Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kryjówka pisarzy
AutorWiadomość
Kryjówka pisarzy [odnośnik]04.12.16 0:57
First topic message reminder :

Kryjówka pisarzy

W jednej z bocznych uliczek można znaleźć wyjątkowe miejsce, magicznie ukryty pokój, określany mianem kryjówki pisarzy z racji spotykającej się tam grupy artystów szukających natchnienia. Pomieszczenie nie jest duże, wypełnione starymi fotelami i kanapami, w rogu znajduje się kominek i sterta bardzo starych gazet.
Wieść niesie, że natchnienie zbierających się tu osób to nie jedyny powód odwiedzin, a plotki lubią rozchodzić się echem. To duch pięknej śpiewaczki, wili, nawiedzającej dawny dom, stanowi główne źródło weny, tym bardziej, że duch eterycznej istoty lubuje się w udzielaniu przybyłym niezwykłych, artystycznych porad. Czyż można dziwić się młodym mężczyznom, stęsknionym zgubionych ideałów piękna, które ofiaruje im duch? A może i ty się skusisz?

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Rycerzy Walpurgii i +10 dla Śmierciożerców.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 08.01.19 7:42, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kryjówka pisarzy - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kryjówka pisarzy [odnośnik]30.06.21 15:07
Nie powinni się ograniczać do portu. Powinni ruszyć dalej, objąć swoimi działaniami jak największy teren. Do zbiórki żywności pozostało jeszcze trochę czasu, ale im więcej osób uda im się poinformować już dziś, tym więcej ich dowie się tego w najbliższych dniach. Nie był pewien, czy nie narażają tym samych siebie i ludzi, którym wciskali te informacje. Wciąż miał mieszane uczucia, wciąż gryzło go przeświadczenie, że popełnia błąd — naraża Eve i Sheilę na niebezpieczeństwo. Ale im dalej w to brnął tym większy spór się w nim toczył; słuszność biła się z poczuciem winy, żalem, poczucie sprawiedliwości z obawą.
— Zahaczmy jeszcze o Wyspę Psów, tam żyje mnóstwo ludzi, którzy z pewnością będą chcieli się tam wybrać. Później uderzymy bliżej centrum, co ty na to?— zaproponował. Im bliżej centrum, tym bogatsi byli mieszkańcy. Możliwe, że im także doskwierała wojna, na pewno odczuwali jej skutki, ale to głównie w biedotę portu i Wyspy Psów, prowincji uderzała organizowana akcja przez lady Black.
Już w środku, kiedy ją odnalazł — gdy umknęła pod jego dotykiem zbyt szybko i nagle, by mógł to przeoczyć — cień szczerej konsternacji wymieszał się z odgrywaną rolą. Prawda mieszała się z obłudą. Znał Celinę, dobrze ją wspominał, lubił i było mu przykro z jej powodu — gdyby nie była to prawda nigdy nie posyłałby w jej intencji listu do arystokratki. Ale ludzie umierali na ulicach codziennie. Zbyt wiele było śmierci wokół, by roztrząsał to wciąż tygodniami.
Spoglądał jej w oczy. Szkliły się, niczym dwa zwierciadła. Przypominały ciemne, mroczne jezioro o błyszczącej, ledwie muskanej wiatrem tafli odbijającej od siebie ciepłe światło słońca. To świece wokół, ale tańczące iskry nie pozwoliły mu oderwać wzroku. Nie był pewien, nie mógł być — czy łzy, które pojawiły się w kącikach były prawdziwe, czy naprawdę ją zaskoczył tą informacją? Czy przeżywała to? Myśli pomknęły mu ku przyjacielowi, któremu powinien był powiedzieć o tym od razu, gdy się dowiedział, a raczej gdy wyjawił mu to jego ojciec, ale nie chciał zdradzać szczegółów tego spotkania. To nie było ważne. Nie powinien go tym dręczyć. Sallow był podłym człowiekiem, wystarczyło mu już wiedzy o nim. A może to była gra? Tak perfekcyjna, doskonała? Wpatrywał się w te oczy z przejęciem, czując jakby jej ból był prawdziwy. Widział go w jej oczach, słyszał w nierównym oddechu, głośnym biciu serca. Chciał wyciągnąć rękę, spytać, czy może powinni iść, ale przedstawienie musiało trwać...
— Tak...— odparł w końcu cicho. — Ona... Cóż, właściwie była. Ponoć spędzała czas w Parszywym z przyjaciółmi. Wpadła tam policja wraz z jakimś politykiem. Wskazał ją, twierdził, że go pobiła. Tak, ona... Drobna dziewczyna przeciwko rosłemu, staremu facetowi.— relacjonował dalej, nie urywając połączenia spojrzeń ani na chwilę. — A potem skuli ją, wywlekli w cienkiej sukience.— Halce, mokrą, ale o tym ludzie nie powinni wiedzieć. — W listopadzie. Zabrali do Tower, a tam stracili na dziedzińcu...— Powinien był Marcelowi powiedzieć wcześniej, powinien mu powiedzieć osobiście. Przyjaźnili się, była dla niego istotna, to dla niej była ta walka. A ona była już martwa, według tego, co twierdził Sallow.
W końcu spojrzał na pozostałych, chciał przecież żeby to słyszeli, żeby ta wiadomość nimi wstrząsnęła.
— Lady Black to ukartowała. Nie chciała się za nią wstawić, chciała się jej pozbyć od początku. Zazdrosna o jej urodę. — Tego już nie wiedział, ale artyści kochali takie historie, wiedział, że połkną ją prędzej niż polityczną brednię. — Zapalisz?— spytał Fin, próbując ją naturalnie wyciągnąć na dwór. Powinni iść dalej.
Nie czekał na jej odpowiedź. Złapał się za kieszenie i ruszył w stronę wyjścia, a kiedy Finley do niego dołączyła wskazał kierunek.

| perswazja I, kłamstwo II, idziemy tutaj


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Kryjówka pisarzy [odnośnik]25.08.21 23:37
25 I 1958


the waters hears and understands
the ice does not forgive

Tam było zwierzę ukryte pod kamiennym brukiem ulic, oddychające ciężko gwarem ludzkim, co oczami złowrogo błyskało odbijanymi w świetle lamp mijanych. Jedno senne poruszenie zwiastowało zastęp dekretów, gardłowy pomruk kolejne okna deskami zabite, a nie daj gwiazdom pysk by rozdziawiło - tak zastępy policji magicznej z ziejącej czerni paszczy ośmieliłyby się wyłonić. Potwór-straszydło, nieokreślona stwora czyhająca na pchły co po jej grzbiecie przemykają. Tak sobie Londyn coraz częściej wyobrażała, realia do jakiejś baśni przyrównując, bo jak inaczej można było poruszać się z uniesioną głową, świadomym tego, że koniec zbliża się nieuchronnie? Że jeden głupi list potrafi zaburzyć to fałszywe poczucie bezpieczeństwa, a jeden nieopatrzny ruch doprowadzi do utraty kończyny? To nie były żarty, wiedziała, że to nie były żarty. Mówił jej o tym Michael, powtarzała to sobie co noc, wpatrując się w namalowane na suficie wagonu lampiony. Ale w młodości tkwi pycha, która ciała wznosi ponad ziemię, dodaje sił, tam, gdzie ich nie ma. Po wydarzeniach na placu czuła się niemal niezwyciężona, choć głos w gardle wiązł, a los ludzi tam obecnych nadal po głowie krążył nieustannie. Ale zrobili to, zagrali na nosie szlachty fałszywie do nich ręce wyciągającej, niewielką szpilkę w cielsko bestii co władzą była - wbili bez żalu. Teraz jednak koniec był psot, powinna działać rozważniej, przydać się bardziej nawet jeśli niewiele zdolności miała. Stawiała więc kroki nieco większe, cięższe, skrzypienie śniegu układając w melodię tłumiącą trzepot serca. Elastyczność towarzysząca tańcu pozwalała na prędkie dostosowanie się, noc - chociaż to późny wieczór był ledwie, lecz pogoda im sprzyjała, ciemno już było dzięki zimie - maskowała wszelkie potencjalne mankamenty czegoś tak zwykłego, jak ruch. Nie mogła być dziś jednak sobą, igrającą z ogniem panną, bo ten ogień, z którym miała się mierzyć, dopiero po czasie potrafił kąsać. Na ratunek przybyła jednak Nora, dobra, kochana Nora, co pytań nie zadaje, a jedynie brwi unosi. Nie pamięta nawet, jakiej marnej wymówki użyła tym razem, aby wyszło, tak jak chciała. Może wspominała o teatrze Leanne, może żart komuś chciała zrobić, podrażnić któregoś z chłopców, że obok Eve jakiś nieznany męt się kręci. Nie ważne to było, liczył się efekt. Już wcześniej użyła capillusa, rozjaśniane na blond pukle zmieniając na smolisty odcień, ciasno upięte, tak by nie wystawały w żaden sposób pod peruką nakładaną starannie przez charakteryzatorkę. Krótkie kosmyki były rozsiane na wszystkie strony, równie ciemne - fryzura księcia z przedstawienia inspirowanego Królewną Śnieżką, zeszłoroczna, akrobata przyjmujący jego rolę łysy był jak kolano, ale diablo utalentowany - co te zaczarowane dziewczęcia. Starsza z dziewcząt konturowała jej buzię z zapamiętaniem, wyciągając policzki, poszerzając szczękę, płaszczyznę nosa bardziej ciężką robiąc, niemal masywniejszą. Bladą skórę zrosiła konstelacjami równie bladych piegów, zaburzającą rytmikę dotąd delikatnych - acz sukcesywnie makijażem zmienianych - rysów, każdy włosek brwi oddzielnie malowała, aby grubsze były, nieco bardziej włochate jak ze śmiechem podkreślała, nawet je trochę przedłużyła. Z kolorem oczu nic się nie dawało zrobić, ale wystarczyła ciemniejsza oprawa, żeby te znacznie jaśniejsze się wydawały. Ubrania leżały na niej luźno, ale nie spadały, sylwetkę nieco wypaczając. Była szczupła, ku swej zgryzocie oraz kobiecemu ego, nader łatwo było ukryć jej niewieście przymioty pod swetrem większym, spodnie też zgrabne nogi zakrywały, gdy nogawki luźno na zimowe buciory opadały. Zakrywał to wszystko stary, łatany w wielu miejscach płaszcz, jaki po sobie Ellis zostawił, na czoło naciągnęła kaszkiet z wagonu Marcela podkradziony, gdy chłopak spał pod wpływem eliksiru, część twarzy też zakrywał granatowy szalik, bo przecież lepiej być przezornym, niż głupio ryzykować. Sowa, która w okno niedawno zapukała, nie zawierała konkretów, więc Finnie nie wiedziała, jak inaczej ma się przygotować, ani, co więcej, zrobić poza przebraniem się i spaleniem wiadomości, co zaczęło jej już chyba w nawyk wchodzić. Pojawiła się w ustalonym miejscu, z dłońmi w kieszeniach płaszcza, przeszła przed siebie dziesięć kroków, zanim na pięcie się obróciła i przemierzyła raz jeszcze tę samą trasę, tak ze dwa razy, kopiąc przy tym śnieg, jak chłopak wyczekujący na coś niecierpliwie. Ale tak miał ją poznać, niemy sygnał, że ona to ona bez wzbudzania podejrzeń.

| kłamstwo II, charakteryzację Nora posiada na poziomie III


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kryjówka pisarzy - Page 6 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Kryjówka pisarzy [odnośnik]02.09.21 0:05
Zima stulecia rozłożyła się na obszernych terenach angielskich hrabstw. Białe drobiny twardego śniegu wnikały w każdą szczelinę, tworząc kopczaste zaspy, nieprzekraczalne usypiska, silne zawieje niszczące największe szlaki komunikacyjne. Okrutny mróz gnębił wszystkich mieszkańców koncentrując się na terenach wiejskich. Woda niezbędna do codziennej egzystencji, zamarzała w głębokich studniach, rozpychała rury pękające pod zbyt dużym naciskiem. Brakowało zapasów suchego opału, grudek zbyt drogiego węgla, niosącego przedłużone, tak wyczekiwane ciepło. Mizerne zbiory żywności, pokryte białym nalotem, leżały w głębokiej piwnicy, znikając w zatrważającym tempie. Wysłużone, wytarte ubrania nie były skłonne ochronić przed porywistym, nacinającym wiatrem. Ozdobione nonszalanckimi dziurami, tworzyły jedynie fałszywą atrapę. Obecny stan rzeczy, połączony z nieustępującą, coraz krwawszą wojną, tworzył prawdziwy kataklizm. Ministerialny reżim najmocniej skoncentrowany na terenach stolicy, prezentował absurdalne twory, posuwał się zbyt daleko łamiąc wszelkie zasady, prawa przysługujące każdemu człowiekowi. Igrał z unikatem ludzkiego życia skazanego na wieczne potępienie. Nie było bezpiecznie; patrole policji przeczesywały każdy skrawek miasta w poszukiwaniu zbuntowanych rebeliantów, czy zdrajców stanu. Kontrolowali zwykłych, przestraszonych mieszkańców, zwracając uwagę na zbyt śmiałe spojrzenie, czy niestosowany ubiór. Karali za brak dokumentów, wszczynając dochodzenie, dewastując domostwa w pokazie siły i narzuconej wyższości. Uśmiechnięte twarze największych terrorystów, wisiały na każdym skrawku ceglanej powierzchni. Wycenieni niczym bitewna zwierzyna mieli być przestrachem, przestrogą przed opozycyjnym, jawnym zachowaniem. Mieli zostać zlikwidowani, wyniszczeni, przywracając należyty porządek. Przebywanie w ciasnych przejściach stawało się coraz bardziej ryzykowne. Zachowanie bezwzględnej ostrożności było priorytetem, który bezwzględnie wyznawał. Miał nadzieję, iż dzisiejsza partnerka uszanuje ów podejście, zachowa wymagany profesjonalizm.
Akcja zaplanowana na późne godziny wieczorne, nie powstrzymała go od wczesnej, porannej pobudki w blasku rozświetlonego księżyca. Dręczony powtarzalnymi koszmarami, nie mógł zmrużyć oka, zapaść w najgłębszą, pochłaniającą fazę. Kręcił się w obrębie łóżka, zsuwając kraciasty koc, naruszający spokojny odpoczynek puchatego przyjaciela, który finalnie przeniósł się do salonu. Z niechęcią i zapadniętymi powiekami przeszedł do czynnego działania, chcąc przygotować składniki do nadchodzących zleceń, jeszcze raz, dokładnie przestudiować instrukcję spisaną przez Pana Becketta. Worek z malutkimi urządzeniami spoczywał w holu czekając na rozpoczęcie misji. Z miną przepracowanego męczennika, powlókł się do pokoju, po drodze narzucając na siebie wełniany sweter. W kominku tliły się ostatki nadpalonego drewna; wrzucił kilka szczepek leżących nieopodal i podpalił je koniuszkiem różdżki. Przyjemne ciepło powoli rozchodziło się po pomieszczeniu; postanowił przenieść swoją pracę do serca irlandzkiego domostwa. W między czasie, namoczył niewielkie kawałki chleba w zsiadłym mleku i podał swej zwierzęcej koleżance. Usiadł na staromodnym dywanie rozkładając notatki, etykiety, szklane fiolki oraz woreczki z suszonymi roślinami. Zmarszczone brwi, rozbiegany wzrok prześlizgiwał się po literach spisanych obcym pismem. Starał się zrozumieć istotę pluskiew, zapamiętać zasady potrzebne do zaprogramowania właściwego kodu. Każda informacja była tu niezwykle istotna; był zobowiązany wtajemniczyć również swą nieznajomą partnerką. Odchrząkując chrapliwie, odpychając zwierzaka podgryzającego smukłe palce, zabrał się za rozdzielanie składników. Jeszcze przed dyskretnym wyruszeniem do stolicy, zatrzymał się w północnej wsi , na obrzeżach Irlandii, przekazując prywatne zamówienie. Zarzucił na siebie ciemny, ocieplany płaszcz i granatowy szalik. Na brodzie zwisała nienaciągnięta, kamuflująca maseczka, która miała przydać się w kolejnym etapie. Torba z ekwipunkiem zwisała z ramienia obijając się o prawe udo. Wsiadł na wysłużoną miotłę i wzbił się w zachmurzone przestworza błagając Merlina o bezopadowe popołudnie.
Pojawił się w wyznaczonym miejscu, wybierając wydłużoną drogę między bocznymi uliczkami. Mimo zarejestrowanej różdżki, ukrywał swą tożsamość obawiając dokładnych, miastowych patroli. Wizerunki członków jego rodziny, wisiały na każdym skrawku wolnej przestrzeni; chciał pozostać anonimowy, uważać na skojarzenia bystrych par oczu. Podeszwy zatapiały się w miękkim śniegu, a chłód przenikał nawet najgrubsze warstwy. Zziębnięty, z lekko zaczerwienionym nosem, wsunął się do środka nie zastając praktycznie nikogo. Pomieszczenie tętniące życiem wydawało się opustoszałe, zdecydowanie zbyt ciche. Czyżby nałożono jakieś ograniczenia, zaczynano dopiero późnym wieczorem? Rozejrzał się po nietypowych ścianach, niezapalonym kominku i stertach przeterminowanych gazet. Przysiadł na brzegu jednego z foteli, biorąc zapisany papirus. Nie zdążył wczytać się w jego treść, gdy czyjaś obecność przerwała nienaturalny spokój. Naciągnął maseczkę, prawa dłoń spoczywała na trzonku różdżki, a brew powędrowała do góry w wyczekiwaniu, niemej ciekawości. Postać, która pojawiła się tuż przed nim za żadne skarby świata nie przypominała kobiety. Męskie ubrania, kaszkiet zakrywający część twarzy, skuteczna charakteryzacja wzorowana na młodocianym dorosłym. Poluzował uścisk i dość niepewnie wypowiedział: – To ty jesteś tą osobą poleconą przez staruszka? – zapytał niepewnie, przy okazji nie zdradzając jego nazwiska. Gdy zobaczył śmiałe kiwnięcie głowy, odetchnął z ulgą i poprosił, aby podeszła bliżej. - Dziś mów mi Cormac. - zaczął. – W tym worku znajdują się pewne urządzenia, które po rozdaniu, pozwolą uruchomić radio wspierające słuszną stronę. To nowe przedsięwzięcie. Pluskwa schowana w odbiorniku radiowym, przy ustawieniu na odpowiedniej częstotliwości, będzie transmitować audycje prowadzone przez naszych sprzymierzeńców. – tłumaczył i pokazowo zademonstrował pluskwę. Włożył ją w dziewczęce ręce i kontynuował: – Wkładamy ją do odbiornika, ustawiamy częstotliwość na 101,1. To bardzo istotne. Kolejnym krokiem jest przestrojenie hasłem, poczekaj… – wyciągnął małą, zmiętą karteczkę z cyfrowym zapiskiem: – Tutaj jest hasło, trzymaj ją przy sobie. - najcenniejszy fragment całej akcji. Dostany w niepowołane ręce, mógł rozpętać prawdziwe piekło. - Następnie, wracamy do częstotliwości 101,1 i przekręcamy gałkę tak, aby nie wskazywała naszej stacji. Nadawanie zaczynamy piętnastego lutego. Jeśli odbiornik wpadnie w niepowołane ręce, osoby mogą wydać wszystko oprócz kodu, który masz tutaj na kartce. Musimy tego pilnować podczas komunikacji. Wszystko jasne? – zapytał asekuracyjnie, wbijając w nią błękitne tęczówki. – Musimy znaleźć kilka lokalizacji z dala od centrum oraz zaufanych ludzi, którym przekażemy te informacje. Wiesz coś na ten temat? Mam tu kilku poleconych znajomych. Przydałoby się roznieść je wszystkie. – skinął brodę na worek pełen aparatury i po tych słowach dźwignął się do góry ruszając w stronę wyjścia. Wszystko zaczynało się właśnie teraz.

| Ekwipunek:
- miotła
- maska na twarz ze skóry wsiąkiewki i skóry salamandry
- wieczny płomień (1 porcja, stat. 20)



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kryjówka pisarzy [odnośnik]07.09.21 13:15
Grube rękawiczki, pocerowane, przetarte na wysokości opuszków osłaniają bladą skórę dłoni przed chłodem, lecz nawet najtrwalszy materiał nie jest w stanie ochronić duszy przed nadciągającym zimnem, wdzierającym się we wnętrze, moszczącym się na skraju świadomości, kąsającym w momencie, gdy ciepłota emocji, choć na chwile przysiądzie na splotach myśli. I dobrze jest się bać. Strach namawia do ostrożności, do precyzyjności stawianych kroków, do niepoddawania się porywom trzepocącego serca - lęk kontrolowany wzmaga skupienie, nie pozwala na pochopność decyzji. Towarzyszy jej nawet teraz, niczym dobry przyjaciel i niemy wyrzut, oceniający każdy ruch wykonany, każdy gest planowany, tutaj w tym mieście potworze, gotowym pochłonąć wszelkie istnienie odbiegające chociaż trochę od tego, co wymarzyła sobie tutejsza władza. Ale jest też zawahaniem, znakiem zapytania w szarości spojrzenia, pytającym rozchyleniem ust, bo czy robi dobrze, narażając nie tyle siebie, co miejsce, które nieśmiało jęła nazywać domem? I skargą też jest wstrętną, pląsającą w kąciku skrzywionych ust, oczu zmrużonych, bo czy nie zostawili ich tutaj? Ci, którzy tak zapalczywie walczą o wolność, o dawny porządek? Opuścili Londyn, umykając zeń niczym szczury z tonącego okrętu, przytłoczeni miażdżącą przewagą, odbierając wszelką nadzieję na cokolwiek. Ale miała prawo ich winić? Naprawdę? Twarze poszukiwanych wyzierają z plakatów, wzbogacone o kolejne nazbyt znajome oblicze, któremu obiecała być uszami, wzrokiem, przedłużeniem ramienia. To normalne, że nie chcą być w miejscu, które dlań śmiertelną pułapką było, acz spisywanie Londynu na straty rzeczywiście było sprawą przesądzoną? Sytuacja na placu ukazała, że ludzie pamiętają, że nie poddają się tak łatwo, że nie pozwolą się uciszyć. I może list, który otrzymała, jest tego potwierdzeniem, nieśmiałym wyciągnięciem dłoni ku tym, co odtrąceni zostali. Jeszcze możemy działać, jeszcze można jakoś pomóc. Odepchnąć od koryta tych, co wpijają się weń z taką zajadliwością. Więc Finley stawia się tam, gdzie miała być. Jest wszystkim tym, czym nie powinna zresztą być - jest bowiem w jakiś sposób gniewna, jest też wystraszona, niepewna, a zarazem zdeterminowana. Skryta pod makijażem i wiarą, że wyuczone kłamstwa będą w stanie ją w razie czego wybronić, odciągnąć od postaci drobnej artystki na co dzień z ogniem igrającą. Przemierza więc te dziesięć kroków, w jedną, to w drugą stronę, aż wreszcie ramiona opadają, ręka przecina powietrze w wyrazie zrezygnowania wymieszanego z irytacją, po czym jak przystało na obrażonego chłopca, którego ktoś najwyraźniej śmiał wystawić, wchodzi do kryjówki tym swoim cięższym krokiem, stopy dalej od siebie stawia, zaburzając znany im zgrabny rytm poruszania się. Pomieszczenie jest puste, martwe, ciche. Godzina policyjna uderzała w artystyczne gniazda ciosem bolesnym, ograniczając kreatywność oraz wymianę idei nad ćmionym papierosem. Gdzie byli ci wszyscy twórcy, innowatorzy, ludzie słów i melodii? W domach się pewnie kryli, tak przynajmniej sądzi Finnie, może odnaleźli pośród swoich mieszkań jakąś przystań, którą mogą okupować bez strachu, że patrolowe buciory rozstroją kreatywności nastrój, pozbawiając nie tylko weny, ale i wolności. Musi nad tym przysiąść, sprawdzić, gdzie teraz mieszczą się skupiska bohemy - mogła to zrobić, była na tyle rozpoznawalna w tych kręgach, że bez pytań w swych progach ją powitają. Ale póki co, jej uwaga skupia się na jedynej postaci, jaka zajmuje przestrzeń tutejszą, mężczyzna obcy, wyraźnie spięty, czujny jak zwierzę. Ofiara, czy drapieżnik? Mimowolnie przemyka to przez umysł dziewczęcia, której popielate tęczówki zawieszają się na wysokości dłoni nieznajomego, te powędrowały natychmiast ku różdżce niezależnie, która z nich jest wiodąca. Kolejny znany gest, Michael też tak robił. Tylko tutaj brakuje pytań sprawdzających, upewniających się, że dana persona jest rzeczywiście tą, za którą się podaje. To zaufanie, nie do końca będące zaufaniem jest kłopotliwe, niebezpieczne. Ale kiwa głową, gdy pyta ją, czy jest tą, na którą czeka. Jest. Nie zna Becketta, ale podobno Zakonnicy mieli dostęp do informacji o każdym sojuszniku, ponownie niepokojące, lecz potrafiła zdusić to odczucie. Unosi rękę, na znak, by przerwał na moment i powoli sama różdżkę wyciąga, machnięciem uruchamiając magiczny gramofon czający się w kącie, klasyczny utwór gra wciąż cicho, na tyle, by nie wzbudzać zainteresowania z zewnątrz, lecz zarazem uniemożliwia natychmiastowego podsłuchiwania ich rozmowy. Londyn to bestia panie V., która oczy i uszy potrafi mieć na całej powierzchni swego cielska.
- Aye, Finnick sire-e - odzywa się, zaniżając dźwięczność swego głosu, zakłócając czystość jego, ciężarem szkockiego akcentu, dotąd wypieranego przez staranną dykcję. Nie miała być jednak sobą, lecz od siebie coś dawać musiała. Stała lekko zgarbiona, balansując na piętach, zasłuchana w wyjaśnienia Cormaca. Nie przerywała, zapisywała w chaosie umysłu każdą niezbędną informację, karteczkę przeczytała też pilnie, jak jeszcze nigdy, by wsunąć ją mogła do wewnętrznej kieszeni płaszcza, tuż przy sercu. Instrukcje były jasne, nawet jeśli zmusiły serce do mocniejszego bicia, bo tak bardzo chciałaby zasypać obcego mnóstwem pytań! Jak to zrobili? Jak wyglądały nad tym prace? Co jeśli kogoś złapią z pluskwą? Jak zapewnić bezpieczeństwo transmisji?
- Znam kilka osób sir-e, ay, tylko większość to same kurwy i złodzieje - wzruszenie ramionami. Wulgarny język nie przystoi pannom, zwłaszcza tak młodziutkim, ale Finnick nie był dziewczyną, był dzieciakiem portowym, językowe finezje nie leżały w jego naturze - Ale jest parę wyjątków pośród tej hałastry, zaprowadzę, tylko ryzyko tu większe jest, trza pamiętać. Dusze nie bardzo skłonne są narażać się, ale nie zdarza się im pomocy odmawiać, jeśli argumentacja jest dobra - ponowne wzruszenie ramion i różdżką machnięcie, aby uciszyć gramofon. Ciężar worka przerzuciła na siebie, mężczyzna był na pewno doświadczony, ale to Jones była tą zwinniejszą i szybszą, jeśli sytuacja będzie tego wymagać, to umknie z workiem sprawniej niż towarzysz, nie ryzykując odkrycia istnienia ich aparatury.

| zt x2. Idziemy dalej
kłamstwo II, śpiew II (modulacja głosu). ekwipunek: 1 cukierek na kłamstwo, kryształ na zwinność



Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kryjówka pisarzy - Page 6 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Kryjówka pisarzy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach