Wydarzenia


Ekipa forum
Bagna Brenyn
AutorWiadomość
Bagna Brenyn [odnośnik]21.08.22 13:06
First topic message reminder :

Bagna Brenyn

Bagna Brenyn znajdują się w północnej części hrabstwa, na terenie Forest of Bowland – oraz w bliskim sąsiedztwie wioski o tej samej nazwie. Składa się na nie kilkanaście kilometrów kwadratowych wyjątkowo zdradliwych, leśnych mokradeł, których znakiem rozpoznawczym jest barwa: zacienione splecionymi gęsto gałęziami, głębokie jeziorka, wydają się być zupełnie czarne, nie licząc pojawiających się od czasu do czasu nad powierzchnią błędnych ogników.
Obcy rzadko kiedy zapuszczają się na same bagna, zdarza się jednak, że w ramach wyzwania wyprawiają się na nie dzieci, a wśród mieszkańców pobliskiej wioski znane są przede wszystkim ze względu na związaną z nimi legendę. Według starych opowieści, leśny teren zamieszkiwała kiedyś niewielka społeczność czarodziejów, których magia była ściśle związana z naturą: dzięki przekazywanej od pokoleń wiedzy, potrafili czerpać energię z samych roślin, wykorzystywać ich uzdrawiające właściwości i rzucać potężne zaklęcia, które chroniły ich przed intruzami – zgodnie z podaniami, do ukrytej w lesie wioski można było trafić wyłącznie mając za przewodnika jednego z jej mieszkańców. Wśród społeczności żyła Brenyn – czarownica piękna i odważna, na tyle, że niejednokrotnie zapuszczała się poza chroniony magicznie, rodzimy teren. Pewnego dnia na leśnej ścieżce spotkała czarodzieja, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia; zaciekawiony Brenyn i jej ludźmi, omamił ją obietnicami i zdobył jej zaufanie, namawiając, by pokazała mu wioskę. Młoda czarownica zaprowadziła go więc do ukrytej części lasu, opowiedziała o przepływającej przez drzewa magii, jednocześnie zastrzegając, że była to silnie strzeżona tajemnica. Czarodziej przyrzekł dochować sekretu, jednak skusiła go potęga – i zaledwie tydzień później przyprowadził do lasu swoich towarzyszy. Walka, która rozgorzała pośród drzew, była krwawa i długa; towarzysze zdradzieckiego czarodzieja używali magii czarnej i plugawej, a Brenyn, zorientowawszy się, że jej najbliżsi przegrywają, zdecydowała się na desperacki krok – sięgnąwszy po prastary rytuał, obudziła energię drzemiącą w drzewach, jednocześnie samej na zawsze się z nią wiążąc. Potężne rośliny zwróciły się przeciwko najeźdźcom, choć jednak udało się ich przegnać, to gdy bitwa dobiegła końca, przy życiu nie pozostał ani jeden mieszkaniec leśnej wioski. Legenda głosi, że Brenyn, ogarnięta żalem, wylała rzekę czarnych łez, które rozlały się po lesie, tworząc bagna – a w miejscu każdego poległego czarodzieja wyrosło wypełnione magią drzewo. Rytuał oraz związane z nim sekrety przepadły, ukryte na zawsze w chatce Brenyn – której od tamtej pory nikt nie był w stanie odnaleźć.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Bagna Brenyn [odnośnik]01.09.22 12:12
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 71

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]01.09.22 17:24
Zdążył jeszcze wypić łyk nalewki, odbierając kieliszek od Millicenty, która również spróbowała smaku jagód Brenyn. A potem inscenizacja rozpoczęła się. Wcześniej widział jedynie stroje, może niektóre rekwizyty, lecz nie samą scenę - a na widok jej wyciągnął nieznacznie szyję, jakby mógł w ten sposób zobaczyć znacznie więcej, przyjrzeć się uważnie, z fascynacją, poszczególnym elementom, rozłożyć je na pomniejsze zaklęcia, przeanalizować tak, jak zwykł to robić wcześniej, gdy sam nie tworzył jeszcze scenariuszy dla Seamaranusa. Iskry ciekawości rozbłysnęły w jego oczach, gdy iluzja lasu zaczęła żyć własnym rytmem. Żałując, że nie mógł przyglądać się temu z bliska, chłonął w milczeniu - historię Brenyn, mowę kwiatów rozkwitających na dźwięk jej głosu, melodię lutni, miłość i zdradę, walkę, po której nastał już tylko mrok. I cisza. Urwana melodia, koniec historii. W myślach przyporządkowywał zaklęcia do poszczególnych efektów, w przypadku tych trasmutacyjnych było łatwiej, nie miał wątpliwości, kiedy użyto Inumbravi, chociażby. Zastanawiało go jednak, jak dokładnie oddano chaos walki, rozbłyski świateł migotały, tnąc czerń; starał się dostrzec jak najwięcej, ale z tej odległości było to problematyczne.
Wpatrywał się w płomień, który napęczniał mocą, rozrósł się, ostatecznie oświetlając twarze zgromadzonych wokół niego, zamykających go w tanecznym kręgu, w melodii przeganiającej złe moce. Kotłująca się przy trawie ciemność, pełznąca ku podwyższeniu, w końcu też dalej, płynąca w stronę pierwszych rzędów, zdała mu się intrygująca - nie widział, gdzie kryła się osoba, która ją kontrolowała, a może tak działał jakiś eliksir? Coś podobnego mogliby wykorzystać do jednego z elementów przestawienia, do tego, w którym mgła spowija ich postaci, gdy przemienieni zostają w gołębie, marionetki Mistrza Iluzji. Przyglądał się walce światła i ciemności, ta ostatnia zdawała się nie móc przedrzeć przez jasność.
Ale czym były te szepty? Drażniące obcym językiem, wibrujące na membranie ucha? Co miały oznaczać, zwiastowały kolejną część inscenizacji? Czemu, słysząc je, czuł taki niepokój? Jakby zaraz miało zdarzyć się coś naprawdę złego?
Jedna osoba - to była Thalia? - wystąpiła z kręgu; z ciekawością przyglądał się temu, jaka miała być jej rola - dostała specjalne zadanie? Zmarszczył odrobinę piegowaty nos, kiedy przystanęła obok Garfielda, by ostatecznie... zejść ze sceny? To było także zaplanowane?
Nie miał już czasu, by się nad tym zastanawiać, coś dziwnego stało się z łuną światła, jej ciepły blask niknął, żerowała na nim czarna mgła. Pogubił się w tym rytuale, czy nie powinien skończyć się przegnaniem ciemności? Czy nie powinno być zupełnie na odwrót? Dlaczego mrok rósł w siłę, rósł dosłownie, powiększając swą objętość, pęczniejąc, w końcu - wchłaniając także ogień?
Co się dzieje?
I nie było już nic. Poza czernią, poza zlęknionym oddechem, który go oblepiał. Pierwszym krzykiem. Nagle, z siłą wybuchu, który zgasił ognisko, rozbuchała się moc szeptów, ogłuszały, dezorientowały, rozsadzały czaszkę od środka. Jeśli jeszcze przed chwilą w osłupieniu oczekiwał na wielki, niespodziewany finał przedstawienia, teraz już mógł mieć pewność, że to, co zaczęło się dziać, nie było w żadnym razie zaplanowane. Nie mogło być.
W chaosie, który zapanował, nie nadążał już za niczym.
Masa ciał napierała zewsząd, krzyki nasiąknęły bólem i strachem, nim też sparaliżowany przez chwilę nie mógł się ruszyć, wciąż tkwiąc w tym samym otępieniu. O zesztywniałe ciało uderzyło czyjeś ramię, ktoś go szarpnął tak mocno, że musiał zaprzeć się z całych sił, by nie upaść do tyłu; z dłoni wypadł mu kieliszek.
I wtedy uświadomił sobie, co by się stało, gdyby znalazł się na ziemi, w tłumie przerażonych ludzi, którzy na ślepo przedzierali się byle dalej od - czego? Co się wydarzyło na scenie? Roztrzęsiony sięgnął dłonią do mankietu koszuli, upewniając się, że świstoklik znajduje się na swoim miejscu, w pierwszym odruchu chciał go aktywować, uciec stąd z Millie i Rhennardem. Z Millie i...
- Millie? Rhennard? - wychrypiał w panice, próbując znaleźć dłonią materiał ich szat, byli przecież tuż obok, jeszcze chwilę temu, nim rozlała się ciemność. - Nie rozdzielajmy się - i wtedy w przerażeniu uświadomił sobie, że być może to już się stało. Bo z jakiego innego powodu Millicenta nie odpowiada? - MILLIE? - modulując głos tak, jak robił to na scenie, by słyszano go z ostatnich rzędów, prawidłowo pracując przeponą wykrzyczał najgłośniej, jak tylko potrafił. Czy go usłyszy?
A nawet jeśli - skąd będzie wiedziała, gdzie dokładnie się udać? Sam, robiąc choć jeden krok, straciłby całkowicie orientację - już teraz nie był pewien, gdzie dokładnie była scena, czy w linii prostej od niego, czy może nieco na prawo, gdy go popchnięto zachwiał się przecież, na chwilę stracił równowagę, może nieświadomie się przesunął?
Widział przecież tylko czerń, nic więcej.
Oddychał panicznie, próbując zmusić się do myślenia. Wokół niego zbyt wiele się działo. Pomyślał o tym, by rozproszyć ciemność zaklęciem, łuną lumos mógłby spróbować oświetlić to, co nieopodal, ale wiedział, czuł, że wokół niego zakleszczają się inni ludzie, czy to zaklęcie pozwoliłoby mu zobaczyć cokolwiek poza ich sylwetkami? I jak naprowadzić Millie na ich położenie, jeśli odepchnięto ją gdzieś dalej? Jeśli, jak podejrzewał, nie tylko on sięgnie po lumos? Potrzebował innego punktu odniesienia. Nieznajdującego się na wysokości jego samego; głowa uniosła się ku górze, a gdyby tak...? - Flagrate - chciał uformować litery składające się na jej imię - napisać centralnie nad swoją głową Millie, jakiś metr, dwa wyżej.
- MILLIE, SPÓJRZ W GÓRĘ, JESTEM DOKŁADNIE PONIŻEJ - jeśli się udało, krzyknął raz jeszcze, robiąc wszystko, by przebić się głosem przez panujący harmider, przez przeraźliwą kakofonię. Łudził się, że ma szansę - może wcale nie była daleko? Ale nawet jeśli go nie słyszała, widząc ten napis, swoje własne imię, musiała przecież domyśleć się, że to on go utworzył... prawda?
Nie wiedział, co dalej, co wydarzy się zaraz; zacisnął dłonie mocniej, dopiero teraz orientując się, że w lewej ręce wciąż ściska butelkę z nalewką (i chyba w tym momencie uświadomił sobie, że nakrętka-kieliszek musiała mu wypaść z dłoni, ale nie odnotował nawet, kiedy się to stało), palce prawej dzierżyły różdżkę. Jeśli Millie będzie potrzebowała pomocy, będzie musiał do niej dotrzeć jak najszybciej, dlatego też pomyślał o tym jednym, konkretnym zaklęciu. - Mico!


/za zgodą Millie uwzględniam w poście, że ona również napiła się nalewki (kieliszek)
& to jej ekwipunek:

różdżka, pusta sakiewka na podarki, skrzeloziele, bawełniana chusteczka, narzędzia do wróżenia (karty tarota, szklana kula)?, pół plastra miodu z zaopatrzenia

/mój ekwipunek: przy mnie - różdżka, świstoklik (pokryta patyną spinka do mankietu), buty (+3 do skradania, +5 do efektów magii maskującej), w tylnej kieszeni spodni pusta sakiewka z pieniędzmi, w lewej dłoni butelka z resztkami nalewki, bez nakrętki (ta, przemieniona w kieliszek, została wytrącona z ręki Laurence'ego), na szyi wciąż ma fragment nieumiejętnie zaplecionego łańcucha z kwiatów. W namiocie - miotła, dwie buteleczki nalewki.




ściany się burzą, szyby pękają na raz
lecę w dół przez błędy wszystkich lat
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
więc przez płonący las
przeprowadź mnie
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]01.09.22 17:24
The member 'Laurence Morrow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 34

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]01.09.22 21:38
Rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie szarpiącym się chłopakom, zastanawiając się, czy powinnam interweniować. Ale dlaczego w sumie miałabym? Trochę nie rozumiałam co się właściwie stało. Powinnam ich poprosić żeby przestali? Zapewnić że nic się nie stało? Leżeliśmy chwilę wcześniej. Upadł ponownie - ot tyle. W końcu odpuściłam. Wkładając stopy w buty, przerzucając torbę przez ramię, złapałam za miotłę i zgarnęłam jedno piwo - sam mi je obiecał. Kiedy wypowiedziałam słowa pożegnania - kompletnie pominięta - tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze wybrałam. Stałam jeszcze kilka sekund, odrobinę jednak dotknięta. Mimowolnie uniosłam brodę odwracając się na pięcie. Pokręciłam przecząco do siebie głupiej samej, uniosłam butelkę z której napiłam się łyk, decydując ruszyć w stronę sceny żeby znaleźć miejsce w którym spektakl obejrzę.
- Ugh. - wypadło mi z ust po kolejnym kroku. - Pewnie. - mruknęłam wzdychając ciężko. Wykrzywiając usta w złości. Zatrzymałam się, kiedy uznałam że widzę dostatecznie scenę, nie wciskając się w tłum. Uniosłam butelkę, najpierw wnosząc ją w geście krzywego toastu w stronę ogniska - kolejnemu winowajcy. Zrobiłaś swoje Neala, to możesz się wziąć oddelegować. To się oddelegowałam, proszę, ciebie, bardzo. Uniosłam ją do warg, ale nie przechyliłam żeby się napić, zapatrzyłam się na scenę, mrugając kilka razy kiedy oko mnie zapiekło, nie oglądając się za siebie. Jeśli nie dogonił mnie do tego czasu, nie miał w zamiarze tego robić - właściwie, nawet nie zauważył że odeszłam. Ale nie było to takie zaskakujące znów. Super. Świetnie. Westchnęłam bawiąc się butelką, której końcówkę przesuwałam po dolnej wardze nadal marszcząc brwi.
NIEWAŻNE.
Oglądałam spektakl, którym nie potrafiłam się z początku całkiem cieszyć. Ale z każdą chwilą wciągał mnie coraz bardziej. Oddychałam spokojniej, patrząc na kolejno przedstawiane sceny, pozwalając wciągnąć się w historię Brenyn. Przyglądając się jej uważnie. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach, przekrzywiłam głowę i obróciłam nią, jakby chcąc się pozbyć nieprzyjemnego uczucia. Usłyszałam swoje imię. Głos wydawał się znajomy, ale nie mógł należeć do niego. Nie było go tu. Może to Charlie zabrzmiał podobnie po prostu. Ale też szybko mu się przypomniało. Już prawie zapomniałam o tym upokorzeniu, którym mnie poczęstował. Nie zamierzałam mu tego wybaczyć. Odwróciłam głowę z gniewną manierą chcąc spojrzeć na intruza - właściciela głosu ale nie dostrzegłam nikogo, kto patrzyłby na mnie. Odwróciłam ją tylko dlatego że coś w jego brzmieniu miało nutę niepokoju. Uniosłam brwi w krótkim zdziwieniu, zdążając jedynie westchnąć i odwrócić na powrót głowę, by dostrzec, jak mknie ku mnie ciemność. Mimowolnie cofnęłam się o krok, ale…
było już za późno.
Sekundę, może kilka. Tylko tyle trwało, nim wszystko pochłonęła ciemność. Serce załomotało mi w piersi. Piwo wysunęło się z ręki. Oczy rozszerzyły w całkowitym zdumieniu. To… była część spektaklu? Nie była, zrozumiałam to bardzo szybko. Stałam próbując zrozumieć co właściwie się stało. Zewsząd docierały dźwięki, krzyki, odgłosy, szepty. Zadrżałam, czując nieprzyjemny dreszcz ponownie. Próbowałam przesunąć spojrzeniem wokół, jednocześnie starając się w ogóle nie poruszać. Powinnam uciekać. Dłoń zacisnęła mi się mocniej, z całej siły na miotle trzymanej w drugiej ręce, ale nie drgnęłam, czując jak chaotycznie próbuje złapać powietrze. Strach obejmował mnie ramionami jak ciemność wokół. Uciekali wszyscy. A nie widząc dokąd, żadna droga nie była bezpieczna.
Cofnęłam się, zachwiałam chaotycznie, kiedy koń przebiegł przede mną. Może wymyśliłam to sobie. Ale szepty wokół zdawały się realne, choć nie rozumiałam żadnego ze słów, które padały. Łzy zebrały mi się w oczach. Pokręciłam głową wykrzywiając usta. W którą powinnam iść stronę? Zastanawiałam się, zaciskając palce na miotle tak mocno, że aż pobielały mi knykcie - jednocześnie, zapominając o tym, że to właśnie ją trzymam. Serce rozpędzało się, zaczynało galopować.
Bu-Bum, bu-bum, bu-bum. Organ obijał się w nierównym tempie w klatce piersiowej. Mocno. Wyraźnie, prawie boleśnie. Głośno, szaleńczo, zlewając dźwięki, wybijając się ponad nie, kiedy niepokój ściskał coraz bardziej. Ktoś zawołał moje imię, ale z początku brzmiało niewyraźnie. Jakby ktoś wołał do mnie przez szklaną ścianę która zniekształca dźwięk. Czułam, że brakuje mi powietrza. Chyba zapomniałam jak oddychać w pierwszej chwili mrugając raz po raz, by sprawdzić czy oblewająca mnie ciemność nie jest jedynie momentem przymknięcia powiek - nie była.
Nie była. Nie była. Nie była. Nie była. Nie była. Nie była. Nie była. Nie była. Wszystko wokół było czarne. Świat spowił mrok bez wyjścia.
Dzwoniło mi w uszach okropnie. Moje imię zadźwięczało wyraźnie po raz kolejny, na pewno? Wargi mi zadrżały. Może po prostu nie chciałam być sama. Może wymyśliłam to sobie. Nie było go tutaj. Przecież bym go zauważyła. Tak blisko, obok siebie. Ale głos nawoływał dalej, był inny niż szepty dźwięczące w uszach. Serce wyrwało się, jak do czegoś znajomego. Wzięłam drżący oddech w równie drżące wargi. Ile czasu minęło od pierwszego zawołania? Sekundy, minuty? Nie umiałam ocenić, jakby ciemność nie pozwalała przebijać mi się przez postrzeganie czasu. Panikowałam. Co mówił wuja? Co mówił Brendan? Mówili coś na pewno. Musieli. Nie zostawili mnie bez niczego. Przymknęłam powieki. Lęk dostrzegania niczego odbierał mi myśli. Uspokój oddech. Bać się, to nic złego - pamiętaj Neala. I choć powtarzałam to sobie, zastygłam w miejscu. Nie potrafiąc wykonać nawet kroku z bijącym szaleńczo sercem. Taka właśnie byłam odważna. - J-James? - zapytałam wiedząc, że zwariowałam już kompletnie. - To sen. - dodałam zaraz kręcąc głową. Uniosłam wolną rękę i uszczypnęłam się. Raz, drugi, ale nic się nie zmieniło. Naprawdę go słyszałam? Pośród tego wszystkiego? Ale to nie były też anomalie. One wyciągały ludzi z domów. Chciałam zrobić krok w stronę głosu - znajomego. Poznałam go dobrze w ciągu ostatnich miesięcy, choć wcześniej nie plamiły go takie emocje. Zachwiałam się jednak w miejscu, kiedy nakazał mi się nie ruszać. To ja. Strach uzupełnił się o ulgę. To on, naprawdę? Ale… jak? Wzięłam wdech w płuca. - Naprawdę? - zapytałam, ale głos nadal ugrzązł mi w gardle. Rozciągający się zaraz po tym skowyt zmroził mi krew. Wbił się w uszy, duszę, serce. Zatrzymał oddech w płucach, kiedy poczułam w nozdrzach metaliczny zapach. Czułam go już wcześniej. Krew. Spazmatycznie złapałam powietrze, nie rozumiejąc co się właśnie działo. - Tutaj. Tutaj! Nie ruszam! - zapewniłam go, czując jak nadzieja blaknie. Jak miał mnie znaleźć w tej ciemności, to było nierealne. Ale fakt, że mógł tu być - nawet jeśli wymyślony - sprawił, że w końcu moje myśli rozjaśniły się odrobinę. Oddychaj. Dopiero teraz złapałam za różdżkę. Czy mogłam coś zrobić? - Będę mówić, dobrze? S-słyszysz mnie? Jesteś tu, naprawdę?! Z-znajdziesz mnie? - zapytałam unosząc głos. Właśnie teraz przeklinając wyobraźnie. Jeśli tylko wymyśliłam to sobie sama, czemu właśnie jego. Słowa dźwięczały nadzieją, potrzebą i strachem. Roztaczająca się ciemność przerażała całkiem. Docierające odgłosy jeszcze bardziej. Niczego w tej chwili nie chciałam... nie potrzebowałam... jak tego, żeby był tu naprawdę.- Zapalę je! Światło. - poinformowałam chociaż nie byłam pewna już kogo. Trzęsłam się, wariowałam i wtedy ją usłyszałam. Zamarłam całkiem, zapominając o rzuceniu inkantacji. Rozchyliłam szerzej oczy, zamilkłam, wybijała się ponad szepty. Dźwięk był miły, inny, głośniejszy. Prawdziwy. Zrozumiały. Otworzyłam oczy znów natrafiając na ciemność. Ale czułam obecność. Rozchyliłam drżące wargi. - Dlaczego?! - wydarło się przez ściśnięte gardło. Dlaczego miałam z nią iść? Serce nie zwolniło biegu, ale dźwięki zdawały się realniejsze, nie zakrzywione już żadną szybą. -Kim jesteś?! - zapytałam. Wyciągnęłam rękę, próbując w ciemności odnaleźć właścicielkę czystego głosu. Ale nie złapałam niczego czując ogarniająca mnie znów pustkę. Wzięłam kolejny wdech, słysząc go ponownie. - Mam miotłę. - stwierdziłam najpierw. I dopiero kiedy to powiedziałam zrozumiałam, że ją miałam. Miałam ją naprawdę. - Mam miotłę! Mam miotłę! - powtórzyłam jeszcze nie ruszając się jednak o krok. - Muszę się dostać do lasu. - dodałam jeszcze z przekonaniem do siebie - do niego, albo wymyślonego bytu, który stał się moim przyjacielem. Postanowiłam. Zaufam swojej intuicji. - Szybko! - ponagliłam go. - Zaklęcie. Zaklęcie. Miałam rzucić zaklęcie. - zamamrotałam pod nosem. - Lumos. - zażądałam od różdżki. Trzymając ją w drżącej ręce. Możliwe… Możliwe że to wymyśliłam, teraz żałowałam, że mu nie zaproponowałam, żeby poszedł ze mną. Nie chciałam, żeby śmiał się z tej wróżki i gadał, że nie da się nic zrobić przeciw przeznaczeniu. Dało się na pewno. Inaczej właśnie spotykałabym tego co niby miał odmienić mi życie. A Charlie nim nie był na pewno. Nieważne, Neala. To teraz tak bardzo nieważne. Cóż, przynajmniej, był tu ze mną. Nawet jeśli tylko jako nawiedzająca mnie mara. Pokręciłam do siebie głową. Policzę do dziesięciu. Jeśli to wymyśliłam, odlecę. Odlecę na pewno - przyrzekłam sobie. Zaciskając jeszcze mocniej palce na miotle.

ekwipunek (jest też we wsiąkiewce): różdżka, miotła, pół zaklętej wstążki, zwykła torba w której ma: notatnik, ołówek, biały kryształ, butelkę z wodą, bezoar, skrzeloziele, sakiewka z wszystkimi oszczędnościami


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]01.09.22 21:38
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 99

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]02.09.22 23:19
Nastał mrok, zupełnie jakby kończył się świat.
Na ostrzeżenia było już za późno. Zaklęcie Festivo mignęło mi przed oczami, wywołując oślepiający powidok — po nim nastało zrozumienie. Przeczucie mnie zawiodło. Dwa pełznące po ziemi cienie ze skondensowanej czarnej magii to nie jedyne zagrożenie. Stała się nim ciemność wypełniająca całą przestrzeń; ciemność karmiąca się strachem, który objął w swe macki wszystkich z tu obecnych, dyktując najpodlejsze z samozachowawczych instynktów. Nastała destrukcja. Dźwięk paniki, płacz kobiet i dzieci, nawoływania mężów. To z nich można było wyczytać paletę emocji, które w mgnienie oka zintensyfikowały się, gdy zawtórował im dźwięk łamanych kości, przedśmiertnych okrzyków i tratującego się tłumu. Ale ja czułem więcej. Czułem słodkawy, metaliczny zapach, który wdzierał mi się do nozdrzy z coraz większym natężeniem. Najpierw ze sceny; to tam dało się przez chwilę dostrzec jakby niezmaterializowane kształty, które tylko migały mi przed oczami, gdy wytężyłem wzrok. Ludziom, którzy się na niej znajdowali, nie można było już pomóc. — Na Merlina, gdybyśmy nie zeszli z tej sceny... — powiedziałem, lecz we wrzawie pisków, krzyków, jęków i palety negatywnych odgłosów, nie mogła mnie usłyszeć nawet... — Thalia? THALIA! — krzyknąłem, ale przecież kurwa nic nie widziałem. Mogłem wystawić rękę przed siebie i ledwie dostrzec czubki własnych palców... ale kiedy tak uczyniłem, natknąłem się na jej sylwetkę — stała dosłownie tuż obok mnie, przez cały ten czas. Wtedy też zauważyłem jej wystraszoną twarz... potrzebowała mnie teraz. Nie mogłem tracić rozumu, nie mogłem poddać się negatywnym emocjom, to byłoby tragiczne w skutkach. — Jestem przy Tobie — zapewniłem, ustawiając się obok niej i objąłem ją pod ramię, aby nie zgubiła się w ciemności. Poprzez bliskość dodałem nam nieco otuchy. — Spróbuj jeszcze raz, razem ze mną — wszystko działo się w zatrważająco szybkim tempie. Nie było czasu na zastanowienie; wyciągnąłem różdżkę prosto przed siebie i na chwilę przymknąłem oczy, zatapiając się w odmętach własnych wspomnień. Intymna fizyczność jedynie je spotęgowała. Skoncentrowałem się tylko na jednej myśli — na tętencie kopyt Kelpie, która nie jeden raz wykaraskała mnie z opresji. — Expecto Patronum! — otworzyłem oczy, wprawiając różdżkę w skoordynowany gest. Miałem trudności ze skupieniem, ręka niemal cały czas mi drrżała i chyba tylko tembr głosu był nacechowany odpowiednią barwą, bo skondensowana pozytywna energia, biała magia — pomknęła z różdżki, zapewniając haust światła w mroku tym, którzy potrzebowali go teraz najbardziej. — Lumos Maxima — rzuciłem w kierunku przeciwnym do zaklęcia Thalii, aby rozproszyć jak najwięcej mroku. Serce waliło mi jak oszalałe, lecz jeszcze potrafiłem zachować zimną krew. — Wyjdziemy z tego, obiecuję — wtedy nie zdawałem sobie nawet sprawy, że mogłem bezpośrednio przyczynić się do tej tragedii.

Połowiczny sukces na Patronusa, rzucam na Lumos Maxima. Ekwipunek ten sam, co we wsiąkiewce + łapacz snów od Thalii. Miotła powinna być w magazynku, z którego dałoby się ją przywołać zaklęciem. W moim szkicowniku znajduje się plan całego jarmarku, o czym wspomniałem w jednym z pierwszych postów.
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]02.09.22 23:19
The member 'Garfield Weasley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 59

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]03.09.22 14:34
Na drodze do celu stało przedstawienie, więc nie pozostało mu nic innego, jak tylko podporządkować się losowi i pozwolenie mu przejąć władzy nad swoimi decyzjami. Usiadł więc koło Laurenca, czekając na rozwój wypadków. Gdy tylko na scenie pojawiły się pierwsze osoby, wyprostował się, krzyżując ramiona pod piersią, i skupił całą uwagę na aktorach, których kroki kolejno szemrały na drewnianej podłodze. Zwłaszcza szukał wzrokiem Garfielda i Thalii, gdy sami zgłosili się jako kandydaci do wybarwienia sztuki swoimi rolami. Z początku spektakl zdawał się być romantyczną aranżacją znanej Rhettowi legendy, ale scena po scenie okazywało się coraz bardziej mroczne i niepokojące. Skupił się za bardzo na tym, co działo się na scenie, zajęty analizą przedstawienia umysł zignorował słowa Laurenca. Coś pobudziło jego zmysły, ale nie był w stanie nazwać owego czegoś, dać mu jasną definicję i kształt. To coś przeszło dreszczami po jego karku, a gdy rozejrzał się po ludziach siedzących z przodu i tych, którzy odgrywali swoje role na scenie, wydawało mu się, że coś drgnęło, jak kot prysnęło gdzieś pod nogami zgromadzonych. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, co się dzieje. Poczuł, jak mięśnie wokół uszu spinają się przedziwnie, a umysł mówi niebezpieczeństwo. Wciąż nie rozumiał, ale za chwilę miał już wiedzieć, że nic, co działo się wokół niego, nie było normalne.
- Co powiedziałeś? - spojrzał w końcu na Lauriego, gdy dotarł do niego niezrozumiały głos. Był skołowany. Usłyszał z tyłu spanikowane rżenie konia, doskonale znane. Przypomniał sobie czasy anomalii, kiedy wszystko, co żyło, szarpało się w przerażeniu. - Co się, do jasnej Modesty, dzieje? - wychrypiał przez zaciśnięte zęby.
Aż w końcu wszystko stało się jasne.
Słyszał o tym głównie od swojej służby, w drugiej kolejności od braci - cienie, nieznana czerń rozlewająca się po Somerset, atakująca każdego, kogo tylko miała okazję. Teraz miał to przed oczami, a mimo to nadal nie mógł uwierzyć. Przełknął ślinę. Ludzie wpadli w panikę, to zrozumiałe, zaczęli uciekać, gdzie tylko się dało. Zaczął się rozglądać, starając się podjąć decyzję, która mogła mieć zbawienny wpływ na przerażenie panujące wokół. Czuł serce bijące coraz mocniej, myśli pędzące coraz szybciej.
- Expecto patronum! - różdżka wycelowała swój koniec na scenę, gdzie najwyraźniej rozgrywał się cały koszmar. Spróbował skupić swoje rozbiegane myśli na wspomnieniu tańca z Cece, na momencie jej śmiechu, jej ust rozszerzonych w radości chwili, na jej ciepłych, nieco wilgotnych oczach. Na szczęściu. Patronusy rozganiały mrok. Chciał, by i dzisiaj tak się stało.



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]03.09.22 14:34
The member 'Rhennard Abbott' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 58

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]03.09.22 16:31
Przedstawieniu rozgrywającemu się na wiejskiej scenie daleko było do niesamowitych sztuk, wystawianych w najlepszych teatrach Londynu, gdzie gra aktorów oraz użyte do stworzenia dekoracji zaklęcia były mistrzostwem samym w sobie. Było w nim jednak coś bardzo przejmującego, przez co historię Brenyn oglądało się z zapartym tchem, współodczuwając emocje bohaterów.
Tak, to było misterium. Światło chroniące przed ciemnością, która ciągnęła do niego, niczym ćma. Szepcząca, lodowata, stara niczym ziemia i gwiazdy. Czy zwykły rozum człowieka byłby w stanie ją pojąć?
Gdy tylko Rigel to zauważył, szybko chwycił za ołówek, by zanotować swoje spostrzeżenia, mimo lodowatego deszczu, który wstrząsnął jego ciałem. Na szczęście ciemność była na tyle zahipnotyzowana jasnym ogniskiem, że nie zwracała uwagi na wszystko inne. Byli bezpieczni.
Czarodziej szybkimi ruchami ołówka nakreślił ustawienie aktorów, słowa, symbolikę. Bardzo żałował, że nie był w stanie przyjrzeć się roślinom, jakie zostały użyte do rytuału, ale mimo to spróbował wyczuć ich zapach licząc, że wyostrzony węch pomoże mu identyfikacji. W końcu znał się dość dobrze na florze oraz kadzidłach.
I wtedy też wszystko po kolei zaczęło się sypać, gdyż przerwany krąg nie dawał sobie rady z plugawą ciemnością, która wylała się na niego, okrutnie zgniatając życiodajne światło. Rigel wstrzymał oddech, szybko władował notatnik i ołówek do torby, wiedząc, że nikt już tu nie jest bezpieczny. Trzeba uciekać. Drżącą dłonią sprawdził, czy nadal ma przewieszoną na pasku przez ramię miotłę, lecz zanim zerwał się do lotu, zanim zdążył zrobić cokolwiek - został ogłuszony przez obce głosy, a wszystko pochłonął żarłoczny mrok.
Rigel starał się oddychać, wiedząc, że nie pod żadnym pozorem nie może wpaść w panikę.
Wdech-wydech.
I jeszcze raz.
Mięśnie na jego karku spięły się ze stresu, na szczęście był to już dobrze znany tępy ból, w jaki choroba dawała o sobie znać.
Odsunąć się jak najdalej od epicentrum paniki. Nie słuchać krzyków, rozdzierającego serce płaczu.
Iść.
Powoli.
Spokojnie.

Rigel zobaczył przed sobą najpierw rozbłysk światła, a później lecącego tuż obok świetlistego motyla. Nie myśląc ani chwili dłużej skierował się w stronę, z której usłyszał charakterystyczną inkantację, prawie wpadając na dwójkę ludzi - tych co opuścili krąg.
Mógł im powiedzieć wszystko, co myśli o ich nieodpowiedzialnym zachowaniu, które sprowadziło na wszystkich tu zebranych tragedię. Wyzwać od głupich amatorów, ignorantów, niewiedzących jak delikatna jest struktura magii, szczególnie w tak trudnym akcie woli, jakim jest rytuał. Mógł powiedzieć im to wszystko, tylko że jego gniew nie naprawiłby tragedii, jaka rozgrywała się w ciemnościach. Trzeba było działać.
-To, tam… tam jest coś… Coś bardzo złego - zdążył tylko wydusić, kiedy znalazł się blisko nich, wskazując na miejsce, gdzie wcześniej była scena. Lord Black nawet nie chciał myśleć, co dokładnie dzieje się z aktorami, w momencie, gdy usłyszał mokry dźwięk łamanych kości, od których poczuł nagły ucisk w żołądku, a na języku gorycz. Na wszelki wypadek, by uchronić swoje zmysły od zapachu krwi, zasłonił twarz rękawem.
Musiał uciekać. Trzeba było tylko znaleźć skrzata domowego, po czym szybko teleportować się w bezpieczne cztery ściany kamienicy. Zażyć eliksir, iść spać, żeby na zawsze zapomnieć o tym koszmarze. Tylko że… nie mógł. Nie był w stanie zmusić się do ucieczki, kiedy od małego było mu wpajane, że ich zadaniem jako szlachciców jest chronić ludzi i im pomagać. Służyć przykładem. A jaki byłby z niego obrońca i wzór, kiedy zamiast stawić czoła wrogowi, wycofałby się, podwijając ogon. Owszem, to nie były jego ziemie, a wśród ludzi pewnie znalazłyby się szlamy oraz inni ludzie wątpliwego pochodzenia. Jednak w obliczu konfrontacji z mroczną mocą, bliżej mu było do wroga, niż do czegoś tak obcego.
-Pomogę wam - zwrócił się do kobiety i mężczyzny, chociaż w rzeczywistości była to deklaracja, jaką postawił sam sobie. Skierowawszy różdżkę w swoją stronę, rzekł - Sonorus!
Kiedy mężczyzna poczuł, że zaklęcie się udało, odsunął rękę od twarzy.
-Marudku! Oświetl teren!

|ekwipunek we wsiąkiewce: różdżka, miotła, szata, amulet 4 eliksiry, sakiewka z monetami, papierosy, paczka landrynek, narkotyki, portret od niewidomego artysty


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 13 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Wilkołak

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]03.09.22 16:31
The member 'Rigel Black' has done the following action : Rzut kością


'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]10.09.22 20:26
James, Neala

Ciemność otaczająca Jamesa gęstniała; mrok zdawał się napierać na niego z każdej strony, nie była to jednak gładka, nieruchoma noc, jaką mógł pamiętać – czerń była smolista, szeleszcząca, lepka; przypominała wijące się w powietrzu wstęgi, groźne, złowieszcze, lada moment mogące zacieśnić się na nadgarstkach i kostkach, spętać ciało i ścisnąć gardło. Poruszając się wśród nich, początkowo nie widział nigdzie Neali – zobaczył za to swoją własną dłoń, palce zaciśnięte na drewnie różdżki – i mógł bez trudu odgadnąć, że eliksir zapewniający mu niewidzialność przestał działać. Jego głos, krzyki, brzmiały w jego uszach głucho – jak gdyby tłumiła je warstwa waty, albo jakby dźwięki nie chciały rozchodzić się w przestrzeni, hamowane lawiną szeptów. Rzucone lumos sprawiło, że na końcu różdżki rozbłysło światło, ale blask był słaby, zdolny do rozgonienia mroków w promieniu około metra; drżał też, jakby w każdej chwili miał się załamać i rozproszyć. Wypity eliksir spłynął Jamesowi do gardła, a ledwie się to stało – jego wzrok się wyostrzył. Chociaż czarne, wijące się w powietrzu powidoki nie zniknęły, to czarodziej był w stanie wypatrzeć przemieszczające się między nimi, ludzkie sylwetki. Niemal wszystkie poruszały się w zupełnym chaosie, potykając się i wpadając na siebie; kilka leżało na ziemi – zaledwie parę metrów na lewo od Jamesa, młoda dziewczyna z warkoczami upiętymi w oplatającą skronie koronę, upadła na wydeptaną trawę jak odcięta ze sznurków lalka. Oczy miała szeroko otwarte, ale puste, szyję wygiętą pod nienaturalnym kątem, z rozchylonych w przerażeniu ust spływała strużka krwi; skronie nadal zdobił kwietny wianek. Po ogniskach, do niedawna jaśniejących w wieczornym półmroku, pozostały trzy okręgi wypalonej ziemi i rozrzuconego drewna; część straganów była zniszczona, drewniane słupy połamane, stoliki wywrócone; na ścieżce biegnącej w pobliże sceny leżało coś, co wyglądało jak zwierzęce szczątki i wnętrzności – ale samego ciała nigdzie nie było widać, trawę znaczyła za to szeroka, krwista smuga, jakby coś tamtędy przeciągnięto. Konie rozbiegły się po całym terenie, niektóre znikały między drzewami, inne próbowały ratować się biegiem do wioski; poruszały się jednak na ślepo, wiedzione instynktem. A pomiędzy nimi – i pomiędzy ludźmi, James widział coś jeszcze: kształty, jakby zwierzęce, ale o niewyraźnych krawędziach, przemieszczały się z niemożliwą wręcz szybkością, atakując uciekających w przerażeniu mieszkańców; niektóre wyglądały, jakby miały rogi, inne świeciły w ciemnościach błyszczącymi ślepiami o nienaturalnych barwach; przez sekundę James mógłby niemal przysiąc, że jeden z cieni przeleciał tuż nad nim, łopocząc potężnymi skrzydłami jak płachta powiewającego na wietrze namiotu – ale nie zdążył spojrzeć w jego kierunku, bo usłyszał tuż obok siebie głos Neali, jej nawoływania – a później dostrzegł blade światło trzymanej przez nią różdżki. Jego dłoń natrafiła na jej palce, nie miał wątpliwości, że to była ona.

Neala zauważyła Jamesa niemal w tym samym momencie, w którym on dostrzegł ją – tuż po tym, gdy na końcu jej różdżki rozbłysło światło, oblewając blaskiem jego sylwetkę… i oczy, inne, zmienione, o wielkich jak u kota źrenicach. W plamie żółtawego światła trudno było jej dostrzec więcej, pod nogami miała trawę – miejscami pobrudzoną czymś czarnym i połyskującym. Od czasu do czasu ktoś przebiegał tuż obok, słyszała krzyki i czuła ruch, niemożliwym było jednak rozróżnienie głosów – za wyjątkiem tego jednego, który rozlegał się tuż przy niej, a może w jej głowie – słyszalny wyłącznie dla niej. Teraz też odpowiedział, tak wyraźnie, jakby wypowiadająca słowa kobieta stała pomiędzy nią a Jamesem – a mimo to czarodziej nie był w stanie dosłyszeć niczego.

Gdzieś dalej – za plecami Jamesa, pomiędzy pniami tworzących las drzew – zamigotało niewyraźne światło; blade, kołysało się mniej więcej na wysokości kolan – póki co jednak ani Neala, ani James, nie byli w stanie stwierdzić, czym było.

Garfield, Thalia, Rigel

Thalia, jako jedna z nielicznych, mogła częściowo zdawać sobie sprawę z tego, z czym czarodzieje mieli do czynienia – pamiętała siłę, z jaką poruszające się błyskawicznie cienie zaatakowały członków Zakonu Feniksa, nieomal pozbawiając życia dwójkę z nich. Tamte – w porównaniu do tego, co działo się na jarmarku – wydawały się jednak mniej potężne, lub może po prostu – mniej liczne; teraz czarownicę otaczał mrok rozlewający się wszędzie, gdzie sięgało jej oko, a co się w nim kryło – nietrudno było zgadnąć. Być może właśnie ta świadomość uniemożliwiła Thalii przywołanie patronusa – dobre wspomnienia zalały te niedawne, uszy wypełnił charkot niemal identyczny temu, jaki wydawały z siebie cieniste psy w Sennej Dolinie; z różdżki czarownicy wydobył się zaledwie strzęp szarej mgły, to jednak wystarczyło, by odnalazł ją Garfield. Obecność przyjaciółki dodała czarodziejowi otuchy, uchwycił ją za ramię, upewniając się, że nie zgubią się w chaosie – a gdy wypowiedział przywołującą strażnika inkantację, z końca jego różdżki wydobyło się srebrzysto-błękitne światło. Czysta, biała energia ukształtowała się w kształt motyla, który rozpostarłszy skrzydła, wzniósł się wyżej – lecz nie mając dementorów, których mógłby przegonić, zaczął zwyczajnie krążyć wokół Garfielda, prawdopodobnie za moment mając rozmyć się w rozganianym częściowo mroku.
Dwie kule światła wydostały się z różdżek Thalii i Garfielda niemal jednocześnie, mknąc w przeciwnych kierunkach, a później zastygając na wysokości około dwóch metrów – tworząc pośród rozstępujących się ciemności dwie niewielkie wyspy światła i wyciągając z nich obraz równie odrealniony, co makabryczny. Na scenie, w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło, leżały ciała młodych aktorów, chłopców i dziewcząt – ułożone w stertę jedno na drugim, przypominały coś w rodzaju bezładnej rzeźby; kończyny miały powykręcane, skórę i mięśnie miejscami rozorane, jakby wbiły się w nią potężne kły i pazury; jasne sukienki i tuniki pokrywała krew, rozlewająca się również po tworzących parkiet deskach; po trawie i iluzji lasu nie było śladu, zniknęły wszystkie rekwizyty. Światło wyciągnęło też z ciemności pierwsze rzędy ławek, te były jednak opustoszałe – ludzie zdążyli przepchnąć się już dalej, i to nad nimi zawisła druga z wyczarowanych kul. Kilka osób, mężczyzn i kobiet, zatrzymało się nagle, może zaskoczonych, a może oślepionych; zauważając, że otacza ich żółtawe światło, skulili się obok siebie, nie chcąc znów wbiec w mrok; rozglądali się, wyraźnie nie wiedząc, co robić.

Rigel znajdował się zbyt daleko od ogniska, by przyjrzeć się dokładnie białym płatkom kwiatów, które tworzyły wiązanki, ale gdy te spłonęły w ognisku, dotarła do niego ich woń; doświadczenie w tworzeniu kadzideł pomogło mu częściowo ją zidentyfikować – był pewien, że wyczuwa w powietrzu wyraźną woń lawendy, a charakterystyczny, cierpki zapach sugerował, że jasne kwiaty mogły być kwiatami ciemiernika.
Poruszanie się w niemal zupełnych ciemnościach nie było łatwe; zmierzając w stronę czarodzieja, który wyczarował świetlistego motyla, Rigel potknął się dwa razy, raz prawie przewracając przesuniętą przez uciekających widzów, drewnianą ławeczkę – ale wreszcie udało mu się dotrzeć do Thalii i Garfielda. Rzucone na samego siebie zaklęcie zadziałało, sprawiając, że głos arystokraty stał się donośniejszy, wyraźniejszy. Przywołany skrzat pojawił się tuż obok swojego pana z cichym trzaskiem, kłaniając się w pas i unosząc drobne dłonie o długich palcach; pstryknął nimi kilka razy, powodując pojawienie się dookoła kilku kulek światła – słabszych niż te wyczarowane przez sojuszników Zakonu Feniksa – ale te zdawały się drżeć i kołysać, jakby lada moment miały znów pożreć je ciemności. – Musimy uciekać, sir, Marudek nie może pozwolić, żeby panu stała się krzywda! – krzyknął skrzat, wielkimi oczami spoglądając na Rigela; nie śmiał jednak złamać rozkazu, przez cały czas starając się rozgonić ciemności – ale była to syzyfowa praca, mrok gęstniał z każdą chwilą, napierając coraz bardziej – a później stało się coś jeszcze.

Ziemia pod stopami całej trójki zadrżała; Garfield, Rigel i Thalia poczuli, jak ich stopy zaczynają się zapadać, grzęznąc w roztapiającym się błocie, które – początkowo nie większe od kałuży – zaczęło się rozlewać, pochłaniając coraz większą połać terenu. Wszyscy zachwiali się, gdy niedający już oparcia grunt przestał zapewniać jakąkolwiek równowagę; zapadali się, jak w ruchomych piaskach, ziemia zaczęła sięgać łydek i kolan. Jeśli chcieli wydostać się na stabilne podłoże, musieli się pospieszyć – ale nim zdążyliby zrobić cokolwiek, Thalia poczuła, jak coś mocno oplata się wokół jej kostek. Potężna siła pociągnęła ją w dół, wciągając w błoto, które oblepiło całe jej ciało, uda, talię, klatkę piersiową; mięśnie nóg zapiekły, jakby wbiły się w nie niewidzialne ostrza, albo dziesiątki zębów, skóra zapłonęła gorącem i bólem – ale ciągnące ją w dół palce (macki? nie była pewna) nie odpuszczały; lada moment ziemia miała pochłonąć ją zupełnie.

Laurence, Rhennard

Tłum wokół czarodziejów gęstniał, popychając ich i ciągnąc, aż wreszcie niemożliwe stało się zachowanie orientacji w najbliższej przestrzeni; na nawoływanie Laurence’a nikt nie odpowiedział, nigdzie nie widział też Millicenty. Wykreślone przez niego litery zawisły ponad głowami jego i przepychających się ludzi, przez moment doskonale widoczne również dla Rhennarda, Thalii, Rigela i Garfielda – ale Laurence nie mógł, nawet gdyby chciał, pozostać dokładnie pod nimi. Był tylko jednostką w płynącej w stronę straganów rzece ludzi, jeśli postanowiłby się im oprzeć – z pewnością upadłby na ziemię; on i Rhennard przesuwali się razem z nimi, w pewnej chwili musieli też chyba zostać wypchnięci na rozdzielającą rzędy ławek alejkę – bo przestali wpadać na niskie ławeczki. Kiedy ponad ich głowami rozbłysły kule światła, dwie większe i kilkanaście mniejszych, mogli dostrzec swoje twarze – i zorientować się, że rzeczywiście znaleźli się dalej od sceny, na połaci trawy oddzielającej ostatni rząd ławek od stoisk. Jeśli spojrzeli w stronę podwyższenia, również i oni dostrzegli makabryczny widok piętrzących się na niej ciał; widzieli też świetlistego motyla połyskującego gdzieś obok sceny, do którego po chwili dołączył potężny jeleń szlachetny, przywołany przez Rhennarda. Lord Abbott poczuł, jak magia dobrego wspomnienia rozpala go ciepłem od środka, a różdżka wibruje pod palcami; jeleń, zgodnie z jego wolą, pomknął galopem ku podwyższeniu, ale podobnie jak motyl, nie odnalazł dementorów do przegnania.
Laurence nie zdołał rzucić na siebie wspomagającego zaklęcia, bo gdy tylko uniósł różdżkę, ktoś szarpnął go za ubranie. – Pomocy! – rozległo się obok czarodziejów, przerażona kobieta uchwyciła się koszuli Laurence’a, wpatrując się w niego błagalnie. – Mój syn, był tu gdzieś, niedaleko – mówiła szybko, ucinając sylaby; płacz dziecka, który dało się słyszeć wcześniej, już umilkł.

Wszyscy

Przestrzeń znowu zawibrowała, poruszając się w rytm nakładających się na siebie głosów – a ciemności zaczęły gęstnieć. Wszyscy znajdujący się na terenie jarmarku mogli dostrzec, jak wyłonił się z nich nienaturalnych rozmiarów jeleń – bardziej czarny od nocnego nieba, wkroczył dumnie na oświetloną przez lumos maximę scenę, wraz z każdym krokiem pochłaniając zalewające ją światło. Z jego poroża coś zwisało, jaskrawoczerwone strzępy wydawały się ociekać krwią; przeszedłszy obok powykręcanych ciał, pochylił łeb, stuknął kopytem o deski, po czym odbił się od nich i zaszarżował – mknąc prosto ku świetlistemu jeleniowi wyczarowanemu przez Rhennarda. Ten nie pozostał bierny, również się pochylił, gotowy przyjąć atak cienistej istoty, ale gdy tylko spotkały się ich rogi, te utkane z białej magii skruszały, a sam patronus – został pochłonięty przez mrok. Podobny los spotkał świetlistego motyla, stado łopoczących skrzydłami wron o długich piórach i ostrych dziobach spadło na niego znikąd, rozrywając delikatne skrzydła. Mrok zadrżał, rozganiające go kule światła gasły po kolei, jedna po drugiej. Trzymająca się Laurence’a kobieta wrzasnęła z bólu – a chociaż sam Laurence nie widział, co dokładnie ją zaatakowało, to dostrzegł moment, w którym uleciało z niej życie – jej usta rozwarły się nagle, odkaszlnęła gwałtownie – opryskując twarz i przód szaty czarodzieja krwią, a później coś ją od niego oderwało, wciągając ją w ciemności.

Nie ulegało wątpliwości, że ten sam los miał za chwilę spotkać wszystkich pozostałych.

Mistrz gry najmocniej przeprasza za obsuwę, wynikała z niespodziewanego nawału obowiązków w pracy. Ma nadzieję, że już nie czekają nas więcej podobne przestoje, a w ramach przeprosin ma dla was niespodziankę - otrzyma ją postać, która w tej turze wrzuci na kości k100 najwięcej oczek (rzut jest dodatkowy, nie zajmuje akcji).

Obecna tura trwa do 12 września do godz. 22:00. Post mistrza gry pojawi się we wtorek. Możecie wykonać maksymalnie dwie akcje angażujące, jeśli decydujecie się na próbę opuszczenia terenu jarmarku - musi być to ostatnie podjęte w poście działanie.

Działające zaklęcia i eliksiry:

Eliksir kociego wzroku (James) - 1/3 tury, +5 do spostrzegawczości
Sonorus (Rigel) - 1/3 tury
Capillus (Rigel)
Reducio (miotła Rhennarda)

Żywotność i energia magiczna:

James - 238/238; EM: 49/50
Rhennard - 205/205; EM: 47/50
Thalia - 207/207; EM: 47/50
Neala - 211/211; EM: 49/50
Laurence - 205/205; EM: 48/50
Millicenta - 175/175; EM: 50/50
Garfield - 170/170; EM: 46/50
Rigel - 155/155; EM: 48/50

W razie pytań - zapraszam.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]10.09.22 23:42
Ciemność wyciągnęła po mnie swoje ramiona. Czułam, jak oblekają mnie przynosząc nieprzyjemnie uczucie przemykające po kręgosłupie. Szepty wokół potęgowały strach rozlewający się wewnątrz i na zewnątrz mnie. Nadzieja… oddalała się coraz bardziej niemożliwa do uchwycenia. Mrok przyszedł po mnie, teraz. Wraz z obijającym się sercem próbując odnaleźć siłę by ruszyć się chociaż o krok w kompletnym szoku nie potrafiąc nawet drgnąć jednocześnie drżąc. Zaciskając dłoń na miotle z siłą której nawet nie dostrzegłam. Próbując uporządkować szalejące myśli, odnaleźć jakieś wskazówki w tym, co mówiono mi wcześniej, podjąć jakieś działania zanim doprowadzę się do szaleństwa szybciej.
I wtedy pojawił się głos. Jeden, a zaraz drugi. Oba rozbrzmiały wyraźnie, sprawiając że serce wywróciło mi się w nieopisanym uczuciu ulgi. Choć sytuacja wcale nie uległa poprawie. Poczułam pod powiekami łzy. Tak bardzo chciałam, potrzebowałam, żeby choć jeden z nich był prawdziwy - nie należący jedynie do mojej zbyt bujnej wyobraźni. Mówiłam, nie pamiętając nawet co przed chwilą powiedziałam. Emocje rozszalały się we mnie na poważnie i całkiem. Mrok na zewnątrz zdawał się przenikać też do środka mnie. Beznadzieja zawitała w myślach. Logika z trudem przebijała się przez nią zbijana i odsuwana na bok strachem. Z trudem podejmowałam decyzje, jakbym od samego początku nie mogła być do nich w ogóle zdolna. A co jeśli… tak naprawdę nigdy nie byłam. Naprawdę miałam tutaj zginąć? Dzisiaj, teraz, jeszcze zanim poznałam życie, poznałam miłość. Myliłam się strasznie wcześniej. Dopiero teraz zrozumiałam, że chciałam jej naprawdę. Wielkiej, mocnej, niepokonanej, unoszącej ponad ziemią, uskrzydlające i szczęśliwej. Czyli… to nigdy nie było mi pisane. Przełknęłam silnę, czując gulę w gardle. Czepiając się głosów, który wybijały się ponad szepty straszne. Odpowiadając obu, do obu mówiąc. Oszalałam całkiem, nikogo tu ze mną nie było. Mimo to one pozwoliły mi się w końcu poruszyć, wziąć różdżkę rozpalić światło, przesunąć miotłę układając ją między nogami by wskoczyć na nią szybko kiedy…
…kiedy mnie znajdzie.
Zduszony, niekontrolowany okrzyk opuścił moje usta a ciało podskoczyło, kiedy jego dłoń natrafiła na moją. Serce zabiło. Najpierw raz, ogłuszająco mocno - wyraźnie. A potem zatrzymało się, gdy oczy w końcu mogły coś dostrzec. I dostrzegły jego. Wzięłam drżący wdech przez nos. Płatki rozchyliły mi się wyraźnie, kiedy spazmatycznie nabrałam powietrza.
- To ty… - szepnęłam, czując jak brwi unoszą mi się w wyrazie niepewnej ulgi a oczy zachodzą łzami. - Naprawdę… - dodałam jeszcze. Naprawdę mnie znalazł. Ciało wyrwało się do niego, jakby chciało go objąć i sprawdzić dokładniej czy był tu naprawdę. kiedy dostrzegłam oczy - inne, nie takie. Mimowolnie zamarłam. - Twoje oczy… - mówiłam dalej chaotycznie nie potrafiąc dokończyć zdania. Zaczynając wątpić w jego prawdziwość. - Ale jak… - się tu znalazłeś. Miałam już o to zapytać, ale nagle odwróciłam głowę rozglądając się wokół. Słysząc podobnie głos, ciepły, przyjemny, jakby melancholijny, mimo, że nikogo nie widziałam, głos, który odpowiadał na zadane wcześniej pytania. - Mną? - szepnęłam powtarzając to co mówiła. To nie było możliwe. Ja byłam sobą. Nikt inny mną być nie mógł. Zmarszczyłam brwi w niezrozumieniu. - Obiecujesz? Co mam robić? - zapytałam więc jej. Potrzebowałam pomocy, ale potrzebowałam też zapewnienia. Potrzebowałam informacji, których nie miałam, nie wiedząc nawet po co miałabym je posiadać. Oszalałam, to było pewne. - Musimy uciekać, Jimmy. Do lasu. Rozumiesz? - zapytałam wracając do niego rozbieganym wzrokiem, który nadal rozglądał się wokół w poszukiwaniu właścicielki głosu. Przekazując mu to, co już zdążyła mi powiedzieć. Potrzebowałam, żeby mi uwierzył. Potrzebowałam go ze mną. Tam gdzie chciała żebym poszła. Szukałam jej. Mnie samej. Jej. Mojej… właśnie, czego? Ale ona była inna wybijająca się ponad mrokiem, który nas oblegał. Powiedziała że pomoże. Wtedy moje spojrzenie przyciągnęło niewyraźne światło za plecami Jamesa. Zmarszczyłam brwi. - Do lasu. Ona mi… nam pomoże. Jest mną, a ja nią. Musimy uciekać zanim mrok zupełnie wszystko pochłonie. Czuję... Muszę... jej, sobie, zaufać. Ja… Chodź. Szybko! - powiedziałam unosząc wyżej miotłę, chcąc żeby wsiadł na nią razem ze mną. Żebyśmy opuścili to miejsce, które sprawiało, że cała się trzęsłam. Zaciskałam na niej rękę. Drugą, tą z różdżką, dotykając jego. Jakby bojąc się, że kiedy nie będę czuć choćby dotyku jego skóry okaże się nieprawdą. Albo zniknie całkiem. Przepadnie. Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale dźwięk kopyt odwrócił moją głowę w stronę sceny. Przestrzeń zawirowała przynosząc nieprzyjemne uczucie. A kiedy go dostrzegłam zamarłam. Pobladłam, choć w ciemności nie dało się tego dostrzec. - To nie władca lasu, to śmierci pan. - nawet nie byłam świadoma tego, że to powiedziałam. Poczułam swędzące uczucie na rękach tak jak wtedy w lesie. Obserwowałam wszystko rozchylając usta czując obijające się w piersi serce. Zrobiło mi się niedobrze. Celine się myliła, próbując zapewnić go że nie robiłyśmy nic złego. Nie po to nas wtedy odnalazł. Przyszedł zapowiedzieć mi kres mojego życia. Patrzyłam jak jaśniejąca sylwetka patronusa rozpada się, jak całe światło zamiera. - Nie chcę umierać… - szepnęłam kręcąc głową, ale nogi mi odmówiły posłuszeństwa gdy chciałam się cofnąć. Mylił się też James, chyba wcale nie była odważna. Czułam jak rozrasta się we mnie panika. Jak rozum nakazuje ruch, namawia do niego, podsyła kolejne słowa, które powinnam wypowiedzieć do Jamesa. Do tego żeby wsiadł. Żeby mnie objął albo żebym ja objęła jego. Żebym potem mięśniom nakazała się odbić i wyruszyć w powietrze. Miałam… Powinnam… Musiałam uciekać. Dostać się do lasu. Ale nie mogłam. Ciało nie chciało słuchać. Zamarło tak po prostu, a łzy pomknęły po policzkach.

| rzucam na k100 dla Mistrza


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]10.09.22 23:42
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 71

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 5 UZ9AVja
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 0:31
Mrok, który go otaczał nie był nocą, którą znał. Ani tą rozgwieżdżoną, w trakcie której wesołe iskry trzaskającego ognia ulatywały prosto do gwiazd, ani tą ciemną, gęstą, wypełnioną koszmarami i potem spływającym wzdłuż kręgosłupa, gdy drobiny kurzu osadzone na kościstych łopatkach przypominały piach lub gruz uwierający przy ciasno przylegającej koszuli. Ten mrok był lepki, śliski. Umykał powracał, jak najgorsze sny. Znikał, pozwalając na złapanie oddechu i otulał znów ciasno niczym sznur, zmuszając do wstrzymania oddechu. W pewien sposób nie potrafił uwierzyć — słyszał plotki o nocnych marach, które ze świata koszmarów przeniosły się na jawę, ale zrzucał to na karb wojny i doświadczeń, których ludzie nie potrafili udźwignąć. A jednak to, co działo się wokół niego paraliżowało go i wzbudzało panikę jednocześnie. Zdawało mu się, że przez to mógł tylko stać i patrzeć na to wszystko — kiedy jego organizm zaczął reagować na działanie eliksiru; kiedy w ciemności zaczął dostrzegać to wszystko, czego tak naprawdę wcale nie chciał widzieć.
Szeroko otwartymi oczami obserwował makabryczny spektakl, taniec śmierci, która z ostatniego aktu uczyniła okrutny teatr. Nie chciał siedzieć na widowni, a tym bardziej nie chciał zostać bohaterem rozgrywających się scen. I w otaczającym go chaosie, rozgardiaszu i zamęcie, czuł się bezradny — nie mógł zrobić nic. Krzyczał, wołał, ale nie wierzył, że był słyszany, zupełnie tak, jakby ktoś zamknął go w szklanej bańce wypełnionej gęstym, czarnym dymem. Odliczał w myślach sekundy, w których poczuje jego smród, zaczynając się dusić — ale przecież nigdy nie był na to gotów. Na śmierć. I choć od lat towarzyszyło mu przeświadczenie, że oszukał ją cudem, że kiedyś po niego wróci, wciąż nie był gotów się z nią przywitać jak z dawno porzuconą przyjaciółką. Widząc własne dłonie, różdżkę wiedział, że poprzedni eliksir przestał działać, a teraz — ostrzegając w ciemności więcej, kolejny zaczynał. Zamurowany stanął kiedy przed nim upadła dziewczyna. Ledwie ją dostrzegał, jej zarys, słaby widok jakby oglądał świat przez woalkę, czarny tiul. Puste oczy, jak u lalki mówiły tylko jedno. Nie potrafił zmusić się, by do niej doskoczyć; by sprawdzić czy żyje, od razu — może przedwcześnie — zakładając, że nie było dla niej ratunku. Egoistycznie myśląc tylko o tym, że on sam wciąż żył i Neala też musiała, tu gdzieś była. I oni dwoje wciąż mieli szansę na ratunek. Łzy napłynęły mu do oczu, kiedy odwracał wzrok od dziewczyny przyozdobionej kwietnym wiankiem. Nie było czasu na myślenie, na rozważania — czym sobie na to zasłużyła? Ile mogła mieć lat? Dlaczego? Instynkt podpowiadał tylko jedno: wiej, kurwa, wiej.
Chaos panujący wokół niósł pesymistyczną wizję końca świata. Wypuścił powietrze z płuc, rozglądając się wokół. Dostrzegając skrawki świata, przestrzeni wokół. Zniszczonych straganów, martwych ciał. Festyn i zabawa w ułamku sekund zmieniły się w prawdziwy koszmar. Ale przeżył wiele, przetrwał. Ci, którzy stali w miejscu ginęli równie szybko jak ci, którzy uciekali w popłochu bez planu gnani wyłącznie nadzieją na ratunek. On dobrze wiedział, że nikt nie nadejdzie z odsieczą, nikt po niego nie przyjdzie. Nigdy nikt nie przyszedł — ze wszystkiego musiał uratować się sam.
Zamrugał, kiedy demony ciemności przemieszczały się miedzy uciekającymi w panice ludźmi. Nie podobne do nich, niepodobne do zwierząt ani niczego innego, co znał — przywodząc na myśl tylko postacie z legend i cygańskich baśni, gróźb, którymi straszono niegrzeczne dzieci. Jeszcze jeden oddech, serce bijące prędko podskoczyło do gardła, kiedy w ułamku sekundy odwrócił się, w końcu napotykając ją przed sobą. Poczuł jej palce, jej ciepłą dłoń, ujrzał ją przed sobą. Zacisnął dłoń mocno, najmocniej jak tylko mógł.
— To ja — powiedział od razu. — Potem wszystko ci wyjaśnię, musimy uciekać — wyrzucił z siebie na jednym wdechu. Tylko dokąd? Wszędzie wokół panował istny zamęt. — Do wioski — zdecydował od razu, bezmyślnie i bez żadnego planu. Tam, gdzie było więcej ludzi — jakże to było podło — mieli większą szansę by przetrwać. Uciec, dać sobie czas. — Co? — spytał zdruzgotany. Gdyby nie to, że nie miał planu, pomysłu, pojęcia co zrobić w tych ułamkach sekund, nawet by nie zareagował. Ale nie miał, nie wiedział, jak ich uchronić przed tym złem. Przeklinał się w myślach, że nie słuchał Steffena, że nie przykładał się do zaklęć, że nie był w stanie wykrzesać z siebie choć trochę magii, która mogła im pomóc. — Neala? — Co miał jej obiecać? Mówiła wciąż do niego? Kiwnął głową w zgodzie, tak musieli uciekać. Do lasu. — Co? Zgłupiałaś? — Wyrzucił z siebie w porywie paniki. Oszalała. Do jakiego lasu? W lesie były bagna, na bagnach czekała ich pewna śmierć. — Kto? Kto jest... Neala? Słyszysz mnie? — Spojrzał na nią, zaraz potem szarpnął jej ręką. Bądź tu, bądź ze mną, tu i teraz!
Wtedy coś się wydarzyło. Uniósł wzrost wyżej, w kierunku sceny. świetlisty patronus, szlachetny jeleń. Choć był daleko, poczuł ciepło i pierwszy raz naprawdę i szczerzę, gdy go zobaczył od tych wszystkich poprzednich razów, poczuł w głębi serca prawdziwą nadzieję. Wierzył, że rozgromi mrok. Ale przed nim bliźniaczki stwór pomknął ku niemu, a światło zgasło. Światło przegrało z ciemnością, nadzieja gasła, a wraz z nią szansa na ocalenie. Nie było już nic. Pan śmierci? Tym to było? Puścił jej dłoń i ujął za to jej twarz w nie, zmuszając, by na niego spojrzała. Między palcami jednej wciąż trzymał różdżkę, która przyciskał do jej policzka.— Zostań tu ze mną, słyszysz? Nie umrzesz. Nie dzisiaj. I nie przy mnie, jasne?— Spojrzał jej w oczy, nieświadom, ze jego własne, kocie, wyglądają zupełnie inaczej. Miał dziś tą szansę, miał czas, by jej to powiedzieć. Kiedy wtedy przyszli tamci ludzie nie było obok Eve, nie było Sheili. Były całkiem same. Dziś Neala była tu z nim i nie zamierzał jej puścić.— Do żadnego lasu, musimy stąd uciec. Zrób mi miejsce — nie prosił, kazał, czując, że zrobi to lepiej od niej. Wepchnął się więc przed nią, siadając na miotle. — Trzymaj się mnie, mocno — powiedziawszy to, odepchnął się od ziemi. W pierwszej chwili, wiedząc, że na dole mieli większą szansę na stratowanie. — Trzymaj się i nie przestawaj świecić — Własną różdżkę zgasił, schował ją, upewniwszy się, że nie wypadnie — był zdenerwowany. Jedną ręką trzymał mocno trzon miotły, drugą wygrzebał z kieszeni kompas, który dostał od Marcela na urodziny. Miał wskazywał bezpieczne miejsce — nawet jeśli to nieprawda, nawet jeśli to tylko sztuczka, bardzo chciał wierzyć, że da im choć trochę czasu. Korzystając ze światła z różdżki Neali chciał spojrzeć w kompas, nieco zawieszony nad ziemią na jej miotle. — Trzymaj się — Przypomniał jej, patrząc na wskazówkę kompasu, a potem, kierując się w stronę, które wskazywała, a jeśli szalała, kierując się przed siebie na oślep.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 5 z 11 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 9, 10, 11  Next

Bagna Brenyn
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach