Wydarzenia


Ekipa forum
Kiosk z gazetami
AutorWiadomość
Kiosk z gazetami [odnośnik]28.08.22 22:24
First topic message reminder :

Kiosk z gazetami

Znajdujący się nieopodal Mostu Demimozów kiosk z mugolską prasą jest od dawna zamknięty – szyld na drzwiach głosi, że przeznaczony jest na sprzedaż, a na frontowej witrynie wciąż zobaczyć można pierwsze strony mugolskich gazet, donoszących o targających krajem, niewyjaśnionych anomaliach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że zamknięte na cztery spusty wejście jest zaczarowane, i prowadzi tak naprawdę do jednego z budynków podziemnego Ministerstwa Magii – mieszczącego siedziby Oddziału Łączności oraz Biura Informacji i Propagandy. Żeby otworzyć przejście, wystarczy odczytać na głos fragment jednego z prasowych artykułów – dla bezpieczeństwa zmieniających się co kilka dni.
W pobliżu kiosku znajduje się również słup informacyjny, na którym członkowie obu wydziałów wywieszają przeznaczone dla wszystkich mieszkańców ulotki i wiadomości z kraju; znaleźć tam można między innymi skróty najistotniejszych, wojennych wydarzeń, broszury z poradami dotyczącymi zabezpieczenia domu i zachowania się w przypadku ataku szmalcowników, portrety pamięciowe najgroźniejszych przestępców i różnorakie ostrzeżenia. Słup zawiera również sekcję ogólnodostępną, na której mieszkańcy wywieszają własne ogłoszenia: niektóre dotyczą poszukiwanej lub oferowanej pracy, inne zaginionych członków rodziny, czy ofert zakupu lub sprzedaży. Wiadomość zostawić może każdy, ich treść jest jednak regularnie sprawdzana przez członków magicznego podziemia – ogłoszenia brzmiące podejrzanie są szybko zdejmowane.

Postać, przeglądając ogłoszenia, może wykonać rzut kością k100 i zinterpretować wynik zgodnie z poniższą rozpiską. Reakcja na odnalezione ogłoszenie nie jest wymagana.

2 - 20 – Znajdujesz ogłoszenie, w którym mieszkanka Plymouth poszukuje pomocy przy uprzątnięciu mieszkania zdemolowanego w trakcie rabunku. Jeżeli na nie odpowiesz i rozegrasz odpowiedni wątek, możesz dopisać sobie do skrytki 30 PM (wątek nie wlicza się w limit wątków z pracą).
21 - 40 – Znajdujesz ogłoszenie z ofertą sprzedaży kurzych jaj z własnej hodowli (10 PM za tuzin).
41 - 60 – Znajdujesz ogłoszenie o organizowanej w najbliższy weekend potańcówce, która odbędzie się w lokalu niedaleko. Z ogłoszenia można oderwać specjalny kupon, który – po okazaniu przy barze – gwarantuje zniżkę na Czarne Ale.
61 - 80 – Znajdujesz ogłoszenie o zaginięciu ukochanego, starego kuguchara o imieniu Puszek. Jeśli rozegrasz wątek z poszukiwaniami i postanowisz zwrócić zwierzaka, właścicielką okaże się wiekowa staruszka, która w ramach podziękowania podaruje ci domowej roboty placek z wiśniami i kruszonką. Próba przywłaszczenia sobie zwierzęcia zakończy się dotkliwym podrapaniem i ucieczką kuguchara.
81 - 99 – Znajdujesz ogłoszenie z ofertą zakupu wywaru wzmacniającego. Jeśli go posiadasz, możesz go sprzedać za 20 PM (jedną porcję).
1 lub 100 – Dziwnie brzmiące ogłoszenie zwraca twoją uwagę. Wymaga interwencji mistrza gry – zgłoś wyrzucenie w aktualizacjach.

Jeśli postać zdecyduje się odpowiedzieć na którekolwiek z ogłoszeń, fakt ten należy zgłosić w aktualizacjach, żeby mogło zostać ściągnięte i wymienione na inne.

Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kiosk z gazetami - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]23.11.22 22:27
-Wiedziałem, co robisz w pracy. - odciął się, od razu przechodząc w defensywę. Żaden mężczyzna nie lubił, gdy wypominano mu, że był ślepy. Że stracił czujność, czując zbyt wiele, gdy powinien myśleć logicznie. Nieświadomie uderzyła też w inny czuły temat, w osobistą słabość. Michael sam był nieodłącznie spleciony ze swoją pracą - ba, nie umiał wyobrazić sobie bez niej życia! Miesiące na przymusowym urlopie po wlikołaczym ugryzieniu były jednymi z najciemniejszych w jego życiu, właściwie brak perspektyw na powrót do pracy (przełom w badaniach nad eliksirem tojadowym i braki w kadrach po pożarze w Ministerstwie okazały się fortunnym dla niego splotem okoliczności) odbierał mu chęci do życia, właściwie bardziej żywy i mniej nieszczęśliwy czuł się nawet w wojennym koszmarze. Teraz przynajmniej nie był bezczynny.
Czy tacy właśnie byli? On - uzależniony od adrenaliny, od działania, podejrzliwy wobec czarnej magii? Ona - manipulantka, kryjąca prawdziwą siebie pod maską kłamstw?
Nie chciał w to wierzyć, dopuścić do siebie tej prawdy - zbyt oczywistej i kłującej teraz, gdy nie dało się jej ignorować, jak przed laty. Wtedy wierzył w końcu, że Adda kłamała w pracy, że przy nim była inna, że był w jakiś sposób... szczególny.
Głupiec.
Zacisnął usta, słysząc o systemie wartości. Cisnęły się na nie kolejne przykre słowa - o tym, gdzie jest właściwie granica tego systemu. Nie możesz spotykać się z mugolakami, ale nie możesz też patrzeć na ich rzeź, śmierć jest granicą? - właściwie to logiczne, drobna nietolerancja przychodziła ludziom łatwo, jeszcze łatwiej można było ją usprawiedliwić. Tyle, że to przejawy nietolerancji, to uprzedzenia czarodziejów o lepszej krwi... to wszystko doprowadziło do sytuacji, w której się teraz znaleźli. Do okrucieństwa jednych i bierności innych. I nawet gdy Adda działała, po ich stronie, to nie wiedział jak zapomnieć o zadrze sprzed lat.
Może pierwszym krokiem do wybaczenia będzie ugryzienie się w język.
Ale nawet tego nie zdążył zrobić świadomie. Adda wyciągnęła dłoń, jak za dawnych lat. Zawsze elegancka. Musnęła palcami materiał płaszcza na lewym barku, tym pogryzionym, i nic nie było jak za dawnych lat.
Otworzył szerzej oczy i cofnął się, zbyt gwałtownie, jak oparzony. Wyciągnięta dłoń zastygła w powietrzu.
Adda odwróciła wzrok, on też. Jej słowa docierały do niego jak przez mgłę. Nie żałowała - ale sam nie wiedział, co jej odpowiedzieć.
W teorii nic z tego, co się stało później nie było jej winą, a jego wyborem. Jego wyjazdem, jego błędem.
W praktyce przez ostatnie dwa i pół roku rozważał jednak wszystkie wersje przeszłości, w której nie wyjechał do Norwegii. Odtwarzał wspomnienia ich ostatniej kłótni, świadom, że tuż po tym podjął decyzję.
Jak miał nie żałować?
-Chodźmy. - wymamrotał, chrapliwie, sucho. W innej sytuacji mógłby się może zdobyć na krótkie "ja też nie", na ten prosty gest uprzejmości, ale lewy bark palił fantomowym bólem. Nie miał czasu oswoić się z myślą o ich spotkaniu, o podobnej rozmowie - a przez ostatnie miesiące stronił od ludzi, z powodu listu gończego stronił nawet od siedziby podziemnego Ministerstwa, nie chcąc pojawiać się w Plymouth bez wyraźnej potrzeby. Zdziczał.
Adda się rozpogodziła, a może tylko robiła dobrą minę do złej gry.
-Skoro rozwiesiła ogłoszenia, to myślę, że sąsiadów już pytała. - mruknął, nawet w tej sytuacji zgrywając wszechwiedzącego śledczego.
-Lepiej nie myśl za często jak kot, to podobno grozi powikłaniami. - uśmiechnął się półgębkiem, ostatnio wyczytał to w jakiejś książce o magipsychiatrii gdy przypadkowo otworzył rozdział o animagii. Wcześniej się tym nie interesował, nieświadom ryzyka podejmowanego przez Addę - kilka miesięcy temu musiał po prostu zadbać o własne zdrowie.
-Eee... - przykucnął obok Addy, niepewny, jak wzbudzić zaufanie kota. -Kicikici? - albo mógłby go sparaliżować zaklęciem i odnieść do właścicielki. Chyba okrutne, ale skuteczne...?



Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Starszy auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 43 +4
UROKI : 34 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Wilkołak
Kiosk z gazetami - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]24.11.22 14:37
Ach, tak? ― Znów uderzyła w lekkie tony. Odniosła wrażenie, że im obojgu przydałaby się zmiana tematu, zmiana nastroju. Może zmiana tożsamości albo czasów w których przyszło im żyć. ― W takim razie obawiam się, że dla mnie jest już za późno. Do kompletu brakuje mi tylko dziewięciu żyć i ogona.
Przez chwilę trwała w miejscu, rozmyślając nad możliwymi sposobami pojmania Puszka. Oczywiście, mogliby wysłużyć się magią. Machnąć różdżką, spętać zaklęciem i proszę bardzo, gotowe. (Spojrzała znowu w stronę kociej kryjówki, zmrużyła oczy). Ale nie bardzo podobało jej się takie rozwiązanie. Kot był na pewno przerażony, traktowanie go magią mogłoby go kompletnie wykończyć, umarłby ze strachu. Nie wiedzieli też, jak długo błąkał się po okolicy, czy coś jadł. Koci organizm był niezwykle wrażliwy ― już dwie-trzy doby bez pokarmu powodowały nieodwracalne zmiany w nerkach i wątrobie. Dodatkowo pojawiały się zmienne i niewiadome: czy był chory? Jak reagował na magię samą w sobie? Czy ktoś już próbował czegoś podobnego? Czy był ranny?
Podniosła się z kucek, znów zaczesała wymykający się kosmyk za ucho. Powinni zrobić to inaczej, mniej inwazyjnie. Nawet płosząc kota i zaganiajac go w kąt narobią mu mniej stresu, niż wiążąc zaklęciem. Bez magii przynajmniej będzie mógł się bronić i choć ostatecznie i tak nie miał z nimi szans ― świadomość, że może chociaż spróbować zrobić cokolwiek była lepsza, niż totalny paraliż. Ostatnimi czasy coraz częściej przekonywała się o tym na własnej skórze.
Zrobimy to tak, panie aurorze ― Zaczęła rozpinać guziki żakietu. ― Ja wygonię kota z kryjówki, ty go łapiesz. Potem zawijamy delikwenta w bardzo niezadowolone kocie burrito i zanosimy właścicielce. ― Nie czekając na jakiekolwiek słowa sprzeciwu z jego strony, wcisnęła mu żakiet w ręce; jej oczy błysnęły psotnie w świetle dnia. ― Innymi słowy: zrobimy to po mugolsku.
Wykurzenie kuguchara z kryjówki trochę trwało. Najpierw musieli się upewnić, gdzie dokładnie siedzi, potem dokonać rzeczonego wykurzenia bez możliwych strat w postaci podrapanych rąk i kotów dostających zawału na widok kolejnych obcych. Na ich nieszczęście, najpierw wypłoszyli kompletnie nie tego kota, co trzeba, opis nie zgadzał się ze stanem faktycznym. Dopiero przy drugiej próbie złapali właściwego. Bardzo niezadowolonego, trochę brudnego i zdecydowanie zabiedzonego Puszka.
Twoja pani mieszka niedaleko, biedaku ― zwróciła się do owiniętego żakietem kota, odebrała go z rąk aurora. Spomiędzy materiału wychylał się tylko pyszczek, teraz wykrzywiony w grymasie; futrzak prychnął z irytacją. Adda spróbowała jeszcze zetrzeć brudną smugę z rękawa białej, eleganckiej bluzki. Może jednak ganianie po zaułku za kotem w takim stroju nie było najlepszą decyzją, jaką podjęła w dniu dzisiejszym, ale przynajmniej było zabawnie.
Spacer do właściwej kamienicy nie zajął im zbyt wiele czasu, podobnie, jak odnalezienie właściwego mieszkania. Pani Cook mieszkała na parterze; jej taras wyróżniał się spośród innych mnogością kwiatów i kolorowych donic, nadawał czerwonej kamienicy nieco wesołości. W tym wszystkim był niezaprzeczalnie uroczy i zadbany, jakby wojna ani ciężkie czasy wcale go nie dotknęły. Jakby wątła staruszka, która otworzyła im drzwi nie przyjmowała do wiadomości całego zła, jakie działo się w Anglii i zapewne dotykało także jej najbliższych.
― Puszek! ― ucieszyła się na widok owiniętego kota, zaraz wyciągnęła ręce po zgubę. Adda przekazała jej przeraźliwie miauczącego kuguchara, uśmiechnęła się pod nosem widząc, jak ten garnie się do rąk staruszki. To był bardzo budujący obrazek. Miły dla oka, kojący duszę.
Potrzebowali więcej takich obrazków, więcej drobnych, miłych momentów by skontrować beznadziejność rzeczywistości w której wszyscy się znaleźli.
― Tyle szukania, tyle czekania… ― powtarzała staruszka, bardziej do siebie, niż do nich. ― No i jak ty wyglądasz, łobuzie jeden!... Czekaj no, czekaj…
Zguba odstawiona, więc my się będziemy już…
― A gdzie tam! ― Staruszka spojrzała na nią ze świętym oburzeniem malującym się w mętnych, szarych oczach. Wypuściła kuguchara na podłogę, pogłaskała go, potem strzepnęła jej żakiet. ― Ojoj, podziurawiony nieco, ja przepraszam za niego, on taki zazwyczaj nie bywa.
Nie szkodzi ― skłamała bez zająknięcia, odebrała od niej element garderoby. Uśmiechnęła się czarująco, nie chcąc, by staruszka zamęczała się wyrzutami sumienia.
Pani Cook łypnęła to na nią, to na towarzyszącego jej Michaela.
― Czekajcie no, gołąbeczki, ja wam coś w zamian dam. Czekajcie tu tylko! Czekajcie, bo jak wrócę i nikogo nie będzie, to się pogniewamy!
Adda parsknęła, ale uniosła dłonie w obronnym geście. Rozgniewana staruszka to przecież straszna rzecz.
Przez chwilę stali na ganku całkiem sami, przez przymknięte drzwi mieszkania przesączały się odgłosy potrącanych naczyń, brzęczały przesuwane garnki, szeleścił papier. Ciekawiło ją, co kobieta takiego szykuje, miała nawet nieco podejrzeń, ale ostatecznie uznała, że po prostu pozwoli się zaskoczyć. Lubiła niespodzianki, choć ta, którą sprezentował jej los pod słupem z ogłoszeniami nadal pozostawała trudna w ocenie. Spojrzała na Michaela spod oka, trochę ukradkiem, trochę w tajemnicy. Dobrze było go znowu zobaczyć. Źle, że prawie go nie poznawała.
― No! ― Staruszka szarpnęła z werwą drzwiami, bez pytania włożyła jej w dłonie okrągłe naczynie z wyrośniętym plackiem posypanym obficie kruszonką. Czuła ciepło przenikające naczynie, czuła oszałamiający, bardzo apetyczny zapach. O matko, wiśniowy… ― To za waszą fatygę. I dziękuję jeszcze raz, gołąbeczki, dziękuję z całego serca!
Adda skinęła jej lekko głową, na wpół zaskoczona, na wpół uśmiechnięta. Ten dzień był absurdalny.

/zt x2 :pwease:


When you're not looking
I'm someone else

Adriana Tonks
Adriana Tonks
Zawód : podwójna agentka, rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
And you don't know the
consequences
of the things you say
I'll be your operator, baby
I'm in control
OPCM : 8
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 1 +2
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11438-adriana-adda-de-verley https://www.morsmordre.net/t11442-rodzynka#353850 https://www.morsmordre.net/t12085-adriana-tonks#372538 https://www.morsmordre.net/f177-somerset-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t11444-skrytka-bankowa-nr-2503#353855 https://www.morsmordre.net/t11449-adriana-de-verley#353913
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]27.09.23 9:36
| 1 lipca

Powoli zmierzchało. Mężczyzna w ciemnej koszuli i z kapeluszem na głowie szedł ulicą Plymouth. Jego krok nie wydawał się zbyt pewny: tak, jakby postać nie wiedziała, w którą stronę powinna pójść, albo kogoś szukała. Torba przepasana przez ramię była czymś wypchana i uważne oko mogło zauważyć, że jej spód był mokry; na chodnik spływały czerwonawe plamy. Postać chyba się tym jednak nie przejęła.
O tej porze ulice już powoli zamierały. Pojedynczy przechodnie mijali mężczyznę, nie zwracając na niego szczególnej uwagi, choć co niektórzy zaszczycali go spojrzeniem. Jedna kobieta nawet zmarszczyła brwi, jakby rozpoznała w nim znajomą twarz, jednak wyraz jej twarzy sugerował, że człowiek nie wzbudził w niej wcale pozytywnych emocji. Mimo ciepłej, ładnej pogody wszystko wokół mogło wydawać się takie… dziwne. Dziwne i niepokojące, jakby coś złego czyhało tuż za rogiem.
Mężczyzna chyba jednak nie zdawał sobie sprawy z przeciwnej atmosfery wieczoru, bo jak gdyby nigdy nic stanął przed słupem z ogłoszeniami, znajdującym się tuż obok zamkniętego kiosku. Nawet na niego nie spojrzał, nieświadomy, że obok znajduje się wejście do Ministerstwa Magii. Zaczął przeglądać ogłoszenia, wodząc palcem po tekstach. O takiej porze czytanie było już nieco utrudnione. Jego dłoń po chwili znalazła się na wystającej z kieszeni różdżce i prawie ją wyciągnęła, jednak ostatecznie powstrzymała się. Wszak wokół mogli być mugole i choć już dawno Anglia przestała udawać, że czarodzieje nie istnieją to w dalszym ciągu czary mogły przecież wzbudzać czyjąś uwagę.
Ogłoszeń nie brakowało. To nie dziwiło: w tak strasznych czasach wiele osób ginęło, wielu szukało pracy i próbowało dorobić. Mężczyzna wyglądał jednak, jakby rozglądał się za czymś szczególnym, specjalnym. Był skupiony i uważny, zdecydowanie bardziej niż przeciętny przechodzeń, który po prostu przy okazji przegląda tablicę z ogłoszeniami. W końcu jego uwagę przykuło jedno z ogłoszeń. Czarodziej zmarszczył brwi, wydał z siebie odgłos zainteresowania, przygryzł wargę, cmoknął i zaczął zagłębiać się w tekście, głęboko nad czymś myśląc.
Obok niego właśnie przechodziła głośna grupa młodzieży, jednak ci nie oderwali go od lektury. Nie zwrócił uwagi również na kobietę, która nie wiedzieć czemu przeczytała właśnie na głos jakiś fragment z gazety w dawno zamkniętym kiosku i po chwili weszła do środka, znikając w jego czeluściach.



Serenely splendid heron,
staring into river,
wind that blows your feathers

Roger Bennett
Roger Bennett
Zawód : szukam tropów i rozwiązuje sprawy
Wiek : 35 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I will write peace on your wings and you will fly all over the world.
OPCM : 20 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
Czego potrzebujesz?
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11848-roger-bennett https://www.morsmordre.net/t11892-losos#367625 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f429-devon-plymouth-ford-park-road-13 https://www.morsmordre.net/t11893-skrytka-bankowa-nr-2575#367639 https://www.morsmordre.net/t11894-roger-bennett#367641
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]27.09.23 9:36
The member 'Roger Bennett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 59
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kiosk z gazetami - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]23.12.23 23:38
| 3 lipca

Powrót z Derbyshire do dowództwa w Plymouth dłużył mu się niemiłosiernie – chociaż starał się trzymać nerwy na wodzy i nie pozwolić, żeby jego płuca wypełniła panika, to zawieszona na angielskim niebie kometa nie dawała mu spokoju. Sam fakt, że tam była – obecne nieustannie na krawędzi pola widzenia, nienaturalnie czerwona łuna na błękitnym niebie – szarpał zakończeniami nerwowymi i zmuszał do ciągłego, mimowolnego zerkania w jej kierunku. Magiczny świat od zawsze był dla niego trochę niezrozumiały, fascynując i onieśmielając swoją niezwykłością, zapewne dlatego, że wychował się wśród mugoli; to było jednak coś innego, dziwnego nawet w czarodziejskiej rzeczywistości; coś złego – czuł to pod skórą, widział w dziwnym zachowaniu zwierząt i słyszał w wypowiedzianych w amoku słowach rannej dziewczynki. Niebo, pod którym zawsze czuł się bezpiecznie, nagle wcale takiego nie było – bo wzbijając się w powietrze nie oddalał się od czyhającego na ziemi zagrożenia; to znajdowało się teraz nad nim, choć treści tej niewypowiedzianej groźby jeszcze nie znał.
Dotarłszy do Plymouth, ruszył od razu do nieczynnego kiosku z gazetami, już z daleka dostrzegając, że kłębił się przed nim mały tłum czarodziejów, wymieniających się przyniesionymi wieściami. Już samo to świadczyło o powadze sytuacji, łącznicy i pracownicy biura informacji na ogół bardzo ostrożnie korzystali z ukrytego wejścia do siedziby obu oddziałów, rozumiejąc potrzebę zachowania go w tajemnicy. Przez moment William miał ochotę się przy nich zatrzymać, zwłaszcza gdy dotarły do niego skrawki powleczonych emocjami wypowiedzi („martwe ryby na brzegu… setki, mówię wam!”, „nie mam pojęcia, gdzie się podziała, wymknęła się, kiedy nikt nie patrzył, nie założyła nawet butów”, „przysięgam, słyszałem tej nocy wycie wilkołaka… nie, wiem przecież, że nie było pełni!”), ale przecież obiecał mieszkańcom Borrowash pomoc – i tylko ta myśl pozwoliła mu na przepchnięcie się pomiędzy Sowami i Memortkami, i na odczytanie fragmentu dzisiejszej gazety. Przejście otworzyło się przed nim od razu, z miotłą opartą o ramię popchnął prowadzące do kiosku drzwi.
Jeżeli wydawało mu się, że przed siedzibą podziemnego ministerstwa panował chaos, to po wejściu do środka znalazł się wewnątrz brzęczącego wściekle ula. Korytarz był zatłoczony, ludzie przyspieszonym krokiem przechodzili od jednych drzwi do drugich; nad jego głową przeleciała spłoszona sowa, a za nią podążyło kilka zwiniętych starannie i zaczarowanych, nakreślonych na pergaminie notatek. Ktoś go popchnął, przeprosiny zginęły w ogólnym rozgardiaszu; a chociaż być może nie powinno go to dziwić – oczywistym było przecież, że kometa była widoczna nie tylko w Borrowash, widział ją przecież przez całą drogę z Derbyshire do Devon – to dopiero teraz do Williama dotarło, że wydarzenia, których był świadkiem, nie były odosobnionym przypadkiem, a całą ich serią.
– Moore! – usłyszał za sobą; odwrócił się, przez moment nie będąc w stanie odszukać właściciela znajomego głosu. Dopiero po paru sekundach spomiędzy grupki czarodziejów wyłonił się Garrett McKinnon, jego dowódca.
– Sir – przywitał go, unosząc dłoń; czując, jak zalewa go ulga. Chwilowa. – Dostarczyłem p-p-przesyłkę do Borrowash, sir, jest już w rękach magomedyka, ale sytuacja tam jest t-t-trudna. Potrzebuję pomówić z… – zaczął – ale nie dokończył, bo McKinnon – czarodziej na tyle wysoki i krzepki, że przepychający się obok nich ludzie instynktownie zaczęli ich wymijać – machnął zamaszyście ręką.
– Sytuacja jest trudna wszędzie, Moore. Jak widzisz, całe ministerstwo się gotuje, prośby o pomoc przychodzą ze wszystkich stron. Zajmiemy się tym, ale najpierw… potrzebuję, żebyś coś pilnie dostarczył do naszego oddziału Hipogryfów w Wiltshire – powiedział, jednocześnie sięgając za pazuchę, żeby wyciągnąć zapieczętowaną, brązową kopertę. William rzucił w jej stronę przelotne spojrzenie, na wargach zatańczyły mu słowa protestu – stłumionego w ostatniej chwili poczuciem ciążącego na barkach obowiązku. Nie chciał wyruszać teraz w kolejną trasę, złożona obietnica rozpychała się nieprzyjemnie we wnętrznościach – ale rozglądając się wokół zrozumiał, że w tym momencie i tak nie był w stanie załatwić niczego. – To sprawa życia i śmierci – usłyszał, być może dowódca wyczuł jego wahanie.
– Do której kryjówki? – zapytał, wyciągając rękę po kopertę. Nie pytał, co było w środku – ciemna pieczęć podziemnego ministerstwa magii świadczyła jasno o tym, że rozkazy, które miał zanieść, były tajne; bezpieczniej było, gdy ich nie znał.
– Do żadnej. Nasi ludzie byli… w terenie. Przygotowywali się do akcji – odpowiedział McKinnon. William posłał mu zdezorientowane spojrzenie, ale nim zdążyłby cokolwiek powiedzieć, Garrett odwrócił się przez ramię, kogoś do siebie przywołując. – Walters! Chodź tutaj – rzucił głośno. Zza jego pleców wyszedł młodzieniec – niski i szczupły, na oko wyglądający na rówieśnika Liddy. Miał na sobie za dużą koszulkę i spodnie trzymające się tylko dzięki ściśniętemu mocno, skórzanemu paskowi. – Walters zna drogę, poleci z tobą – oznajmił dowódca.
William spojrzał na chłopca tylko raz. – Może wystarczy, że p-p-przekaże mi informacje o lokalizacji, sir… – zasugerował, czując, jak żołądek zawiązuje mu się w supeł. Walters był młody – zbyt młody, nie był też jednym z lotników, których szkolił; nie chciał zabierać go ze sobą nigdzie, a już na pewno nie na nieznany teren – nie, kiedy nad ich głowami wisiało zagrożenie, którego ogromu nie byli jeszcze w stanie pojąć. A przynajmniej: on nie był.
– Wykluczone – odparował od razu McKinnon, znów machając ręką. – Nie zrozum mnie źle, Moore, pewnie by ci to wystarczyło – ale nie możemy ryzykować, że nie trafisz na czas – wyjaśnił. Billy znał ten ton; nie był zły, ale wydawał mu też rozkaz, który nie miał być poddany dyskusji.
– Tak jest, sir – przytaknął mu więc krótko. Spojrzał na młodzieńca – Waltersa – raz jeszcze, po czym gestem wskazał na wyjście. Przepchnęli się krótkim korytarzem, żeby niedługo później znaleźć się na zewnątrz, po drodze zatrzymując się jedynie po to, żeby chłopak mógł zabrać miotłę z ulokowanego w przedsionku stojaka. – Będziemy lecieć nisko – przekazał mu William, gdy już znaleźli się na otwartym terenie. – Trzymaj się b-b-blisko mnie i informuj, jeżeli coś by było nie tak – dodał, zatrzymując się, żeby przekazać mu ostatnie instrukcje. Młodzieniec kiwnął głową, nie mówiąc nic – w widoczny sposób przyglądając się rozległym, wyżłobionym w skórze lotnika bliznom. Billy zacisnął zęby, komentarz zatańczył mu na języku – ale zdusił go w ostatniej chwili.
Większa część trasy upłynęła bez niespodzianek; wyglądało na to, że reszta kraju była tak samo zaskoczona pojawieniem się komety, jak oni – bo przelatując ponad półwyspem i przekraczając granicę kornwalijskiego sojuszu, nie napotkali na żadną grupę szmalcowników czy patrol magicznej policji. Lecieli równo, trochę wolniej niż Billy leciałby sam – ale dosyć szybko dostrzegł, że jego towarzysz nie radził sobie na miotle tak dobrze, jak większość łączników. Dostosował się więc do jego tempa, od czasu do czasu upewniając się jedynie, że chłopiec wiedział, dokąd ich prowadził – dopóki na ich horyzoncie nie pojawiła się czarna, powiększająca się szybko plama.
To Billy zauważył ją jako pierwszy, dosyć prędko orientując się, czym była naprawdę; stada przelatujących ptaków mijał często, nie były niczym niezwykłym – wystarczyło je ominąć, odpowiednio wcześnie zmieniając kurs. – Odbij trochę w lewo! – krzyknął do Waltersa, wskazując na ptaki; zgodnie z jego poleceniem, zmienili kierunek, ale czarna chmara – o dziwo – zrobiła dokładnie to samo. – Wyżej – polecił, z napięciem wkradającym się między głoski; poderwali w górę miotły, mocniej oddalając się od ziemi. – Co do… – wyrwało mu się, ptaki również zwiększyły pułap – zacisnął palce na rączce miotły, dopiero teraz dostrzegając się, że czarne stworzenia zachowywały się nietypowo, chaotycznie; wpadały na siebie, dokładnie tak samo, jak kruki w Derbyshire. – Uważaj! – zdążył jedynie krzyknąć – nim stado wpadło prosto na nich; pochylił niżej nad trzonkiem miotły, ściskając go jedną ręką, drugą odruchowo osłaniając głowę. Kilka par skrzydeł uderzyło go w ramiona, leciał przez chwilę na ślepo, z trudem utrzymując kurs. Musiał zacisnąć powieki, obawiając się ostrych dziobów i pazurów – ale gdy już mu się wydawało, że ptaki obrały ich sobie za cel, ostatni z nich trzepnął go w czubek głowy, po czym szelest skrzydeł zaczął się oddalać; stado ich minęło.
Wyprostował się, od razu wzrokiem starając się odszukać Waltersa – w pierwszej chwili ze zgrozą orientując się, że nigdzie nie go było. Zauważył go po długiej sekundzie, z głową schowaną w ramionach pikował w dół. – WALTERS! – krzyknął, pochylając się nad rączką miotły od razu i przyspieszając, co on wyprawiał? Dlaczego nie próbował wyprostować lotu? – WALTERS! – wrzasnął znowu, zbliżał się do niego z każdą sekundą, ale jednocześnie chłopiec zbliżał się do ziemi; słowa musiały do niego jednak dotrzeć, bo podniósł głowę – a potem zachwiał się gwałtownie, w widoczny sposób tracąc kontrolę nad miotłą.
Billy dotarł do niego na chwilę przed tym, nim młodzieniec zsunąłby się z niej zupełnie; zaciskając mocno nogi wokół własnej miotły, wyciągnął ręce, żeby jedną dłonią złapać chłopca za ramię, drugą starając się wyprostować jego lot. Szarpnęło, zakołysali się obaj – ale ziemia przestała się przybliżać; zwolnili też wyraźnie. Walters był blady na twarzy, wyglądał, jakby miał zamiar zwymiotować. – Trzymaj! – krzyknął do niego. Zareagował z opóźnieniem, złapał jednak za rączkę miotły, stopniowo odzyskując nad nią panowanie. Ręce mu się trzęsły, Billy to widział – będzie musiał z nim porozmawiać, kiedy wylądują – ale póki co nie było na to czasu. – Żyjesz? – upewnił się. Czarodziej pokiwał szybko głową. – Wiesz, gdzie m-m-mamy lecieć? – zapytał go. Młodzieniec rozejrzał się dookoła, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, po co właściwie tu był – ale chociaż wciąż się nie odezwał (William podejrzewał, że nadal było mu niedobrze), to już z większą pewnością skinął głową. – Dobrze – skomentował, łapiąc za własną miotłę, żeby oddalić się od chłopaka. – To prowadź – dodał – jednocześnie decydując, że będzie mu się uważnie przyglądał aż do końca ich wspólnej trasy.

| zt




I wish that I could say
I am a light that never goes out
but I flicker
from time to time

William Moore
William Moore
Zawód : lotnik, łącznik, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30 +5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t12096-william-moore https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]02.01.24 22:54
8 sierpnia

Dzisiaj miałam wolne. A jak wolne, to mimowolnie myśli moje pomknęły w jedną stronę. Znaczy no, takie wolne nie wolne. Bo do nauki przysiąść i tak musiałam - znaczy nie tylko musiałam, ale i chciałam. Mama chciała, żebym była mądrą czarownicą, chciał też tego Brendan. Poza tym, ciocia by mi na nic nie pozwoliła, gdybym zaniedbała naukę. Wolałam też jej nie podpadać i sumiennie się uczyć, bo raz na jakiś czas mnie sprawdzała pytając o to, czego się nauczyłam. Czasem sama mnie uczyła z zaklęć, bo z nimi sobie radziła dobrze. Z Obrony Przed Czarną Magią nowych zaklęć uczył mnie wuja. Cóż, sens to miało jako były auror wiedział przecież co i jak. No ale! Nieważne. Znaczy ważne, ale nie bo na tej myśli urwałam, która w jednym kierunku pognała. Więc i ja za nią pognałam wysyłając Victorię z listem w stronę Doliny Godryka. Pomyślałam że mogłybyśmy się w Plymouth spotkać, wuja wybierał się tutaj więc mogłam z nim się zabrać a razem, to jakoś przyjemniej było się wziąć i nawet pooglądać co mają do zaoferowania. Ostatni raz tutaj byłam chyba jak Jimowi dawałam pieniądze na prezent.
- Cellie! - zakrzyknęłam, kiedy zobaczyłam jej jednostkę kroczącą w moją stronę. Zamachałam do niej energicznie zwracając na siebie kilka spojrzeń - ale i tak mniej niż tych które ściągnęła ona. Cóż, trudno było się temu dziwić była piękna przecież. Tak jak ja nigdy być nie miałam. Nie mogłam. Ciężko czasem było się urodzić nie takim jak serce pragnęło, ale zrobić z tym nie miałam już co, ani jak. - Cóż za szczęście, że miałaś dziś czas. Wybacz, że tak nagle, ale pomyślałam, że mogłybyśmy się spotkać, wiesz, porozmawiać - albo wcale nie, po prostu pobyć. - mówiłam, trochę zdenerwowana, nie wiedząc jak się czuła. - Może znajdziemy coś ładnego, albo magicznego, jak myślisz? - zapytałam jej, kiedy była już blisko mnie. - W sensie, nie musimy, jak nie chcesz. - oznajmiłam, splatając dłonie za plecami. Bujając się z pięt na palce. Energia mnie roznosiła, ale chyba byłam też trochę zakłopotana. Trudno było tak lawirować festiwal wychodził trochę inaczej niż myślałam że wyjdzie. - Możemy iść do pawilonu, albo zobaczyć, czy ktoś się nie ogłasza i pomocy nie potrzebuje. - zaproponowałam właściwie to nie miałam konkretnego pomysłu, lubiłam z nią po prostu spędzać czas.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]02.01.24 23:28
Festiwal zaczął ją dusić, przytłaczać. Niechciane myśli wirowały po głowie, powtarzając echo wiankowego wyznania jak mantrę, której nie umiała się pozbyć. To miał być czas beztroski i radości, czas tańców do białego rana, podczas gdy ona miała już serdecznie dość zrywów serca trzepoczącego w piersi - jak ptaka podrywającego się do ostatniego w swym życiu lotu. Zbyt wiele bodźców i wrażeń atakowało ją z każdego kąta, każdego dotyku i każdego spojrzenia, aż jedynym, co stało się dla niej pewne, było to, że niczego nie jest pewna. Jedynie garstkę ostatnich nocy spędziła w dziewczęcym namiocie, resztę czasu dzieląc pomiędzy własny niewielki namiocik rozstawiony pomiędzy zakrzywionymi drzewami, a dom; wiedziała, że Neali wystarczyło jedno spojrzenie na jej rozbiegane i rozkojarzone oczy, by zrozumieć, dlaczego niezbyt często pojawiała się w świątyni młodzieńczych plotek opowiadanych do poduszki. Nel była przy tym, przyjmowała słone łzy na swoje ramiona, podtrzymywała dygoczące w histerii ciało, swoim ciepłem prowadziła ją do spokoju, za co Celine cały czas była jej tak wdzięczna. Dlatego gdy bladym świtem nadeszło zaproszenie do Plymouth, nie zastanawiała się nawet - chętnie korzystając z wymówki, by nie pojawiać się w Weymouth zbyt szybko. Wieczorem zaplanowała zatracić się w tańcu, ale do tego daleka droga, a czas spędzony z Nealą? Uwielbiała go! Ich wspólne chwile były lekkie i rześkie, wykąpała się więc, ubrała chabrową sukienkę i teleportowała się do dobrze znanego już miasta, gdzie miały zobaczyć się przy kiosku z gazetami.
- Nel, promyku - zaćwierkała na jej widok, pozwalając, by oblicze przyjaciółki napełniło ją ulgą i ciepłem. Zmazywała z ciała półwili napięcie ostatnich godzin, wesołym machaniem zapraszając ją ku sobie jak światło zapraszało ćmę. Zamknąwszy dziewczynę w ramionach, westchnęła pogodnie, otoczona chmurką bliskiego jej zapachu, po czym odsunęła się na odległość kilkunastu cali, uśmiechając się miękko. Nie tak wesoło i promiennie jak zwykle, grymas wydawał się nieco szarawy, przygaszony, ale źródła tego nie musiała Neali tłumaczyć. - Prawdę mówiąc z nieba mi spadłaś! Nie miałam ochoty jeszcze... iść do Weymouth - przyznała z pewnym zakłopotaniem, a rumieniec musnął policzki. Pokazywanie się wśród przyjaciół napełniało ją lękiem, kajdany wstydu ciasno zakleszczyły się wokół jej nadgarstków i zabraniały wkraczać między nich z dawną, charakterystyczną lekkością. - Och, czyżbyś miała chrapkę na potężne magiczne artefakty? - szepnęła do niej dramatycznie, znów nachyliwszy się w kierunku Weasley z psotnym błyskiem w oczach. Nie umknęło jej, że Neala delikatnie nawiguje rozmową, z uwagą i opieką czarterując wody jej samopoczucia, i naprawdę nie chciała jej martwić - jednocześnie nie udając, że jest weselsza, niż naprawdę była. Przy przyjaciółce półwila nie czuła się tak, jakby musiała grać rolę, przywdziewać maskę, w obawie przed urażeniem czy obciążeniem jej swoimi problemami; Weasleyówna przecież już je poznała. - Sprawdźmy najpierw ogłoszenia. Może trafi się coś ciekawego? Kilka dni temu, jak wracałam z teatru, widziałam wiadomość o sprzedaży latających koników morskich, które samoistnie zalęgły się w czyimś kompocie. Kompocie, rozumiesz? Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale nawet nie chcę sobie wyobrażać, że to był tylko chwyt reklamowy, bo to byłoby strasznie nieuprzejme - plotła, bo przyjemnie było pleść bez widma emocjonalnego rozstrojenia oddychającego na jej kark; uniki i wypieranie zawsze przychodziły jej bardzo łatwo. - A jak ty się masz? Jak... wszystko? - spytała, sięgając dłonią do dłoni zaplecionych za plecami przyjaciółki, by z jedną z nich spleść swoje palce, po czym poprowadziła je do słupa informacyjnego, gdzie prędko zaczęła odszukiwać wzrokiem najbardziej intrygującej wiadomości.


paruje świt. mgła półmrok rozmydla. wschodzi światło spomiędzy mych ud, miodem rozlewa i wsiąka w trawę.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w Palace Theatre
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
i was given a heart before i was given a mind.
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30+3
SPRAWNOŚĆ : 17
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t12088-celine-lovegood#372637 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]02.01.24 23:28
The member 'Celine Lovegood' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 15
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kiosk z gazetami - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]22.01.24 22:39
Naprawdę sądziłam, że wszystko jakoś się ułoży. Celine co prawda podjęła kilka decyzji które ja podjęłabym inaczej, ale tak długo jak postępowała wedle własnego serca, czy można było mieć jej to za złe? Ja nie miałam, ale ktoś kto w wyniku jej działań został zraniony mieć mógł. Mieliśmy przecież wszyscy prawo do błędów, a to co dalej miało być naszym ciężarem. A jaką byłabym przyjaciółką, gdybym nie wspierała tej, którą wspierała moja dusza całkiem? Może i nie rozumiałam całkiem, ale starałam się tym nie przejmować - mama mówiła, że inni czasem potrzebują przestrzeni, nawet jeśli nam się wydaje ona zbędna. Może Cellie takiej przestrzeni potrzebowała właśnie? U nas w namiotach nie pojawiała się prawie wcale. Chyba się bała, albo wstydziła, może rzeczywiście nie umiała spojrzeć na Marcela. Choć nadal uważałam, że wyjaśnić powinni sobie wszystko dokładnie. Prawda, jak trudna by nie była, potrafiła oczyszczać. Lepiej było z nią przecież iść niż z kłamstwem. Ale postanowiłam, dzisiaj się zamknę. Odmachałam Celine, kilka ostatnich kroków podbiegając ku niej z uśmiechem. Przesuwając po niej spojrzeniem, ale zdawała się wyglądać na Celine którą znałam. Otworzyłam usta kiedy mi odpowiedziała - miałam na gadać i może nazwy nie powiedziałam wcale, a nawiązałam tak czy siak. Pięknie Neala. Ładnie. Wywróciłam wewnątrz duszy oczami i westchnęłam nad sobą. - Jasne. - skomentowałam tylko gryząc się w język żeby więcej nic nie gadać. Na chwilą za sobą to weźmy i zostawmy. Zaśmiałam się machając ręką.
- Chyba nie trzymają ich na wierzchu… - zastanowiłam się na głos, kierując kroki w stronę tablicy ogłoszeń. - i raczej nie byłabym w stanie ich kupić. - dodała kolejną obawę marszcząc lekko oczy. - Ale jakbyś mogła Celina, to jaki chciałabyś znaleźć? - zapytałam jej przekręcając na chwilę na nią niebieskie tęczówki, splatając dłonie za plecami.
- To jakieś bajki. - parsknęłam śmiechem na te koniki morskie w kompocie. Niedorzeczne. Ale zaraz pokiwałam głową. - Ale tablice możemy sprawdzić. - zgodziłam się rozciągając wargi w uśmiechu zerkając na Celine, kiedy stawiałam kolejne kroki by wzruszyć ramionami kiedy złapała za moją rękę i zadała pytanie. - Inaczej sobie to wyobrażałam. - przyznałam zgodnie z prawdę. - Ale ogólnie jest fajnie. - bo przecież było. Spędzali ze sobą czas, chociaż nie wszyscy razem. Eve nie było, Celine też nie było. Mieli być razem a nagle wcale razem nie byli. Przystanęła przy tablicy, przesuwając wzrokiem po jednym z ogłoszeń.
- I jak masz coś? - mruknęła w stronę Celine, wydymając usta jej wzrok przesuwał się o chęci zatrudnienia kogoś do tartaku, ale żadna z nich do tartaku i to na stałe nie nadawała się raczej.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]26.01.24 20:34
- Och, nie, na wierzchu nie. Ale wiem gdzie - oznajmiła z teatralnym sznytem, zniżając głos do tajemniczego szeptu, pochylona w kierunku Neali. Wyobraźnia podpowiadała jej, że nawet jeśli dziewczynka nie byłaby w stanie kupić żadnego z nich, i tak chętnie posłuchałaby o enigmatycznym, osnutym powagą miejscu, gdzie zamożniejsi czarodzieje mogli sobie na nie pozwolić. - Na pewno byłaś kiedyś w alei kupieckiej, hm? Sklepy wiją się pod kolorowymi szyldami, po których od razu możesz się domyślić, co znajdziesz w środku. Ale jeden z nich jest nienazwany, z zewnątrz niemal niedokończony, jakby ktoś zapomniał oszlifować jego surowość. Zaciekawił mnie, więc tam weszłam - opowiadała, modulując głos do coraz cichszej, naszpikowanej dramaturgią melodii. Przyglądała się przy tym twarzy przyjaciółki, poszukując w jej oczach pierwszych iskier zaintrygowania; Neala lubiła wiedzieć, lubiła doświadczać, lubiła rozwikływać zagadki, dlatego Celine sądziła, że prędzej czy później jej śliczne błękitne oczy rozbłysną jak polerowane kryształki. - A w środku? Dziesiątki półek uginających się od przedmiotów aż kipiących magią. Wyobraź to sobie. Półmrok rozganiany płomykami świec, wielkie zbiory, zamykana gablota z cenniejszymi artefaktami i sprawujący nad tym opiekę czarodziej o długiej białej brodzie, w której równie dobrze sowa mogłaby uwić sobie dziuplę. I to wszystko tutaj, w Plymouth - uśmiechnęła się, usiłując strząsnąć z twarzy okruchy melancholii wgryzionej w mięśnie mimiczne. Chętnie odwiedziłaby ten sklep z Nealą, na pewno zresztą byłoby to ciekawsze, niż jej ostatnia, samotna wizyta. A znając Weasleyównę, wiele z proponowanych tam eksponatów bezbłędnie by rozpoznała (choćby z książkowych opisów), zanim pan Griswold zdążyłby się w ogóle odezwać. - Ja? Sama nie wiem... Ty pierwsza - zachęciła, znacznie bardziej zainteresowana pragnieniami Neali zamkniętymi w baśniowym obiekcie mocy.
Choć może powinna wybrać artefakt dokonujący za nią mądrych decyzji. Przełknęła gorycz tej myśli i krótko pokiwała głową; ich wyobrażenia nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością Lughnasadh, to prawda, ale cieszyło ją, że przynajmniej niektóre aspekty zabawy w Weymouth były dla przyjaciółki przyjemne - szczególnie, że pierwszy raz doświadczała ich jako dorosła czarownica. Powstrzymała też cisnące się na usta pytanie o resztę przyjaciół, zestresowana tym, co mogłaby usłyszeć. Czy dla nich, mimo wszystko, festiwal oferował jakieś wytchnienie? Uśmiechali się, korzystali z nocą rozbudzających się do życia plaż? Chcąc jakkolwiek pociągnąć temat dalej, otworzyła usta, by zapytać, czy Nel wzięła już udział w loterii za symbolicznego knuta, ale potem przypomniała sobie własny udział i natychmiast zasznurowała wargi.
Odwróciła za to wzrok na ogłoszenia zawieszone na słupie informacyjnym. Niektóre charaktery pisma były odrobinę nieczytelne, ale jedno z nich wyglądało na miękkie i typowo kobiece i to na nie półwila zwróciła uwagę.
- Spójrz tutaj - wskazała na szlaczki krótkiej wiadomości. - Uprzątnięcie mieszkania po... o matko, po rabunku. Mam nadzieję, że nikogo wtedy tam nie było - wymamrotała. - To niedaleko, raptem kilka budynków stąd. Co ty na to? Odpowiemy? - zaproponowała; z radością skorzystałaby z możliwości wytracenia złych myśli na ruchu, tym bardziej jeśli ów ruch miał komuś pomóc, ale Neala mogła zupełnie nie tak wyobrażać sobie miejski poranek. Może nie chciałaby się męczyć i spocić przed wieczornym szaleństwem? - Sprawdziłabym twoją kondycję - dodała w zadziorniej zachęcie, w wyzwaniu.


paruje świt. mgła półmrok rozmydla. wschodzi światło spomiędzy mych ud, miodem rozlewa i wsiąka w trawę.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w Palace Theatre
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
i was given a heart before i was given a mind.
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30+3
SPRAWNOŚĆ : 17
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t12088-celine-lovegood#372637 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Kiosk z gazetami [odnośnik]26.02.24 23:20
Brwi mimowolnie uniosły mi się do góry, kiedy Celine stwierdziła, że wie gdzie sprzedają magiczne artefakty. Wiedziała? Naprawdę? I właściwie po co? W sensie no wiadomo po co były magiczne artefakty, znaczy to też od każdego zależało, ale czyżby kiedyś sama jakiś nabyła. Zastanowiłam się nachylając trochę. Potaknęłam głową. Byłam na alei - oczywiście, że tak. Zmrużyłam oczy wsłuchując się w opowieść jednocześnie próbując sobie przypomnieć, czy pamiętałam sklep o którym wspomniała. Obejrzałam się za siebie, jakby próbując namierzyć ten sklep już teraz, tutaj wzrokiem wracając nim jednak do Celine. - Kupiłaś coś? - zapytałam jej zamiast tego nie potrafiąc stwierdzić czy sklep naprawdę istniał czy nie, ale nie widziałam powodów dla których Celine miałaby mnie z tym okłamywać. - Hmm… - zastanowiłam się spoglądając w niebo. Zaplotłam dłonie za plecami. - Wzięłabym naszyjnik który by sprawiał że będę piękna. - orzekłam bez żadnych wątpliwości. Co więcej mi było potrzeba poza urodą, której brak był widocznie bolesny? Nic chyba, całą resztę mogłam sama zdobyć, albo już miałam. Dochodząc wraz z Celine do tablicy ogłoszeń, przesuwając spojrzeniem po jednym z ogłoszeń, póki nie nakierowała mojego spojrzenia na inne.
- Hm…? - zaciekawiłam się przenosząc tęczówki, ale w sumie nie musiałam go czytać, bo Celine wzięła i streściła wszystko. Sprzątnięcie mieszkania brzmiało jak coś, czemu byłyśmy w stanie podołać. Potaknęłam głową marszcząc brwi. Też miałam taką nadzieję. - To niepokojące. - mruknęłam zasępiając się trochę. Że ktoś okradał ludzi. Staraliśmy się pomagać jak się dało - i namawiać innych, aby pomagali sobie wzajemnie. Fakt że ktoś kradł - a nawet nie tyle co kradł ale się włamał do kogoś - z pewnością budził niepokój. I strach. - Zróbmy to. - zgodziłam się, chcąc pomóc, skoro miałyśmy na to szansę i możliwości. Byłyśmy już na miejscu a jak Celine mówiłą miejsce nie było dalekie. Kolejne stwierdzenie uniosło moje brwi, a potem zaśmiałam się lekko. - Z nią nie jest za dobrze. - orzekłam wzruszając ramionami, łapiąc ją rękę żeby pociągnąć w napisane miejsce - wiedziałam gdzie znajdował się ten dom. Niewiele zajęło nim stanęłyśmy przed nim. - Właściwie jak chcesz sprawdzić tą kondycję? - zapytałam przyjaciółki, unosząc rękę żeby zapukać w drzwi wejściowe. Ledwie chwilę zajęło nim rozległy się za nimi kroki właściciela, który szukał kogoś do pomocy, rozciągnęłam wargi w uśmiechu przestępując z nogi na nogę. A kiedy drzwi otworzyły się, a starsza właścicielka przesunęła spojrzeniem najpierw po pięknej Celina, a potem spojrzała na mnie jej wargi opuściły tylko krótkie zdziwione: “panienka, Weasley?” co sprawiło, że spojrzałam na nią dłużej ale nijak nie mogłam sobie przypomnieć.
- Przyszłyśmy posprzątać. Z tego ogłoszenia które na tablicy wisiało. Potrzebuje pani pomocy, prawda? - upewniłam się, nie przestając się uśmiechać.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Kiosk z gazetami
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach