Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Zamglone wzgórza
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Zamglone wzgórza

To bardzo spokojne miejsce znajduje się w oddaleniu od najbliższych skupisk mugoli. Prawie zawsze osiada tutaj mlecznobiała mgła, ale mimo tego miejsce posiada swój niepowtarzalny urok i jest wprost idealne dla każdego, kto szuka ucieczki od zgiełku i codzienności. Czas wydaje się niemal stawać w miejscu, na pozór nic nie da rady zakłócić naturalnego rytmu przyrody. Czasem pojawiają się tu artyści szukający inspiracji, o czym może świadczyć stara, porzucona sztaluga leżąca gdzieś w trawie i powoli popadająca w zapomnienie. Jeśli dobrze się rozejrzeć, można znaleźć inne drobne pozostałości po sporadycznych odwiedzających: parę zaśniedziałych monet, starą fajkę, pusty flakonik po bliżej nieokreślonym eliksirze. Gdy dzień jest mniej mglisty, na jednym ze wzgórz można dostrzec ruiny starego zamku, najprawdopodobniej wzniesionego przez mugoli i opuszczonego wieki temu. Poniżej, w dolinie, znajduje się podmokły las, spowity najgęstszą mgłą i owiany tajemnicą. Czy odważysz się zejść z przyjemnego, cichego wzgórza prosto w jego serce? Niektórzy mówią, że z racji odległości od mugolskich siedlisk upodobały go sobie magiczne stworzenia.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


- Nie jesteś pod wpływem imperiusa - westchnął, przyglądając się jej pobieżnie; był doświadczonym aurorem, podobnie jak Jackie, powinni być wiarygodni w roli kogoś, kto rozpoznaje tego typu klątwy - przecież to była ich praca. Dostrzec klątwę nie było wcale trudno, trudności przysparzało pozbycie się jej. Niezależnie od tego, czy jej sugestia miała sens, czy nie - oni byli kompetentni na nią odpowiedzieć. Dobrze wiedział, że Priscilli nie groził żaden imperius, nie dzisiaj, nie tutaj.  - Anomalia mogła wyrwać cię z łóżka - uzupełnił wypowiedź Jackie, nieprzerwanie przyglądając się dziewczynie. Takie sytuacje zdarzały się już przecież w przeszłości - a gdy mijały tygodnie, miesiące, anomalie jedynie przybierały na sile, stawały się coraz bardziej nieobliczalnie. To od tego to wszystko się zaczęło - nocna burza magiczną mocą wyciągnęła z łóżek czarodziejów i wyrzuciła ich w różne rejony kraju. - A może to kwestia nowego parasola. Kiedy wrócisz do domu - postaraj się go odnaleźć. I najlepiej go nie ruszaj, póki nie upewnisz się, że jest bezpieczny. Mógł zostać objęty klątwą - Chwytał się każdego jej słowa, nie próbując wymyślać własnej wersji tej historii. Zwykle kłamstwo przychodziło mu z trudem, ale gdy sama dyktowała mu słowa, potrafił się ich chwycić - niemal bez przeszkód. Nawet nie musiał mieć wyrzutów sumienia, przezorny zawsze zabezpieczony - nie stanie jej się krzywda, jeśli naprawdę sprawdzi ten parasol.
Skinął lekko głową, przytakując towarzyszce - skończyli, wyczuwał w tym komunikat również dla siebie: sądził, że zdąży jeszcze powrócić do Bones i weźmie udział w końcówce zebrania, ale bezpieczeństwo grupy było ważniejsze - Bones nie mogła jej dostrzec, musiała ruszyć w swoją stronę. Deszcz wciąż ciął przestrzeń, spływał po jego ramionach, po obszyciu kaptura, po przemokniętym płaszczu. Od wilgoci zaczynało robić się zimno.
- Chodźmy wszyscy - przytaknął na słowa Jackie, uchwyciwszy jej spojrzenie - ruszając w kierunku głównej drogi. - Odstawimy ją do autobusu i ruszymy w swoją stronę - dodał, błysk w jej oczach zdawał się mówić, że zamierzała drążyć temat - ale oni nie zamierzali zdradzić jej żadnych informacji. Ich departamenty współpracowały, ale nie były jednością, a dla dobra śledztwa niekiedy należało zachować tajność. - Będziemy mieć pewność, ze się nie zgubi - dodał, odnajdując wzrokiem piwne tęczówki drugiej aurorki. Pewnie rozumiała, co miał na myśli: będą mieć pewność, że nie zacznie węszyć na własną rękę. W okolicy był pub - mogli się tam zatrzymać, omówić końcówkę spotkania i osuszyć ubrania.


Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Brendan Weasley
Brendan Weasley
Zawód : auror, szkoleniowiec
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
if thou gaze long into an abyss, the abyss will also gaze into thee
OPCM : 40
UROKI : 30
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3924-skrytka-nr-786#74241 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242

Powrót do góry Go down

Priscilla pokręciła głową, słysząc słowa młodej aurorki; nie, nigdy jej się to nie zdarzyło, a przynajmniej tego nie pamięta. Nawet, jeśli zaczęła lunatykować niedawno to przecież matka musiałaby coś zauważyć. Mimo wszystko Morgan przez większość czasu nie mieszkała sama, nawet jeśli jej matka ostatnio często odwiedzała krewnych.
Nie, nigdy mi się to nie zdarzyło. Na pewno nie jestem? A czy byłam? – spytała; wolała być pewna, że nie dotknęło ją żadne czarnomagiczne zaklęcie. Sama raczej nie była w stanie w tej chwili tego sprawdzić. Gdy Brendan zaczął jednak mówić o anomalii, na twarzy dziewczyny pojawiło się zrozumienie. Właściwie to też było całkiem prawdopodobne. – Na pewno go sprawdzę.
Wysłuchała wskazówek Jackie; nie miała też nic przeciwko, by aurorzy jej towarzyszyli. Nie miała ani sił, ani chęci czy siły, aby wnikać w ich sprawy, ale jednocześnie pogoda przecież nie była najlepsza. Wędrowanie samotnie zawsze zaś wiązało się z pewnym ryzykiem, którego Priscilla wolała nie podejmować, jeśli miała wybór. Co trzy różdżki to nie jedna.
Cokolwiek to było to odcięło mnie najwyżej na kilka godzin… ale w takim razie chodźmy, nie ma co zwlekać w taką pogodę – zgodziła się bez oporów, wyciągając różdżkę. Krótkie lumos sprawiło, że po chwili las przed nią nieco się rozjaśnił, choć drzewa w dziwny sposób pochłaniały blask różdżki. Wychowana w mieście Priscilla nie spędziła zbyt wiele czasu wśród natury i nie czuła się wśród niej najbardziej swobodnie, nawet jeśli nie miała zamiaru narzekać.
Nawet nie przeszło jej przez myśl, że za słowami aurorów mogło kryć się cokolwiek więcej; zwykle czujna, teraz przez dezorientacje i panującą wokół, nieprzyjemną pogodę. Gdyby warunki były bardziej sprzyjające pewnie nie odpuściłaby Brendanowi. Ktoś taki jak ona przecież się nie gubi… prawda? Nie ląduje w środku lasu, nie wiedząc, gdzie jest. Nie pyta się o drogę nieznajomych aurorów. I nie potrzebuje niczyjej pomocy. Poza tą jedną, wyjątkową sytuacją, o której pewnie będzie chciała prędko zapomnieć.
Ruszyła w las, razem z dwójką aurorów, próbując zignorować zimno i nie pomylić kierunku, który wcześniej wskazała Rineheart.

| z/t x3?



Istnieją wyłącznie i niezmiennie jedynie źli ludzie, ale  niektórzy stoją po przeciwnych stronach.

Priscilla Morgan
Priscilla Morgan
Zawód : Wiedźmia straż
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Jeśli cokolwiek przygnębiało ją bardziej niż własny cynizm, to fakt, że często nie była aż tak cyniczna jak prawdziwy świat.
OPCM : 6
UROKI : 19
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7142-priscilla-morgan#190036 https://www.morsmordre.net/t7149-ardra#190405 https://www.morsmordre.net/t7148-przesilenie-zimowe#190400 https://www.morsmordre.net/f162-beggars-hollow-5 https://www.morsmordre.net/t7150-skrytka-bankowa-nr-1765#190408 https://www.morsmordre.net/t7147-p-morgan#190391

Powrót do góry Go down

30 lipca?

Zwrócenie się o pomoc i wsparcie do wilkołaków świadczyło już o desperacji Zakonu Feniksa, o tym jak w beznadziejnym położeniu znaleźliśmy się zarówno my, jak i czarodziejski świat. Dowiedziałem się, że w ostatnich miesiącach próbowano przekonać do pomocy olbrzymy, lecz próby te spełzły na niczym i nie udało się otrzymać ich wsparcia. Żałowałem, że o Zakonie Feniksa dowiedziałem się tak późno, lecz w pertraktacjach z olbrzymami nie byłbym żadnym wsparciem. Nic nie wiedziałem o tych stworzeniach ponad to, że są ogromne, niebezpieczne i bywają agresywne, niekiedy także okrutne.
Tonący brzytwy się chwyta, tak mówią, musieliśmy zatem spróbować. Wśród nas byli ludzie, którzy wszędzie potrafili dostrzec dobro. Ja, musiałem przyznać, raczej podzielałem uprzedzenia większości czarodziejskiego społeczeństwa. O zbyt wielu ofiarach wilkołaków, którzy podczas pełni przemieniali się w krwiożercze bestie, słyszałem, aby darzyć je zaufaniem. Michael Tonks był wyjątkiem potwierdzającym regułę. Zarejestrował się, spożywał wywar tojadowy, czyniący go świadomym podczas pełni, można było mu ufać, był dobrym człowiekiem i aurorem, lecz większość obciążonych klątwą likantropii taka nie była. Niektórzy nie mieli najmniejszego zamiaru się rejestrować, narażając tym samym innych na ogromne niebezpieczeństwo, a na to nie było we mnie zgody.
Musieliśmy jednak spróbować do ich ludzkiej natury, którą wciąż w sobie mieli, to jednak pozostawało na tę chwilę drugorzędnym problemem, bo podstawowym wciąż było... Samo odnalezienie ich. Gdyby Biuro Aurorów nie zostało rozwiązane, a ja wciąż mógłbym pojawić się w Ministerstwie Magii, to może udałoby się w jakiś sposób dotrzeć do rejestru wilkołaków, jednakże w chwili obecnej to było po prostu niemożliwe. Rozpuściłem jednak wici wśród znajomych, a oni wśród swoich znajomych, dzięki czemu udało mi się dowiedzieć o niepokojących zdarzeniach mających miejsce w odległej Szkocji, w okolicach miasteczka Geruhin. Przebąkiwano, że niektórzy podejrzewają obecność wilkołaka w pobliżu, lecz nie było to nic pewnego. Musieliśmy to jednak sprawdzić.
Kilka dni wcześniej naskrobałem kilka list do Roselyn Wright, proponując, byśmy spotkali się na obrzeżach wioski i wspólnie spróbowali porozmawiać z mieszkańcami. Zawsze to inaczej, gdy rozmawia się twarzą w twarz. Z samym plotek nie dowiemy się niczego konkretnego. Tak jak napisałem, tak uczyniłem. Czekałem na uzdrowicielkę przy wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, wsparty o kamienny murek, z rękoma splecionymi na piersi. Ostatni dzień lipca był ciepły i słoneczny, lecz nie skwarny i nieprzyjemnie duszny, chłodny wiatr ze wschodu przynosił ukojenie. Szkocja to jednak Szkocja, zmienić się to mogło w każdej chwili, dlatego w torbie, którą miałem przewieszoną przez ramię schowałem lekki, nieprzemakalny płaszcz. Oprócz niego miałem przy sobie jedynie mapę, różdżkę i sakiewkę z kilkoma monetami. Nie spodziewałem się, że już dziś uda nam się odnaleźć do wilkołaka.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Krok za krokiem podążała w stronę umówionego przed kilkoma dniami miejsca spotkania. Nie czuła się ani trochę pewnie w powierzonej jej roli. Rzadko kiedy dawano jej zadania, które wykraczałyby poza jej uzdrowicielskie umiejętności. Była jednak świadoma, że skoro poproszona ją o tego rodzaju pomoc, potrzebne było teraz każdego rodzaju wsparcie. Jeszcze rok temu z pewnością wahałaby się. Nie, nie dlatego, że jak większość magicznego społeczeństwa gardziła wilkołakami. Dlatego, że wizja zbierania wojsk w dogłębny sposób przerażała, kłóciła się ze stworzonym przed laty światopoglądem.
Jeszcze wtedy nie wiedziała, że stanie się to koniecznością. Potrzebowali wsparcia. Potrzebowali ludzi, którzy stawią opór nowemu reżimowi. Nie chciała patrzeć na to jak kolejne miasto upada, kolejni ludzie umierają, tracą swój dobytek, muszą uciekać. Wielka Brytani nie mogła się temu poddać, jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że to nie brzmi jak wyśniona w najgorszym koszmarze fatalistyczna wizja. Chciałaby móc to zatrzymać. Nie miała jednak takiej władzy, mogła zrobić jedynie to. Nawet jeśli kiedyś wahałaby się, teraz podjęła się tego zadania.
Wiedziała wystarczająco o likantropii, by nie mieć negatywnych uczuć względem czarodziejów, którzy zapadli na tą klątwę. Jakże można było ich za to winić? Wbrew własnej woli zarażeni, nieuleczalną chorobą , która miała ich definiować każdego kolejnego dnia ich istnienia. Piętnowali ich, zamiast im pomagać. Nie wierzyła w to, że człowiek był bestią samą w sobie, tylko że to jego decyzję go w ten sposób określały. To kim decydował się być - czy kimś świadomym swojego przekleństwa czy wilkołakiem, który decydował się oddać swojej zwierzęcej naturze.  Ale co mogła wiedzieć ona? Nigdy nie starła się z wilkołakiem, nie znała wypuszczonej z klatki bestii. Ostatnim bastionem była nadzieja, że są ludzi źli, ale jest jeszcze wielu tych dobrych. Tych, którzy mimo swojej klątwy nie chcą czynić nikomu żadnej krzywdy.
Miała nadzieję, że właśnie takich ludzi poszukuje Zakon.
Przywitała Cedrica bladym uśmiechem. Jeszcze bledsze wydawały się być wspomnienia z Hogwartu. - Witaj, Cedricu - powiedziała, zaciskając palce na pasku skórzanej torby. Nie wiedziała czy uda im się dzisiaj odnaleźć cel swojej misji, więc spakowała jedynie coś do jedzenia, gdyby poszukiwania miały się przedłużyć i płaszcz, który miał ochronić przed kapryśną szkocką pogodą. Różdżka czekała pod ręką, nie było jednak potrzeby po nią sięgać.
Tęskniła za domem tak bardzo. Odkąd upadł Londyn, bała się tu wrócić. Znajomy krajobraz zamiast dodawać otuchy, przygnębiał. - W lecznicy mówili, że ludzie skarżą się na to, że ktoś poluje na ich zwierzęta. Te magiczne i te nie. Może powinniśmy pomówić z mieszkańcami? Może ktoś będzie skory do rozmowy, na pewno ktoś coś wie - powiedziała, spoglądając na Cedrica. Wydawał się znacznie bardziej ponury niż te kilkanaście lat temu. Być może jednak udałoby im się dowiedzieć czegoś ważnego. Wszakże czasami ludzie odpowiadali na pytania tych, którzy odbierali im poczucie bezpieczeństwa, a czasami tych, którzy zdawali się nosić w sobie ciepło.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Osobiście znałem tylko jednego wilkołaka, a przynajmniej o jednym tylko wiedziałem. Michael Tonks był porządnym człowiekiem, dobrym aurorem, odważnym członkiem Zakonu Feniksa i wiedziałem, że nikogo umyślnie by nie skrzywdził, lecz niewielu było takich jak on. Nie musiałem pracować w Biurze Kontroli Wilkołaków, by wiedzieć, że nie wszystkim w smak był wywar tojadowy, a nawet samo zarejestrowanie się. Nie poddawali się kontroli podczas pełni i świadomie narażali innych na niebezpieczeństwo. Istniały też zgromadzenia, które szczyciły się bestią wewnątrz ich - dlatego brakowało mi empatii do ogółu wilkołaków. Tak jak większości czarodziejskiego społeczeństwa. Klątwa lykantropii miała swoje źródło w czarnej magii, na zawsze naznaczyła tych ludzi i sączyła w ich serca jad. Tonks z tym walczył, inni się temu poddawali. Musieliśmy znaleźć jemu podobnych. Przynajmniej spróbować.
- Dzień dobry, Roselyn - odpowiedziałem, prostując się i ściągając kapelusz, kiedy uzdrowicielka pojawiła się obok. Zmierzyłem ją badawczym spojrzeniem - z czystej ciekawości. Niekiedy widywaliśmy się od czasu ukończenia Hogwartu, czasami trafiałem pod jej opiekę w szpitalu świętego Munga, lecz i tak w moją pamięć najmocniej zapadła jako dziewczyna, którą odważyłem się zaprosić na pierwszą, nieporadną randkę w Hogsmeade. Przywodziła mi na myśl naprawdę miłe wspomnienia - jeszcze sprzed śmierci ojca.
- Sprawdzimy to. Pomyślałem, że najlepiej będzie zapytać w tutejszej karczmie. Podobno jest tu niewielka, w środku wioski, prowadzi ją czarownica. Jest jeszcze wcześnie, to nie pora na awantury pijaczków, nawet jeśli tam są, to nie tak pijani, by nam przeszkadzać. Może coś uda nam się z nimi porozmawiać - zaproponowałem od razu. W takiej mieścinie jak ta wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. W małych społecznościach niewiele dało się ukryć. Sąsiad wiedział o sąsiedzie więcej niż o sobie samym... Zamiast błąkać się po okolicznych lasach bez planu, najpierw powinniśmy porozmawiać z ludźmi, tego byłem pewien. Od tego zresztą sam zaczynałem - od przesłuchań świadków, rozmów z każdym, kto mógł coś wiedzieć.
Ruszyliśmy polną drogą w kierunku wioski.
- Jak się trzymasz? - zagaiłem uprzejmie. Nie tylko po to, abyśmy nie szli w ciszy. Byłem po prostu ciekaw tego jak ułożyła sobie życie i jak radziła sobie z tym wszystkim, co działo się wokół. Zapamiętałem ją jako wrażliwą i łagodną dziewczynę. Nie bez powodu wybrała zawód uzdrowicielki.
Droga nie była daleka. Uliczka wydawała mi się dziwnie opustoszała, lecz domy wyglądały na zamieszkane. Tylko na jednym podwórku bawiły się starsze dzieci, a widząc nas uciekły do domu, zawołane przez matkę. W centralnym punkcie wioski zbudowano niewielką fontannę i przy niej właśnie znajdowała się karczma, o której wspominałem. Jedyna, więc nie dało się jej pomylić. Akurat, kiedy się zbliżyliśmy, usłyszałem trzepot skrzydeł i końskie rżenie. Uniósłszy wzrok dostrzegłem aetonana ciągnącego wóz. Wylądował trochę niefortunnie, woźnica zawołał prrr, lecz koła uderzyły o bruk tak gwałtownie, że jedna z beczek wymknęła się spod sznurów i upadłaby, rozbijając się, gdy by nie czar, który rzuciłem odruchowo.
- Arresto momentum - zawołałem, a beczka zawisła w powietrzu, po prostu się zatrzymując.
Woźnica, niski, przysadzisty czarodziej z wąsem zorientował się co się stało dopiero po chwili. Spojrzał na nas, kiedy podeszliśmy.
- Dziękuję, uratowałeś pan beczkę dobrego miodu. Trochę kosztowała. Żal byłoby to rozlewać - powiedział, klepiąc aetonana po szyi, by się uspokoił, a później podszedł do beczki, by postawić ją na ziemi. - Nie jesteście stąd. Czego tu szukacie?


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Ciężko było jej stwierdzić jak bardzo klątwa wilkołactwa odbijała się na postrzeganiu rzeczywistości, moralności osoby dotkniętej tymże przekleństwem. Odpowiedzi można było szukać w nauce, w odmętach tak bliskiej jej dziedziny - mogła znać procesy zachodzące w ciałach ludzkich, ich budowę, a nawet w trakcie stażu na chwilę skierować swój wzrok ku magipsychiatrii. Wszystko to miało służyć jako narzędzie do pojęcia niezrozumiałego, jednak to nie przynosiło żadnych odpowiedzi. W teorii nie kryły się rozwiązania - zresztą, podobnie jak większość czarodziejskiego społeczeństwa i uczeni podzieleni byli co do tego ile człowieczeństwa pozostaje w wilkołakach, jak wielki wpływ ma dotyk czarnej magii na ich umysły jak i na ich ciała, a w tym wszystkim kryła się też ludzka ignorancja - nagromadzenie przesądów, a także opieranie się na starych, nieaktualnych już teoriach i nawet nauka wbrew swoim założeniom nie pozostawała obiektywna - przedstawiana okiem badacza nosiła w sobie jego poglądy; zarówno uprzedzenia jaki zbyt wielką naiwność. Ciężko było oprzeć się na jakimkolwiek źródłem oprócz własnego doświadczenia i zwykłego instynktu. Tego pierwszego nie miała w tej dziedzinie zbyt wiele, to drugie zaś podpowiadało, aby wyciągnąć dłoń ku wilkołaczej społeczności. Bo byli jak oni - czarodzieje nie dotknięci wilkołactwem i jak mugole - byli ludzcy, więc podobnie jak oni stawali przed tymi samymi wyborami. Tak jak i oni musieli podejmować decyzję co do tego kim chcą być i w jaki sposób wytrwać w tej wojnie. Naiwnym było mieć nadzieję, ale ją miała - że spotkają kogoś kto będzie potrzebował ich tak samo jak oni jego. Nie tylko przez wzgląd na przetrwanie, ale też ze względu na to, że wielu z nich pragnęło świata, w którym będą mogli egzystować na równi - czarodzieje, mugole i wilkołaki.
Im bliżej była jednak miejsca spotkania, tym mniej myślała o wilkołakach, a więcej o zagrożeniu z jakim wiązało się ich poszukiwanie i próbowanie nawiązania kontaktu. W końcu nie mieli żadnej pewności, że trafią na kogoś przyjaznego, a na osobnika, który oddał kontrolę drzemiącej w nim bestii.
Krótki, blady uśmiech na chwilę przemknął po jej twarzy - Świat rzeczywiście jest mały - stwierdziła. Kontaktując się z nim wiedziała o jego przynależności do Zakonu, wcześniej jednak łączyły ich zaledwie nici przeszłości. Krótkie wspomnienie niezręcznej randki, spotkania na szkolnych korytarzach czy te mniej przyjemne związane z jego wizytami w Mungu. Teraz mieli ruszyć razem w poszukiwania wilkołaków, którzy mieli wspomóc ich starania w przezwyciężeniu burz, które zebrały się nad Wielką Brytanią.
- Tak, myślę że to dobry pomysł. Zacznijmy od karczmy - pokiwała głową - Myślę, że powinniśmy wypytać ich czy mieszka tu jakiś alchemik. Pełnia była dziewięć dni temu, jeśli w pobliżu był wilkołak być może korzystał z jego pomocy. Może nam się poszczęści, a jeśli dostaniemy potwierdzenie, że pił wywar przynajmniej będziemy mieli większą pewność, że mamy do czynienia z kimś świadomym i odpowiedzialnym - powiedziała, skupiając spojrzenie na twarzy dawnego Krukona, starając się by nie dało się usłyszeć w jej głosie nawet cienia zawahania.
Podążyła za nim, pozwalając by na krótką chwilę zapanowało między nimi milczenie, przerwane słowami aurora. - W porządku - odpowiedziała, zerkając na niego ukradkiem. Nic nie było w porządku - oboje to wiedzieli. Jednak teraz łatwiej było tym określeniem opisać względny stan spokoju i bezpieczeństwa, a to miała szczęścia w tym momencie mieć. Jako jedna z niewielu, nie było więc sensu narzekać na niedogodności, tylko cieszyć się tym co ma, nawet jeśli wcześniej miała znacznie więcej - Pracuję w Lecznicy, opiekuję się domem przyjaciół - kontynuowała, przyłapując się na niezamierzonym zastosowaniu liczby mnogiej. To nie było niczyją sprawą, że mieszka w domu Jaydena, ale wiedziała jak to wygląda okiem postronnego obserwatora - mieszkała w domu mężczyzny, którego żona odeszła. Czy wieść o zaginięciu byłej Zakonniczki już się rozeszła? Czy imię profesora padło w tych rozmowach? Nie znała odpowiedzi na te pytania i była pewna, że Cedric w żaden sposób nie próbował dociec jej myśli. Zapytał z grzeczności, a ona odpowiedziała mu w sposób w jaki chciała odpowiedzieć. - Radzimy sobie. Więc chyba mogę stwierdzić, że jest w porządku - powtórzyła. - A ty? Jak się masz, Cedricu? - zapytała, zwracając głowę w jego kierunku.
Obserwując otoczenie, zaledwie kątem oka dostrzegła zaistniałą sytuację. Nie zdążyła zareagować z prędkością z jaką to zrobił auror. Jej dłoń zaledwie sięgnęła po różdżkę.
Spojrzenie skupiło się na sylwetce kobiety - Nie, nie jesteśmy - przytaknęła mu ze śpiewnym szkockim akcentem. Być może odrobinę liczyła, że znana melodia wypowiadanych słów przekona go do nich bardziej - że nie miał do czynienia z Angielką, a z kimś pochodzącym nie stąd, ale z tych ziem. Usta wygięły się w nienachalnym, przyjaznym uśmiechu, występując zza pleców aurora - wszakże niezbyt wysoka postać kobiety nie budziła zagrożenia. Nie zdziwiłaby się gdyby im nie ufał. Czy to nie dlatego ulice miasteczka jawiły się pustką? Ludzie się bali, a nieznajomi zadający pytania nie budzili zaufania - W tym momencie szukamy karczmy - dodała. - Chcieliśmy zatrzymać się gdzieś na jakiś czas, jesteśmy w podróży, słyszeliśmy że bywa tu niebezpiecznie.
Mężczyzna przez chwilę błądził wzrokiem między sylwetką uzdrowicielki i tą aurora. - Aye. Coś tam się błąka, ale z pewnością nic co wam zagraża. Trochę zwierząt ginie, ale to zwierzęta. Żadnemu czarodziejowi się nic nie stało, lepiej taka zaraza niż ta inna - powiedział, zeskakując z powozu. - Wchodźcie, wchodźcie. Za ten miód należy wam się wdzięczność, a ja nie lubię być dłużny - mruknął, spoglądając w stronę aurora.
Spojrzała kontrolnie na swojego towarzysza, być może chciał zadać mu więcej pytań.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Nie byłem ani magizoologiem, ani łowcą wilkołaków, aby móc wypowiadać się o nich z pozycji specjalisty, wiedziałem jednak, że za lykantropią stoi klątwa. Specyficzna, bo przenosiła się także poprzez ugryzienie, wciąż jednak klątwa. A ja, jako człowiek zafascynowany starożytnymi runami i pracą łamacza klątw, wiedziałem, że mają one swoje źródło w czarnej magii. Człowiek dotknięty wilkołactwem jest zarazem skażony przez czarną magię i dlatego nie potrafiłem entuzjastycznie podejść do pomysłu poszukiwania wsparcia w tych osobnikach. Moje zdanie nie miało jednak większego znaczenia. Gwardia wydała takie rozkazy, podjęła takie, a nie inne decyzje, mając ku temu swoje powody, a ja zaś zamierzałem dopełnić wszelkich starań, aby je wypełnić.
- Bardzo słuszna uwaga - odparłem na propozycję Roselyn. Sam o tym nie pomyślałem, a to rzeczywiście miało duży sens i mogło rozwiać pewne wątpliwości, czy w okolicy grasuje po prostu stado wilków, lisy, czy może prawdziwy wilkołak. - Zapytamy - potwierdziłem jedynie, zgadzając się z uzdrowicielką w pełni. Była mądrą czarownicą i bystrą kobietą, o tym wiedziałem już od dawna. Uśmiechnąłem się lekko, słuchając jak opowiada o sobie. - Dobrze to słyszeć. Oby tak pozostało jak najdłużej. Uważaj na siebie - powiedziałem, spoglądając na nią z troską; zasługiwała na poczucie bezpieczeństwa i spokój. Sam wzruszyłem ramionami, gdy zapytała o mnie. - Wyniosłem się z Londynu, straciłem pracę, zapewne niebawem sam trafię na plakaty poszukiwanych listami gończymi - żyć nie umierać - mruknąłem ironicznie, zapalając w międzyczasie papierosa, uchwyciłem jednak jej spojrzenie i postanowiłem sprostować nieco tę niezbyt optymistyczną odpowiedź. - Radzę sobie. Znajduję dorywcze zajęcia i jakoś to leci - uściśliłem, mając wrażenie, że Roselyn to jedna z tych kobiet, które za dużo się martwią. A może się myliłem. Nieważne.
Dotarliśmy do karczmy, a mnie udało się uratować beczkę miodu przez rozlaniem na ziemię. Od razu odezwała się Roselyn, a w jej głosie jakby wyraźniej rozbrzmiał szkocki akcent, na co zareagowałem uniesionym kącikiem ust. Dobrze, miejscowi będą mieli większe zaufanie do drugiej Szkotki, tak to już było w tych stronach. Chyba.
- No to dobrzeście trafili. Zapraszamy - odpowiedziała kobietą, niedbałym gestem ręki wskazując na szyld, zapraszając ich jednocześnie do środka. Roselyn nawet nie skłamała, ale oblekła prawdę w inne kolory, by nie wzbudzić w nich podejrzliwości.
- Dziękujemy. Z chęcią spróbujemy miodu - odparłem na słowa mężczyzny. Od razu zastanowiłem się nad tym, co powiedział o ginących w okolicy zwierzętach. To równie dobrze mogła być sprawka drapieżników. Przepuściłem czarownice w drzwiach i sam wszedłem za nimi do środka. O tej porze karczma była opustoszała. Tylko nielicznie goście zajmowali może dwa stoliki. My zajęliśmy zydle przy samym szynkwasie, aby porozmawiać z karczmarką. Wiedziałem co rozwiązuje takim gospodarzom usta- wydane u nich pieniądze. - Zgłodnieliśmy po podróży. Macie może, gospodyni, coś na ząb? - spytałem, wyciągając z kieszeni sakiewkę, z której wysupłałem kilka monet. Pulchna czarownica zniknęła na zapleczu i po chwili wróciła z dwoma miskami gorącej, treściwej zupy. W międzyczasie do środka wszedł również i mężczyzna, zapewne jej mąż i właściciel przybytku, przenosząc zaklęciami kolejne beczki miodu. - Chcielibyśmy zapytać, czy może mieszka tu jakiś alchemik? Skończył mi się zapas eliksiru znieczulającego - powiedziałem, kłamiąc gładko, a na potwierdzenie swoich słów uniosłem lewą dłoń, na której mógł dostrzec paskudne blizny. Umyślnie lekko skurczyłem palce, aby wyglądało to jak bolesny przykurcz.
- Ano jest tu jedna czarownica, co warzy mikstury, głównie dla miejscowych, ale powiedzcie, żeście usłyszeli o niej od nas. Mieszka na końcu wioski, dom z zielonym płotem, na podwórzu pełno gnomów i kur. Ma na imię Aymeline - odparła karczmarka, zgarniając monety z szynkwasu.
Spojrzałem na Roselyn - miała nosa. Nie mogliśmy jednak wyjść tak od razu, zwłaszcza, że powiedzieliśmy, że szukamy miejsca do odpoczynku i obiadu. Chwyciłem za łyżkę, nie rezygnując jednak z rozmowy z karczmarzami.
- Może to wilki polują na wasze zwierzęta? Ktoś próbował to sprawdzić? - spytałem niby od niechcenia, by nie zapadła niezręczna cisza.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Schowała dłonie do kieszeni płaszcza, próbując dotrzymać tempa ich marszu. - Miejmy nadzieję, że tak będzie - odpowiedziała mu, zaciskając usta w wąską linię. Każdy kolejny oddech wypełniała obawa niewiadomą ich dzisiejszej wyprawy. W końcu tak wiele rzeczy mogło pójść nie po ich myśli. Starała się jednak nie dać po sobie tego poznać. Napięcie było zaraźliwe. Na nic im było wypowiedzenie tych słów na głos. Niosło tylko chaos i spotęgowanie wzajemnej nieufności. Zamiast tego łatwiej było rozmawiać o rzeczach doczesnych, ubierać przykrą codzienność w jak najbardziej zjadliwe słowa. - Staram się - uśmiechnęła się krótko, zerkając w stronę aurora. Mogła narzekać. Każdy kogo w jakiś sposób dotknęła wojna miał ku temu mnóstwo powodów, ale przecież w ostatecznym rozrachunku nie było tak źle, prawda? Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. To jak wielu poległo, jak wielu nie miało dachu nad głową i nadziei na chociaż odrobinę lepsze jutro, jak wielu zamiast na wolności tkwiło w więzieniu. Ona była wolna, miała schronienie, żyła. Tak mało, ale wystarczająco. Wystarczająco by dbać o swoje dziecko, o siebie, o rodzinę. To dodawało otuchy, napędzało każdy kolejny dzień.
Spojrzenie przemknęło po sylwetce Dearborna w odpowiedzi na jego słowa - Lepiej później niż wcześniej - skwitowała. Ostatnimi czasy nie było w niej zbyt wiele pogodności, ciężko było zapałać jej optymizmem, jeszcze trudniej znaleźć słowa otuchy, w które sama nie wierzyła. - Najważniejsze, że jakoś to leci - dodała, wyginając usta w krzywym uśmiechu. - Jak na takie czasy, to całkiem dobrze - wzruszyła lekko ramionami.
Ruszyła za karczmarką, pilnując by postać byłego aurora nie zniknęła jej z zasięgu wzroku. Na chwilę zamilkła, pozwalając Cedricowi swobodnie prowadzić konwersację z kobietą i chociaż wzrok błąkał się po pomieszczeniu, skupiała się na każdym wypowiedzianym słowie. Kącik ust załamał się lekko, słysząc słowa o alchemiczce. Dawało nadzieję, że być może uda im się uzyskać od niej jakieś informację. Jeśli tylko będzie chciała się jakimiś podzielić. Gotowa była ruszyć do wyjścia, ale widząc że Cedric nigdzie się nie wybiera również sięgnęła po jedzenie, starając się nie wzbudzać żadnych podejrzeń co do celów ich wizyty w miasteczku.
- Wilki tak nie polują[/b] - skomentował mężczyzna, a beczki z miodem podążyły śladem jego różdżki. - I wilki nie kradną mięsa z masarni - dodał, nie zaszczycając ich jednak większą uwagą.
- [b]Kradną?
- zapytała, spoglądając w stronę karczmarki.
- Ano - pokiwała głową, ale nie powiedziała nic więcej.
- Rzeźnik mówił, że to nawet nieoprawione mu znika - zawtórował jej mężczyzna siedzący nieopodal, chociaż jego słowa były bardziej skierowane do miejscowej kobiety niźli do dwójki nieznajomych. Spojrzenie Roselyn krótko spotkało się z tym Cedrica. Zajęła się dokończeniem porcji, by jak najszybciej mogli udać się do alchemiczki i być może poszukać pracowni rzeźnika. Nie była pewna czy ten będzie w stanie im pomóc, ale jeśli pierwszy trop się urwie, lepiej było sprawdzić wszystkie opcje.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Tradycyjna, szkocka zupa była wręcz aż zbyt ciężka i gorąca jak na ten letni dzień, lecz młóciłem łyżką jakbym nie jadł tydzień, przyprawiając karczmarkę o szeroki, zadowolony uśmiech. Dla takich czarownic nie było lepszego komplementu, a chciałem od samego początku zdobyć jej przychylność, by nie miała oporów przed rozmową.
- Nastały trudne czasy... - westchnąłem ciężko, przegryzając zupę kromką chleba. - Może to jakiś uciekinier z Londynu? Ukrywa się - zasugerowałem, niby od niechcenia, spoglądając to na karczmarkę, to na jej męża.
Ona wzruszyła ramionami, czarodziej zaś pokręcił głową.
- Nie wiem. Z drugiej strony... Czasami w okolicach wioski znajdują rozszarpane zwierzęta... - powiedział powoli, zastanawiając się wyraźnie nad własnymi słowami, bo z jednej strony - wilki tak nie polowały, co już zaznaczył, z drugiej zaś myśliwi nie zostawiali za sobą takich ciał zwierząt.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową, nie ciągnąc ich za języki, aby nie wzbudzać podejrzeń. Dokończyłem posiłek, zaczekałem, aż Roselyn uczyni to samo, w międzyczasie gawędząc z karczmarzami od niechcenia o pogodzie i urokach Szkocji, po czym zsunąłem się ze stołka.
- Wybierzemy się od Aymeline, póki jeszcze widno, może ma zapas eliksiru znieczulającego. Powiemy, żeśmy słyszeli od niej od was. Do później - oznajmiłem karczmarzowi, mając jednocześnie nadzieję, że nie będziemy mieć z panną Wright powodów, by tu wracać i zatrzymywać się na dłużej. Dopytałem jeszcze tylko o znaki charakterystyczne chaty alchemiczki, po których będziemy wiedzieć, że to właśnie do tych drzwi powinniśmy zapukać.
Nie szliśmy długo, bo szkocka wioska była niewielka, kierując się wskazówkami udzielonymi przez karczmarza. Zgodnie z jego słowami odnaleźliśmy na jej skraju niewielką chatę zbudowaną z szarego kamienia, której drugie piętro przechylało się niebezpiecznie na lewo, jakby miało zaraz spaść - jednak dzięki czarom było tam ponoć bezpiecznie. Na czerwonym dachu zaczarowany, metalowy kogut zapiał, gdy wkroczyliśmy na podwórze.
W jednym z okien poruszyła się firanka, mignęła mi w nim jakaś drobna postać, która zaraz zniknęła. Stanąwszy u progu chaty zapukałem do drzwi, lecz nie otworzyły się od razu.
- Czego tu szukają? - zagrzmiał głos ze środka. Głos starszej kobiety, dość nieprzyjemny i skrzekliwy, lecz niechęć do obcych w obecnych czasach była całkowicie zrozumiała.
- Karczmarze powiedzieli, że znajdziemy tu alchemiczkę. To pani? Chciałem jedynie zapytać, czy mógłbym kupić kilka fiolek wywaru wzmacniającego - odpowiedziałem jej, nie pukając już więcej i unosząc ręce w pokojowym geście. Podejrzewałem, że może nas obserwować dzięki zaklęciu Abspectus ze srodka; sam nie zdecydowałem się go rzucić.
- Nie mam już. Wczoraj sprzedałam ostatnie fiolki. Nie uwarzę na [i]już[/b] - odparła Aymeline gderliwie.
- Komuś z wioski? Może mógłbym ją od niego odkupić, naprawdę ich potrzebuję... - zastanowiłem się, starając, aby mój głos zabrzmiał na zmartwiony.
- [i]Nie. Jakiś młody chłopak. Nie mieszka tu, ale kupił wszystkie. Nie wiem, gdzie go znaleźć. Jeśli potrzebujecie eliksirów na teraz, musicie udać się do kogo innego[/b] - powiedziała alchemiczka, a ja zerknąłem na Roselyn porozumiewawczo.
- Cóż, dziękuję. W takim razie nie będziemy się pani naprzykrzać. Wszystkiego dobrego.
Zacząłem się powoli wycofywać. Nie wydawało mi się, aby alchemiczka kłamała. Nie miała ku temu powodów, byliśmy dla niej obcy, podobnie jak i chłopak.
- Jak dla mnie, to wszystko do siebie pasuje - powiedziałem cicho do Roselyn, gdyśmy wyszli znów na ścieżkę, opuszczając posesję alchemiczki. - Alchemiczka powiedziała, że kupuje u niej młody chłopak, ale nie mieszka tutaj. Może jest przestraszony, nie wie co robić, ukrywa się w okolicy. W czasie pełni poluje na zwierzęta, a w reszcie miesiąca kradnie mięso od rzeźnika, może sprzedaje je też w innych wioskach, by zarobić na eliksiry - mówiłem, dzieląc się z panną Wright swoimi podejrzeniami; wyciągnąłem papierosa, by zapalić. Spojrzałem w kierunku lasu, majaczącego w oddali, za polami, które okalały szkocką wioskę.
- Dzień jest jeszcze młody. Może poszukajmy tam. Znam zaklęcia, które mogą wykryć zabezpieczenia i pułapki, może trafimy na jakiś ślad - zaproponowałem.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Zupa zdawała się nie mieć smaku. Bardziej skupiona była na słuchaniu toczącej się przy szynkwasie rozmowy. Starała się nie być wścibska, nie budzić w miejscowych ludziach niepotrzebnej nieufności nadmiernymi pytaniami. W końcu nikt o zdrowych zmysłach, poza łowcami wilkołaków rzecz jasna, zabierał się za poszukiwania likantropów z własnej, nieprzymuszonej woli. Niepotrzebne im było rzucanie się w oczy, nie wiadomo kto przyjdzie do wioski po nich i była pewna, że dwójka nieznajomych w miejscu takim tak te i tak sprowadza na siebie niepotrzebną uwagę. Udało im się zdobyć już kilka przydatnych informacji, jak na tę chwilę musiało wystarczyć. Mieli odrobinę szczęścia, że karczmarze zdecydowali się z nimi w ogóle porozmawiać. - Może zaopatrzylibyśmy się na podróż? - zerknęła przelotnie na Cedrica. - Gdzie mieszka rzeźnik? - zapytała, skupiając spojrzenie na kobiecie. - Jak miniecie już dom alchemiczki, to musicie ruszyć drogą w stronę lasu i niespełna mile dalej go zauważycie. To jedyny dom, nie będziecie mieli problemu - odpowiedziała kobieta.
Ruszyła śladem Cedrica, żegnając się z właścicielami karczmy. Gdy oddalili się od budynku. - Jeśli nie uda nam się dowiedzieć niczego od alchemiczki, może warto odwiedzić rzeźnika? Może wskaże nam jakiś kierunek - zagadnęła.
Kilka chwil później znaleźli się przed domem alchemiczki. Zgodnie ze słowami kobiety chata nie znajdowała się daleko, wyznaczona przez nią droga zawiodła ich przed próg czarownicy. Miała nadzieję, że ją zastaną. Kątem oka dostrzegła poruszającą się w oknie postać, a były auror zapukał w drewniane drzwi.
Staruszka nie wydawała się być zbyt chętna do rozmowy. - Ma pani na sprzedaż może ingrediencję? Potrzebujemy kupić liście tojadu. - zapytała pośpiesznie zanim jeszcze zamknęła drzwi. Kobieta na chwilę zatrzymała się - Nie ma już - powtórzyła - Trzeba zebrać. Niech już pójdą - sarknęła, zatrzaskując drzwi.
- Musiałam spróbować - powiedziała do Cedrica, doganiając go przy bramce. - Pewnie się ukrywa, wie co się dzieje i wie co go czeka jeśli się ujawni - przytaknęła mu. - Spróbujmy jeszcze u rzeźnika to niedaleko, powinno nam to zabrać tylko chwilę.
Ponownie szli śladem słów karczmarki, a na horyzoncie pojawił się budynek. Dojście do niego zajęło im niespełna kilka minut marszu. - Dzień Dobry. To pana masarnia? - powiedziała do mężczyzny siedzącego na drewnianej ławie przed domem, a ten pokiwał krótko głową. - Zajmujemy się obserwacją populacji nieśmiałków, ale poinformowano nas w karczmie że ponoć w okolicznych lasach bywa ostatnio niebezpiecznie. W karczmie mówili nam, że pan może coś wiedzieć.
- Nieśmiałki? U nas? - mężczyzna zerknął na nich podejrzliwie.
- Dziwne czasy i zwierzęta zachowują się dziwnie - odparła, wzruszając ramionami.
Rzeźnik przez chwilę milczał. - Aye. Niby myśleliśmy, że to wilki, ale ostatnio znika mi z masarni. Próbowałem tropić to z kilkoma chłopcami z wioski, ale nic z tego nie wyszło. Trop się urwał i tyle nam z tego przyszło.
- A może nam pan powiedzieć gdzie? Żebyśmy unikali tego miejsca.
- Weszliśmy w las tamoj - wskazał dłonią - a potem ślady poprowadziły nas na zachód, doszliśmy do wąwozu, a potem straciliśmy ślad. Ale do lasu lepiej nie wchodzić jak się nie zna i tyle. Lepiej poszukajta tych nieśmiałków gdzie indziej jak chcecie w jednym kawałku do domu wrócić - powiedział.
- Tak, bardzo dziękujemy za pomoc - odpowiedziała mu, a gdy oddalili się od domu. - Jak myślisz? Może spróbujemy tam? To zawsze jakaś pomoc. Może uda nam się dotrzeć do wąwozu - powiedziała. - Mówiłeś coś o zaklęciu wykrywającym zabezpieczenia. Co to za zaklęcie? - zapytała z ciekawości.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Uśmiechnąłem się kącikiem ust, kiedy Roselyn zapytała, czy zaopatrzymy się u rzeźnika na podróż. - Oczywiście, to dobry pomysł - odparłem. Naprawdę tak myślałem. Bystra była z niej czarownica od zawsze, dobrze, że to się nie zmieniło. Miała dobre pomysły, warte sprawdzenia.
Najpierw ruszyliśmy do alchemiczki, a rozmowa z nią, choć niedługa, dała mi do myślenia. Tak mnie pochłonęły podejrzenia, że byłem gotów od razu ruszyć w kierunku lasu, by zacząć szukać śladów, jakieś kryjówki, mogło to nam zająć sporo czasu - przypuszczałem, że jeśli ten chłopak ją tam miał, to ukrywa się głęboko w lesie. Zapomniałem niemal o rzeźniku, lecz uzdrowicielka o nim słusznie przypomniała. Odnaleźliśmy jego dom niespełna milę dalej. Właściwie trudno było pomylić go z innym. Głównie przez zapach. Już z daleka w nozdrza wdzierała się woń krwi, świeżej i starej, zapach surowego mięsa - naprawdę nieprzyjemna mieszkanka. Odetchnąłem z ulgą, gdyśmy ujrzeli na ławce przed domem starszego czarodzieja. Zastaliśmy go, to dobrze, nie musieliśmy też pukać i starać się, by do nas wyszedł i porozmawiał.
Zachowałem kamienną twarz, kiedy Roselyn skłamała, że zajmujemy się obserwacją populacji nieśmiałków. Ledwie pamiętałem z lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami co to w ogóle za stworzenia. Po chwili dopiero przypomniałem sobie, że kilka tygodni wcześniej, na początku lipca, widziałem jednego u panny Burroughs. Skinąłem głową z poważną miną, jakbym chciał potwierdzić słowa mojej towarzyszki. Tym razem głównie milczałem, by nie palnąć czegoś, co zdemaskowałoby moją niewiedzę o nieśmiałkach i spaliło nas na samym wstępie. Roselyn umiejętnie przejęła pałeczkę, a czarodziej patrzył głównie na nią.
- Nieśmiałki nie są niebezpieczne - oświadczyłem pewnym tonem, gdy rzeźnik poradził nam poszukać gdzie indziej, jeśli chcemy być cali. - To były wilcze ślady? - dopytałem jeszcze, obdarzając czarodzieja badawczym spojrzeniem.
- Niektóre tak. Chociaż to musiałby być cholernie duży wilk, basior taki. Inne zadeptali ludzie z wioski - odpowiedział rzeźnik.
Podziękowaliśmy mu za rozmowę, ja pożyczyłem mu wszystkiego dobrego i oddaliliśmy się od jego domu - tym razem kierując się już w stronę lasu, w kierunku wąwozu, o którym mówił mężczyzna.
- Tak. Nie traćmy czasu. Przypuszczam, że ukrywa się głęboko w lesie, by nikt go tam nie znalazł. Ludzie pewnie nie zapuszczają się w najgłębszą puszczę, zwłaszcza, jeśli boją się wilków. Powinniśmy się śpieszyć, bo może niedługo opuścić to miejsce z obawy, że ludzie zaczną coś podejrzewać - odparłem Roselyn, dzieląc się z nią swoimi obawami i podejrzeniami. Jeśli odłożylibyśmy poszukiwania do jutra, na później, to istniało ryzyko, że całkiem stracimy trop.
- To zaklęcie Carpiene. Bardzo przydatne. Wykrywa pułapki i czary ochronne, wskazuje gdzie działają. Trzeba, oczywiście, je znać, by wiedzieć jak działają - wyjaśniłem Roselyn. Nie byłem pewien na ile panuje nad białą magią, skoro głównym jej zajęciem było uzdrowicielstwo. Pamiętałem jednak ze szkoły, że była bystrą i pojętną czarownicą. Mogła umieć więcej, niż przypuszczałem.
Dzień był jeszcze młody, gdyśmy weszli do lasu. Wydawał się cichy i spokojny. Śpiewały ptaki, szumiały liście, czasami drogę przebiegł nam zająć. Minęły dwie godziny, zanim odnaleźliśmy wąwóz, kierując się wskazówkami udzielonymi przez rzeźnika.
- Spójrz - powiedziałem, wskazując lewą ręką na truchło sarny nieopodal, zauważyłem je pierwszy, a gdy tylko zbliżyliśmy się bardziej, poczułem zapach gnijącego miejsca. Widok nie był zbyt przyjemny dla nikogo - z sarny pozostała głównie skóra i kości. Zwierzę, które ją dopadło musiało być wielkie i bardzo głodne. Na grzbiecie dostrzegliśmy ślady po ogromnych pazurach. Spojrzałem porozumiewawczo na Roselyn. Nie byłem specjalistą z zakresu wilkołaków, lecz jak dla mnie - te ślady mogła pozostawić tak wielka bestia. - Chodźmy dalej - zachęciłem czarownicę i ruszyliśmy w dół wąwozu. Po drodze napotykaliśmy coraz więcej i więcej kości, resztek mięsa, obgryzionych szkieletów. Szedłem z wyciągniętą różdżką i byłem gotów w każdej chwili, by rzucić zaklęcie Carpiene, lecz wtedy - w okolicach późnego popołudnia - rozległ się głośny krzyk. Pełen rozpaczy, wzywający pomoc, a jednocześnie brzmiała w nim jakaś niemoc - jakby wcale nie liczył na żadną pomoc. Należał do chłopaka, młodego, tyle potrafiłem stwierdzić i ruszyłem biegiem w tamtym kierunku. - Szybko - zawołałem, by Roselyn pobiegła za mną.
Kilkaset metrów dalej odnaleźliśmy źródło krzyku, choć już wcześniej dołączyły do niego głośne, warkotliwe szczeknięcia. Przy drzewie, na które nieporadnie starał się wspiąć młody chłopak, wychudzony i wynędzniały, w podartej szacie, biegało kilka wściekłych psów. Może były dzikie, może należały do ludzi w wiosce - na pewno tropiły lepiej od rzeźnika. Musiały trafić na trop resztek mięsa i odnaleźć chłopaka, który może opuścił swoją kryjówkę, by znaleźć coś do jedzenia.
- Petrificus Totalus - zawołałem, celując różdżką w psa, który próbował doskoczyć do chłopaka, wspinającego się na drzewo i capnąć go zębiskami. Opadł na ziemię spetryfikowany, ale błysk zaklęcia zwrócił na nas uwagę reszty sfory. Trójka pozostałych psów zbliżała się do nas warcząc, a ja odruchowo zasłoniłem sobą Roselyn, nie opuszczając przy tym różdżki. - Orcumiano - zawołałem, celując różdżką pod łapy psisk - miałem szczęście, że stąpały tak blisko siebie. Nie spodziewały się, że zaklęcie sprawi, że stracą grunt pod łapami. Jeden z psów próbował uskoczyć, lecz po chwili rozpaczliwej próby utrzymania się na brzegu dołu, spadł do reszty. Cala trójka ujadała wściekle, a kiedy zbliżyłem się do drzewa i zajrzałem do dołu, ujrzałem jak skaczą po ścianach i spadają znów w dół.
- Nic ci nie jest? - spytałem chłopaka, który przysiadł na gałęzi. Drżał wyraźnie. Z ręki i łydki ciekła mu krew. Musiały zdążyć go ugryźć. - Przyszliśmy, by ci pomóc - powiedziałem łagodnie. - Moja przyjaciółka jest uzdrowicielką. Uleczy twoje rany - zaproponowałem, zerkając na Roselyn.
- Kim jesteście? Czego ode mnie chcecie? Co tu robicie? - spytał gorączkowym tonem chłopak, patrząc na nas wyjątkowo nieufnie.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Kłamstwo o nieśmiałkach wpłynęło na usta bez większego oporu, było szyte grubymi nićmi i z pewnością wystarczyłoby, żeby rzeźnik wiedział o tym gatunku odrobinę więcej od niej, by przejrzał koślawą próbę zamaskowania ich prawdziwych zamiarów. Te jednak w miarę gładko umknęło uwadze mężczyzny co przyjęła z ulgą, która rozluźniła zaciśnięte mięśnie szczęki. Informacje, chociaż niezbyt konkretne mogły okazać się przydatne. Lepiej było wiedzieć gdzie rozpocząć poszukiwania, niż błąkać się po lesie godzinami szukając tropów. Szczerze powiedziawszy miała nadzieję, że to od alchemiczki dowiedzą się więcej niż od rzeźnika. Naiwnie liczyła, że ta będzie miała więcej do powiedzenia. Że być może wskaże im konkretne miejsce, da im twardy dowód dotyczący przebywającego w okolicach wilkołaka. Najbardziej jednak chciała usłyszeć, że nie pakują się w paszczę bestii. Skrawki informacji dotyczące eliksirów pozwalały im jedynie domyślać się. Prawda kryła się gdzieś głęboko w gęstwinie drzew. Rzeźnik wskazał im drogę, którą ruszyli już po chwili.
Napięcie mięśni wróciło. Tutaj mogła być przydatna - słuchając, snując domysłu, wijąc wątłe sieci kłamstw. Wychodząc poza pozornie bezpieczne granice miasteczka owa przydatność się kończyła. Przywykła do bezpiecznych murów Munga, długich dyżurów w Leśnej Lecznicy gdzie do czynienia miała tylko z problematyką dobrze znanej jej sztuki uzdrowicielskiej. Tropienie, pogonie, walka nie były jej żywiołem, a jej braki w tych dziedzinach mogły sprowadzić zagrożenie nie tylko na nią, ale też na jej towarzysza. Cofnąć się jednak już nie mogła, bo nie mogła już uciekać od walki, a umiejętności dotąd ćwiczone z Justine, wydobyte z magicznych ksiąg w końcu musiały w końcu znaleźć zastosowanie w praktyce.
- Tak, zostało nam jeszcze sporo czasu do zmroku. Później raczej nic nie zdziałamy jeśli nie znajdziemy niczego konkretnego. Może uda nam się odnaleźć ten wąwóz i dojrzeć coś czego oni nie dojrzeli. Zdaje się, że sami nie do końca wiedzieli czego szukają. Możliwe, że nam uda się ustalić więcej. Być może go znaleźć, chociaż mogło być tak jak mówisz - mógł się przestraszyć i opuścić to miejsce - powiedziała.
W odpowiedzi zerknęła na aurora. - Aby odnaleźć pułapkę, trzeba rozumieć jej działanie - przytaknęła. Zanotowała w pamięci, by po wszystkim wypytać Cedrica o trochę więcej informacji, jeśli tylko będą mieli na to czas. Zamiast tego w tym momencie jej umysł trapiła inna kwestia - Co zrobimy, jeśli… nie będzie pokojowo nastawiony do ludzi? - wbiła spojrzenie w twarz byłego Krukona. Ta myśl tępo pobrzmiewała w jej głowie odkąd plany przeszły w czyny. Miała nadzieję, że spotkają kogoś kto był po prostu zagubiony, poszukiwał pomocy i sam był skłonny ją oferować. Była to jednak tylko nadzieja. Rzeczywistość bywała jednak znacznie bardziej okrutna, a perspektywa napotkania bestii przecież była tak bardzo możliwa. Wiedziała co zrobiliby łowcy wilkołaków. To co mogło się wydarzyć w lesie przepełniało strachem nie tylko przez wzgląd na zagrożenie, ale też ze względu na cenę przetrwania.
Wędrówka była długa i mozolna. Suche leśne runo było nierówne, a leśne ścieżki z czasem zaczęły się zagęszczać. Przez jakiś czas była pewna, że się zgubili. Podążając wciąż na zachód mogli ominąć wąwóz, zbłądzić ze ścieżek, którymi wcześniej podążali mieszkańcy miasteczka. Mogli szukać na darmo. Opierając się o konar obalonego drzewa, na chwilę, aby złapać kilka głębszych oddechów, zwróciła spojrzenie w stronę Cedrica. Na jej twarzy odmalowała się ulga, zupełnie nieadekwatna do natury ich znaleziska. Bez cienia obrzydzenia przyjrzała się dla truchła sarny. Martwe ciało czy to ludzkie, czy zwierzęce nie było miłe dla oczu. Po krótkich oględzinach możliwym było dostrzec, że ślady pazurów pozostawione były przez coś znacznie większego niż zwykły wilk. Podążali szlakiem kości i wonią gnijących szczątek. Dłoń zacisnęła się na magnoliowym drewnie. Byli coraz bliżej.
Cały czas była tuż za plecami Cedrica, zachowując od niego niewielki odstęp. Wolała nie zgubić go w tym miejscu.
Nie zareagowała tak szybko jakby chciała. Był kilkanaście kroków przed nią, zanim rzuciła się za nim pędem i gdyby nie bijące dziko serce z pewnością byłaby szczerze zaskoczona tym, że udało jej się dotrzymać mu kroku, nawet jeśli czasami dystans między nimi niebezpiecznie się zwiększał.
Cedric zareagował znacznie szybciej od niej, pierwszy wilk bezładnie opadł na ziemię, a trójka kolejnych ruszyła na nich. - Impeta! - zaklęcie pomknęło w stronę zwierząt. Chociaż nie mogło zrobić im większej krzywdy miała nadzieję, że spowolni ich atak czy też po prostu przegoni je stąd, nieco otępiałe wilki wpadły w dziurę wyczarowaną przez Cedrica. Jego postać wyrosła przed nią tak szybko, że dopiero po chwili dotarło do niej, że chciał ją zasłonić. Blady uśmiech wdzięczności przemknął po jej wargach, ale teraz nie było na to czasu.
- Nie jesteśmy z ministerstwa - powiedziała, niepewnie wymijając aurora by stanąć bliżej drzewa. Szybka reakcja, pewność, sprawność w rzucaniu silnych zaklęć mogła zdradzić, zachowanie zimnej krwi mogły zdradzić ministralną przeszłość byłego krukona, a przecież przed tym się ukrywał. - Krwawisz, pomogę ci, a potem porozmawiamy. Nie mamy złych zamiarów, jeśli nie będziesz chciał z nami rozmawiać odejdziemy - powiedziała, siląc się na łagodny, miękki ton, chociaż głos drżał pod wpływem wysiłku i emocji związanych z krótką potyczką ze zwierzętami.
Chłopiec niepewnie zeskoczył z drzewa. Spojrzenie Roslyn niepewnie skierowało się w stronę aurora. Był tak młody. Wyglądał żałośnie poobijany, w rozerwanych szatach. Zrobiła krok w stronę młodego wilkołaka, a ten zrobił jeden w tył. Musiał być przerażony. W końcu postąpiła następny - wolniej, ostrożniej. By nie wzbudzić podejrzeń co do jej zamiarów. Chłopak osunął się po pniu drzewa. W końcu wyciągnęła rękę i chwyciwszy tą jego obejrzała ranę - Nie jest bardzo głęboka. Wszystko będzie w porządku
- Curatio Vulnera Maxima - wyszeptała, a zaklęcie podążyło śladem jej różdżki, regenerując uszkodzoną tkankę. - Blizna zagoi się niedługo - dodała, zerkając na blady ślad malujący się na jego ramieniu. To samo uczyniła, pochylając się nad nogą. Spytała czy dolega mu coś więcej, ale chłopak pokręcił głową. Uśmiechnęła się na znak, że wszystko jest już w porządku. Musiał stracić dużo krwi, ale najgorszy kryzys został zażegnany.
Po wszystkim spojrzała na Cedrica. To co mają do powiedzenia powinno być wyłożone przez Zakonnika, nie przez nią.



I'm out on the edge and I’m screaming my name Like a fool at the top of my lungs. Sometimes when I close my eyes I pretend I'm all right but

it's never enough.


Roselyn Wright
Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the angry, the empty, the lonely, the tricked.

we are all museums of fear.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Powrót do góry Go down

Po tych kilku rozmowach, które zdążyliśmy w ciągu dnia przeprowadzić z mieszkańcami wioski - szczęśliwie bez nieprzychylnych zbiegów okoliczności i przypadków jakie mogłyby doprowadzić do osadzenia nas w roli podejrzanych przybyszy - wynikało, że w pobliżu plątał się ktoś albo coś - łakomy na mięso. Ludzie nie byli głupi, prędzej, czy później zaczęliby się domyślać. Zwłaszcza, jeśli zaczęliby łączyć daty znajdywania ciał zwierząt z fazami księżyca. Zorientować się mogła najprędzej stara alchemiczka, która miała zapewne najobszerniejszą wiedzę o astronomii. Przynajmniej tak mi się wydawało po rozmowach z Charlene Leighton, opowiadającej mi o tym, że ułożenie ciał niebieskich miało duże znaczenie w kontekście czasu warzenia mikstur. Mieliśmy z Roselyn szczęście, że dotarliśmy na miejsce zanim jeszcze mieszkańcy zrozumieli kto odwiedza ich wioskę. Mało kto odnosił się do wilkołaków przychylnie, czy choćby neutralnie. Mogliby nawet zawiadomić Ministerstwo Magii, czy innych łowców wilkołaków, by się tym zajęli. To byłoby chyba nawet gorsze niż scenariusz, w którym ten chłopak sam znika i przenosi się gdzieś indziej.
- Sam też nie czułbym zaufania do kogoś, kto nachodzi mnie w nocy - mruknąłem w odpowiedzi na słowa Roselyn. Westchnąłem ciężko, zastanawiając się nad jej pytaniem o nastawienie chłopaka. Co wtedy zrobimy? - Musimy być przygotowani na to, że już jest źle nastawiony do obcych i nie ufa nikomu. Ludzie go odrzucili, musimy być ostrożni i dość... delikatni - odpowiedziałem w końcu, trochę kulawo kończąc zdanie, bo nie odnajdywałem lepszego określenia. To nieco mnie martwiło, sam przecież czułem uprzedzenia do wilkołaków, zamierzałem jednak uczynić wszystko, by wzbudzić w nim zaufanie. Cieszyłem się mimo wszystko, że jest ze mną Roselyn - miała łagodną i miłą naturę, wzbudzała sympatię, to mogło zadziałać na naszą korzyść.
Ja także w leśnej puszczy nie czułem się najpewniej. Nigdy nie polowałem na zwierzęta. Zajmowałem się tropieniem ludzi i choć niekiedy ukrywali się w przez Merlina zapomnianych miejscach, na odludziach, to w lesie czułem się dziwnie nieswojo. Musieliśmy jednak szukać. Szukać do skutku. Uparcie przeć do przodu i starać się po stokroć bardziej, bo byliśmy na nieznanym terenie i miałem wrażenie, że znaleźć w tak wielkiej puszczy młodego chłopaka to jak znaleźć igłę w stogu siana. Obawiałem się, że dnia nam nie starczy, a po zmroku włóczenie się tutaj może być niebezpieczne. Nie byłem pewien ile zostało do pełni. Nie byłem też pewien, czy nocami tuż przed i tuż po wilkołaki stwarzają zagrożenie.
Szczęście w nieszczęściu, że nie musieliśmy się o tym przekonywać. Wciąż było widno, gdyśmy odnaleźli chłopaka w głębokim lesie, niemal zagryzionego przez wściekłe psy. Różdżka wypadła mu z ręki, zauważyłem to, kiedy okrążałem dół, by zerknąć na zwierzęta. Podniosłem ją i wyciągnąłem w kierunku chłopaka. Na jego pytanie pierwsza zdążyła odpowiedzieć towarzysząca mi uzdrowicielka.
- Nie jesteśmy też łowcami wilkołaków - uściśliłem, spoglądając na twarz chłopaka. Malowało się na niej zmęczenie i strach, oczy zaś pozostały nieufne i pełne podejrzeń. - Jestem Cedric, a to Roselyn. Tobie jak na imię? - zagaiłem, czekając aż zejdzie z drzewa, by skorzystać z propozycji uzdrowicielki.
Oddałem mu wówczas różdżkę, choć mógł ją w każdej chwili w nas wycelować. Nie sądziłem, bym nie dał sobie rady z takim młokosem, który ledwie ukończył Hogwart, lecz zrobiłem to, by wzbudzić jego zaufanie. Nie byliśmy tu po to, aby go pojmać, czy do czegokolwiek zmusić - a przekonać, że możemy mu pomóc.
- Timothy - powiedział cicho młodzieniec, kiedy zaklęcia Roselyn zaczęły działać. Krew nie płynęła już z rany, zaczęła się zasklepiać. Patrzyłem jak osuwa się po pniu drzewa i zacząłem wręcz mu współczuć. Trudno było mi teraz myśleć o nim jak o krwiożerczej bestii, kiedy miałem przed sobą wynędzniałego, przestraszonego młodego chłopaka, który wyraźnie nie wiedział co ze sobą począć.
- Jesteś głodny? - spytałem. Nie musiał odpowiadać. Widziałem jak jego oczy rozbłysły, kiedy wsunąłem rękę do torby, gmerającej w niej chwilę, by wyciągnąć zawiniętą w papier sporą kanapkę i tabliczkę czekolady z Miodowego Królestwa. Miała być dla Debbie, ale Timothy chyba nie jadł jej od dawna, bo rozerwał sreberko od razu i zaczął gryźć tabliczkę jak kanapkę.
- Dlaczego tu jesteście? Dlaczego mnie szukaliście? Ojciec was przysłał? - spytał Timothy, między jednym kęsem, a drugim, nie przestając na nas podejrzliwie patrzeć. Opatrzenie rany i jedzenie to za mało, by zaczął nam ufać.
Pokręciłem przecząco głową.
- Nie. Nie przysłał nas ani twój ojciec, ani nikt znajomy. Usłyszeliśmy o tym, że w pobliżu tej wioski znikają zwierzęta i okradany jest rzeźnik. Chcieliśmy to sprawdzić, bo... Bo szukamy osób takich jak ty - zacząłem mówić, gdy uchwyciłem porozumiewawcze spojrzenie panny Wright. - Musisz być ostrożniejszy, Timothy. Alchemiczka mogła się zorientować, jeśli już tego nie zrobiła - powiedziałem, a chłopak podniósł na mnie przestraszone spojrzenie, wyraźnie zaniepokojony tym, że z nią rozmawialiśmy. - Udawaliśmy, że chcemy kupić od niej eliksiry. Nie martw się. Nic od nas nie wiedzą - uspokoiłem jego obawy. - Szukamy osób takich jak ty, wilkołaków, mówmy otwarcie i szczerze, bo chcemy ci coś zaoferować. - Zdecydowałem się grać w otwarte karty. Miałem nadzieję, że chłopak to doceni. - Pomoc i wsparcie. Bezpieczne schronienie przed Ministerstwem Magii i łowcami wilkołaków. Nie będziesz już musiał ukrywać się po lasach i kraść jedzenia. W zamian oczekujemy, że okażesz nam wsparcie, że staniesz do walki z tymi, którzy cię ścigają - ciągnąłem dalej.
- Ja nie umiem walczyć[/b] - zawołał Tmothy. - [i]Skąd ta myśl, że mógłbym wam pomóc?
Zacisnąłem usta w wąską kreskę, chwilę szukając w myśli odpowiednich słów, bo na to pytanie Gwardziści podczas obrad Zakonu Feniksa nie zdołali udzielić mi odpowiedzi.
- Obrócisz przeciwko nim to, za co cię karają - powiedziałem w końcu. - Nauczymy cię jak zrobić użytek z różdżki. Potrzebna jest teraz każda, by ten kraj nie pogrążył się całkiem w ciemnościach. Jeszcze jest szansa, aby to wszystko zatrzymać. Aby zatrzymać Rycerzy Walpurgii, Lorda Voldemorta, Cronusa Malfoya. Pomyśl o tym, że tacy jak oni nienawidzą ciebie i innych wilkołaków tak jak mugoli. Każdy, kto nie jest czarodziejem czystej krwi jest dla nich kimś gorszym od robaka. Nawet nie kimś, a czymś. Musimy z nimi walczyć, Timothy - mówiłem. - Potrafimy się zorganizować i umiemy walczyć. Potrzebujemy ludzi. Wszystkich. Ciebie także. Możemy pomóc tobie, jeśli i ty pomożesz nam. Wiem co mówię. Byłem aurorem.
Timothy wpatrywał się we mnie, a odłożywszy połowę czekolady, od razu zabrał się za kanapkę z szynką i warzywami. Gryzł ją, żując powoli i nie odrywając ode mnie spojrzenia, jakby zastanawiał się nad tym, co powiedziałem. Trudno mi było w tamtej chwili ocenić, czy go przekonałem w jakimkolwiek stopniu - nie uciekał jednak, nie przerywał mi, nie kłócił się. Po prostu słuchał.
- Nie musisz odpowiadać od razu. Możesz się nad tym zastanowić. Jeśli zdecydujesz się na to przystać, idź na sowią pocztę i wyślij mi list, niech sowa szuka Cedrica Dearborna - zaproponowałem. W pełni rozumiałem to, że Timothy potrzebował czasu, aby to przetrawić - o wiele więcej, niż przetrawienie kanapki i czekolady. - Mamy uzdrowicieli i alchemików, którzy potrafią uwarzyć wywar tojadowy. Słyszałeś o nim? Dzięki niemu wilkołaki nie tracą nad sobą kontroli w czasie pełni - powiedziałem też, po chwili wahania, a Timothy otworzył szerzej oczy.
- Masz tu jakieś schronienie?
- Mam... kryjówkę... - urwał w połowie zdania, wyraźnie nie chcąc zdradzić zbyt wiele.
- Jeśli nie będziesz chciał naszej pomocy, to radziłbym zastanowić się nad jej zmianą. To tylko dobra rada. Ludzie w wiosce szukają powodu znikania zwierząt i mięsa - powiedziałem na ostatek. - Pójdziemy już. Nie każ nam długo czekać na odpowiedź.
Spojrzałem na Roselyn, niewerbalnie przekazując jej, że pora się wycofać. Zostawiliśmy Timothy'ego w lesie i mieliśmy nadzieję, że zastanowi się nad naszymi słowami i odezwie niebawem, może po to, by poznać więcej szczegółów. Wtedy i ja miałbym mu do zaoferowania więcej, po analizie jego potrzeb.

| zt x2


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

przychodzimy stąd


Lucinda nie bała się walki. Podchodziła do niej już w sposób neutralny. Musiała mieć świadomość, że to co robi jest słuszne. Wtedy wszystkie obawy czy zwątpienia uchodziły. Dawniej myślała, że stanie się żołnierzem dla kogoś takiego jak ona będzie zwyczajnie trudne. Łamaczka klątw, poszukiwacz artefaktów i szlachcianka. W jednej osobie było tak wiele skrajnych cech, że wyobraźnia nawet nie podpowiadała jej kolejnych rozwiązań. Teraz, walcząc czynnie w Zakonie nauczyła się, że nie ma znaczenia to kim jesteś. Walki można nauczyć się wszędzie, wystarczy podjąć próbę. Niestety, takich osób było wciąż mało i Lucinda nie dziwiła się, że informacja o werbowaniu osób do pomocy padła w Proroku Codziennym. Zakon nie szukał dowódców czy przeszkolonych w boju. Każdy kto chciał się przydać miał w sobie coś co na pewno wzmocniłoby szeregi sojuszników. Pozostawała jedynie kwestia chęci. Lucinda obawiała się, że teraz, gdy jest potrzeba ewakuowania wszystkich chętnych ci się od nich odwrócą. Błądzili jak dzieci we mgle. Czasami było to, aż nazbyt widoczne. W szczególności, gdy chcieli to po prostu ukryć.
Po bezpiecznym przeniesieniu ludzi gromadzących się w Kaplicy, Lucinda wraz z Anthonym ruszyli dalej z misją ewakuacyjną. Kolejną lokacją, którą mieli sprawdzić były Zamglone Wzgórza. Czarownica znała to miejsce. Wiedziała, że znajduje się daleko od zamieszkujących Szkocję mugoli. Wiedziała też, że niemal zawsze unosi się tu mleczno biała mgła utrudniająca widoczność. Było to idealne miejsce na zbiórkę rebeliantów. Obecność ludzi przeszłoby bez echa, ale w obecnej sytuacji i tak nie mieli wyboru. – Jestem zła – zaczęła nim jeszcze dotarli na miejsce. – Widziałeś ile oni tego zgromadzili? Może i w kaplicy nie mieli szans na dłuższą metę, ale wątpię by gromadzili to tylko dla siebie. Sporo ryzykowali. – dodała zaciskając mocniej dłoń w pięść. Powstrzymywała się przed komentarzami, ale czasami nie potrafiła zamknąć ust na kłódkę. Czasami nawet nie chciała.
Gdy dotarli na miejsce, Lucinda rozejrzała się po otoczeniu. Wiedziała, że zadanie będzie trudne. Okolice spowiła gęsta mgła. Nawet jeśli się spóźnili i doszło już do walki to ciężko będzie im znaleźć tu jakiekolwiek ślady. Czarownica wyciągnęła różdżkę gotowa na ewentualne starcie. - Homenum Revelio – rzuciła mając nadzieje, że magia pokieruje ich w odpowiednim kierunku.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539

Powrót do góry Go down

The member 'Lucinda Hensley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 23
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zamglone wzgórza - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Zamglone wzgórza

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach