Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stadion Jastrzębi z Falmouth
AutorWiadomość
Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]03.05.18 19:50
First topic message reminder :

Stadion Jastrzębi z Falmouth

★★
Stadion Jastrzębi znajduje się na północ od kornwalijskiego miasteczka Falmouth, a przed wzrokiem mugoli chronią go zarówno otaczające okolicę wzniesienia, jak i zestaw zaklęć ochronnych, skutecznie zniechęcających niemagicznych do zapędzania się na tutejsze wrzosowiska. W czasie, w którym w powietrzu nie trenują akurat Jastrzębie, jest obiektem ogólnodostępnym: wstęp na trybuny oraz murawę jest możliwy dla każdego czarodzieja, który wylegitymuje się przy wejściu i uiści symboliczną opłatę. Poza zasięgiem pozostaje jedynie szatnia drużyny, strzeżona przez wymalowanego na oficjalnym herbie jastrzębia, przepuszczającego jedynie tych, którzy znają aktualne hasło. Sam stadion utrzymany jest w bieli i szarości, a na trybunach powiewają trójkątne proporce.

Możliwość gry w quidditcha
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:35, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]06.06.21 2:11
The member 'Reggie Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 50
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]06.06.21 9:45
Dawno nie czuła takiej beztroski jak latając w towarzystwie Weasleya na miotle. Jakby wszystkie problemy gdzieś przepadły. Liczyło się tylko tu i teraz. Wiatr we włosach, wysokość, pęd, cudowny stan. Nawet nie sądziła, że tak prosta rzecz może przynieść jej tak wiele radości. Może powinna pozwalać sobie na takie chwile zapomnienia częściej? Na pewno to przemyśli.
Dobrze, że Reggie zaproponował jej to spotkanie. Był jedną z niewielu osób, przy których rzeczywiście mogła być sobą. Nie musiała udawać, zastanawiać się nad tym, czy słowa której padają z jej ust są odpowiednie. Szkoda, że niewielu szlachciców było jak on. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Prue ubiła rywalizację, uwielbiała wygrywać, jednak nie znosiła dawania forów. Zwycięstwo wtedy smakowało jak przegrana. Dlatego była zadowolona, że mężczyzna nie zamierzał dać jej wygrać ot tak. To jeszcze bardziej ją mobilizowało do tego, że chciała go pokonać. Miała świadomość, że jej umiejętności nie należały do specjalnie rozwiniętych akurat w tej dziedzinie, ale była w końcu Macmillanem, miała to we krwi!
Weasley wysunął się na prowadzenie, nie miała jednak zamiaru się jeszcze poddawać, walczyć w końcu trzeba do końca, bo zawsze pozostaje jakaś nadzieja. Skupia się więc ponownie, wzięła głęboki oddech i próbowała przyspieszyć. Chciała jeszcze spróbować na ostatniej prostej wysunąć się na prowadzenie. Ona nie zamierzała zmieniać wysokości, uważała, że aktualna była odpowiednia, no i nie była na tyle doświadczona, żeby pozwolić sobie na taki manewry. Zapewne nie byłaby w stanie się zatrzymać przed ziemią i uderzyłaby twarzą o murawę na stadionie, a tego zdecydowanie nie chciała. Wolała uniknąć urazów, o ile były one niepotrzebne. Widziała, co robi Reggie, cóż, miała świadomość, że jest on ryzykantem, za to go w końcu lubiła, sama jednak skupiła się na celu, czyli na trybunie, która znajdowała się przed nimi. Mocniej ścisnęła miotłę i leciała przed siebie z nadzieją, że ten przed nią pożałuje swojego pomysłu. Zobaczymy, czy uda się jej go wyprzedzić, w głębi duszy mocno na to liczyła.

| Latanie na miotle I(10) + k100


I am the storm and I am the wonder
And the flashlights nightmares
And sudden explosions
Prudence Macmillan
Zawód : Specjalista ds. morskich organizmów
Wiek : 26/27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
With wild eyes, she welcomes you to the adventure.
OPCM : 14
UROKI : 11
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 6 D36cb059e33df5c9cc27b3102f0bf437286d1298
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9686-prudence-macmillan https://www.morsmordre.net/t9710-limbo https://www.morsmordre.net/t9701-syrenka https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t10646-skarpeta-pru https://www.morsmordre.net/t9860-prudence-macmillan#298534
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]06.06.21 9:45
The member 'Prudence Macmillan' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]06.06.21 11:31
Widział już finisz, jednak zza ramienia spoglądał w gdzieś w górę, gdzie mogła być Prudence. Nie miał zamiarów pozwalać, żeby coś jej się stało, w końcu leciała na konkretnej wysokości, więc nic dziwnego, że miał pod ręką różdżkę, tak w razie czego. Wewnętrzna kieszeń skrywała drewniany patyk, stąd niemałym wyzwaniem byłoby zwalczenie pędu wiatru, choć niska wysokość i nadciągająca meta dawały komfort zejścia z miotły lub zatrzymania się.
Pobudzając łodygi trawy do ugięcia się za dodatkowymi powiewami, które były efektem jego rozpędzenia, nie zamierzał odpuszczać, a tym bardziej skupiać się na nich. Nie był wielkim fanem chwastów, choć trzeba przyznać, że bardzo lubił naturę. Było to wspaniałe oderwanie od szarej codzienności Londynu, gdzie zwykle mógł się z tym spotkać tylko w parkach. Tam niestety latanie na miotle nie było dozwolone, przynajmniej nie w centrum, szczególnie już nie w porcie. Dawał więc upust przyjemności oddawania się wiekowemu już zainteresowaniu. Może nawet powinien w końcu zainwestować w porządniejszą miotłę? Tylko po co? Żeby kurzyła się używana jedynie odświętnie? Kieszenie przecież nie były zapełnione wielkimi galeonami, dlatego nic dziwnego, że starał się wiązać koniec z końcem, jak tylko potrafił.
Minął dziki, a więc i lekko oddalone miejsce, z którego startowali przy trybunie, było na wyciągnięcie ręki. Niezrażony tym delikatnym zwolnieniem pochylił się ponownie do przodu, próbując spiralnym manewrem powrócić na jakąś wysokość. Czas na ćwiczenia można było znaleźć zawsze!
Rozradowany z pulsującą krwią w żyłach zrobił raptowny zwrot, kiedy osiągnął punkt końca trybun. Wygrał? Uśmiech nie był w stanie zejść mu z twarzy ani przez myśl mu nie przeszło, żeby założyć, iż Prudence będzie mieć jakąkolwiek trudność w opanowaniu własnego środka transportu. Szybko spróbował odnaleźć ją wzrokiem, jakby faktycznie spodziewał się, że ta zaraz wyskoczy mu zza pleców, mówiąc, że była pierwsza! Zamiast tego ujrzał ją mknącą na miotle dosyć... niepewnie? Zatrzymał się, obserwując jak sobie radzi. Znając objawy utraty panowania nad miotłą, wolał mieć pewność, że będzie w stanie jej pomóc, dlatego ponownie uwolnił ręce od trzonka miotły.
- Spokojnie Prudence, skup się na locie! - krzyknął z miejsca startowego jednak o wiele wyżej nad ziemią. Miał nadzieję, że go słyszała.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]06.06.21 19:03
Oczywiście Prudence nie byłaby sobą, gdyby wszystko poszło po jej myśli. Tak bardzo skupiła się na tym, że chciała wygrać ten wyścig, że zupełnie przestała przejmować się tym, co najważniejsze. Straciła panowanie nad miotłą. Coś poszło nie tak i zaczęła się chwiać, gdzieś nad głowami dzików. Mina jej zrzedła, nie chciała wylądować między tymi stworzeniami. Mogły ją przecież mocno poturbować. Nie chciała też by Reggie patrzył na jej porażkę. Prudence, skup się, przecież to nic trudnego.
Próbowała ponownie wrócić na dobry tor. Zdecydowanie nie miała już szansy dogonić kompana, aczkolwiek mogła jeszcze powalczyć z tym, żeby nie zaliczyć przymusowego lądowania wśród dzików.
Wzięła głęboki oddech. Ścisnęła mocniej miotłę, chociaż najchętniej by z niej w tym momencie zeskoczyła. Musiała jednak dolecieć do Weasleya.
Jakoś udało jej się dotrzeć do celu. Podleciała do mężczyzny z nieco skwaszoną miną, widać było, że nie jest zadowolona ze swojego popisu, liczyła na to, że jej umiejętności są jednak nieco większe. Może czas najwyższy nad nimi popracować. Ta sytuacja zdecydowanie się do tego przyczyni. Nie sądziła, że aż tak niepewnie będzie się czuła na miotle. Niby na początku nie było tak źle, jednak im dużej próbowała.. tym było tylko gorzej. Nie podobało jej się to zupełnie.
- Ale ze mnie oferma. - rzekła szczerze, co sądzi na ten temat. - Muszę trochę popracować nad lataniem, bo jak widać takie umiejętności zanikają. Co ze mnie za czarownica. - za dzieciaka latanie wydawało jej się jedną z istotniejszych umiejętności, z czasem zaczęła to zaniedbywać, może niepotrzebnie. - Za to Ty Reggie, wspaniały występ, chylę czoła. Zaimponowałeś mi.- widać było, że jest w tym dobry. - Często latasz? Czy to po prostu wrodzony talent? - zeskoczyła z miotły. Zdecydowanie lepiej czuła się mając grunt pod nogami, szczególnie, że było całkiem blisko zaliczenia upadku z wysokości. Nie to, żeby się bała, jednak w tym momencie takie dodatkowe rozrywki były jej zupełnie niepotrzebne. Jeszcze by się ktoś zainteresował tym, co robi w wolnym czasie, a tego zdecydowanie wolała uniknąć.


I am the storm and I am the wonder
And the flashlights nightmares
And sudden explosions
Prudence Macmillan
Zawód : Specjalista ds. morskich organizmów
Wiek : 26/27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
With wild eyes, she welcomes you to the adventure.
OPCM : 14
UROKI : 11
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 6 D36cb059e33df5c9cc27b3102f0bf437286d1298
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9686-prudence-macmillan https://www.morsmordre.net/t9710-limbo https://www.morsmordre.net/t9701-syrenka https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t10646-skarpeta-pru https://www.morsmordre.net/t9860-prudence-macmillan#298534
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]21.06.21 15:55
Z niemałą obawą obserwował jej popisy, choć dobrze wiedział, że przecież nie może stać się nic złego, to w końcu była Prudence, nie jakaś tam byle czarownica z łapanki. Nie chodziło naturalnie o jej nazwisko, a fakt, że była Lwicą z krwi i kości. Może nie znajdowała się w drużynie Quidditcha, jednak była uparta i odważna, a to liczyło się o wiele bardziej, o ile nie próbowała pikować w dół i wierzyć, że drewno samo się uniesie przed zderzeniem z ziemią. Płonne były takie nadzieje, ale widywało się takich chojraków, którzy zwykle tchórzyli. Sam często wahał się przed takimi atrakcjami, zwykle próbował ich uniknąć, choć czasem dobrze było dostarczyć sobie takiej dawki adrenaliny. Szczególnie kiedy miało się tak doborowe towarzystwo!
- Hej! Nie było tak źle! - odpowiedział momentalnie, starając się ją jakoś pocieszyć, bo przecież nie było! Mogła faktycznie wylądować tam, gdzie żerowały te dziki! - Jeśli masz ochotę, to mogę cię poduczyć. - zaproponował praktycznie od razu, jakoś niespecjalnie biorąc sobie do serca fakt, że przecież nie był orłem wysokich lotów! Nawet już nie pamiętał wszystkich tych zasad w Quidditchu, choć te wydawały się dość naturalne, a jednak czas robił swoje, dokładnie tak jak mówiła. - Nie ma czego. - ucieszył się serdecznie, obdarowując ją jednym z tych szerokich, szczeniackich uśmiechów, bo przecież cieszyła go sama możliwość pośmigania na miotle! - Rzadko kiedy mam możliwość, więc korzystam, kiedy tylko mogę... wiesz, mama w końcu była zawodniczką Quidditcha, siostra też, głupio byłoby mi tak mocno odstawać. - stwierdził jakby na swoje tłumaczenie, bo przecież nie mogło się to wziąć z niczego! Przynajmniej tak wierzył! - Gdybyś kiedykolwiek chciała jakiejś porady, to naprawdę śmiało. Na pewno nie jestem tak biegły, jak Ria, ale może coś uda mi się doradzić, jak chociażby chwyt, pamiętaj, żeby mocno się nie usztywniać i nie spinać barków. Miotła to czuje, szczególnie kiedy próbujesz zrobić mocny zwrot. - zaczął ośmielony jakoś tym przelotem, bo przecież wiadomo, że wciąż mu serce biło szaleńczo, choć nawet nie zdołał się porządnie rozgrzać! Cóż to było za wspaniałe życie, kiedy latanie zajmowało praktycznie cały wolny czas w Hogwarcie! - Pewnie mógłbym Ci tak gadać i gadać, a zamiast tego moglibyśmy pójść wszamać coś dobrego, co Ty na to? - zaproponował dosyć luźno, schodząc zaraz z miotły. Puls powoli się uspokajał, choć rudzielec w rzeczywistości miał ochotę jeszcze trochę pośmigać na miotełce. Dobrze, że dziki nie postanowiły zrobić sobie z nich potrawki!
Nie pozostało im nic innego jak napełnić energię jakimś posiłkiem, a potem pozostało się już tylko pożegnać.

| zt.x2


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]25.09.21 2:09
4 stycznia 1958
Oczywiście, że wiedział, gdzie był ten stadion. Kołował nad nim krótką chwilę jeszcze nim spostrzegł Emer, uciekając myślami do ostatnich zdarzeń; był przecież przed czasem, zawsze był, nie należał do czarodziejów wybitnie punktualnych, ale ona budziła przed nim respekt, a sprawy Zakonu, który jakiś czas temu spostrzegł go jako wartościowego, stawiał na samym szczycie listy swoich priorytetów. Ale ten stadion: ten stadion był czymś więcej, tak jak Jastrzębie były czymś więcej. Był tamtego dnia na egzekucji, egzekucji za prawdę, choć zamknął oczy, kiedy dawne Jastrzębie zostały stracone. Billy Moore, Benjamin Wright, Jastrzębie były najlepsze nie tylko na boisku, Jastrzębie były najlepsze sercem. I Jastrzębie już nigdy nie wzlecą ku niebu. Nigdy? Pewnego dnia, pewnego dnia to wszystko przecież się wreszcie skończy: czarne chmury zostaną odegnane, smętny wiatr przestanie dąć, a słońce znów rozświetli nawet tę murawę. Kornwalia wydawała się tak ponura, jak ponurą i straszną była teraz cała pogrążona w konflikcie Anglia. Słodka Anglia, za którą tęsknił bardziej, niż kiedykolwiek sądziłby, że mógłby zatęsknić. W końcu szarpnął miotłę w dół, z zawrotną prędkością pikując w dół, na murawę, ostro przyhamował tuż przy ziemi, zawijając trzon w górę, jeszcze na impecie lotu zeskakując na lekko ugięte kolana, płynnym gestem przechwytując miotłę, która wnet wylądowała na jego ramieniu. Naprawdę dobrze latał. Kiedyś, kiedy próbował dostać się do gryfońskiej drużyny Quidditcha, wydawało mu się, że mógłby latać w ten sposób: że mógłby zostać gwiazdą, życie miało dla niego jednak inne scenariusze, mniej optymistyczne, choć panował nad sceną, to okładki gazet nigdy nie miały należeć do niego.
Zrzucił z dłoni skórzane rękawice ochronne, wrzucając je do kieszeni płaszcza, którego kaptur zaciągnął na głowę, chroniąc się przed narastającą mżawką. Dopiero wówczas dostrzegł na trybunach kobietę w czerwonym berecie, tego kazała mu wypatrywać, prawda? Nie zwlekał, jednym susem przeskoczył oddzielającą go od trybun barierkę i energicznym krokiem wspiął się w jej kierunku, szukając kontaktu wzrokowego.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]25.09.21 19:38
Nie pamiętała, kiedy ostatnio była na stadionie Quidditcha. Jeszcze za czasów szkoły? Kilkanaście lat temu, gdy jej bracia wzbijali się w przestworza, by z dumą reprezentować barwy Gryffindoru...? Tym bardziej nie miała do tej pory powodu, by siadywać na trybunach tego konkretnego boiska, jeszcze do niedawna chluby znanych ze swej brutalności Jastrzębi. Na opustoszałym obiekcie odnalazła się jednak bez trudu, wybierając jedno z bliskich murawie miejsc; cały obiekt był przeraźliwie cichy, do tego przyprószony grubą warstwą śniegu. Zapewne w niczym nie przypominał siebie z czasów, gdy drużyna święciła triumfy, rozkładając na łopatki najsilniejszych z rywali. Tak przynajmniej czytała w gazetach, kiedyś.
Poprawiła przekrzywiony, czerwony beret, pozwalając sobie na przelotnie skrzywienie, gdy – dość nieoczekiwanie – zaczęło mżyć. Akurat teraz? Trudno, bez znaczenia; to pewnie nie potrwa długo, taką przynajmniej miała nadzieję, śledząc wzrokiem lot rosnącej w oczach, pikującej wprost ku ziemi sylwetki. Domyślała się już, że to on, w Dorset pojawił się w podobnym stylu, mimo to poprawiła chwyt na skrytej w kieszeni płaszcza różdżce. Pokręciła krótko głową, gdy wyhamował dopiero w ostatniej chwili. Nie mogła mu tego odmówić, odwagi i widocznej w ruchach gracji godnej wybitnego akrobaty, przy okazji jednak na usta pchały się też inne określenia, chociażby takie jak ryzykant, żeby nie powiedzieć głupiec.
Tym razem nie wyglądała jak Emer; odkąd otrzymał list od samego Longbottoma, został obdarzony zaufaniem Zakonu, nie widziała dłużej powodu, by okłamywać go w temacie swej tożsamości. I tak by się dowiedział, prędzej lub później, wolała więc doprowadzić do tego sama, na własnych warunkach. Móc kontrolować sytuację i odsunąć na bok ewentualne wątpliwości. – Marceliusie – przywitała się krótko, oszczędnie, składając usta w bladym uśmiechu; choć była jedyną osobą na trybunach i choć nosiła obiecany beret, domyślała się, że będzie podejrzliwy. Nieufny. – Często lądujesz w ten sposób? – Uniosła wyżej brwi, nie chcąc zabrzmieć surowo, zamierzając jednak dać mu do zrozumienia, że jej uwadze nie umknął ten pokaz brawury. – Myślę, że powinnam się jeszcze raz przedstawić. Tym razem nie ukrywając się za żadną z masek – dodała, powoli wstając z zajmowanego do tej pory miejsca. Choć przemawiała z pozorną swobodą, to stale obserwowała młodego Carringtona, próbując przeczytać jego mimikę, gesty, w poszukiwaniu wskazówek. Sądziła, że jest go już w stanie bezbłędnie rozpoznać, tym bardziej – ocenić, czy kieruje nim gniew, czy jakakolwiek inna emocja. – Wpierw jednak przypomnij mi, gdzie odbyło się nasze poprzednie spotkanie – niejako poprosiła, choć sprzeciw nie wchodził w grę. Potrzebowała dodatkowego potwierdzenia, że ma do czynienia ze znajomym cyrkowcem, nie zaś uzdolnionym metamorfomagiem czy kim pod wpływem działania eliksiru wielosokowego.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]26.09.21 0:52
Nie wyglądała jak ona.
Zatrzymał się w pół kroku, parę schodów niżej, lustrując ją spojrzeniem, kiedy zwróciła się do niego imieniem. Miała znak rozpoznawczy, o którym wspomniała w liście, znała jego imię, ale nie była nią. Nosiła inną twarz? Eliksiry, zaklęcia, z pewnością istniały sposoby, ale jaką mógł mieć pewność, czy ktoś po prostu nie przejął jego listów? Nie był nikim istotnym, nikt nie zasadzałby pułapki na niego - a na nią? Zrzucił z ramienia miotłę, by wesprzeć się na wspartym o ziemię trzonie, kątem oka zerkając na trybuny - upewniając się, że nie było na nich ni jednej żywej duszy więcej. Nikogo.
- Lubię latać - odpowiedział, ze wzruszeniem ramienia, brawura była jego codziennością, ryzyko nieodłączną częścią codziennych ćwiczeń i cyrkowych pokazów, nie bał się. Znał swoje możliwości - to jedyny obszar, na którym był naprawdę pewny siebie, nie bezpodstawnie. Był głupcem, był lekkomyślny, nie bał się adrenaliny. Wyraźnie jednak nie chciał o tym rozmawiać, bo myśli w pełni zajmowała ona: przyglądał się jej z nutą podejrzliwości, kiedy wstawała z zajmowanego miejsca, przyglądając się mu czujnie, jak leśna sarna, która usłyszała właśnie szmer dobiegający z zarośli; mówiła o maskach, czy wcześniej nie była z nim szczera? Widzieli się raptem parę razy, nie miał powodów czuć się z tym źle - rozumiał przecież, jak ważna była ostrożność. Ale - jaką miał pewność, że była tą, za którą się podawała?
- To jakiś test? - zapytał wprost, skoro miała znak rozpoznawczy i znała jego imię, o nim wiedziała i tak, niezależnie od tego, kim była. - Jeśli nie jesteś tą, na którą czekam, podanie miejscowości mogłoby podrzucić ci trop prowadzący do niej - oznajmił równie wprost, on spalony byłby tak czy inaczej, mógł sobie na to pozwolić. - O co tutaj chodzi? - zapytał, szukając spojrzenia jej źrenic, maski niczego nie ułatwiały. A jednak oczekiwała odpowiedzi, jej ton jasno na to wskazywał. Wziął głębszy oddech, dopiero po chwili wypuszczając z ust powietrze.
- Tam, gdzie sprzyja się odwadze - odpowiedział w końcu, po chwili namysłu, odnosząc się do tradycji Wiklinowego Maga. Jak powiedzieć wiele, nie mówiąc nic? - Tam, skąd widać szczęście kochanków - Święto miłości oddawało cześć zakochanym, a ze wzgórza nad Weymouth rozciągał się najpiękniejszy widok na wybrzeże. Czy tyle miało wystarczyć? Przechylił nieznacznie głowę w bok, przyglądając się jej z większą czujnością.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]26.09.21 11:29
Jesteśmy tutaj sami – oznajmiła cicho, spokojnie, gdy dostrzegła, że jego spojrzenie ucieka gdzieś w bok, zaczyna błądzić po pozostałej części trybun; sprawdziła to, nim jeszcze przysiadła na jednym z miejsc. Niemalże była w stanie wyobrazić sobie, jak trybiki w jego głowie przyśpieszają, gdy próbował rozeznać się w sytuacji. Nie dziwiła się temu, że miał opory, by obdarzyć ją zaufaniem i opuścić gardę tylko dlatego, że pojawiła się we wskazanym miejscu, o wskazanej porze, a na głowie miała wspomniane w ostatnim liście nakrycie głowy. Co więcej, przyjmowała tę reakcję – pełną rezerwy i podejrzliwości – z czymś na kształt ulgi. Skinęła krótko głową, gdy lakonicznie przyznał, że lubi latać; odnotowała tę informację w pamięci, łącząc jego osobę również z akrobacjami, które wykraczały poza cyrkową arenę. To jednak nie był temat, który chciał rozwijać; czuła na sobie jego ciężkie, badawcze spojrzenie, dostrzegała zmarszczoną brew i oznaki całkowicie zrozumiałej w tej sytuacji płochliwości. Gdyby tylko wykonała jeden nieostrożny ruch, z pewnością wskoczyłby na tę swoją miotłę i zniknął na horyzoncie, nim zdążyłaby się w jakikolwiek sposób wytłumaczyć.
Dlatego wstawała powoli, niemalże leniwie, przestając poruszać skrytymi w kieszeniach męskiego płaszcza dłońmi; nie obracała już różdżki, nie chcąc, by spłoszyło go choćby i takie, częściowo maskowane materiałem odzienia, drgnienie. Fakt, że pojawiała się przed nim bez zmieniania choćby rysów twarzy, odzywał się w piersi czymś nieprzyjemnym, ostrym. Nie była wolna od wątpliwości, jednak uparcie odsuwała je na bok, nie chcąc teraz myśleć o wpajanych od wielu lat nawykach, o podejmowanym ryzyku.
Poczekała, aż towarzysz odpowie na zadane pytanie, choć widziała w nim coś na kształt irytacji – możliwe, że wywołanej brakiem zrozumienia. Skinęła znowu głową, pozwalając, by kąciki ust drgnęły w czymś na kształt uśmiechu. – To nie test. – Choć nie do końca była z nim tutaj szczera; ciągle poddawała go uważnej ocenie, również to, jak radził sobie w takiej sytuacji. – I dziękuję. – Powiedział wystarczająco wiele, i to bez nazywania górującego nad terenami festiwalu lata wzgórza wprost. – Rozumiem jednak, że nadal możesz mieć wątpliwości, czy rozmawiasz z właściwą osobą. Może obawiasz się, że ktoś przejął naszą ostatnią korespondencję. Pamiętasz jednak tawernę, która upadła przed Szalonego Korsarza? Lubię deszcz, bo pada na wszystkich jednakowo. – Na krótką chwilę wypuściła z dłoni różdżkę, rozkładając dłonie w podszytym pozornym rozbawieniem geście; akurat mżyło, odpowiednia sceneria dla powtórzenia wypowiedzianych w lipcu słów – wtedy również padało. Czy nawiązanie do tamtego spotkania miało go uspokoić? – Sytuacja wymagała ode mnie podjęcia odpowiednich środków ostrożności – wyjaśniła powoli, cierpliwie, na powrót wciskając dłonie do kieszeni, odnajdując pod palcami znajome drewienko zakupionej ledwie kilka miesięcy temu różdżki. – Lecz skoro jesteś już jednym z nas, pomyślałam, że łatwiej będzie nam rozmawiać w ten sposób. Maeve Clearwater. Czy teraz przejdziemy do tematu czarodzieja, z którym możemy sobie wzajemnie pomóc? – Uniosła wyżej brwi; mówiła i mówiła, również po to, by dać mu czas na ułożenie sobie tego wszystkiego w głowie. Na przełknięcie ewentualnej goryczy, na złączenie obrazów Emer i jej samej w jedno.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]26.09.21 15:01
Byli tutaj sami, nie rozglądał się bez powodu, poszukując drugiego czerwonego beretu, obca twarz nie budziła zaufania, a jednak bezpośredni imienny zwrot jasno wskazywał, że czarownica zwracała się do niego. Unosił brodę wyżej, kiedy wykonywała kolejne powolne gesty, wstając i zbliżając się w jego stronę, obserwował ją: tym samym płochym spojrzeniem, jak sarna pośród leśnych zarośli obserwująca ludzki ruch, mógł przynieść śmierć lub pomoc. Sięgnął wzrokiem jej dłoni, skrytych w kieszeniach, ostrożnie bacząc na każdy gwałtowniejszy ruch. Detale miały znaczenie wszędzie, na trapezach to właśnie liche gesty świadczyły o gotowości do kolejnych akrobacji, z instynkt nakazywał mu wypatrywać ich również w podobnych sytuacjach. Jeśli to nie test - to co? Wciąż ściągnięta brew wywołała na jego czole bruzdę, przyglądał się jej profilowi, ale był całkiem pewien, że nie spotkał jej nigdy wcześniej, a jednak - przemówiła do niego hasłem, które miało ich ze sobą skontaktować po raz pierwszy.
- Widziałem we mgle twój cień - pamiętał je, pamiętał też, co miał odpowiedzieć; przejęcie jednego listu nie sięgnęłoby wcale tak daleko. Podążył spojrzeniem za jej dłońmi, pozbawionymi w tym momencie oręża. Pokojowo. Wyglądało na to, że rzeczywiście miał przed sobą właściwą osobę, choć wciąż niewiele z tego rozumiał.
- Jak...?  - zaczął, kręcąc głową. Czy tym razem objawiła mu się właściwym imieniem i nazwiskiem? Właściwą twarzą? A czy miało to właściwie jakiekolwiek znaczenie? Czy mógł się dziwić podejmowanym przez nią środkom ostrożności? Tacy jak ona - nie tylko musieli się bardziej chronić, byli przecież bardziej niż inni potrzebni. Jego zastąpiliby bez trudu - a ją? Skinął w końcu głową, na znak, ze rozumie, obracając się przodem do lśniącej od mżawki murawy stadionu, mimowolnie podniósł wzrok wyżej, na obręcze bramek Jastrzębi. Ten widok wprawiał jego krew w silniejsze wrzenie, przypominał - o tym, co naprawdę było ważne. W rzeczywistości gdzieś ten ciąg zdarzeń wywołał u niego dumę - dumę, że dziś ufała mu na tyle, by podać prawdziwe imię. Czy było prawdziwe, czy stanowiło tylko kolejną maskę - tego już wiedzieć nie mógł. Jeszcze nie wiedział, że niewiedza naprawdę była czasem błogosławieństwem - pożałuje tego momentu dzień później, gdy stanie oko w oko z legilimentą. I wówczas zrobi wszystko, by jej sekret pozostał bezpieczny. Dosłownie wszystko. - Teraz jesteśmy przyjaciółmi? - zapytał, z błyskiem w oku, choć niemrawość gestów zdradzała ironię, wiedział, że nie. Oparł miotłę o trybuny, chowając w kieszeniach własne dłonie, deszcz niósł nieprzyjemny chłód. Chciała przejść do rzeczy, skinął głową.
- Thomas Doe - przedstawił go bez ogródek, nie zamierzał kłamać, obrzucać jej nieszczerością. - Znamy się od... od zawsze. Był Gryfonem, jak ja, dwa roczniki wyżej. Zgubił się na parę lat, nie miałem z nim żadnego kontaktu. Nie jest nikim ważnym, to... to tchórz jakich mało - Tiara Przydziału się myliła? Ponoć nigdy tego nie robiła. - Nie ma nic wspólnego z konfliktem, ale z jakiegoś powodu policja uznała, że jest inaczej. Przesłuchiwali go, bili, wyszedł ledwo żywy - widziałem go. Pocisnął im kit, żeby dali mu spokój, niczego, co powiedział, nie wsparł niczym, co naprawdę wiedział. On w ogóle nic nie wie. - Wzruszył ramieniem, składając usta w wąską kreskę. Był zmartwiony. Mogli po prostu dać mu spokój. - Opiekuje się młodszą siostrą, ją też znam - dodał, to nie dla Thomasa to robił. Za Thomasa nie dałby przecież złamanego knuta. - Nie mają już żadnej rodziny, a ona... - A Sheila potrzebowała opieki, kogoś, kto zawsze przy niej będzie. Nie przetrwałaby drugiej utraty starszego z braci. - Kazali mu dostarczyć więcej informacji. Nie mam pojęcia, czy sprawdzą te poprzednie, ale jeśli kolejne mogłyby go ocalić... - Chyba inaczej jej to przedstawił w liście, ale w liście znacznie łatwiej było być wyrachowanym. Tak naprawdę - szedł za sercem. - Jest coś, co mogę zrobić? Cokolwiek? - obrócił się, by odnaleźć spojrzenie jej oczu - jego pobłyskiwało determinacją. - Zrobię wszystko - zadeklarował ze zdecydowaniem, obiecał, obiecał i to zrobi.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]27.09.21 20:57
Mam swoje sposoby – odpowiedziała spokojnie, a kącik ust drgnął przy tym w parodii uśmiechu. To, że urodziła się z darem zmieniania aparycji jedynie siłą woli, nie było tajemnicą, przynajmniej nie dla większości członków działającej w podziemiu organizacji. Z drugiej jednak strony coś, wpajane od długich lat zasady, powstrzymywały ją przed przyznaniem się do tego wprost i zdradzeniem rozmówcy wszystkich swoich sekretów w ledwie kilka minut. Wystarczy, że odkryła się z prawdziwą twarzą, z imieniem i nazwiskiem, które nie zostały stworzone na potrzeby kolejnej roli. – Lecz nie tylko ja. Słyszałeś o zaklęciu z dziedziny białej magii, które pozwala na chwilowe rozproszenie wszelkich iluzji? Również tych będących wynikiem przemian animagicznych, metamorfomagicznych i eliksiru wielosokowego? Veritas Claro. – Przekrzywiła lekko głowę, nawet na chwilę nie odejmując od Marceliusa wzroku; jak wypatrująca oznak nieprzygotowania nauczycielka. Wspomniany czar należał do tych bardziej skomplikowanych, jednak na wojnie, w czasach spisków, podchodów i bezustannej gry pozorów, również – tych niezwykle przydatnych. – Kiedyś może uratować ci skórę.
Nawet nie drgnęła, gdy uraczył ją pytaniem retorycznym; czy byli przyjaciółmi? Nie, oczywiście, że nie. Na ich palcach były jednak te same pierścienie Zakonu. Stali się sojusznikami, a jeśli chcieli pomarzyć o osiągnięciu sukcesu, musieli nauczyć się ze sobą współpracować. Obdarzyć choćby namiastką zaufania.
Doe, Gryfon, tchórz. Słuchała go z uwagą, próbując jak najlepiej wyobrazić sobie osobę, o której mówił – wolna od sentymentów czy uprzedzeń. – Z jakiegoś powodu, kiedy rejestrował różdżkę – mruknęła, przypominając sobie, jak przedstawił to w liście. – Nic nie wie? O tobie również? Pomagał przy ulotkach nie rozumiejąc, na czyją korzyść działasz? – Nie musiał wiedzieć, mógł po prostu chcieć zrobić coś, co zostało mu przedstawione jako dobre i przyzwoite. Lecz czy tak właśnie zachowałby się tchórz? Narażał władzy po raz kolejny? Mieli na niego oko, skoro wpadł w trakcie wyrabiania certyfikatu, a mimo to ryzykował własnym zdrowiem, życiem, w imię buntu przeciwko arystokracji. Albo był niezwykle głupi, albo nie mówił im wszystkiego. – Czy wiesz może, o czym rozmawiali za pierwszym razem? Dokładnie. – W wiadomości, którą skreślił akrobata, była mowa o zeznawaniu przeciwko nim. Może Ministerstwo było już na tyle zdesperowane, że katowało każdego, kto wpadł im w ręce, byle tylko dowiedzieć się czegoś o rebelii. Wciąż jednak nie mogła pozbyć się ukłucia podejrzliwości. Carrington zdawał się jednak zdecydowany, nie brakowało mu determinacji. – Na pewno będą sprawdzać te informacje. I kto wie, może nowe, lepsze wieści załagodzą gniew oficjeli – przytaknęła, powoli ruszając z miejsca. Zrobiła krok w jego stronę, później kolejny, by następnie minąć go i skierować się w stronę zejścia z trybun. – Chodź, udamy się przy okazji na patrol. – Rzuciła przez ramię, mając pewność, że rozmówca podąży jej śladem. Za bardzo mu zależało, by zaczął kręcić nosem. – Są ludzie, którzy zapomnieli o tym, co słuszne, gdy tylko ulice spłynęły krwią, a Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów przestał istnieć. – Spojrzała ku niemu kątem oka, gdy zrównali się krokiem, znaleźli się już na zewnątrz budynku. – Ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno pomagali niemagicznym, przyjmowali ich z otwartymi ramionami, teraz zaś działają na ich niekorzyść, by przypodobać się nowej władzy. – Członkowie Wiedźmiej Straży. Policji. – Najtrudniejszą częścią będzie nie tyle wskazanie nazwisk, co zyskanie dowodów. Żeby ktokolwiek uwierzył twojemu znajomemu, potrzebuje czegokolwiek, co może przykuć ich uwagę na dłużej... Mówiłeś, że zrobisz wszystko. Włamiesz się do domu urzędnika? – Nagle przystanęła, by zmierzyć go uważnym, badawczym wzrokiem. Musiała wiedzieć, co przez to zrozumiał i czy naprawdę był gotów podjąć się realizacji tego planu.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]10.10.21 2:30
Wypuścił zatrzymane w płucach powietrze, uciekając spojrzeniem w bok. Nie był synem wielkiego lorda, bogatym dzieckiem uprzywilejowanych rodziców jak Leon, nie obracał się w towarzystwie doskonale wyszkolonych aurorów jak Neala, nawet nie skończył szkoły, gdzie miał się nauczyć tak skomplikowanych zaklęć? Nie potrafił tego, próbował, chciał, ale co mógł zrobić? Kiedy czytał stare podręczniki pożyczone od Steffena litery zlewały mu się na papierze w jedno, a myśli uciekały po kilku przeczytanych zdaniach, nie miał przy sobie nikogo, kto mógłby skorygować jego ruchy, gesty, wypowiadane inkantacje, nie przeszedł przecież żadnego szkolenia, ale dość miał bezczynności i własnej bezużyteczności. Wypowiedziane wojnę: czarodziejom, całemu światu, normalnym ludziom, również jemu. Nie zamierzał dać się tak po prostu zabić. Ani nie zamierzał żyć na kolanach.
- Jasne - rzucił w odpowiedzi wymijająco, nie podejmując polemiki, inkantacja wybrzmiała w jego głowie, może spróbuje jej poszukać - jak i gdzie? - nie wiedział. Wstyd było mu się przyznać do tej niewiedzy. Zamierzał jednak wyciągnąć z jej słów lekcję - teraz, gdy z wolna dopuszczano go do sekretów, które mogłyby pogrążyć niewinnych ludzi, musiał przecież uważać na każdy swój krok. Czy ktoś mógł go śledzić, sprawdzać? Nie sądził, był za mało ważny: ale spotykał się z ludźmi, którzy budzili znacznie większe zainteresowanie od niego, jak choćby Maeve. Szukając jej - mogli pewnego dnia dotrzeć do niego, chcąc dostać ją. Nie zamierzał być zawalidrogą, nieodpowiedzialnym idiotą, naprawdę chciał dołożyć swój wysiłek do zwycięskiej wojny - naprawdę wierzył w to zwycięstwo. I nawet, jeśli jego działania mogły być ledwie kroplą w oceanie działań, chciał, by ta kropla nie nosiła w sobie skazy.
- Jest częściowo mugolskiego pochodzenia - dodał z westchnieniem, wciąż trudno było mu się oswoić z myślą, że to miało znaczenie. Sugestia w jej głosie podpowiadała, że tej informacji tu brakowało. Na drodze do rejestracji jego różdżki stał wyłącznie ojciec Thomasa, tak jakby niedostatecznie dużo zła wyrządził już swoim dzieciom. Jakby jego krew była kolejną zbrodnią, nie była. - Jak ja - To dlatego go aresztowali, to dlatego aresztowali również jego, musiał wybrnąć z tego obronną ręką. Pokręcił głową przecząco, Thomas naprawdę nic nie wiedział. - Mam dość powodów, by stawać przeciwko arystokratom w mieście bez przywoływania Zakonu Feniksa. I znam dostatecznie dużo ludzi, którzy, jak ja, dość mają ich pychy i zakłamania. Wszyscy i tak wiedzą, że Minister Longbottom jest jedyną alternatywą dla Malfoya. - Chyba zaskakująco dobrze odnajdywał się w tych nastrojach. Rzeczywiście - chciał widzieć w Longbottomie lepsze jutro, wierzył w niego, w jego autorytet, siłę i mądrość. Wierzył, że był tym, który mógł wszystko odmienić. Chciał odnaleźć w sobie jego odwagę i siłę. W tonie jego głosu wybrzmiewała pewność i zapalczywość, słuszny gniew. - Wydawało mi się, że bez tego będzie bezpieczniej - dodał szczerze, podjudzili mnóstwo młodych ludzi, ludzi, których znali, i nie robili tego po to, żeby ich wszystkich wymordowały służby w mieście. Gdyby poszli tam głosić idee Zakonu Feniksa wprost - zginęliby. Spotkali się w pół drogi umyślnie. - Dla nich, dla ludzi, którzy tam przyszli i pomogli. Pojawiło się dużo naszych znajomych. Nie chciałem... Nie chciałem, żeby zrobili coś, co sprowokuje służby do ataku. - A feniks - był symbolem, który sprowokowałby go niewątpliwie. To, co niedopowiedziane, pozostało oczywiste. Nie zamierzał niczego ukrywać przed Maeve, wiedziała i rozumiała więcej od niego. - Ta wojna ma tylko dwa fronty, dobrze wiedział, że nasze działania zwrócą ludzi ku Zakonowi. Ale nie wiedział, że miałem z wami kontakt. - Że jestem jednym z was, wciąż czuł dumę z położonego w nim zaufania. Mimo to nie odpowiedział na jej słowa od razu, nie dlatego, że jej nie ufał, nie dlatego, że nie chciał jej tego przekazać: ciężar słów okazał się zbyt duży; przez chwilę ważył je w myślach, szukając odpowiednich zwrotów i starając odseparować się od towarzyszących temu myśli. Znieczulić się. Zdystansować - do śmierci - czy się dało? On nie potrafił, kiedy się odezwał, jego głos pełen był gniewu:
- Kiedy tam trafił, przeprowadzali masowe egzekucje - wyznał w końcu. - Zabili mnóstwo ludzi, młodych i starych, wyczytywali ich nazwiska, kilka zapamiętał, zapisałem je - Zacisnął usta w wąską kreskę, sięgając do kieszeni kurtki, wręczył jej wymiętą kartkę. Cuthbert, Mason, pamiętał niewiele. - Mówił, że zabijali ich za nic. Że grozili też jemu. - Czy można było oczekiwać od niego bohaterstwa w podobnej sytuacji? Nie każdy był bohaterem, otarł się o śmierć. Był niewiele starszy od niego. - Obiecali mu życie za donosy o buntownikach, o których nic nie wiedział. Zmyślił nazwiska, żeby przeżyć: Carter i Smith - Nazwiska jakich wiele, naprawdę dali się na to nabrać? - Mówił, że mieli jakieś statki w Szkocji, że uczyli ich tam walczyć, wciąż był w szoku, kiedy z nim rozmawiałem. Nie jestem pewien, czy sam dokładnie pamiętał, co im powiedział. Zapisałem nazwiska i miejscowości - Skinął brodą na papier, który wręczył jej wcześniej, obok Carter i Smith widniały nazwiska Potter i Day. I nazwy miejscowości: Szkocja, Arran i Ayr, Wexford w Irlandii. Śledził spojrzeniem jej ruchy, kiedy kroczyła ku niemu i schodziła dalej, w dół trybun. Wcisnął dłonie do kieszeni kurtki, mocniej zaciągnął kaptur chroniący go przed deszczem, po czym przerzucił kij od miotły przez ramię i ruszył za nią. Nie zamierzał oponować. I słuchał jej - całą drogę, wychodząc ze stadionu, zasłuchiwał się w tych słowach, nie chcąc uronić ani głoski.
- Tchórze i zdrajcy - skomentował krótko, wciąż gniewnie, gdy zaczęła snuć swoją opowieść. Jak najgorszą obelgę - bo gorszym psem nadto być na wojnie nie można było. Zdawało się, że wróg, który od początku stoi naprzeciw nich więcej ma w sobie honoru. Dowody, mówiła poważnie? To było możliwe? Nie tylko ocalenie Thomasa - ale i ciśnięcie dwóch pieczeni na jeden ogień? Przystanął wraz z nią, zatrzymując spojrzenie na jej źrenicach - nie miał potrzeby uciekać spojrzeniem, choć na jego twarzy na krótki moment objawiło się zawahanie. Czy powinien był o tym mówić? Czy zapewni ja w ten sposób o swoich umiejętnościach czy raczej wyda się kimś niegodnym zaufania? Pokręcił głową z niedowierzaniem, otrzepując się z wilgoci siąpiącej mżawki. Teraz najważniejsze było co innego.
- Chyba już to kiedyś robiłem - wyznał. - Raz czy dwa - dodał wymijająco, przyglądając się jej reakcji dyskretnie - i z nadzieją, że nie było potrzeby drążyć tego tematu. Włamywał się, kiedy nie miał pieniędzy. Tylko wtedy, kiedy naprawdę ich potrzebował. Na piwo, na prezent dla mamy, na randkę, żeby wejść na potańcówkę. Zawsze ten ostatni raz, ale pieniądze w ten sposób przychodziły najszybciej - w kółko obiecywał sobie, że więcej tego nie zrobi. A jednak - wciąż to robił. - Poradzę sobie - oznajmił, rzadko kiedy był pewien swoich umiejętności, nie potrafił walczyć, niewiele wiedział o świecie, ale to - to przecież nie było nic trudnego, nie dla niego. Dom urzędnika mógł być lepiej chroniony, a konsekwencje niezapowiedzianych odwiedzin wyższe, ale jego przecież nie dało się złapać. - Masz adresy? Co mam tam  znaleźć?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]11.10.21 8:45
W porządku. – Że słyszał o wspomnianym zaklęciu; może i tak było, nie wiedziała, co robił w wolnym czasie, co tak naprawdę potrafił, oprócz zadziwiania tłumów swymi akrobacjami. Pomyślała, że nie brzmiał na przekonanego, a może zwyczajnie nie chciał o tym rozmawiać, śpiesząc się już do tematu przyjaciela, lecz nawet jeśli inkantacja wybrzmiała znajomo, a po prostu nie potrafił jej przywołać – i biegli w białej magii czarodzieje miewali z nią niemałe problemy. Wymagała pełnego skupienia, wprawy. Chciała jednak, by wbił sobie te dwa słowa do głowy, zapamiętał przestrogę; żadne z nich nie mogło przewidzieć, gdzie znajdą się za kilka dni, co dopiero miesięcy. Kiedy znów przyjdzie im walczyć o swe życia. Nie mieli już czasu, by odkładać wszystko na później, by zaplanować rozwój swych umiejętności, ofensywnych czy defensywnych, na przyszłość, która mogła nigdy nie nadejść.
Uwagi na temat pochodzenia nie skomentowała, zapamiętała jednak, dokładając kolejną informację do obrazu sytuacji, do jego osoby. – Oczywiście, powodów do buntu nie brakuje. Nie muszę ci jednak mówić, że nie każdy ma w sobie dość odwagi, by walczyć, w taki lub inny sposób. Różdżką, słowem. – Gdyby tak było, gdyby każdy, kto nie był z wrogiem, stanął po ich stronie, już dawno wygraliby tę wojnę. Lecz przecież ludźmi rządził strach, a jeśli nie strach, to chciwość. Nie chcieli narażać siebie, swych rodzin lub szukali okazji, by wzbogacić się na cierpieniu innych. Zaś Doe – wyrósł na tchórza, którego obawa nie zdołała powstrzymać przed działaniem? Czy na pewno idea to jedynym, co go napędzało? – I na pewno było bezpieczniej – przytaknęła, wolną dłonią poprawiając owinięty wokół szyi szalik, plączące się w niego włosy. Żałowała, że nie mogła zobaczyć tego na własne oczy, wszystkiego, co rozegrało się na Connaught Square. Zbierającej się tam arystokracji, ale jeszcze bardziej – przeciwdziałającej im siły, lawy, wewnętrznego ognia, którego nie zdołała ugasić zastygła, zeschnięta skorupa wygody i tradycji. Kim dokładnie byli znajomi Marceliusa? Ludzie, do których udało mu się dotrzeć, nakłonić do podjęcia ryzyka w imię lepszego jutra? – Choć przeciwstawianie się władzy, niezależnie od tego, pod czyim sztandarem, zawsze niesienie ze sobą konsekwencje. – Dlatego dobrze, że udało im się ujść cało, a oficjele nie dotarli do tych, którzy odpowiadali za stworzenie i rozprowadzanie propagandowych, bojkotujących inicjatywę szlachcianek ulotek. A przynajmniej nie świadomie; bo przecież Doe również mu pomagał. – Kiedy do nich trafił? – Uniosła wyżej brwi, próbując powstrzymać cisnący się na usta grymas, stłumić odzywającą mdłościami złość; bestialstwo. Nie przypominała sobie, by wspomniał o tym w liście, przekazanie szczegółów zostawili na czas spotkania twarzą w twarz. Czy złapali go akurat wtedy, gdy Ministerstwo mordowało niewinnych, byle tylko ukarać ich – ich wszystkich – za włam do Tower...? Nerwy schowała za jedną z wystudiowanych masek opanowania, choć żołądek związał się jej w ciasny supeł, gdy zapoznała się z treścią krótkiej notatki. Personalia brzmiały znajomo, zbyt znajomo, zupełnie jak gdyby znajdowały się na liście straconych za nich czarodziejów. – Dziękuję – odpowiedziała tylko, wodząc wzrokiem po zmyślonych osobach, miejscach. Czy pomyślał o tym, co by się stało, gdyby w ten sposób podpisał na kogoś, kogoś niewinnego, wyrok śmierci? Za cenę własnej skóry? Westchnęła cicho; miała nadzieję, że Maggie, gdziekolwiek się teraz znajdowała, była w jednym kawałku. – Skoro jeszcze nie pociągnęli go do odpowiedzialności za karmienie ich wyssanymi z palca informacjami, bardzo możliwe, że przypadkiem podsunął im jakiś trop – oświadczyła, nim ruszyła przodem, kierując w stronę wyjścia z trybun. Powinna dowiedzieć się o tym wszystkim wcześniej, jakoś; pluła sobie w brodę za każdym razem, gdy ich ograniczone możliwości inwigilowania Londynu, samego Ministerstwa, przypominały o sobie w tak niewygodny sposób. Zatrzymała się dopiero w chwili, w której chciała podchwycić spojrzenie Marceliusa, przejrzeć go na wskroś. Obserwowała odmalowującą się na jego młodej twarzy zmianę; zawahanie, które przeradzało się w pewność. – To chyba nie jest coś, czego uczą na Arenie Carringtonów, co? – skomentowała tylko, z jednej strony nie pochwalając kradzieży, nawet w tak trudnych czasach, z drugiej – potrzebowali podobnych umiejętności, jeśli chcieli cokolwiek ugrać. – Mam adresy. Część jednak mogła się zdezaktualizować. Słyszałam, że niektórzy zaczęli migrować w poszukiwaniu większych, ładniejszych domów czy mieszkań, odkąd Londyn opustoszał. – Żałosne. – Podejrzewam, że on wciąż rezyduje w tym samym miejscu, zawsze był z niego bardzo dumny – rozwinęła, w końcu przestając mu się tak przyglądać, badawczo i wnikliwie; ruszyła przed siebie, prowadząc ich wokół stadionu. – Everard Pichard. Daleki krewny zabitego nie tak dawno temu zarządcy portu. Ulica Greesham 24, mieszkanie numer 7. Kiedyś strażnik, obecnie policjant. Wszystko wskazuje na to, że zrobi wszystko, byle tylko nie stracić w oczach przełożonych. Zawsze był świnią, niegdyś nie oceniał jednak ludzi przez pryzmat rodowodu. Lecz dwa tygodnie temu dziwnym trafem zniknął jeden z informatorów, z którym Pichard zwykł współpracować, którego miał w kieszeni, a który nie mógł poszczycić się czystą krwią. – Potrzebował kolejnej ofiary, byle tylko zadowolić rządnych świeżej krwi bożków? Bez znaczenia. – Nie wiem, co dokładnie możesz znaleźć. Nie podejrzewałabym go o przetrzymywanie w domu raportów, jednak korespondencja, zwłaszcza ta, która mogłaby go pogrążyć, na pewno nie trafiałaby do Ministerstwa. Szukaj listów, zdjęć, notatników. I fiolek ze wspomnieniami. – Żałowała, że nie ma dla niego więcej szczegółów; musiał sobie poradzić z tym, co miał. – Raz słyszałam, że ma u siebie jakąś skrytkę. Tajny pokój? Nie wiem, był już dość pijany, wzięło go na przechwałki. Warto byłoby to sprawdzić – podsunęła jeszcze. Pichard jawił się w jej oczach jako najpoważniejszy kandydat do złożenia mu wizyty; jeśli mieli na kogoś znaleźć brudy, to na niego. To nie było jedyne nazwisko, które mogła mu zaproponować.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]25.11.21 21:07
Nie skończył szkoły - było mu wstyd - daleko mu było do prymusa, nigdy wcześniej nie musiał walczyć, był tylko cyrkowcem bez rodziny, nie krewnym aurorów lub lordow jak Neala, młody wiek wykluczał doświadczenie: ile mógł potrafić? Potrafił niewiele. Brakowało mu przewodnika. Kogoś, kto pomógłby mu przekroczyć kolejne bariery. Uwierzyć w siebie. Skorygować popełniane błędy. Przeszło mu przez myśl, że mógłby ją o to zapytać, ale gdy przytaknęła, tylko uciekł wzrokiem w bok; nie miał odwagi przyznać się, jak niewiele potrafił - czy wtedy nie spojrzałaby na niego jak na kulę u nogi, czy wtedy nie uznałaby go za bezużytecznego? Zresztą - po co miałaby to robić? Da sobie radę sam. Jak? Nie wiedział.
- Nie rozumiem tego - przyznał, nie musiała mu mówić, widział to, strach ściskający gardła i zatrzymujący ich wszystkich w poczuciu bezradności, strach wobec bezlitosnych i silnych umundurowanych służb Ministerstwa Magii, ciche łkanie zaklęte w słodkich ustach Celine, które nie pozwoliło jej wtedy choćby próbować uciekać, przerażone spojrzenia ludzi zgromadzonych na placu Connaught Square. Część ludzi nigdy nie pogodzi się z życiem na kolanach, część odnajdzie się w nim zaskakująco łatwo - a dla niego zaskakujące było to, że to ci drudzy byli w większości. Przecież ten świat należał do nich wszystkich tak samo, nie tylko do zapatrzonych w siebie snobistycznych dupków, którzy całą wartość człowieka zamykali do rasowego rodowodu - tylko Merlin wiedział, czy w ogóle prawdziwego. - Chciał pomóc - wzruszył ramieniem, gdyby miał powiedzieć szczerze, dlaczego Doe to zrobił, Marcel zasugerowałby, że Thomas po prostu dobrze się bawił. - A ja obiecałem pomoc jemu zanim to zrobił. Uważał, że miał wobec mnie dług - A on to wykorzystał bez skrupułów. Usprawiedliwiał sam siebie? Nie, Thomas nie pojawił się na placu dla idei, ale to musiało być bez znaczenia. Najważniejsze, że w ogóle to zrobił.
- Jakie konsekwencje? - rzucił zadziwiająco beznamiętnie, gorzko. - Zabiorą im jedzenie? Pracę? Zepchną do biedy? Będą nimi pomiatać? Pozamykają w więzieniach? Będą bić na ulicach? Będą ich zabijać bez powodu? - wymieniał kolejno, patrząc jej w oczy - z gniewnymi iskrami migoczącymi w błękitnych tęczówkach. Nic z tego im nie groziło, bo to wszystko już się wydarzyło. Ci, którzy nie mogli tego znieść - nigdy się z tym nie pogodzą. Jak on. Można było żyć spokojnie, nie wychylać się, kornie znosić przeciwności losu, ale pokora nie pasowała do młodych ludzi. Zbyt wielu ludzi zginęło, zbyt wielu miało dopiero zginąć. Czarodzieje mugolskiego pochodzenia nie mogą zaznać spokojnego snu. Nie przekona ich, by podążyli za Haroldem, ale ich gniewu tak samo nie ugasi zupa rozlana na kałużach krwi po wymordowanych czarodziejach. - Mam to gdzieś, co ze mną zrobią - dodał otwarcie, wprost, rozbrajająco szczerze. Niewiele mu w życiu zostało, to, co mogło go hamować, już stracił. Nie chciał żyć w świecie takim jak ten, który próbowali zbudować.
- Miesiąc temu - odpowiedział na jej pytanie. - Pod koniec listopada - sprecyzował, chcąc trzymać się faktów; nie był w stanie podać daty dziennej. - To idiota - pokręcił głową, jeśli Thomas podsunął im trop, zrobił to z czystej bezmyślności, nie z wyrachowania. Czy miał prawo oceniać zachowanie kogoś, kto spoglądał w oczy śmierci? Gardził tchórzostwem, wierzył, że zachowałby się inaczej. Ruszył za nią, dotrzymując jej kroku, kiedy przeszła w dół trybun.
- Nie do końca - zgodził się z nią, mając nadzieję, że nie będzie ciągnęła tematu. Nie dało się ukryć, że umiejętności zdobyte na Arenie bardzo w tym pomagały. I nie ciągnęła, szedł za nią w milczeniu, z uwagą wsłuchując się w wypowiadane przez nią słowa, starając się wyciągnąć z nich i zapamiętać jak najwięcej informacji. - Greesham 24/7 - powtórzył sam adres, utrwalając go tym samym w pamięci. - Zrozumiano - przytaknął bez zawahania. - Ktoś jeszcze? Pójdę tam jutro, nie będę zwlekać. Wezmę Steffena, jako szczur wywęszy każdą dziurę. A ci ludzie, na których mógł ich przypadkiem naszczuć? Możemy z nimi coś zrobić? - Nie chciał tego tak zostawiać, jeśli sprzątał po Thomasie - mógł to zrobić do końca. Mógł też zmusić Doe, żeby sam to zrobił. Ale jak? - Iść tam? Rozejrzeć się? - Miała kontakty, które to zrobią, czy powinien zrobić to sam? Nie wiedział - ale zamierzał zrobić, co postanowi.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Stadion Jastrzębi z Falmouth
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach