Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ścieżka w lesie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Ścieżka w lesie   26.09.15 22:19

First topic message reminder :

Ścieżka w lesie

Ścieżka wiodąca przez pobliski las, wydeptana pośród rozległych krzew oraz rozłożystych koron drzew zamykających dopływ światła. Gęstość zarośli tworzy zaklętą atmosferę tajemniczości oraz romantyzmu, subtelnie podsycone bladą iskrą niepokoju. Nawet za dnia tę część lasu otula półmrok rozświetlany jedynie wąskimi, rzadkimi prześwitami słońca przez liście wysokich drzew. Słychać pohukiwania sów oraz tętent kopyt zwierząt przemierzających las. 


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   09.03.17 22:20

Lucas wiedział, że nie jest w tym najlepszy i prawdopodobnie tylko wszystkim przeszkadzał, ale przecież nie robił tego celowo prawda? Ludzie ciągle patrzyli na niego jak na ostatniego fajtłapę, a on naprawdę nie chciał im przeszkadzać. Nie próbował też udowodnić, że jest inaczej niż wszyscy inni myślą. Chciał usunąć się w cień i czekał aż inni zrobią pracę, którą on by tylko przedłużał. Chyba wszyscy byli niewolnikami jego ojca. On sam też ni był. Gdyby tylko potrafił się sprzeciwić. Powiedzieć, że wcale nie chce tu być i wcale nie chce się tym zajmować może jego ojciec po prostu by to zrozumiał? Lucas w to wątpił dlatego nigdy nic nie mówił. Zazwyczaj milczał. Dzisiaj pech chciał, że trafił na Raidena akurat wtedy gdy ten trzymał na krawacie czy jak to się mówi.. podejrzaną. Widział w oczach mężczyzny gniew chociaż naprawdę próbował uniknąć tej sytuacji. Nawet jego starał się uniknąć i pozwalał mu po prostu działać. A jednak. Poczuł jak ręce mężczyzny zaciskają się na jego płaczu. Zamknął oczy przygotowany na to, że zaraz oberwie i wróci do Ministerstwa z podbitym okiem. Nie, żeby na to nie zasłużył. Właściwie nie żeby to był pierwszy raz. Od zawsze był chłopcem do bicia. Kiedy był dzieckiem, w szkole… nawet później kiedy jego ojciec wymyślił, że powinien zostać policjantem. Nie. Funkcjonariuszem magicznej policji. Może brzmiało to dumnie, ale on z siebie dumny być niestety nie mógł. - Nie chciałem, ale… już uciekła… - wymamrotał. Słysząc padnij tylko spojrzał zdezorientowany na mężczyznę odsuwając się tylko delikatnie, ale oczywiście nie zbliżając się nawet w kierunku ziemi. - Co? Po co mam paść? - zapytał chociaż mężczyzna nie zdążył mu odpowiedzieć, a zaklęcie przeleciało przez całą polanę uderzając w kogoś lub coś. - Mamy go? - zapytał cicho wytężając wzrok bo chyba nie widział do końca o czym tak naprawdę mówił Carter. Czekaj to kogo oni w ogóle ścigali? Mężczyznę czy kobietę? A może oboje? Lucas nie wiedział, ale dla własnego dobra wolał się nie odzywać.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 https://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 https://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3526-skrytka-bankowa-nr-834#61585 https://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
Zawód : funkcjonariusz policji, brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
OPCM : 15
UROKI : 27
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   09.03.17 22:43

Trafił? Nie za pierwszym, ale za drugim już tak. Widział jak postać, w którą celował zachwiała się, a potem upadła jak długa, zostawiając przy swoim boku tę w czerwonym płaszczu. Nie zastanawiając się nawet, podniósł się z błota pomimo ciążącego jak diabli płaszcza, który w końcu zrzucił z ramion, by pobiec w określonym kierunku. Czuł jak adrenalina skoczyła mu w żyłach, ale nie mógł nic na to poradzić. Nawet nie chciał. Nadzieja odżyła jak wybuch wulkanu, od razu dodając mu sił. Zupełnie zapomniał o Lucasie i jego gapiostwie. Można powiedzieć, że mieli szczęście w nieszczęściu chociaż tajemnicza kobieta pozostała zagadką. A przynajmniej do czasu aż nie dowiedzą się czy nie zostawiła różdżki, którą jej wytrącił. Być może nie zdążyła jej podnieść uciekając. Nieważne. W tej chwili była to błahostka. Raiden poczuł ekscytację, którą czuł za każdym razem podczas akcji, która mogła okazać się słuszna. Ta była, a wraz z zobaczeniem ładnej, ale przerażonej twarzy szesnastolatki odczuł wielką ulgę. Zdążył. Cholera jasna! Zdążył na czas. Cholerny Lucas... Ofiara porwania starała się odsunąć jak najdalej od swojego oprawcy, ale nie było to takie proste. Carter złapał za ramiona skuloną i najwyraźniej wyciszoną zaklęciem dziewczynę, której nadgarstki były mocno spętane. Jednym machnięciem różdżki rozerwał więzy, które zdążyły już przetrzeć skórę do krwi. Gdy to zrobił, musiał też unieruchomić pannę, bo płacząca i wystraszona broniła się przed każdym, kto się zbliżył.
- Policja! - krzyknął Raiden, odszukując spojrzeniem jej oczu. Chwilę to zajęła nim się uspokoiła i zrozumiała co się dzieje. W pewnym momencie musiał nieco ją szarpnąć, by się skupiła. Wyglądała okropnie. Najwidoczniej było blisko i mogli jej nie odratować. -Funkcjonariusz zabierze cię do Ministerstwa, zgoda? - wciąż krzyczał, chcąc zagłuszyć deszcz. - Nazywa się Lucas - dodał, chcąc, by poczuła się bezpiecznie. Wiedział, że ten żółtodziób zrobi chociaż to. - Już nic ci nie grozi.
Gdy wstał, podnosząc ją na nogi, spojrzał wymownie na młodszego kuzyna. Miał nadzieję, że przynajmniej tego nie spierdoli. On musiał się zająć tym cholernym śmieciem, który wciąż leżał spetryfikowany obok.

|zt




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   09.03.17 22:53

Mężczyzna podskoczył radośnie gdy się okazało, że naprawdę trafili. Znaczy gdy się okazało, że Raiden trafił. Poszedł za jego śladem przy tym prawie gubiąc buta w tym błocie. Eh… powinni w tym miejscu zrobić jakieś normalne drogi, a nie tylko błoto, lasy, ziemia, polany… kto to w ogóle widział? Nie zastanawiając się już nad tym dłużej spojrzał najpierw na leżącego mężczyznę, a zaraz na związaną kobietę. - Tak! Policja! Stać bo… - nie wiedział do końca do kogo to mówił, bo przecież ich poszukiwany właśnie leżał spetryfikowany, a ofiara uwolniona z lin dygotała z zimna. Lucas patrzył na jej zapłakane oczy, zakrwawione nadgarstki i mógł sobie tylko wyobrazić ile przeszła i ile kosztowało ją to by nadal utrzymać swoje emocje na wodzy. Prawdopodobnie Lucas już dawno rozpadłby się na drobne kawałeczki. Skinął głowę w stronę kobiety i przejął jej ramię od Cartera. - Zabiorę Cię teraz do św Munga. Tam uzdrowiciele zbadają i sprawdzą czy nic śmiertelnego ci nie grozi. Znaczy oczywiście, że nic ci nie grozi, ale czasami są takie przypadki, że prawdziwe rany ukazują się dopiero po kilku godzinach, a wtedy… - przymknął się dopiero gdy dotarli do miejsca, z którego mogli się teleportować do Munga. Chwycił ją delikatnie za ramiona. - Hej… dziewczyno w czerwonym płaszczyku… nie płacz. To już koniec. Jesteś bezpieczna. - powiedział, a kiedy skończył znajomy dla czarodziejów dźwięk teleportacji rozniósł się po całej polanie wraz z ostatnim grzmotem. Burza się skończyła.

z.t




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Zawód : opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 23
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   27.01.18 19:33

2. majaSusanne przez dłuższą chwilę - właściwie od śmierci rodziców i dziadków - nie pojawiała się w pracy. Lady Prewett zapewniała ją, że rozumie; organizacja pogrzebu była ciężkim zadaniem nie tylko z faktu samego zajęcia się formalnościami, miejscem, uroczystością, pieniędzmi - to wszystko było na jej głowie - lecz głównym problemem była sama żałoba, potworny smutek, nieznany jej wcześniej w takim natężeniu. Zazwyczaj radziła sobie z momentami melancholii i wycofania, nie przychodziły często, nie bywały mocno uciążliwe, ale tym razem... tym razem wszystko wyglądało inaczej. Cały świat zapadał się powoli, nadzieja ginęła w jego gruzach, a cały ten czas - stagnacji i rozpamiętywania, łez, żalu - przeznaczyła na jej odszukanie. Gdy zdawało się, że jest już blisko, znikali przyjaciele, którzy powinni wrócić z misji Zakonu Feniksa. Kiedy znów muskała ją palcami, magia wariowała, wywracając życie do góry nogami, utrudniając najprostsze czary. Trzy rzeczy stanowiły dla białowłosej podpory w tym ciężkim okresie. Pierwszą z nich był powrót Zakonników, drugą - obecność Artemisa oraz fakt, że wciąż miał się względnie dobrze, trzecią - nadchodzące spotkanie organizacji. Nic nie działało na młodą Lovegood tak dobrze, jak widok zjednoczonych ludzi, dążących do wspólnego celu, ludzi dobrych i dzielnych. Mimo przeciwności losu. Potrzebowała oddechu, kolejnej cegiełki do swojej powolnie stawianej konstrukcji ozdrowienia. Nie spodziewała się, by tęsknota miała wygasnąć kiedykolwiek - chciała tylko nauczyć się żyć z nią, a nie żyć nią. Nie wiedziała jeszcze, jak wiele działo się w Hogwarcie, na Wyspie Rzeźb i w Kruczej Wieży, próbowała więc odciągnąć myśli od zastanawiania się nad swoją nieprzydatnością. Potrzebowała oddechu, spokoju, choć odrobiny normalności - zaś opieka nad królikiem Bertiego upewniła Sue, że powrót do zwierząt, na łono natury, będzie odpowiednim zajęciem. Początkowo tylko zbierała relacje od znajomych - dowiadując się, jak na nieprawidłowości zareagowały ich pupile, chaotycznie notując informacje na pergaminie. Wyglądało na to, że świat stworzeń ucierpiał nie mniej, niż czarodzieje - stąd oczywistym było, że i tym pierwszym należała się pomoc. Naskrobała szybko list do Julii, przepraszając jeszcze raz za swoją chwilową absencję i zobowiązując się do przybycia najszybciej, jak to możliwe.
Okazywało się - co nie było dla dziewczyny żadnym zaskoczeniem - że pracy było mnóstwo. Stworzenia znikały, szalały, stawały się apatyczne, traciły apetyt, cały szereg konsekwencji wyłaniał się w zależności od miejsca anomalii oraz od gatunku zwierzęcia. Na przykład duża część hrabstwa Shropshire cierpiała z powodu nieprzerwanego zawodzenia wilków, za to w Suffolk wiele gatunków rozpłynęło się w powietrzu. Ministerstwo zbierało doniesienia i przekazywało je dalej, do znawców, opiekunów, lekarzy stworzeń, dołączając też konkretne informacje na temat problemu. Czekał na nie plik zadań - dogadała się z Julią, że weźmie na siebie głównie te poza lecznicą, gdyż do obecność rudowłosej była w klinice bardziej pożądana i uzasadniona. Sama Susanne niewiele mogła pomóc pod kątem medycznym, mogła za to znaleźć zagubione stworzenia i zapewnić im inną pomoc. Były wystraszone, spłoszone, wyrzucone na zupełnie inne tereny - a więc zagrożone. Miała okazję usłyszeć o całym kontenerze zdechłych ryb, wyrzuconych w nieszczęsną noc na sam środek niewielkiego miasteczka. Wyobrażała sobie, jak bezwładnie podskakują na placyku, wyłożonym kamieniami, wśród ogólnej paniki - ludzie byli wtedy bardziej zajęci własnymi problemami i domostwami. Była to jedna z informacji, jaka pchnęła Gryfonkę do działania. Biednym rybom nie mogła już pomóc, lecz doniesienia o niepokojącym wydarzeniu w lasach nieopodal Weymouth, skierowały ją właśnie tam. Skorzystawszy z kominka, wspartego siecią Fiuu, dotarła do miasta i na miejscu wypytała jeszcze o szczegóły.
- W lesie, tam, na zachód stąd, coś okropnie zawodzi, a na ścieżce nietrudno zauważyć plamy krwi, jakby... stworzenie? cokolwiek to było, słaniało się, co jakiś czas padając - głosiła jedna z konkretniejszych wskazówek, jakie udało jej się uzyskać.
- Rój, zdecydowanie słyszałam jakiś rój, nawet nie próbuję zbliżać się do lasu i tobie też to odradzam, młoda damo, póki ci życie miłe! Dziki rój, nie zapuszczaj się w las! - czyżby zmutowane bahanki zdołały dotrzeć także tutaj? Nie wykluczała podobnych opcji, lecz starsza kobieta niewiele więcej pomogła - nie potrafiła stwierdzić, czy mogła słyszeć akurat te szkodniki, lecz jej spanikowany głos wyostrzył czujność Susanne. Zerknęła do swojej torby, jeszcze raz przeglądając eliksiry, jakie zgarnęła z lecznicy, ale wśród nich nie pojawił się magicznie bahanocyd - niestety. Przygryzła wargę, upewniając się, że prowizoryczne pułapki i sieci są całe. Pod skórą czuła, że będą jej potrzebne, ale miała szczerą nadzieję, że interwencja Ministerstwa Magii nie będzie potrzebna. Bądź co bądź, ona była tu tylko po to, by znaleźć zranione zwierzęta, w miarę własnych możliwości zapewnić im spokój oraz bezpieczeństwo oraz poinformować służby, które mogłyby się nimi zająć.
- Nie mam pojęcia, co dzieje się tam, chodzą różne pogłoski, ale wszystkie kołkogonki wywiało i niech, u licha, nie wracają pod żadnym pozorem - usłyszała przed wiązanką przekleństw, posłaną ku nieobecnym już kołkogonkom. Była prawie pewna, że znajdzie je w lesie, mogły zająć się dręczeniem macior dzików, choć zazwyczaj kręciły się wokół gospodarstw - teraz zdawało się, że nic jej nie zdziwi. Z takim zapasem informacji, oraz paroma mniej lub bardziej przydatnymi wskazówkami, wkroczyła do lasu, starając się ostrożnie stąpać po ścieżce.
Nie od razu natrafiła na krwawe ślady, lecz trzeba przyznać, że nie musiała zapuszczać się głęboko, by je dostrzec. Nie miała pojęcia, czy odczuwany niepokój wiąże się z przeczuciem, czy ogólną sytuacją, lecz im dalej szła, tym więcej nietypowych odgłosów wyodrębniała z otoczenia. Różdżkę trzymała w pogotowiu, drugą dłoń wspierając na pękatej torbie - nieco ciążącej.
Rój, jak się szybko okazało, nie był kłamstwem - uporczywe bzyczenie zbliżało się, wypełniając serce białowłosej trwogą i wspomnieniami wściekłych bahanek, zasłaniających cały świat i kąsających zaciekle. Próbowała zejść z drogi, wybierając trasę w drugą stronę, byle tylko nie spotkać insektów, lecz na niewiele się to zdało. Zamigotały przed nią, wzmagając szum liści, zabarwiony teraz morderczą nutą.
- Protego! - rzuciła z drżeniem, wprost przed siebie, bardziej obawiając się efektów pokąsania - nie były to bahanki - niż nieudanego czaru. Na szczęście tarcza odepchnęła wściekłe owady, oszczędzając jej najgorszego, lecz, co dziwniejsze, atakujące stworzenia nawet się tym nie przejęły, lecąc dalej na oślep i mijając ją, jak gdyby nigdy nic, zero przeszkód na drodze. Tylko kilka tych, które trafiły na magiczną barierę najmocniej, bo w sam jej środek i zamiast ześlizgnąć się po niej na bok, utkwiły tuż przed różdżką Sue, spadło na dół, pobzykując ledwo w trawie. Przeczekała więc nalot, po czym kucnęła, przez niewielką lupę przyglądając się owadom. Wytrzeszczyła oczy - trutniowce krwiopijce jakimś cudem znalazły się po zupełnie drugiej stronie wyspy. Ot tak, w jedną noc, nagle ze Szkocji imigrowały do cholernego Weymouth! Pęsetą zebrała dwa owady - niezwykle duże, swoją drogą, nawet jak na wielkie fioletowe krwiopijce - i umieściła je w słoiczku, szczelnie zamykając i odkładając do torby. Miała szczerą nadzieję, że czerwone trutniowce zostały na swoich terytoriach, fioletowe to już było zbyt wiele. Nic dziwnego, że tutejsza zwierzyna mogła sobie nie radzić z taką plagą.
Ruszyła dalej, błądząc po lesie, co jakiś czas prosząc różdżkę o wskazanie kierunku - może po godzinie bezowocnej wyprawy trafiła na pierwsze chrobotki, niewinnie wczepione w ziemię. Im dalej szła, tym więcej ich było - skrajny moment zdziwienia nastał przy całej hordzie stworzeń, które na jej podejście zerwały się i zaczęły rozbiegać się w różne strony z dziwnym, specyficznym, gumowatym dźwiękiem. Nigdy wcześniej nie spotkała chrobotków w lesie, nigdy wcześniej nie spotkała też tak płochliwych chrobotków i wydawało jej się, że są czymś zarażone - być może pokąsane przez ten straszliwy rój - na różowych czapeczkach miały mnóstwo kropek i bąbli. Z trudem złapała jednego w sieć, po kilku minutach gonitwy - skubane były szybsze, niż na to wyglądały. Było to coś, co powinny zbadać razem z Julią. Wygoniwszy z polany całe stado chrobotków, brnęła dalej, wiedząc, że to jeszcze nie koniec niespodzianek.
Największą z tajemnic był ostatni punkt wycieczki, rozpoczynający się od martwego abraksana. Z bólem serca zostawiła go pod drzewem, gdy okazało się, że nic nie może dla niego zrobić. Wyglądał mizernie, skrzydła miał powykrzywiane,  połamane i oskubane, jego ciało pokryte było plamami - Julia na pewno wiedziałaby, dlaczego - a bok otarty do żywego mięsa - to zapewne on słaniał się na ścieżce, ocierając o drzewa. Dalej szła już ze smutkiem, który nie sposób było odgonić, podobnie do refleksji, lecz dzielnie skupiła się na... czymś, czego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Dwa abraksany i potworne kołkogonki, którym maciory przestały wystarczać za ofiary.
- Nie! - krzyknęła w zaskoczeniu, nie do końca myśląc, co robi, lecz zmutowane stworzenia odskoczyły na ten dźwięk od swoich ofiar. Może pomyliły Lovegood z białym psem lub kotem - w końcu niemal na biało świeciła, a głównie tego potrzeba było do odegnania stworów, ale nie odeszły daleko i wydawało się, że bez pomocy służb departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami się nie obejdzie. Teleportowała się, by sprowadzić pomoc, mając wielką nadzieję, że to koniec dziwów w tym lesie, choć planowała się co do tego upewnić.

| zt




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#143800
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 25
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   08.06.18 23:00

4 sierpnia
Morgoth czuł się nieco inaczej niż ostatnio, idąc ramię w ramię ze starszym kuzynem równie milczącym co on. Ich wspólne polowanie było jak z innego życia. Zupełnie jakby byli wtedy jeszcze dziećmi, a teraz? Przepaść między przeszłością a teraźniejszością tylko się powiększała i nie można było powiedzieć czy kiedykolwiek przestanie. A co jeśli każdy kolejny dzień miał oznaczać porzucenie tego, co znali? I tego kim byli wtedy? Nie przebywali w swoim towarzystwie sam na sam od momentu, w którym Morgoth wprowadził kuzyna w szeregi Rycerzy Walpurgii i tam też dokonała się pierwsza zmiana - ponownie nie mieli mieć przed sobą tajemnic, a mimo to nie wiedzieć czemu ich drogi zbliżały się do siebie, by gwałtownie skręcić w innych kierunkach. W Yaxley's Hall nie rozmawiali zbyt wiele. W sumie to w ogóle nie rozmawiali, co Śmierciożerca tłumaczył sobie małżeństwem Ciny, ich misjami i odizolowaniem od siebie nawzajem. Młodszy ze szlachciców unikał każdego i nie można było go za to winić Czarna magia spustoszyła jego umysł i zajęło mu to ponad miesiąc, by zregenerować siły i wrócić do stałego porządku dnia. Życie wydawało mu się być pewną iluzją, z którą nie mógł sobie poradzić, a ponowne pojawianie się w pracy, na rodzinnych spotkaniach nagle zaczęło być uciążliwie trudne. Musiał nauczyć się funkcjonować niemalże od początku. Udawanie nigdy mu nie wychodziło i chwalił sobie tę cechę, ale widząc zmartwione twarze bliskich, żałował, że nie potrafił. Musieli poczekać, aż tydzień za tygodniem miną, a oni odzyskają członka rodziny na nowo. W sierpień wszedł już jako nowy człowiek. Żałował, że nie mógł podzielić się swoimi przemyśleniami o decyzji związanej z narzeczeństwem i całą jej otoczką wraz z Cynericiem zanim do tego doszło. Obaj jednak nie potrafili, nie chcieli być może zbyt gwałtownie wkraczać w swoją przestrzeń. Być może dlatego nie rozmawiali nawet po spotkaniu, któremu młodszy z Yaxleyów przewodził. Nie, żeby nie chciał, ale... Treser trolli doskonale go znał i widział wyraźne zmęczenie na twarzy kuzyna, które rysowało się tamtego dnia. Zmęczenie psychiczne i pod pewnymi względami również i to fizyczne. Przed zebranymi nie mógł okazywać słabości i nie zamierzał im pozwolić, by chociażby tak pomyśleli. Morgoth odpowiadał jedynie przed przewyższającymi go stopniem Śmierciożercami i Riddlem. Nikim więcej, a jeśli komuś się to nie podobało, to mógł wyjść razem z panną Blythe. Nie zamierzał dawać się nikomu prowokować czy znieważać przez młody wiek. Znał swoje umiejętności, wiedział, że nie wybierano byle kogo, a jego powód, dla którego znajdował się wśród Rycerzy oraz motywacja znacznie przewyższały pobudki innych. Nie robił tego dla siebie. Nie pragnął władzy. Nie chciał widzieć trupów aż po horyzont. Nie był bezmózgą bestią, która pragnęła krwi. To potrafił byle kundel, a on nie był żadnym z nich. Chciał więcej, ale to więcej nie tyczyło się jego osoby. Rodzina powiększyła się o jedną osobę parę dni temu i był odpowiedzialny również i za to życie. To zadanie weszło już w życie i nie zamierzał pozostawiać go jedynie mężczyznom z rodu Lestrange. Może i Marine jeszcze nie była jego żoną, nie była jeszcze nawet w rodowej siedzibie Yaxleyów, lecz Morgoth był przygotowywany całe życie do roli, którą miał teraz odegrać. Miał w domu wszak idealny wzór do obserwowania i naśladowania. Małżeństwa mieszkające z nim pod jednym dachem miały się różnić jednak uczuciem między sobą, bo on nie czuł nic do Marine prócz szacunku i rosnącej w nim odpowiedzialności za jej osobę. To co powiedział jej w dniu, w którym przybył na wyspę Wight, by się oświadczyć, było prawdą. Nie mógł jej zapewnić historii jak z powieści, ale to już wiedziała. To było dziwne, bo czuł spokój, który zapewne powinien być zaburzony wątpliwościami lub rozmyśleniami na ten temat, lecz nic takiego nie pojawiło się w jego umyśle. Prócz krótkiego spotkania dwa dni temu nie miał jeszcze okazji się z nią dłużej zobaczyć. Dzisiaj mieli się spotkać na wybrzeżu, ale do tej chwili zostało jeszcze trochę czasu, a gdy kobiety były zajęte szukaniem i pleceniem wianków, ruszył z Cynericiem ku ścieżce oddalonej od reszty gości i atrakcji, chcąc uciec przed spojrzeniami i zgiełkiem. Wiedział, że jego kuzyn myślał podobnie, bo nigdy nie czuli się dobrze wśród tłumów. A na pewno nie pomiędzy licznymi wrogami i ich fałszywymi uśmiechami. Zdawało mu się, że dostrzegał tam twarze z przeszłości. Kilku Weasleyów którzy opłakiwali kilka miesięcy temu członka rodziny. Co zrobiliby ze świadomością, że to on stał za czarną trumną, którą zakopali pod ziemią? Co zrobiliby członkowie Zakonu Feniksa, zdając sobie sprawę, że na lewym przedramieniu przykryty materiałem koszuli i marynarki ukrywał się znak? Wiedza była potęgą zdolną niszczyć stare sojusze i budować nowe. Yaxleyów łączyły specjalne więzi, których nie byłoby w stanie nic zniszczyć - chyba że wewnętrzna pleśń, którą musieliby wpierw przegapić. Mając jednak Cinę tuż obok, Morgoth nie obawiał się niczego podobnego. Wspólnie bronili domu, wysiłki były więc podwojone i nic nie było w stanie przemknąć obok bez ich wiedzy. Dlatego nie mogli pozwolić, by istniał między nimi rozłam. I mimo że dla świata zewnętrznego nic się nie zmieniło, obaj czuli, że musieli do siebie wrócić. Do tego co było wcześniej. Do silnej braterskiej więzi, o którą należało dbać, bo inaczej zanikała. - Przepraszam za to zaniedbanie - odezwał się jako pierwszy, nie zwalniając kroku, ani nie patrząc w stronę kuzyna. Nie musiał mówić nic więcej. Cyneric po prostu wiedział. Łączyło ich porozumienie, do którego nie potrzebowali słów. Lecz przeprosiny musiały zostać wypowiedziane, bo Morgoth nie byłby sobą, gdyby stało się inaczej. Nie chciał tego robić w tym miejscu, lecz w domu również nie krzyżowali swoich ścieżek. A przynajmniej nie na płaszczyźnie, która pozwoliłaby im na ten rodzaj szczerości, która ocierała się o kwestie niebezpieczne i głęboko skrywane przez ich serca oraz umysły.





You collect scars because you want proof that you are paying for whatever sins you've committed
Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley https://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 https://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3907-skrytka-nr-974#73782 https://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
Zawód : treser trolli
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
There is a garden in her eyes, where roses and white lilies flow.
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   05.07.18 22:58

Wkraczali na niebezpieczne tereny i jedynie głupiec nie zauważyłby tych wszystkich zmian. Dotąd życie Yaxley'ów przebiegało płynnie, bez szczególnych rewelacji lub zaskoczenia. Każdy z nich miał swoje obowiązki, drobne problemy, myśli krążące wokół rodziny. Wszystko zmieniło się później, wraz z przystąpieniem Morgotha w szeregi Rycerzy Walpurgii. Kiedy to było? Czas przyspieszał i zwalniał na przemian nie pozostawiając złudzeń co do przemijania. Cyneric jeszcze niedawno opłakiwał wewnętrznie utratę ukochanej, kiedy Rosalie szykowała się do ślubu - a dziś? Dziś była jego żoną zapoczątkowując całkowicie nową erę. Starszy z Yaxley'ów skłamałby, gdyby powiedział, że radził sobie z tymi wszystkimi emocjami wyśmienicie. Jego świat zmienił się diametralnie i każda składowa mająca realny wpływ na zachowanie tresera trolli zrzuciła mu się na barki niemal w tym samym momencie. Dołączenie do organizacji, zaręczyny, zaś później ślub - chwile mijały jedna za drugą układając się w niekończący się ciąg uczuć. Często skrajnych, nierzadko zbyt intensywnych, do których mężczyzna nie przywykł. Raczej wiódł zdystansowany oraz zbalansowany żywot robiąc swoje, dbając o rodzinę oraz rodowy interes, nic ponadto. Od kilku miesięcy musiał - i chciał przecież - wdrapywać się na najwyższe obroty, wzmóc czujność, potroić ochronę oraz starać się jeszcze ciężej niż zazwyczaj. Czuł się zmęczony - tak zwyczajnie, po ludzku. Ocierał pot z czoła, ćwiczył czarną magię, szukając pomocy dla zdenerwowanej Rosie i dawał z siebie wszystko. Powracał do domu wykończony, co nie sprzyjało kontaktom z mieszkańcami Yaxley’s Hall, lecz nikt nie oponował doskonale wiedząc jakie obowiązki spoczywały na ramionach jego i Morgotha; ten miał ich nawet więcej niż jego starszy kuzyn.
Wieść o jego zaręczynach z jednej strony nie powinna być zaskakująca - każdego z nich to czekało, prędzej czy później - z drugiej Cynerica zdziwiła prędkość z jaką się to dokonało. On sam ożenił się bardzo późno, natomiast młodszy Yaxley - według niego - zbyt wcześnie. Mężczyzna nie zdążył jeszcze liznąć prawdziwego, dorosłego życia, nie dostał również większej ilości czasu na poukładanie swoich spraw. Niedawna choroba ciotki, a później Lei oraz sprawy Rycerzy wymagające jego zaangażowania pochłaniały wiele energii. Dokładanie do tego kolejnego obowiązku wydawało się blondynowi dziwne, wręcz niepożądane. Niestety nie miał prawa głosu i nie mógł nad tym zapanować. Do tego włączenie do rodziny damy z rodu Lestrange, to było również zaskakujące. Czy powinno? Dawno temu zacieśnili relacje z Rosierami, chociaż lordowie Cambrigeshire stronili od podobnych wypacykowanych rodów, zatem mógł przyjść również czas na władców Hampshire. Wojenne czasy wymusiły na Yaxley'ach pewne działania i chociaż Cynericowi nie do końca odpowiadał kształt przybranej przez nich polityki to nie mógł nic z tym zrobić. Zaakceptował dziejące się zmiany i w sierpień wszedł już całkiem uspokojony. Jego żona czuła się lepiej, zatem jeden problem zniknął z zatroskanej głowy tresera. Cieszyło go wspólne, rodzinne przybycie do Weymouth. Nie obnosił się z tym, lecz nigdy nie żywił do Prewettów nienawiści. Przez wzgląd na matkę. Zawsze był ciekaw jak wyglądało jej dzieciństwo i dlaczego nie odnalazła się na bagnach Fenland - nie po śmierci męża. To brzmiało głupio, jednakże odnajdywał ślady rodzicielki w zastanych krajobrazach, ścieżkach oraz roślinach czerpiąc niemałą przyjemność ze wspólnego spaceru z Morgothem. W istocie dawno nie rozmawiali. W ogóle rzadko rozmawiali, taka przypadłość mężczyzn z ich rodu. Czasem arystokrata przychodził do kuzyna tylko po to, żeby wspólnie pomilczeć - nie potrzebowali przecież niczego więcej niż własnej obecności oraz pewności, że mogli na siebie liczyć. A ta nigdy nie opuściła Cynerica.
- Wina leży również po mojej stronie - odpowiedział spokojnie, łagodnie. Nawet uśmiechnął się lekko, ledwie zauważalnie. Kroczył dalej w ślad za kuzynem, bratem. Wiele w życiu przeszli, a mimo to ich relacje pozostawały niezmienne. - Opowiedz mi o niej - poprosił nienachalnie, chcąc lepiej poznać lady Lestrange. Najpierw z relacji Morgo, bowiem to jego odczucia interesowały go najbardziej. Potrzebował wyrobić sobie o tej damie opinię, chociaż powinien sam z nią porozmawiać. Nawet jeżeli jego ewentualny sprzeciw nie odniósłby żadnego skutku. Przyjaciel czy wróg, zawsze lepiej go poznać w ten czy inny sposób.





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#143800
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 25
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ścieżka w lesie   08.07.18 18:30

Czas gwałtownie przyspieszył. Zdawali sobie sprawę, że sprawy przybrały taki obrót nie bez przyczyny, zaburzając wcześniejszy spokój, ale to, co było przed, nie miało już powrócić. Morgoth dostrzegał jak akcje jedynie przybierały na sile, nie zaś spowalniały tuż po jak bywało normalnie. Podczas wojny nadchodził w końcu upragniony okres wytchnienia i pokoju, lecz tutaj ich nie było. Były jedynie kolejne kroki naprzód w jeszcze potężniejszy chaos, w mocniejszą niż dotąd skrajność dopuszczającą akty bestialstwa, których były świadkiem. Widział do czego zdolny był Rycerz, czego pragnął Śmierciożerca i nikt nie miał nad tym kontroli. Jednak ta droga prowadziła ku temu o co tak usilnie walczyli Yaxleyowie - nie tylko na ścieżce politycznej czy mentalnej, gdzie od młodości wpajali dzieciom odpowiednie zasady. Nadszedł czas młodego pokolenia; mężczyźni mieli podejmować okrutne decyzje dla zapewnienia rodzinie przetrwania. I to nie jedynie zabiedzonego i zatrwożonego. Lordowie znad bagien nigdy nie uginali kolan, wierząc, że śmierć zadana podczas twardego stania na ziemi była więcej warta niż życie pod dyktandem. Cyneric doskonale zdawał sobie sprawę, a Morgoth mógł jedynie cieszyć się, że kuzyn, bliski mu jak brat, trwał przy nim ramię w ramię podczas walki o dalsze bytowanie. Nie robili tego dla siebie. Egoizm nigdy nie szedł w parze z ich osobowością, lecz lojalność wobec najbliższych i świadomość istoty, którą miały nieść za sobą przyszłe pokolenia. Dziedzictwo musiało przetrwać silne i niepokonane. Odkąd ojciec wycofał się z aktywnej działalności w Rycerzach Walpurgii, Morgoth przez długi czas był tam sam. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, że obecność Ciny w szeregach organizacji nie ułatwiła kuzynowi życia. Od niedawna mąż miał własne obowiązki - te w domu. Jednak leżało to w naturze Yaxleyów by nakładać na swoje barki coraz większe ciężary, a radzenie sobie z nimi ich hartowało, wzmacniało, pozwalało na nałożenie kolejnych belek. Dzięki temu świadomość udźwignięcia tego wszystkiego wzrastała; za nią szła mobilizacja niczym równy z równym. Ich emocje nie mogły ujrzeć światła dziennego, bo jedynie by się tym osłabili, dlatego wszelkie odczucia nosili w sobie, ukrywając je przed światem, a nierzadko przed samymi sobą. Morgoth nie potrzebował słów wsparcia - wystarczyła sama obecność Cynerica, a wszystko nabierało większego sensu i znaczenia. Czuł się silniejszy dzięki niemu i dla niego. Jego kuzyn musiał to wiedzieć, wszak znali się lepiej niż ktokolwiek. Dzięki temu relacja między nimi odznaczała się wyjątkową więzią, która dla każdego z nich była niezwykle ważna. Jeden jak i drugi wiedzieli, że równają się z niesamowitymi przeciwnościami losu, być może trudniejszymi niż ich ojcowie lub dziadowie. Z tą odpowiedzialnością łączyły się obowiązki oraz motywacja do zwiększenia siły. Umiejętności musiały być szlifowane, doskonalone i nadbudowywane. To wszystko uderzyło w nich wyjątkowo szybko - ich rówieśnicy bywali niemalże dziećmi, gdy oni musieli stać się dorosłymi o wiele wcześniej, podejmując decyzje i przeżywając to, czego ludzie w ich wieku sobie nie wyobrażali. Wymagano od nich wiele, lecz opiekun smoków wymagał od siebie jeszcze więcej. Była to jedyna droga do osiągnięcia celu.
Dlatego też Festiwal Lata wydawał mu się nie na miejscu, a do tego zupełnie odrealniony. Nie czuł się tu równie swobodnie co Cyneric, który na pewno stąpał po ziemiach Prewettów z pewną zadumą i nostalgią. Dla Morgotha wszystko dokoła było obce i gdyby nie towarzystwo kuzyna, byłby jeszcze bardziej zagubiony niż aktualnie. Nie byłoby tu go, gdyby nie kilka spraw, które się na siebie nałożyły. Jedną z nich było niewątpliwie świeże narzeczeństwo z jedną z członkiń rodu Lestrange. Kolejną, niebywale silną - powrót Lei do zdrowia na tyle, by mogła nacieszyć się urokami Festiwalu. Yaxley był tu właśnie dla siostry, która właśnie przechadzała się w towarzystwie dziewczyny noszącej jego pierścionek na palcu. Cieszył się, że młodsza siostra odzyskiwała energię i nie zamierzał odmawiać jej przyjemności, które tak bardzo miały służyć jej sercu, bo nie wiadomo, kiedy miała nadarzyć się kolejna taka okazja. Równocześnie bał się, że przez tę kruchość, będzie bardziej narażona na bodźce zewnętrzne, jednak Cyneric zareagował niemalże odciągając nadopiekuńczego kuzyna z daleka od panieńskich zabaw. Morgoth nie chciał się oddalać, ale nie zamierzał równocześnie przebywać do czasu rzucenia wianków na wodę wśród tłumów. Nic więc dziwnego, że dwójka Yaxleyów szła ramię w ramię ku dalszym częściom terenów gospodarzy. Domyślał się, że temat jego narzeczeństwa wyjdzie na tym krótkim samotnym spotkaniu. Wiedział też, że Cina patrzył na niego z pewnym niepokojem, wszak kto żenił się, mając dwadzieścia dwa lata? Sytuacja była jednak wyjątkowa, a czasy niespokojne. Sojusze musiały być silne i trwałe, a małżeństwa spajane przez potomstwo. Czy to związanie Cynerica z Rosalie spowodowało, że podjęto tę decyzję właśnie teraz? Wiedział, że wszystko miało znaczenie, a jego ojciec nie zrobiłby niczego pochopnego. Czuł się gotowy wypełnić obowiązek, który na niego nałożono, jednak nie zamierzał podchodzić do tego czysto politycznie. Zależało mu na tym, by to złączenie rodów było udane. A z Marine u boku mogło się to udać. Nie odpowiedział na pierwsze słowa kuzyna. Obaj wszak wiedzieli, że wystarczyło im tylko tyle, by odnaleźć porozumienie i zjednoczyć się ponownie. Jeden z tematów był więc zamknięty, ale Cina otworzył drugi. Przez moment wspólnie szli w milczeniu, co nie było wcale takie dziwne. Bardziej zaskakującym faktem byłoby, gdyby opiekun smoków odezwał się bez zastanowienia. Sięgnął więc pamięcią do postaci narzeczonej, do odczuć z nią związanych, do sytuacji, w których się znajdowali. Jaka była w jego odbiorze Marine Lestrange?
- Jest w niej coś, co mnie uspokaja - zaczął, wiedząc, że Cyneric nie zasługiwał na dyplomatyczne zagrania z jego strony, mające zawoalować prawdziwą naturę czającą się za poruszanym tematem. Miał prawo do tego, by poznać skryte myśli kuzyna jako jedyna osoba. Dzielił z nim przecież tak wiele doświadczeń na tle szkolnym, rodzinnym, od niedawna sprawy, za którą przyszło im walczyć. Leia nie mogła być obciążana tym wszystkim. Nie miała pojęcia o tylu wyrzeczeniach brata i jego zbrodniach. Kolejną postacią miała być równie niewinna osobowość bliższa niż ktokolwiek. To z nią miał stworzyć trwałą więź. Ale droga była krucha i łatwa do zniszczenia. Miał się nią zajmować i chronić przed burzą, chociaż sam zwoływał pioruny. Odetchnął cicho, by kopnąć nieznacznie jeden z kamyków na ścieżce. Obserwował przez moment jak ten podskakiwał, by koniec końców wpaść w zarośla rosnące na granicach dróżki. Zaraz jednak znów zabrał głos, mówiąc cicho i z wyczuwalną jedynie dla Cynerica obawą. Wątpliwością, co do przyszłości, której nikt nie mógł zagwarantować. - Dobrze, że to ona - zaczął powoli, wpatrując się w nieistniejący punkt przed sobą. - Jest wszystkim, czego można oczekiwać po przyszłej żonie... - kontynuował, chociaż widać było, że targała nim niepewność odkryta jedynie tutaj. Tylko w towarzystwie brata. Tylko ten jeden jedyny raz. - Widzę w niej zaufanie, którego nie chcę złamać. Zawierza mi tak bardzo, że aż czuję wewnętrzny ból na samo jej spojrzenie... Widzę to w niej, ale nie wiem czy potrafię odpowiedzieć. Wierzysz, że jest to kompatybilne z tym co robimy? Z tym co jeszcze się wydarzy? Że nie skończy się to żalem? - ostatnie słowa niemal wyszeptał, zupełnie jakby nie pytał kuzyna i nie oczekiwał odpowiedzi. Pierwszy raz wyjawił na głos obawę przed tym, że nie podoła postawionemu przed nim zadaniu. Może i mógł być gotowy teraz. Ale czy miał tę siłę utrzymać również i później?





You collect scars because you want proof that you are paying for whatever sins you've committed
Powrót do góry Go down
 

Ścieżka w lesie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Dróżka w lesie
» Opuszczony ludzki Dom, głęboko w lesie. [+18!]
» Ścieżka górska
» Dom w lesie
» Julius Nott

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dorset, Weymouth-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18