa w romantycznych baśniach, gdy pewnego dnia król Munsteru ujrzał nadobną dziewicę, pokochał ją i uczynił swoją żoną. W całym kraju nie widziano kobiety piękniejszej od szlachetnej Edain, a sława jej urody dotarła aż do wielkiego i potężnego władcy i wodza ludu Tuatha-de-Danann, którego zwano Midarem. Mąż ów był tak poruszony roztaczanym przed nim obrazem, udał się na dwór króla Munsteru w przebraniu wędrownego barda, by móc choć przez chwilę popatrzeć na śliczną Edainn. Przybywszy na miejsce, Midar wyzwał monarchę na pojedynek szachowy.
- Zmierz się ze mną, panie – rzekł nieznajomy – znajdziesz we mnie godnego przeciwnika.
Król przyjął wyzwanie, a jego żona, zapragnęła obejrzeć ów pojedynek. Kiedy Midar ją zobaczył, piękność Edain tak go oślepiła, iż patrzył na nią w całkowitym milczeniu, niezdolny do wymówienia choćby i jednego słowa. Zachowanie barda wprawiło królową w zakłopotanie, więc opuściła graczy, wymawiając się obowiązkami. Monarcha Munsteru zdawał się jednak niczego nie zauważać. Przyjął zakład wędrownego śpiewaka, ustalając stawkę: zwycięzca miał określić nagrodę, a przegrany zaakceptować każdy jego wyrok. Po kilku godzinach zmagań, nieznajomy postawił mata. Król Munsteru za swą pychę musiał zapłacić cenę straszliwą, bowiem przebiegły Midar zażądał w nagrodę królowej – zastrzegając wszakże, aby oddać mu ją wcześniej niż za rok, po czym tajemniczo opuścił zamek. Zmartwiony i wielce skonfundowany król zapamiętał dobrze dzień tego wydarzenia i dokładnie dwanaście miesięcy później wydał w Tarze wielką ucztę. Zaproszono wielu książąt, a wokół pałacu rozstawiono w potrójnych szeregach najsilniejszych wojowników. Pod groźbą śmierci zakazano wstępu wszystkim nieznajomym. Gdy król upewnił się, że wszystko przebiega pod najściślejszą kontrolą i że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo – zajął miejsce przy stole tuż obok swej pięknej Edain. Królowa była przystrojona szlachetnymi kamieniami, na głowie zaś miała złocistą koronę i zdawało się, że cała promienieje lśniącą poświatą. Zabawa trwała, lecz o północy, wraz z wybiciem ostatniego, dwunastego uderzenia zegara, król na środku sali balowej spostrzegł nieznajomego. Nikt prócz niego nie widział obcego, który wpatrywał się wyłącznie w królową. Zbliżał się do niej wolnym krokiem, uderzając jednocześnie w struny złotej harfy i słodko śpiewając:

O Edain, pójdźże ze mną
Do wspaniałego zamku
Tam bielą się zęby, tam brwi zawsze ciemne,
Szkarłatny miód warg kochanków.

Pani, gdy staniesz przed mym dumnym ludem,
Korona twą głowę otoczy.
Zamieszkasz na ziemi, gdzie szemrze strumień,
Tam poznasz słodycze miłości.

Potem delikatnie objął królową w talii i poprzez tłum gości powiódł ją z dala od jej prawowitego małżonka. Nikt nie próbował ich zatrzymać, nawet sam władca zamarł, niezdolny cokolwiek powiedzieć lub zrobić – pogrążony jakby we śnie, marazmie, bezsilności. Kiedy oprzytomniał, zrozumiał jednak, że nieznajomy, który uprowadził piękną Edain do zaklętego dworu dokonał tego za pomocą magicznej siły i należy do grona zaczarowanych wodzów Tuatha-de-Danann, z czwartej rasy najeźdźców Irlandii. Rozesłał więc wici do wszystkich królów Erynu, by zburzyli twierdze znienawidzonego ludu, zabijali każdego bez litości, póki nie zostanie mu zwrócona jego piękna, młoda żona. Lecz Edain nie wracała. Opanowany żądzą zemsty król rozkazał mężczyznom pozamykać wszystkie stajnie, w których przebywały królewskie konie Danann. Miały ginąc z głodu, lecz ich szlachetna krew sprawiła, iż żadne zapory ni przeszkody nie potrafiły ich powstrzymać. Wyłamywały wrota i gnały jak wichry, rozpierzchły się po całej ziemi. A królowie oślepieni pięknem rumaków, zapomnieli o poszukiwaniu ślicznej Edain. Pragnęli tylko jednego – pochwycić dla siebie jak najwięcej nieposkromionych koni o srebrnych podkowach i złotych uzdach.
Wówczas król bardzo się rozgniewał i posłał po najwyższego druida. Oświadczył mu, że zginie, jeśli nie znajdzie miejsca, w którym ukryto królową. Ruszył więc druid przez całą Irlandię na poszukiwania i wycinał na czterech leszczynowych różdżkach zaklęcia w oghanie. Zostało mu wówczas objawione, że królową Edain ukryto głęboko w górach środkowej Italii, w zaklętym pałacu zaczarowanego wodza Midara. Król zebrał wielką armię i otoczył wzgórze. Żołnierze zaczęli kopać, aż dokopali się do samego środka góry. A gdy ujrzeli już bramy zaklętego pałacu, Midar zrobiwszy użytek ze swych czarów, posłał im naprzeciw pięćdziesiąt przepięknych kobiet. Zbiegły ze wzgórza, by rozproszyć uwagę wojowników, a wszystkie tej samej figury, w takich samych, białych sukienkach, były podobne do królowej. Nawet jej mąż nie potrafił orzec, czy znajduje się wśród nich prawdziwa Edain. Gdy jednak branka zobaczyła swego ukochanego, poczuła w sercu nagły przypływ miłości. Moc czarów odstąpiła z jej duszy, więc podeszła do niego, a on, rozpoznawszy w niej swą dawno utraconą żonę, pochwycił ją na koń i czule ucałował. Wrócili bezpiecznie do królewskiego zamku w Tarze, gdzie odtąd żyli długo i szczęśliwie. Wkrótce potęga Tuatha-de-Danann została złamana na zawsze, a niedobitki ludu skryły się w jaskiniach oraz grotach podziemnych, gdzie żyją aż po dzień dzisiejszy. Tam też uprawiają czarnomagiczne rytuały, rzucają zaklęcia i warzą eliksiry. Mimo ciążących nad nimi grzechów, potomkowie Tuatha pozostaną wolni od śmierci i unikną kary, aż do dnia sądu ostatecznego.


Miłość zwyciężyła – nawet cykanie świerszczy ucichło, kiedy kończył swą historię. Skąpany w srebrzystej poświacie księżyca mógł wydawać się nierzeczywisty – oderwany od rzeczywistości, uduchowiony, kiedy z patosem podsumowywał opowiastkę, tuląc do piersi swoją małą córeczkę. Ufnie poddającą się jego pieszczotom i szukającej schronienia; dawne zło zostało przegnane, ale tylko w bajce. Pośród nich czaiły się moce znacznie gorsze. W ludziach – również w nim samym?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Crispin Russell
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1067-crispin-phillip-arthur-russell-iii https://www.morsmordre.net/t1442-kamelia https://www.morsmordre.net/t1138-maybe-i-am-just-as-scared-as-you https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemore-breeder-street-3 https://www.morsmordre.net/t1328-crispin-phillip-arthur-russell-iii#10195
Auror, opiekun testrali
29
Półkrwi
Kawaler
sometimes we deliberately step into those traps
I was born in mine; I don't mind it anymore
oh, but you should, you should mind it
I do, but I say I don't
10
13
1
0
3
4
0
5
Zwierzęcousty
lets go have fun, you and me in the old jeep

PisanieTemat: Re: Łąka pamięci   17.11.15 20:11

Zapach niezapominajek był iście oszałamiający. Jednak nie on był dla mnie dominujący. To słonawy zapach morza zawracał mi w głowie. Sprawiał, że chciałem rzucić wszystko i pobiec nad wielką wodę. Tam jednak ludzie szaleli wokół ognisk, co ani trochę mnie nie pociągało w tej chwili. Zresztą tam nikt nie chciałby mnie wysłuchać. Dlatego teraz trawa obsypana niezapominajkami była mi poduszką, a potężny konar służył za oparcie.
- Czy wiecie, dlaczego kiedyś niechlubne samobójstwa popełniano najczęściej skacząc z klifu do morza? - moje pytanie rozbrzmiewa w chłodnym, letnim powietrzu. Wcale nie oczekuję odpowiedzi. Chcę, aby uwaga wszystkich została skierowana na mnie. Wyciągam różdżkę i unoszę ku górze. - Nieszczęśliwie zakochani - mówię - wierzyli, że osoba, którą kochają zdoła przybiec na czas i magią poderwać ich ku górze nim zetkną się z morderczą taflą. Skąd ten zabobon? Nie mam pojęcia jak i wy, ale na jego prawdziwość liczyła piękna Meliase, gdy rzucała się dawno temu z klifu. Spytacie, kim była owa Meliase? Prostą zielarką w małym, portowym miasteczku, w czasach, gdy magia żyła dziko pośród wszystkich ludzi. Terminowała u pewnej starej, pomarszczonej kobiety, o której mówiono, że przeżyła własne dzieci, męża i wnuki, przez co była najbardziej zgorzkniałą mieszkanką tamtego uroczego zakątka. Meliase jednak ani trochę to nie przeszkadzało. Imponowała jej wiedza nauczycielki, która wydawała się nie mieć końca. Podobno - przerywam, aby zerwać z ziemi kwiatek - niezapominajki były wtedy jedną z magicznych ingrediencji, a za ich sprawą powstawały najsilniejsze eliksiry miłości. Gdy usłyszała o tym Rana, siostra Meliase, jeszcze niezamężna i nieprzyrzeczona żadnemu mężczyźnie dziewczyna, zapragnęła wypróbować ten niesamowity specyfik. Trzeba bowiem rzec, że w porównaniu do starszej siostry, Rana nie była tak piękna. W ogóle nie można powiedzieć, aby dziewka w jakiś sposób grzeszyła urodą. Włosy miała w mysim kolorze, proste jak słoma. Twarz pucołowatą, a cerę ziemistą. Oczy niby duże, ale kolor ich, królewski błękit, wydawał się być niczym farba zbytnio rozwodniona wodą. Nie miała też żadnych kształtów, które w owych czasach winna mieć kobieta chcąca urodzić gromadę zdrowych, rumianych dzieci. Była to dla Rany wielka tragedia, zwłaszcza, że biedaczka miała pełną świadomość swoich mankamentów. Żaden mężczyzna w miasteczku nie spoglądał na nią z takim błyskiem w oku, jakiego po dziś dzień kobiety pragną się doszukać w spojrzeniu tego jedynego. Meliase natomiast zbierała wiele takich spojrzeń, chociaż na żadne nie mogła odpowiedzieć. Zgodnie z zasadami terminowania u starej zielarki musiała poświęcić się temu całkowicie i na siedem lat pozostać czystą, tym samym zrzekając się zamążpójścia w tym czasie.
Dziewczyna miała dobre serduszko, więc nie potrafiła odmówić swej ukochanej młodszej siostrzyczce. Dlatego też za dnia wypełniała sumiennie swe zadania, a nocą kartkowała księgi i ważyła eliksir. Praca była ta niezwykle mozolna i trudna, ale poświęcony czas nie poszedł na marne. Młodej zielarce udało się stworzyć idealny eliksir miłości o barwie i zapachu niezapominajek, jej ukochanych kwiatków. Oddała go siostrze instruując, aby ta dodała go do kielicha wybranka dwie krople, ale nie miała jej mówić, którego mężczyznę wybrała. Rana podziękowała i od razu skierowała swe krok do gospody, w której rybacy spędzali czas szóstego dnia tygodnia po zakończonej pracy. Trzeba wam wiedzieć, że o ile dziewczyna była całkiem sprytna to także okropnie ślepa. Upatrzyła sobie bowiem Maksymiliana, oznaczającego się największą urodą młodzieńca w wiosce. Nie miała jednak pojęcia, że jej siostra cicho wzdycha do tego mężczyzny. Jednak nie za sprawą wyglądu. Maksymilian, jako jeden z najlepszych w mieścinie opanował sztukę obchodzenia się z pierwotną w tamtych czasach magią. Oznaczało to, że jego umysł jest niezwykle bystry i plastyczny. Przyczyniło się to do tego, że często rozmawiał z Meliase, która przecież też obcowała z magią. Oboje byli jednak czystego serca i żadne z nich nawet nie myślało o naruszeniu złożonej przez dziewczynę przysięgi.
Rena jednak nie wiedziała żadnej z tych rzeczy i za sprawą eliksiru skusiła właśnie jego. Tutaj trzeba napomknąć o bardzo istotnym fakcie. - Pauza może tylko brzmi tak dramatycznie, ale ja po prostu bardzo potrzebuję chwili na głęboki oddech. - Nawet teraz eliksir miłości, czyli amortencja nie jest w stanie wywołać miłości. Zauroczenie? Owszem. Oślepiające zapatrzenie, wręcz maniakalne uwielbienie tak, ale to nigdy nie będzie uczucie płynące z serca.
Kiedy Meliase usłyszała, że jej siostra wychodzi za mąż o mało nie oszalała z rozpaczy. Dopiero właśnie wtedy uświadomiła sobie prawdę o swoich uczuciach do Maksymiliana. Świadomość tego, co sama sobie uczyniła zabijała ją każdego dnia od środka. Nie zrobiła jednak nic, aby zmienić bieg wypadków. Przyjęła je jako karę za swoje winy. Tymczasem Rena zaczęła wieść spokojne, dostatnie życie, regularnie pojąc małżonka eliksirem. Chociaż ten czcił wręcz ziemię, po której ta stąpała to teraz już kobieta czuła, że coś nie jest tak jak być powinno. Zignorowała to jednak, tak samo jak dziwne zachowanie siostry. Mimo to zwróciła się do niej o nową porcję eliksiru. Kiedy ta odmówiła popadła w wielki gniew. Obwiniła ją o stanie na drodze do jej szczęścia. Zdesperowana Rena zerwała wszystkie rosnące w okolicy niezapominajki licząc, że chociaż wywar z tych kwiatów w jakimś stopniu wpłynie na męża. Jednak skutek był żaden, w dodatku intensywna woń niezapominajek, która w przypadku eliksiru dodanego do napoju obudziła w Maksymilianie wspomnienia o Meliase. Spotykał się bowiem z nią właśnie na łączce usłanej tymi kwiatami. Kobieta nie mogła pozwolić, aby małżonek wymknął się z jej rąk, zwłaszcza, że okres terminowania jej siostry dobiegał końca. Dlatego sprowadzona do ostateczności Rena po raz kolejny udała się do swej siostry po pomoc. Tym razem przekładając jej nóż do gardła zażądała świeżej porcji eliksiru. Przerażona zielarka zgodziła się. Ważyła eliksir do momentu, w którym powinna dodać niezapominajki. Nie mogła jednak znaleźć ani jednego kwiatuszka. Wtedy z pomocą przyszła jej nauczycielka, która tak naprawdę wiedziała wszystko od początku. Kazała zamienić składnik "czymś, czego wąchanie sprawia jej przyjemność". Tak więc kawałki świeżo upieczonego chleba uratowały Meliase przed śmiercią. Rena podała mężowi eliksir, ale skutki były inne niż dotychczas. Maksymilian obdarzył uczuciem pierwszą kobietę, którą ujrzał, a tak się złożyło, że była nią siostra jego żony. Eliksir podziałał silniej dzięki uczuciom, które drzemały w sercu mężczyzny. Rena nie mogła tego znieść. Kiedy tylko to dostrzegła zabiła męża. Jakie pobudki dokładnie nią kierowały tego nie wie nikt. Wiadomo jednak, że Meliase odwiedziła feralnego dnia dom siostry i stała się przypadkowym świadkiem. Na widok martwego ukochanego jej biedne serce nie wytrzymało. Pobiegła na klif, z którego skoczyła w morskie odmęty, a żadna magia, nawet tak potężna jak miłość nie mogła jej uratować. – Machnięcie różdżką wywołuje niosący się echem dźwięk naśladujący cichy plusk. Wszystko na polanie chyba umilkło na tę chwilę. – Legenda głosi także, że krótko po śmierci młodej zielarki z przyczyn naturalnych, a być może z żałości, zmarła stara. Miasteczko pozostawione bez pieczy kogoś tak cennego popadło w chaos. Podobno Rena oszalała i do końca swych dni szeptała pod nosem „To, czego chcę, a nie to, czego potrzebuję.” Mieszkańcy wymarli, wioska popadła w ruinę, a wkrótce upomniała się o nie naturę. Tam, gdzie kiedyś było znajduje się teraz ogromna polana niezapominajek. – Uśmiecham się szeroko i spoglądam na wszystkich zebranych. – Nie smućmy się jednak. Wszyscy przecież wiemy, że przeznaczone sobie dusze w końcu się odnajdują.
Wstaję, otrzepuję spodnie z ziemi, a polanę przecina szmer rozmów. Chyba właśnie zdobyłem rangę dobrego wieszcza, mogę być z siebie dumny.
- I jeszcze jedno. Podobno, dlatego teraz amortencja pachnie tym, co kochamy najbardziej.




Thank you, I'll say goodbye now though its the end of the world, don't blame yourself and if its true, I will surround you and give life to a world thats our own
Powrót do góry Go down
 

Łąka pamięci

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Jak to jest stracić pamięć? ~Roko Scarlet
» Pamiętnik Jessi
» Łąka pamięci
» Kochany pamiętniczku~
» Izba Pamięci

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset, Weymouth-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18