Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Pręgierz, Coleshill
AutorWiadomość

Pręgierz

Pierwotnie niesławny pręgierz stał na środku głównego placu handlowego w Coleshill i dopiero w 1863r., kiedy użyto go po raz ostatni, został przeniesiony na Church Street. Słup wysoki jest na około 4,6m, mniej więcej w jego połowie znajduje się podest, a ponad nim rygiel z otworami na ręce oraz głowę dla dwóch osób. Wiązano do niego przestępców, oszustów, a także przeciwników politycznych skazanych na hańbę, aby wymierzyć sprawiedliwość poprzez publiczną chłostę. Niekiedy kończyła się ona wygnaniem, jednakże znacznie częściej śmiercią.
W grudniu 1957 roku wczesnym rankiem odnaleziono na pręgierzu zwłoki mężczyzny, jednakże do tej pory nie zostało wyjaśnione kim naprawdę był oraz kto dopuścił się zabójstwa.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pręgierz, Coleshill  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

12 lutego 1958
Nie czuł się komfortowo. Oględziny ciała przyniosły odpowiedzi, lecz jednocześnie stały się miejscem, w którym kolejne domysły powstawały z prędkością kolejnych siniaków nabijanych w trakcie upadku. Wprawdzie nie liczył na pełnię pozyskanej wiedzy, wszak martwe ciało nie dało jednoznacznego śladu, który dałby jakikolwiek przełom. Niepewność, wbrew pozorom, stała się jeszcze większa, a wyznaczona data na poczynienie stosownych działań w samym Coleshill przyszła szybciej niż się spodziewał. Upływ czasu zdawał się szybszy, bardziej dynamiczny, gdy Shafiq zajmował się wieloma sprawami jednocześnie, każdej starając się poświęcić jednakową ilość uwagi.
Samo Warwickshire traktował z wyraźnym dystansem będącym efektem długich rozważań z samym sobą, ustaleń wynikających w toku rozmów z Multon oraz ciszą ze strony Blacka. Ten ostatni, tak ambitny i obiecujący w trakcie spotkania w Wywernie, przyniósł zawód. Krótki, raczej zamglony i pozbawiony emocjonalnego wyrazu; niemal jak wszystko, czemu Zachary bacznie się przyglądał. Minuty, później godziny poświęcone na przemyślenia zaowocowały sięgnięciem po anonimowość, po szaty odbiegające od lordowskiego standardu oraz emocjonalną naleciałość, którą odnajdywał jako charakterystyczną dla ludzi pozbawionych styczności z najwyższą klasą społeczną. Jedynym problemem pozostawała ciemna, egzotyczna skóra Zachary'ego. Nawet szeptane Capillus, choć przyniosło fryzurę matową, postarzającą i pozbawioną odpowiedniego zadbania o siebie, to nie był w stanie zmienić tego, kim był. Nikłe próby kłamstwa łatwo mogły go zdradzić i jedynie liczył, że Elvira będzie wspierała go w wykreowanym fortelu. Dokładnie powiedział jej, czego powinna się po nim spodziewać i czekał w większym oddaleniu od miejsca, w którym znajdował się pręgierz, dość swobodnie ocierając się o granicę niedużej linii drzew oraz uprawnego pola pokrytego śniegiem.
Znajomy trzask teleportacji potraktował jako znak. Ruszył do przodu powoli, czekając aż czarownica zrówna z nim krok i wspólnie dotrą do granicznego domostwa. Skinieniem głowy skrytej pod głębokim kapturem powitał ją, nie zastanawiając się ani nad ruchem ani nad tym, czy dostrzegała gest. Myśli Zachary'ego pozostawały skupione na tym, by zza linii nierównych, przyprószonych lekką siwizną płowych włosów oraz cienia materiału opadającego na czoło obserwować dość ciche ulice. Nie nazywał ich ani nie określał niepokojącymi. Niewielka mieścina Coleshill zdawała się z wolna pogrążać w popołudniowej drzemce, a część z jej mieszkańców zapewne pozostawała w domach.
Zachowajmy ostrożność z magią — odezwał się do Elviry, gdy przyszło im przejść przez kolejne skrzyżowanie ulic przybliżające ich do owianego złą sławą placu. — Nie wiadomo, kto patrzy. Ani czy Levine'ów spotkamy gdzieś przy pręgierzu. — Kolejne słowa padły powoli, nieco stłumione przez dłoń sięgającą pod obszerny kaptur, by stłumić kaszlnięcie. Suchość w gardle była niewielką niedogodnością, choć jednocześnie głos nabierał chrypy tłumiącej dość twardy, arabski akcent szczególnie mocno wybijający się w języku Anglików.
Wokół placu powinny być jakieś miejsca z widokiem. Jeśli coś znajdziesz, może znajdzie się ktoś, kogo będziemy w stanie pociągnąć za język i pójdziemy krok dalej — stwierdził, skręcając w lewo tuż przed budynkiem, by nie wejść bezpośrednio na plac, a okrążyć go w możliwie nieinwazyjny sposób. Nie kierował się żadnym przeczuciem czy instynktem. Chłodny logiczny wywód nakazywał mu stosowne zapoznanie się z miejscem oraz najbliższym otoczeniem, zamiast odważnie i z przesadną pewnością wejść w potencjalną pułapkę. Wszelkie niezbędne środki ostrożności podejmował na podstawie wewnętrznych ustaleń pozostających w koherencji z tym, czego doświadczał tu i teraz. Nie wątpił też, że analityczne podejście do sprawy udzieli się Elvirze. Nie było miejsca na pochopność i popęd. Musieli poświęcić tyle czasu, ile się tylko dało.



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I'm not alone in all this
OPCM : 22
UROKI : 8
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732

Powrót do góry Go down

Zadanie nie toczyło się zgodnie z planem, a w każdym razie nie tym planem, który udało im się ustalić podczas ostatniego spotkania w Białej Wywernie. Elvira zadeklarowała, że ofiaruje na cel śledztwa w Coleshill swój skalpel i doświadczenie sekcyjne, a przez to nie wzięła pod uwagę możliwości, że nagła niedyspozycja lorda Blacka zostawi Zachary'ego samotnego w swoich staraniach o rozwiązanie zagadki morderstwa. I choć większość koncentracji poświęcała własnej sprawie w Warwick oraz przygotowaniom do szturmu, nie wahała się długo, gdy Shafiq zwrócił się do niej z propozycją - tam, gdzie potrzebowali jej inni Rycerze, tam zamierzała się udać, koniec końców musieli osiągnąć wszystkie zamierzone cele, choćby przypłacając to bezsennymi nocami, żmudnymi poszukiwaniami i ogólną frustracją.
Wyższa sprawa, większe dobro. Ileż razy ostatnio te sformułowania przewinęły się w jej myślach? Nie rozpamiętywała już jak przed rokiem zarzekała się, że nigdy nie uczyni niczego dla samej idei. Być może to właśnie idea, której wreszcie mogłaby zaufać, była tym ostatnim ogniwem potrzebnym jej do osiągnięcia doskonałości.
Na miejsce spotkania, ciche obrzeża miasta mieszczące się w oddaleniu od interesującego ich placu, teleportowała się punktualnie, niosąc na ramieniu torbę o magicznie zmniejszonej wadze, wypełnioną po brzegi dokumentami, które udało im się do tej pory zgromadzić na temat sprawy; w tym jej własny protokół sporządzony po sekcji zwłok. Ubrana skromnie, smętnie wręcz, w szary płaszcz z czarnymi klamrami i spódnicę powiewającą wokół kolan, ruszyła za Zacharym, przyspieszając nieco, aby zrównać się z nim krokiem. Chciał czy nie chciał, od razu szło go rozpoznać, choć dostrzegła, że bardzo się postarał, by stłumić, zmatowić niektóre części swojej charakterystycznej urody. Elvirze tymczasem, mimo nordyckiej twarzy i jasnych włosów, nietrudno było przebrać się za dziewkę z biednego miasteczka. Wystarczyło zrezygnować z makijażu i związać włosy w ciasny warkocz. Niczym czysta, młoda panna, którą nie była przynajmniej od sześciu lat, jeżeli nie więcej.
- Jeśli zachowamy się wystarczająco subtelnie, nie powinniśmy mieć z tym problemu - odparła szeptem, gdy ubita ścieżka zmieniła się w nierówne kamienie, potem w twardy bruk. Po niedługim czasie skręcili nieco, odbijając od głównej drogi i unikając wychodzenia wprost na plac.
Niewiele się odzywała, bo boczne uliczki były w dużej mierze opustoszałe, ciche, nie chciała więc przyciągać uwagi dyskusjami. Poświęciła się obserwacjom, wyprzedzając Zachary'ego o krok i wsuwając dłonie do kieszeni. Pręgierz, na którym znaleziono ciało martwego maga, znajdował się zaledwie jeden rząd kamienic przed nimi; zanim jednak obnażą się, dokonując oględzin miejsca zbrodni, skupiła się na tych ciemnych zaułkach, rynsztokach, wąskich przejściach. Porysowane ściany i śmieci zebrane w kupy pod ścianami nie wzbudzały zainteresowania, tak samo czarny kot o białych łapach, na ich widok wydający z siebie przeciągły syk. Przeczucie jednak tknęło ją, by zatrzymać się u podnóża drewnianych schodków prowadzących na niewielką kładkę łączącą dwie kamienice. Obserwowała przez krótką chwilę stare, zaschłe ślady po błotnistych odbiciach butów, a potem kiwnęła głową do Zachary'ego i powoli wspięła się na niepewne, skrzypiące stopnie.
Pomysł okazał się dobry, za krawędzią trójkątnego dachu kamienicy dobrze było stąd widać plac. Przystanęła tam, pozwalając, by wiatr szarpał za jej warkocz. Potem odwróciła się w kierunku drugiego końca kładki; tego, który prowadził do zamkniętych na rygiel drzwi z wyrytym nań numerem 519.


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Kroki stawiane przez Zachary'ego zdawały się za głośne w jego własnej, niewypowiedzianej opinii. Nieco posuwiste; szurał lekko o kamienny bruk wyłożony na ulicach miasteczka i nie starał się nadać swoim ruchom większej dynamiki. Nigdzie nie spieszyli się, choć czas płynął nieubłaganie i pozostawało go coraz mniej na przeprowadzenie niezbędnych działań.
Kostniejące z zimna palce uginały się lekko w rytm pomruku Shafiqa. Melodia, którą sobie przypomniał pochodziła z dzieciństwa; tych niewielkich, krótkich i urywanych momentów, gdy był czas na swawolę, gdy zmęczenie brało górę, a opiekunka układała go do snu, nucąc historie z czasów Górnego Egiptu. Uspokajała go, choć nigdy nie czuł się mocno związany z muzyką, choć nie odnajdywał w niej ukojenia, będąc dzieckiem, od samego początku, zorientowanym na chłodny osąd i rozważania prowadzące do spójnej, logicznej i popartej solidną wiedzą, konkluzji. Paradoksalnie nie istniała ona po oględzinach ciała. Wszelkie zawiłe niejasności, wszystkie możliwe odpowiedzi znajdowały się tutaj; i to właśnie tutaj poszukiwał ich, wzrokiem powoli sunąc po starych zabudowaniach, o które niewielu dbało, wokół których śmieci stawały się dekoracjami opustoszałych ulic łudząco podobnych do Londynu od momentu czystki.
Przystanięcie na kładce, podeście łączącym dwie kamienice obranym przez Elvirę było dobrym punktem zaczepienia. Widok na plac, na pręgierz rosnący w oddaleniu, był wyraźny. Nic nie przesłaniało pola widzenia, a wzrok sam wędrował do drzwi zabezpieczonych ryglem, do cyfr znaczących najwyraźniej numer domostwa, na których Zachary ułożył ciemną, skostniała dłoń, powoli przesuwając się coraz bliżej, by całym sobą, oraz obszernym płaszczem osłonić tyle, ile było dla niego możliwe. Opuszkami palców badał żłobienie, przez kolejne upływające chwile i parę miarowo upuszczaną rozchylonymi ustami, w niespiesznym tempie odwracając się całą sylwetką do zamkniętego wejścia. Ledwie moment myśli skupionych na celu minął, nim podjął decyzję o uniesieniu ciężkiego rygla, wystawiając na próbę możliwości własnego ciała, by po kolejnych dwu, może trzech minutach opuścić jeden koniec drewna na podest i ostrożnie pchnąć drzwi, wpuszczając do obcego wnętrza nieco światła.
Chodźmy — odezwał się, otwierając przejście szerzej, przestępując nad ryglem, o który łatwo było się potknąć; Wszedł do środka, drugą ręką odgarniając zaczarowane włosy, podczas gdy wiodąca wyciągnęła różdżkę zza poły podniszczonego materiału. — Lumos — szepnął, unosząc koniec akacjowego drewna przed siebie, kiedy zaczął lekko lśnić magicznym światłem, jednocześnie stawiając dwa, trzy kroki wzdłuż korytarza. Uważnie rozglądał się, powoli wodził różdżką w przestrzeni, zakreślał kształty, starając się doświetlić miejsca w najbliższym otoczeniu, ostrożnie przemieszczając się w stronę szerokiego, otwartego i pozbawionego drzwi przejścia po prawej. Pokój dzienny, pomyślał, w półmroku oceniając to, co dało się dojrzeć. — Zdaje się, że przestano tu mieszkać w ostatnim czasie — stwierdził, wskazując na połę białego materiału zwisającą z sufitu, a osłaniającą żyrandol. Chyba. — Chodźmy na górę. Nad zadaszeniem powinno być okno — zaproponował, odwracając się do Elviry, by wyminąć ją i wrócić do korytarza, na którego końcu łuk schodów majaczył wraz ze światłem przedzierającym się przez okna na piętrze.
Stojąc już w niedużym przejściu z okrągłym, niedużym oknem naprzeciw, pominął dziwne skrzypnięcie jednego ze stopni. Nie zwrócił na to należytej uwagi, poświęcając ją na zachowanie stosownej ostrożności, dziwiąc się przy tym, że miejsce nie zostało obłożone żadnymi zaklęciami. Kamienica musiała należeć do mugoli, a czarodzieje nie nawykli stosować zabezpieczeń, które mogłyby ich zdradzić. Dwie pary drzwi po lewej oraz otwarta wnęka z prawej – tyle znajdowało się w maleńkim holu piętra tej części kamienicy. Okrągłe okno prowadziło na ulicę, lecz nie dawało widoku na plac, a na budynek po przeciwnej stronie. Okno wspomniane przez Shafiqa musiało znajdować się w pokoju obok; stanął przed drzwiami, ale nie pchnął ich ani nie wyciągnął ręki po okrągłą, wyraźnie zniszczoną czasem gałkę. Okrył palce materiałem i dopiero wtedy spróbował przekręcić ją; bez zadowalającej reakcji. Zrobił niewielki krok do tyłu, mierząc różdżkę w gałkę z zamkiem. — Alohomora — wypowiedział zachrypniętym głosem inkantację. Jedyną odpowiedzią, którą Zachary usłyszał, było skrzypnięcie zapadek skomplikowanego mechanizmu wewnątrz drewna i metalu, w ślad której ręką okrytą w rękaw płaszcza przekręcił gałkę, tym razem z sukcesem otwierając drzwi do pokoju, za którym czaiło się znacznie więcej światła. Nadal było to miejsce zaciemnione i pozbawione odpowiedniego doświetlenia, lecz nie zwracał na to uwagi. Siłą własnej woli ponownie przywołał Lumos, po czym wolno wszedł do środka, odnotowując najzwyklejsze w świecie wyposażenie: łóżko, komodę pod oknem, biurko, sztalugę oraz stołek. Kroki, tak samo ostrożne, skierował w stronę widoku na plac; znacznie lepszego, bo z dodatkowej perspektywy. Krótko obserwował to, co nie działo się na zewnątrz. Wzrok powędrował do mebla; wolną ręką uchylił szufladę z kanciastym przedmiotem, który zdawał się lśnić w magicznym świetle, gdy nań je skierował. — Specialis Revelio — szepnął ostrożnie, wolno wykonując stosowny gest krańcem różdżki. Światło zgasło, drewno rozgrzało się delikatnie w palcach, lecz Zachary nie otrzymał żadnej odpowiedzi.
Doskonały widok na plac. Myślisz, że ktoś mógł korzystać z tego miejsca? — Odwrócił się do Multon, wzrok na moment zawieszając na płótnie pokrytym kurzem oraz starą farbą. — Patrz. Te same cyfry, co na ryglu — powiedział, chcąc zwrócić uwagę czarownicy na odkryciu.



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I'm not alone in all this
OPCM : 22
UROKI : 8
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732

Powrót do góry Go down

Nie narzekała na to, że Zachary zdecydował się wyruszyć jako pierwszy; i tak naraziła się już, wystawiła, wspinając samotnie na skrzypiące schody kładki. Instynkt przywódczy do pary z arogancją sprowadzały ją na niewłaściwą drogę - skoro miała towarzystwo Shafiqa i to on poprosił ją o asystę, dlaczego nie miałaby skorzystać z przyjemnej perspektywy towarzysza nadstawiającego kark? Nie zawsze musiała wpraszać się na pierwszą linię. Z tego też powodu przystanęła obok drzwi gdy mężczyzna walczył z ryglem, lecz zamiast jego wysiłkom, w milczeniu poświęcała uwagę widocznemu z tej wysokości placowi. Frustrowało ją, że nie jest w stanie dostrzec na nim niczego nadzwyczajnego; żadnego tajemniczego przechodnia, żadnego podejrzanego przedmiotu. Gdyby to jednak było tak proste, ktoś inny, głupszy, dawno rozwiązałby tę zagadkę.
- Wcale się nie dziwię. To mieszkanie jest paskudne - odparła na sugestię Zachary'ego, pozwalając sobie na zawarcie odrazy w głosie. Kurzu i brudu nie cierpiała bardziej od krwi i wnętrzności, plądrowanie opuszczonych ruder nie należało więc do jej ulubionych zadań; bądź co bądź jednak, sama na to mieszkanie wskazała. - Masz rację, z drugiej strony kamienicy widok powinien być doskonały.
Jeżeli nie znajdą niczego w pokojach, zawsze mogli wykorzystać to miejsca na dobry punkt obserwacyjny. Oczekiwała, że na placu Coleshill prędzej czy później pojawi się ktoś zamieszany ze sprawą; tacy zawsze wracali, z ciekawości, z obaw, a czasem po to, by napawać się swoim zwycięstwem.
Stawiała kroki lżej i subtelniej niż Zachary, pozostawała w tyle, zapewniając swego rodzaju zabezpieczenie. Chociaż przy pomocy różdżki otwierała każdą napotkaną szufladę i skrzynię, nie znalazła jeszcze nic poza starymi książkami, notesami o nieistotnej treści, bibelotami i innymi kompletnymi pierdołami. Poszukiwania ruszyły do przodu dopiero w ostatnim pomieszczeniu, do którego Shafiq włamał się magicznie. Od razu zawiesiła spojrzenie na podwieszonym obok okna płótnie, opierając się dłońmi o parapet i wodząc wzrokiem od szerokiego, brukowanego placyku do trzech niezrozumiałych liczb. Wcześniej uznała je po prostu za numer mieszkania, teraz zrodziły się w niej wątpliwości.
- Znasz podstawy numerologii? Numerologię pitagorejską? - Nie była prymuską numerologii, ale uczęszczała na te zajęcia i wciąż znała podstawowy alfabet numerologiczny. Zapewne nie potrafiłaby rozpisać liczb w takiej formie, by nadać im moc, ale powinna umieć odczytać wiadomość zapisaną cyframi. - Pięć jeden dziewięć. Pięć... E? Es...Esi... - przyłożyła dłoń do ust i zmarszczyła jasne brwi w wyrazie skupienia. - Na... Nar... Nie, to nie to. W... Ws... - Bezwiednie przygryzła dolną wargę. - W... War... War! Wojna. To może oznaczać wojnę. Ale nie musi. Numerologia jest cholernie niepraktyczna - Odwróciła się i rzuciła spojrzenie na znalezisko w szufladzie. Zachary rzucił Specialis Revelio, ale gdy spojrzała na niego z oczekiwaniem, niczego nie powiedział. Domyślała się, że nie powinni próbować łapać za przedmiot gołą dłonią. Miast tego wyciągnęła więc z kieszeni różdżkę i zawiesiła jej kraniec nad przedmiotem przypominającym puzderko. - Hexa Revelio. - Słyszała już kiedyś tę inkantację, znała jej podstawy, spodziewała się więc, że czar się uda. Nie mogła bardziej się mylić; powietrze nawet nie drgnęło, a ona odniosła wrażenie, że różdżka zapiekła ją w dłoni. - Szlag - zaklęła pod nosem. - Przydałby się Drew - wymamrotała, a potem otarła czoło wierzchem dłoni. - Jesteś w posiadaniu skóry widłowęża? Przeklęty przedmiot można podnieść tylko tym sposobem, a dopóki nie jesteśmy pewni, czy ten taki nie jest, nie próbowałabym inaczej. Jak zdobędziemy co trzeba, zaniesiemy go do runistów. - Znów zbliżyła się do parapetu, wyjrzała na zewnątrz. - Widok na plac jest tutaj doskonały. Mam przeczucie, że trafiliśmy do właściwego miejsca, że mógł tu wcześniej przebywać morderca. Przeszukajmy je dobrze. Ale zanim to... Carpiene - Zatoczyła krąg różdżką. Powinni byli wszak zrobić to na początku.

Carpiene ST 59


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

The member 'Elvira Multon' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 3
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pręgierz, Coleshill  Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Ciche, niezbyt nieokreślone mruknięcie było jedynym aktem zaprzeczenia, jaki Zachary wydobył z siebie. Dla niego samego było oczywistością, że mistrzowska wręcz znajomość anatomii i ponadprzeciętne umiejętności – jak na swój wiek – były ceną za brak posiadania umiejętności, które nie były priorytetowe w karierze uzdrowiciela. O ile rozumiał i szanował kunszt tak teoretycznego rozumienia magii, to nigdy wcześniej nie zapałał pragnieniem posiadania tej wiedzy, pozostawiając ją innym, lepiej ukierunkowanym w tej dziedzinie umysłom. Zawsze mógł skorzystać z ich talentów, samemu pozostając autorytetem we własnej domenie. Dlatego też nie wtrącał się w żaden sposób w intelektualny wysiłek Multon i jej próby odnalezienia numerologicznych odpowiedzi w tajemnicy morderstwa Levine'a. Słuchał uważnie. Analizował. W–A–R, angielska wojna, ale przecież nie mogło to być tak oczywiste. Cały ten przypadek, cała historia śmierci i dotarcie tutaj nie miały prawa skończyć się tym jednym słowem.
Może to tylko część... kodu? Szyfru? — Zastanowił się w głos, nie będąc przekonanym, jakim słownictwem powinien w tym wypadku operować. — Może chodzi o miejsce takie jak Warwick? To stolica tego hrabstwa, jeśli się nie mylę. Myślisz, że może być w tym jakaś racja? — Padły kolejne zapytania, tym razem skierowane już bezpośrednio w stronę Elviry. W jej osobie upatrywał odpowiedzi i rozwiązania wątpliwości, wszak podjęła się próby spojrzenia na to w sposób, w który Zachary nie potrafił.
Jego własne próby rozwikłania tajemnicy dziwnego wielokątnego przedmiotu spełzły na niczym, a miejsca ustąpił w pewien sposób niechętnie. Dłonią zgarnął przypleśniałe od wilgoci zwitki pergaminu; zrolowane przed dokładnym wyschnięciem atramentu, a może i potraktowane kwasem. Tylko po co? Obejrzeniem ich zajął się, korzystając z dziennego światła oraz kolejnego Lumos wyszeptanego pod nosem. Wzrokiem jedynie na krótką chwilę zerknął ku czarownicy, po czym zagłębił się w treść, ściągając brwi w wyraźnym zastanowieniu. Nie rozumiał ani słowa z kilku krótkich dopisków umieszczonych w przypadkowych fragmentach pergaminu. Niemal identyczny tok myślenia wykonał w pozostałych czterech przypadkach, coraz mocniej zastanawiając się nad tym, czy aby autora notatek nie trawiła jakaś psychiatryczna dolegliwość, przez którą nie potrafił złożyć składnie kilku zdań albo słów mających jednoznacznych sens. Każdy zwitek raz jeszcze obejrzał oddzielnie, a krańcem starego pióra zgarniętego z biurka zeskrobał delikatnie narośle pleśni, nie chcąc zniszczyć tego, co mogło znajdować się pod nią. Nieszczególnie przydatne kleksy, stwierdził beznamiętnie we własnych myślach, rozkładając kolejno fragmenty obok siebie na zakurzonym blacie, krańce pergaminów oświetlając magicznym światłem, doszukując się w nich czegoś, co dałoby jakąkolwiek wskazówkę w kwestii niezrozumiałej dla Zachary'ego treści.
Zajęty tokiem rozważania, nie zwrócił większej uwagi na pierwsze słowa Multon. Dopiero gdy poczęła mówić dalej, przysłuchał się uważniej, zerkając na nią przez ramię. — Nie — odpowiedział zdawkowo, nie wchodząc w głębszą interakcję, na którą nie było czasu. Zamiast tego znów ukrył palce w rękawie płaszcza i odsunął lewą szufladę biurka, nie łudząc się, że znajdzie w niej przydatne rzeczy. Fakt, iż zwykła czynność wymagała tyle trudu i wysiłku, wzmożył uwagę, która nie opadła aż do chwili, w której szuflada została wyciągnięta, a Zachary, dysząc lekko, trzymał ją za uchwyt i spoglądał na spód. — Nie szukałbym tutaj pułapek — stwierdził, choć nie odejmował Elvirze rozwagi. — Znalazłaś coś? — Zapytał, spoglądając dość niepewnie na przytwierdzony do dna szuflady sporych rozmiarów, równo poskładany pergamin, jednocześnie licząc, że magia nie wskazała niczego. Nie spodziewał się, by zadano sobie trud zabezpieczania mugolskiego mieszkania, które służyło tylko za punkt obserwacyjny i miejsce tworzenia jakichś notatek. Gdyby nie to, że posiadali nikłą wiedzę, nie trafiliby tutaj. Ani do tej kamienicy, ani do czegoś, co w pierwszej myśli Zachary'ego wyglądało na mapę, czy też ręcznie odrysowany plan Coleshill. Odstawiwszy pustą szufladę na podłogę, wygładził znalezisko na blacie biurka. Przypuszczenie, że oto trafili na wyraźną wskazówkę wzmogło poczucie pewności; białe punkty na rozmaitych liniach i bazgrołach opisujących detale zadziałało w odwrotną stronę.
Aha — wydobył z siebie sucho, cofając się o krok, rzucając jedynie nikłe spojrzenie na zwitki pergaminu, które swoim kształtem i wymiarami mogłyby pasować do pustych pól. Nabrał jednak dosłownego dystansu, zastanawiając się głęboko nad tym, czy rzeczywiście podążali dobrą drogą, angażując się w tak duże przeszukiwanie tego miejsca. Z drugiej strony, sam widok na miasteczko wystarczył za odpowiedź; nachodzenie ludzi po domach wzbudziłoby uwagę, której nie potrzebowali. Pozostanie jak najdłużej niewykrytym stanowiło o ich przewadze. W innym wypadku mogli uciekać, nie znając terenu dostatecznie dobrze ani nie mając ze sobą przeważającego arsenału bojowego.
Elvira — zwrócił się do czarownicy, chcąc ściągnąć jej uwagę na pergamin. — Niewidzialny tusz to zbyt oczywista sprawa... — podjął rozmowę, wnet milknąc. Nie uniósł różdżki, korzystając ze światła na jej końcu, by mieć lepszy widok. — Czy ten fragment nie wygląda jak wejście na plac... a ten dziwny krzyż to pręgierz? — Zastanowił się głośno, stając z boku, krańcem akacjowego drewna oraz światłem wskazując na wspomniane elementy.



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I'm not alone in all this
OPCM : 22
UROKI : 8
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732

Powrót do góry Go down

Podobnie jak Zachary odnosiła wrażenie, że nie wszystkie elementy układanki znajdowały się na swoim miejscu; kod numeryczny mógł być po prostu głupim hasłem, symbolem dla wspólników potencjalnego mordercy, ale mógł też oznaczać coś znacznie poważniejszego albo tworzyć skrót od dłuższego hasła. Czy było nim Warwick? Nie chciała w to wierzyć, nie po tym jak niedawno podjęła się rozwiązania spraw w Rowland Rode. Pozostawała również trzecia, najmniej pożądana opcja - że cyfry są zwyczajnie przypadkowe.
- Również wydaje mi się to zbyt proste, ale nie sądzę by chodziło o Warwick. Owszem, to stolica, ale byłam w mieszczących się tam dzielnicach czarodziejskich. Myślę... - Spojrzała krytycznie na obiekt w szufladzie i na płótno. - Nie uważam, by tego morderstwa dokonali mugole bez udziału jakiegoś czarodzieja. A czarodzieje z Warwick nie mają motywu, przynajmniej nie ci z kamienic, o których rozmawialiśmy na spotkaniu.
Gdy spróbowała rzucić Carpiene, od razu zauważyła, że jej różdżka nie drgnęła, a powietrze nie przerzedziło się w oznace odkrywanych magicznych pułapek. Zacisnęła usta, ale niczego nie powiedziała, nie chcąc upokarzać się przed Zacharym - Shafiq zdawał się zresztą przekonany, że nie czekają tu na nich żadne pułapki. Być może miał rację, skoro bez problemu dotarli na piętro. Oddała się więc poszukiwaniom, zostawiając mężczyźnie szuflady i zapleśniałe pergaminy. Sama obrała za cel stary, tchnący kurzem i wilgocią tapczan, zrzucając z niego poduszki i wełniane koce. Tapczan można było otworzyć, co uczyniła z pomocą zaklęć, w środku znajdując kilka zapasowych kołder i poszewek, nic poza tym. Tłumiąc kichnięcie w rękawie płaszcza, odwróciła się i zaczęła przesuwać opuszkami palców po panelach boazerii, w poszukiwaniu luźnych desek. Znalazła taką przy samych drzwiach, a kiedy szarpnęła za nią z trzaskiem, na podłogę wypadł świstek pożółkłego pergaminu.
Było na nim kilka nazwisk, w większości poprzekreślanych, poza ostatnim;
Duke Bachelor
Nathaniel Vane
Patrick Bishop
Christopher Waterford

Przyglądała się nazwiskom krytycznie, próbując powiązać je z jakąkolwiek do tej pory zgromadzoną informacją. Wyrwała się z transu dopiero, gdy Zachary zadał jej pytanie.
- Tylko tę kartkę. A ty? - Zbliżyła się i zerknęła mu przez ramię, zainteresowana mapą oraz zwitkami dopasowanych do niej kartek. - Czy ja wiem czy zbyt oczywiste. Czasami oczywiste rozwiązania są tymi najbezpieczniejszymi... dlatego, że ludzie uznają je za zbyt oczywiste. Aperacjum - Stuknęła mapę różdżką i nagle, jak satysfakcjonująco, punkty na mapie zaczęły łączyć się w krzyżujące się sieci różnych kolorów. Granatowa linia sięgała od pręgierza do mieszkania, w którym się znajdowali, a potem wgłąb miasta, czerwona okrążała plac, szmaragdowa zaznaczała na mapie inną kamienicę po drugiej stronie; wszystkie jednak zbiegały się w jednym miejscu w północnowschodniej części Coleshill. - Jestem pewna, że to pręgierz, ta linia prowadzi dokładnie od pręgierza do miejsca w którym jesteśmy, widzisz? - Zagryzła wargę i wetknęła Shafiqowi w dłoń pergamin z nazwiskami. - Nie wiem, co one oznaczają, ale czuję, że wkrótce się dowiemy. Widzisz, tutaj spotykają się wszystkie linie. Tam powinniśmy się udać.
Tak też zrobili, po krótkiej naradzie i ostatnim, powierzchownym obejrzeniu opustoszałego mieszkania. Znaleziska schowali do teczek, cicho wyszli na ulicę, unosząc twarze do chłodnego, zimowego słońca. Elvira odczuła momentalną ulgę, gdy zamiast kurzu i pleśni, mogła odetchnąć świeżym powietrzem. Okazało się, że długa linia na mapie nie prowadzi wcale aż tak daleko, jak mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka; zaledwie kilka uliczek dalej trafili pod sypiący się, osmalony budynek, z którego zwieszał się szyld z marną karykaturą lwa. Zardzewiała tabliczka na drzwiach głosiła "Pub Lwia Paszcza". Zanim weszli, instynktownie wyciągnęła różdżkę i wsunęła ją sobie do rękawa.


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Być może masz rację... ale ciągle nie daje mi to spokoju. To połączenie wydaje się zbyt oczywiste, by nie być wskazówką, by sprawcy poszukać w Warwick. Sama słyszałaś, co Tristan mówił o przetrzymywaniu czarodziejów w zamku. Może Levine skończył jako ofiara tych eksperymentów? — Postawione pytanie wydawało się dość oczywiste, choć przeprowadzona sekcja nie dała jednoznacznych odpowiedzi i w swojej konkluzji sprowadziłą ich przecież tutaj, do miejsca, w którym ciało zamordowanego zostało wywieszone pręgierzu dla przykładu. I niejako w przekazie, że na popleczników i wyznawców Czarnego Pana prowadzono regularne, zakrojone na dostatecznie szeroką skalę poszukiwania. Postanowił jednak zaufać opinii Elviry w kwestii czarodziejów z Warwick. Znała ich. Być może nawet jej ufali i zdradzili więcej niż mówiła. Nie zamierzał teraz wnikać w szczegóły wieści, którymi podzieliła się podczas spotkania. Czas naglił, a oni wciąż znajdowali się w martwym punkcie.
Zerknięcie na znaleziska Multon skierowało nieco uwagę Zachary'ego od mapy. Bachelor, Vane, Bishop, Waterford, kolejne skreślone nazwiska z listy, kolejne przyczynki kierujące zainteresowanie poza możliwość odnalezienia mordercy/morderców Levine'a za sprawą bezpośrednich kroków. Istotnie nie oczekiwał, że dokonanie sądu i pomszczenie zmarłego będzie proste i szybkie. Wręcz oczekiwał wyzwania, solidnego oporu chociażby w tym opuszczonym mieszkaniu, a póki co każdy krok do przodu oznaczał coraz większe rozwarstwienie, na które musieliby poświęcić całe tygodnie, aby wszelkie możliwe ośrodki zweryfikować, nie wspominając o ewentualnych przesłuchaniach czy wydobyciach informacji. Szlag! — zaklął jedynie we własnych myślach, odkładając listę nazwisk na blat biurka, na powrót zajmując się mapą, na której powoli pojawiało się to, czemu Zachary nie dawał wiary, nie mogąc logicznie uwierzyć, że nie zadano sobie większego trudu, aby ukryć te wszystkie informacje.
Trzy kolejne, potencjalne trupy. Czwarty w drodze, a doniesienie o morderstwie było tylko jedno. — Skomentował jeszcze, starając się zebrać w całość możliwe i prawdopodobne scenariusze. — To mieszkanie musiało służyć za punkt obserwacyjny. Może coś jeszcze, nie wiem. Spróbujmy odnaleźć tego Waterforda. Jest kolejny na liście — podjął decyzję, raz jeszcze przechodząc przez wyczerpującą analizę tego, co zastali w tym pokoju, świadomie rezygnując z próby przejęcia przedziwnego przedmiotu, na którym prawdopodobnie leżały klątwy mogące łatwo ich zabić albo unieszkodliwić na dużo dłuższy czas, tym samym wykluczając z dalszych działań. Szlag, znowu.
Wygląda na to, że musieli sprowadzać ofiary w to miejsce — wskazał palcem na punkt ogniskujący. — Albo wszyscy byli i są jakoś powiązani. Dowiemy się tego. — Zapewnił Multon, zgadzając się z nią co do następnego kroku. Dalsze przetrząsanie mieszkania, przy obecnym stanie wiedzy, było zbędne, choć mogli dowiedzieć się więcej. Naglący ich czas wymuszał dojrzałe decyzje, za które Zachary ponosił odpowiedzialność. Zgarnął więc z blatu wszystkie pergaminy i papiery, które przyniosły im informacje, po czym wcisnął za połę starego płaszcza. Jeśli znaczyły coś więcej dla wroga, to lepiej, aby zostały w ich rękach. Mogły też posiadać więcej informacji, dzięki którym mogliby spojrzeć dalej, ale ten tok myśli odsunął na bok. Ostatnie powierzchowne już obejrzenie mieszkania z powrotem sprowadziło ich na parter kamienicy i pozwoliło ją opuścić, dając wreszcie szansę na zaczerpnięcie świeżego, pozbawionego pleśni i zgnilizny, powietrza. Różdżkę wygasił jeszcze w środku i wepchnął do rękawa, upewniając się dwa razy, że w razie wypadku był w stanie sięgnąć po nią bez trudu.
Krótka, o dziwo, przechadzka uliczkami Coleshill zaprowadziła do pubu w nieco większym oddaleniu od pręgierza, nad którym Zachary myślał dość długo przez ostatnie dni. Tym razem, stając przed drzwiami, nie podjął tego toku myśli, w zamian koncentrując się nad ewentualnych utrudnieniach, które mogły płynąć z obecności w Lwiej Paszczy.
Spróbujmy się rozdzielić w miarę możliwości. I znajdźmy ewentualne boczne wyjście — zarekomendował, po czym wcielił się w swoją trudną rolę starszego człowieka i nacisnął obłą klamkę, otwierając drzwi. Świst zimowego powietrza przeciął dość niskie, podłużne pomieszczenie. Z racji swojego wzrostu, pierwszy odruch ciasnoty uderzył Zachary'ego bardzo szybko. Jasnym spojrzeniem powiódł po sali oświetlonej świecami ustawionymi na stołach, zawieszonymi na ścianach. Z dystansu obejrzał przelotnie każdy stolik, niewielką ilość gości, zapewne stałych bywalców, po czym powoli ruszył w stronę ku wolnemu blatowi z prawej strony, gdzie usiadł, wzdychając lekko z wysiłku i zimna. Ciepła sala pubu wydawała się przyjemna w swoim pierwszym odbiorze, zadbana, ale i bardzo skromna. Nie podejrzewał, aby miejsce to wiodło prym pośród lokali ani też stanowiło margines, w którym pojawiali się jedynie najgorsi i najbardziej zdesperowani. Ot kolejne miejsce dla tych, którzy nie byli dobrze urodzeni, ale i nie stanowili szlamu; prawdopodobnie.
Dostanę jakieś piwo? — Zapytał, zwracając się do barmana pucującego kufel. Ślady brudu na ścierce nie wskazywały zbyt wiele na stosowne dbanie o higienę w tym miejscu, lecz i to nie stanowiło dla Shafiqa większej przeszkody w dopełnieniu zadania i dowiedzeniu się więcej. — Powiedzcie mi — podjął swobodnym tonem, kiedy kufel z alkoholem znalazł się na blacie — niewiele się tutaj dzieje, nie? Widziałem kilka opuszczonych budynków po drodze. Ludzie uciekają, umierają? — Zapytał, zatrzymując starszego mężczyznę i spoglądając nań z zainteresowaniem.
Jedno i drugie? — Odparł barman, po czym odwrócił się i zostawił Zachary'ego w zamyśleniu oraz krótkim podsumowaniu, że przyjazne zagadnięcie nie zdało się odnieść oczekiwanego skutku. Albo mężczyzna był już tak zmęczony zagadywaniem od wszystkich innych, że pragnął zaznać spokoju. Tego też nie wykluczał, choć bardzo, ale to bardzo możliwość ta utrudniała Shafiqowi sprawne działanie, który musiał zaznać towarzystwa innych. Oglądając się za siebie, dostrzegł dość ponaglające spojrzenia od Multon i dwójki innych gości, do których się przykleiła. Świetnie, pomyślał sucho, zerkając jeszcze w stronę barmana, po czym wstał od zajmowanego miejsca i przeszedł do ostatniego ze stolików, siadając naprzeciwko towarzyszki. Oboje odgradzali ewentualną drogę ucieczki.
Co wiecie? — Zapytał bez ogródek, ufając, że Elvira przedstawiła sprawę jasno. — Płacę złotem — zapewnił, ręką sięgając do sakiewki, w której pobrzękiwały galeony.



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I'm not alone in all this
OPCM : 22
UROKI : 8
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732

Powrót do góry Go down

Wciąż pamiętała niesmak i oburzenie, jakie podczas spotkania odczuła na wieść o doniesieniach dotyczących przetrzymywanych czarodziejów traktowanych jak szczury, bydło, materiał do eksperymentów, który można położyć na szalce i zrobić z nim, co dusza zapragnie. Myśl o upodleniu czystej krwi czarodziejów, rasy wyższej i potężniejszej, sprawiała, że darzyła mugoli nawet większą nienawiścią. Role powinny się odwrócić, najszybciej jak było to możliwe. Pod rządami Czarnego Pana już żaden czarodziej nie zostanie w ten sposób zepchnięty na kolana.
- Jeżeli skończył jako ofiara, dlaczego nie pozostawiło to śladów? Chyba, że tym eksperymentem miało być przeprowadzenie tej ich prostackiej sekcji, poszukiwanie różnic anatomicznych między magami i szlamem. - Przygryzła język, a potem raz jeszcze przyjrzała się liście nazwisk, nim przekazała ją do rąk Zachary'ego. - Nie ma na niej nazwiska Levine'a. Mieliśmy już wcześniej podejrzenia, że to wcale nie był Levine. Nie brałeś pod uwagę możliwości, że to inni czarodzieje z mniej znanych rodzin, a powieszenie ciała na pręgierzu miało jedynie na celu propagandę i rozwścieczenie rodziny Levine'a? Może Levine jest dla nich zbyt cenny, może wciąż go przetrzymują... może to naprawdę nie był on - Zmrużyła powieki i wyjrzała na plac. - Przypomnij mi, kto miał zająć się sprawą tych eksperymentów? - pamiętała dobrze, że opowiadał o nich Tristan, lecz nietrudno było zauważyć, że rolą Rosiera na spotkaniu było głównie kierowanie dyskusją i podsumowywanie zgromadzonych informacji.
Zgodzili się co do tego, że najlepszym kolejnym krokiem będzie wyruszenie do miejsca na mapie, gdzie łączyły się wszystkie wyrysowane kolorowym atramentem linie. Stłumiła satysfakcję z właściwie podjętej decyzji o użyciu prostego zaklęcia, które normalnie mogliby przeoczyć - nie byli tu po to, żeby się pysznić, tylko żeby zyskać odpowiedzi. Zanim opuścili mieszkanie, zdecydowała się jednak poruszyć temat pozostawionego puzderka.
- Gdy tylko opuścimy Coleshill, poinformuj któregoś ze swoich sług, żeby przybył tu najszybciej jak może i zabrał ze sobą skórę widłowęża, żeby zabrać ten przedmiot. Na pewno masz sługi i na pewno masz pieniądze, chyba będziesz w stanie to zrobić - Elvira miała dość proste wyobrażenie o szlachcie, ale byłaby zawiedziona, gdyby okazało się, że nie będzie to możliwe.
Krótka droga zaprowadziła ich do pubu; powinna się tego domyśleć, to zwykle w takich obskurnych budynkach dochodziło do nawiązywania kontaktów i realizowania szemranych interesów; opuszczone budynki czy piwnice wzbudzały więcej podejrzeń niż publiczny lokal. Skinęła głową na propozycję Zachary'ego aby się rozdzielić. Z wetkniętymi do kieszeni dłońmi, jasnymi włosami wystającymi spod kaptura i zachęcającym uśmieszkiem na cienkich ustach nie miała większego problemu z przykuciem uwagi klientów. Kobiet w "Lwiej Paszczy" nie było wiele, toteż oczywiste, że się na nią oglądali, a ona wykorzystała ich uwagę, dosiadając się do najbardziej oddalonego stolika, gdzie dwójka mężczyzn w piaskowych płaszczach i kaszkietach popalała papierosy nad talią kart. Ich dłonie były pająkowate, wysuszone na kostkach, obrzydliwe, pozwoliła jednak, aby jeden z nich ujął jej dłoń w teatralnym geście fałszywego pocałunku. Była z siebie dumna, że zdołała powstrzymać wzdrygnięcie.
- W co gracie? - zapytała, pochylając się tak, by jej włosy osypały się na stół, kolanem muskając jednego z nich, sama nie wiedziała którego.
Krótka rozmowa, która się wywiązała, obracała się głównie wokół tematów opustoszenia miasta, plotek, najlepszej marki piwa i "młodziutkiej buzi, której jeszcze tu nie widziano". W końcu, niechybnie, schodząc na ostatnie morderstwo w Coleshill. Choć mówili o tym z równą swobodą, co o każdej innej miejskiej legendzie, dostrzegła krótką wymianę spojrzeń, szybsze przebieranie palcami tasującymi karty. Powoli przesunęła językiem po krawędzi zębów i odnalazła wzrokiem Zachary'ego. Przedstawiła im go, rzecz jasna fałszywym nazwiskiem, między wierszami sugerując, że szukają drogi do nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy mogli im pomóc w zaplanowaniu podobnej zasadzki. Mieli już wszak kogoś na celowniku. Mieli motyw. Mieli cel, tak zbieżny z celami, o które podejrzewano sprawców.
Nie zaufali jej z marszu, wydawali się zmieszani, ale odniosła wrażenie, że rzuciła ziarno na podatny grunt, gdyż teraz nawet oni przyglądali się Zachary'emu z cieniem zainteresowania.
- Prosto do sedna - burknął jeden z nich, odpalając zapałką kolejnego papierosa.
Drugi spytał:
- O jakich mówimy sumach?
[bylobrzydkobedzieladnie]


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Niepodważalne atuty stojące za Elvirą otworzyły drogę. Kolejną, miejmy nadzieję, że ostatnią. Zbyt długo kluczyli pośród niedomówień, poszlak i wskazówek nieustannie prowadzących dalej i dalej we mgłę. Zachary nie dostrzegał jej końca i to nie dlatego, że nie chciał, a tylko i wyłącznie z ogromnego rozwarstwienia danych, na których pracowali wspólnie z Multon. Teraz czekało ich ewentualne potwierdzenie, bądź zaprzeczenie. Wóz albo przewóz w ustaleniu, kto zamordował człowieka, który Levinem prawdopodobnie nie był, który nie znajdował się na liście znalezionej w mieszkaniu. Wciąż miał w pamięci słowa czarownicy – brudna polityczna rozgrywka, nic więcej. I im dłużej zastanawiał się nad tym, tym więcej przekonania w owym stwierdzeniu odnajdywał, rozsądnie rozkładając wszelkie za i przeciw, aż więcej znalazło się po stronie przemawiającej za.
Machinalnym ruchem głowy skinął na potwierdzenie. Wizja wzbogacenia była prosta i przyjemna. Nie należeli do arystokracji, co jednocześnie stanowiło ogromną zaletę i wadę. Mimo codziennego obcowania z niższymi stanem, znacznie lepiej odnajdywał się w bardziej wyrafinowanych rozwiązaniach i rozmowach o odpowiednim szczeblu. Tutaj, właśnie teraz, nie mógł skorzystać ze szlacheckiego arsenału. Rozmowa była czysta i szczera; a przynajmniej szczera na tyle, na ile mieszek Zachary'ego obfitował w galeony.
Pięćdziesiąt na głowę. Teraz — odpowiedział na pytanie. Nie zamierzał szastać złotem na lewo i prawo. Pięćdziesiąt galeonów uważał za uczciwą cenę za informacje, których poszukiwali. Zdołał nawet dostrzec na zapijaczonych obliczach cień uwagi, niemą akceptację, lecz spodziewał się, że chciwość pozwoli Zachary'emu rozegrać sprawę po jego myśli. — Więcej, jeśli przyjdzie skorzystać mi z waszych usług w przyszłości, więc sugerowałbym szczere odpowiedzi. — Dopowiedział, nie siląc się na szczególnie wyrafinowany język. Prostota, którą się posłużył musiała przemówić do rozumów dwójki mężczyzn, wszak jeden z nich podjął rozmowę: — To co chcecie wiedzieć? — Zapytał, zerkając to na Zachary'ego, to na Elvirę.
Ciało wywieszone na pręgierzu. Koniec grudnia. Na pewno pamiętacie. Mówią, że to jeden z synów Levine'ów — zaczął spokojnie od sedna, które przywiodło ich do miasteczka. Jednocześnie starał się spoglądać na obu bywalców pubu, chcąc wychwycić jak najwięcej. Przedłużająca się cisza budowała sztywne napięcie. Atmosfera zgęstniała. — Mówcie — odezwał się spokojnie, panując nad tonem i mimiką. Nie groził im przecież w żaden sposób.
To nie on — zaczął ten siedzący obok Shafiqa, mierząc się z ostrym spojrzeniem swojego towarzysza. — Nie powiem wam, co mu zrobili. O świcie ktoś podniósł raban. Zlecieli się mugole, stara Bishop i kilku innych miejscowych czarodziejów. Zabrali ciało do Warwick, do mugolskiej placówki... wieczorem ktoś wystawał pod pręgierzem. Cztery noce z rzędu, jak żeśmy wracali z Paszczy. — Szersza, rozbudowana wypowiedź niewiele, póki co, wniosła w posiadaną już wiedzę. — W takim razie kto, jeśli nie Levine. Wiem z dobrego źródła, że jeden z braci identyfikował ciało i potwierdził tożsamość — rzucił zdawkowo Shafiq, nie czując się w obowiązku do zdradzaniu dodatkowych szczegółów. Nie miały one żadnego znaczenia ani w kontekście rozmowy, ani sekcji przeprowadzonej kilka dni wcześniej.
Nie widzieliśmy ciała, ale to na pewno nie Levine — wtrącił drugi. — Bishop ponoć straciła niedawno syna i ludzie mówią, że to on wisiał na pręgierzu. Za młodu trzymał się razem z Levinem i resztą tej hołoty. Mówili, że podobni do siebie, bo matka puściła się, jak stary Levine był na wojnie. No i trzymali się razem, cała ta banda dzieciaków dokuczająca mugolakom i ich rodzinom. — Zachary w trakcie tych słów utkwił wzrok w Elvirze. Jeśli faktycznie to była prawda, to ciało, które oglądali mogło należeć do Bishopa, nie Levine'a. Jednocześnie oznaczało to, że prawdziwy Levine wciąż mógł być gdzieś więziony, a pierwszą myślą oczywiście był zamek w Warwick oraz to, czego dowiedzieli się na spotkaniu.
Dobra, czyli to mógł być Bishop. Jacyś inni, którzy zaginęli albo zniknęli bez wieści? — Zapytał, lecz nie padła żadna odpowiedź. — Kto mógł go zamordować? Plotki mówią, że mugole polują na czarodziejów i zabierają ich do Warwick, a potem mordują i wystawiają publicznie — podjął kolejny temat, nie chcąc korzystać z okazji. Jednocześnie ręką sięgnął do sakiewki pełnej galeonów; równo sto. Przesunął ją powoli po stole, starając się nie wzbudzać niepotrzebnych dźwięków, które mogłyby zwabić sępy. — Dokładnie odmierzone. Ci mugole mogli zabić naszych? — Padło kolejne pytanie ze strony Zachary'ego.
No tak mówią... że ponoć razem z nimi zbratali się nasi i polują na tych, którzy popierają Malfoya i Tego, Którego Imienia Boją Się Wymawiać. Nie słyszeliście, ponoć jakiś czas temu na południu rozbłysł Jego znak — odezwał się ponownie ten obok Zachary'ego. — Nie wiemy, co oni tam robią, ale nikt stamtąd nie wraca. Nikt — Odpowiedział wyraźnym konspiracyjnym szeptem, po czym złapał za karty i wyciągnął po dwie z talii dla Multon i Shafiqa, do uzdrowiciela nachylając się tak, że nieświeży oddech wymieszany z silną wonią bimbru zakręcił się w nosie. — Mówią też, że barman im donosi — Wymamrotał jedynie i wyprostował się. Zachary obejrzał się za siebie, zerkając na mężczyznę za ladą, który siedział na stołku i robił coś, czego nie dało się dostrzec. Może pucował stary blat. Nie wiedział.

Przekazuję 100PM, odpisane w skrytce



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I'm not alone in all this
OPCM : 22
UROKI : 8
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732

Powrót do góry Go down

Obecność Zachary'ego dodała jej powagi, niechętnie musiała na to przystać - mężczyźni, zwłaszcza prymitywni, często wychodzili z założenia, że prawdziwy interes mogą ubić tylko z innym mężczyzną. Choć godziło to bezpośrednio w jej dumę, musiała przyznać przed samą sobą, że jest tu wyłącznie w celu osłabienia ich czujności, zmiękczenia oporu, zwrócenia na siebie podświadomej uwagi. Czyniła to więc nadal, nawet gdy oczy pod zmechaconymi kaszkietami rozjaśniły się na myśl o sowitej zapłacie za - tylko i aż - informacje. Kiedy wzrok pijaczków wędrował od Zachary'ego do niej, umyślnie wsuwała do ust paznokieć małego palca, muskając językiem opuszkę. Uśmiechała się zachęcająco, pochylała głowę, by zerkać spod rzęs, kołysała kolanem opartym o drugą nogę. Nie czuła się w tej roli dobrze, rzadko miała okazję używać kobiecości w tak ostentacyjny sposób, a choć czuła gdzieś w głębi te słynne poczucie władzy, nie wiedziała jak długo będzie w stanie utrzymać tę grę.
Rzuciła Shafiqowi krótkie spojrzenie, pełne zadowolenia, prawie kocie - przynajmniej jedna z ich teorii znalazła szczątkowe potwierdzenie, człowiek zamordowany w Coleshill prawdopodobnie nie był Levinem.
- Hmm, wygląda na to, że ktoś nieźle pogrywa z władzami. Burmistrz Coleshill jest zainteresowany prowadzeniem śledztwa? - zapytała cichym, mrukliwym tonem, przesuwając palcem wzdłuż krawędzi szklanki z rumem, która została jej podstawiona przez jednego z uprzejmych mężczyzn. Co jakiś czas udawała, że upija z niej łyk, z ostrożności jednak czyniła to wyłącznie z zaciśniętymi ustami.
- Nic a nic, laleczko, po kątach mówi się, że burmistrzowi jest to wszystko nawet na rękę, bo nie musi się przejmować, że czarodzieje zrobią mu tu rzeź jak to się zdarzało w innych hrabstwach. A zostaje z czystymi rękami, bo sprawę załatwia kto inny. - Karty uderzyły o stół, magicznie rozkładając się po równo, także dla niej i Zachary'ego, na co zareagowała ledwie widocznym zmarszczeniem nosa. - Koniec końców nikt bezpieczny nie jest, i tu terror i tam terror, nie idzie się odnaleźć - przytaknęła niechętnie, odnotowując w myślach nazwisko Bishopa, wspomnianego wielokrotnie w czasie ich rozmowy. To samo nazwisko, które pojawiło się na kartce i, tak jak podejrzewali, zostało skreślone z powodu jego śmierci. Złoto przesuwało się po stole, trafiając do łapczywych rąk, barman obserwował ich z daleka, a ona posyłała mu niewinne, dziewczęce uśmiechy, jakby świetnie bawiła się przy partii pokera. - Interesy z wami to przyjemność, panowie - Położyła ramię na oparciu krzesła, zastanawiając się, czy powinni zostać dość długo, by zagrać z nimi tę partię; ostatecznie, co szkodziło, skoro dzięki temu mogli zgromadzić więcej informacji. Było to też znacznie mniej podejrzane.
Kiedy natomiast gra dobiegła końca i zbliżał się wieczór, wyszli na powietrze, przesiąknięci zapachem taniego alkoholu, dymu papierosowego i stęchlizny.
- Trzeba będzie złapać tego barmana w dogodnym momencie. Przesłuchać naszymi sposobami - powiedziała cicho, gdy wracali. - Myślę, że dowiedzieliśmy się sporo. - Na pewno byli bliżej schwytania winnych niż wcześniej.
Droga jednak wciąż nie dobiegła końca.

/zt x 2
[bylobrzydkobedzieladnie]


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

18 stycznia

Miasto nie zmieniło się wcale, a przynajmniej był pewien, że było dokładnie, jak pamiętał. Minęło paręnaście lat, nim jego stopa ostatni raz dotknęła tej ulicy. Kiedy z ledwością niósł młodszą siostrę na rękach, ciągnięty przez starszego brata, nie oglądał się za siebie, pewien, że mama zgodnie z obietnicą dołączy do nich, gdy tylko będzie mogła. Nie zrobiła tego, rozpoczęli wtedy nowy rozdział w swoim życiu. Nie miał pojęcia, że nie domknął jeszcze tamtego. Kiedy więc po przybyciu do Anglii zjawił się w Birmingham od razu skierował się w stronę dawno zapomnianych uliczek. Szedł chodnikiem — po ulicach jeździły samochody, których od dawna nie było w Londynie. Z biegiem czasu było ich więcej, a może wtedy po prostu nie zwracał na nie uwagi, kiedy był tak mały, a magii nie znał nawet z bajek i legend, były tłem zadymionego, otoczonego obłokami pary z kominów miasta. Teraz ich turkot niósł się echem po starych, ceglanych kamienicach, które przemierzał, by znaleźć się naprzeciwko budynku, w którym — jak sądził, kiedyś mieszkał. Dopiero kiedy stanął oparty o przeciwległą ścianę, po drugiej stronie ulicy przed drzwiami zdał sobie sprawę, że nie mógł mieć pewności, czy tu było tutaj. Wszystko wydawało się znajome, a jednak minęło tak wiele czasu, a budynki były do siebie tak łudząco podobne, że nie mógł ich odróżnić. Było zimno. Drżąc wciskał dłonie w kieszenie za dużego, ciemnego płaszcza, który zabrał z domu astronoma. W kieszeniach nie było już dziecięcych zabawek. Nie było też dziennika z zapiskami, który spalił, by ogrzać się jednej z poprzednich nocy. W brzuchu mu już nie burczało. Wydawało mu się, że przywykł do tego stanu tak bardzo, że ścianki żołądka przykleiły się do siebie, a ich rozklejenie przysporzy mu więcej bólu. Był też słaby — głodny, zziębnięty i przeziębiony. Szczęśliwie nie narzekał na pragnienie, śniegu wokół było pod dostatkiem. Zakaszlał ciężko; ból w płucach rozniósł się po całej piersi i ramionach. Było południe, najcieplejsza pora dnia, a jednak zupełnie tego nie czuł.
Obserwował drzwi przez pewien czas, trzęsąc się i przestając z nogi na nogę, licząc, że trąc wnętrzem nóg o siebie nieco utrzyma odpowiednią temperaturę ciała. Nikt nie wchodził, nikt nie wychodził. W środku nie paliło się żadne światło. W końcu zniecierpliwiony zdecydował się ruszyć w tamtym kierunku. Podszedł do klamki, złapał za nią lewą ręką i nacisnął, ale było zamknięte, zgodnie z oczekiwaniami. Wyciągnął różdżkę, kiedy upewnił się, że blisko nie było nikogo, kto zwróciłby na niego uwagę. Nie rozglądał się po kamieniach, ale było mu wszystko jedno, czy ktokolwiek czułby się zaniepokojony jego obecnością. Proste zaklęcie, szybkie alohomora sprawiło, że bez problemów dostał się do środka. Było ciepło, choć trudno było uznać to za przyjemne i przytulne. Wspomnienia uderzyły w niego szybciej niż się tego spodziewał — krzyki ojca, płacz matki, trzaski pękających naczyń, przewracanych mebli. Dziecięca magia, która przejawiała się w chwilach dziecięcego stresu. Wokół unosiła się woń alkoholu, ale była stłamszona, jakby to ściany nim pachniały przez lata nasycając się nieustannie wydychanym smrodem. Rozpoznał pomieszczenia, nabierając pewności, że to było właśnie to mieszkanie, ale nie był w stanie przypomnieć sobie niczego więcej. Wszedł głębiej, jakby był tu po raz pierwszy, oglądając bibeloty porozstawiane na półkach i komódkach — żadna z tych rzeczy nie wyglądała znajomo. Nie wyglądały także ubrania powieszone na wieszakach, chociaż meble były wciąż te same. Sypialnia rodziców zmieniła się, były wytapetowana, ale tapeta odchodziła od ścian, rolując się tuż przy suficie. On sam posiadał liczne plamy po wilgoci, pewnie zalaniu. Zajrzał do szafy. Wiedział, że tylko tak może upewnić się, co do tego, kto tu mieszkał — ale sukienki powieszone na wieszakach były szare, bure. Żadna z nich ni wyglądała jak stroje mamy, które miał w pamięci. Przełknął ślinę, czując jak drażni obolałe, opuchnięte gardło. Przeszedł do pokoju, który wydawał mu się jego własnym, ale ten miał już tylko jedno łóżko i niewielkie biurko. W środku zachowany był nienaganny porządek.
Musiał się pomylić.
A może Thomas miał rację — już nikt tutaj nie mieszkał. Mamy nie było w Birmingham. Czując ukłucie zawodu wrócił do kuchni. Łatwo znalazł alkohol — ten znajdował się w jednej z szafek, kilka częściowo opróżnionym butelek z najtańszym rumem. Postawił go na stole, a lodówki wyciągnął jedzenie. Nie chciał zabierać wszystkiego. Ktokolwiek tu mieszkał wyraźnie też nie żył w dobrobycie, typowo mugolski sprzęt do przechowywania żywności niewiele miał w sobie zapasów. W jednym z garnków w niej była potrawka, którą zjadł całą, kosztując palcami, potem niechętnie sięgając po łyżkę. Łapczywie najadł się do pełna, kieszenie wypchał chlebem razowym i słoniną. Nie znalazł żadnych pieniędzy, chociaż resztę czasu przeszukiwał wszystkie szafki i szuflady, licząc na znalezienie czegoś cennego. Niektóre nie chciały się otworzyć. Nie korzystając z różdżki, a ze sztućców zabranych z kuchni pomagał sobie odblokować zacięty mechanizm, albo poluzować stare, uszkodzone zawiasy. Ostrzem nożyka wciskał się w szczeliny, póki nie puściły, serwując mu swoją drogocenną zawartość. Przeglądał rzeczy ale żadna nie wydawała się satysfakcjonująca. A może szukał czegoś więcej — albumów ze zdjęciami, zapisków, notatek — ale tego także nie znalazł. Zabrał ze sobą drobiazgi, ozdoby z kredensu w salonie. Figury słoników z uniesioną trąbą, komplet łyżeczek do herbaty, które zupełnie nie pasowały do tego miejsca. W sypialni, pod materacem znalazł ukrytą biżuterię. Nie było jej wiele. Ładna, ozdobna spinka w kwiaty, wyglądała jak ze srebra. Ukryty w książce o ziołolecznictwie cienki pierścionek. Wyglądał jak złoty, ale nie ważył zbyt wiele. To musiała być jakaś imitacja. Tombak. Miał piękne, zielone oczko. Wiedział, że dostanie za niego wystarczająco pieniędzy, by poradzić sobie przez najbliższe tygodnie w Londynie.
Chciał przeszukać dokładniej to pomieszczenie, ale usłyszał trzask drzwi. Był czarodziejem, wiedział, że poradzi sobie z mugolem — a musiał tu mieszkać, zdradzało go wnętrze i sprzęt. Mimo to nie chciał konfrontacji. Wyciągnął różdżkę, ale wsadził ją w zęby, po cichu rozchylając opierające się okno. Majstrował przez kilkanaście sekund z uchwytem, który się zawiesił, aż w końcu puścił, a ramą z łatwością poszybowała ku górze. Wyślizgnął się z powrotem na dwór, czując na zimny wiatr podwiewa mu pod płaszcz i za kołnierz, przeszywając na wskroś. Nim wyszedł na daszek, rzucił na siebie zaklęcie kameleona, licząc, że nikt nie zacznie krzyczeć. Mimo pozamykanych okien wokół nie było firanek, łatwo było dostrzec ruch wewnątrz mieszkań wokół. Okno z sypialni skierowane było na mały, wybrukowany dziedziniec, a którym przysiągłby, bawił się kiedy był mały. Wyobrażenia o dzieciństwie mieszały mu się z prawdziwymi wspomnieniami. Już nie był pewien, co było prawdą. Zeskoczył na dół, padając prosto na ziemię. Zmęczone, słabe nogi nie wytrzymały siły; zmuszony był paść prawie na kolana, by ich nie połamać. Jedna z łyżeczek wypadła mu z kieszeni, zabrał ją z pośpiechem znów do płaszcza i ruszył, zaciskając zęby z bólu.
Thomas nie miał powodu by kłamać. Był tu, musiał sprawdzić to miejsce. Wiedział, że mamy tu nie było; zganił siebie w myślach za naiwność, za tępą potrzebę znalezienia się tu właśnie teraz po tym wszystkim. Ale to była już przeszłość. To wszystko była jego przeszłość.
Chleb i słonina zapewnią mu szansę na przeżycie w najbliższych kilku dniach. To wystarczy. Pozostałe rzeczy, które dzwoniły mu w kieszeniach musiał zbyć, najlepiej na targowisku. Nie wyglądał reprezentatywne — był wycieńczony, brudny chory. Nie miał ani sił na handel, ani targowanie się. Nikt nie kupi od niego niczego, a już na pewno nie za kwotę, której były warte zabrane z tamtego mieszkania przedmioty. Na szczęście o lichwiarza nie trudno było w Birmingham. Znalazł jednego już na drugi dzień, przemierzając alejki, pytając o niego pracowników fabryk, którzy wracając z pracy nie wyglądali dużo lepiej od niego. Przyjął go w lokalu bez szyldu, w jednej z bocznych uliczek. Choć na witrynie znajdowało się wiele wartościowo wyglądających rzeczy, czuł się niepewnie, wykładając wszystko, co miał. Wszystko, poza spinką z grzebieniem. Nie wiedział, dlaczego i co go powstrzymało, ale nie wydobył go z kieszeni płaszcza, pozostawiając przed starym lichwiarzem wszystko inne. Lewą dłonią bawił się nią, kciukiem gładził misterne zdobienia. Ozdoba była napewno ładna i prócz pierścionka mogła zapewnić mu parę mugolskich monet. Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę. Przez lupkę oglądał wszystkie przedmioty, a później przyglądał jemu. Wiedział, że miał do czynienia ze złodziejem. Patrzył mu prosto w oczy, z wahaniem — wyglądał jakby chciał odmówić, ale pierścionek mu się spodobał. Pieniądze, które zaproponował za wszystko były mniejsze niż się tego spodziewał. Przełknął ślinę, a w końcu ochrypłym głosem się zgodził — nie miał przecież żadnego wyjścia. Potrzebował czegokolwiek, nawet kilka monet, papierek — to miało mu wystarczyć. Pokiwał głową, pożegnał go, wychodząc z lokalu.
Nie miał już po co wracać do Bimingham. Zrobił swoje, mógł ruszyć dalej, może do Londynu?

| zt


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I'm a little dysfunctional, don't you know?
If you push me, It might be bad
Get a little emotional, don't you know?
OPCM : 3
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Powrót do góry Go down

Pręgierz, Coleshill

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach