Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Plaża odpocznienia
AutorWiadomość
Plaża odpocznienia [odnośnik]17.07.17 2:07
First topic message reminder :

Plaża odpocznienia

Nie wszystkim znane są magiczne, relaksujące właściwości rośliny znanej jako fluszek napęczniały. Każdy taki błękitny, mokry i wypełniony półprzezroczystą, nieco mętną substancją dysk, wydziela błękitnawą, lepką maź, która ma właściwości kojące i pozwala pozbyć się natarczywych bóli stawów oraz zmiękcza skórę stóp, które zmęczone są chodzeniem w obcisłych, eleganckich butach, delikatnie łaskocząc i chłodząc. Schorowani czarodzieje przychodzą tu, by boso spacerować po niemal fluorescencyjnych łebkach tajemniczych, oceanicznych roślin i doznać ulgi. Najmocniejsze właściwości stwierdza się wczesnymi, letnimi i zimowymi wieczorami, gdy fluszki lśnią bardzo jasną, migoczącą poświatą. Fluszki owszem, można zabrać do domu, ale odłączone od stada tracą swoje magiczne właściwości, stając się suchymi, bezwartościowymi kulami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]27.06.22 1:37
Wcale nie chciała wyjeżdżać. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, po tym, co przeszli i do czego doszli snuła marzenia o przyszłości, plany na najbliższe tygodnie. Niepoprawnie roześmiana, uśmiechnięta i rozkojarzona. I choć myślała, że to nie powróci; to przyjemne łaskotanie w żołądku, budzące się do życia motyle w brzuchu — dreszcz emocji, jaki wzbudzał w niej Keaton ustąpił głębokiemu i tęsknemu uczuciu do kogoś innego, odpychając go gdzieś na dalszy plan — obudziło się. Pewnego mroźnego, styczniowego wieczoru, kiedy ich ciała poruszały się własnym rytmem, a usta spotkały gdzieś pośrodku. Mama zawsze twardo stąpała po ziemi. I jej widok nie mógł dać jej spokoju. Nie była tu bezpieczna. Jak wielu innych ludzi, musiała uciec gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej prześladował. Nie chciała wyjeżdżać; musiała.
Nie musiała przyjeżdżać, ale wróciła. To, co chciała mu powiedzieć już od jakiegoś czasu nie pozwalało jej spać, z jednej strony napawając bezbrzeżną radością, w końcu było spełnieniem jej najskrytszych marzeń, z drugiej zaś niepokojem, że to, co powinno siać w niej zgorszenie i poczucie wstydu czyniło ją szczęśliwą. Wiedziała, jakie ma podejście. Znała jego lęki i obawy zbyt dobrze. Zaskoczył ją tamtego wieczoru, gdy oczach przywodzących na myśl barwę Szmaragdowego Stawu ujrzała niepewność, a może wiarę, że istniało jakieś jutro. Egoistyczna próba budowania własnego świata równolegle do tego, o który walczyli. A może światka, małego, gdzieś na skrawku Wysp. Światka, który mógłby należeć tylko do rodziny. Rodziny, którą mogliby stworzyć. Nie bał się odpowiedzialności, nie bała się mu powiedzieć z tego powodu. Był jednym z najbardziej porządnych i odpowiedzialnych ludzi, jakich znała. Ufała mu całkowicie, gotowa powierzyć w jego ręce własny los i los swoich bliskich. Nie była pewna tylko tego, czy pozwoli jej zostać i budować to, co mogło mieć w tym dziwnym przypadku fundamenty. Czy zechce ją przyjąć, czy uzna jej obecność za zbyt duże niebezpieczeństwo; ryzyko.
Ale przecież byli oficjalnie martwi. Nikt nie wiedział, że żyją, świat ich zamordował. Podłych terrorystów z Zakonu Feniksa. Czy nie mogliby spróbować ułożyć sobie życia, korzystając z tej prymitywnej szansy?
Wstrzymała oddech, choć nieświadomie, kiedy tylko odpowiedział. Ale ta odpowiedź nie mogła jej usatysfakcjonować. Nie teraz, nie od razu. Nie znał przecież jeszcze całej prawdy o tym, że zostanie ojcem, a przynajmniej tak sądziła. Stan, który przewidywała mógł być pomyłką, ale brak krwawienia zaalarmował ją od razu. Nigdy wcześniej nie było powodu, by mogło zaniknąć. I tak się też nie stało. Nie potrafiła się nie uśmiechnąć, czując jak to wszystko — te owady w brzuchu budzące się do życia, trzepoczące skrzydłami i łaskoczące ją od wewnątrz. Uniosła dłoń do jego twarzy, by palcami; opuszkami startymi od rzemieślniczej pracy w warsztacie musnąć lekko jego twarz. Dobrze zarysowaną szczękę, brodę, linię ust.
— Jestem — odpowiedziała mimochodem na jego wezwanie. Była tu i teraz, naprawdę. Nie sama; nosiła pod sercem jego dziecko. Dotykając brzucha pokiwał głową, kiedy wydukał pierwsze słowa po całym tym jej monologu.— Przy nadziei, tak — potwierdziła z pełnym przekonaniem, instynktownie czując, że ma racje. Nie umiała kłamać. Nie mogłaby go okłamać w takiej kwestii. Nie mogłaby się też pomylić. To przedziwne uczucie utwierdzało ją w tej prawdzie. — Będziesz ojcem. Znów — dodała po chwili, nie mogąc przecież zapomnieć o Amelce. Nie przechodził przez to nigdy wcześniej. To był jego pierwszy raz, choć miał już wspaniałą, dużą córeczkę. I mimo iż nie sposób było wymazać jej z wyobrażenia o jego ojcostwie, które mogła zresztą widzieć i poczuć; teraz nie istniało nic poza nimi. Poza ich dwójką. Trójką. Patrzyła na niego z mieszaniną oczekiwań i gotowością do pogodzenia z każdą reakcją, ale tak naprawdę zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać i co mogłoby ją uspokoić.
Pierwsze słowa, pierwsze wrażenia, deklaracje - mogły. Pokiwała głową zbliżając się o krok z dłońmi przy brzuchu, bawiąc się wciąż palcami. Zgadzała się z nim zupełnie, nie powinna wracać do Francji.
— Moje miejsce jest tu, przy tobie — potwierdziła, choć głoski, które wypadły spomiędzy jego warg miały chyba inne znaczenie.  Łzy zebrały się w kącikach, ale były to iskrzące kryształy wzruszenia. Uśmiechnęła się szeroko, tak mocno jak tylko potrafiła. — Nie ma takiej potrzeby, jakoś się zmieścimy. Zbudowałeś wspaniały dom — zapewniła śmiało; czując jak zaczyna drżeć od emocji. Od słów, które właśnie padały, wyobrażeń, które niespodziewanie się ziszczały, zakorzeniały w gruncie na dobre, by stać się prawda, a nie tylko rozmarzoną wizją.
A potem wszystko zaczęło się sypać. Czuła, że zaczyna tonąć w ruchomych piaskach, nie mogąc ruszyć żadną z nóg. Stopy były jak skamieniałe, przysypane zupełnie. Zamrugała kilkukrotnie, a potem spuściła wzrok, przetwarzając to, co właściwie powiedział.
— To nie tak — mruknęła, patrząc w ziemię, podczas gdy on spacerował do ogniska w tę i z powrotem. Nie tak to sobie wyobrażała. Ich wspólną przyszłość, tą najbliższą. Jego... oświadczyny. Stan, zachowanie, widok. Był pragmatyczny. Zachowywał się tak, jakby tworzył w głowie plan na wszystko i zamierzał go zrealizować krok po kroku, zapominając po drodze, co było naprawdę ważne. — Nie musisz się tym przejmować. Jeśli to krzyżuje ci jakieś plany, Billy, zrozumiem. Nie ma sprawy. Nie musimy tego robić z poczucia obowiązku, możemy... Być... nowocześni — wypluła z siebie, choć sama nie wierzyła w to, co mówi. Bycie starą panną z brzuchem nie ujdzie jej na sucho, ludzie nie przestaną gadać. Zniszczą wszystko to, co zdążyła już pokochać. Ale Justine też nie zamierzała wychodzić za Vincenta przecież. Nie kryła się ze złośliwością; wręcz przeciwnie. Każde jej słowo miało podkreślić, jak bardzo ją rozdrażnił. — Nie musisz się do niczego zmuszać. Nikt o ty nie wie. Tata też nie — dodała szybko, podnosząc na niego wzrok. — I na razie się nie dowie. — Tylko mama wiedziała. I nie chciała, by wiedzieli wszyscy. Nie mogła pozbyć się tego uporczywego przekonania, że jej szczęście było niepoprawne. Przygryzła wargę, odwracając od niego spojrzenie. Nagle jej oczy, pełne wzruszenia stały się mokre od łez rozgoryczenia. Zaciśnięte usta zrobiły się ciemniejsze, a białka oczu czerwone. Nie chciała płakać. Kręciła głową, jakby samą siebie próbowała przekonać, że nie będzie, ale to ją przerosło. — Myślałam, że ucieszysz się, że wróciłam, a ty jesteś jakiś... zagubiony, bo zrobiłam to nagle? Przepraszam, że się nie zapowiedziałam, nie wiedziałam, czy wrócę i ile mi to zajmie czasu! I wyobraź sobie, że też się nie spodziewałam, że pojawię się... z... brzemienna! — wyrzuciła mu, spoglądając na niego wściekle. — Ale sama sobie tego nie zrobiłam, jesteś bardziej doświadczony ode mnie przecież, prawda, Billy? Mogłeś to przewidzieć? Mogłeś?! To nie mów mi, że jesteś nagle zaskoczony. — Była roztrzęsiona i rozdygotana, a łzy spłynęły jej po czerwonych policzkach. Wyrwała dłonie z jego uścisku i wsparła się pod boki, w najbardziej agresywnej pozie na jaką było ją właśnie stać. — Jak się czuję? Jak? Fatalnie! — Krzyknęła, po czym przyłożyła wierzch dłoni pod nos, próbując powstrzymać napływającą falę beznadziei. Nie umiała. Wybuchnęła żałosnym płaczem, który po kilkunastu sekundach zmienił się w beznadziejny szloch, który chciała przerwać, by wyrzucić z siebie kolejne słowa; ale jedynie zanosiła się coraz mocniej. — My-myślałam, że-że się ucieszysz! — wyrzuciła mu wpadając znów w rozpacz. — Teraz już nic nie ma sensu!



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 7 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]27.06.22 23:40
To nie było tak, że się nie cieszył; jeżeli kiedykolwiek ośmielał się myśleć o przyszłości – w tych egoistycznych momentach, w których nie powstrzymywały go przed tym oglądane na co dzień obrazy: domy spalone do gołej ziemi, ciała leżące wzdłuż drogi, zapłakane twarze dotkniętych wojną ludzi – zawsze byli tam oboje. Jego marzenia nie były wielkie; nie pragnął już światowej kariery sportowej ani tłumów na trybunach, nie śnił o niosących się nad głową okrzykach, o pucharze świata w Quidditchu, o stworzeniu nowego manewru – to były echa przeszłości, niedojrzałe mrzonki, które dzisiaj wydawały mu się puste i nieistotne. Ulotne jak proporce łopoczące na wietrze; nie gonił już za nimi do utraty tchu, chciał zbudować coś trwałego – chciał domu, prawdziwego, żywego; nieograniczającego się do czterech ścian i wspartego na nich dachu, a wypełnionego tym wszystkim, co zachowało się w jego wczesnych wspomnieniach – miłością, ciepłem, śmiechem, łzami; obawami niemającymi nic wspólnego z walką, kłótniami o rzeczy proste i prozaiczne.
Wieści przyniesione przez Hannah – potwierdzone łagodnymi słowami, dotykiem palców na skórze, uniesionym w górę spojrzeniem – obudziły w nim te marzenia na nowo, sprawiając, że nabrały barw wyrazistszych niż kiedykolwiek przedtem (miał być ojcem, znów; zdawał sobie sprawę z faktu, że było to więcej niż możliwe, ale to zdanie i tak wydawało mu się abstrakcyjne, nierealne – chyba odzwyczaił się od dobrych wiadomości, spodziewając się usłyszeć tylko te złe). Gdyby sytuacja była inna, gdyby on był inny – pozwoliłby kiełkującemu za mostkiem szczęściu ogarnąć go zupełnie, wypchnąć z serca i umysłu wszystko inne – ale tuż obok niego niemal natychmiast pojawił się strach. Nie przed odpowiedzialnością – nie bał się obowiązków ani zmian, nie był już wystraszonym nastolatkiem – ale przed własną nieuważnością. Wiedział, aż za dobrze, jak kruche było życie, szczęście – jeszcze bardziej; wystarczył nieuważny krok, decyzja, słowo – i wszystko mogło rozlecieć się jak domek wzniesiony z talii kart do eksplodującego durnia. Już raz popełnił błąd, który kosztował go sześć lat z dorastania jego córki – a mimo że podskórnie wiedział, że Hannah by go nie zostawiła, że wróciła do niego – to nie tak łatwo było uciszyć uporczywe podszepty złośliwych myśli.
Może dlatego wyprzedzał samego siebie, wyrzucając z siebie słowa bez zastanowienia – próbując przekonać ją i siebie, że tym razem miało być inaczej; z opóźnieniem orientując się, że chyba powiedział za dużo, zbyt mocno skupiając się na przyszłości, którą tak bardzo chciał uratować – a kompletnie ignorując chwilę obecną. Magiczną, wyjątkową; Hannah mówiła mu właśnie, że mieli zostać rodzicami – jednak przychodząca zbyt późno refleksja nie mogła już cofnąć wypowiedzianych zdań; z kolei te, które padły później, sprawiły, że poczuł się, jakby lodowate morze wystąpiło z brzegów – i chlusnęło mu prosto w twarz. – Co? – wyrzucił z siebie na wydechu, wreszcie się zatrzymując; bezskutecznie próbując wysnuć sens z tego, co słyszał. – N-n-nowocześni? – powtórzył; nie przesłyszał się, był tego pewien, a jednak: odniósł nagle wrażenie, jakby unoszące się pomiędzy nimi słowa należały do kogoś innego – a z całą pewnością nie do Hannah. Pokręcił bezwiednie głową; co właśnie próbowała mu powiedzieć? Że wcale tego nie chciała – ich, razem? – O czym ty mówisz? – zapytał, teraz już naprawdę zagubiony. Jego wnętrzności skręciły się w supeł, przecież to nie było tak; otworzył usta, ale nim jakiekolwiek sylaby zdołałyby znaleźć drogę na język, Hannah zaniosła się płaczem – a w niego uderzyły kolejne wyrzuty, zdania z pozoru irracjonalne – a jednak zalewające wnętrzności poczuciem winy, gorzkim i cierpkim. Dłonie wyrwane z uścisku zabolały tak, jakby właśnie wymierzono mu policzek, a krzyk poniósł się po plaży dźwięcznym echem – choć równie dobrze mógł odbić się jedynie od wnętrza jego czaszki. – Hannah – odezwał się, robiąc krok do przodu, wyciągając ręce – ale już nie ośmielając się jej dotknąć; mając wrażenie, że otoczyły ją niewidzialne mury, że jeśli je przekroczy – znów się odsunie albo gorzej – ucieknie od niego całkiem. Przełknął ślinę, starając się zdusić kotłujące się za mostkiem poczucie niesprawiedliwości i złość, niezrozumienie, żal; czy naprawdę był aż taki zły? – Hannah, usp-p-pokój się, proszę, przecież nic się nie stało – mówił dalej, starając się przemówić jej do rozsądku, a przede wszystkim – chcąc, żeby przestała płakać. Spływające po jej zaczerwienionych policzkach łzy, rozpacz przelewająca się między głoskami i urywanymi oddechami, sprawiały, że nienawidził samego siebie – bo przecież to była jego wina; był nieostrożny, trzymany w dłoniach wazon upadł na podłogę i się roztrzaskał, a on nie miał pojęcia, jak poskładać go w całość. Wyciągnięte w jej stronę dłonie zawisły żałośnie w powietrzu; uniósł jedną z nich, żeby przeczesać przydługie włosy. – Zachowujesz się nieracjonalnie – dodał spokojnie, mając nadzieję, że w ten sposób do niej dotrze; była przecież jedną z najmądrzejszych czarownic, jakie znał – co to znaczy, że nic nie ma sensu? P-p-przecież to nie tak. – Wszystko zrozumiała na opak. – Nie krzyżujesz mi żadnych p-p-planów, skąd ci się to w ogóle wzięło? – Teraz to on zaczynał się denerwować; nie chciał – robił wszystko, co mógł, żeby utrzymać nerwy na wodzy, ale nigdy nie był najlepszy w kłamaniu. – Kocham cię, Hannah – nie mam planów, które by ciebie nie uwzględniały, wiesz to przecież. Pisałem ci – że b-będę czekał, rok, dwa dziesięć – czytałaś to w ogóle? – Nagle nie był pewien; nie odpisała mu przecież. – Po dwóch tygodniach milczenia wysyłasz mi kopertę z garścią p-p-piasku i jesteś zła, że jestem zaskoczony? Myślałem, że stało się coś złego – wyrzucił z siebie, po raz pierwszy wypowiadając te obawy na głos; nie chciał robić jej wyrzutów, powinien był powściągnąć język – ale słowa płynęły już same, nie kontrolował ich – tak samo, jak nie był świadomy, że jego stopy znów pchają go do przodu, bliżej niej. – P-p-przepraszam, że nie przyszedłem przygotowany, ale nie miałem pojęcia, co tu zastanę. Kogo. Ja – zawahał się – to nie jest tak, że się nie cieszę, Hannah. Wiedziałem, czego chcę wtedy, w styczniu. Dalej chcę tego samego. Ciebie. Was. Oglądania świtu razem. M-m-merlinie, nawet tych głupich grządek. – Uśmiechnął się, kącik ust drgnął mu w górę, chociaż nerwowo; bez wesołości. – Myślałem, że ty też – a teraz chcesz być nagle nowoczesna? – Nie chciał tego; nie chciał migać się od odpowiedzialności, plątać w półprawdach; chciał być z nią naprawdę, tak, jak było trzeba – nawet jeśli uroczystość miałaby być skromna i zorganizowana na szybko, chciał móc zaprosić tam ich przyjaciół. Wypalił bez sensu, ale mógł to naprawić, zrobić to, jak należy – jeśli tylko dałaby mu szansę.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]28.06.22 10:23
Nowocześni. Na sekundę urwała płacz, by na niego spojrzeć z przestrachem, gdy o to spytał. Co jej w ogóle strzeliło do głowy? Krytykowała Just za to, jak wyglądało jej życie, próbując ją ściągnąć na właściwe tory, ale choć znała ją tak długo nie wiedziała, co mogła przeżywać i przez co przechodziła — sądziła, że wie, widząc ją i słysząc. Nie chciała być nowoczesna, cokolwiek to było, cokolwiek oznaczało — nie umiała sama tego określić choć bez wątpienia wiedziała z jaką pogardą i niesmakiem określiła by to Ginevra. Chciała być jak mama, jej mama i mamy przed nimi, choć lata jej młodości zabarwione były żalem względem stawianych jej podświadomie oczekiwań, jako córki. Pragnęła im sprostać za wszelką cenę, bo wychowano ją w duchu wdzięczności do rodziców i ludzi, którzy się nią opiekowali; pragnęła być dumą matki i ojca, przykładną czarownicą reprezentującą wartości, które jej przekazywali. Dawniej widziała w tym brzemię i obowiązek. Teraz, widząc rozpad rodzin i tragedie uznawała to za przywilej.
Nie wiedząc, co odpowiedzieć i jak z tego wybrnąć odwróciła głowę i pozwoliła sobie na kontynuowanie płaczu, chociaż w tej krótkiej chwili zdążyła już zapomnieć z jakiego powodu ten żałosny szloch wstrząsnął całą plażą, którą ilość niepotrzebnie wylanych łez mogłaby przykryć. To płynęło w niej, wywoływało w niej drżenie i emocje, których nie umiała wyjaśnić, a tym bardziej przedstawić we właściwych słowach i gestach najlepszemu przyjacielowi, ukochanemu. Rozpacz jaka nią owładnęła była tak ogromna i zagłuszającą, że nie potrafiła na niego spojrzeć i dostrzec w jego oczach zagubienia, poczucia winy i gniewu, dopóki nie usłyszała jego głosu.
— Stało się! — jęknęła, przymykając oczy, odwracając się na chwilę do niego plecami, jakby chciała zasłonić czerwoną od płaczu twarz i ukryć swój stan, choć wydawane dźwięki i spazmatyczne ruchy nie mogły być przeoczone przez człowieka z potężną wadą wzroku, a William był najlepszym szukającym jakiego znała. Czuła się tak, jakby walił jej się cały świat, choć przecież miał rację — nie stało się nic. — Nie masz pojęcia ile razy sobie to wyobrażałam. Tu, na tej plaży, przy ognisku, w piękną pogodę, ciepły letni wieczór, albo na jednym ze szkockich klifów, polnej łące, wśród kwiatów, stawie w oazie! — wyrzuciła z pretensją, odwracając się przelotnie przez ramię. — Tak romantycznie, a nie tak.... tak... tak po prostu! Bo stało się, bo jestem... Sam wiesz! — podniosła głos, by zaraz znów zanieść się płaczem na kilka sekund. — Gdybym nie była to byś tego pewnie nie zrobił. — Spojrzała na niego, ale nie czekając na odpowiedź znów załkała. — Wyobrażałam sobie to odkąd wróciłeś po śmierci mamy, zacząłeś znów bywać w sklepie. Za każdym razem, kiedy wychodziłeś, a powietrze pachniało tobą. Jak zasypiałeś na kanapie w moim mieszkaniu albo opowiadałeś mi o Marceli. — Odwróciła się znów, patrząc w kierunku wody, czując, że traciła powoli wątek. Po co mu to właściwie mówiła? To uczcie trwało od lat, mimo, że dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak było duże silne i dojrzałe. Nim jednak zdołała coś dodać, przesadził. — Co, proszę? — Odwróciła się, poważniejąc momentalnie, a gdyby nie mokre ślady na policzkach i czerwone rumieńce nikt nie domyśliłby się, że chwilę temu wpadła w histeryczną rozpacz. — Zachowuję się nieracjonalnie?! JA?! — krzyknęła, odgarniając lecące na twarz ciemne włosy. Spojrzenie jej spochmurniało, a kiedy spięła usta w wąską kreskę, uwydatniły się także lekkie kości policzkowe. — To ty się zachowujesz nieracjonalnie. Słyszysz się? Tyle pisałeś pięknych rzeczy w listach! Skusiłeś mnie tym, wiesz?! Dałam się głupia nabrać na te słodkie teksty! Myślałam, że przyjadę tu i powiem ci, a ty... nie wiem, zrobisz coś, a nie to, a ty co? Pójdziesz porozmawiać z moim ojcem? Z przyzwoitości?! — fuknęła na niego. Wiedziała, że był przyzwoity, nie było w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, kochała go za to. Za jego odpowiedzialność, czułość i troskliwość. Za to, że bardziej interesował się innymi niż sobą, dlatego zawsze pragnęła dbać o niego, nie patrząc na samą siebie. Nie wiedziała, co w nią wstąpiło, ale nie potrafiła się opanować, zupełnie jakby zbyt dużo siedziało jej na wątrobie, choć nigdy, przenigdy nie myślała o nim źle. Próbowała mu dogryźć, nie wiedząc czemu. Nie wiedziała nawet czego chciała i co próbowała ugrać, ale nie umiała się nad tym zastanowić. Zupełnie jakby miała gąbkę w czaszce. Dopiero kiedy wyznał jej miłość, ta gąbka zmiękła. Urwała, zastygając w bezruchu w zadziornej i gotowej do ataku pozie, ale rysy twarzy jej momentalnie złagodniały, a w oczach znów, sukcesywnie pojawiały się łzy. Zdała sobie sprawę nagle jak podle i okrutnie go potraktowała, jak naskoczyła na niego bez żadnego uzasadnienia. Jego zdenerwowanie sprawiło, że momentalnie skruszała, a zmiana tonu głosu wywołała w nie strach, że wszystko popsuła. Zbliżał się powoli, praktycznie tego nie zauważyła dotąd, ale teraz była mu wdzięczna za to, że wystarczył krok, by skulona, mała— choć nigdy nie była drobna — i niemalże wystraszona oparła się o niego, wtulając w jego szyję, obojczyk, ramię. Ostrożnie go objęła w pasie, w przeciwieństwie do niego, nie bojąc się przedwcześnie, że ją odepchnie po tym, co mu nagadała; zacisnęła palce na materiale jego koszulki, zupełnie jakby gotowa była się jej uczepić i nie puścić, nawet gdyby próbował. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jakich głupot mu naopowiadała. —Przepraszam — szepnęła cicho i cienko. Nie powinna pleść podobnych farmazonów, nie mieli po kilkanaście lat. Byli dorośli, dojrzali, odpowiedzialni. Mieli być rodzicami. — Kocham cię — dodała zaraz, po czym oderwała się, by odszukać jego spojrzenie, by własnym — błagalnym i niemalże skrzywdzonym, spróbować go jakoś ułaskawić. Przygryzła lekko wargę. — Kocham cię — powtórzyła, patrząc mu w oczy niewinnie. — Nie miałeś być przygotowany, chciałam ci zrobić niespodziankę. Nie wiedziałam, czy się domyślisz, ale myślałam, ze może... Ja się cieszę. Też jestem pełna obaw o wszystko, o jutro, o to, jak to będzie, co ludzie powiedz, czy będę umiała... Ale cieszę się. Po prostu chciałam żebyś się ucieszył. Chciałam ci zrobić niespodziankę... Ale... Zestresowałam się. Nie byłam pewna, czy...— Wzruszyła ramieniem, spuszczając na moment wzrok, ale szybko uniosła go, by odnaleźć jego oczy znów, próbując dojrzeć w nich to uczucie, w ktore wciąż trudno było jej uwierzyć. To było zbyt nieprawdopodobne, by było prawdziwe. — Nie chcę... — dodała ciszej, nieco nieśmiało. Przygryzła znów wargę — wyjawiła mu już, że tego właśnie chciała, o tym marzyła. O tym śniła.
Cień uśmiechu przemykający przez jego twarz przywołał na jej usta uśmiech, ale sprawił też, że zaraz spoważniała, przypominając sobie o sprawie największej wagi.
— Moje grządki nie są głupie! — burknęła nadąsana, marszcząc brwi. Szturchnęła go w ramię, odsuwając się na pół kroku. Gdyby miała ścierkę, zdzieliłaby go nią po głowie, ale nie miała nic pod ręką, nawet fartucha, została jej dłoń, której nigdy by na niego nie podniosła. — Będziesz zajadał się buraczkową z warzyw z własnego ogródka — szturchnęła go lekko drugi raz w to samo miejsce.— Aż będą ci się uszy trzęsły, a ja wypomnę ci wtedy te głupie grządki. Utopię cię w tej zupie, zobaczysz — pogroziła, zadzierając wyżej brodę. — A resztę zupy dam Volansowi. Na pewno doceni domowy obiad — dodała przekornie, jako, ż Volans był starym kawalerem i nie zanosiło się, by jego stan szybko się zmienił. — A Aidan jeszcze pomoże mi sprzątać. Napewno tak.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 7 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]01.07.22 0:10
Nie wiedział, co było gorsze – czy momenty, w których zamykała się na niego zupełnie, odwracając spojrzenie i zanosząc się płaczem; czy wprost przeciwnie, plątanina wyrzucanych w emocjach słów, z jednej strony irracjonalnych, z drugiej – w jakiś sposób targających wnętrznościami, zalewających go wyrzutami sumienia, sprawiających, że znów zaczynał wątpić: czy to przypadkiem nie była jego wina, czy naprawdę na nią zasługiwał; czy był w stanie dać jej to, czego oczekiwała, i czego potrzebowała do szczęścia. Nie wiedział, z każdą chwilą coraz bardziej zdezorientowany tym, co właściwie się stało – i gdzie popełnił błąd na tyle katastrofalny, że czuły pocałunek i radość z powrotu w ułamku sekundy zmieniły się w rozpaczliwe łzy, których w żaden sposób nie potrafił powstrzymać – a każde jego słowo zdawało się jedynie wszystko pogarszać. Nienawidził oglądać jej w takim stanie, była jego najlepszą przyjaciółką, kobietą, którą kochał (i matką jego dziecka, choć ta myśl nie znalazła jeszcze w jego umyśle swojego miejsca); na widok jej skrajnego nieszczęścia coś ściskało go boleśnie za mostkiem, a świadomość, że to on był powodem całego tego żalu rozlewała się po języku paskudną goryczą. Gdy obróciła się do niego plecami, poczuł, że mu się wymyka – i ogarnął go lęk; dopiero ją odzyskał – co, jeśli już żałowała opuszczenia Francji?
Chciał do niej podejść natychmiast, przekroczyć ten fantomowy, rosnący w oczach dystans, położyć dłonie na drżących ramionach i je zatrzymać, ukoić targający nimi szloch – ale zamiast tego po prostu stał w miejscu. Chociaż przygotowane przez Hannah ognisko zdążyło już rozpalić się trzaskającym w górę płomieniem, nie czuł wcale jego ciepła; po jego plecach przebiegł lodowaty dreszcz, niemający nic wspólnego z kreślonymi przez Hannah obrazami – wizjami, które powinny budzić radość i nadzieję, ale zamiast tego brzmiały jak marzenia już martwe i pogrzebane. Dlaczego? Nie rozumiał. – Mówisz, jakby to w-w-wszystko było stracone – powiedział, gdy kolejna fala łez zmusiła ją do przerwania na moment potoku słów. Utkwił spojrzenie w jej twarzy, w zaczerwionym i zapłakanym profilu, próbując uchwycić jej wzrok, ale nie patrzyła na niego, tylko na szumiące obok morze, a on nie był w stanie odgadnąć jej myśli. – P-p-przepraszam, że zawaliłem dzisiaj, ale Hannah, na Merlina, to chyba nie jest koniec świata? – Potrząsnął głową. – Żyjemy, jesteśmy tu oboje, razem – możemy mieć jeszcze mnóstwo t-t-takich wieczorów, wszędzie, gdzie tylko chcesz. – Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, ludzie ginęli każdego dnia; ich przyjaciele – również, części z nich nadal nie udało im się odnaleźć ani nawet ustalić, czy żyli. Wojna sprawiła, że nic już nie było nieśmiertelne, a rzeczy, które wcześniej brał za pewnik, dzisiaj były przywilejem – ale przecież nie musiał jej tego mówić; wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek.
W reakcji na następne oskarżenia podniósł ręce, przecierając dłońmi twarz – podświadomie starając się ukryć wykrzywiający rysy wyraz rozczarowania. Wypuścił powietrze z płuc. – Nap-p-prawdę w to wierzysz? – zapytał, tym razem poważnie – słowami niezabarwionymi wyrzutem czy ironią. – Że to, co się między nami wydarzyło, nic dla mnie nie znaczyło? Że miałem zamiar ud-d-dawać, że nic się nie stało? – dodał z niedowierzaniem barwiącym sylaby, wydawało mu się to absurdalne; tamten styczniowy wieczór wyrył się w jego pamięci tak wyraźnie, że gdy wracał do świeżych wspomnień, miał wrażenie, że znów czuł jej zapach, ciepło skóry, dotyk; gdyby nie wyjechała, poprosiłby ją, żeby została jego żoną dawno temu – ale kiedy powiedziała mu o swojej decyzji, nie chciał, żeby z jego powodu zmieniła zdanie. Nie mógł zatrzymać jej w kraju poczuciem winy, nie zrobiłby tego. – Nie p-p-potrafię zmienić przeszłości – dodał bezradnie, rozkładając ramiona; nie widział tego – odwiedzając ją w sklepie, zasypiając na kanapie, wyrzucając z siebie myśli, których nie zdradziłby nikomu innemu – nie miał pojęcia, że w Hannah tliły się głębsze uczucia. Czy żałował? Nie był pewien; młody i lekkomyślny, zapewne i tak zepsułby wszystko.
Podniesiony głos sprawił, że nagle oprzytomniał, resztkami silnej woli powstrzymując się przed przewróceniem oczami; z trudem powściągając narastającą frustrację. – Tak, właśnie ty – przytaknął uparcie, w reakcji na jej następne słowa odczuwając nagłą potrzebę uderzenia głową w ścianę. – Nigdy cię nie okłamałem, Hannah. W żadnym liście – wszystko – wziął głęboki oddech – wszystko, co p-p-pisałem, to prawda. I tak – wydaje mi się, że przyzwoitość nakazuje, żebym p-p-powiedział twojemu ojcu, że kocham jego córkę i chcę się z nią ożenić, nawet jeśli to nienowoczesne – wyrzucił z siebie, prawie wypluwając ostatnie słowo. Był zły – głównie na siebie, ale nieukierunkowany gniew wypływał we wszystkich kierunkach, sprawiając, że dłonie zaczęły drżeć mu niekontrolowanie. Powinien był się wycofać, odejść z tej plaży, zanim powie coś, czego będzie żałował – prawie już podjął tę decyzję – ale zanim zdążyłby zrobić krok w tył, Hannah znów go zaskoczyła.
W pierwszej sekundzie nie zareagował, gdy przysunęła się do niego, zaciskając palce na jego koszulce; wstrzymał oddech, nieruchomiejąc – zupełnie jakby obawiał się kolejnego zwrotu akcji – ale kiedy do jego uszu dotarły ciche przeprosiny, skapitulował. Odetchnął cicho, rozluźniając ramiona i barki, wyciągając ręce – żeby przyciągnąć ją mocniej do siebie, policzkiem przytulając się do jej skroni, nie zważając na włosy łaskoczące skórę; wdychając jej zapach, znajomy, kojący. Powtórzone kocham cię wystarczyło, żeby zupełnie się poddał, zapominając w mig o wszystkich niesprawiedliwych oskarżeniach, a kiedy Hannah się odsunęła – odrobinę, na więcej jej nie pozwolił, nie cofając splecionych na jej plecach rąk – w jego spojrzeniu odbijała się wyłącznie czułość. – Nie p-p-przepraszaj – powiedział, jedną dłonią sięgając jej twarzy, żeby delikatnie zetrzeć z zaczerwienionych policzków pozostałości wylanych łez. – Cieszę się – powtórzył w odpowiedzi na jej wątpliwości, odgarniając za ucho luźny kosmyk ciemnych włosów. – Wynagrodzę ci to wszystko. Tylko d-d-daj mi szansę – poprosił, kciukiem przesuwając wzdłuż krawędzi jej żuchwy, muskając opuszkiem kącik warg – żeby w następnej sekundzie pochylić się i złożyć na nich pocałunek, krótki, przelotny – przerwany wspomnieniem o grządkach i śmiechem, który wyrwał mu się z gardła i zadźwięczał w szumiącej od deszczu przestrzeni. Nie przejął się szturchnięciem w ramię. – Utopisz mnie, hm? – podjął, unosząc wyżej brew. – Ostatnim razem p-p-prawie ci się udało – zauważył; wspomnienie poprzedniego wieczoru spędzonego na kornwalijskiej plaży nie należało do lekkich, ale tego dnia nie mogło zasnuć cieniami teraźniejszości. Hannah była z nim – nosząc pod sercem dziecko, ich dziecko; nie było w tamtym momencie myśli ważniejszej. – A Volans może cię jeszcze zaskoczyć, dopiero co p-p-przyprowadził do nas dziewczynę – zdradził – co zupełnie nie miało związku z koniecznością dzielenia się domową zupą. – Aidan będzie zachwycony, że wróciłaś, p-p-pytał o ciebie. I Amelia – mówił dalej, pozwalając sobie na uśmiech. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – dodał po chwili; może naiwnie, nie powinien był składać takich obietnic – z pewnością nie w trakcie wojny – ale naprawdę w to wierzył; nie mogło być inaczej. – Ale – mówiłaś coś o p-p-pikniku? – przypomniał, ponad ramieniem Hannah zerkając w stronę kosza; gruby koc nadal czekał na rozłożenie, a oni – mieli całe tygodnie rozłąki do zasypania opowieściami.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]18.07.22 21:57
Pewne marzenia od dawna były stracone. Świat zmieniał się tak szybko, a nastające zmiany były tak przerażające, że tkane w sercu dawno temu pragnienia nie mogły znaleźć dziś odpowiedniego miejsca do spełnienia. Zdała sobie z tego sprawę za późno, dopiero kiedy potok tych nieszczęsnych słów wypadł z niej zalewając niczemu winnego Williama. Kiedy na niego spojrzała wystraszyła się. Przeraził ją obraz histerii, w którą wpadła i tego, czym go przywitała. Jak mogła, tęskniąc tak rozpaczliwie za jego spojrzeniem przywodzącym na myśl wodę ze szmaragdowego stawu; uśmiechem, który uspokajał i rozbawiał; dotykiem szerokich, męskich dłoni, który rozpalał we wspomnieniach? Mama zawsze starała się wychować ją skromnie, nauczyła ją cieszyć się z rzeczy drobnych. Wszystkich tych gestów i spojrzeń. Nie wiedziała dlaczego wygarnęła tamte wspomnienia, marzenia i oczekiwania, których wcale dziś nie potrzebowała do szczęścia. Jego podniesiony głos, zdezorientowany wzrok — zupełnie jakby dała mu do zrozumienia, że nie był wystarczająco dobry, sprawiły, że miała ochotę rzucić się znów w wir, wszystko odkręcić. Pokręciła głową, nim jeszcze pierwsze dźwięki wypłynęły z jej gardła.
— Nie, nie, przepraszam— szepnęła znów ze wstydem, przecierając zaczerwienione od płaczu oczy. Nie mogła unikać konsekwencji, spojrzenia prawdzie w oczy. — Masz rację, masz absolutną rację, Billy — rzuciła znów nieco roztrzepanym tonem, szukając jego dłoni i spojrzenia. Chciała się usprawiedliwić, ale nie wiedziała czym. Nie wiedziała, dlaczego tak wybuchła ani skąd się to brało. Z niej, ze środka. Ale dlaczego tak gwałtownie? — Jesteśmy cali, zdrowi. Tak bardzo się o ciebie martwiłam... Nie było dnia, w którym nie zastanawiałam się co robisz. Czy jesteś bezpieczny, zdrowy. Czy wszystko u was w porządku. W porządku na tyle, na ile może być w całym tym horrorze. Myślałam o tobie. Przepraszam, że nie pisałam więcej, miałyśmy mnóstwo pracy... — dukała, by znów pokręcić głową. — Tak jest dobrze. Nie potrzebuję niczego więcej poza tobą — przygryzła wargę lekko, po czym spuściła wzrok na jego tors. Rozbiegane spojrzenie błądziło po jego klatce piersiowej, ubraniu, a dłonie przesunęły się na pierś, wyskubując z bawełny drobiny kurzu i okruchy piachu niesione bryzą.— Denerwowałam się. Nie wiedziałam jak ci to powiedzieć, ani kiedy. — Zaczesała długie, ciemne włosy za uszy, ale zaraz całe odrzuciła do tyłu, nie ruszając się za wiele, trzymał ją przy sobie. Jego ciało było takie ciepłe, przyjemne. Palcem wskazującym zarysowała mięśnie klatki piersiowej, odruchowo, nie z pamięci, choć i bez tego jej oddech się spłycił.— Wiem, że to dołoży ci zmartwień i trosk, ale... Cieszę się. Chciałam po prostu wiedzieć, że ty też. Marzyłam o tym. Całe swoje życie. Pamiętasz to okno? Czuję się, jakbym otwierała oczy o świcie, zbudzona pierwszymi promieniami słońca. Ciepłymi, dobrymi. Niosącymi nadzieję na dobry dzień.
Wstrząsnęło ją jakieś irracjonalne przerażenie, które zmusiło ją do zmiany nastawienia. Ze skrzywdzonej do atakującej — ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę, że nie musi na niego naskakiwać. To Billy. Jej Billy. Znała go, wiedziała, czego mogłaby się spodziewać. Strach miał wielkie oczy. Podpowiadał straszne rzeczy. Zaschło jej w gardle, miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Ja... czasem zastanawiałam się, czy to tylko był sen... Czy to wszystko mi się tylko przyśniło — zaczęła cicho, wstydliwie, oparłszy skroń o jego policzek, spojrzała na niewielkie znamię na jego szyi.. — Czy to tylko moja wyobraźnia... Nie chciałam... zrobić z ciebie okrutnika. Nie wierzyła w to wcale. Nie musiała łagodzić zawodu podobnymi oskarżeniami, nie zrobiłby jej tego ani żadnej innej kobiecie, wiedziała przecież. Pokochała jego ciepło i dobroć. Zakochała się w spojrzeniu, które było ufne i przepełnione chęcią niesienia pomocy. Dzielił się wszystkim, co miał z innymi. Miłością także.
Objęła go w pasie, dotykając koniuszkiem własnego nosa jego, szturchając go lekko. Jego uśmiech, poprawa humoru przyniosły odrobinę spokoju. Łzy wzruszenia zakręciły się w kącikach, kiedy spojrzała mu w oczy. Czuła smak soli na języku, powietrze pachniało wiosną. Było wciąż chłodno, ale od niego bił gorąc. Zupełnie jak od ognia.
— Zawsze jesteś taki przyzwoity, Moore? — spytała zaczepnie, chociaż nie czekała na odpowiedź. Znała ją już. — Nie musisz mi niczego wynagradzać, wygłupiłam się... Nie potrzebuję tego, po prostu... Zacząłeś tak... rzeczowo i konkretnie... — Uniosła brwi, spoglądając na niego przepraszająco, niczym zbite szczenię i uśmiechnęła się ciepło, a żar rozlał się od piersi po całym ciele, jak zawsze wtedy, gdy patrzył na nią w ten właśnie sposób. — Uratowałam cię — wytknęła mu znów, marszcząc brwi. — Miałeś szczęście, że zareagowałam tak trzeźwo i błyskawicznie.— Nie próbowała nawet udawać, święcie przekonana, że miała absolutną rację co do przebiegu tamtych zdarzeń. — Dziewczynę? — powtórzyła z uśmiechem, zaintrygowana. Volans już dawno powinien znaleźć sobie pannę. Dziwne, że żadnej nie przygruchał. Był przystojny i zaradny. — Jaka ona jest? — spytała zaraz, wysuwając się jego objęć, wzrokiem uciekając w kierunku kosza, który ze sobą wzięła. Nim zdołał jej odpowiedzieć ruszyła w jego kierunku, otwarła.
— Przywiozłam ci coś z Francji. — Sięgnęła delikatnie dłonią do środka i wyjęła papierową torebkę. — To są kasztany. Tam jedzą takie rzeczy. Wystarczy to upiec na ogniu — zerknęła na niego niepewnie.— Nie nazbierałam ich pod domem, słowo — mruknęła, przewracając oczami, ale w końcu znalazła to, czego szukała. Szarawą kopertę bez laku. Zaklejoną mugolskimi sposobami. Poprawiając długą spódnicę, która zaplątała jej się między nogami, podniosła się i podeszła do Williama. Milczała chwilę i w ciszy, w akompaniamencie skrzypiących gałęzi w ogni przekazała mu list. — To jest dla ciebie — szepnęła. Patrzyła na niego chwilę, by zaraz odejść znów do kosza po kawę zbożową, którą zaważyła jeszcze w domu. Teraz wystarczyło ją tylko podgrzać przy ogniu. Starała się nie patrzeć w jego kierunku, ale ciekawość zwyciężała — zerkała co chwilę. Nie wiedziała, co jest w środku, ale właśnie dlatego chciała odczytać z jego twarzy emocje. — Zabrałam moją mamę w odwiedziny do twojego taty. Chyba się polubili. Mają wiele wspólnych tematów. Myślałam, że może mogłaby mu pomóc czasem, wiesz, jako gospodyni, ale... doskonale sobie radzi. Myślę, że teraz to on pomoże jej się tam odnaleźć. I w szczególności z językiem.


Przeczytaj
Billy,zastanawiałem się co mądrego mógłbym Ci napisać, jaką dobrą radę przekazać, ale nie ma takiej, która zaradziłaby coś na Twoje, Nasze zmartwienia. Codziennie się budzę z nadzieją, że to już koniec, albo, że był to po prostu koszmar, z którego dopiero co się wybudziłem. Też tak masz? Bo mam nadzieję, że od czasu do czasu jednak zasypiasz. Wiem, że robisz wszystko co w Twojej mocy, poświęcasz wiele. Jesteś silny i uparty. Nie daj nikomu złamać sobie ducha. Naprawdę jestem z Ciebie dumny.

To ty ich trzymasz wszystkich razem, wiesz? Żałuję, że nie mogę być tam z Wami, że nie mogę cię odciążyć, bo nie wyobrażam sobie nawet jak wielki ciężar spoczywa teraz na Twoich barkach. Jesteś już od tylu lat mężczyzną, ojcem, bratem, wzorem, walczącym o lepsze jutro dla Nas wszystkich, a ja wciąż mam przed sobą obraz, jak żyw, chłopca z polikami wypchanymi szarlotką mamy.

Wiem, że dbasz o Nich wszystkich, ale nie zapominaj też o sobie, co? Zrób to dla mnie. Dla mamy, bo na pewno nad Wami czuwa i wszystko widzi. I dla przemiłej Hani. Trochę sobie pogawędziliśmy i była na tyle uprzejma, że sama zaproponowała, aby przekazać ten list do Ciebie osobiście. Zależy jej i martwi się o Ciebie, ale to chyba już wiesz.

Uściskaj ode mnie chłopaków, a dziewczyny ucałuj. Uważajcie na siebie, a o mnie się nie martwcie. Kocham Was, Tata



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Plaża odpocznienia - Page 7 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Plaża odpocznienia [odnośnik]30.07.22 23:21
Szalejące tuż za mostkiem emocje stopniowo gasły, cichnąc podobnie do miarowo uderzającego o rozsypane po plaży kamienie deszczu; przestawało padać – krople, spływające bezgłośnie po kopule utkanej z ochronnego zaklęcia, pojawiały się coraz rzadziej, otaczając ich zasłoną wyszywaną w nierówne, nieregularne zygzaki – William jednak ledwie zwracał na nie uwagę, skupiony na słowach wypływających z ust Hannah. Również spokojniejszych, chaotycznych jak deszczowe wzory, ale w jakiś sposób bardziej przypominających . Jego przyjaciółkę, czarownicę, którą znał przez całe życie – a przynajmniej tak mu się wydawało, wspomnienia z wczesnego dzieciństwa były zbyt odległe, by mieć jakieś istotne znacznie. – Nie p-p-przepraszaj mnie już – szepnął. Nie był na nią zły – nadal nie rozumiał, skąd brały się szorstkie zdania i gorzkie wyrzuty, ani dlaczego parę niefortunnie dobranych słów spotkało się z tak gwałtowną reakcją, ale czując jej bliskość i kojący dotyk przesuwających się po klatce piersiowej palców, postanowił zwyczajnie odpuścić. Nie chciał się z nią kłócić; nie potrafił – zbyt długo marzył o tym, żeby móc znowu ją objąć i pocałować, żeby ramionami sięgającymi bezwiednie na drugą stronę łóżka natrafić na coś więcej niż chłód poduszki; brakowało mu rozmów z nią, jej śmiechu i tego, jak łatwo potrafiła sprawić, żeby przestał się zamartwiać, a wyolbrzymione problemy nabrały na powrót normalnych rozmiarów, nie ciążąc już aż tak bardzo na zmęczonych od poczucia odpowiedzialności barkach. Przy niej nie tylko wierzył, że wciąż istniało dla nich jakieś jutro – jasne, wolne od koszmaru wojny – ale też chciał o nie walczyć. – Ja też się m-m-martwiłem – odpowiedział szczerze, starając się odnaleźć jej spojrzenie, ale nie patrzyła na niego. Chłonął więc po prostu jej widok, znajome rysy, posklejane od łez rzęsy, zaczerwienione policzki. Gdyby mógł, nigdy już nie pozwoliłby jej uciec poza zasięg jego wzroku. – Bałem się, że coś się stanie i będę za daleko, żeby ci p-p-pomóc. Albo że dowiem się za późno – przyznał cicho, ledwie słyszalnie; zupełnie jakby powiedzenie tego zbyt głośno mogło spowodować, że myśli i lęki się zmaterializują, staną się realne. Odetchnął głęboko, przypominając sobie, powtarzając, że nic takiego nie miało miejsca.
Denerwowałaś się? – zapytał po chwili. – Dlaczego? – Cofnął jedno z ramion, którymi ją obejmował, żeby dłonią sięgnąć jej twarzy, kciukiem delikatnie popychając podbródek w górę; chciał spojrzeć jej w oczy, poszukać odpowiedzi w parze czekoladowych tęczówek, a jednocześnie: przekazać jej wszystko to, czego sam nie potrafił ubrać w słowa. – Nie d-dokładasz – urwał, potykając się o głoski. Uśmiechnął się – nieświadomie, nie tyle do siebie – co do wizji nieodległej przyszłości, jeszcze niewyraźnej, nieukształtowanej do końca. – Nie dokładacie mi trosk. Cieszę się, Hannah – że tu jesteś, i że – że b-b-będziemy mogli być razem. Wszyscy. Ja – opuścił rękę, żeby przykryć jedną z opartych o jego tors dłoni Hannah, ścisnąć lekko jej palce – ochronię was. Nie p-p-pozwolę, żeby coś wam zagroziło – obiecał. Może naiwnie, nie był w końcu w stanie przewidzieć, co mogło ich spotkać; nie panował nad żywiołami, nad coraz gwałtowniejszymi burzami i wyładowaniami, które ściągały ze sobą istoty zrodzone ze zła samego w sobie; nie mógł w pojedynkę wygrać wojny ani stawić czoła najpotężniejszym czarnoksiężnikom, a mimo to – miał zamiar to zrobić. Zapewnić bezpieczeństwo ludziom, których kochał.
Na wspomnienie okna kiwnął głową, jak mógłby zapomnieć? – Przez ostatnie tygodnie niczego nie chciałem tak bardzo, jak p-p-patrzeć przez nie z tobą – odparł, znów zniżając głos do szeptu; wypuścił jej dłoń, palcami przesuwając wzdłuż nadgarstka, a później wędrując dalej; czule gładząc ramię knykciami, dokładnie tak, jak wtedy – w sypialni na piętrze, w jakimś zawieszonym w czasie momencie pomiędzy nocą a świtem. Czasami również zastanawiał się, czy sobie tego nie wyśnił – ale nie dzisiaj; obejmujące go ramiona stanowiły wystarczającą odpowiedź. – Nie zawsze – wtrącił rozbawiony, odpowiadając na subtelną pieszczotę i lekko trącając ją nosem; spojrzenie utkwione w oczach Hannah nabrało na chwilę intensywności. Czuł bijące od niej ciepło, oddech zatrzymujący się na skórze; ciąg myśli urwał się na moment, zastąpiony zupełną pustką – w której nie istniało nic poza nimi. Wyrwały go z niej kolejne słowa, pokręcił bezwiednie głową. – Wiem, p-p-przepraszam – powiedział, ze skruchą dźwięczącą między sylabami. Zachował się jak idiota – od razu przechodząc do planowania i kalkulowania, nie zatrzymując się, żeby skupić się na tym, co liczyło się naprawdę. – Po prostu – p-p-przez wszystko, co stało się ostatnio… – zaczął, ale zdanie rozproszyło się gdzieś w połowie; nie wiedział, jak to ująć, żeby nie zabrzmiało źle – ani jak wyjaśnić, że ciągłe odbijanie się od jednej sytuacji kryzysowej do drugiej sprawiło, że każdą zmianę zaczął traktować właśnie tak: jak problem wymagający rozwiązania. Przełknął ślinę; było mu wstyd. – Zapomniałem chyba, jak to jest otrzymywać dobre wieści – dokończył, przytrzymując ją jeszcze chwilę przy sobie. – Wiesz, czy to… chłopiec czy dziewczynka? – zapytał niepewnie. Nie miał pojęcia, czy kobiety to wiedziały; wydawało mu się to niemożliwe, ale z drugiej strony – zanim urodził się Aidan, jego mama uparcie twierdziła, że będzie miał młodszego brata, więc może kryła się w tym jakaś magia, której nie rozumiał.
Uśmiechnął się po chwili, pozwalając jej wreszcie odsunąć się o pół kroku. Nawet nie próbował prostować jej wersji zdarzeń. – Uratowałaś – potwierdził, co w gruncie rzeczy nie było kłamstwem. Może nie ocaliła go przed utonięciem, nie w wodzie – ale samym pojawieniem się na tej plaży uchroniła go przed czymś znacznie groźniejszym niż morskie fale.
Kiwnął głową, zastanawiając się przez chwilę, a później wzruszając ramieniem. Nie był pewien, co mógłby powiedzieć o Aurorze – pamiętał ją głównie ze szkoły, w ostatnim czasie nie zdążyli zamienić ze sobą zbyt wielu słów. Ale pomogła chorej kobiecie i jej synom, zgodziła się wesprzeć Zakon – musiała mieć dobre serce. – Miła. P-p-pomaga nam – to znaczy, Zakonowi. To Aurora Sprout, pamiętasz ją? – odpowiedział, niechętnie pozwalając Hannah się odsunąć, ale nie spuszczając z niej wzroku, kiedy podeszła do wiklinowego kosza. Jego brwi powędrowały do góry. – Mnie? – zapytał, przyglądając się, jak wyciąga papierową torebkę, zaraz potem przenosząc spojrzenie na kopertę. List? Zamrugał szybko, wyciągając po niego rękę, ale nie otwierając go od razu; obrócił go w palcach kilka razy, jakby na szarej kopercie spodziewał się dostrzec odpowiedzi na niezadane pytania. – To co t-t-takiego? – Podniósł pytający wzrok na Hannah, gdy jednak w milczeniu odeszła w stronę kosza – sięgnął do listu drugą ręką, kciukiem podwadzając zaklejoną kopertę.
Charakter pisma ojca rozpoznał od razu, chociaż minęło dużo czasu, odkąd po raz ostatni miał od niego wieści. Tata nie posiadał własnej sowy, był mugolem – te zazwyczaj więc się go nie słuchały; mugolska poczta z kolei działała powoli i nie miała szans dotrzeć do ukrytego w irlandzkich górach domu. Wypuścił powoli powietrze z płuc, nie mówiąc już nic – zamiast tego skupiając się na czytaniu, chłonąc kolejne wersy w akompaniamencie łagodnego głosu Hannah. Nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy o niej wspomniał – jednocześnie czując uporczywe pieczenie w kącikach oczu; ojciec był z niego dumny.
Kiedy dotarł do końca, przewrócił kartkę na drugą stronę, jakby spodziewając się znaleźć tam kolejne wyrazy, jeszcze kilka skrawków wieści, ale papier był czysty. – Dziękuję – wyrzucił z siebie po przedłużającej się chwili milczenia; głos miał ciężki od wdzięczności i ściśnięty wzruszeniem; głoski wydawały się miękkie, wilgotne. – Że go odwiedziłaś i… Za wszystko. – Złożył ostrożnie list, chowając go do koperty, a później – starannie wkładając go do wewnętrznej kieszeni kurtki. Dopiero później sięgnął dłonią do twarzy, opuszkami palców ocierając uporczywą wilgoć z kącików oczu. – B-b-brakuje mi go – przyznał. Ojciec zawsze był dla niego podporą; zwłaszcza po śmierci mamy, gdy we dwóch na wiele miesięcy zamknęli się w jego warsztacie – i później, kiedy mieszkali razem z Amelią we Francji, a on – krok po kroku – uczył się, jak być ojcem dla niej. Chociaż wiedział, że za granicą było bezpieczniej, żałował, że dzisiaj nie miał go obok – czasami gnąc się pod dźwiganym w pojedynkę ciężarem. – Ale to d-dobrze, że będzie miał towarzystwo – dodał, naprawdę czując ulgę na myśl o tym, że ojciec będzie miał obok siebie kogoś przyjaznego. Kogoś, kto go zrozumie.
Sam doskonale wiedział, że robiło to ogromną różnicę.
Pomogę ci – odezwał się po chwili, przypominając sobie o ognisku i kasztanach. Podszedł do wiklinowego kosza, po drodze posyłając Hannah przepełnione czułością spojrzenie; wciąż jeszcze nie pozbył się do końca ściskającego gardło wzruszenia. Wziął do ręki koc, a później odsunął się, żeby rozłożyć go tuż przy ognisku – nie chcąc już niczego więcej, niż tylko usiąść na nim razem z Hannah i słuchać jej głosu. – P-p-pokażesz mi, jak piecze się te kasztany? – zapytał, wyciągając rękę w jej stronę, żeby chwycić ją za dłoń i przyciągnąć bliżej ognia. I bliżej niego. – Zajmę się tym, a ty – opowiedz mi coś d-d-dobrego. Coś, co przytrafiło ci się we Francji – poprosił.




bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga – gdy śmiercią niosło;
umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością

William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25 +5
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Plaża odpocznienia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach