Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Leśna droga
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Leśna droga

Tam gdzie kończy się asfalt, a zaczyna las. To tutaj udają się wszyscy mieszkańcy Doliny Godryka, gdy na drzewach żółknieją liście. Las, do którego prowadzi droga jest zawsze bardzo oblegany przez czarodziejów trudzących się w zbieractwie i łowiectwie. Miejsce to kryje wiele niezwykłych gatunków roślin, jest też domem dla wielu dziko żyjących zwierząt. Czarodzieje mieszkający na skraju tego lasu z niepocieszeniem patrzą jak kolejne tłumy ludzi wędruje przez ich las. Mieszkańcy centralnej części Doliny Godryka nazywają tych ze skraju lasu odludkami i często przestrzegają przyjezdnych przed ich nieprzewidywalnymi zachowaniami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leśna droga - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Kontaktował. Oczywiście, że pomimo jego stanu istniała między nimi nić porozumienia; cienka, poprzecierana tu i ówdzie, jednak wciąż zawiązana pomiędzy ich nadgarstkami pomimo upływu lat. Bo ileż to czasu minęło, odkąd mieli okazję tak naprawdę porozmawiać? Lata. Zmienili się przez ten czas, wyrośli, wychudli, lecz w jasnych lokach wciąż chowali te same promienie słońca, które czasami wpadały do łazienki, ich tajnego miejsca spotkań, gdy ostrożnie uchylali drzwi, tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Wtedy potrafili porozumiewać się bez słów. Szarobłękit tęczówek Castora odnajdywał regalny brąz oczu Olliego nawet za pierwszym razem, gdy odchylał głowę w tył, intuicyjnie próbując zapobiec dalszemu cieknięciu krwi z rozbitego nosa, gdy łykał ją cierpliwie, dopóki Ollie nie dopadł do niego wreszcie i nie poinstruował o prawidłowym sposobie radzenia sobie z tą przypadłością.
Już wtedy Marlowe miał zadatki na człowieka, na którym można było polegać i już wtedy Castor postanowił, że nigdy więcej go o pomoc nie poprosi. Nie chciał być przecież dla niego ciężarem, powodu smutku osiadłego na krańcach jasnych rzęs. A mimo to podświadomie pragnął kontynuować tę znajomość, znajomość umoczoną w aurze tajemnicy, której sensu nie do końca zrozumiał, a która działała na wyobraźnię jak nic innego. I starał się też pisać listy, kreślić wymyślne zdania pewną ręką, choć odpowiedzi wracały coraz to rzadziej, za to dłuższe i każda piękniejsza od poprzedniej.
Jednak można żyć bez powietrza.
Krew przepływała rwącym potokiem przez wszystkie naczynia krwionośne, a wśród ciszy leśnej drogi Castor słyszał przede wszystkim jej szum. Mimo to pozwolił oderwać swą twarz od materiału płaszcza przyjaciela, postarał się nawet utrzymać ciężkie powieki, oczy półotwarte, lecz jego spojrzenie nie dawało wielkich nadziei na to, że w obecnym położeniu był w stanie wykrzesać z siebie coś przynajmniej pożytecznego. Niemrawy uśmiech zatańczył mu na wargach, bo pomimo otępienia, w które z braku sił popadał coraz bardziej, wciąż potrafił rozpoznać podstawowe emocje.
I ty, Ollie. Ty też jesteś na mnie zły.
Nikt nie mógł przetłumaczyć mu, że mogło być inaczej. Że przyjaciel zły mógł być na lakoniczność listu, który Sprout polecił mu spalić. Po którego napisaniu nie zostanie żadna pamiątka, tylko wspomnienie, które odłożone gdzieś na bok, blednąć będzie wśród innych, podobnych. Tym bardziej, im więcej dni przeminie od cholernego piątego i szóstego stycznia pełnego konsekwencji nagłych wyborów. Nie zrozumie też, że przyjaciel zły mógł być na okoliczności, które ich ku sobie pchnęły. Na to, że Castor miał buty dziurawe i płaszcz niezapięty, że słaniał się na nogach i głowa poleciała mu znów do przodu, nawet pomimo tego uśmiechu, który zdradzał, że Sprout za nic miał sobie własne samopoczucie. Był przecież nikim. W najlepszym przypadku kimś, kto nie potrafił nawet sprawić, by ktoś, kto w jego życiu grał niegdyś prawdziwie pierwsze skrzypce, mógł ocenić go łaskawie, nie zaś jako nieodpowiedzialnego hultaja.
Znów miast odpowiedzieć pełnym zdaniem, mruknął coś, czego sensu chyba nie dało się odgadnąć. Ollie znał jednak swego przyjaciela, pamiętał, jak gorąco wzbraniał się przed udzieleniem pomocy tylko dlatego, że przecież nie chciał przeszkadzać, że były rzeczy ważniejsze od jego samopoczucia, bo Ollie nigdy nie potrafił priorytetyzować siebie, a zawsze chciał pomagać innym. A na to Castor nie mógł się zgodzić, nie wtedy, gdy niebo kruszyło się nad ich głowami z każdym dniem coraz bardziej. Chciałby być przyjaznym portem, opoką, pod którą mógłby skryć się jego przyjaciel. Wysłuchać wszystkiego, co leżało na sercu młodszego z blondynów, przyjąć na siebie chociaż część jego cierpienia, ulżyć strudzonym rękom i zmęczonym oczom.
Ale mugolak był nieustępliwy. Dłoń, która objęła go w pasie, stanowiła idealne podparcie, zaś kolejne manewry pozostawiły ich w pozie, w której mogli całkiem bezpiecznie ruszyć w dalszą drogę, nawet mając na uwadze raczej podły stan, w który popadł Sprout. Tak bardzo nie chciał być ciężarem, tak bardzo bolała go konieczność ponownego złożenia własnego losu w ręce Marlowe, ale sam zainteresowany z kolei wydawał się być oburzony wizją, że miało być inaczej. A mogłoby; Castor zdecydowanie bardziej wolałby odwiedzić Cichy Domek każdego innego dnia w roku, przyjść w gości z herbatą i może jakimiś kanapkami, nawet słoik miodu mógłby mu sprezentować, drewno do kominka ponosić i siedzieliby tak, przy trzaskających płomieniach, zanurzeni po szyję w starych czasach, zawieszeni pomiędzy mijającymi godzinami, aż wreszcie zasnęliby w fotelach, albo na kanapie, albo też na dywanie, bo komu by się chciało przechodzić do łóżka. I byłoby normalnie, pięknie nawet, zdecydowanie nie tak strasznie, jak dzisiaj.
— Lepiej — odezwał się wreszcie, choć nie miał nawet wystarczająco siły, by poruszyć odpowiednio głową. Przymykał co jakiś czas oczy, bo powieki niesamowicie go piekły, a biel śnieżnego puchu nie ułatwiała zmęczonym oczom wykonywania swych funkcji. Zaciskał jednak mocno szczękę, co jakiś czas klikając językiem o podniebienie, jakby w ten sposób dawał sygnał sobie, ale przede wszystkim wspierającemu go czarodziejowi, że żyje. Odpowiadał właściwie na większość pytań, niektóre tylko kwitując czymś w rodzaju parsknięcia, gdy poruszane kwestie wydawały mu się wyjątkowo niepoważne.
Stawiał krok za krokiem, choć droga wydawała się trwać całą wieczność. Zdawało mu się, że tylko dzięki umiejętnie rzuconemu zaklęciu czuł jeszcze stopy obleczone przemokniętą skarpetą w dziurawych butach. Ale ruszał się, szedł dalej, nie chwiał się nawet mocno, bo Ollie był obok i pomagał.
A na wyjaśnienia będą mieli jeszcze czas.

| Ollie i Castor z/t


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Lizzie & Jayden

12 marca 1958

« Idee nie są odpowiedzialne za to, co z nich czynią ludzie »
Nie spodziewał się, aby Roselyn miała specjalnie się spieszyć z kończeniem pracy. Nie oznaczało to jednak, że jej córka musiała spędzać te wszystkie godziny w lecznicowej poczekalni, dlatego właśnie została z Jaydenem w Irlandii, gdzie przez cały dzień grali w gry. Nie wyłączając z tego trojaczków. I chociaż dzieci potrafiły być męczące, Vane po silnie zapracowanym początku nowego roku, od drugiej połowy lutego cieszył się spokojem oraz powrotem do nauczycielskiej rutyny. Poniedziałki i wtorki miał zajęte do trzeciej po południu na nauczaniu, lecz resztę tygodnia mógł poświęcić chłopcom, Melanie oraz sprawom przydomowym, zamiast martwić się o nadciągające, wielkie plany naukowe. Chodzili w czwórkę na spacery, słuchali, jak lód na jeziorze zaczynał pękać, patrzyli, jak powoli cała przyroda budziła się z zimowego snu. Wspólnie oczyszczali także zarośniętą, kamienną bramę główną i chociaż siedmioletnia dziewczynka za wiele zdziałać nie mogła, dzielnie odgrywała rolę małej asystentki i przenosiła odcinane przez mężczyznę gałązki na miejsce paleniska. Oczywiście tymi większymi zajmował się sam Jayden, podczas gdy Cassian, Samuel i Arden obserwowali ich wygodnie z wózka. Hogwart, dzieci, wysiłek fizyczny — to na nich opierały się dni astronoma. Takie spokojne, sielskie życie zdecydowanie pozwalało profesorowi wypocząć i satysfakcjonowało go bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Na dobre samopoczucie oraz wewnętrzny ład mężczyzny lwie znaczenie miał również list od żony, w którym finalnie wyjaśniała, dlaczego odeszła. Spisany na kilka tygodni przed śmiercią pozwolił znaleźć ukojenie dla wzburzonych od wielu miesięcy emocji. Wciąż Cię kocham. Zawsze będę. Nie miała wrócić, ale wątpliwości porzucenia przez czarownicę rodziny zostały rozwiane, a każde jej słowo przesycone było miłością, dbałością. Nie pozwól dorastać naszym dzieciom w smutku. I pamiętaj przede wszystkim, że to nie twoja wina. Po prostu nią.
Ta i kilka innych wiadomości wraz z osobistymi rzeczami Pomony zostały mu przekazane przez jej kuzynkę, Cynthię. I chociaż stosunek Jaydena w stosunku do rodziny zmarłej żony był dość wymowny, do tej jednej kobiety miał niespłacony dług wdzięczności. Za jej pomocą spory ciężar opadł z męskich ramion, pozwalając mu się skupić na teraźniejszości oraz budowaniu przyszłości bez przesadnego patrzenia w przeszłość i zagubienia się w tym, co minęło. Więc robił to. Żył dalej, czerpiąc z trwającej aktualnie chwili.  
Razem z Melanie i chłopcami przenieśli się nieco wcześniej do Doliny Godryka, chcąc zrobić niespodziankę Roselyn i wyręczyć ją w zakupach. Oraz ułatwić powrót. Normalnie musiałaby mierzyć się z niedogodnościami transportu świstoklikiem, lecz odkąd w ich życiu pojawił się Śpioszek, nie musieli martwić się o bezpieczne podróżowanie — odrobina skrzaciej magii mogła zdziałać cuda. A oni mogli się skupić na tym, czego poszukiwali. Oczywiście nie było już targu i uginających się od jedzenia stoisk, ale wciąż udało im się zdobyć nieco baraniny, pół siatki ziemniaków oraz suszonych grzybów. Mięso duszone w leśnym aromacie nawet w wyobrażeniach pobudzało zmysły i na pewno wieczór dla mieszkańców Theach Fáel miał stać pod znakiem gotowania. Gdy skończyli zakupy, okazało się, że Rose jeszcze nie zakończyła pracy, dlatego też Jayden wraz z dziećmi zdecydowali udać się na spacer po okolicy. Nie trwało to długo, zanim żartobliwa atmosfera uległa zmianie po krótkiej ciszy.
- Nie chcę się wyprowadzać - rzuciła dziewczynka, przejmując prowadzenie wózka od mężczyzny, który ustąpił jej miejsca oraz przejął koszyk z zakupami. Jej słowa wyraźnie go zaskoczyły, co odmalowało się na jego twarzy. Przecież rozmawiali już o tym i chociaż miała nieco tego dziecięcego smutku, nie protestowała. Zdawała się wręcz cieszyć nową perspektywą i zmianą miejsca.
- W Szkocji będziesz bliżej dziadka. Będą dzieci w wiosce - wyjaśnił cierpliwie, przypominając o tym, co miało ją tam czekać. Nie chciał pozwolić, aby zwątpienie przebijało się przez jego słowa i jedynie jeszcze bardziej dezorientował dziewczynkę.
- Wiem, ale... - urwała, wbijając spojrzenie w trójkę chłopców gaworzących w wózku. - Nie będzie tam ciebie. Nie będzie tam was. - Podciągnęła nosem, powodując, że Jayden zatrzymał się i przykucnął, zniżając się do jej poziomu.
- Mellie, spójrz na mnie - poprosił, czekając, aż mała czarownica miała wykonać polecenie pomimo cisnących się do oczu łez. Nie chciał, żeby płakała ani się smuciła. Nie powinna, mimo że jemu samemu łamało się serce na samą myśl o tym, że obie panny Wright miały znajdować gdzieś poza jego domem. Wiedział jednak, że tak było trzeba. Że taka była kolej rzeczy. - Nieważne, gdzie będziesz, zawsze możesz na mnie liczyć. Wciąż będę was odwiedzać, a ty wciąż będziesz mogła odwiedzać nas. Chodź tu - dodał, pozwalając, by drobne ciałko zatopiło się w jego własnym, gdy poczuł na szyi jej zaciskające się ramiona. Nie trwało to długo, ale pozwoliło zarówno Melanie, jak i profesorowi na rozładowanie przykrych emocji. Znów posłali do siebie uśmiechy i chociaż lżejsze niż wcześniej, atmosfera smutku i kryzysu powoli odchodziła w nieznane. Szczególnie że co innego przykuło uwagę czarodzieja oraz jego podopiecznej. Niecałe dziesięć metrów przed nimi wzdłuż drogi patrol magicznej policji ewidentnie strofował jakąś samotną kobietę. Oczy profesora zmrużyły się lekko w podejrzeniu, ale nie marnował czasu na dłuższe zastanawianie się. - Poczekaj tutaj - poprosił dziewczynkę, wkładając torbę z drobnymi zakupami do wózka. Melanie momentalnie zacisnęła drobne rączki mocniej na uchwycie, a Jayden spojrzał na nią z dumą. Wiedział, że mała Wrightówna poczuła się w tej jednej chwili odpowiedzialna za swoich kuzynów i zrobiłaby wszystko, aby chronić ich przed każdym złem. Astronom podejrzewał, iż nie miało być takiej potrzeby, ale zdecydowanie nie można było odmówić siedmiolatce zacięcia i determinacji. Przypominała w tym oboje swoich rodziców, chociaż nie było w niej bezduszności, jaką wyróżniał się jej ojciec. Vane nie chciał jednak o tym aktualnie myśleć, więc skierował się ku trójce osób.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 23.01.22 11:28, w całości zmieniany 1 raz
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Dolina pełna była załamań w budowie terenu – podczas spaceru na płótnie horyzontu można było dostrzec coraz to nowe malunki: zakrzywione dachy domów, korony topoli ciągnące sznurem między polami, śnieżące się pomału od kwiecia wiśnie. Miłe to były widoki. Ale Elizabeth co chwila przerywała spacer nie po to, by pozwolić oczom na zanurzenie w urokach krajobrazu. Schodziła ze ścieżki i – przytrzymując jedną ręką fałdy spódnicy – pochylała się nad rosnącymi wśród zagajników ziołami. Dwie mile od centrum wioski zebrała do wiklinowego kosza mnóstwo pachnącej przytulii, którą wieczorem poda mamie w formie cieplutkiego naparu. Każdy przystanek ubogacał zawartość kosza przewieszonego przez jej ramię. Gaik nieopodal strumyka: kora kaliny, świerkowe igły, wilgotny mech. Polana przed lasem: młode liście czosnku niedźwiedziego i korzenie mniszka.
Za polaną, na rozdrożu, skręciła w stronę lasu. Mijała teraz pola, gdzie rolnicy szykowali ziemię pod wysiew jęczmienia. Patrzyła na ich spracowane ręce, na rękawy koszul podwinięte za łokcie... Praca stanowiła nie tylko źródło utrzymania, ale kojący rytuał. Rytuał ten teraz bardziej niż kiedykolwiek podszyty był nadzieją, że jakoś to będzie. Przeleje się krew, któryś tyran polegnie, inny dojdzie do władzy, a zboże jak rosło, tak rosnąć nie przestanie. Co zasiane, wyda plon – nawet bez czujnego oka rolnika.
Zatopiona w myślach nie zauważyła, że mija skraj lasu, że brzęczenie owadów ucichło, przygłuszone ptasimi trelami... Pochylała się właśnie nad młodą pokrzywą, gdy kątem oka dostrzegła ruch na drodze. Dwóch mężczyzn zbliżało się w jej stronę. Po umundurowaniu rozpoznała w nich magicznych funkcjonariuszy. (Serce zaczęło rozbijać się o klatkę żeber. – Niemal czuła, jak blednie, jak krew odchodzi z twarzy. – Przełknięcie śliny. Wdech. Wydech.) Nie dając po sobie poznać, że cokolwiek dostrzegła, wstała z kucków i ruszyła dalej przed siebie, byle dalej od nich, byle bliżej wioski. Jednocześnie zaczęła kalkulować. Jak wygląda moje położenie? Jak stawić czoła tej potencjalnie nieciekawej sytuacji?... Dzięki ci, Helgo, że nie natknęłam się na żadnych wczoraj. Odwiedzała wtedy znajomych mugoli. Nie chciałaby przypadkiem doprowadzić do nich ministerialnej policji.
Obywatelko – dobiegł ją zachrypiały głos. – Co pani tu robi?
Zwolniła i powoli zajrzała przez ramię.
Och – udała zdziwienie. – Dzień dobry. – Miała nadzieję, że uprzejmość i ciepły ton jej głosu zjednają jej przychylność mundurowych. – Wracam właśnie ze spaceru. Proszę się nie martwić. – Machnięcie ręką, delikatny uśmiech. – Nie będę zabierała panom cennego czasu. Dziękuję za troskę.
Grzecznie dygnęła, gotowa ruszyć dalej w swoją stronę.
Stać.Oj, nie wywiniesz się tak łatwo, Liz.
Nie była na bieżąco z wydarzeniami spoza jej małego światka, a zainteresowanie politycznymi tematami świadomie ograniczała do minimum. Tak naprawdę nie wiedziała więc, czego się spodziewać. Mundurowi rzadko zaglądali do Doliny. Przystanęła posłusznie, ważąc w myślach kolejne słowa.
Panowie? – Niewinny ton, opanowanie. Może jakoś wybrnie. W przypływie natchnienia wysunęła przed siebie kosz pełen ziół. – W marcu można zebrać mnóstwo cennych ingrediencji. – Sięgnęła po kilka świerkowych igiełek, by pokazać je mężczyznom, jakby byli słuchaczami jej zielarskiego wykładu. – Potrzebne do eliksirów leczniczych. Wczesną wiosną nietrudno o czarodziejski katar.
Miała nadzieję, że to wystarczy: prosta zielarka zatroskana o zdrowie społeczeństwa.
Pobiegniesz robić mazidła... – zaczął niższy z mężczyzn. – ...ale za chwilę. A teraz się legitymuj, raz dwa, pokazywać różdżkę.
Panowie – zaśmiała się perliście. – Jestem mieszkanką Doliny od ponad półwiecza. My się tu wszyscy znamy. Gwarantuję, że gdybym nie była stąd, las już dawno by mnie pożarł. – Było w tym nieśmiesznym żarcie ziarenko prawdy. Maleńkie, ale jednak – lasy bywały okrutne, Liz wiedziała.
Mówiła konwersacyjnym tonem, dbając o otwartą postawę i łagodne gesty. Jednocześnie co chwila robiła półkrok, krok czy dwa dalej ścieżką. Ot, jakby wszyscy troje byli tak naprawdę spacerowiczami, cieszącymi się ożywczą pogawędką. Miała nadzieję, że gdy zbliży się do serca wioski, natrętni funkcjonariusze dają jej spokój.
Zaś co do specyfików magicznych – udała nieco nadąsaną, adresując niższego z czarodziejów. – Nie tworzę żadnych mazideł, a poważne maści lecznicze.
Odwróciła głowę w fingowanym geście dumy, a wzrok jej natrafił na widoczne w oddali sylwetki. Dorosły, dziecko i wózek... Na ścieżce mającej wieść Lizzie do domu. O nie. Dorosły klękał przed dzieckiem, dziewczynką. Rozmawiali. Piękny rodzinny obrazek.
Ale... – westchnęła. Sekunda, w której ujrzała dzieci, była decyzyjna. Czas na zmianę planów. – Rozumiem, są panowie rzetelni w swojej pracy. Proszę powiedzieć, jak mogę wam pomóc. Przy czym zaznaczam, że pilno mi do pacjentów, którym warzę leki. – Bez żalu porzuciła myśl o dalszym kroczeniu w stronę wioski. Nie pociągnie za sobą ministerialnych kłopotów, nie w stronę dzieci.
Legitymuj się, różdżka – powtórzył niższy facet, złośliwie unosząc górną wargę.
Wypraszam sobie ten niemiły ton – odfuknęła. Liczyła, że wyższy z dwojga dołączy się do dyskusji i może… może poprze jej stronę? – Nie jestem mącicielką, a warzycielką. Pan może nie widzi różnicy, ale nie wszyscy mają równie wąskie horyzonty co pan. – Tu zerknęła na ułamek sekundy w stronę wysokiego milczka, by zaraz wrócić do swojej mini-przemowy. – Liza Fenwick. Z tych Fenwicków, tak. – Była mierną kłamczuchą, ale nauczyła się dzielić pół-prawdami. Kluczem było przekonanie w głosie, które potrafiła osiągnąć tylko wówczas, gdy mówiła coś, w co wierzy. A w Lizzie było tyle samo Fenwicków co Dearbornów. Lata wsłuchiwania się w historie o rodzinie matki zbliżyły Liz do tej gałęzi drzewa genealogicznego. – Mieszkamy w Dolinie od pokoleń. Z dziada pradziada zajmujemy się warzycielstwem, na pewno obiło się panom o uszy.
Jeśli znów zażądają różdżki, powiem, że nie noszę ze sobą. Jestem alchemiczką a nie wojownikiem.
Przejęta i zaaferowana, nawet nie zauważyła, że dostrzeżony w oddali mężczyzna pewnym krokiem zbliżał się w tę stronę.


everything you got is gold
let me go where the wild things grow, let us go where the the time runs slow to the fields that brought you here from the heels that walked through fear — meet me in the garden i planted for you
Lizzie Dearborn
Zawód : magomedyczka
Wiek : 25/26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy można znaleźć mądrość
większą od życzliwości?
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 11
UZDRAWIANIE : 24
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10508-elizabeth-dearborn https://www.morsmordre.net/t10533-kambodza#319347 https://www.morsmordre.net/t10535-l-i-z-z-i-e https://www.morsmordre.net/f397-somerset-dolina-godryka-wierzbowy-zakatek https://www.morsmordre.net/t10536-szuflada-nr-2311#319377 https://www.morsmordre.net/t10537-elizabeth-dearborn#319380

Powrót do góry Go down

« Idee nie są odpowiedzialne za to, co z nich czynią ludzie »
Każdy mierzył się z własnymi demonami. Po swojemu starał się egzystować i żyć w nowej rzeczywistości, chociaż nie raz już poruszali to w rozmowach z Roselyn, że ich pokolenie praktycznie wychowało się na wojnie. Pierwsza Wojna Czarodziejów pożerała Europę podczas gdy mugolski konflikt odbijał się nawet na czarodziejach. Ile godzin spędzili w zamkowych murach, trzymając się za rękę, by nie myśleć o tym, co mogło spotkać ich bliskich? By nie podzielili losu rodzin ich koleżanek i kolegów. Zaginionych, zabitych przez kogoś lub przez rykoszet wojenny. Dorastali, będąc pewnymi, iż nigdy więcej się to nie wydarzy. Nie tak szybko. Owszem, przetrwali — nie chcieli jednak aby to samo dotykało ich dzieci. Poczucie zagrożenia nie było naturalnym stanem dorastania, do wychowywania. Gdy strach paraliżował rodziców o dobro własnego potomstwa, co to świadczyło o ich państwie? Porządku? Polityce? Skoro system atakował najbardziej bezbronną grupę, musiał upaść, a ktoś musiał powiedzieć dość. Owszem, mógł uciec. Zabrać nie tylko chłopców, ale także Roselyn i małą Melanie i wyjechać poza granice upadającej, wielkiej Brytanii. Mogli jechać wszędzie — wszak wszędzie znajdowały się uniwersytety, wszędzie pożądano badaczy, a jego status i coraz silniej wybijające się nazwisko otwierały odrzwia do wielu miejsc. Miał pieniądze, renomę — mogli odejść. A jednak zostali. On został, wiedząc, że przyjaciółka nawet gdyby bardzo chciała, samotnie mogłaby mieć problemy z wydostaniem się dalej. Nikomu nieznane uzdrowicielka, samotna matka, niezarejestrowana. Pozostawały jej jedynie nielegalne drogi, a te zagrożone były niebezpieczeństwem, na której nie mogła sobie pozwolić. Miała zbyt wiele do stracenia. Jayden nie chciał wyjeżdżać pomimo zagrożenia. Zabraliby swoje dzieci, ale co z setkami, tysiącami innych, które pozostałyby za ich plecami? Co zostałoby, gdyby uciekli wszyscy i nie został nikt? Nikt, by obronić szczątki kultury, rozsądku, rozumu? Prawdy? Vane'owie służyli Prawdzie silniej niż jakakolwiek inna rodzina i chociaż już we wczesnych wiekach porzucili walkę zbrojną, znali potęgę nauki. Umieli ją wykorzystać i usługiwać społeczeństwu wiedzą, jaką posiadali oraz talentami, jakie wykuli w stali pokoleń. Ojciec Jaydena nie był tak bardzo zaangażowany jak swój syn, ale także jako uzdrowiciel ratował życia, odsuwając od siebie politykę. Astronom czuł odpowiedzialność idącą za powinnościami nie tylko obywatelskimi, ale także tymi, jakie posiadał jako figura publiczna. Nie był wszak anonimową twarzą w tłumie i mógł coś zmienić. Zobaczył to, gdy udało mu się wyciągnąć Jamesa, Thomasa i Marceliusa z Tower of London. Gdy głoszone przez niego tezy na sympozjum spotkały się z pozytywnym przyjęciem nawet tych, którzy wcześniej byli mu wrodzy. Gdy na najważniejszym spędzie astronomicznym na świecie dostał poparcie dla swoich badań oraz gwarancję wsparcia w dokonywaniu kolejnych. Miał władzę, po którą mógł sięgnąć, lecz wykorzystać ją ku lepszemu. Ku dobremu. Dotrzeć tam, gdzie nie mógł dotrzeć nikt inny. Okładka Horyzontów Zaklęć czy Czarownicy nie znaczyły wiele, jeżeli nie szedł naprzód. Jeżeli za tymi okazjami nie kryło się nic więcej jak piękny uśmiech.
To, co robił, było podyktowane dobrem przyszłości ich wszystkich. Widział ją w Melanie i swoich synach. Widział ją na każdym kroku i widział ją także i teraz. Gdy dziewczynka martwiła się przeprowadzką, nie zdając sobie do końca sprawy, co straszniejszego mogło czyhać tuż za rogiem. Nie lekceważył jednak i tych strachów. Nie byłby sobą, gdyby to zrobił. Dlatego ułagodził wątpliwości wypływające na pyzatej twarzyczce, by zaraz zmarszczyć brwi, widząc patrol policyjny. Mała panna Wright nie potrzebowała niczego więcej, by skopiować zachowanie dorosłego i lustrując umundurowanych mężczyzn badawczym spojrzeniem spod marsowego czoła. Mogli odejść. Zrezygnować i nie narażać się na nieprzyjemne pytania, póki tamci byli zajęci kobietą, Vane jednak nie był tego rodzaju osobą. Wręcz przeciwnie. Wychodził naprzeciw, wiedząc, iż tak należało. Że gdyby nie zrobił ruchu, los nieznajomej ciążyłby mu jeszcze na długo, a wyrzuty sumienia nie miały dać mu spać. Nie, żeby w ostatnim czasie dobrze sypiał i tak...
- Panowie. Lizzie. Co się dzieje? - Wszedł do rozmowy praktycznie bez zająknięcia, wykorzystując podsłuchane z odległości imię, ale wprowadzając do niego własną, zmiękczoną wariację. Dzięki tej operacji werbalnej ich potencjalna znajomość oraz bliskość mogła nabrać większej realności i osadzenia w prawdzie. Nie mógł wiedzieć, że było prawdziwe i tak naprawdę mówił prawdę, nie mając o tym pojęcia. - Gdzie byłaś? Szukaliśmy cię. Zrobiliśmy zakupy, gdy cię nie było - dodał, wskazując ruchem głowy mimowolnie na Melanie wciąż twardo trzymającą wózek i co jakiś czas zerkającą na ułożonych w nich chłopców. Czy kłamał? W sumie to jedynie wyminął się z kwestią, iż to nie na nieznajomą czekali, a na Roselyn. Czy jednak policjantom miało to w ogóle zrobić różnicę?
- A pan kim jest, panie...? - spytał jeden, obracając się do niego przodem i obserwując uważnie. Obaj byli niżsi od astronoma, ale ten, który zabrał głos, był jeszcze mniejszy. Drugi wąsacz milczał.
- Profesorze Vane - zaakcentował, po czym bez większego problemu sięgnął do wewnętrznej kieszeni po własną dokumentację i przekazał wyższemu z patrolujących policjantów. Wciąż brzydził go fakt, iż w ogóle posiadał tę przeklętą legitymację. Tak samo jak nie chciał wspominać rejestracji. Nie chciał jej odbywać. Nie chciał znajdować się w rejestrze władzy, z którą się nie zgadzał. Nie chciał, aby śledzili jego różdżkę lub robili z nią cokolwiek innego. Nie był w końcu głupi — to było niemożliwe, aby Ministerstwo Magii tak po prostu przepuszczało setki najważniejszych przedmiotów, jakie posiadali ich obywatele, by jedynie je skatalogować. Nie pozbawiliby się takiej szansy... Gdy jednak policjanci byli zajęci weryfikacją, Jayden wykorzystał tę okazję, by stanąć u boku nieznajomej kobiety i delikatnie musnąć dłonią tę należącą do niej. Nie patrzył na nią, wciąż pewny siebie wzrok miał wbity w mundurowych, ale chciał dać jej coś, cokolwiek, by się nie bała. Nie zamierzał jej zostawiać.
- To pan pracuje w Hogwarcie? - odezwał się w końcu wąsacz, zerkając na czarodzieja spod gęstych brwi. - Nie za młody pan na profesora? - dodał jedynie, by znów zająć się przeglądaniem dokumentów Jaydena. W odpowiedzi astronom skrzywił się, gdy żaden nie patrzył, chociaż z jego gardła wydobyło się dość lekkie oraz na wpół żartobliwe:
- Często to słyszę. - No, idźcie stąd, do cholery, przemknęło mu przez myśl, ale dobrze, że zajęli się nim, a nie nieznajomą panią Lizą Fenwick. Niższy z policjantów szturchnął wąsacza, co przyciągnęło uwagę profesora. - Coś nie tak? - I jakby na zawołanie z wózka z trojaczkami rozległy się głośniejsze głosy, które dość szybko przerodziły się w niemowlęce płacze, zwracając uwagę wszystkich dorosłych.
- Tato! Cassie płacze! - Nawoływanie Melanie kazało odwrócić się Jaydenowi, który jedynie dał dziewczynce znać, że zaraz się tam pojawi. Miał taką nadzieję. Miał nadzieję, że cała sceneria wystarczająco miała zirytować dwójkę policjantów, by po prostu zrezygnowali. Nikt nie lubił płaczących dzieci... Jednego. A co dopiero dwóch? W przypadku Vane'a była to kumulacja trzech głosików wzywających swojego opiekuna. Na pewno nie mieli być z tego faktu zadowoleni nadąsani funkcjonariusze, którzy nie mieli nic lepszego do roboty tylko nagabywać w lesie bezbronne kobiety. Spojrzał też kontrolnie na swoją towarzyszkę stojącą wciąż obok. Uśmiechnął się pokrzepiająco, by zwrócić się ponownie do policjantów:
- Nie chciałbym być impertynencki i zajmować panom czas. Dzieci... Rozumieją, panowie.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Leśna droga

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach