Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Plaża odpocznienia

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Plaża odpocznienia - Page 6 Empty
PisanieTemat: Plaża odpocznienia [odnośnikPlaża odpocznienia - Page 6 I_icon_minitime17.07.17 2:07

First topic message reminder :

Plaża odpocznienia

Nie wszystkim znane są magiczne, relaksujące właściwości rośliny znanej jako fluszek napęczniały. Każdy taki błękitny, mokry i wypełniony półprzezroczystą, nieco mętną substancją dysk, wydziela błękitnawą, lepką maź, która ma właściwości kojące i pozwala pozbyć się natarczywych bóli stawów oraz zmiękcza skórę stóp, które zmęczone są chodzeniem w obcisłych, eleganckich butach, delikatnie łaskocząc i chłodząc. Schorowani czarodzieje przychodzą tu, by boso spacerować po niemal fluorescencyjnych łebkach tajemniczych, oceanicznych roślin i doznać ulgi. Najmocniejsze właściwości stwierdza się wczesnymi, letnimi i zimowymi wieczorami, gdy fluszki lśnią bardzo jasną, migoczącą poświatą. Fluszki owszem, można zabrać do domu, ale odłączone od stada tracą swoje magiczne właściwości, stając się suchymi, bezwartościowymi kulami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 6 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Plaża odpocznienia - Page 6 Empty
PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia [odnośnikPlaża odpocznienia - Page 6 I_icon_minitime08.12.20 9:45

W świecie tak brutalnym i surowym nie było miejsca na prawdę. Otoczenie narzucało wszystkim określone standardy, jasno wyznaczone role w społeczeństwie wymagały szczególnych zachowań, a każdy kto się wyłamywał ze schematu był nieakceptowalny. Mężczyźni mieli być silni, zdeterminowani i odważni, a kobiety słabe, cierpliwe i współczujące. Nie było miejsca na odstępstwa od norm, a przecież każdy był inny. Każdy miał gorsze i lepsze dni. Billy nie musiał się wstydzić — ani tego, że czuł smutek, ani tego, że doskwierała mu bezsilność, kiedy oczekiwano od wszystkich zaradności. Smutek czasem powodował ból. Dziwny, przejmujący. Rozlewał się po trzewiach jak żółć, toczył w żyłach jak toksyna, którą ciężko było usunąć. To nie był powód do wstydu. Ale rozumiała, dlaczego to robił — zamykał się w sobie, kryjąc przed światem wraz z kamieniami, które połykał, a potem nosił w żołądku czując dokuczliwą niestrawność. Dlaczego mimo tych zapewnień i próśb krył się też przed nią, bojąc się, że zamiast kogoś kim chciał być ujrzy prawdę. Czasem słowa nie bolały tak bardzo, jak spojrzenie najbliższych, w których malował się zawód z niespełnionych oczekiwań; niespełnionych nadziei. Może dlatego mu wszystko wybaczała. Nie miała względem niego żadnych oczekiwań. Nie miała wymagań, którymi mogłaby go przygnieść, zarzucić, zmusić do działania i bycia kimś innym — nie sobą. Choć uważał, że powinna — dając coś z siebie miała brać. Nie chciała tego: narzucać mu czegokolwiek, kiedy świat dookoła wymagał już od nich tak wiele, tworząc codziennie nowe wyzwania. Stojąc z boku, będąc potrzebną od czasu do czasu mogła śledzić jego zmiany, zachowania. Mogła doszukiwać się zarówno słabości jak i sztucznie kreowanych póz, nawet wtedy, gdy zdawało mu się, że tego nie widziała, gdy tuszował to dobrze zmianą tematu, a najczęściej ucieczką, bo przecież nie potrafił kłamać. Nie jej. Wybaczała mu potknięcia, bo tylko ci, którzy nie ruszali się z miejsca nie tracili równowagi. Wybaczała wpadki, bo nawet najlepsi popełniali błędy. Dostrzegła znacznie więcej, niż myślał. I to wszystko z biegiem lat doprowadziło ją właśnie do tego miejsca, do tej chwili. I w końcu, do takich uczuć.
Może przyglądała mu się za bardzo i to była tak naprawdę jej wina, a nie jego.
Kiedy zmarła im mama, a on leżał na jej kanapie w mieszkaniu przy Baker Street i tępo patrzył przed siebie, z pewnością zastanawiając się nad tym, co zdążył jej powiedzieć, a z czym się spóźnił, opuszkami palców wyznaczając niezbadane ścieżki po jego włosach, powiedziała mu, że jest bardzo silny. Nie kłamała. Zawsze wiedziała, że gdyby była na jego miejscu nie dałaby rady. To była jej słabość, jakby ludzie, których kochała tworzyli ją sami, powodowali, że była kim była. Może wynikało to z tych oczekiwań względem niej, a może — piękniej — z miłości, jaką ich obdarzała i jaką względem niej żywili. I dziś też nie był słaby. Powiedzenie tego wszystkiego, co wyszeptał jej cicho, wymagało od niego wielkiej odwagi. Przyznania się do uczuć i myśli, które wywoływały najgorsze skojarzenia. Pokonania własnych obaw, że ludzie, na których polegał nie udźwigną prawdy, którą im serwował. Nie była aż taką bohaterką. Nie przyjmowała tego z lekkością, uśmiechem ani spokojem. Ale godziła się na to, że rzeczywistość jaką prezentował nie była krystaliczna ani idealna. Że on jak każdy, ma swoje gorsze strony, zdarzały mu się pomyłki. Umiał doprowadzić ją do wściekłości, jak nikt, czemu dziś dał przykład. Potrafił doprowadzić ją do łez, potrafił ranić — jego nagły wyjazd bez słowa bolał ją jakby przełamał jej serce na pół i splunął na nie z pogardą. Ale to przetrwała. I zdawało jej się, że jest w stanie znieść znacznie więcej i przyjąć go z całym tym bagażem dalekich od doskonałości cech i myśli.
Wiedziała, że on też to potrafił. Słyszała to w jego prośbie, widziała w jego oczach, a w końcu poczuła w palącym pocałunku dłoni. Może ręce miała wciąż zbyt zimne, a jego usta były zbyt rozgrzane — pewnie to ta zmiana temperatur sprawiła, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, a wzdłuż całego kręgosłupa przemknął dreszcz. Nie dosuszyła bluzki, wiatr musiał zawiać od tyłu. Uśmiechała się wciąż, tak samo lekko, ale tak samo ciepło. Nie wiedziała, jak go zapewnić, że pomimo tego, co nadejdzie i tych wszystkich zmian, których się bała tego jednego mógł być pewien. Jej. Tego, że zrobi wszystko, by czuł się przy niej zawsze tak, jakby był w domu. Ścisnęła więc jego palce w odpowiedzi, nie odrywając od niego spojrzenia przez tą krótką chwilę, która dla niej zdawała się być wiecznością.
— Dobrze — szepnęła, przystając na jego prośbę cicho. Nie wiedział, jak wielką magię miał jego uśmiech, kiedy śmiał się oczami; kiedy to wszystko, co miał najpiękniejsze było w nich widoczne. Nie widziała w nich własnego odbicia, wpatrzonego, naiwnego, głupiutkiego — widziała jego w pełni, całego. Na jedną krótką chwilę wolnego od trosk i zmartwień. I była pewna, że w ostatniej chwili swojego życia właśnie tak wywołałaby go z pamięci. Poczułaby też jego ciepło i siłę jego ramion, kiedy obejmował ją tak, jak zrobił to właśnie teraz. Podciągnęła do siebie nogi, podkuliła pod siebie jedną z nich, wychodząc mu naprzeciw. Wtuliła się w jego ramię, palce rozłożyła szeroko, przesuwając dłonie po jego plecach aż do łopatek. Trzymając się go, choć nie mocno, nie kurczowo. Raczej lekko, swobodnie, jak wtedy gdy miało się zaraz usnąć; bez obaw i strachu, że się upadnie, bo było coś — w tym przypadku ktoś — co utrzyma jej równowagę i ciężar i utrzyma ją nim osunie się na ziemię. Przymknęła na moment powieki, czując nagle, jak wszystko z niej spływa, jak uchodzą z niej emocje, jak napływa spokój — jego cichy oddech w każdym wydechu powietrza rozwiewającego pojedyncze włosy, uderzające o szyję i ramię, nadawał rytm jej sercu; coraz spokojniejszy, coraz wolniejszy. Klatka jego ramion zwolniła ją, ale nie na tyle gwałtownie, by osunęła się niżej. Odprężona, nieco ociężała i otumaniona tą błogą chwilą, spojrzała na niego spod ciemnych rzęs. Łzy, które spłynęły po policzkach i ukryły się gdzieś w zmarszczkach szerokiego uśmiechu nie zostawiły po sobie zbyt wiele śladu. Blady połysk znikał z każdym szumem morza, każdym lekkim podmuchem wiatru zza pleców. Chciała mu powiedzieć, ale nie potrafiła, bo coś, wzruszenie pewnie, wypełniło jej gardło — uszczęśliwił ją tym. W kilku słowach, zbudował jej twardy grunt pod nogami; w tej obietnicy znalazła siłę, która w przyszłych chwilach zwątpienia pozwoli jej odnaleźć otuchę, coś pewnego, coś trwałego.
Kiedy odchrząknął szturchnęła go w ramię lekko.
— Nie dość, że gaduła to jeszcze zmyślacz. — Przewróciła oczami, biorąc głęboki wdech, zimne, morskie powietrze zadrapało ją w krtani. — I do tego perfidny. Chcesz mnie tu uśpić. Co to, to nie, Williamie. — Oparła się jedną ręką o piach i cały ciężar ciała przełożyła na tę stronę, blisko niego. Obróciła głowę w kierunku wody, by zobaczyć, jak gwiazdy tańczą po połyskującej toni. — Tej nocy będę cię pilnować, byś nie robił głupot — zagroziła; może obiecała? Uniosła głowę w górę, na ciemne niebo, a później dalej przeciągnęła na niego, patrząc mu w czy pod kątem. Zawsze wierzyła, że ktoś taki jak on, gdy już się odzywał — mówił z sensem, a jego słowa nie były rzucane na wiatr. I miały wielką wartość. Chciała, by wiedział, że tak jak dziś jej milczenie. Wymowne, prawdziwe i proste. Błądząc spojrzeniem w piachu, trochę chaotycznie, trochę w narastającej panice, dopowiedzeniach serwowanych przez jej podstępną kopię głęboko w głowie, w końcu zaczepiła na nim wzrok.
Brakowało jej wyczucia, brakowało taktu, ale nie dostrzegła w nim ani złości ani żalu. Jego słowa prócz pociechy niosły ulgę, gdy ona gubiła się we własnych przypuszczeniach. Czuła się jak dziecko, choć pewnie bliżej było jej do starości; nie szarej i ponurej, ale wciąż zgryźliwej; jak dziecko stawiające pierwsze kroki, chwiejące się każdym ruchem i mimowolnie szukające podparcia, choć unikające wyciąganych ku niemu rąk. Nie z obawy i braku poczucia bezpieczeństwa, ale z powodu zatrzymania — zbyt wcześnie. Z każdym krokiem miała wrażenie, że poziom skrępowania tą rozmową osiągał szczyt, kolejny, raz za razem, coraz wyżej, a gdzieś na końcu czeka ją zażenowanie tak dramatyczne, że będzie miała ochotę zaszyć się w swoim starym pokoju, niezmienianym od lat, pod wysokim łóżkiem, kryjąc się przed mamą, wierzącą, że praca zajmie jej myśli; braćmi, zatroskanymi i złoszczącymi się na przemian, i ojcem; surowym i rozczulonym jednocześnie.
Kiedy jego dłoń przykryła jej, uniosła na niego wzrok.
— Zasłużyć?— powtórzyła po nim, marszcząc brwi — w tym wyrazie niedowierzanie mieszało się z zawstydzeniem i frustracją. Seria komplementów, jakimi ją obdarował znów odebrała jej głos; ścisnęła gardło. Cisnęło jej się na usta, że był taki głupi, mówiąc to, co mówił dalej — ale nie powiedziała nic, nie palnęła bezmyślnie, ale i nie myślała tak wcale. Jego uczucia nie były głupie. Nigdy. Nie były takie też jego obawy i strachy, choć miała ochotę tak powiedzieć. Trochę dla krytyki — ale nie potrafiła go krytykować, gdy otwierał się w ten sposób; a trochę dlatego, że w takich chwilach właśnie te słowa przychodziły na myśl, choć one same w sobie były idiotyczne, bo kompletnie nieprawdziwe. Nic z tego, co mówił nie sprawdziłoby się, nie wydarzyło. Chociaż nie wiedziała tego na pewno, nie potrafiła przewidywać, była przekonana, że nie. Ale kim ona była, by móc zaprzeczać? Nie wiedziała o związkach nic. O relacjach, o dramatach. O problemach ludzi żyjących ze sobą, o uniesieniach, oczekiwaniach względem siebie — a nawet o kłótniach, w których, jak sądziła, we wszystkich relacjach osiągnęła mistrzostwo.
— Jestem tylko… sobą — szepnęła w końcu niepewnie, kiedy czuła, że odzyskała władzę nad własnym gardłem. — Złośliwą, uszczypliwą, krzykliwą, histeryczną sobą. — Nikim wyjątkowym. Nigdy nie wydawała się sobie odleglejsza niż w tej chwili. — Zrzędą, paplą, wypominalską… Jeśli chcesz się licytować… Jeśli ktoś miałby coś popsuć to zrobiłabym to lepiej— głos gdzieś jej się załamał w ostatnich głoskach, ale nie odrywała od niego oczu. Nie było czym się szczycić. Psucie spraw miała we krwi, choć kierowały nią jak najlepsze intencje. — Ale się nie poddaję — przyznała mu to jedno, bez fałszywej skromności. Była zażarta. I potrafiła walczyć, jak lwica, dopóki starczało jej sił. A kiedy ich brakowało, do ostatniego tchu.— A już na pewno nie, jeśli chodzi o ludzi, na których mi zależy. —  Definiowali ją, wskazywali kierunek działań. Jak mogłaby przestać o nich walczyć. Walczyła za innych — nie tylko przeciwko tym namacalnym, bezlitosnym wrogom na ulicach. Przeciwko cierpieniu, miłosnym zawodom, rozczarowaniom najbliższych przyjaciół. Jak mogłaby odpuścić — odwrócić się, zamilknąć wtedy? Nigdy nie owijała w bawełnę, wiedział, co myślała o jego związkach. Nie były dostatecznie dobre, wystarczająco trwałe, prawdziwe. Niewystarczająco im zależało. Zaniedbane, pozostawione same sobie, pełne zgryzoty musiały runąć jak zamki z piasku. Jej wyobraźnia pognała dalej wraz z myślą, że z nią byłoby inaczej. To oczywiste.
Ale nie miała nigdy odwagi, rozumiała, że mógł nie mieć jej też po tym wszystkim.
Za łatwo ją skreślił, za mało miał pewności w samym sobie. Wiary. Może kierowała nią dziewicza naiwność, nie doznawszy miłosnych rozczarowań, dylematów i rozstań nie potrafiła pojąć znaczenia jego słów, obaw z nimi związanych. Nie miała szans spróbować. Nie odważyła się nigdy pójść tą drogą; może to był argument za tym, by milcząco przyjęła jego słowa, ale jakiś dziwny protest rodził się w niej naturalnie. Jednocześnie nigdy nie chciała go zmuszać. Do niczego. Przymus rodził złość. Mogła jedynie prosić: — Nie przestawaj we mnie wierzyć — ani w to, jak mogłaby się zachować; co zrobiłaby w jednym z tych jego sprawdzonych scenariuszy. Chciała zaprzeczyć we wszystko, co mówił, pewna tego, że potoczyłoby się inaczej - ale to on miał za sobą dwa związki, dwie poważne relacje, dwa życia oparte na głębokim uczuciu, wspólnym budowaniu przyszłości - o tym wszystkim wiedziała tyle, ile za dziecka przeczytała w babcinych powieściach. — Ufaj mi.— Uniosła dłoń i przyłożyła ją do jego policzka, gładząc kciukiem jego skórę, szorstką w miejscu, gdzie nad ranem pojawi się wymagający golenia krótki zarost, a po chwili przyłożyła drugą przysuwając się bliżej. — Nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny — choć gdyby mogła, wymazałaby wszystko to, co wywoływało w nim to ciągłe uczucie niepowodzenia, to wiszące nad nim fatum. — Nie chcę, żebyś się bał. Nigdy. Niczego. Nie ludzi, którzy są przy tobie, nie ich intencji, chęci. Nie pragnień. Najszczerszych, najgłębszych, najbardziej wstydliwych. Takich, które w życiu słyszy się tylko raz, a później pozostaje tylko wiara, że to wciąż trwa i nic się nie zmienia. Nie czynów i działań wobec ciebie. Nie bój się siebie. Swoich myśli, tęsknot, potrzeb, pragnień. Ani tych wstrętów. One też czynią cię pięknym. A jeśli ich nie chcesz...— Spuściła wzrok na moment i westchnęła, po chwili dopiero wracając spojrzeniem do jego oczu. — Oddaj je mnie. Ja je chętnie przygarnę. Nie waż się we mnie wątpić — bo jeśli wątpił w siebie, mogła temu jakoś zaradzić, zrobić coś, by udowodnić mu, że się mylił. Ale kiedy wątpił w nią była całkowicie bezsilna, zdana na los, szczęście, pełna jedynie nadziei, że pójdzie po rozsądek do głowy i uwierzy. Na nic jej starania, walka, nieustanne udowadnianie czegokolwiek, jeśli nie potrafił odnaleźć w tym pociechy. — Nie musisz nikomu dorównywać w niczym, Billy. — Nigdy nie musiał. Westchnęła cicho, odrywając dłonie od jego cieplejszej już twarzy. Nie wiedziała, jak ma przekazać mu to co czuła, co myślała, kiedy słuchała tych absurdalnych, a jednocześnie paraliżujących słów. — Nie potrzeba nic więcej— dodała po chwili zdecydowanie; wystarczy wydało jej się niewystarczające, nieadekwatne do tego, jak bardzo potrafił wypełniać pustkę i poruszać ją jednocześnie. Ona nie potrzebowała niczego więcej. Nigdy. To nie ona szukała w innych czegoś, nie ona wypełniała pustkę, szukała pocieszenia. Od zawsze zdawało jej się, że wiedziała, gdzie jest jej miejsce i co musi się wydarzyć. Wiedziała, w którą stronę patrzeć, rezygnowała świadomie, odmawiała znając konsekwencje. Bo nie chciała niczego więcej. Może popełniła błąd; dziś byłaby zupełnie gdzie indziej, mając jakąś przeszłość. Ale nie żałowała. Nie byłaby sobą, gdyby to zrobiła.
Może istniał powód, dla którego Camilla trzymała córkę w sekrecie. Może istniała cała masa powodów, przez które Marcella czuła, co czuła. Zapomniał jednak o czymś jeszcze. Bo tak było prościej? Wygodniej? Musiał być jakiś powód, dla którego ta, na którą rzekomo nie zasługiwał, nie chciała nikogo innego.
Cofnął dłoń, nie umknęło jej to. I zdawał się wycofać cały, odsunąć od niej nawet jeśli wciąż tkwił w tym samym miejscu. Zamykał się powoli, chował do skorupy jak żółw. Po tym, jak zrobił krok do przodu. Patrzyła na niego chwilę, gdy wyznał swoją winę. I znów ten strach. Paraliżujący, okropny. Spuściła wzrok na piasek, a później między przesypującymi się ziarenkami piasku poprowadziła palce, niepewnie, delikatnie odnajdując jego, próbując wsunąć się między nie niepostrzeżenie, zwinniej niż mógłby tego po niej oczekiwać, kiedy zaciskał ją na piachu, patrząc jak mu ucieka. Drobiny szorstko otarły się między nimi, przez chwilę nieprzyjemnie, ale nie cofnęła dłoni.
Nie mogła być jego przewodniczką. Nie w tej sprawie. Nie znała drogi, nie wiedziała, co dalej, ani w którą stronę. Gdyby spróbowała porwać go na siłę, zawiodłaby go tylko, zgubiwszy się gdzieś po drodze. Wtedy pewnie byłoby tak, jak się spodziewał. Potrzebowała kierunku, wskazówki, by nie błądzić jak dziecko we mgle. Ale na razie, gdy jego dłoń wymknęła jej się i powędrowała do skroni, nie musieli nigdzie iść. Mogli zostać w tym miejscu na zawsze, jeśli to tego właśnie potrzebował. Potrzęsła głową. — Nie zawiodłeś nikogo — przypomniała mu cicho; a już na pewno nie zawiódł jej. Tym wyznaniem, prawdą. Sobą. Rozumiała. Uśmiechnęła się lekko. Nie musiał przepraszać, nie wydarzyło się nic, co sprawiłoby jej przykrość. — Jesteś zmęczony — zauważyła, przyglądając mu się. Ona też była. Tego wszystkiego było zbyt dużo jak na nich, jak na jeden dzień. Rozprostowała znów nogi i odchyliła się lekko, robiąc mu miejsce — jeśli chciał. Mogli tu zostać aż do rana. Nikt nie będzie pytał, nikt nie musiał wiedzieć.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
William Moore
William Moore

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f181-oaza-chata-nr-27 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : buntownik; złota rączka
Wiek : 28
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Plaża odpocznienia - Page 6 Empty
PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia [odnośnikPlaża odpocznienia - Page 6 I_icon_minitime08.12.20 14:09

Tylko ona to potrafiła. Dotrzeć do niego w ten sposób – skłonić, pozornie bez większego wysiłku, żeby powiedział jej o wszystkim, co mu ciążyło, o obawach zalewających wnętrzności, o strachu uniemożliwiającym oddychanie. I o poczuciu winy: gorącym, ciągnącym go w dół niczym przewieszony przez ramiona worek kamieni. Wciąż nie był pewien, dlaczego – nie chodziło przecież o to, że było mu w tych momentach wszystko jedno, bo nigdy nie traktował słów i myśli Hannah z obojętnością. Wprost przeciwnie – cenił je, chował głęboko w sercu, czasami sam o nie prosił, choć zdarzało się też, że bał się płynącej z nich szczerości – i może dlatego bywało, że przed nią uciekał, zasłaniając się ścianą milczenia; wiedząc, że jeśli tylko pozwoli objąć się ramionami, otoczyć trosce i zrozumieniu, zdania popłyną same – wszystkie, nawet (a może szczególnie) te, których nie był jeszcze gotów wypowiedzieć na głos. Może to było głupie – może wystarczyło zaufać, uwierzyć, że potknięcia nie sprawią, że Hannah odwróci się i odejdzie, zwłaszcza, że ona sama nigdy nie dała mu powodów do snucia podobnych wizji, ale ten lęk wciąż gdzieś tam istniał: zakorzeniony głębiej niż ich przyjaźń, głębiej niż płynąca w jego żyłach magia, głębiej nawet niż Quidditch – swój początek mający w wypełnionej kredowym pyłem klasie, przywodzący na myśl nieprzyjemny zapach wilgotnej szmatki do wycierania tablicy i naftaliny, którą cuchnął sweter mugolskiej nauczycielki; brzmiący śmiechem, nieprzyjemnym, złośliwym. Podobno słowa były tylko słowami, ale w jego przypadku od zawsze potrafiły być czymś więcej: przeszkodą, bronią, która zbyt łatwo mogła być skierowana przeciwko niemu, raniącą dotkliwie i boleśnie. Bał się ich – wtedy, kiedy ściskały go za gardło, dusząc i nie chcąc uparcie wydostać się na zewnątrz; wtedy, gdy przychodziły za późno, gdy zamiast jasności, przynosiły niezrozumienie; i wtedy, kiedy jego własna nieporadność nadawała im mocy niszczenia, gdy burzyły zamiast budować, gdy raniły zamiast łagodzić.
Dzisiaj było inaczej – a może to z nią było inaczej, i może od samego początku wiedział, że będzie – dlatego to jej imieniem opisał skreślony drżącą dłonią list, prosząc, żeby przyszła, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, w jakim stanie go znajdzie. Może podskórnie tego właśnie chciał – skruszenia muru, który zaczął budować wiele miesięcy temu, jeszcze przed swoim wyjazdem, gdy po raz pierwszy sekrety i poczucie winy zmusiły go do stopniowego oddalania się od ludzi, na których zależało mu najbardziej. Nie kłamał, chwiejnie wypisując zdania na zachlapanym alkoholem pergaminie, nie chciał być sam – ani tego wieczoru, ani żadnego następnego, nawet jeśli oznaczało to wyciągnięcie na wierzch tej najgorszej, najgłębiej chowanej wersji jego samego; wersji, której zdarzało się odrzucać ideały na rzecz złości i nienawiści, która popełniała błędy, która robiła za mało – i przez to nie zdołała uratować przyjaciela z rąk morderców. Ta myśl wciąż zjadała go od środka, i podejrzewał – już teraz, siedząc na morskim brzegu, na niemal pustej plaży, nieoddalonej wcale tak bardzo od stadionu, po którym nie raz i nie dwa niosło się tubalne echo śmiechu Rodericka – że nie pozbędzie się jej nigdy. Że zawsze już zostanie z nim, to palące przekonanie o własnej bezsilności, przypominając o sobie jak odzywająca się nawet po latach blizna po upadku. Ale może to było w porządku – może potrzebował tej nauczki, i może mógł przekuć ją na coś lepszego. Pomoc Justine, przede wszystkim, ale nie tylko – bo mieli znacznie więcej ludzi do uratowania, i całe szeregi wrogów do pokonania. Miał nadzieję, że będzie pamiętał: gdy stanie z nimi oko w oko, w końcu, któregoś dnia, być może – już wkrótce; że nie zawaha się, kiedy to będzie miało największe znaczenie. I że po wszystkim nie zostanie sam – szczupłe palce, zaciskające się na jego dłoni, gdy wypowiedział cichą prośbę, pozwalały mu nieśmiało wierzyć, że nie.
Dobrze – powtórzył za nią, cicho, jednocześnie przypieczętowując wcześniejsze słowa, jak i składając obietnicę. Że on też będzie, zawsze, gotów ściągnąć z jej ramion ciężar podjętych decyzji; jak wtedy, gdy w skreślonym w środku nocy liście przyznała, że walcząc o wydarcie Londynu z rąk Rycerzy Walpurgii, spowodowała śmierć dwóch czarodziejów. Żałował, że nie mógł być tamtego dnia obok, i że jedynym, co mógł jej zaoferować, było trochę atramentu na zwiniętym w rulon kawałku pergaminu, ale przynajmniej dziś mogło być inaczej – nie spieszył się więc, gdy obejmował ją ramionami, w spokojnym uścisku odnajdując znacznie więcej, niż tylko wydzierane przez chłodne powietrze ciepło. Była tam stabilność, wsparcie, akceptacja; nadzieja – rozjaśniająca to, co było, i to, co dopiero miało nadejść, uderzyć w nich potężną falą, będącą w stanie pozbawić ich równowagi i pociągnąć brutalnie na dno. Kiedyś – choć jeszcze nie teraz, i jeszcze nie tego wieczoru.
Zaśmiał się, odchylając się lekko i mrugając odrobinę zbyt szybko, pozbywając się spod powiek łez, którym nie pozwolił popłynąć, zamiast tego przełykając je razem ze śliną; na moment ścisnęło go w gardle, ale odchrząknął, pozbywając się tej niewidzialnej guli. Obrócenie słabości w żart, nawet jeśli tylko tych nieistotnych i tylko na chwilę, sprawiło, że zrobiło mu się lżej. Odrobinę, smutek i żal wciąż kotłowały się gdzieś na wysokości jego żołądka, wywoływały tępy ból w klatce piersiowej – ten jednak wydawał się teraz nieco bardziej znośny. – Ja nigdy n-n-nie zmyślam – zaprzeczył z udawanym oburzeniem, wywracając oczami. Podążył spojrzeniem za Hannah, również spoglądając w górę – w niebo, teraz już zupełnie pociągnięte granatem. Ile czasu minęło, odkąd usłyszał jej krzyk, niosący się ponad wodą? – Wydaje mi się, że w-wy-wyczerpałem limit głupich decyzji na dziś – dodał ciszej, opuszczając wzrok, zawieszając go na jej profilu, oświetlonym z jednej strony blaskiem bijącym od ogniska, pokrytym tańczącymi na wietrze cieniami. Coś ciepłego rozlało się za jego mostkiem, na wargach znów odbijając się uśmiechem – choć tym razem bardziej bezwiednym niż świadomym. – Nigdzie się nie r-r-ruszę – obiecał, zamykając w tych słowach zarówno zapewnienie – że nie musiała się martwić, śledzić czujnie jego kroków – jak i przeprosiny; nie chciał już chować się nie wymówkami, na jego zachowanie nie było usprawiedliwienia, nie przeszkadzało mu więc nazywanie go po imieniu. Postąpił głupio, nierozważnie, lekkomyślnie; pozwolił, by gniew go zaślepił – i mało brakowało, a oboje by za to zapłacili. To chyba było zresztą w tym wszystkim najgorsze: ta świadomość, że jego błędy nie odbijały się tylko na nim, a również na osobach, które były mu najbliższe; że jego słabości, te, które czasami brały nad nim górę, mogły stać się także jej słabościami – bo jeśli w czymś się tego wieczoru ze sobą zgadzali, to w tym, że Hannah się nie poddawała. Nie zostawiła go, gdy spróbował ją od siebie odsunąć, i nie zawahała się przed wbiegnięciem za nim do wody, choć przecież w głębi ducha musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak mogło się to dla niej skończyć. Może to właśnie stąd brało się to przekonanie, wypowiedziane wreszcie na głos i zawisające pomiędzy nim, podparte co najmniej setką innych powodów: że nie zasługiwał, by ktoś taki, jak ona, poświęcał się dla niego.
Nie odpowiedział, gdy dotarło do niego echo jego własnych słów, powtórzone jej głosem, ale nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy zaczęła wymieniać wszystko to, co w jej oczach było w niej najgorsze; rozbawienie na moment przedarło się przez skrępowanie, przez niepewność, odbijając się w uniesionych kącikach ust i zmarszczkach wokół oczu. Tak, zdarzało się, że była tym wszystkim – że wytrącała go z równowagi, zmuszając do porzucenia towarzyszącego mu zazwyczaj spokoju, i że tracił w jej obecności cierpliwość; że uporem przerastała nawet jego, za nic nie dając sobie przemówić do rozsądku. Ale to były drobnostki, całkowicie nieistotne wobec tego, że Hannah przede wszystkim była: zawsze wtedy, kiedy jej potrzebował, gdy nie dawał rady, a świat groził zawaleniem mu się na głowę; gdy w siebie wątpił, nie wierzył, i wtedy, gdy wracał z podkulonym ogonem, starając się na nowo odnaleźć dla siebie miejsce w rzeczywistości, którą porzucił, a która pod jego nieobecność zmieniła się nie do poznania. – Tylko czasami – przytaknął, przekrzywiając głowę, zaraz jednak spoważniał; nie chciał, by pomyślała, że żartował – nie w tej kwestii. – Nie popsułaś n-n-niczego – powiedział, przy tym zapewnieniu nieco mocniej zaciskając palce na jej dłoni. – Ani nie popsułabyś – dodał. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości, powiedział jej to już dzisiaj – że nie odsunąłby się od niej bez względu na to, co by mu powiedziała. Nie rzucał słów na wiatr, naprawdę w to wierzył; gdyby mu tylko na to pozwoliła, zaakceptowałby z jej strony wszystko, tak samo, jak wszystko by jej wybaczył. Doświadczenie i przeszłość nie działały co prawda na jego korzyść, były relacje, ważne, pozornie silne, o które walki zaniechał, zgadzając się na to, by zniszczały i przepadły, ale sądził – być może naiwnie – że to nie było to samo. On też był zresztą inny, zderzenie się z nową rzeczywistością i bolesny upadek, z którego ledwie udało mu się podnieść, go zmieniły, zmuszając do ostrożniejszego obchodzenia się z tym, co miał; uświadamiając mu – raz po raz na nowo – że niczego nie mógł już brać za pewnik. Ani rodziny, ani przyjaźni – ani ludzi, którzy byli dla niego ważni.
Czy rzeczywiście brakowało mu wiary? Zaufania? Oderwał spojrzenie od piasku, przestając śledzić drżące, przemykające po nim cienie, czując na policzku dotyk ciepłej dłoni – i odruchowo odnajdując parę czekoladowych tęczówek. Nie cofnął się, choć przez moment myślał, że to zrobi – wyczuwając, być może, gdzie uderzą słowa, które miały dopiero paść; druga dłoń zatrzymała go jednak w miejscu, choć możliwe, że zrobił to też głos Hannah – spokojny, ale mający w sobie też coś z charakterystycznej dla niej stanowczości, tej, która zazwyczaj nie pozostawiała po sobie wiele miejsca do dyskusji. Otworzył usta, jednak w pierwszej chwili nie zdołał wypchnąć spomiędzy warg żadnych dźwięków – grzęznących gdzieś w ściśniętym przełyku, tłoczących się na poziomie strun głosowych, powstrzymanych przez zdania piękniejsze, niż sam byłby w stanie kiedykolwiek złożyć w całość. Docierające prosto do niego, do tego miejsca, które na co dzień pozostawało ukryte, chronione rzędami niewidzialnych barier i murów; dzisiaj zburzonych, poddających się pod naporem serii łamiących serce wydarzeń, obdzierających go z sił; zbyt wątłych, by mógł się już teraz za nie schować, choć prawdę mówiąc – wcale tego nie chciał. Tego wieczoru nie pragnął samotności – więc przestał jej szukać, zamiast tego wychodząc Hannah naprzeciw, przyjmując wszystko to, co mówiła. To nie było łatwe – to, o co prosiła; walczył z tymi lękami całe życie, prowadząc walkę, której nie miał już nadziei wygrać, ale przecież musiała o tym wiedzieć; znała go lepiej, niż ktokolwiek inny, prawdopodobnie lepiej niż on sam – komu miałby zaufać, jeśli nie jej? – Hannah – odezwał się cicho, gdy udało mu się odzyskać zdolność mówienia, choć wciąż nie był pewien, co dalej; zadrżał, lekko, może niezauważalnie, mimo że wcale nie było mu zimno – chłodne podmuchy uderzające w nich od strony morza w którymś momencie przestały mu przeszkadzać, nie będąc wstanie przedrzeć się przez ciepło bijące od ogniska i to, którym promieniowała para drobnych dłoni. – T-t-to nie w ciebie wątpię – przyznał, odwracając na chwilę spojrzenie, spoglądając gdzieś w bok, choć nie było tam niczego, na czym mógłby zatrzymać oczy, więc je zamknął – udając, przez moment, że naprawdę nie potrzeba było nic więcej, i że liczyło się tylko to, co tu i teraz; że cały ten żal, to poczucie winy i ten strach mógł pozostawić na zewnątrz, poza jasnym kręgiem rzucanego przez płomienie światła, poza tą samotną wyspą na wybrzeżu, na której się schronili. To nie była taka zła myśl – i skupiając się na niej, pozwolił sobie odetchnąć, wypuścić wstrzymywane w płucach powietrze; jedna z dłoni Hannah zsunęła się z jego policzka, ale uniósł własną, żeby ją złapać, nim ponownie oparłaby się na piasku; na chwilę. Na chwilę też pochylił się do przodu, niedaleko, bo przecież była tuż obok – zatrzymując się dopiero, gdy zetknęli się czołami, nieruchomiejąc na parę oddechów, nie wiedział ile, nie liczył – później przesuwając się odrobinę, opierając się skronią o jej skroń, czując, jak kilka luźnych kosmyków łaskocze go w twarz. Nie odpowiadając sobie na żadne z pytań, które kłębiły się w jego głowie, wreszcie cichnąc; musiały poczekać – na inny dzień i inny czas, odpowiedniejszy, spokojniejszy; mniej przesiąknięty żalem i wyrastającą na nim potrzebą. – Jesteś pewna, że chcesz zabrać to w-w-wszystko? – zapytał, choć nie był pewien, czy na tyle głośno, by usłyszała; może sam nie był pewien, czy chciał, żeby to zrobiła – i dlatego odczekawszy zaledwie ułamek sekundy, odsunął się powoli, cofając dłonie i odchylając się w drugą stronę, choć bardziej niż fizycznie, uciekał myślami – pozwalając, by otrzeźwiło go chłodniejsze powietrze. Burząc tamtą chwilę, przypominając o świecie, który wciąż ich otaczał – a o którym pozwolił sobie na moment zapomnieć.
Nie było mu jednak dane zaplątać się we własnym umyśle na długo, dłoń Hannah odnalazła go bez problemu – ignorując piasek, splatając ich palce, dając oparcie. Gdy się odezwała, spojrzał na nią z wdzięcznością, choć z tym, co mówiła, nie mógł zgodzić się tak do końca. – Zawiodłem siebie – zaoponował, głosem spokojnym i jakby znużonym; miała rację, był zmęczony – i ona też musiała być, więcej niż raz zmuszona walczyć dzisiaj o własne życie. – Nie tylko dzisiaj. Ale n-n-następnym razem – następnym razem postaram się b-b-bardziej – obiecał, chyba bardziej samemu sobie niż jej, z jakiegoś powodu potrzebując, by te słowa rozległy się w wypełnionym szumem fal powietrzu, może zwyczajnie potrzebując wypowiedzenia ich na głos. Mówił o Justine – o tym, że zrobi wszystko, żeby wyrwać ją z rąk wrogów, ale nie tylko; było znacznie więcej błędów, które wciąż wymagały naprawienia, i więcej decyzji, które trzeba było zastąpić nowymi.
Ale nie dzisiaj – dzisiaj, zachęcony słowami przyjaciółki, poddawał się wreszcie ciągnącemu go w dół zmęczeniu, choć gdy wyprostowała nogi, uśmiechnął się tylko – i odwrócił się, najpierw siadając obok niej ramię w ramię, a później rozciągając się na piasku – jeszcze wilgotnym, chłodnym pod jego plecami, choć nie do końca nieprzyjemnym. Jedno ramię zgiął w łokciu, żeby podłożyć dłoń pod kark, robiąc z niej prowizoryczną poduszkę, drugie wyciągnął w bok, zerkając na Hannah. – Nie pójdę robić g-g-głupot, jeśli zaśniesz – przypomniał, przenosząc spojrzenie w górę, w niebo. – Piasek jest zimny, ale gdzieś tam jest m-m-mój sweter – zrobił z niego wcześniej prowizoryczny koc i pewnie krył w sobie setki szorstkich drobinek, ale mógł też przynajmniej częściowo ochronić ją przed bijącym od ziemi chłodem.
Jeśli zdecydowała się do niego dołączyć, otoczył ją ramieniem, przesuwając się tak, by było jej wygodnie – by mogła oprzeć o niego głowę – i przymknął powieki, trochę świadomie, a trochę bezwiednie zaczynając nucić: piosenkę starą i sięgającą jeszcze jego dzieciństwa, która chyba kiedyś miała słowa – ale te zatarły się w jego pamięci, pozostawiając po sobie tylko melodię, spokojną i prostą, ale niosącą ze sobą jakąś otuchę, którą jednocześnie wyrysowywał na plecach Hannah, przesuwając opuszkami palców po okrywającym je materiale. Miał wrażenie, że to właśnie jej potrzebowali dzisiaj najbardziej – tej wiary, że kiedyś obudzą się w świecie, w którym te dobre momenty będą codziennością, a nie przywoływanym z tęsknotą wspomnieniem.




but I will hold as long as you like

just promise me we'll be alright
Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 6 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Plaża odpocznienia - Page 6 Empty
PisanieTemat: Re: Plaża odpocznienia [odnośnikPlaża odpocznienia - Page 6 I_icon_minitime09.12.20 12:30

Zawsze wierzyła, że nie musi nikogo utwierdzać w przekonaniu, że była — zawsze, na każde zawołanie, na byle skinienie, ale i tak często to powtarzała. Tak na wszelki wypadek. Pamięć była zawodna, a w chwilach słabości każdy potrzebował zapewnienia, jakiejś stałości, przypomnienia o sprawach najbardziej prostych i oczywistych. Nie tylko jemu, im wszystkim. Tym, którzy byli ważni, zajmowali szczególne miejsca w jej sercu. Pozwalali jej być tym, kim była, a nawet kim chciała być; opoką, filarem. Świadomość, że ktoś jej potrzebował nadawała sensu jej życiu. Czasem to się nawet udawało. Kiedy przyjaciele bywali samotni i zagubieni. Później wszystko to, czego szukali odnajdywali w innych, znacznie bliższych sercu osobach. Nie było w tym nic złego. Taka była rola przyjaciół: by pomagali, gdy innych zabrakło. Dla niego pragnęła czegoś więcej. Mogła być fundamentem. Twardym, solidnym, osadzonym nawet na niepewnym gruncie, trzymającym wszystko w idealnym porządku, pozwalającym na budowanie wszystkiego nawet od podstaw. Ale wiedziała, że przyjdzie taki czas, że i on odejdzie, odnajdując — na chwilę, a może na dłużej; na zawsze? kogoś, kto spełni tę rolę, a jej znaczenie znów spadnie, tak jak wtedy, gdy planował nowe życie z kobietą, którą kochał. Była na to przygotowana, świadoma tego co nadejdzie nieuchronnie, wciąż gotowa, by w razie słabszej chwili, gorszego momentu podeprzeć go, nie pozwalając upaść. Dźwignąć go z kolan, złapać mocno za ramiona; gdyby była taka konieczność. Nie wiedziała, czy naprawdę wolała, by nigdy nie zaistniała. Nie widziała szansy na to, by mogło się to zmienić. Jeśli coś w jej życiu było pewne, to właśnie było to. Cokolwiek będzie w życiu robił, z kimkolwiek będzie dzielił szczęścia i smutki, dzielił radości na troje albo czworo, na kimkolwiek będzie polegał — ona będzie. Na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Albo dalej, jeśli jej pozwoli. Za ogrodzeniem, za zakrętem, trzecim wzgórzem. Gdzieś tam.
Tak myślała.
Wierzyła jego słowom, zupełnie tak jakby miały w sobie największą moc — tym, które przyrzekały, że nie zniknie i cokolwiek się wydarzy, zostanie. Nie chciała pomocy; nie dlatego, że jej nie potrzebowała. Była zbyt dumna, by to zrobić. Zawsze samodzielna, zaradna, pracowita — tak, jak nauczyła ją matka; silna i wytrzymała, jak tego pragnął ojciec. Wściekała się, gdy bracia przypominali jej w kółko, że była tylko i aż, młodszą siostrą, siostrzyczką, dziewczynką, panienką, kobietą, dzieckiem. Nie była już dzieckiem. Chciała więc cichej obecności. Chciała mieć możliwość pomagania, gdy było to potrzebne. Trzymania go za rękę od czasu do czasu, kurczowo — może zbyt kurczowo trzymając się go, jak dryfującego kawałka drewna podczas dramatycznej walki o życie w rwącym nurcie lodowatej rzeki. Nawet jeśli o tym nie wiedział, czasem był i jednym i drugim; ratującą kłodą i wodą, w której na własne życzenie tonęła raz za razem.  Tak jak ci, którzy szukają adrenaliny i wskakują do jezior, których nie znają, których dna nigdy nie byli w stanie ocenić ani istot, które je zamieszkiwały. Potrafiła to robić. Choć nie umiała pływać; czasem rozpaczliwie wymachując rękami, chcąc zaczerpnąć tchu. Wiedziała, że bezpieczniej byłoby oglądać go z dystansu.
Tego też nie potrafiła.
Wtulona w niego oddychała powoli i ze spokojem kogoś, kto jest pogodzony ze swoim losem, nawet jeśli przyszłość nie malowała się w najpiękniejszych barwach. Jakakolwiek by miała być, jego zapach, cichy oddech, głośne bicie serca dodawało jej otuchy. Lubiła jego śmiech. Jego głos w ogóle; może dlatego, że tak rzadko z niego korzystał, powstrzymywany kompleksami, bólem przeszłości i irracjonalnym lękiem, jakby miała zacząć się śmiać. Mogła — śmiała się przecież często. Nie dostrzegała w tym ułomności, defektu. Było jak kolor oczu, odcień skóry, kształt ust. Lubiła to nieporadne jąkanie, kochała gdy śpiewał. Nucił te melodie, które potrafiły wejść do głowy i już nigdy z niej nie wyjść. Szczery śmiech sprawił więc, że i ona się roześmiała, tak samo przez łzy. Dzień obfitował w emocje, na które nie byli gotowi. Od samego świtu aż po zmierzch.
Odchrząknęła znacząco, nabrała powietrza w płuca, poruszywszy się na piachu.
— W takim razie mam nadzieję, że opowiadasz Amelii do snu relacje z dawnych meczy zamiast bajek — mruknęła cicho. W gwiazdach było zawsze coś, co pozwalało się wyciszyć, zapomnieć o tym, co złe; zacząć marzyć a w końcu śnić. Żałowała, że Just nie może zobaczyć tego nieba, rozgwieżdżonego tak bardzo, że nie sposób było się rozeznać w pojedynczych błyszczących iskierkach. Tata kiedyś tłumaczył jej tę mapę, ale nigdy do końca jej nie rozgryzła. A ta plaża spodobałaby jej się. Cisza i ten spokój. Mogłaby tu odpocząć, z dala od tych wszystkich trosk, od zadań, które jej powierzono. — Na dziś — powtórzyła głucho i westchnęła, przymykając na krótką chwilę oczy; odchylając głowę bardziej, aż wilgotne włosy dotknęły piachu, a kocówki zlepiły się złocistymi drobinami. Otwarła usta, by zaciągnąć się mocno świeżym, rześkimim powietrzem, z jednej strony zimnym od morza, z drugiej gorącym od strzelającego ognia. I westchnęła głośno, sama nieświadoma tego, że dało się w tym usłyszeć ulgę. Dziś możesz już spać spokojnie zdawał się mówić; nigdzie nie ucieknie, nie zniknie o poranku, nie stanie się wspomnieniem poprzedniego dnia. Bardziej od popełnionych głupot — których na dobrą sprawę nie popełniał zbyt często, obawiała się jego zamknięcia, izolacji i ucieczki. Tego, że wymknie jej się niepostrzeżenie, ukryje za budowanym skrupulatnie murem w niepewności, szukając komfortu i własnego poczucia bezpieczeństwa. Zmęczyła ją ucieczka i pogoń; zmęczył ja ten dzień. Chciałaby mu przysiąc, że mogła go gonić aż po kres, ale była wdzięczna, że nie musiała. Nie dziś, nie teraz. Otwarła oczy i spojrzała na niego, opierając się policzkiem o ramię, zastanawiając się o czym myślał, gdy tak patrzył. Gdy patrzył na nią. Czy o tym, co powiedziała sama, czy wałkował w myślach wciąż to, co powiedział jej on, nie chcąc mówić nic.
Słowa — miały olbrzymią moc. I tak, jak potrafiły krzywdzić, mogły podnosić na duchu. Dał jej dziś to, czego potrzebowała, wyciągając z siebie to, co miało pozostać ukryte. Dał jej pewność, że jej słowa tak jak uczucia nie mogły zburzyć tego, co latami udało im się wypracować. I wielką wartość miały dla niej, każdy wyraz; każda zgłoska. Tak jak to, że wciąż był, obdarzał ją czułym uśmiechem, troskliwym spojrzeniem.
— Wiesz to na pewno? — spytała, poddając to wątpliwościom, niedługo po nim tak, że cisza nie zdążyła się zadomowić między nimi. Zadziwiające, jak bardzo był pewien, że w tym wszystkim nie byłoby jej winy. Była trudna, ale i on nie należał do najprostszych osób. Na każdego był jakiś sposób. Na niego też, wiedziała to, już dobrze. Wiedziała, że poradziłaby sobie z nim, uporała z wyzwaniami, jakie by przed nią stawiał. Nigdy tego nie zrobił. Podjął decyzję opartą na przypuszczeniach i wierze w to, że miał rację. Nie myślał nigdy, by się przekonać? Bał się. Ona też się bała. Bali oboje, nawet jeśli kierowały nimi odmienne powody. I pewnie pomyślałaby, że jeśli bać się będą już zawsze, nigdy nie osiągną niczego, ale na to była zbyt zmęczona.
Na chwilę znów przymknęła oczy, a później spojrzała na niego.
— Nie na wszystko w życiu trzeba sobie czymś zasłużyć, czymś zapracować. To po prostu jest, albo tego nie ma — mruknęła patrząc mu w oczy, po czym obróciła głowę w stronę ognia; palcami włosy przekładając na drugą stronę, wygładzając dłońmi je z piasku, który się w nich zaplątał. Rozplątywała niesfornie skołtunione kosmyki. — Dlatego to takie piękne i straszne jednocześnie. — Nie na wszystko mieli w życiu wpływ. Czasem niezależnie od tego jak bardzo się starali, nie osiągali tego, na co pracowali; niezależnie od tego jak wiele robili, nie byli w stanie wywołać w człowieku tego, co sami oczekiwali. Istniały magiczne sposoby, eliksiry, zaklęcia. Żadne z nich nie było jednak prawdą; iluzją zaledwie lub klątwą; okrutną, zakłamaną. Podłą. Dlatego niektórzy ludzie do siebie pasowali, kiedy inni nie potrafili za wszelką cenę wypracować najcieńszej nici porozumienia. To była magia, która dotyczyła wszystkich ludzi, bez względu na krew, przekonania, na pierwiastek mocy, który w sobie nosili.
Kiedy zadrżał nie oderwała wzroku, ani dłoni, zupełnie tak jakby tego nie zauważyła, ale instynktownie wyraźniej przywarła do jego twarzy palcami, jakby obawiała się, że się za moment odsunie. Chrapliwie wypowiedział jej imię. W tym dźwięku było coś z niepewności, coś z zagubienia, której nie potrafiła rozszyfrować. Jeszcze nie, ale za jakiś czas znów jej się uda. Słuchając tego co mówił, patrząc na to, co robił; w ciszy poszukując dźwięków, które poruszał samym sobą. Wtedy zrozumie. Czy coś od wewnątrz nim przez moment wstrząsnęło? Jakaś świadomość, myśl, która go nawiedziła niespodziewanie? Kiedy przymknął oczy wciąż go obserwowała.
— Ja w ciebie wierzę, Billy — powtórzyła cicho. — W to, że będziesz czynił wszystko w zgodzie z samym sobą, dążył do tego, czego pragniesz.— Przechyliła głowę na bok i korzystając z okazji, że miał chwilę zamknięte oczy przemknęła wzrokiem po jego twarzy, znajdującej się tak blisko. — Wierzę w to, że sprostasz wyzwaniom, które sobie założyłeś i w to, że osiągniesz sukces, tak jak osiągałeś na boisku. — Był przecież dobry w tym, co robił i świat na tym się nie kończył; był dobry w wielu innych rzeczach, nawet jeśli wokół nie było rzeszy fanów, którzy go oklaskiwali. — Wierzę też, że znajdziesz to, czego szukasz i zrobisz w danej chwili to, co trzeba. — Bo zawsze starał się czynić to, co było słuszne, nierzadko poświęcając przy tym samego siebie. Nie zawsze wychodziło, ale kto był w stanie powiedzieć, że był w tym lepszy?—Wierzę w twoją mądrość. Intuicję, której mi brakuje, choć przecież mawiają, że kobiety mają to coś. Wierzę, że wiesz, co robisz kiedy podejmujesz decyzje, nawet jeśli sama się z nimi nie zgadzam. — Wzruszyła lekko ramionami i uśmiechnęła się, gładząc kciukami jego policzki delikatnie. Zniżyła głos do szeptu, nieświadoma kiedy to się stało. Nie próbowała go idealizować, tak jak on ją. Nie była idealna. Daleko było jej do wyjątkowości, którą ją określił, chociaż to, co powiedział sprawiło, że tak się poczuła. Na jedną chwilę, jeden krótki moment — stając się miękka jak gąbka. Pochylił się ku niej, opierając o jej czoło. Uśmiechnęła się, bardziej do siebie niż do niego. Zawsze było w tym geście wiele czułości i oddania. Odetchnęła też, jak i on, nie przymykając jednak oczu; po co? Mogła przyglądać mu się bez wyrzutów sumienia. Dopiero kiedy przesunął się i zetknęli się skroniami poczuła jak coś w niej zadrżało, jak coś oplotło się mocno wokół jej żołądka. Ciasno tak, że zakręciło jej się w głowie.
— Tak — szepnęła; była tego pewna. Nie wydusiła z siebie nic więcej, bo zaschło jej w gardle. A potem popsuł tę chwilę, jakby na moment straciła oparcie i drgnęła, gdy się odsunął, choć zrobił to powoli. Patrząc przed siebie, ledwie zahaczając o jego sylwetkę spojrzeniem zamrugała dwukrotnie, przytomniejąc. Była pewna, że nie przysnęła, westchnęła głośno.
Wysłuchała jego wyznania cierpliwie, choć niecierpliwie chciała odpowiedzieć od razu. Zamilkła więc na moment, analizując to, co powiedział.
— Za dużo od siebie wymagasz, Billy — za dużo chciał, chciał na raz. Chciał to wszystko zrobić po swojemu, zapominając o tym, że nie dało się wszystkiego ani przewidzieć ani poukładać. Życie było nieprzewidywalne. Obietnicy nie skomentowała w żaden sposób, nie sądziła, by musiała cokolwiek mówić. Wiedziała, że cokolwiek powie — będzie powtarzał swoje. Może niepotrzebnie próbowała go od tego odwodzić, zamiast mu pomóc spełnić swoje własne oczekiwania, pchnąć go dalej, do przodu. Pokiwała głową na znak zrozumienia i uśmiechnęła się delikatnie, łapiąc w locie jego wzrok. Wiedziała, że da z siebie wszystko i jeśli weźmie udział — a na pewno będzie chciał, w walce o Tonks, zrobi co konieczne, by nie zawieść samego siebie. Może właśnie tego bała się najbardziej; tak jak bała się o własnego brata. Że w tej nierównej, ciężkiej walce poświęci samego siebie, a ona zwyczajnie w świecie, pomimo złożonych obietnic, go straci. Złamie je nieświadomie, nie mogąc nic z tym zrobić; los zdecyduje za niego. Coś przygniotło jej pierś na samą myśl; jej serce protestowało, ale nie mogła wyznać mu tego, jak bardzo bała się przyszłości. Nie byłby szczęśliwy, zadowalając ją w ten sposób. Nie chciał przecież już siedzieć i biernie patrzeć, gdy jego bliscy ginęli dla innych. To właśnie jej napisał, gdy wrócił. Wrócił, by walczyć. A ona musiała pogodzić się z tym, że zdarzyć mogło się wszystko.
Nie potrafiła tego zaakceptować.
Wciąż nie była gotowa usłyszeć smutnych wieści o nich wszystkich. Wciąż przeżywała zniknięcia bez słowa, bojąc się, że nie ujrzy tych twarzy rozpromienionych uśmiechami nigdy więcej. Nie potrafiłaby przywyknąć, nastawić się na wszystko. Śledziła jego ruchy przez chwilę — jak siadał obok niej, a później kładł się na piasku i robiąc jej przy sobie miejsce. Zerkając przez ramię w tył uśmiechnęła się subtelnie, a później spojrzała na ogień znów. Zgarnęła z piachu ubranie, które posłużyło im za koc i wytrzepała go lekko, nie podnosząc się wcale z ziemi, a później chwyciła obiema dłońmi, palcami gnąc miękki i ciepły materiał.
Ogień będzie dogasał jeszcze jakiś czas. Po gazetach nie było ani śladu i pewnie gdyby nie fragmenty, które dojrzała tuż po przyjściu nie spodziewałaby się, że posłużyły za tak skuteczną podpałkę. Siedziała jeszcze tak przez chwilę w milczeniu nim zdecydowała się do niego dołączyć. Założyła jego sweter, zgarnęła włosy, by się na nich nie położyć, a następnie przylgnęła do jego boku, dłoń przykładając do jego klatki piersiowej, blisko samej siebie, twarzy, którą wtuliła w jego pierś. Patrzyła jak się rozpręża i kurczy przy każdym wdechu i wydechu. Słuchała, jak oddychał w rytmie szumu morza i uspokajającego się wiatru, a po chwili, słuchała już jego głosu i tylko jego. Nucącego tą piosenkę. Uśmiechnęła się bezwiednie, nie wiedząc nawet kiedy przymknęła oczy ze zmęczenia.


| zt :< serce





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
 

Plaża odpocznienia

Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Kornwalia-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21