Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stadion Jastrzębi z Falmouth
AutorWiadomość
Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]03.05.18 19:50
First topic message reminder :

Stadion Jastrzębi z Falmouth

★★
Stadion Jastrzębi znajduje się na północ od kornwalijskiego miasteczka Falmouth, a przed wzrokiem mugoli chronią go zarówno otaczające okolicę wzniesienia, jak i zestaw zaklęć ochronnych, skutecznie zniechęcających niemagicznych do zapędzania się na tutejsze wrzosowiska. W czasie, w którym w powietrzu nie trenują akurat Jastrzębie, jest obiektem ogólnodostępnym: wstęp na trybuny oraz murawę jest możliwy dla każdego czarodzieja, który wylegitymuje się przy wejściu i uiści symboliczną opłatę. Poza zasięgiem pozostaje jedynie szatnia drużyny, strzeżona przez wymalowanego na oficjalnym herbie jastrzębia, przepuszczającego jedynie tych, którzy znają aktualne hasło. Sam stadion utrzymany jest w bieli i szarości, a na trybunach powiewają trójkątne proporce.

Możliwość gry w quidditcha
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:35, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stadion Jastrzębi z Falmouth - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]19.12.21 12:28
Nie odwracała wzroku, z opanowaniem znosząc roziskrzone, nachalne spojrzenie Marceliusa; choć ostatnio los nie był dla niej szczególnie łaskawy, a raczej to ona sama sprowadzała na siebie kolejne nieszczęścia, nakładała na swe barki więcej niż mogła unieść, nie miała problemu z utrzymaniem emocji w ryzach – nie przy nim. Niezależnie od tego, czy jego znajomi przeciwstawialiby się władzy z inicjatywy własnej, czy robiliby to w sposób zorganizowany, z ramienia Zakonu Feniksa, zawsze groziłoby im niemałe niebezpieczeństwo. Pozwoliła gorzkiej wyliczance konsekwencji wybrzmieć, a później ulecieć z silniejszym podmuchem styczniowego wiatru, nie komentując jej choćby słowem. Mógł czuć, że jest ponad to, mógł bagatelizować wiszące nad ich głowami czarne chmury, bo przecież wszystko ich już spotkało, i głód, i przemoc, i utrata pracy, lecz przecież – nie, wcale tak nie było. Wciąż żyli. Przynajmniej on, wspomniany Thomas i pewnie jeszcze wielu innych, którzy pomagali wtedy na Connaught Square. Nie musieli odgryzać sobie języków, byle tylko utrudnić wrogom poznanie prawdy o dziesiątkach ukrywanych w Oazie ofiar wojennej zawieruchy. Odchodzić od zmysłów w zamknięciu Azkabanu. I żaden potwór nie ograbił ich z duszy.
Ile masz lat, Carrington? Osiemnaście? Dwadzieścia? Naprawdę myślisz, że widziałeś już wszystko? Że gorzej być nie może...? – Nie oczekiwała od niego odpowiedzi; chciała jednak, żeby zastanowił się nad tym, jeśli nie teraz, to później, w zaciszu swej sypialni, przed kolejną wyprawą w miasto. Strach przed karą mógł paraliżować, nie powinni dać mu się ograniczyć, jeśli chcieli cokolwiek osiągnąć, lecz rozsądek – pomagał znaleźć balans między tchórzostwem a głupią brawurą. – I miej, żaden problem. Pamiętaj tylko, że od twoich losów zależą losy pozostałych. Każda informacja, którą możesz zdradzić naszym wrogom, podać jak na tacy, to wyrok śmierci dla wielu innych. Ludzi, którzy na nas polegają, szukają u nas pomocy, bo sami nie mogą o siebie zawalczyć. I nie, nie myśl nawet, że ci, przeciwko którym stajemy, nie mają sposobów, by zmusić cię do gadania – wyartykułowała powoli, surowo. Dopóki nie wiedzieli, że jest kimś więcej niż tylko młodziutkim akrobatą, był względnie bezpieczny. Bezpieczniejszy. Lecz co potem? – Wystarczy kilka kropel Veritaserum, wystarczy wizyta legilimenty i wszystko stracone – dodała cierpko. Dlatego właśnie musieli robić wszystko, by nigdy nie wpaść w ich ręce. Nie podzielić losu Justine. Nie pozwolić, by doszło do kolejnej rzezi – tym razem już nie centaurów.
Rozumiem. – Że trafił do więzienia miesiąc temu, ale też – że był idiotą. Nie znała Thomasa i choć ogląd sytuacji Carringtona mógł być przesłoniony odczuwaną względem druha sympatią, to nie podejrzewała go o złe intencje. O celowe działanie na ich niekorzyść. Wciąż jednak mógł rzucać im kłody pod nogi swymi wyssanymi z palca donosami, lepiej więc, by tym razem zrobił coś pożytecznego, skierował wzrok władz w kierunku jednego z nich. Nie zatrzymywała się, prowadząc ich wokół stadionu, później odbijając w stronę pobliskiego lasu. – Umiejętności Steffena mogą okazać się przydatne – przytaknęła ostrożnie. Był animagiem, doświadczonym łamaczem klątw, nie powinni jednak zapominać o egzemplarzu Proroka Codziennego, który tylko dzięki niemu trafił w ręce Blacków. Wciąż był młody, impulsywny, niekiedy lekkomyślny. Czy na pewno powinni iść tam w dwójkę? – Bądźcie jednak ostrożni, bardzo ostrożni. Pichard ma za sobą wieloletnie szkolenie, nie jest głupcem, niezależnie od tego, co sądzisz na jego temat. Są jeszcze inni, gdybyście nie znaleźli u niego nic, co mogłoby pomóc twojemu przyjacielowi. Elliott Hawthorne, Bloomburg 35 przez 4. Westminster. Człowiek znikąd, słyszałam, że w jego żyłach płynie krew mugoli, mimo to postanowił zwrócić się przeciwko swoim. Dziwnym trafem po Bezksiężycowej Nocy szybko zaczął wspinać się po szczeblach kariery, dzięki czemu obecnie piastuje stanowisko głowy urzędu świstoklików. Penelopa Mulpepper. Uzdrowicielka, niosła pomoc wszystkim, bez wyjątku, dopóki nie okazało się, że więcej zarobi na donosach. Brookscroft 21, dom numer osiem... Zapamiętujesz? – dopytała, obejmując jego sylwetkę uważnym, badawczym spojrzeniem zmrużonych oczu. – Nie wiem, czy nie jest za późno. Ale spróbuję pociągnąć za kilka sznurków i się czegoś dowiedzieć – mruknęła, wracając pamięcią do nazwisk, które od niego otrzymała, a które Doe podsunął policji. Kolejny problem do rozwiązania. – Nie zastanawiaj się nad tym, przynajmniej nie teraz. Skup się na obecnym celu. Nie strać go z oczu. – Nie chciała nawet myśleć, co by się stało, gdyby zostali przyłapani na gorącym uczynku.

| 2xzt


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]12.04.22 12:19
| 31 marca

Nie był pewien, czego dokładnie się spodziewał, gdy kierował miotłę w stronę stadionu Jastrzębi z Falmouth – jego stadionu, jak nazywał go przez wiele lat, miejsca niegdyś równie mu bliskiego, co dom; niewidzianego od miesięcy, a przez te ostatnie świadomie omijanego. Po przyjeździe do kraju zajrzał tu tylko raz – jeszcze w kwietniu zeszłego roku, gnany tęsknotą za znajomymi trybunami i powiewającymi na wietrze proporcami, marząc o tym, że kiedyś będzie mu dane znów wnieść się ponad bramkowe pętle. List gończy zmienił wszystko, a śmierć Rodericka i rozwiązanie drużyny sprawiły, że zaczął irracjonalnie obawiać się powrotu; bojąc się rozbudzenia tych samych emocji, które w feralny wieczór zagnały go na kornwalijską plażę – rozdzierających, dławiących żalem, palących żywym ogniem.
Dzisiaj przygaszonych, wywołujących tępy ból za mostkiem, ale nieobjawiających się paraliżem zmysłów, gdy zniżał lot, żeby zgodnie z otrzymanymi wskazówkami wylądować tuż przed bocznym wejściem. Wieści o nieoficjalnym przyłączeniu się zawodników do działań prowadzonych przez magiczne podziemie dotarły do niego zaledwie parę dni wcześniej, wtedy jednak nie spodziewał się, że wiatr przygna tu i jego. Stresował się – może dlatego, że milczał tak długo; a może dlatego, że stawiając stopy na topniejącym śniegu, nie miał pojęcia, co zastanie w środku.
– Ej! – usłyszał gdzieś po swojej lewej, zanim jeszcze zdążyłby zrobić jeden krok w kierunku prowadzących do zabudowań drzwi; odwrócił się gwałtownie – na tyle, że coś boleśnie strzyknęło go w szyi – odruchowo już unosząc dłonie do góry dla pokazania, że nie miał złych zamiarów. Młodzieniec, który zmierzał w jego stronę, był mu obcy – nie rozpoznawał ostrych rysów ani długiego nosa, rejestrując jedynie, że mógł być co najwyżej w wieku Aidana. – Ktoś ty? – zapytał podejrzliwie; William dostrzegł, że jego dłoń drga nerwowo w okolicy pasa, podczas gdy sam zainteresowany zastanawiał się zapewne, czy powinien sięgnąć po różdżkę.
Otworzył usta, chcąc mu odpowiedzieć, wtedy jednak od strony szatni usłyszał kolejny głos. – A niech mnie wściekły tłuczek trzaśnie, Moore. – Nie musiał nawet się odwracać; znajomy akcent odbił się w jego pamięci wyraźnym echem, przywołując wspomnienia z długich treningów i zaciekłych meczów, gdy te same głoski składały się w zupełnie inne słowa: ostrzegające przed pałkarzem przeciwnej drużyny, zagrzewające do walki, wzywające do opamiętania się. Uśmiechnął się szeroko, odrywając wzrok od młodego chłopaka, żeby przenieść spojrzenie na wysokiego, barczystego mężczyznę, który w międzyczasie zwrócił się do młodzieńca. – Coś ty taki nerwowy, Davies? Nie poznajesz go? Na pudłujące kafle, ledwie wczoraj podziwiałem twoją niewinną buźkę na plakacie, Moore. Skąd oni wzięli to zdjęcie, z pierwszego meczu z Harpiami? – zastanowił się, nie czekał jednak na odpowiedź – zamiast tego podchodząc do Williama, żeby przyjacielsko klepnąć go w plecy – na tyle mocno, że gdyby nie opierał się o trzonek miotły, prawdopodobnie zgiąłby się w pół.
– Irving – wyrzucił z siebie, kręcąc głową w niedowierzaniu, odwzajemniając się podobnym gestem; na krótko zaciskając palce na ramieniu czarodzieja. Charlesa Irvinga, wyklętego kapitana Jastrzębi. – M-m-myślałem, że cię aresztowali – powiedział, nie potrafiąc ukryć fali zalewającej go ulgi. Widział, jak przez twarz zawodnika przebiega nerwowy spazm, coś pomiędzy krzywym uśmiechem a złością.
– Nas wszystkich – przyznał, rzucając krótkie spojrzenie w stronę chłopaka, którego wcześniej nazwał Daviesem. – Ale chodź, nie stójmy tak na widoku, opowiem ci po drodze. Bo to nie jest tylko przyjacielska wizyta, nie? To ciebie przysłały Sowy? – upewnił się, spoglądając na Williama pytająco. I miał rację – wiadomość, że grupa szkoleniowa podziemnego Oddziału Łączności potrzebowała pomocy doświadczonego lotnika dotarła do niego tego samego dnia, wraz z poleceniem udania się na miejsce w celu spotkania z łącznikiem; wtedy nie znał jednak jeszcze nazwiska człowieka, który miał wprowadzić go w szczegóły. Skinął głową, bez słowa opierając miotłę o ramię i ruszając za Charliem – zatrzymując się jednak tuż za progiem, gdy jego wzrok natrafił na zawieszony na ścianie plakat przedstawiający Rodericka Smitha. Coś wywróciło się nieprzyjemnie w jego żołądku, wnętrzności skręciły się w supeł; przez jedną długą sekundę czuł się tak, jakby spadał – z powrotem zanurzając się w studni wypełnionej wściekłością, furią i palącym poczuciem niesprawiedliwości. – Załatwili go dla przykładu – wtrącił były kapitan, dostrzegając, na co patrzył William. – Psidwakosyny. Nas wypuścili po paru tygodniach, ale zawiesili wszystkich, więc drużyna została bez zawodników – kontynuował, dając znak, by ruszyli dalej – drewnianym korytarzem niegdyś prowadzącym do szatni. – Tworzenie zespołu od zera nie miało sensu, zresztą – większość chłopaków miała ważniejsze rzeczy na głowie. Plumpton zabrał rodzinę za granicę, mieli jakieś porachunki z władzami. Bagnold zaciągnął się do Hipogryfów. Hobday nie dał znaku życia od miesięcy – wymieniał. W międzyczasie znów znaleźli się na zewnątrz, znajome drzwi wyprowadziły ich na boisko – nieco bardziej zapuszczone, niż zapamiętał, z resztkami topniejącego śniegu i trawą bardziej brązową niż zieloną, ale z całą pewnością: to samo. Wypełnione okrzykami, szelestem szat i świstem mioteł; poderwał głowę do góry, dostrzegając w powietrzu co najmniej osiem sylwetek. Na ziemi zauważył jeszcze sześć, dwie pochylające się nad ustawionym przy trybunach stołem, cztery ustawione naprzeciw siebie, wyglądające, jakby ćwiczyły zaklęcia – a może przygotowywały się do pojedynku. – Ludzie Longbottoma skontaktowali się ze mną parę tygodni temu, zapytali, czy nie chciałbym się przydać. Zebrałem resztę, no i jesteśmy tutaj. – Wskazał w górę, szerokim gestem omiatając przestrzeń. – Oficjalnie trenujemy nową kadrę, ale w praktyce to lotników przysyłają nam Sowy – to znaczy, wy. – Skinął głową. – Uczymy ich, jak radzić sobie w terenie, a tych, co już coś potrafią, wysyłamy na krótsze trasy, czasami samych, czasami jako pomocników. Żeby nabrali wprawy – dodał, milknąc, gdy dotarli do obserwowanego wcześniej z oddali stolika. Dwójka pochylających się nad nim czarodziejów wyprostowała się, kiwając im głowami na powitanie; jeden z nich miał długą bliznę przecinającą czoło, oczodół i policzek – wyglądała na świeżą. – Rowston, Rogers – Moore jest tutaj, żeby nam pomóc – oznajmił Irving krótko; mężczyźni przesunęli się, robiąc im miejsce przy blacie, i dopiero wtedy William dostrzegł, że pochylali się nad mapą. On również do niej podszedł, póki co raczej przelotnie spoglądając na wyrysowane na pergaminie znaki: drzewa, coś, co wyglądało na bagnisko, i przecinającą teren wstęgę szeroko rozlanej rzeki.
– Mówcie w takim razie – na co p-p-patrzę? – zapytał, przesuwając wzrokiem pomiędzy trójką czarodziejów. Rebeliantów. Czego od niego potrzebowali? Początkowo zakładał, że chodziło o dostarczenie kolejnej przesyłki, ale jeśli tak by było, zwyczajnie by mu ją wręczono; oparł dłoń o chropowatą powierzchnię, zduszając ukłucie niepokoju.
– To trzęsawisko, kilkanaście mil na południe od Gloucester – wyjaśnił jeden z mężczyzn; Williamowi wydawało się, że ten, który miał na nazwisko Rogers. – Dwa dni temu jeden z naszych miał dostarczyć wiadomość do kryjówki znajdującej się zaraz za bagnami, ale z tego, co ustaliliśmy, nigdy tam nie dotarł. Nie wysłał też żadnego sygnału, który świadczyłby o tym, że ma kłopoty. Zanim wleciał między drzewa, widział go zwiadowca – wtedy wszystko wydawało się być w porządku. Cokolwiek go zatrzymało, stało się to gdzieś tutaj – powiedział, zataczając palcem okrąg wokół mapy. – Z dowódca dostaliśmy informację, że znasz te tereny? – upewnił się, posyłając Williamowi pytające spojrzenie. I rzeczywiście – teraz je rozpoznawał; dotknął pergaminu, przesuwając opuszkiem wzdłuż charakterystycznej krzywizny rzeki, dostrzegając też polanę, na której kilkakrotnie spotykał się z innym łącznikiem.
Skinął głową. – Tak, ale – zawahał się – tam są p-p-prawie same bagna – powiedział. Nie dokończył myśli, wydawało mu się jednak, że nie musiał; niewypowiedziana sugestia zawisła w przestrzeni, tak wyraźna, że niemal namacalna: jeżeli ktoś wpadł w trzęsawisko, to szanse na odnalezienie go były praktycznie zerowe.
– W trakcie ostatnich dwóch nocy temperatura spadała poniżej zera – wtrącił się drugi z czarodziejów, Rowston. – Istnieje szansa, że mokradła ściął mróz. Wysłalibyśmy tam swoich, ale ekipa poszukiwawcza będzie za bardzo rzucać się w oczy – potrzebujemy kogoś dyskretnego, kogoś z bystrym okiem. Potrzebujemy szukającego – dodał, a kącik ust drgnął mu lekko w czymś, co przypominało uśmiech. – Nie będę cię czarował Moore, szanse na odnalezienie go żywego są znikome. Ale jeśli są – musimy spróbować. Jeśli znajdziesz tylko ciało, zabierz to, co miał przy sobie – to koperta, w środku jest list i drobny przedmiot. Świstoklik. Przenosi do miejsca, które musi pozostać bezpieczne, inaczej wielu ludzi znajdzie się w niebezpieczeństwie – mówił dalej, przenosząc poważne spojrzenie na Williama.
Pochylił się raz jeszcze nad mapą, tym razem uważniej śledząc zaznaczone na niej punkty. Wreszcie kiwnął głową. – Znajdę go – powiedział pewnie, stanowczo; do siebie, czy do nich – nie miał pewności. Wyprostował się, mocniej zaciskając palce na rączce miotły. – Czy jest coś jeszcze, co p-p-powinienem wiedzieć? – zapytał, uświadamiając sobie, że musiał ruszyć natychmiast; dwa dni to dużo czasu – więcej stracić go nie mogli.
– To wszystko, co wiemy – odpowiedział kapitan, wyciągając rękę, żeby raz jeszcze klepnąć Williama w ramię. – Powodzenia, Moore. I nie daj się zabić – będziemy czekać na ciebie z Czarnym Ale. Tam, gdzie dawniej – rzucił, uśmiechając się szerzej. Nie mógł nie odwzajemnić uśmiechu – przypominając sobie wszystkie te wieczory po wygranych i przegranych meczach, które nigdy już nie miały się powtórzyć.

| zt (1460 słów)


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]04.06.22 23:04
7 IV 1958


Powinna była wcześniej. Wcześniej odwiedzić stadion Jastrzębi z Falmouth, dowiedzieć się wszystkiego, co działo się w przeciągu ostatniego roku szkolnego, czy niepokoje, o których pisały w listach siostry, nie wpłynęły jakoś na to, co działo się w sporcie. Nie powinny, myślała sobie zawsze, gdy wyrzuty sumienia odzywały się głośniej. Bo w normalnym świecie, tym, do którego przywykła przebywająca przez zdecydowaną większość wojennego konfliktu za granicą Maria, nie było miejsca na mieszanie sportu i polityki.
Powinna też prędzej napisać list do Iana. Ale oboje byli zajęci — albo tak chciała myśleć. Dopiero gdy w budynku zarządu rezerwatu dostrzegła najnowsze wydanie Walczącego Maga, ogłaszającego sukces Brytyjskiego Quidditcha, poczuła, że musiała podzielić się tą informacją właśnie z nim. Bo z kim innym? Ian był osobą, która kochała Quidditch całym sercem — nie znała nikogo, kto darzył ten sport większym sercem, kto wydawał się być wręcz urodzony na miotle. Maria sama latała naprawdę całkiem przyzwoicie, grała kilka lat w szkolnej drużynie, również jako ścigający, ale... Różnica poziomów była nie tylko zauważalna, ale — dla Marii — oszałamiająca. Osiągniesz dużo, jestem tego pewna!, pisała mu przecież w listach.
Jednak z każdym kolejnym słowem artykułu, z pierwszym wspomnieniem Jastrzębi, uśmiech, który pojawił się na jej twarzy z początku, bladł coraz bardziej. Końcówkę artykułu przeczytała już ze łzami w oczach i niesamowitym mętlikiem w głowie. Nie zauważyła nawet, jak mocno zaciskała palce na gazecie — papier pogniótł się pod wpływem siły, szelest kartek, które niemal cisnęła na stół, pierwszy raz prawdziwie czując nie tylko smutek, ale także złość, dziwną, kwaśną mieszankę rozżalenia, odprowadził ją do drzwi.
Nie mogłaby zostawić tego samego sobie. Jeżeli ktoś wiedział, co tak naprawdę zdarzyło się w tym wszystkim, musiał być to Ian. Nie widzieli się już naprawdę długo — ale przecież cały czas słali sobie listy. Jeżeli to wszystko prawda, myślała Maria, mknąc na swej miotle ponad Kornwalią, nad leniwie wybudzającymi się z ciężkiego zimowego snu wrzosowiskami, to przecież... to przecież straszne... Brat Iana był przecież zawodnikiem drużyny. Co z nim? Przeniósł się gdzieś indziej? Słyszała, że Zjednoczeni z Puddlemere też już nie grają, ale nie wnikała dlaczego. Kornwalia niegdyś stała Quidditchem, a teraz...?
Biel i szarość stadionu rzuciła się w oczy, podobnie jak trójkątne proporce trybun. Przed wylądowaniem zakręciła jeszcze dwa kółka nad stadionem, przyglądając się opustoszałym trybunom. Nigdy nie lubiła tego widoku, ale wobec tego wszystkiego, co pisali w gazecie, był to widok podwójnie przykry. Podpowiadający, że to wcale nie musiała być brednia. Że mogła być to prawda. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziała, jak powinna spytać. I czy w ogóle wypadało zadawać takie pytania? Na papierze wszystko było prostsze. Teraz nie wiedziała nawet, czy poznają się ze Smithem. Rok to sporo czasu, czasami nawet starczyły jedne wakacje, by ktoś zmienił się nie do poznania.
Wreszcie obniżyła lot, aż wylądowała tuż przed bramą wejściową. Wszystko wyglądało tak, jak ostatnim razem, gdy obserwowała Jastrzębie w akcji. Poza ciszą, ale to normalne w nie—meczowe dni. Miała przygotowaną odpowiednią ilość pieniędzy, by zapłacić za wstęp na stadion. Teraz starczyło tylko czekać, aż gdzieś na niebie śmignie jej sylwetka młodego chłopaka. Nawet jeżeli nagle stałby się niesamowicie dorosły, zdradzi go sposób, w jaki siedzi na miotle. Była tego pewna, nawet jeżeli przez większość okresu oczekiwania nerwowo bawiła się swoimi kciukami.
Spotkania na żywo zawsze były jakieś... inne.


the dream of my life
is to lie down by the slow river
and stare at the light in the trees —
to learn something by being nothing
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
there's always been a little sadness
inside my happiness
i've never been able to
separate the two
OPCM : 10
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]08.06.22 8:31
Ma tendencję do spóźnień. Zagapiony mnogością nagle pojawiających się zajęć, z domu wychodzi w biegu, by później gnać na złamanie karku i w ostatnim niemal momencie znaleźć się w umówionym miejscu. Dziś nie musi się mocno spieszyć, z Doliny Godryka do Falmouth było bliżej, niż z Cork. Trasę tą pokonuje wielokrotnie, zwłaszcza w ostatnim czasie, kiedy zarówno pomagając przy rozbudowie schronienia dla mugoli, jak i szkoląc się w Sowie, spędza czas w południowej części wyspy, zresztą poza wiedzą reszty rodziny.
Nigdy nie bywał tu częściej, nawet na meczach Jastrzębi, w których grał jego brat, a których starał się nigdy nie omijać. Miejsca na trybunach sprzyjają dzieleniu się radością i entuzjazmem, a wspólny doping drużyn umożliwia poznawanie nowych pasjonatów sportu. Teraz przylatuje tu niemal każdego dnia, szkoli się pod okiem jednego z najlepszych graczy Jastrzębi, jednak o tym nie może wspomnieć ani najbliższej rodzinie, ani tym bardziej swojej dzisiejszej towarzyszce. Choć drobne naciąganie prawdy nie sprawia mu trudności, to szycie grubymi nićmi nie przychodzi już tak łatwo, a oby nie musiał testować dziś umiejętności lawirowania między kłamstwami.
Z niezwykłą prędkością tnie powietrze, by na widok malującego się na horyzoncie stadionu zniżyć lot i lekko skierować drążek ku dołowi. Mimo pędu i przeraźliwie zmniejszającej się odległości do ziemi, ląduje zwinnie, zeskakuje z miotły i chwyta ją do jednej z rąk.
- Maria! Nie czekasz zbyt długo? - uśmiecha się szeroko, prędko podbiegając do jasnowłosej czarownicy. Obecność Marii od razu działa na niego kojąco, niczym dotyk ciepłego kompresu, albo rozpływający się na języku smak szarlotki. Mimo iż utrzymują stały kontakt listowny, tak korespondencja nie może się przecież równać z bezpośrednim spotkaniem.
Ściąga z oczu masywne, przesłaniające połowę twarzy gogle, przesuwając skórzany pasek na głowę, gdzie ciemne kosmyki podwijają się pod szkłami, tworząc wzburzony wicherek. Brąz tęczówek szuka znanej sobie zieleni, nie potrafiąc powstrzymać entuzjastycznego uśmiechu. Nie różni się niemal wcale od chłopaka, jakiego poznała przed rokiem. W skórzanej, wysłużonej już kurtce wydaje się być bardziej barczysty, a głos obniżył się nieco, z wolna zbliżając do męskiego. Każdego innego, codziennie widywanego znajomego, powitałby uściskiem, braterskim i ciepłym, acz niezobowiązującym. Teraz stoi tylko, nerwowo zaciskając palce na drążku miotły, zastanawiając czy młoda dziewczyna obrazi się za dotyk, a może za jego brak?
- Pogoda nas dzisiaj nie rozpieszcza, ale nie ma tego złego, co? - śmieje się, puszcza jej oczko, bo nie ma nic gorszego od drętwej atmosfery. Dusi się w takich i czym prędzej stara przełamać (nie)pierwsze lody. - Wchodzimy? - pyta zachęcająco, kiwając głową w kierunku wejścia. Wszystko jest lepsze o bezczynnego stania, a przecież spotykają się tu dziś w konkretnym celu. Ian przyłapuje się na myśli, że konkretny cel jest wyłącznie wymówką, pretekstem do przekonania Marii do spotkania. Wychodzące spod jej dłoni listy są piękne, zachwyca się nimi mimo braku znajomości literatury wszelakiej, lecz właśnie to sprawia, że poznać chce ją bliżej. Po uśmiechu i gestach, reakcji na niespodziewanie lecący w jej kierunku kafel, a nie przez interpretację wchłoniętych przez pergamin zdań. Na wizję spotkania cieszy się jak dziecko, świadomie tłumiąc niewygodną myśl, że gdy widzieli się po raz ostatni, otaczający ich świat wyglądał zgoła inaczej. Ignoruje smutek, złość i żal, zamyka je gdzieś w głębi, byleby przy Multon nie pozwolić sobie na żadne smęcenie. Mają dziś miło spędzić czas, a nie zatapiać się w beznadziei.
Czeka aż zrównają się w jednej linii, by wspólnie wkroczyć na boisko. Budka, w której zazwyczaj siedzi sprzedawca biletów świeci pustkami od dnia, kiedy powzięto decyzję o wstrzymaniu rozgrywki meczów. Znając już dobrze tutejszy stadion, bez dodatkowych przemyśleń przekracza bramkę, prowadząc Marię przed sobą i od razu kierując się w stronę szatni po piłki.
- Mam nadzieję, że ostatnio ćwiczyłaś, dzisiaj nie będzie łatwo - zerka na nią z ukosa, siląc się na groźny ton, co w połączeniu z chłopięcym wyrazem twarzy nadaje mu śmiesznego charakteru.
Ian Smith
Zawód : stolarz, lotnik w oddziale łączności "Sowa"
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11168-ian-smith#343705 https://www.morsmordre.net/t11207-oisin#344724 https://www.morsmordre.net/t11210-ian-smith#344728 https://www.morsmordre.net/f422-irlandia-cork-maryborough-woods https://www.morsmordre.net/t11208-skrytka-bankowa-nr-2441#344725 https://www.morsmordre.net/t11209-ian-smith#344726
Re: Stadion Jastrzębi z Falmouth [odnośnik]08.06.22 19:42
Coś śmiga w powietrzu, w jednej chwili budząc wszelkie refleksy Marii. Głowa sama zadziera się do góry, długie, kręcone włosy poruszają się wraz z nią, aby zostać szarpnięte raz jeszcze, pędem powietrza, gdy szarozielone, roziskrzone radością oczy wodzą za lądującym młodzieńcem, popisującym się efektywnym, choć niebezpiecznym lądowaniem. Chłopak zeskakuje z miotły z taką łatwością, że gdyby Multon nie miała najmniejszego pojęcia o lataniu, uznałaby, że to przecież dziecinnie proste. Łatwo jest wpaść w pułapkę zachwytów, łatwo pozwolić wyobraźni działać, gnać przed siebie, gdy Ian podbiega do niej, a ona czuje, że zmartwienie, które złapało w lodowym uścisku jej serce, topnieje wreszcie. Od samej siły jego uśmiechu, od tego, że choć jest w tej samej kurtce, w jakiej widziała go ostatnim razem, to dziś leży ona na nim lepiej, pełniej jakoś, jakby powoli wrastał w nią, jakby była faktycznie jego drugą skórą.
To, jak jego oczy świecą ciepłym blaskiem, gdy tylko przesuwa gogle na bok i pozwala tęczówkom złapać odrobinę światła (skąd bierze się ten zagubiony promyk, przecież jest pochmurno!), jak ciemne kosmyki podwijają się pod szkłami—
— Tylko chwilę — odpowiada więc, równie radośnie, bo przy Ianie nie da się być smutnym, nie na długo. Nawet listy, które jej wysyłał, rzadko kiedy niosły ze sobą ślady smutku, choć najczęściej Maria twierdziła, że to smutek nie jego, a jej własny. Przelewany na kartki z wyobraźni, może drobny pąk tęsknoty gotowy do rozkwitnięcia, gdy tylko podleje się go odrobiną radości z niedawnego spotkania.
I chce podejść bliżej — ba, wykonuje nawet dwa kroki, wychodzi mu naprzeciw, ale potem oboje przystają i ręce zajmują trzymaniem drążków mioteł. Nie zbliżają się jednak do siebie, każde trzymane własnymi wątpliwościami. To przecież chłopiec, przypomina sobie, ze wstydliwym bólem w lewej stronie klatki piersiowej, ale nie chce przestawać się uśmiechać, jakby na złość sobie, na złość wyrobionym nawykom, więc opuszcza tylko na moment wzrok, koncentrując go na dłoni Iana, odruchowo poprawiając własny uchwyt.
I już ma znów na niego spojrzeć, nawet usta rozchyla dla nadchodzących słów, ale on znów jest szybszy. Tak, pogoda ich nie rozpieszcza, ale robi się cieplej jakoś, przez moment, sekundę lub dwie, a puszczone oczko spotyka się z chichotem, gdy zawstydzona nieco Maria styka policzek ze swym ramieniem, jakby chciała śmiać się właśnie w materiał własnej kurtki. Tej samej kurtki, którą poprawia zaraz, ciągnie nieco w dół, jednocześnie kiwając głową na tak.
— Wchodzimy, póki nie pada — och tak, koniec tego stania i patrzenia, bo nie mieli okazji do zbyt częstych spotkań. Serce bić mogło prędko ze sportowego wysiłku i nie było w tym już nic zdrożnego. Każda wymówka jest dobra, a w powietrzu czuć się mogą prawdziwie wolni, przesuwając raz za razem granice własnych umiejętności. Maria ćwiczyła trochę od ich ostatniego spotkania, na pewno nie tak dużo jak Smith, ale ma w rękawie kilka trików, gotowych do pokazania przy specjalnej okazji. Nawet jeżeli deszcz zdecyduje się ich skropić i nawet jeżeli nie mogła liczyć na ochronne gogle. Z kolejnym, drobnym ukłuciem niepokoju zauważa, że budka, w której zazwyczaj uiszczało się opłatę za wstęp na stadion stoi pusta. Ian zdaje się jednak traktować to jako coś zwykłego, a że jest w pewnym sensie gospodarzem, Maria uznaje, że tak po prostu musi być. Przyspiesza kroku, równając się wreszcie z Ianem, przekłada nawet miotłę do lewej ręki i zauważa z zaskoczeniem, że jest coś ekscytującego w tym wspólnym wyjściu, jakby naprawdę grali w jednej drużynie, na prawdziwym stadionie, zawodowym, nie tym szkolnym. Gdyby przymknęła teraz oczy, z łatwością wyobraziłaby sobie Smitha w wyjściowym stroju, z białą głową jastrzębia na piersi. Pasował do szarości i do bieli, do kolorów, które przybrało dziś niebo, zaraz zbliżą się do niego jeszcze bardziej.
Ale kolejne chwile muszą jeszcze spędzić na ziemi.
— Tak długo się odgrażasz, że to chyba ty będziesz musiał się postarać — w miękkich głoskach dźwięczy rozbawienie, a prowadzona przodem Maria obraca się nawet wokół własnej osi, krzyżując jeszcze raz ich spojrzenia. Na boisku jest znacznie bardziej pewna siebie niż poza nim, potrafi utrzymać kontakt wzrokowy i pociągnąć te drobne słowne przepychanki. Groźny ton i zupełnie chłopięca mina nie mrożą krwi w jej żyłach, tylko zmuszają do jeszcze szerszego uśmiechu. Wreszcie jednak znów idzie przodem, ku szatniom, ostatnie kroki pokonuje w podbiegu, na samych tylko palcach, wreszcie dobiegając do klamki i popychając drzwi przed sobą. Zostawia je otwarte, sama przystając na progu, aż wreszcie spogląda na młodzieńca przez lewe ramię. — Pamiętasz, gdzie chowają piłki?
Pytanie podszyte jest smutkiem, bo gdyby bywała tu częściej, pewnie samej udałoby się je jej odnaleźć. Gdyby bywała tu częściej, pewnie latałaby lepiej, a Ian nie musiałby grać na pół gwizdka, by nie zmęczyć swojej towarzyszki przed upływem dwóch godzin. Z drugiej jednak strony... wciąż ma czas, prawda?


the dream of my life
is to lie down by the slow river
and stare at the light in the trees —
to learn something by being nothing
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
there's always been a little sadness
inside my happiness
i've never been able to
separate the two
OPCM : 10
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Stadion Jastrzębi z Falmouth
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach