Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Promenada nad Tamizą
AutorWiadomość
Promenada nad Tamizą [odnośnik]16.07.19 20:51
First topic message reminder :

Promenada nad Tamizą

Długa, wybrukowana aleja, która prowadzi nad samym brzegiem Tamizy, tuż nad zazwyczaj łagodną tonią rzeki. W odróżnieniu od Alei Theodusa Traversa nie ma tu zbyt wielu sklepów, jest to miejsce głównie spacerowe i niezwykle urokliwe. Z jednej strony ograniczono je bowiem szpalerem magicznych drzew z przeróżnych stron świata - podobno w czasie zakładania Magicznego Portu każdy kapitan z przypływających tu pod obcą banderą statków mógł zasadzić jedno nasiono, charakterystyczne dla danego kraju - które zachwycają intensywnością barw, kolorów, zapachów; magicznie chronione przed warunkami atmosferycznymi Anglii, cieszą orientalnymi owocami i niespotykanymi aromatami, często kwitnąc pod ochronną kopułą nawet w środku zimy. Przez otaczającą te drzewa niewidzialną barierę można bez problemu przejść, ciesząc się smakiem niespotykanych w Wielkiej Brytanii owoców.
Druga strona ulicy to zaś po prostu brzeg Tamizy, stromy, podmurowany, czasem uderzany wysokimi falami przypływów. W tym miejscu cumują głównie statki pasażerskie, te największe, najbardziej luksusowe - to nie miejsce na portowy wyładunek, a na podziwianie jachtów z odległych krain. To tu przybijają statki ambasadorów lub oficjalne delegacje. Niewielka liczba jachtów - bo cumują tu tylko te najwspanialsze - pozwala cieszyć się nieograniczonym widokiem na sąsiedni brzeg rzeki, na Most Westminsterski; widać stąd także oświetlone atrakcje Wesołego Miasteczka, a z drugiej strony Promenady - elegancki budynek magicznego baletu, la Fantasmagorie. Nadrzeczna promenada cieszy się podobną renomą co eleganckie uliczki w Kensington and Chelsea, to idealne miejsce na popołudniowy spacer w towarzystwie przyzwoitki i przystojnego adoratora.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 22:30, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Promenada nad Tamizą - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]07.06.21 20:52
- Nie znalazłabyś - odparła od razu, prawie przerywając ostatnią wypowiedzianą przez Wren głoskę. Dalej melodyjny ton madame Mericourt został zastąpiony warkotliwą, wrogą wersją, lecz widać było, że ciemnowłosa czarownica odzyskuje panowanie nad sobą. Dalej oddychała szybko, na bladej twarzy o ostrych rysach wykwitły niezdrowe rumieńce, ale dłonie nie trzęsły się już jak w febrze, a blask czarnych oczu nie zwiastował dla Chang śmierci w męczarniach. Przynajmniej na razie. Właściwie nie wiedziała, którą skośnooką dziewczynkę mogła udusić najpierw: płaczącą rozpaczliwie Myssleine, czy odrobinę dojrzalszą Wren, będącą świadkiem wstydliwego ataku skrajnych emocji. Nie, nie mogła zrobić żadnej z tych rzeczy, nie tutaj. Odetchnęła raz jeszcze, głębiej, odgarniając kosmyk włosa spod eleganckiego kapelusza. - Pewnie jest głodna. Nie wiem. Dlaczego mnie o to pytasz? - mruknęła niezadowolona na głupie pytanie swej uczennicy. Zaczynała żałować, że nie zaciągnęła tu ze sobą Agathy, ale obecność służki wzbudziłaby zbyt wiele ciekawskich spojrzeń, psując także nienaganną iluzję wspaniałej matki, jaką zamierzała rozpościerać wśród pewnych grup społecznych, bawiących się doskonale na jarmarku. Farsa rozprysnęła się w drobny mak, na szczęście z dala od czyichkolwiek oczu - poza tymi jednymi, bliźniaczo skośnymi, czujnymi, pojętnymi: nawet w tak dalekiej od nauki sytuacji.
Chociaż, czy naprawdę nie przekazywała jej dziś ważnej lekcji? Mericourt uspokajała się, spoglądając na Wren, trochę nieporadnie wyciągającą z wózka Myssleine. Ta rozpłakała się jeszcze gwałtowniej, ale po kilku zdecydowanych huśnięciach, pochwyciła drobną piąstką włosy tymczasowej opiekunki, bawiąc się ich kosmykami, tak podobnymi do włosów matki. - Nie pasuje ci dziecko - skomentowała bezpardonowo, ale szczerze, niezłośliwie. Widziała Chang silną, dumną, niezależną: nie popełniającą błędów swojej mentorki, omijającą odpowiednio wcześniej grząskie etapy drogi. Wolną, korzystającą z zdobytej w bólach mocy bez żadnych ograniczeń wynikających z męskiej kontroli czy uwiązanych kulą u nogi rodzinnych łańcuchów. Czy tak sama Deirdre widziała Myssleine? Gubiła się w tym, co czuła do tego dziecka; raz była to chorobliwa wręcz fascynacja, innym razem czysta niechęć, a momentami: irracjonalna, dzika czułość, prawie tak intensywna, jak wymuszona przez Locus Nihil agresja. Gdy Wren powtórzyła imię córki, na usta Mericout cisnęło się powiedzenie Nie jest moja; zepchnięcie odpowiedzialności, tchórzliwe wyparcie się tego, co czyniło ją słabą - ale przecież nie musiała się tłumaczyć, nie przed Wren, nie przed - w co wierzyła - pojętną uczennicą, rozumiejącą przepaść dzielącą macierzyństwo śmierciożerczyni a pragnienie dziecka czarownicy, dopiero stawiającej pierwsze kroki w gęstym mroku czarnej magii. A Myssleine była przecież jej, tylko jej; to ona ochroniła ją przed śmiercią i zesłaniem, jednocześnie stanowiąc dla dziecka największe zagrożenie.
- To tylko rekwizyt - wyjaśniła w końcu chłodnym, wyniosłym tonem, dobrze kłamiąc: i dobrze serwując kolejną ważną lekcję. Wykorzystania zasobów, snucia wokół siebie zasłony dymnej, budowania muru pozorów, chroniących brutalną prawdę. Czarodzieje nie potrzebowali tego typu zasieków, czarownice, niestety, tak. Ale i to miało swoje zalety, czyniło je silniejszymi, sprytniejszymi, bystrzejszymi.- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wiele zamkniętych - nawet przed moją mocą - drzwi otwiera postać matki z ślicznym niemowlęciem - dodała beznamiętnie, spoglądając na uspokajającą się Myssleine. Potworna, koszmarna siła, wynikająca z czarów skumulowanych w zitanowej różdżce, potrafiła zapewnić jej wiele, ale jeszcze nie wszystko. Zdarzały się sytuacje wymagające teatru łagodnych rozwiązań, jedwabistej manipulacji, a nie budzącego grozę pokazu siły. A Deirdre sprawdzała się w nich doskonale, jak demimoz dopasowując się do otoczenia, środowiska, oczekiwań, przemykając niezauważona, by osiągnąć swój cel. Tego także chciała nauczyć Wren, pokazać, że będąc kobietą lepiej nie obnażać od razu wszystkich kart. Zgrywanie słabej, niewinnej i łatwej do pokonania dawało dużą przewagę. - Nie chcesz wiedzieć, czego potrzebuję do ukojenia nerwów, ale zdradzę ci, że grzaniec nawet z najwybitniejszego skrzaciego wina nie znajduje się nawet w pierwszej setce relaksujących mnie przyjemności - wyartykułowała wyniośle, unosząc nieco brew na widok - a właściwie na usłyszenie - tego przyjemnego, wibrującego, kociego tonu, jakim wypowiadała zaproszenie Wren. Przymilała się jej, sądząc, że tak uzyska większą....właśnie, co? Większą łaskę, większe zainteresowanie, większe możliwości? A może po prostu była uprzejma, doskonale wtapiając się w opętany bożonarodzeniową gorączką tłum. - Ale z pieczonymi jabłkami... masz rację. Jabłko zajmie jej usta. Byle bez karmelu. Po słodkim robi się nieznośna. Nie mogę jej tutaj uciszyć magią, potrzebuję tego rekwizytu - zastanowiła się na głos, cicho, w zamyśleniu poprawiając poły obszytego futrem płaszcza. Później znów zogniskowała wzrok na Wren: ona także mogła się przydać. Z daleka wyglądały jak kuzynki, krewne pogrążone w rozmowie, której nie wolno przeszkadzać: w taki sposób mogła przespacerować się jeszcze raz główną promenadą, zaznaczając obecność madame Mericourt na tym propagandowym święcie, a przy tym nie ryzykować kolejnego zatrzymania na kwadrans pogaduszek o uroczych policzkach gaworzącego dziecka. Miała już podobnych atrakcji serdecznie dość. - Chodź. Poniesiesz ją. Gdyby ktoś chciał z nami porozmawiać - jesteś moją kuzynką - zadecydowała tonem nie znoszącym sprzeciwu, władczym ruchem ręki wskazując, by powróciły do bardziej uczęszczanego rejonu jarmarku. Zanim tam dotarły, znów przywdziała na swojej twarzy delikatny, zamyślony uśmiech, zupełnie odmieniający ostry rysy: wydawała się właściwie zupełnie inną osobą od tej, którą Wren poznała w Piórku Feniksa - i która uczyła ją rzucania najpaskudniejszych klątw. - Co tu robisz? Dlaczego tu przyszłaś? Dla świątecznej atmosfery? - spytała tonem czułym, zainteresowanym i kameralnym, tak, by brzmienie głosu nie budziło konsternacji u mijających ich przechodniów. Chciała pociągnąć ją za język, zapytać o coś jeszcze, obnażyć niskie pobudki uczestniczenia w tym święcie - ale nie zdążyła. Ktoś się na nich zatoczył, zaklął; chlusnął napój, padło przekleństwo; wszystko działo się zbyt szybko, by Deirdre zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. Stanęła w miejscu, obserwując serię niefortunnych zdarzeń, zagrażającą nie tylko jej uczennicy, ale też - dziecku.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]08.06.21 17:48

Wędrowałem z konkretnym celem, bo przecież poznawanie kultury tubylców nie oznacza jedynie biernej obserwacji, ale również uczęszczania i chłonięcia całej tej otoczki świątecznej. Nie były to moje dni wspaniałych obchodów, a jednak rozniecenie tłumu pozwalało zatopić się w tym śmiesznym przekonaniu, że właśnie tak to należy przeżywać - wszystko ze zdwojoną siłą. Dziwny ten Londyn. Nie za brzydki, nie za ładny, choć patrząc na drugi brzeg, widziałem wiekowy Most Westminsterski. Wiedziałem nawet, czym już był. Dni spędzane w Londyńskiej Bibliotece nie były pożytkowane na marne, bo przecież przez cały czas starałem się poznać kulturę własnych sąsiadów, w razie, gdyby mieli wpisane w obrzędy mordowanie okolicznych choćby jeden dzień w roku. Musiałem być gotowy na wszystko. Nie byłem tylko na tego małego pomiota, który próbował coś wyszperać z mojej kieszeni na nierównościach kafelkowych. Skupiając się na złapaniu gówniarza za nadgarstek, zorientowałem się, że tracę równowagę. Młodziak zaczął uciekać. Niewzruszony spróbowałem popędzić za nim, jednak zrobić zwód w odpowiednim kierunku pomiędzy gawiedzią, wleciałem prosto na jedną z nich. Gliniane naczynie roztrzaskało się bezpośrednio pomiędzy nogami damy, której plecy namokły parzącym wręcz grzańcem. Wydawało się, że para wciąż unosiła się znad mokrego odzienia, które nie wyglądało na specjalnie godne pożałowania.
сука блять, pomyślałem momentalnie, układając usta w inne słowo - Простите! - czułem zdenerwowanie, bo przecież zostawiłem różdżkę u Kiro kilka kroków stąd. W praktycznie dwóch ruchach zdołałbym wszystko naprawić, a tak? - Я не хотел - starałem się wytłumaczyć w rodzimym języku, dopiero po chwili orientując się, że z pewnością nikt mnie nie rozumiał. - Przepraszam! - wypowiedziałem dość jasno i klarownie z nieco ściągniętym, płaskim akcentem, którym charakteryzowały się narody ze wschodu. Zdecydowanie ten dzień nie zapowiadał się zbyt dobrze. Zauważyłem małe dziecko w ręku kobiety, która została oblana grzańcem. Naprawdę szkoda tak dobrego trunku. Dziw, że nikt nie spytał o wiek, choć zdawało się, że tamten błysk w oku sprzedawczyni nie był z byle powodu. Wydawało mi się, że kojarzyłem tę skośnooką twarz... kobieta z zakrwawionej piwnicy? Grzecznie dygnąłem na powitanie dwóch dam, które zdecydowanie nie miały w sobie ani krzty biedoty w ubiorze. Sam prezentowałem się schludnie, choć przeciętnie, nie to, co one. - Madam, носовой платок... chusteczka. - zaproponowałem, wyciągając z kieszeni długiego płaszcza materiałową, białą chustkę z wyszytym z boku czerwono-czarnym ptakiem. Próbowałem jakoś uratować sytuację, choć dobrze wiedziałem, że jedynym dobrym pomysłem byłoby dla niej zdjęcie ubrań. - Musisz zdjąć. - zaproponowałem bez cienia zawstydzenia, dłonią wskazałem na jej odzienie. Wszystko zdawało mi się chorobliwie logiczne.
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]10.06.21 12:34
18.12


Zew zimowego świętowania znów porusza moje serce. Nie jestem jednak poruszony negatywnie i energicznie, wbrew pozorom, to ciepło, które roztacza sobą mnie uspokaja. Dzisiejszego ranka obudziłem się po pierwszym głębokim śnie od miesiąca. Na szafeczce stała buteleczka po eliksirze - ślad po miksturze, która pomogła mi zasnąć. Stałem przed oknem, pijąc czarną kawę, patrzyłem na płatki śniegu wirujące w powietrzu i moje myśli nie szły dalej. Odkryłem, że poruszając się po powierzchni, łatwiej jest oddychać, szczególnie jeżeli dotąd topiłem się w czarnej mazi smutku.
Spotkanie z kuzynką Lestrange przenieśliśmy aż do Londynu. Zapewniono mnie, że pomimo panującej wojny, nie ma obaw i można bez problemu skorzystać z jarmarku świątecznego. Okazja do rozluźnienia się była bardzo kusząca, a wiedziałem, że skoro tylko pojawię się w Londynie, tylko obecność Lestrange będzie mi mogła ułatwić przebywanie w tym mieście grzechu . Dodatkowo, mogłem załatwić kilka biznesowych spraw, które odkładałem ostatnimi czasy. Po kawie z osobistościami z Ministerstwa (wciąż mam nadzieję, że dostanę specjalny blankiet dzięki któremu będe mógł handlować z zagranicą pomimo wojny), po wizycie u krawca (który całą wizytę narzekał, że moja szata weselna, którą dla mnie tworzył jednak nie będzie użyta w najbliższej przyszłości), po lunchu z kilkoma ciotkami (odkryłem, że starsze Lady nie mają oporów przed brylowaniem w Londynie, nawet w obliczu wojny i z całym przepychem wciąż czerpią przyjemność z lunchy serwowanych w Savoy'u), wreszcie dotarłem na jarmark świąteczny. Pogoda była wspaniała, szczególnie na Londyn. Niebo przesłonięte jasnymi chmurami z których prószył śnieg. Prószył to słowo klucz, bo własnie dzięki temu nie można było się  obrażać na pogodę. Podejrzewałem, że będziemy trochę spacerować, ale nie wziąłem pod uwagę tego, że gdyby pogoda była gorsza, musielibyśmy szybo ewakułować się do pobliskiej restauracji. Albo i nie pobliskiej, bo znajdowaliśmy się w porcie, który nie słynął z wykwintnej kuchni.
Mówiąc o wykwintności, szybko pojąłem, że mimo wszystko jest to impreza otwarta na którą zaproszeni są nie tylko wysoko urodzeni. Nagle poczułem lekki dyskomfort, kiedy moją dłoń zdobiły kamienie, a ludzie których mijałem wyglądali jakby na kamieniach spali. I to nie na szlachetnych kamieniach. Może to kolejny powód dla którego nie czuję się komfortowo w tłumie: nie potrafię ubrać się odpowiednio na okazję, zawsze wkładam zbyt strojne stroje. W towarzystwie to wypada, arystokracja przerzuca się coraz to modniejszymi krojami. Tutaj - no nie mogę powiedzieć, żebym był pewny, czy dobrze robię ubrany w tak drogi płaszcz.
- Lady Octavio -unoszę dłoń i przechodzę przez dziki tłum ludzi, na szczęście tam gdzie stała Lady Lestrange było nieco luźniej. - Przysięgam, że nie spodziewałem się takich tłumów. Ledwo cię poznałem - mówię ni żartem, ni serio i ruszam  promenadą z Octavią u boku.


Ostatnio zmieniony przez Ares Carrow dnia 10.06.21 12:37, w całości zmieniany 1 raz
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]10.06.21 12:34
The member 'Ares Carrow' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 6
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Promenada nad Tamizą - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]11.06.21 0:16
- To samo mówili o psie - odparła dość obojętnie, wzruszywszy jednym ramieniem. Doberman? Pod jej dachem? W dodatku wyszkolony przez samą Rookwood? Och, ilekroć słyszała, że byłby to zły pomysł, że w gruncie rzeczy najlepiej do tej kanapy w salonie pasowałby kuguchar, dumny i dostojny. Czy zależało jej na tym, by Deirdre namaściła ją jako przyszłą matkę? Zapewne tak, uległa jej dziwnie już w mnogości dziedzin życia, choć wiedziała, że nie musiało się to dziać ani dzisiaj, ani tutaj. Może za kilka miesięcy, lat, w przypływie nieopisanej czułości, gdy formalna nić pomiędzy mentorem a uczennicą zacieśni się na jej kostce niczym żelazne kajdany, przed którymi nie będzie już ucieczki. To mogło poczekać. Tak samo jak dziecko. Jej macica nie wybierała się w żadną podróż, a o ile lata mijały nieubłaganie, babcia powtarzała, że kobiety w ich rodzinie miały w sobie niebywałą smykałkę do pozostania świeżymi wewnętrznie i zewnętrznie aż po grób. Przynajmniej te, w których żyłach płynęła krew czysta i chińska. Jej własna została bowiem zmieszana z brytyjską... I nic już nie mogło być tak pewne.
Grzańce nie były w stanie zadowolić Deirdre, a coś w oczach Wren błysnęło nagłym podekscytowaniem, zatrutym, słodkim i spragnionym. Trwające od tygodni lekcje pokazywały, w czym przyjemność odnajdywała ta niezwykła kobieta; koiła ją masakra, do snu otulał błagalny płacz, w upalne dni wachlował hymn tortur krzesanych magiczną mocą, niedostępną dla tak wielu. I próżno w tym wszystkim było jej się dziwić: w odbieraniu życia czaiła się namiętna myśl absolutnej dominacji nad innym istnieniem. Czy istniało coś jeszcze, co zapewnić mogło poczucie podobnej potęgi? Rozlew krwi Wren nigdy nie był obcy, ani w dniu, kiedy w wannie roniła potwora zaimplementowanego w jej podbrzuszu przez śmiałego Francisa, ani teraz, gdy stało się to jej zawodem, lecz z Deirdre uprawiały mord zupełnie innej klasy. Elegantszej, a jednocześnie bardziej prymitywnej. Zaskakujące. Z nieco spierzchniętymi ustami nachyliła się zatem w stronę towarzyszki, zanim oblizała je i rozsunęła w skrytym uśmiechu, przeznaczonym wyłącznie dla jej oczu.
- Mam jedną dziewczynę - wyszeptała gorąco, ochoczo. Zaszczepiony w jej żyłach zew odezwał się ponownie, puszczając wodze wyobraźni, która już gnała do zabezpieczonej magicznie kryjówki, gdzie remedium swojej beznadziejności oczekiwała samotna mugolka. - Niedaleko stąd, w lasach Essex. Może ona byłaby w stanie poprawić ci humor? Ćwiczyłam, Deirdre; mogłabym urządzić dla ciebie... pokaz - zaproponowała niemal lubieżnie, stęskniona za ciemną mocą. Ostatnie miesiące poświadczyły, że w odkrywanej dziedzinie magii kryły się nie tyle potęga, nie tyle możliwość wyrządzenia sobie okrutnej krzywdy przy odrobinie nieuwagi, ale także pasja i zmysłowość, które Wren również odkrywała w sobie na nowo. Doświadczenia z Francisem skuły ją lodem. Przeobraziły w marmurową rzeźbę obojętności, w pomnik materializmu, a dłuto w dłoniach Deirdre zaczęło rozłupywać tę oziębłą skorupę, pod jej powierzchnią odnajdując pulsującą magmę. Kto by pomyślał?
- Pieczone jabłka też znajdziemy, z pewnością - odpowiedziała potem i skinęła głową, gdy Mericourt zaordynowała jej nową funkcję nosicielki Myssleine. Na szczęście dziecko zdążyło zamilknąć, pozwoliło odetchnąć więc skroniom, które chwilę temu zaczęły pulsować tępym bólem. - Byłam ciekawa tego, w jaki sposób Ministerstwo zdecydowało się kupić... Nie, to złe słowo. Zdobyć ludzkie serca. Mieli wyśmienity pomysł z tym jarmarkiem, wystarczy tylko spojrzeć na tłumy, wsłuchać się w to, jak wychwalają lorda Malfoya - wyjaśniła miękko, bez fałszu. Kłamstwo było jej orężem dnia codziennego, jednak przy Deirdre nie odczuwała potrzeby sięgania po jego ostrze, o wiele bardziej ceniąc sobie wymienianą szczerość - lub przynajmniej z chęcią oferując jej swą własną. To było... Świeże. Inne. Nie do końca w ostatnich latach znane, podobne do przypominania sobie jazdy na rowerze po tym, gdy uczyło się tej sztuki w odległym, niemal zapomnianym dzieciństwie. Wren wychodziła z dziwnego założenia, że w drodze do świetności, by mentorka mogła prowadzić ją przez ciemność pierwszych stopni, powinna być transparentna; przezroczystą wodę łatwiej było formować w naczyniu, niż chociażby zastygłe żelazo. - Liczyłam też, że znajdę tu dla siebie stosowny prezent na święta, ale nic nie przykuło spojrzenia. Obrazy są zdecydowanie za drogie - dodała po chwili. Podobnie działo się z cenami żywności, jednak oferowanym na jarmarku smakołykom wręcz nie można było się oprzeć. Kiedy przechadzała się uliczką ze straganami, w myślach notowała, po jakie dokładnie produkty winna się wrócić, po tym, jak dotrze już do samego końca, i nawet nie zauważyła, kiedy namnożyła się ich zatrważająca liczba.
Kiedy tylko Azjatka rozchyliła wargi, by powiedzieć coś jeszcze, poczuła nagle, jak przez materiał płaszcza zaczyna przenikać wprost do jej pleców palący gorąc. Podejrzenie padło najpierw na niezapowiedziany niczym atak rozrostu, ale przecież to bolało inaczej, rozsadzało od środka kości, przesuwało je pod skórą niczym upadające na ziemię domino, a to... Przez pierwotną panikę szybko przebiło się zrozumienie. Oczy błysnęły wrogo, ręce profilaktycznie zacisnęły się mocniej na Myssleine, a z ust uleciało przeciągłe syknięcie. Gwałtowny obrót na pięcie postawił ją twarzą w twarz z pyszałkiem, który odwiedził tamtego dnia jej sekretną oazę. Jeszcze ciebie tu brakowało, szczurze.
- Nie widzisz, ofermo, że mam na rękach dziecko? - zarzuciła wściekle; nie pomagał wcale fakt, że grzaniec coraz mocniej parzył i nie mogła dłużej przeciwstawić się sugestii zdjęcia z siebie płaszcza - ale zrobiła to ze złością, niemal zrywając z siebie wierzchnie odzienie, uważna jedynie na to, by nie skrzywdzić przy tym Myssleine. - Już drugi raz wchodzisz mi w drogę, czy tobie jest niemiłe życie? A może ktoś cię do tego najął? Żebyś wyrządził krzywdę córce madame Mericourt? - syczała wciąż i wciąż, mierząc go spojrzeniem. Z dwojga złego lepiej, że to jej plecy poniosły drobny uszczerbek, a nie ta kruszyna w jej objęciach, którą chwalebnie obroniła samą sobą. Historia jest przecież tylko przekładem świadków, a one - świadkami były najważniejszymi.



it was a desert on the moon when we arrived. gathering all of my tears, heartbreak and sighs, jade made a potion ignite and turned the night into a radiant city of light.
Wren Chang
Zawód : handlarz krwią
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
tell her i wasn't scared.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8598-wren-chang#252999 https://www.morsmordre.net/t8601-yue#253113 https://www.morsmordre.net/t8604-punkt-pobran-krwi#253124 https://www.morsmordre.net/f252-pokatna-56-2 https://www.morsmordre.net/t8602-skrytka-bankowa-nr-2037#253118 https://www.morsmordre.net/t8603-wren-chang#253121
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]11.06.21 14:41
Ciężkie od eleganckiego makijażu powieki Deirdre nawet nie drgnęły, gdy usłyszała proste wyjaśnienie matczynych rad Wren, spojrzała jednak na podopieczną nieco dłużej – i jeszcze chłodniej – niż zwykle.– Czy ty właśnie porównałaś moją córkę do psa? – spytała z pozoru beznamiętnie, nie odrywając ostrego wzroku od twarzy brunetki. Chciała ją sprawdzić, sprowokować do popłochu – czy też naprawdę poczuła się urażona? Nie przepadała za zwierzętami, gardząc nimi i bojąc się ich dzikiej, nielogicznej, nieposkromionej natury. Dzieci traktowała jako bardziej rozumną część tego prymitywnego zbioru, głównie bazując na tym, co mogła dzięki nim pozyskać. Zaufanie ludzi, współczucie, lojalność, ale także pewną pozycję, gwarantującą bezpieczeństwo. Nikt nie podejrzewał czarownicy z niemowlęciem na ręku o mordercze skłonności, otwierając przed nią drzwi, serca oraz możliwości intensywniejszego działania na rzecz sprawiedliwości i czystości Anglii. To dlatego pokazywała się tego popołudnia na Zimowym Jarmarku, gruntując swoją pozycję w społeczeństwie. Silna, powoli zrzucająca żałobę czarownica, która mimo trudności dzielnie stawiała czoła obowiązkom, reprezentując wszystko, co najlepsze w Nowym, Wspaniałym Świecie sygnowanym podpisami Ministra Malfoya. Nie mogła i nie chciała zawieść, lecz była naprawdę zmęczona tym teatrzykiem, w skrytości ducha przyznając, że wolała już udawać rozkosz, wijąc się na umięśnionym ciele nieśmiałego arystokraty, niż odgrywać rolę troskliwej matki. Może był to chwilowy kryzys, wynikający z przemęczenia oraz emocjonalnej szarpaniny ostatnich tygodni, pełnych koszmarów skąpanych w fioletowej aurze Aongusa. Potrzebowała wytchnienia. I to nie w postaci grzańca czy jakiejś niedorzecznej słodkości, a…w tym, o czym zdawała się mówić Wren. Podekscytowana, znów z tym uroczym błyskiem w oku, z uśmiechem sugerującym osobom postronnym, że opisuje właśnie detale nowej, pięknej sukni, a nie sugeruje odwiedziny u kobiety, której życie miało zakończyć się w przedłużanych czarną magią męczarniach.
Kusiła. Deirdre poprawiła futrzany kołnierz płaszcza i znów zerknęła z ukosa na idącą obok niej czarownicę, reagując najpierw na pierwsze, wyszeptane wyznanie, które w odseparowaniu od dalszej części brzmiało więcej niż dwuznacznie. - Nie wiedziałam, że jesteś chora. Powinnaś była mi powiedzieć o swoich haniebnych skłonnościach- odparła z lekkim zdziwienie i zawodem, nie dając po sobie poznać, czy żartuje, czy jest to raczej śmiertelnie poważna ocena niemoralnego zaburzenia. Mówiła cicho, pochylając się ku towarzyszce, tak, by nikt nie mógł ich podsłuchać – wyglądało to jak poufała konwersacja lub troska o to, by poprawić trzymanej przez Chang dziewczynce czarne włoski, okalające pulchną buzię. Mericourt przez moment nie mówiła nic, gładząc skórę Myssleine, rozważając prawdziwy sens propozycji uczennicy. Hojnej i w końcu trafiającej w wyrafinowane gusta śmierciożerczyni. – Jaka jest? Jak wygląda? – spytała w końcu konkretnie, prostując się, by przenieść wzrok na stragany, wśród których się znajdowały. Ich oferta w ogóle jej nie interesowała, ale przyglądała się z łagodnym uśmiechem różnobarwnym drobiazgom oraz zachwyconym ludziom, na moment zapominającym o okropieństwach wojny. – Mam nadzieję, że nie ćwiczyłaś beze mnie – wtrąciła surowo, co z połączeniu z ukontentowanym wyrazem twarzy oraz całą gracją odzianej w drogie materiały sylwetki wydawało się więcej niż groteskowe. Sacrum zderzone z profanum, a obydwa pojęcia oznaczały coś przeciwnego dla świata niż dla nich dwóch.
- Minister Malfoy podejmuje same dobre decyzje. Nic dziwnego, że cieszy się takim poparciem. To wspaniałe, że zdecydował się na podniesienie morale londyńczyków tym wydarzeniem – odparła gładko i wyraźnie, nie tylko dlatego, że mijały bardziej zatłoczone miejsce, w którym wypadało więc wygłosić te słowa, by te, podchwycone, mogły świadczyć na korzyść madame Mericourt. Nie czuła potrzeby by przypomnieć, że niektóre decyzje ministra wynikały z propagandowych wytycznych śmierciożerców: ważne, że cała polityczna machina działała, jak należy, a bogaty w zasoby jarmark na moment pozwoli obywatelom poczuć się tak, jak przed coraz bardziej odczuwalną wojną, ograniczającą zasoby. – Prezent dla samej siebie. Jakże hojnie. Nie masz bliskich, którzy mogliby cię obdarować? – kontynuowała beznamiętnie, ni to ironicznie ni z szczerą ciekawością, uprzejmie przepuszczając idącą z naprzeciwka parę. Węższe przejście między straganami wywoływało napad klaustrofobii: odwykła od tłumu i dotykających ją zewsząd szat innych osób. – Nie wiedziałam, że interesujesz się sztuką. I nie sądzę, żebyś znalazła tu obrazy, które by cię zachwyciły, chyba, że cenisz nudną martwą naturę albo scenki obyczajowe – rzuciła swobodnie, bo choć artyści wystawiający tu swoje prace byli doskonali, to sama wolała malowidła o ostrzejszych barwach i namiętniejszej tematyce. Chętnie podyskutowałaby o kwestiach artystycznych, uznając je za bezpieczne w tym miejscu, lecz w mgnieniu oka zadziało się kilka nieprzyjemnych rzeczy, burzących względny spokój Azjatek. Potknięcie, stukot, unosząca się para wodna, syk, bełkot w niezrozumiałym narzeczu: wszystko działo się w tym samym momencie, a Deirdre, idąca nieco przed Wren, dopiero po odwróceniu się stanęła twarzą w twarz z nieokrzesanym czarodziejem, powodującym tak wielkie szkody w ubraniu Wren. Widziała kapiące z tyłu płaszcza krople, słyszała złość w jej głosie, która wkrótce została stłumiona przez rozpaczliwy płacz Myssleine, zapewne wyczuwającej napiętą sytuację oraz wystraszoną nagłymi bodźcami.
Wystarczyła sekunda, by Deirdre podjęła odpowiednią decyzję. Mogłaby przymknąć oko na ten występek, ale…nie chciała tego robić. Mężczyzna był zadbany, widocznie próbował załagodzić sytuację, ale posiadał obcy akcent – rażący dla skośnookiej Brytyjki – i wydawał się idealnym materiałem na ofiarę, złożoną na ołtarzu zbiorowej świadomości. – Jak śmiesz atakować moje dziecko. Mogłeś ją poparzyć, zranić tak, że nie pomogłyby żadne eliksiry – wyrzuciła z siebie z lękiem i gniewem, płynnie przechodząc z wystudiowanej obojętności, jaką dzieliła kameralnie z Wren, do perfekcyjnego odegrania wystraszonej matki, chroniącej swoje potomstwo. – Cii, kochanie, już dobrze – odebrała płaczącą nieziemsko Myssleine z rąk Wren, świadoma, że wokół nich zbiera się już spory tłumek. I choć najchętniej po prostu obcięłaby temu wschodniemu zakapiorowi głowę jedną, czarnomagiczną inkantacją, to nie mogła tego uczynić. Zamiast tego przytuliła do siebie Myssleine, jak na idealną matkę przystało, po czym pocałowała ją w mokry od łez nosek. –Zobacz, jak ucierpiała czystej krwi czarownica - dodała drżącym od wściekłości i strachu głosem, wyłapując z tłumu dwójkę umundurowanych policjantów, przywołanych harmidrem. – Proszę aresztować tego człowieka. Zagraża bezpieczeństwu wszystkich – zostałyśmy zaatakowane, poparzył pannę Chang. Gdyby nie ona, kto wie, co spotkałoby moją córkę – zwróciła się do nich autorytarnym, poruszonym tonem, dalej starając się uspokoić Myssleine. Bezskutecznie, mała płakała coraz głośniej: a Deirdre była przekonana, że robi to specjalnie, rozkochana w uwadze, jaką się jej poświęca. Atencyjna, wrzeszcząca, paskudna mała… - Cichutko, skarbie – Mericourt odwróciła się plecami od tłumu, spoglądając na agresora. Czy wiedział, jakie miał szczęście? Zapewne skucie przez policję wydawało mu się przesadną reakcją na oblanie wrzątkiem, lecz gdyby znajdowali się gdzieś indziej, skończyłoby się to znacznie gorzej. I bardziej satysfakcjonująco dla Wren i Deirdre.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]12.06.21 2:11
Tego ranka Octavia wstała zanim jeszcze skrzat zdążył przybyć z kubkiem gorącej czekolady, która miała być zachętą dla jego pani by w ogóle rozważyć zamiar wyjścia z łóżka przy coraz niższych temperaturach za oknem. Zdziwione stworzenie grzecznie odłożyło naczynie na parapet, kiedy to Lestrange przeglądała zawartość swojej szafy wyraźnie niezadowolona z tego co widzi. To miała być po prostu przechadzka, nic szczególnego, a jednak nad wyborem stroju spędziła znacznie więcej czasu niż zwykle. Tłumaczyła sobie, że chodzi o okazję, w końcu świąteczny jarmark był wyjątkowym, wręcz magicznym wydarzeniem, na które wyczekiwała cały rok. Tak, to absolutnie sprawka jarmark, nie fakt, że to popołudnie spędzi w towarzystwie Aresa. Jeśli zresztą o Carrowa chodziło to będzie musiał się naprawdę mocno tłumaczyć biorąc pod uwagę jak dawno się widzieli oraz jak długo czekała na jakikolwiek znak życia od niego.
Koniec końców na promenadzie znalazła się nieco przed czasem umówionego spotkania, dzięki czemu mogła przejść się między straganami. Kolorowe światła, cudowne aromaty i ludzie. Te wszystkie roześmiane twarze, zrelaksowane spojrzenia, tak bardzo brakowało jej namacalnego niemal szczęścia, o które przez wojnę było niezwykle trudno. Tym bardziej, że nie mówili jedynie o szlachcie. W tym miejscu mieszali się przedstawiciele każdej warstwy społecznej i dla Octavii było to wręcz wyzwalające. Ona sama również wyróżniała się z tłumu w swoim śnieżnobiałym, długim do ziemi płaszczu, którego kołnierz wyszyty był futrem, jednak zupełnie się tym nie przejmowała. W jej odczuciu była niemal jak aktor na scenie, a przedstawienie jest ciekawe wtedy, kiedy postacie są różnorodne, potrzebny był więc przedstawiciel każdej londyńskiej grupy i swoją rolę należało odegrać z zaangażowaniem.
Stała właśnie przed wystawionymi wypiekami zastanawiając się która ze słodkości wybrać, kiedy od tego trudnego wyboru oderwało ją wołanie dawno niesłyszanego głosu.
-Lord Ares - uśmiechnęła się promiennie na jego widok. - A więc mój płaszcz działa perfekcyjnie, wtapiam się w otoczenie. Jeszcze odrobina śniegu, a mój kamuflaż będzie doskonały - to mówiąc dmuchnęła na opadające jej na oczy włosy, z których opadło kilka płatków śniegu, wciąż jednak było ich tam całkiem sporo.
Tak, pogoda im sprzyjała, temperatura lekko poniżej zera nie dokuczała tak bardzo, a jednocześnie pozwalała spadającym płatkom śniegu utrzymać się dłużej niż marne kilka sekund. Dzięki temu dachy straganów, poręcze czy mniej uczęszczane przejścia między budkami zdążyły już zniknąć pod białą warstwą puchu, jeszcze bardziej podkręcając świąteczny klimat. Aż można było zacząć rozważać, czy i tego efektu nie osiągnięto przy lekkiej pomocy magii.
-I co słychać w wielkim świecie? Raczej ciekawe rzeczy, jeżeli odciągnęły cię stąd na aż tak długo - spojrzała na niego badawczo póki co rzucając raczej luźne pytanie. Mógł się jednak spodziewać, że czeka go niemało tłumaczenia, ostrzegała go już o tym nawet w liście, a i bez niego było to raczej oczywiste biorąc pod uwagę temperament Lestrange.
Octavia A. Lestrange
Zawód : Konsultant artystyczny w rodzinnej operze
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9793-octavia-lestrange#297025 https://www.morsmordre.net/t9802-nutka#297514 https://www.morsmordre.net/t9801-let-s-play#297510 https://www.morsmordre.net/t9803-skrytka-bankowa-nr-2239#297516 https://www.morsmordre.net/t9804-o-lestrange#297521
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]12.06.21 2:11
The member 'Octavia Lestrange' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Promenada nad Tamizą - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]16.06.21 21:08
- To, albo zbyt duże zamieszanie jak na moje gusta - mruknąłem oceniając w wyraźnie negatywny sposób rzeszę ludzi, plątających się za naszymi plecami, przebiegajającymi nam pod stopami. Unoszę spojrzenie na kuzynkę i raczę ją uśmiechem. - Jedno z dwóch - ona nie była winna temu, że przyszło nam się spotkać w takich okolicznościach, było wręcz odwrotnie bo to ja wysunąłem propozycję uczesniczenia w jarmarku zimowym. Nie mam pojęcia jak mi podobny pomysł wpadł do głowy, natomiast w obecnej sytuacji nie wypadało się deportować, chociaż wzrastało we mnie uczucie dyskomfortu. Właśnie w tych błękitnych, znajomych oczach, szukam sobie kotwicy i wsparcia, które pomoże mi przeżyć ten cały jarmark.
Pytanie kuzynki mnie zasmuciło, zaprosiłem ją gestem do tego, byśmy zaczęli nasz spacer, więc ruszamy promenadą. Tamiza przekryta jest krą, która niesiona jest nurtem, ale spomiędzy niego wygląda do nas granatowa woda. Zimno jej barwy przypomina mi smutek, który trwał cały listopad. Biorę wdech. Cóż w wielkim świecie oprócz wielkiej wojny, która trawi naszą codzienność? Mam ochotę pogładzić jej naiwną główkę ręką, czule zetrzeć mgłę, która przesłania jej zdolność widzenia rzeczywistości. Z drugiej strony nie jestem gotowy by to zrobić, nie chcę niszczyć jej życia odkryciem tego, co dla młodej szlachcianki powinno pozostać zakryte. Dlatego pomijam temat wojny. Usłyszała to w moim wydechu, już wie, że znów ktoś nie chce z nią poruszać tej kwestii.
- Pijesz do mojego wyjazdu z którego do ciebie pisałem? Muszę ci przyznać, lady Octavio, że jeżeli chodzi o moje zajęcia, to nie są ani trochę ciekawsze, a nawet dość monotonne. Od trzech miesięcy codziennie wstaję i wykonuje te same czynności. I przyjeżdżam do Londynu tylko w bardzo naglących momentach. Ale akurat pod koniec listopada wyjechałem na obrzeża kraju. Musiałem oczyścić głowę, gdyż jak wiesz, czekał mnie niebawem ślub... - tutaj uśmiecham się i zawieszam głos. Spoglądamy na siebie porozumiewawczo, Octavia ciekawa co jej powiem o ślubie, ja zaś lekko rozbawiony tym, że taka sytuacja zaistniała, bo przecież teraz nie możemy mówić o żadnym ślubie. - Co jest już rzeczą nieaktualną -informuję lady Lestrange z pewnego rodzaju ulgą w głowie, ale jednak wciąż rozbawieniem. I brzmię tu jakbym był dwudziestoletnim chłopcem, który umknął odpowiedzialności i jest z siebie dumny. Ale pewnie brzmię dla niej tak samo żałośnie, jak dla Evandry.
Idąc promenadą nie rozglądałem się za bardzo, ale moje spojrzenie padło na kobietę w szarym płaszczu do ziemi, która hipnotyzowała mnie spojrzeniem. Rozproszyło to mój uśmiech, wpatruję się w nią i Octavia musiała to zauważyć, bo wcisnęła swoje ramię pod moje ramię. Zrobiła to w dobrym momencie, bo uległbym magnetyzmowi owej biednej dziewki portowej, co by na pewno nie okryło mnie honorem, już nie mówiac o tym, ile stracić mogła moja współtowarzyszka. Położyłem rękę na jej dłoni, opiekuńczym gestem i odwróciłem spojrzenie na wodę. Zdecydowanie należało spoglądać na wodę, a nie na osoby w tłumie. Nie mogłem jednak wyrzucić z pamięci niebieskich oczu owej plebejki, teraz już nawet granat wody mi o nich przypomina.
Wtedy nagle ktoś zatrzymał nas i domaga się uwiecznienia lady Lestrange na portrecie. Spoglądam na nią, bo jeżeli nie ma ochoty, to zaraz pozbędę się natręta. Nic jednak dziwnego, że ją wypatrzył, portret prawdziwej lady to coś co kazdy artysta chciałby mieć w swoim portfolio.
- Takie kobiety jak Lady uwiecznia się po umówieniu, a nie na ulicy - rzuciłem do mężczyzny, mając nadzieję, ze poprawnie odczytałem minę Octavi.. Mogło się jednak tak zdarzyć, że źle, a wtedy chyba będę musiał zaraz wykupić od niego owy portret.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]16.06.21 21:43
-Ludzie łakną normalności. Na jarmarku zawsze jest tłoczno, ale nie dziwi mnie, że w tym roku ledwo da się przecisnąć - uśmiechnęła się promiennie jakby z nadzieją, że uśmiech ten będzie w stanie go uspokoić. Ona zresztą takie warunki nie poczytywała jako winy. Podobna atmosfera pozytywnie na nią działała. Gdzie się nie obejrzeć uśmiechy, śmiech, harmider. Ona była typem człowieka czerpiącego z podobnych okoliczności pełnymi garściami.
Patrzyła na niego uważnie, kiedy nabiera powietrza, a w głowie musiały kłębić mu się niezbyt przyjemne myśli. Tliła się w niej maleńka iskierka nadziei, że zaraz się z nią nimi podzieli, że potraktuje na poważnie. Niestety szybko okazało się, że w tej rozmowie będą tematy, które nie zostaną poruszone, a w jej oczach na krótki moment błysnął smutek. Nie było jednak czasu na dłuższe jego rozpatrywanie, bo na jego miejscu pojawił się szok i uczucia, by nazwać to delikatnie, bardzo mieszane. Patrzyła na niego z niedowierzaniem i chociaż już początek zdania dawał oczywiste wnioski musiała doczekać, by powiedział je wprost. Nie będzie ślubu... Ares się nie żeni... czuła wszystko, od radości przez złość po smutek i w sumie nie potrafiła nawet sprecyzować co powoduje każde z tych uczuć.
-Ja... przykro mi? Chociaż odnoszę wrażenie, że nie postrzegasz tego jako problem - powiedziała w końcu cicho nie do końca wiedząc jak inaczej się zachować. Nie miała możliwości wypytać wcześniej Aresa jak się na to zapatrywał. Teoretycznie przecież mógł chcieć ślubu, nawet jeśli jego relacja z Primrose była, nazwijmy to, dziwna. No właśnie, jeszcze Primrose... teraz dwie osoby były w raczej kiepskiej sytuacji. A zbliżał się sabat.
Tak nagłe wieści wybiły ją nieco z rytmu i dopiero po chwili zauważyła, że Ares spogląda na kogoś z tłumu, a jego mina wydawała się być dziwna. Zmarszczyła lekko brwi i chwytając go lekko za ramię pociągnęła delikatnie w przeciwnym kierunku. Ach lordzie Carrow, pana to trzeba było doprawdy cały czas pilnować. Nie było jednak okazji by poruszyć temat jego dziwnego zachowania, bo ich spacer został ponownie przerwany, tym razem jednak przez mężczyznę, a co więcej artystę. Na nieco ostre słowa Aresa roześmiała się tylko cicho i położyła dłoń na jego ramieniu.
-Ależ nie ma żadnego problemu. Sztuka zawsze ponad wszystko. Jeżeli nie będziesz miał nic przeciwko poczekaniu na mnie odrobinę jestem gotowa przetestować kunszt tak pewnego siebie artysty.
Kto jak kto, ale Lestrange nigdy nie odmawia, kiedy chodziło o sztukę, malarz nie miał nawet pojęcia jakie szczęście miał, że trafił akurat nią. Była jednak gotowa zrezygnować z obrazu, gdyby Ares nie był szczęśliwy na wizję stania w chłodzie, kiedy obraz będzie się tworzył.
Octavia A. Lestrange
Zawód : Konsultant artystyczny w rodzinnej operze
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9793-octavia-lestrange#297025 https://www.morsmordre.net/t9802-nutka#297514 https://www.morsmordre.net/t9801-let-s-play#297510 https://www.morsmordre.net/t9803-skrytka-bankowa-nr-2239#297516 https://www.morsmordre.net/t9804-o-lestrange#297521
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]17.06.21 21:57
Zwróciłem ku Octavii swoje oblicze, zdając sobie sprawę z tego, że mogła w moich oczach dojrzeć ulgę z powodu zakończenia zaręczyn. Mogłem je zakończyć tylko na dwa sposoby. Albo zostając mężem, albo wracając do kawalerstwa. Stało się to drugie. I nie potrafiłem nawet ukryć ulgi? Prawda jest taka, że moje uczucia wobec tej sytuacji nie były niestety tak proste. Bądź co bądź, zacząłem się przyzwyczajać do wieści, że będę mężem młodej Burke, nic nie przemawiało za tym, że tak się nie stanie. Kiedy już podjąłem devycję, że czas poświęcić się małżeństwu i wróciłem z mojego odpoczynku, czekała na mnie koperta z informacją, że jednak zaręczyny zostają zerwane. Szok nie odpuścił szybko, ba, dopiero drugi dzień żyję z tą świadomością, trudno mi więc jednoznacznie wyjaśnić lady Lestrange co się wydarzyło.
- Nie, dlaczego? - pytam, jakbym wolał, żeby to ona mi wyjaśniła. - Niestety tak się składa, że to może być problem. Oczekuje się ode mnie ustatkowania od przeszło dwóch lat, prawdę mówiąc, sądziłem, że kiedy już zostanę z kimś zaręczony to skończy się to ślubem, a nie niewypałem - wyjawiam kuzynce moje wątpliwości. Pewnie nie raz słyszała jak szeptano o tym, że powinienem pójść w ślady kolegów i brać czym prędzej jakąś uroczą damę, by starać się o dziedzica. Ta moja niechęć wobec tego była źle odbierana, ale również stanowiła pretekst do plotek, pojawiła się nawet jedna plotka o tym, że jestem zboczeńcem. Szybko postaraliśmy się o wyplenienie tego absurdalnego zarzutu. Niektóre rzeczy mogły bawic, ale również i ranić. A zła plotka zagrażała również i szlachetnie urodzonym.
- Może nie ma sensu roztrząsać tego, co i tak się nie wydarzy, ale faktem jest, że wciąż trudno mi w to uwierzyć. Wiesz, już się nawet zaczałem przyzwyczajać - wzruszam ramionami, świadom jak to zabrzmi, jakbym był biedakiem, którego zostawiła ukochana przed ołtarzem. Dalekie to jest od prawdy, natomiast byliśmy tu w celach rozrywkowych, tak więc oczywiste, że będę mówił rzeczy które jeszcze nie są pewne.
Zatrzymani przez ulicznego artystę, mieliśmy odejść, ale niestety Octavia była Octavią i chociaż dla mnie niebezpieczeństwo zadawania się z byle przechodniem było wyraźne, ona miala serce na dłoni i zezwoliła na to, żeby ją uwiecznił.
- Twoje życzenie lady, jest dla mnie rozkazem, w takim razie... rób swoje. - zwracam się do artysty, który zaraz wyczarował dla lady stoliczek na którym mogła usiąść i przywołał swoje farbki i deskę z papierem. Ustawiłem się w takiej pozycji za nią, żeby obserwować otoczenie, miałem bowiem nadzieję, że jednak nie będziemy zaatakowani, ale no wiadomo, że podczas wojny zawsze istnieje potencjalne zagrożenie.
- Słyszałem że na jarmarku jest wiele atrakcji. Masz ochotę przejść się na loterię?
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]17.06.21 22:40
27.12

Otulony kaszmirowym szalikiem, szedł wyprostowany jak struna, z dumnie podniesioną głową. Londyn był ich, a jarmark dobitnie o tym przypominał. Życie toczyło się tutaj tak, jakby wojna nie istniała. Można było zakupić łakocie, alkohol, a nad Tamizą miały rozbrzmieć dźwięki muzyki i tańca. Jarmark musiał być sukcesem, Minister Magii musiał być zadowolony, Cornelius Sallow musiał tego dopilnować. Osobiście. I - tym razem - musiał być skupiony i zanotować wszystko w pamięci. Występy musiały być idealne, podnoszące na duchu, gloryfikujące nową władzę. Czy artyści zdawali sobie z tego sprawę? Jeśli nie, uprzejmie im o tym przypomni. W jego głowie powoli klarował się pewien plan, dalekosiężny, niemożliwy do zrealizowania w tym miesiącu. Jaka szkoda, że nie wpadł na to przed jarmarkiem!
Coż, prawdę mówiąc, natchnął go do tego ten cholerny cyrk i tuszowanie szkód. Pomysł, najpierw zainicjowany jako kara, był przecież genialny. I - wcale nie sprawdziłby się najlepiej w cyrku.
Omiótł wzrokiem lodowe rzeźby, nad którymi tak zachwycali się przechodnie. Wykonane starannie, pieczołowicie, niczym pomnik Cronusa Malfoya. Lafayette. Dobry rzeźbiarz. Ktoś inny niż Cornelius uznałby może lodowe dzieła za nieco kiczowate, ale nie Sallow. Nie znał się na sztuce, choć chyba powinien zainteresować się nią bardziej i nadrobić zaległości.
Znał się na propagandzie.
A rzeźby wspaniale spełniały propagandową rolę, prezentując publiczności nowy, wspaniały, magiczny świat. Uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie, jak cały świat gloryfikuje nowy porządek. Literatura. Sztuka. Gazety. Wystawy. Teatr. Opera. Plebejskie rozrywki, jak cyrk.
Na razie trwała wojna, a rejestracja różdżek pochłaniała ogromne zasoby urzędników, ale niedługo wszyscy praworządni czarodzieje zarejestrują przecież te różdżki. Urzędnicy... będą mogli wrócić do innych zadań...
...albo wyznaczy się im nowe zadania. Nie byli bardzo bystrzy, skoro wtrącili do Tower Marceliusa i wypuścili jakimś cudem jego przyjaciela-złodzieja, ale nie trzeba być szczególnie bystrym, by zostać cenzorem.
Tak, to mógłby być doskonały plan. Zamyślił się nad nim, zmierzając zdecydowanym krokiem w stronę sceny i nie rozglądając się po przechodniach zbyt uważnie.


wielki morsie, proszę o piękną kostkę


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made



Ostatnio zmieniony przez Cornelius Sallow dnia 27.10.21 0:03, w całości zmieniany 1 raz
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Promenada nad Tamizą - Page 4 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]17.06.21 22:40
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Promenada nad Tamizą - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]18.06.21 22:08
Ciężko jej było zachować obiektywność w podobnym temacie. Starała się, by własne emocje nie wzięły góry, ale cóż, chodziło o zaręczyny. Aranżowane. I Aresa. Bardzo ciężki orzech do zgryzienia dla panny Lestrange, która przez pewien czas unikała wzroku rozmówcy, jak gdyby musiała się pozbierać, bo jej oczy mogłyby zdradzić za dużo.
-Cóż, mogę się mylić... ale w sumie twoje słowa tylko mnie w tym teraz utwierdziły - spojrzała na niego poważnie. - Problem. Ustatkowanie. Wszystkie twoje argumenty stawiające obecną sytuację w negatywnym świetle są bardzo racjonalne, a wiem, że do racjonalistów bez uczuć nie należysz. Nie usłyszałam nic o żalu, emocjach, nie mówię nawet miłości, ale chociaż sympatii. Podsumowując, martwisz się przez kwestie formalne, ale serce idzie w całkiem innym kierunku.
Mogła się mylić. Ba, było to bardzo prawdopodobne. Nie mieli okazji omówić jego zaręczyn, nie widziała relacji z Primrose, nie poznała szczegółów zerwania. Jej zdaniem jednak porywczy duch Aresa właśnie krzyczał z radości na ponownie odzyskaną wolność, nawet jeśli rozum upominał, że zwiastowało to problemy.
-Do tego da się przyzwyczaić? Ja bym chyba nie potrafiła - mruknęła spoglądając w dal. Aranżowane małżeństwo, jeden z jej najgorszych koszmarów. Czy dałaby przejść nad czymś takim do porządku dziennego?
O tak, Octavia była Octavią, a o jakimkolwiek niebezpieczeństwie nawet by nie pomyślała. Bo czemu ktoś miałby chcieć zrobić jej krzywdę? Ona była dla innych dobra, naiwnie więc wierzyła, że otrzyma od ludzi podobną odpowiedź. Przemocy brzydziła się do tego stopnia, że całkowicie usunęła ją ze świadomości. Póki co krzywda jej z tego powodu nie spotkała, więc i poglądy się nie zmieniły.
Usiadła na przygotowanym miejscu i odgarnęła do tyłu włosy. Pozowała już czasami komuś z rodziny dla ćwiczeń, wiedziała więc jak się ustawić, by ujęcie było jak najlepsze, a artyście ułatwić pracę. Nawet jeżeli osobiście nie interesowała się malarstwem pod względem praktycznym, to wiedza oraz obracanie się wokół jego pasjonatów wystarczyło, by odnaleźć się w podobnej sytuacji.
-Loteria? Ależ oczywiście, będzie cudownie! - spojrzała na niego rozradowana, jednak jej poza praktycznie się nie zmieniła, by nie zaburzyć kompozycji.
Octavia A. Lestrange
Zawód : Konsultant artystyczny w rodzinnej operze
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9793-octavia-lestrange#297025 https://www.morsmordre.net/t9802-nutka#297514 https://www.morsmordre.net/t9801-let-s-play#297510 https://www.morsmordre.net/t9803-skrytka-bankowa-nr-2239#297516 https://www.morsmordre.net/t9804-o-lestrange#297521
Re: Promenada nad Tamizą [odnośnik]20.06.21 21:44
Zanalizowany przez Octavię milczę chwilę. Może powinienem rozpaczać, może nie wobec całego świata, ale właśnie jej pokazać, że mnie boli emocjonalnie ta sytuacja. Tyle, że nie umiałem kłamać w kwestii uczuć. Nie, kiedy całą energię ciągle pożytkuję w twierdzeniu, że do panny Sprout absolutnie już nic nie czuję, a nawet cieszy mnie, żeśmy sie rozstali. Ani mnie nie cieszy ta sytuacja, ani nawet nie potrafię otworzyć się jeszcze na nikogo innego. Postawiony zostałem przed decyzją: zostaję z nią i narażam się na wykreślenie z rodu, albo zostawiam ją i biorę ślub z kimś innym. Wiedziałem, że za dużo ryzykowałbym pozostając przy Aurorze. Musiałbym codziennie walczyć o jej miejsce w rodzinie Carrow, a prawdopodobnie i tak zostałbym wyśmiany przez nestora i koniec końców kazałby ukrócić mi tę głupotę, albo wynosić się. Nestor Carrow nie znosił niepoważnych żartów, a właśnie za żart mógłby mieć moją relację z "aptekarką". Ta mała, minimalna myśl, że zważywszy na jej czystą krew i niezaprzeczalny czar, pod który złapać mogłaby nawet lorda Aarona   - że to mogłoby się udać, torpedują prędko realia. Wojenne. Nie ma czasu na zastanawianie się nad alternatywami i różnymi zakończeniami, nie podejmuje się ryzyka. Wszyscy dobrze wiedzą, że najważniejsze to by ustawić się bezpiecznie, a co jest lepszym zabezpieczeniem jak powiązanie pomiędzy silnymi rodami. W obliczu tego ciężaru pilnującego, bym nikomu nie pokazał słabości do panny Sprout, nie umiałem nawet kłamać, że chodzi tu o Primrose. - Tak, masz rację - przyzaję więc po zastanowieniu. - Nie było tu mowy o uczuciach. O sympatii, cóż mogę ci powiedzieć, Octavio, znasz mnie.. - spoglądam na nią znacząco. Sama była świadkiem niejednej mojej tyrady dotyczącej nieznanych mi osobiście osób. Nie byłem zainteresowany niezajomymi. Jedynie bardzo ważni biznesmeni mnie interesowali i wielcy naukowcy (albo panie które były jedymi z dwóch opcji). Ale przeważnie nie zważałem na damy z towarzystwa, co więcej nawet się nie przejmowałem, że kiedyś jedna z nich będzie dzielić moje łoże, kiedy opowiadałem Octavii przyciszonym głosem, że ma krzywy nos albo śmiesznie chodzi w tych butach. - Starałem się poznać pannę Bruke. Ale koniec końców, wydaje mi się, że ona bardziej niż mną, zainteresowana była tym co otrzyma po ślubie, a to nie pomagało w nawiązaniu czegokolwiek na kształt uczucia. Pewnie wyda ci się to zabawne, ale miałem często wrażenie, że przemawia przez nią lord Edgar. Była niewątpliwie... silna jak na kobietę - ująłem to co chciałem przekazać w dość koślawy sposób. Zapewne zaraz zostanę przywrócony do porządku, kiedy lady Lestragne zarzuci mi, że nie uważam, by kobiety mogły być równie silne co mężczyźni. Nie było w tym nic bardziej mylnego, ale z braku lepszego słowa, powiedziałem to w ten sposób. Przecież nie przyznam, że lady Burke ze swoim upodobaniem czarnej magii, wycyzelowanymi pytaniami i śmiałymi badaniami mnie przerażała.
Zastanowiłem się nad jej słowami i spoglądam kątem oka na młodą lady. Cieszyło mnie, że miała inne podejście, że dla niej małżeństwo aranżowane również było absurdem, że - przynajmniej w rozmowie ze mną - przyznawała, że dla niej to ciężar. Rzadko spotykałem szlachcianki mające podobne przemyślenia.
- Miałem zamiar pomóc sobie eliksirem zapomnienia. Kropelka do każdego śniadania podobno działa cuda. - mówię niby żartem, ni serio.
W momencie w którym artysta postanowił malować lady Octavię, ja postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby tylko ją rozbawić, albo zmusić do wielkiego wysilenia się, by nie stracić fasonu. Dlatego zaczepiam ją, robię kilka kroków i lekkim pociągnięciem za pasek płaszcza zmuszam do rozproszenia uwagi dziewczęcia. Zadowolony z siebie uniesieniem brwi odpowiadam na jej reakcje. Pewnie niejedna osoba powiedziałaby, że to lordowi, dorosłemu mężczyźnie nie wypada. Ale czy nie chodzi o takie głupstwa własnie, które świadczą o tym, że nie jesteśmy tylko wypełniającymi obowiązki robotami?
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475

Strona 4 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Promenada nad Tamizą
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach