Wydarzenia


Ekipa forum
Rozlewisko
AutorWiadomość
Rozlewisko [odnośnik]27.09.15 11:55
First topic message reminder :

Rozlewisko

Nadbrzeżny las odgrodzony od morza skałami, podlany morską wodą. Czuć w okolicy zapach morskiej bryzy zmieszany z orzeźwiającą wonią iglastych drzew. To ciche i ustronne miejsce, nieco oddalone od bardziej turystycznych części wybrzeża, w którym można oddać się swobodnej kontemplacji przyrody w intymnej atmosferze. Bogata fauna mogłaby zaprzeć dech w piersi; oddalone od cywilizacji miejsce zamieszkują nie tylko sarny i jelenie, ale przede wszystkim drapieżne ptaki, których loty nad morzem lub nad koronami drzew można obserwować z pobliskich skał.  

Rytuał chabrów

Od najdawniejszych czasów zakochani wchodzili podczas Lughnasadh w chabrowe związki, powszechnie rozumiane jako małżeństwa na próbę. Festiwal Lata, czas święta i radości, był jedyną okazją do złożenia przysięgi, która tradycyjnie trwała rok i jeden dzień. Po tym czasie, związek mógł zostać przypieczętowany na zawsze albo zerwany bez żadnych konsekwencji. Tradycja celebrująca nade wszystko siłę miłości i gwałtowności uczuć ośmielała niezdecydowanych mężczyzn i rozpalała serca zakochanych dziewcząt. Bywała sposobem na przypieczętowanie związku wbrew woli rodziny, do czego ta musiała się dostosować, obrzędy wykorzystywało też wiele sprytnych kobiet i mężczyzn usiłujących uwieść ukochaną osobę. Czarodziej i czarownica, którzy złożyli chabrową przysięgę, stawali się chabrowymi mężem i żoną i byli przez ogół społeczeństwa traktowani jak małżeństwo, lecz nie na zawsze.

Pogrzebana przez upływ czasu tradycja powróciła w obliczu wojny i kruchości ludzkiego życia. Po upływie roku i jednego dnia złożoną przysięgę należy odnowić w myśl tradycyjnego małżeństwa, w innym przypadku związek przechodzi do historii.

W przygotowaniach dopomagają starsze czarownice przybrane w powłóczyste chabrowe szaty, o kwietnych wiankach na skroniach, które malują na twarzach przygotowujących się do obrzędu czarodziejów runy mające pieczętować moc miłości - w myśl tradycji nie można zmazać ich aż do najbliższego świtu. Dla zakochanych chcących związać się obrzędem przygotowano drewnianą altanę w miejscu, gdzie las łączy się z plażą. Pośrodku niej znajdują się drzwi, prowadzące zgodnie z wierzeniami do innego wymiaru. Na drzwiach znajdują się dwa okrągłe otwory - zakochani wsuwają przez nie ręce, by spleść za drzwiami symbolicznie swoje dłonie, a tradycyjnie - dusze. Za drzwiami jedna ze starych wiedźm przecina skórę dłoni zakochanych złotym sierpem, łącząc ich rany. Wokół palą się kadzidła o słodkawym zapachu, rozbudzającym krew i pożądanie. Samą przysięgę powtarza się za najstarszą z wiedźm w języku staroceltyckim, ma oznaczać szczere wyznanie miłości, pozbawione jest jednak zapewnień wieczności lub stałości. Na koniec panna młoda otrzymuje od męża wianek z chabrów, a oboje otrzymują od najmłodszej z wiedźm misę z fermentowanym słodkim miodem z akacji, którym mają się wspólnie posilić.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:09, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rozlewisko - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Rozlewisko [odnośnik]10.05.23 13:11
Michael wychodził z siebie.
Próbował udawać, że nie, ale znała go zbyt dobrze, żeby nie rozpoznać tego stanu. Chociaż widocznie starał się grać że wszystko jest w porządku i że wcale nie zjadą go nerwy. Nie nabrała się na to ani trochę. Nic nie mówiła z trudem powstrzymując lekko kpiący uśmiech. Może nie powinno, ale bawiło jej to. Przypominał jej bardziej niepewnego młodzieńca, niźli dorosłego wilka i wiedziała, że nie będzie w stanie oprzeć się przed tym, żeby to wykorzystać. Uniosła na niego spojrzenie kiedy zerknął ku niej, milcząco w pytaniu unosząc lekko brwi, a kiedy jego usta opuściły słowa, prawa brew dźwignęła się wyżej.
- Zapomniałam, postawiłam na naturalny nieład. - odcięła się siostrze wywracając lekko oczami. Jakie to miało znaczenie? Czy użyła dzisiaj grzebienia czy nie? (użyła) ale nie umiała sobie odmówić komentarza kiedy pozostawała w obranej tego ranka roli.
- Za to że miałam rację? - zapytała nadal powstrzymując drgające kąciki ust ku górze. Przekrzywiła lekko głowę. - Jeszcze się wstrzymaj, możliwe że twoja wybranka to uciekająca panna młoda. - powiedziała z powagą, która nie zgrywała się z rozbawionym spojrzeniem. Dłonie miała wciśniete w kieszeni spódnicy, której nie nosiła często. Ostatecznie uznała jednak, że ślub jej brata jest dostateczną okazją, by ją założyć. Wolała skupić się na docinaniu jemu bo prawda była taka, że nie było jej lekko. Że spoglądanie na rozemocjonowanego - ale i szczęśliwego - brata, wciskało się cierniem nieprzyjemnie w jej bok. Świadomością, że coś takiego nigdy nie będzie jej dane. Że zachłannie wyciągnęła po to ręce, choć przyrzekła przecież coś wcześniej. Nie była też pewna czy nie uciekała przed miłością - nie tylko ze względu na przysięgę, teraz jeszcze ze względu na strach przed cierpieniem, porzuceniem, kolejną stratą. Nie była pewna ile była jeszcze w stanie znieść. Dlatego łatwiej, było udawać nie przejętą. Zakończyć wszystko szybko, celnie, teraz miało przecież mniej boleć. Na altanie oparła się leniwie bokiem o drewnianą konstrukcję, jasnymi tęczówkami wodząc za bratem. Najpierw zauważając jego minę - dopiero potem rejestrując pojawienie się blondynki.
- Adda. - przywitała się, kiedy znalazła się obok, odepchnęła się łokciem od drewnianej ściany, żeby drugi łokieć wbić pod żebro Michaela akurat kiedy Kerstin zachwycała się ich piękność i swoją szczęśliwością. - Patrz, nie uciekła. Teraz możesz mi dziękować. - pocieszyła go w swój własny, jedyny i niepowtarzalny sposób, nie przejmując się w ogóle tym, że Adda znajdowała się zaraz obok - nie ściszyła głosu, więc ten był na tyle donośny by dotarł do wszystkich. Rozciągnęła w zadowoleniu usta prezentując bratu rząd białych zębów. Robiła to teraz specjalnie, próbując odciągnąć własne myśli od podłogę nastroju, potrafiła przecież nieźle ściemniać. - Maeve. - kwinęła jeszcze lekko głową drugiej kobiecie. Wzięła wdech w płuca.
- To co zaczynamy? W sensie - wy zaczynacie? - zapytała ich ponaglająco odrobinę. Nie była romantyczką a siedząc na altanie w oczekiwaniu na Addę i wyrzucając swój komentarz zastanawiała się, czy sama by nie uciekła. Czy może nie lepszym i nie właściwszym sposobem na nią samą było postawienie ją w takim miejscu kiedy akurat była chętna przysięgnąć - wtedy nie miałaby czasu na to, by się wycofać, jak przecież zrobiła nie tak dawno temu. Palce mimowolnie dotknęły miejsca, na którym wcześniej znajdował się zaręczynowy pierścionek.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Rozlewisko - Page 11 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]11.05.23 10:04
Nie wierzę, naprawdę nie wierzę – wymamrotała pod nosem, kiedy już dotarła do Gajówki, ostrożnie przemierzyła kolejne pokoje, których rozkład znała już na pamięć i, przyświecając sobie różdżką, stanęła w progu skąpanej w półmroku sypialni. Dopiero tam odnalazła nieruchomą Adę, a raczej niemalże nieruchomą, wszak to unosząca się, to opadająca pod wpływem oddechu pierś rozwiała ewentualne wątpliwości, które w pierwszej chwili ścisnęły trzewia obręczą strachu. Napędzana obawą wyobraźnia zdążyła podsunąć najgorsze z możliwych obrazów, lecz przyjaciółka wciąż żyła, nikt jej nie napadł, dom zresztą nie nosił śladów włamania... po prostu spała. I to w tym samym ubraniu, które miała na sobie wcześniej, w ciągu dnia. Maeve w pewnym stopniu uspokoił fakt, że czarownica była cała i zdrowa, że to nie jakaś tragedia powstrzymała ją przed dotarciem do Weymouth, z drugiej strony – dlaczego, u licha, ucinała sobie drzemkę? Teraz? Kiedy powinna być gotowa, a jeśli nie gotowa, to chociaż kontemplować swe oblicze w lustrze, poprawiać loki, rozważać, które kolczyki będą pasować do wybranej na tę wyjątkową okazję sukienki najbardziej...?
Panika – choć ta przecież powinna towarzyszyć tylko i wyłącznie pannie młodej – nagle udzieliła się i jej. Krew odpłynęła z twarzy, żołądek odezwał się falą mdłości. Co robić? Od czego zacząć? Prędko przysiadła na skrzypiącym cicho łóżku, jednak to nie wystarczyło, by wyrwać de Verley z drzemki; szturchnęła kobiece ramię raz i drugi, wpierw będąc delikatną, dopiero po chwili decydując się na gwałtowniejsze gesty. – Ada. No, już, nie ma czasu do stracenia – oświadczyła wyższym niż zwykle głosem, próbując naprędce ułożyć plan działania; improwizacja nie była jej obca, praca w wiedźmiej straży wymagała nie lada elastyczności i umiejętności adaptowania się do najróżniejszych sytuacji, nie sądziła jednak, że przyjdzie jej wykorzystywać ją akurat tego dnia. I to w kontekście przygotowań do ślubu. A przecież musiała stanąć na wysokości zadania i zadbać, by leniwie roztwierająca powieki przyjaciółka dotarła na miejsce, przed oblicze Tonksa, i dopełniła rytuału, którego wizja napawała ją to rozczulającą tremą, to bezbrzeżną radością. Tak na przemian, zależnie od godziny i kierunku wiatru, albo po prostu pozycji komety; ta nie przestawała ich podglądać choćby i teraz, późnym wieczorem, rozświetlając niebo swym upiornym blaskiem.
Powiedzmy, że powinnaś już być gotowa... Ale nie stresuj się – palnęła, w założeniu uspokajająco, choć przecież nic tak nie podsycało nerwów, jak takie właśnie słowa. Zmrużyła ślepia, gdy gospodyni zamaszystym ruchem rozpaliła pobliską lampkę, a później usunęła się z jej drogi w ostatniej chwili, nim zaplątałyby się w swe kończyny i razem runęły na twardą podłogę sypialni. – Ada. Ada. Zaraz wszystkim się zajmiemy. Razem. – Gdy ujrzała emocje panny młodej w pełnej krasie, jej własne zdenerwowanie odeszło na dalszy plan. Bo przecież właśnie po to tu przybyła, by służyć radą i pomocą. Być oparciem w chwili, w której de Verley – jakież to było do niej niepodobne – nie kryła się za żadną z wystudiowanych masek, nie kokietowała uśmiechem i nie prowadziła jednej ze swoich gier. Tak bezbronna, zagubiona, potrzebowała kogoś, kto będzie głosem rozsądku.
Maeve wykazała się nie lada refleksem, gdy uniknęła nadlatującej sukienki – purpurowej, eleganckiej, lecz nijak nie pasującej do roli, którą miała odegrać tej nocy – by skrócić dzielącą je odległość, a w końcu zamknąć ramię Ady w kurczowym, zwracającym uwagę uścisku. – Wykąpiesz się w morzu, jak już zostaniesz panią Tonks – zaproponowała, mając nadzieję, że wizja ta nieco poprawi nastrój nurkującej wśród pokaźnej kolekcji szat czarownicy. – Masz tutaj wiele pięknych kreacji. Daj mi chwilę. Pamiętam, że kiedyś widziałam tu taką, która byłaby wprost idealna... – Zmarszczyła brwi, przekładając kolejne wieszaki, szperając za znajomym beżowym odzieniem; tradycja nie pozwoliłaby wdowie na przyobleczenie się w dziewiczą biel, z drugiej strony – czy chabrowe śluby nie rządziły się swoimi prawami? Bez znaczenia. Już po chwili prezentowała strój, a nawet zmusiła Adę, by się w niego przebrała. – Jak się czujesz, hm? – zagadnęła, wodząc wzrokiem od stóp do głów, oceniając nim sposób, w jaki materiał przylegał do ciała. – Bo wyglądasz pięknie – dodała prędko, tonem rozmarzonym, drżącym gdzieś na granicy rozczulenia. De Verley zwykle robiła wrażenie, i to na wszystkich, którzy znaleźli się z nią w tym samym pomieszczeniu, lecz teraz, w tej chwili, wszystko było jeszcze lepsze, bo prawdziwe. Nikogo i niczego nie udawała, nie do końca pewny uśmiech należał do niej, tak samo ten wywołany przejęciem błysk w oku. – To twój wieczór, twój i Michaela. Początek waszego wspólnego życia. Nie pozwól, żebyś ktokolwiek go zepsuł, nawet jeśli tym kimś miałabyś być ty sama. – Ujęła ją za ramiona, zmuszając, by odpowiedziała spojrzeniem na spojrzenie. I na pewno wysłuchała. – A teraz siadaj. Wyciągaj szkatułkę z biżuterią, pokazuj kolczyki, a ja zajmę się rozczesywaniem włosów. Myślę, że nie trzeba ich spinać, ani splatać. W końcu wiedźmy ozdobią cię wiankiem, będzie ładnie wyglądać na tle loków...
Choć tego dnia ich przeciwnikiem był sam czas, misja zakończyła się sukcesem. Panna młoda została odnaleziona, doprowadzona na skąpaną w półmroku plażę i nic nie mogło jej już przeszkodzić w złożeniu wybrankowi serca przysięgi, która – jak mówiła tradycja – miała spleść ich losy na rok i jeden dzień. Dla Maeve było jednak oczywiste, że idąca obok Ada, pogrążona w pełnym napięcia milczeniu, nie potrzebowała próby. Nigdy wcześniej nie widziała jej tak szczęśliwej i tak pewnej swego. Choć sama o Tonksie myślała różnie, tak teraz była mu wdzięczna za każdy uśmiech, który rozświetlał twarz przyjaciółki i za opiekę, którą miał wokół niej roztoczyć. Igrali z losem każdego dnia, uparcie wystawiając jego cierpliwość na próbę, z pozoru skazani na samotność, na idące z nią w parze ból i gorycz, dopóki ta wojna nie dobiegnie końca, albo i dłużej, dopóki nie nauczą się żyć na nowo, w świecie wolnym od wszechobecnego cierpienia. A takie chwile – smakowały inaczej. Lepiej. Pozwalały dopuścić do siebie tę nieśmiałą, zwykle spychaną na granicę umysłu myśl, że może nie było na co czekać. Ledwie miesiąc temu Złotowłosa zachęcała ją do rzucenia się na głęboką wodę, teraz samej przekuwając te słowa w czyn. – Wiesz, że za nic nie mogłabym przegapić tej chwili – mruknęła w kierunku ucha przyjaciółki, przelotnie podchwytując jej roziskrzone spojrzenie, splatając ze sobą ich palce nieco mocniej. – Ani pozwolić, żebyś ty ją przegapiła – dodała jeszcze, a kącik ust wniósł się wyżej, w namiastce uśmiechu. Podszytego rozluźnieniem, bo wspomnienie niedawnych stresów odchodziło w niepamieć.
Ledwie chwilę później znalazły się już na miejscu, przy altanie, którą otaczali najbliżsi pana młodego; to wystarczyło, widok wystrojonego, pobladłego z przejęcia – tak przynajmniej podejrzewała Maeve – Lwa, by idąca obok czarownica znów stała się sobą. Promieniejącą szczęściem, o zaraźliwym uśmiechu. – Nie uciekła... – potwierdziła, gdy tylko dosłyszała słowa Justine; ugryzła się w język, nim powiedziałaby cokolwiek więcej. – Justine. Kerstin. Michaelu. – Powitała się ze wszystkimi, szczerze zadowolona, że widzi ich całych i zdrowych, prześlizgując wzrokiem po kolejnych sylwetkach; na dłużej zatrzymała go na licu pana młodego. Dzisiaj nie musiał jej unikać, dzisiaj była jego sprzymierzeńcem. – Widzieliście może...? – Nim jednak skończyłaby tę wypowiedź, zdążyła zmartwić brakiem Fredericka, ten, jak gdyby wyczuwając budzącą się do życia niepewność, wychynął zza pobliskich drzew; teraz wszystko było już na swoim miejscu.
Przekazała Adę w ręce Michaela, tłumiąc narastające w piersi wzruszenie, samej splatając dłoń z tą należącą do Foxa, bez słów przekazując mu, jak bardzo tęskniła. Rytuał miał się rozpocząć lada chwila.


All the fear there, everywhere
Burning inside of me
Maeve Clearwater
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
A woman in my place has two faces; one for the world, and one which she wears in private.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Rozlewisko [odnośnik]15.05.23 19:41
Cieszył się z radości Kerrie, naprawdę. Wiedział, że w jej (i całego świata) oczach to najwyższy czas, by założył rodzinę. Ojciec od dawna nie rozumiał, że autorzy są zapracowani, choć chyba chciał zrozumieć, że wilkołakom jest trudniej. Mama...
... tak bardzo chciał, żeby mama tego doczekała. I tak bardzo żałował, że nie zdążył się jej pochwalić, poznać jej z Addą - kilka lat temu, gdy była jeszcze okazja. Do początku lipca wydawało mu się, że Just rozumie jego starokawalerstwo, że wybrali tą samą ścieżkę - ba, że z ich dwojga to ona mogła jeszcze wszystko ułożyć, a on był skazany na cykle pełni księżyca. Wyprowadziła go z błędu, stanowczo. Wiedział, że najwyższy czekają, że on sam nie może się doczekać, pamiętał entuzjazm Addy - ale gdzieś w tą radość zakradał się stres. Chyba zaczął czuć stres wtedy, gdy szczęśliwa Kerrie przypominała mu o tym, że Adda jest słodką dziewczyną, która potrzebuje miłości i troski. Jak na zawołanie, przemowy motywacyjne obudziły w nim uśpione wyrzuty sumienia: już na początku znajomości nie traktował Addy jak damę (czego świadkiem była Just, która przyłapała ich w negliżu pewnego poranka), a zanim zrozumiał i wybaczył jej zerwanie, traktował ją przecież oschle, może nawet trochę okrutnie. Co, jeśli miesiąc to za mało by naprawić nagromadzone urazy, co jeśli Adda zapamiętała go inaczej, co jeśli się rozmyśli...? - te obawy towarzyszyły mu raz po raz, raz ciszej, raz głośniej, a w wieczór ślubu (konkretnie, gdy siostra wiązała mu krawat) najintensywniej.
-Umiem przecież zawiązać krawat. - wymamrotał bez przekonania, bo faktycznie ręce jakoś mu drżały, zupełnie nie rozumiał dlaczego. Nie umiał (dobrze) prasować, z tym się zgodzi, ale codziennie wiązał do pracy krawat, gdy jeszcze pracował w Londynie. -Nie za ciasno? - zaniepokoił się, gdy Kerrie zawiązała mu krawat, bo zrobiło mu się duszno, ale wcale nie z powodu krawata (był zawiązany idealnie, Kerrie mogła to stwierdzić). -Duszno tu, prawda? W domu. - (wcale nie było duszno, w porównaniu z upalnym lipcem sierpniowe wieczory zdawały się bardzo przyjemne). -...dziękuję, Kerrie. - wydusił wreszcie ze ściśniętym gardłem, gdy pokazała mu garnitur. Rozmawiał już z ojcem, sam, jak mężczyzna z mężczyzną, ale gest go wzruszył i ukłuł sumienie. Z tego co zrozumiał z tradycji, na chabrowy obrząd nie zapraszało się rodziców, z uwagi na konieczność trzymania wszystkiego w sekrecie nie chciał zresztą robić zbiegowiska i powiększać listy obecnych; ale dla niego to nie był przecież ślub na rok - tylko ten prawdziwy, ten, który zawsze będzie tym jedynym w jego sercu, nawet gdy odnowią przysięgę w bezpieczniejszych czasach i większym gronie.
Milczał chwilę, długą chwilę. -A... może masz coś... po mamie? Dla siebie i Just, mieliśmy gdzieś jej... rzeczy. - przeprowadzali się w pośpiechu, ojciec nie zabrał wszystkich do siebie, u Michaela zostały pudła, których bał się otwierać. Może była tam jej biżuteria albo szale albo coś. -...alenieprzejmujsię. - dodał panicznie szybko i prędko podszedł do okna, bo prawie nigdy nie rozmawiał o mamie z Kerrie i zapiekły go oczy. (Jeśli ją też, to oczywiście ją przytulił).

-Just. - ubrała spódnicę, zatkało go. -Ślicznie wyglądasz. - pochwalił jej fryzurę (czemu musiały z Kerrie sobie dokuczać) i spódnicę, a potem zdał sobie sprawę, że jeszcze nie skomplementował Kerrie i się zarumienił. -Ty też, Kerrie. - co się z nim dzisiaj działo?! Wziął głęboki wdech, podziękował siostrze, uśmiechnął się ciepło. -Miałaś rację. - przyznał miękko, łagodnie, z wdzięcznością, ale wtem rozładowała podniosłą atmosferę żartem, który wcale nie był zabawny. Pobladł, usiłując nie okazać, że właśnie tego się bał. -Wtedy pójdziemy się schlać. - bąknął, próbując zrobić dobrą minę do złej gry i udać, że to dowcip (a nie realny lęk), ale zrobił to całkowicie nieprzekonująco, w dodatku ryzykując ofuknięcie od Kerrie.

Na szczęście, nie zdołał zmartwić się porządnie. Zobaczył na brzegu znajomą sylwetkę, już z daleka— jasne włosy, jasna sukienka—była już bliżej—błysk zielonych oczu i chyba błysk kolczyków (po fakcie nie będzie pamiętał, w co była ubrana, będzie pamiętał jej uśmiech i to jak pięknie wyglądała)—coraz bliżej—morska bryza zmieszała się z perfumami o zapachu gruszek i frezji. Z ulgą wypuścił powietrze z płuc, nieświadom, że do tej pory wstrzymywał z nerwów oddech. Uśmiechnął się, otworzył usta, ale nie wykrzesał z siebie słów powitania. Zwyczajnie zaniemówił na chwilę na widok panny młodej i do rzeczywistości przywrócił go dopiero głos Just.
Zamrugał, zmieszał się wyraźnie (co widać było głównie po spojrzeniu posłanym siostrze, bo uśmiechał się cały czas) i już chciał coś powiedzieć albo sprostować, ale nie zdążył. Nie zdążył też spojrzeć przepraszająco na Addę, bo Kerrie rzuciła się ją wyściskać, wypowiadając te wszystkie słowa, których on nie zdążył z siebie wydobyć.

Maeve odpowiedziała Just za niego, skutecznie ucinając temat. Rozemocjonowanemu Michaelowi wydawało się, że zrobiła to ciepło i serdecznie, by rozładować sytuację i oszczędzić niezręczności jemu i Addzie. Posłał jej wdzięczne spojrzenie, a kątem oka widział szeroki uśmiech Just. -Dziękuję. - potwierdził, żartobliwie, bo to o to prosiła Just. -Dziękuję, że jesteś, Maeve. - dodał. Przy niej, przy nas. Kiedyś peszyło go badawcze spojrzenie Clearwater, kiedyś (na szczęście, bo biorąc pod uwagę jego do niedawna złamane serce wszystko byłoby jeszcze bardziej niezręczne) nie wiedział, jak blisko są z Addą. Cieszył się, że znalazła w niej przyjaciółkę i oparcie, a w jej wzroku widział (albo przypisał, na fali własnych emocji) milczącą akceptację i być może świeży start dla ich własnej znajomości.

Po chwili u jej boku pojawił się Fox. Mike przywitał się z nim skinieniem głowy, krótkim i autorskim cieszę się, że przyszedłeś, i cieszył się szczerze—w teorii Frederick towarzyszył tutaj przede wszystkim Maeve, ale w praktyce dla Michaela Biuro Aurorów było jak druga rodzina. Szukał tam zresztą rodziny i przynależności, odkąd był nastolatkiem i wstąpił na kurs. Przyjaźni w Biurze wyglądały inaczej niż te szkolne, praca ich hartowała, ale obecność kolegi po fachu nadawała ceremonii namiastkę domu (zwłaszcza dla kawalera, dla którego praca była domem). Przypomniał sobie, jak podczas listopadowej akcji w zagrodzie hipogryfów w Wiltshire pokłonił im się—jemu i Foxowi—hipogryf alfa, a potem całe stado. Mike był wtedy w ciemnym miejscu, zmagając się z demonami po wyprawie do Azkabanu, ale tamten sukces zdawał się nieść światło nawet w najciemniejszych czasach. Teraz auror był przy nim w najjaśniejszy dzień, bo Mike nie pamiętał już nawet, jak bardzo stresował się jeszcze przed chwilą. Teraz, gdy wszyscy byli przy altanie, nerwy gdzieś się rozpłynęły.
Nie umknęło jego uwadze, że Fox i Maeve spletli dłonie - sam wyciągnął rękę do Addy, jedynej, do której nie wypowiedział jeszcze słowa.

-Adda. - emocje rezonowały w jej imieniu, w uścisku dłoni. Mógłby na nią patrzeć jeszcze długo, pod gwiazdami, zapominając o świecie i nawet o tarczy księżyca, ale na szczęście Just praktycznie spytała/przypomniała mu, że powinni zaczynać.
-Zaczynajmy. - poprowadził pannę młodą do altany, przy której czekały już—cierpliwie, milcząco—dwie wiedźmy w wiankach na skroniach. Wkoło paliły się świece, ale ich blask padał na Addę i gości, a w cieniu twarze czarownic wydawały się niewyraźne, niemal bezwieczne. Choć rozmawiał z nimi zaledwie wczoraj, przytomniej, nazajutrz nie będzie potrafił sobie przypomnieć czy były bardzo stare czy w średnim wieku.
Jedna z wiedźm, o rozpuszczonych włosach białych jak śnieg, stanęła przed Addą z miską z błękitnym barwnikiem. Druga, o ciemnych jak noc włosach upiętych w warkocz, podeszła do Michaela. Chyba kazała mu zamknąć oczy, ale nie usłyszał żadnych słów - zrobił to odruchowo, a po chwili poczuł na twarzy chłodne palce, kreślące ochronne runy. Wydawało mu się, że rozpoznaje znak "X", runę Gebo, runę miłości - znał podstawy starożytnych run, choć się nie interesował - ale ruchy prędko stały się szybsze, jego oddech płytszy, obok czuł ciepło Addy, stracił czujność. Powietrze pachniało gorącem i słodkimi zapachami kadzideł, których nie umiałby nazwać. Zwykle wydawały mu się zbyt intensywne, drażniące wilkołacze nozdrza, ale dzisiaj pachniały dobrze.
Wszyscy obecni wdychali mieszankę ziół, pobudzającą krew i wzbudzającą zmysłowe tęsknoty, wprawiająca w dobry i romantyczny nastrój.
-Podejdźcie do drzwi. - obwieściła wiedźma, dając mu znak, że może otworzyć oczy. Światło gwiazd, świec i złocistoczerwonej komety igrało na twarzy Addy, ozdobionej teraz bliźniaczymi runami.



Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Starszy auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 43 +4
UROKI : 34 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Wilkołak
Rozlewisko - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]15.05.23 23:17
Pewnych emocji nie dało się ubrać w odpowiednie słowa; pozostawały więc nienazwane i niewypowiedziane, przenikały przez skórę wraz z ciepłem, iskrzyły w oczach, plątały się w kolejnym uśmiechu. Niewypowiedziane, wciąż osiadłe na języku, mogły przepaść, wzbudzając tym samym konsternację i niezrozumienie; niewypowiedziane, mogły przynieść ze sobą o wiele więcej ładunku emocjonalnego niż słowa. Adda głównie milczała, ale to milczenie było pełne właśnie tych niewypowiedzianych słów. Było wśród nich nieme podziękowanie i wdzięczność malująca się w zielonych oczach, był żart i dobry humor, było poczucie stabilności i zarazem jej brak. W końcu była też pewność i przenikający ją strach, stres igrający w kącikach ust, wprawiający uśmiech w drżenie.
Była miłość i zniecierpliwienie, ekscytacja i pożądanie.
To wszystko, niewypowiedziane i zamknięte w cichym szumie morza, trafiło do towarzyszącej jej Maeve. Do wieloletniej przyjaciółki, którą równie dobrze i równie swobodnie mogłaby nazwać siostrą. Ten dzień nie mógłby się odbyć bez niej i choć Adda do niedawna w ogóle nie wyobrażała sobie ponownego wyjścia za mąż, tak w przeciągu tych dwóch tygodni zdążyła uwić w głowie całkiem solidną wizję tego, jak powinno to wyglądać. I nie chodziło jej o otoczenie, czy ubiór, nie chodziło o formę.
Chodziło o ludzi, których będzie mieć w tym dniu przy sobie.
Ledwo stanęły przy Tonksach, Adda ledwo wymieniła pierwsze uprzejmości, a już padła ofiarą objęć młodszej siostry Michaela. Zaśmiała się cicho, krótko, ale nawet nie próbowała się z nich uwolnić. Odwzajemniła uścisk z równą mocą, bo choć nie znała Kerstin zbyt dobrze ― czy to czasem nie było ich drugie spotkanie w życiu? Może trzecie?... ― to zdążyła poczuć do niej jakaś nić sympatii i na jego podstawie zbudować wyobrażenie o łączącej je w przyszłości przyjaźni.
Dziękuję ― odparła swobodnym tonem i przyjrzała się kreacji Kerstin, w szczególności srebrnemu naszyjnikowi z wilkiem, doceniając symbol. Zanim padł jednak komentarz z jej strony, uwagę panny młodej przykuła starsza siostra, dokładnie ta sama, która kiedyś miała niebywała okazję oglądać ją prawie w negliżu. Dobrze, że Michael wykazał się wtedy refleksem.
Oczywiście, że bym nie uciekła ― fuknęła rozbawiona i demonstracyjnie oparła dłoń na biodrze. Początkowy stres opadał, znikał, jakby zabrany wraz z kolejną falą obmywającą brzeg plaży. ― …Ale prawie zaspałam ― dodała, niwecząc tym samym wysiłki Maeve by przedstawić ją w jak najlepszym świetle. Humor jej dopisywał, a fakt, że niemal zaspała na własny ślub wydawał jej się w tym momencie bardzo zabawny.
Obejrzała się przez ramię, w mig odczytując urwane pytanie Maeve, ale zguba odnalazła się szybko, bez niczyjej interwencji. Adda mrugnęła do Foxa zaczepnie w ramach powitania, dokładnie tak, jak za starych, dobrych czasów, kiedy kokietowali się dla zabawy i sportu, w ten sposób wyrażając swoją radość z jego obecności. Dobrze było go widzieć. A jeszcze lepiej było go widzieć razem z Maeve, dłoń w dłoń, ramię przy ramieniu, serce przy sercu.
Z ochotą przyjęła dłoń Michaela, zacisnęła na niej palce, a uśmiech, do tej pory kontrolowany w jakimkolwiek stopniu, teraz wymknął się jej całkowicie, osiadł na wargach, czaił się w oczach. Jej piękny Lew. Zgubiony lata temu, odzyskany ledwie przed miesiącem. Przyglądała mu się przez tę krótką, magiczną chwilę, wyłapywała nowe szczegóły; teraz, w blasku pochodni i świec, zdawał się poważniejszy i dojrzalszy niż wcześniej, niemalże gotowy do nowej roli. Kiedy odwrócił twarz w stronę altany, dostrzegła jak ciepły blask ognia odbija się w jego oczach, nadając im barwy burzowego nieba. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale uważała, że ma ładne oczy. Ładnego koloru, które rankiem, w słońcu, przypominały odcieniem niezapominajki, a wieczorami stawały się właśnie tak ciemne jak teraz, błyszczące tajemniczo i z charakterem.
Odruchowo uniosła dłoń, pogładziła opuszkami palców jego policzek; kompletnie się zapomniała, liczył się moment. Ulotna chwila, po której zostanie jej kolejne wspomnienie w kolekcji, rozmyty obraz, który ulegnie zakłamaniu przez upływ czasu. Ile miała już takich wspomnień do których wracała wciąż i wciąż, nie mogąc go wyrzucić z własnej głowy?...
Zaczynajmy ― potaknęła, wciąż w niego zapatrzona.
W drodze do altany ujęła materiał sukienki w palce i uniosła go nieco, nie chcąc ryzykować nagłej wywrotki ― element komediowy w postaci nieplanowanej drzemki był kompletnie wystarczający. Pochyliła nieznacznie głowę w kierunku wiedźm w milczącym geście pozdrowienia i mocniej ścisnęła dłoń Michaela. Sama nie odczuwała już stresu, ale potrafiła wyczytać z jego miny, że powoli, acz nieubłaganie, pożera go nadmiar emocji.
Czasu na interwencję jednak nie było. Białowłosa wiedźma władczym gestem nakazała jej zamknąć oczy, a już chwilę później Adda czuła na twarzy dotyk chłodnych palców kreślących tajemnicze znaki. Nie znała się zbytnio na runach, nie była w stanie rozpoznać symboli, ale czuła obok znajome wrażenie obecności Michaela i to w zasadzie wystarczyło. Nie musiała wiedzieć więcej, nie musiała skontrolować sytuacji. Podniosła powieki dopiero na wyraźną komendę, wtedy kiedy dotarł do niej także zapach dymu i słodkiego kadzidła. Wydawało jej się, że rozpoznaje niektóre zioła, ale nim zdołała przywołać z pamięci ich nazwy ― wszystko straciło na znaczeniu.
Liczyło się tylko to, że są tu razem. Że jeszcze chwila i zostanie jego żoną; teoretycznie na rok, ale w sercu i w zaciszu własnych myśli już na zawsze.


Looking for trouble and if I cannot find it,
I will create it

Adriana Tonks
Adriana Tonks
Zawód : podwójna agentka, rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
And you don't know the
consequences
of the things you say
I'll be your operator, baby
I'm in control
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 24 +5
CZARNA MAGIA : 1 +2
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11438-adriana-adda-de-verley https://www.morsmordre.net/t11442-rodzynka#353850 https://www.morsmordre.net/t12085-adriana-tonks#372538 https://www.morsmordre.net/f177-somerset-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t11444-skrytka-bankowa-nr-2503#353855 https://www.morsmordre.net/t11449-adriana-de-verley#353913
Re: Rozlewisko [odnośnik]18.05.23 20:31
-Prawie co? - płonące wkoło kadzidła musiały być mocne, jego nerwy rozszalałe, albo on sam wciąż niedospany po pełni, bo usłyszał, że Adda zaspała. Musiał się przesłyszeć, był w końcu środek... no, nie środek dnia, ale środek nocy. Nie ranek, nie przedpołudnie, nie trzecia w nocy.
Wybrał zresztą północ, by mieć jeszcze energię na nocną zabawę - by noc była jeszcze młoda, ale zarazem na tyle ciemna, że przy przystrojonej chabrami altanie nie będzie już nikogo, a uczestnicy Festiwalu zdążą się upić. Choć Mike najchętniej wykrzyczałby całemu światu, że wreszcie się żeni, to auror Michael Tonks trochę obawiał się pokazywać u boku Addy i starał zachowywać dyskrecję. Jej praca była istotnym powodem, ale nawet gdyby miała inną - nie chciał, by ktoś skojarzył twarze i imiona jego bliskich. Fox podzielał pewnie te obawy, Billy cudem uszedł z życiem gdy Rosier wypytywał go o Tonksów. Na szczęście, odkąd zdjęto listy gończe był już mniej rozpoznawalny, a Adda - w letniej sukience, z błękitnymi runami na twarzy, w świetle komety i księżyca - niepodobna do eleganckiej wdowy z Londynu. Gdy wiedźma się cofnęła, a on otworzył oczy, nie mógł się napatrzeć na pannę młodą. Zdawała się dziś młodsza, promieniejąca, taka jak ją zapamiętał z pierwszych miesięcy ich znajomości - ale tym razem wreszcie bez cienia melancholii w zielonych oczach. Może zdawała się taka tylko jemu, ale późna noc miała w sobie coś magicznego i beztroskiego, skłaniającego do dalszego świętowania pod osłoną Sphaecessatio. Adda przyszła, nie rozmyśliła się, zaraz będzie jego Addą, więc wreszcie mógł wybiegać myślami w przyszłość, choćby tą najbliższą.
Morze szumiało w oddali, dym z kadzideł ulatywał do rozgwieżdżonego nieba, słychać było kroki wiedźm, obok stały siostry i przyjaciele, ale jemu zdawało się przez chwilę, że słyszy tylko bicie własnego serca; że czuje pod palcami tylko ciepło i tętno Addy. Zmusił się do puszczenia jej dłoni, by wspiąć się na stopień i podejść bliżej drewnianych drzwi z otworem w środku. Dopiero za nim mieli na powrót spleść ręce, tym razem rytualnie. Obrączki czekały w jego kieszeni, to już zaraz.
Jedna z wiedźm recytowała coś cichym szeptem, w celtyckim języku, którego nie rozumiał. Jej głos przeszedł w cichy, niski śpiew. Druga, białowłosą, sięgnęła po błyszczący sierp. Pomarańczowordzwe światło komety odbiło się w nim dziwnie, nienaturalnie.
Poszukał spojrzenia Addy, jakby chcąc się upewnić, że się nie boi. W inny dzień wydawałoby się to absurdalne - jedno nacięcie, trochę krwi, widział już przecież narzeczoną w krwi wrogów ciężko rannego demimoza, widział blizny na jej ciele - ale dzisiejsza chwila zdawała się inna, mistyczna, bez odwrotu. Tak, jak bez odwrotu będzie złączenie jej życia z jego, jej nazwiska z jego. Kerrie, którą czarna magia dopadła we własnym domu, już się o tym przekonała.
Wystarczył jednak rzut oka na błysk w oczach Addy, na jej promienny uśmiech, by wsunął dłoń przez drzwi bez wahania. Stał teraz naprzeciwko narzeczonej, blisko, ale tak, by się nie dotykali - białowłosa wiedźma tłumaczyła im wszystko cichym głosem, a następnie przeszła z sierpem za drugą stronę drzwi. Korciło go zerknąć, ale oprócz dłoni swoich i Addy widział tam tylko nieprzeniknioną ciemność. Nawet powietrze po drugiej stronie zdawało się chłodniejsze, ale może to tylko morska bryza.
Poczuł piekące mrowienie, wyraźny i rdzawy zapach krwi (ten zawsze rozpoznawał najszybciej i bezbłędnie) - najpierw własnej, potem jej. Chłodny i szorstki dotyk dłoni wiedźm, które złączyły ze sobą ich dłonie.
Ich krew.
-Powtarzajcie za mną, równocześnie. - wyszeptała jedna z czarownic - jej głos dochodził do nich wyraźnie, ale jakby z daleka. Nadszedł czas celtyckiej przysięgi.



Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Starszy auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 43 +4
UROKI : 34 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Wilkołak
Rozlewisko - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]20.05.23 11:36
Trudno było jej się skupić, rejestrować cokolwiek poza tym, że w końcu nadszedł ten dzień, ta noc, która jeszcze parę miesięcy temu zdawała jej się kompletnie niemożliwa. Myśli wirowały jak liście porzucone na wietrze, krew dudniła w uszach, zniekształcając lekko odgłosy otoczenia. Zniknął szum morza, zniknęło mamrotanie wiedźm; zdawało jej się nawet, że świat nagle skurczył się do tego skrawka altany na którym się znaleźli. Był tylko Michael i podświadome instrukcje napływające z pachnącej kadzidłem nicości ― to dzięki nim wiedziała co robić, gdzie wsunąć rękę.
Nie potrafiła oderwać od niego wzroku, więc bez trudu odnalazł jej spojrzenie i nie dostrzegł tam ani strachu, ani niepewności. Sama Adda nie była pewna tego, co można byłoby teraz wyczytać z jej oczu, nie panowała nad sobą ― w zasadzie to nawet nie chciała. Czuła, jak uśmiech rozciąga jej wargi, jak serce tłucze się o żebra w emocjonalnym uniesieniu. Nawet nie podejrzewała, że ślub może wywoływać takie emocje. Poprzednim razem było inaczej: był ten przyjemny dreszczyk, była niepewność i ryzyko, była nawet radość, ale nijak nie miało to porównania do tego, co działo się tu i teraz.
Myśl ― a może czyjś głos? Nie była pewna ― nakazała jej wsunąć dłoń przez otwór w drzwiach, po chwili poczuła także nieprzyjemną iskrę bólu. Ta zaraz rozmyła się w ekscytacji, w adrenalinie, pozostawiając za sobą jedynie wrażenie lepkiej wilgoci. To zresztą też momentalnie zniknęło, rozpłynęło się w cieple drugiej dłoni.
Głos zza drzwi ― niski, poważny, przepełniony mądrością i doświadczeniem ― popłynął leniwym strumieniem, cedząc szorstkie zgłoski tak, by mogli je bez trudu powtórzyć, nawet mimo nieznajomości języka. Ich głosy: Michaela, Addy, starej wiedźmy, zlały się w jeden, wspólny ton:

Wiążąc cię ze mną,
zaplatam trzy nici.
Trzy kruki tobie tworzę,
trzy pieśni tobie śpiewam.
Na ochronę, na miłość, na nową drogę.
Na dzień, na rok.


Śpiew młodszej z wiedźm stał się mocniejszy, jej głos wybijał się ponad przysięgę, ulatywał w noc wraz z szumem fal i oparami kadzidła.
I nagle zgasł.

Nad tobą inkantuję,
przez potężne runy przemawiam: krew do krwi, kość do kości, ścięgno do ścięgna, tak by jednym się stały. W ciężkich oparach kadzidła, w szumie wody obmywającej brzeg, pozwalam zabrać to, czemu pozwalam odejść; na ścieżkę wstępuję z duszą wolną od tego, co przeszłe. Przywiąż się do mnie, splećmy mocniej dłonie…


Powyżej i poniżej. Odwróć Ingwaz ― wtrąciła ciemnowłosa i klasnęła w dłonie. Odgłos był niepokojący, głuchy, ale dobrze rezonował z grzechoczącymi dzwonkami na jej bransoletce. Adda miała wrażenie, że poza ich czwórką w altanie jest ktoś ― lub coś ― jeszcze. Może to złudzenie, może kolejny objaw niewyspania.

…zaopiekuję się tobą, jak wiatr liśćmi i konarami…


Powyżej i poniżej. Odwróć Ingwaz. ― Kolejne wtrącenie, kolejne klaśnięcie, dzwonki zagrzechotały ponownie. Coś stuknęło w drzwi.

…daję iskrę we wnętrze ognia, daję iskrę sercu, umysłowi i krwi…

Powyżej i poniżej. Odwróć Ingwaz.

…przez potężne runy ślubuję trwać przy twoim boku i kochać, dopuścić cię na ścieżkę, którą do tej pory kroczyłam samotnie.


Powyżej i poniżej. Odwróć Ingwaz. ― W drzwi znów stuknęło, odezwały się dzwonki, ciepło drugiej dłoni stało się wyraźniejsze, rana piekła. ― Niechaj tak się stanie; na dzień, na rok.
Adda poczuła kolejny dotyk, tym razem na przedramieniu; szorstki palec kreślił na jej skórze kolejne znaki i symbole, równie niezrozumiałe co wcześniej. Tym razem jednak bez barwnika, nie czuła wilgoci.
Kątem oka zauważyła, jak młodsza wiedźma ujmuje w dłonie misę pełną złocistej cieczy i unosi ją nieznacznie ku górze. Ruch powietrza za drzwiami podpowiadał jej, że białowłosa czarownica się odwróciła; luźna szata załopotała krótko pod podmuchem wiatru. Kolejne polecenie ― równie ulotne co wcześniej ― kazało jej kontynuować. Teraz mówili we czwórkę. Ona, zapatrzona w Michaela, młoda wiedźma święcąca miód i stara wiedźma, zwrócona w stronę morza, jakby wzywała wszystkich bogów, cztery żywioły i każdą żywą istotę na świadka.

Koguty pieją, zaklęcia rosną,
losy się wiążą, wilki wyją,
bogowie się radują, kruki kraczą,
cienie grożą, jęczmień się kołysze,
pola porastają, słońce przyświeca,
wilki polują, słońce ucieka.
Koguty pieją, zaklęcia rosną,
losy się wiążą, wilki wyją,
na dzień, na rok.


Na dzień, na rok ― powtórzyła ponownie stara wiedźma z taką mocą, że Adda aż spuściła wzrok na drewniane deski altany. Poniosła spojrzenie chwilę później, czując kolejne wezwanie.
Przyjęłam runy, ślubując i przyrzekając, przyjęłam.
Do duchów i nieznanych mocy: dziękujemy wam w swej pieśni. ― Głos staruchy przycichł, stał się mniej uroczysty, mniej władczy.
Na dzień, na rok ― powtórzyła po raz kolejny czarnowłosa wiedźma, pozwalając słowom spłynąć wprost na miodową taflę.


Looking for trouble and if I cannot find it,
I will create it

Adriana Tonks
Adriana Tonks
Zawód : podwójna agentka, rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
And you don't know the
consequences
of the things you say
I'll be your operator, baby
I'm in control
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 24 +5
CZARNA MAGIA : 1 +2
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11438-adriana-adda-de-verley https://www.morsmordre.net/t11442-rodzynka#353850 https://www.morsmordre.net/t12085-adriana-tonks#372538 https://www.morsmordre.net/f177-somerset-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t11444-skrytka-bankowa-nr-2503#353855 https://www.morsmordre.net/t11449-adriana-de-verley#353913
Re: Rozlewisko [odnośnik]05.06.23 17:44
Choć zarejestrował lekkie pieczenie rany i gorącą strużkę krwi, to prawie nie poczuł bólu - nacięcie sierpu było niczym w porównaniu z tym, co przechodził co miesiąc. Nawet nie licząc pełni, ekscytacja płynąca z zawieranego obrzędu była silniejsza niż wszystkie inne bodźce. Dawno nie czuł się tak lekki, tak rozpalony. Mógłby to zrzucić na karb płonących wkoło kadzideł, ale to nie to. Wiedział od dawna, że nie wziąłby ślubu bez emocji, nawet pomimo rodzinnej powinności i społecznych oczekiwań. Żył wtedy pomiędzy dwoma światami, wyrzekając się mugolskiego i nigdy nie należąc w pełni do czarodziejskiego, naginał konwenanse wedle własnego egoizmu; a egoizm pchał go w kierunku ekscytującej kariery i ekscytujących kobiet. Adda najpierw była jedną z nich, ale potem jedyną, której chciał się oświadczyć. Jedyną, której utrata naprawdę bolała.
Gdy obudził się w szpitalu w Oslo z rozszarpanym barkiem, czuł przez chwilę żal, że nie ożenił się gdy był młodszy - może i żadna dziewczyna nie porwała go za serce, ale przecież mógł porwać jakąś przed ołtarz i byłoby w porządku (w porządku zawsze było dla niego niewystarczające; tak jakby wiedział, że jeśli będzie się przy którejś nudzić to ostatecznie złamie jej serce). Czuł rozczarowanie, że nie zdążył założyć rodziny, bo to nie tak, że nie chciał, po prostu się nie śpieszył. Potem, próbując jakoś zracjonalizować sobie likantropię, zaczął czuć ulgę - że nie zdążył uwiązać do siebie nikogo, że nie musiał z nikim zrywać w szpitalu, że mógł być sam, sam, sam.
Teraz, gdy pewnie trzymał zakrwawioną dłoń Addy we własnej, nie żałował już niczego. Odważył się już nie być sam, dzięki wsparciu życzliwych osób i samej Addy zrozumiał, że likantropia nie musi oznaczać końca życia. Dzięki Justine i przykładowi Williama i Hannah i nawet przykładowi Anthony'ego i Rii, których radosny ślub w pierwszych dniach wojny wciąż budził w nim pozytywne wspomnienia - pojął, że w obliczu wojny i końca świata warto żyć, a nie czekać.
Zdawało mu się, że czuje pod skórą dłoni Addy mocny puls. Zapach krwi - jej, jego, ich? - zlewał się z zapachem kadzideł, które łagodziły metaliczną woń. Kojarzył się dziś z życiem, a nie śmiercią.
Dawno nie czuł się tak żywy.

Słowa zaczął powtarzać powoli, starannie, ale czuł się trochę jak w transie. Więcej czuł niż myślał, co rzadko mu się zdarzało.
Czuł, że coś ich dzisiaj ochroni - nie tylko runy, nie tylko jego doświadczenie i jej spryt. Jasnoniebieska farba, na twarzy Addy lśniła lekko w blasku komety i gwiazd, kojarząc się w jakiś sposób z zimnosrebrzystą poświatą patronusa. Z jednej strony zdawało mu się, że są tu tylko we dwoje, jakby głos wiedźm był gdzieś daleko; ale z drugiej strony - wreszcie nie czuł się sam. Dotychczas zdawało mu się, że jest - on sam i tylko on - odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo, za ich związek. Nie potrafił przed laty ochronić jej i ich nienarodzonego dziecka, co wyrzucał sobie z równym żalem jakby naprawdę mógł wszystko przewidzieć. Bał się nawet, że nadal nie będzie potrafił - bezradny w pełnie, bezsilny z dala od Londynu. (To, że prawie stracił Justine gdy została aresztowana w Londynie, w poranek po pełni, jedynie wzmagało jego przesądność - z typowym dla siebie pesymizmem skupiał się na tym, że go z nią nie było, a nie na tym, że wspólnie z Zakonnikami wydarł ją z Azkabanu). Teraz poczucie winy i pesymizm gdzieś się rozpłynęły —
Na ochronę, na miłość, na nową drogę.
— a jemu zdawało się, że są w dokładnie odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie; że ból rozłąki i niepokój wojny są nieistotne; że ich ponowne spotkanie i ślub są pięknym darem od losu tu i teraz, a nie spóźnionym spełnieniem dawnych marzeń.
na ścieżkę wstępuję z duszą wolną od tego, co przeszłe
— dawne błędy, postaci budzące do niedawna żywy gniew lub smutek, również zdawały się nieistotne; tamte emocje i wspomnienia może nie przestały być ważne, ale wyblakły w porównaniu z doniosłością obecnego momentu. Niektóre demony przeszłości już nie żyły i nabrał przekonania – tego, z którym w lipcu dzielił się ze spanikowaną po czkawce Addą – że w istocie nie wrócą. I wiary, że z innymi zdoła się zmierzyć.
Już nie sam.
zaopiekuję się tobą, jak wiatr liśćmi i konarami
Do tej pory kroczył swoją ścieżką samotnie i uparcie, obydwoje to robili; upatrując w bezbronności słabości, ale podzielił się z Addą sprawami, którymi nie chciał się dzielić z nikim - a przy jej czułym spojrzeniu nie czuł się słaby (jak zwykle, gdy spotykał się z litością lub oceną), a silniejszy niż wcześniej.
Mówił dalej, choć nie rozumiał słów, ale czuł, czuł je nadal. Powietrze zdawało się chłodniejsze, świeższe, wspomnienia biegły do kogutów piejących w Dolinie Godryka i życiodajnych kur w domu (ich domu), w uszach dźwięczało echo wycia wilków i wilkołaków (echo niosące wspólnotę, nie niepokój, echo obietnicy jaką znalazł w towarzystwie sprzymierzonych z Zakonem likantropów i w opowieściach Vincenta o wspólnocie w Rumunii i w znalezionym przez lorda Prewetta Tyneham), oczy Addy błyszczały jak księżyc w pełni i jak wschodzące słońce.

Na dzień, na rok
-na zawsze -
dodał w myślach, a potem wyszeptał bezgłośnie w ojczystym języku, bo choć chciał się stosować do scenariusza rytuału to nagięcie go we własnym sercu i własnych wargach nie wydawało się mu niewłaściwe. Może wiedźmy nie zauważą, nie był pewien czy Adda zauważy, ale chciał to powiedzieć, dla siebie i dla czegoś co ich dziś wiązało.
Rok był furtką trzymającą ich związek z dala od niepowołanych oczu, rok był obietnicą przyjęcia (nie rytuału, ten właśnie się odbył) po wojnie, rytuał chabrowy był sposobem na szybki ślub bez czasochłonnej organizacji, ale nie były czymś czego naprawdę chciał - a ślubowanie wierności Adzie nie sprawiało mu kłopotu; nie było dodatkową obietnicą, a faktem. Nie zdołał się od niej uwolnić przez trzy lata, nie chciał być od niej wolnym po roku.

Słowa umilkły, choć pieśń nadal dźwięczała mu w uszach. Za szybko, chciał wciąż trzymać ją za rękę, być wolnym od trosk, przeżywać coś więcej, bo choć nigdy wcześniej nie był zakorzeniony ani w mugolskich ani w czarodziejskich wierzeniach, to teraz czuł się częścią czegoś więcej. Ale ukłucie żalu minęło równie szybko, jak się pojawiło - gdy czarownica włożyła w jego dłonie kielich miodu, który miał podać Addzie. Wyciągnął do niej ręce, świadom, że wkrótce będzie mógł spić miód nie tyle z kielicha, co z jej warg.



Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Starszy auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 43 +4
UROKI : 34 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Wilkołak
Rozlewisko - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]06.06.23 23:19
Po śmierci Igora niespecjalnie chciała się wiązać ― nie tak poważnie i nie tak na stałe. Wydawało jej się, że małżeństwo to pułapka. Związek ostateczny z którego niezwykle trudno się wyplątać ― słyszała, że mugole opracowali na to rozwiązanie zwane “rozwodem”, ale czy coś podobnego funkcjonowało w świecie czarodziejów? Nie była pewna.
I, tak po prawdzie, nie chciała nawet sprawdzać.
Sparzyła się raz i przez pewien czas sądziła, że tyle wystarczy. Że jedna, solidna nauczka pomoże jej zapomnieć ― najpierw o Igorze i o tym, jakim był chujem, a potem o Michaelu i o tym, jak bardzo jej go brakowało. Upływający czas pokazał jednak, że tak naprawdę nie potrafi być już sama, a tej ziejącej w głębi duszy pustki nie da się niczym załatać. Po skrajnej niechęci do obrączek i pierścionków nadszedł epizod zobojętnienia, a tuż po nim zaczęła męczyć ją tęsknota tak silna, jak nigdy dotąd. Pojawiły się pytania i fantazje, w których realizację nie wierzyła; pojawiły się sny i marzenia, które chowała gdzieś na dnie serca, by nieśmiało pocieszyć się nimi w cięższych czasach.
A potem był słup.
Słup z ogłoszeniami pod którym zobaczyła ducha ― echo własnej przeszłości, popełnionych błędów i straconych szans. Do dziś pamiętała, jak bardzo oszołomił ją ten widok i do dziś miała wrażenie, że ktoś jej wtedy znienacka przyłożył kociołkiem w głowę, bo innego wyjaśnienia na stanie jak słup soli nie było. Do dziś zastanawiała się, czy to właśnie wtedy ― dokładnie w tamtej chwili ― urodziła się w niej chęć odzyskania go. Chęć niesamowicie uparta, niezbywalna i na tyle silna, że nie dało się jej schować pod jednym z wyćwiczonych uśmiechów, nie dało się jej okiełznać wystudiowanymi gestami.
W dniu dzisiejszym mogła sobie oficjalnie pogratulować tamtej decyzji i tamtego uporu. Tego, że przełamała mur własnej, dość wygodnej, fortecy zbudowanej z kłamstw, przemilczeń i niedomówień. Dzień dzisiejszy potwierdzał, że nie warto było wiązać się z kimś innym, bo nikt inny nie pasował do niej tak, jak Michael.
Nie rozumiała nic z tego, co mówiły wiedźmy, ale powtórzyła starannie każde słowo. Miała dobrą pamięć, zazwyczaj szybko zapamiętywała różne kwestie ― nawet obco brzmiące ― ale gdyby ktoś ledwo po przysiędze poprosił ją o to, by przywołała z pamięci parę wersów ― nie byłaby w stanie wykrztusić nawet słowa. Czuła ich znaczenie, czuła ich wiążącą moc na jakimś innym, nieopisywalnym poziomie.
Miała wrażenie, że gdzieś z oddali, na spienionych falach, przypływa do nich echo wilczego wycia, niosąc ze sobą coś nowego i jednocześnie ― wraz z odpływem ― zabierając wszystko to, czego na nowej drodze nie będzie jej potrzeba. I tak powoli odpływały wspomnienia przemocy z poprzedniego małżeństwa, powoli znikała ta paranoiczna myśl, że Chernov wciąż gdzieś się czai, że tylko czeka na jej potknięcie. Koniec końców, jego widmo, jego duch nieustannie dręczący ją od pięciu lat także zniknął. Odszedł z kolejną falą, z szumem wody, z kolejnym niezrozumiałym słowem przysięgi.
Mocniej ścisnęła dłoń Michaela i zajrzała w szarobłękitne oczy, odnajdując w nich obietnicę spokoju i tego, że cokolwiek by się nie stało ― dadzą sobie z tym radę. Razem. Nie na rok, nie na dzień, jak mówiła tradycja rytuału chabrów, ale na zawsze. Dla niej to było na zawsze już od 1953 roku, od kiedy dotarło do niej, że to nie tylko przyjemna przygoda na boku, a coś więcej. Coś znacznie więcej.
Wychwyciła ruch jego warg, ale zbyt otumaniona kadzidłem i podniosłością chwili nie zdołała złożyć słowa w całość, zaraz potem młodsza wiedźma zbliżyła się i podała mu wypełniony miodem kielich. Adda z krótkim ukłuciem niezadowolenia puściła dłoń Michaela i zachłannie obserwowała każdy jego ruch. Uniesienie kielicha do ust ― krótki łyk ― odsunięcie naczynia w jej stronę. Działa jak w transie, ciało reagowało bez jej wiedzy. Uniosła dłonie i przejęła kielich, znacząc go własną krwią, upiła łyk miodu. Słodycz napoju rozlała się na języku, przyjemnie otuliła gardło, pozostawiając po sobie dziwną, nieuchwytną nutę, której wspomnienie natychmiast rozmyło się w kolejnym podmuchu wiatru splecionym ze otumaniającym zapachem kadzideł. Choć dzieliło ich ledwo pół metra ― rozłąka wydawała jej się koszmarem nie do zniesienia, chciała znów znaleźć się w jego objęciach, blisko, jak najbliżej. Czuć ciepło drugiego ciała, muśnięcie oddechu na szyi, miękkie, jasne włosy przemykające pod palcami.
Jeszcze chwila.
Młodsza wiedźma znów pojawiła się obok nich, tym razem wręczając Michaelowi chabrowi wianek. Rytuał lada moment miał zakończyć swój bieg, splatając ich losy na rok i jeden dzień wedle tradycji i na zawsze, wedle woli dwóch serc.


Looking for trouble and if I cannot find it,
I will create it

Adriana Tonks
Adriana Tonks
Zawód : podwójna agentka, rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
And you don't know the
consequences
of the things you say
I'll be your operator, baby
I'm in control
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 24 +5
CZARNA MAGIA : 1 +2
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11438-adriana-adda-de-verley https://www.morsmordre.net/t11442-rodzynka#353850 https://www.morsmordre.net/t12085-adriana-tonks#372538 https://www.morsmordre.net/f177-somerset-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t11444-skrytka-bankowa-nr-2503#353855 https://www.morsmordre.net/t11449-adriana-de-verley#353913
Re: Rozlewisko [odnośnik]07.06.23 18:33
Odkąd likantropia przewróciła jego życie do góry nogami, sądził, że małżeństwo nigdy nie będzie (i może nigdy nie było) mu pisane. Najpierw był zbyt pogrążony w depresji i zajęty własną goryczą, by w ogóle dopuścić do siebie kogokolwiek—nadal żałował tamtych dni i tego, że nie dopuścił wtedy do siebie nawet mamy. Że nie było jej dziś z nimi i że ostatnie miesiące jej życia spędził w posępnym milczeniu, że musiała się o niego martwić. Chciałby móc przekazać jej, że już jest lepiej, że już jest w porządku, że jednak znalazł szczęście. Obiecać jej, że Just też je znajdzie, pomimo swojego powołania, że znajdzie je Kerrie, pomimo złamanego serca. Wiedział, że Kerrie marzy o rodzinie i wiedział, że Just pewnie pragnie żeby w nic się nie wtrącał, choć pomogła jemu.  Ale życzył jej szczęścia, tak jak ona jemu, nawet jeśli nie wiedział jeszcze czy będzie nim dla niej bliskość innych czy zwycięstwo w wojnie, czy jedno i drugie.
Potem, gdy wrócił do pracy i zaangażował się w wojnę – chcąc pomścić śmierć mamy i widziane każdego dnia krzywdy – zaczął sobie racjonalizować, że samotność to odpowiedzialny wybór. Podwójnie odpowiedzialny, dla aurora i wilkołaka. Nie będzie nikogo narażał, nikt nie będzie cierpiał. Palące obowiązki na jakiś czas wypaliły w nim wyrzuty sumienia po śmierci Astrid i żal i gniew i tęsknotę (zawsze splecione, w dezorientującej mieszance) wobec Addy. Czasem myślał tylko gorzko, że mądrze zrobiła, że rzuciła go zanim wszystko się skomplikowało. Czasem, zanim zdążył skarcić się za to, że w ogóle o niej myśli, zastanawiał się, czy jest szczęśliwa i bezpieczna.
Adriana, którą spotkał ponownie w Plymouth, miała jeszcze smutniejsze oczy niż zapamiętał i ku jego zaskoczeniu podwójnie igrała z własnym bezpieczeństwem. Było w niej za to więcej z jego Addy niż w kobiecie, która zerwała z nim w kilku chłodnych i niespodziewanych zdaniach. Najpierw  go to zdziwiło, bał się, że to kolejna gra i że nawet jeśli nie, to samemu zmienił się zbyt mocno by nie zranić ani siebie ani jej — ale od kilku tygodni cieszył się, że w końcu jej wysłuchał, że dał im szansę, że nie wyrzucił tamtego pierścionka.
Cieszył się z tego i teraz, gdy mocno ścisnął dłoń ż o n y — wdzięczny, że nie zapomniała, że o niego zawalczyła, że była nim tu i teraz. Na rok i dzień albo na jakikolwiek czas zdołają wydrzeć losowi na wojnie: na zawsze zawisło w powietrzu niewypowiedzianą obietnicą, a on uczepił się myśli, że może rytuał pomoże im odnaleźć się zawsze i wszędzie, nawet po... (Nie, dziś był spokojny, dziś, po raz pierwszy od dawna, nie myślał o wojnie ani o śmierci).
Słowa ucichły, pieśń ucichła. To już? Czuł spokój, błogi spokój, choć i tak puścił dłoń Addy niechętnie—zarówno rozpalające zmysły kadzidło, jak i własne uczucia skłaniały go do bliskości. Miód pachniał słodyczą i jej krwią, smakował jej ustami, słodki i ostry zarazem. Alkohol był mocniejszy niż Michael się spodziewał, ale i tak upijał kolejne łyki, wychwytując z przenikliwego spojrzenia wiedźm, że powinni pić do dna. Oddał kielich, w jego dłoniach spoczął chabrowy wianek. Kolor kwiatów zgrywał się z runami na twarzy Addy, pięknie kontrastował z jej włosami i sukniach. Delikatnie, jakby bał się, że uszkodzi po drodze ciemnobłękitne kwiatki, ułożył wianek na głowie żony.
Zostało jeszcze jedno - w teorii poza chabrową częścią rytuału, ale nierozerwalnie związane z tym, co chcieli sobie dziś obiecać. Ustalił już to z wiedźmami, wiedział, że to ten moment. Wyjął z kieszeni pudełeczko z obrączkami od rodziców Addy, ujął kobiecą dłoń, wsunął na serdeczny palec obrączkę z kamieniem księżycowym. Nie wiedział, czy będzie mogła ją nosić na co dzień, ale chciał, by nosiła ją dzisiaj.
Poczekał aż Adda założy mu jego obrączkę i na powrót ujął jej dłonie, przyciągając żonę mocno do siebie.
Wreszcie mógł pocałować pannę młodą.
Godzinę temu, gdy był jeszcze zestresowany ślubem, łudził się, że zrobi to delikatnie i symbolicznie - może wręcz nieśmiało, na oczach Maeve i Foxa i sióstr. Zupełnie zapomniał o tej myśli, kadzidło rozpaliło krew w żyłach, a jej usta smakowały miodem. Wbił się w nie na kilka długich sekund, chciwie, jakby byli tutaj zupełnie sami.
W końcu musiał złapać oddech i dopiero wtedy powiódł wzrokiem po zebranych, uśmiechając się jak głupi od ucha do ucha. Złapał Addę za rękę, uniósł ich dłonie do góry.
-Dziękuję. - zwrócił się do sióstr, do wiedźm, trochę pijany wdzięcznością, a trochę szczęściem. Zbiegł z altany - znaczy, zbiegłby z altany, obejrzał się kontrolnie na żonę (żonę, żonę, żonę, już lubił tak o niej myśleć), bo nie wiedział na ile wygodna jest jej sukienka, nie znał się na takich sprawach.
Przytulił mocno obie siostry, uścisnął Foxowi rękę, Maeve podziękował... nie wiedział jak, ale zdecydował się na promienny uśmiech i skinięcie głową, gdy Adda ją ściskała.
-Noc jest jeszcze młoda. Chodźmy świętować. - wkoło płonęły ognie, wkoło lał się miód. Chociaż na kilka godzin mogli być szczęśliwi, względnie anonimowi, zupełnie beztroscy. Kilka tygodni temu przejmował się tym, że nie stać go na wesele, ale Festiwal był ich weselem - podziękowawszy wiedźmom, zaprosił zatem siostry i przyjaciół go ognisk, wznieść weselny toast - a potem wszyscy mogli powrócić do zabawy, świętować dalej, bo nie chciał, by ta noc się kończyła.


/zt świętować dalej :pwease:



Can I not save one
from the pitiless wave?



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 08.06.23 17:04, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Starszy auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Żonaty
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 43 +4
UROKI : 34 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Wilkołak
Rozlewisko - Page 11 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]07.06.23 22:28
Miód oszałamiał, rozgrzewał krew, rozgrzewał ciało, utrudniał myślenie. Chociaż nie ― to ona sama uznała, że nie chce myśleć, nie chce analizować, tylko poddać się chwili. Czuć. Zapamiętać wszystko jak najlepiej i najdokładniej, a wspomnienia schować gdzieś w głębi ducha na wieczną pamiątkę, by pocieszać się nimi w chwilach słabości.
Pusty kielich nagle zniknął z jej dłoni, wyślizgnął się z palców, odebrany przez jedną z wiedźm, a Adda przez moment nie miała pojęcia, co zrobić z dłońmi. Pogubiła się, trochę zmieszała, trochę zgubiła tę oszałamiającą pewność siebie, ale kiedy tylko białowłosa czarownica wsunęła w dłonie Michaela wianek, wszystko znowu wydawało się być dziecinnie proste i klarowne. Podniosła spojrzenie na jego twarz, zapatrzyła się w błyskające ciepłem oczy, nieumyślnie zdradzając się z całą gamą emocji czającą się w głębi jej duszy; z miłością, nadzieją, niepoprawnym optymizmem i lekkim rozbawieniem, spowitym lekkim pąsem zdobiącym policzki. Głupi, zdecydowanie szczęśliwy uśmiech samoistnie wypłynął na jej wargi, kiedy wianek w końcu spoczął na jej skroniach i już-już chciała wyciągnąć rękę by pochwycić jego dłoń, pociągnąć go dalej, z powrotem do rodziny i przyjaciół, kiedy stało się coś kompletnie nieoczekiwanego.
Widok niewielkiego pudełeczka wywołał błysk zainteresowania w zielonych oczach, niemy komentarz zamknął się w lekkim uniesieniu brwi. Miała już swój pierścionek ― o tu, na palcu ― więc po co miały kupować kol―…
Nie zdążyła nawet dokończyć myśli, kiedy z miejsca objęło ją wzruszenie, a oczy zaszkliły się niebezpiecznie. Wiedziała, że Michael dobrze dogadał się z jej rodzicami i wyglądało na to, że się polubili, ale chyba w najśmielszych założeniach nie przewidywała, że ta sympatia będzie na tyle głęboka, by podzielili się z nim rodzinnymi skarbami!
Mike… ― zdołała z siebie wydusić, nim całkiem ścisnęło ją za gardło. Adda zacisnęła wargi, ze łzami w oczach obserwując, jak obrączka jej mamy dołącza do pierścionka ze szmaragdowym oczkiem, tworząc idealną kompozycję. Nie zwlekając, powtórzyła gest męża, a widok obrączki na jego palcu pomagał jej uwierzyć, że to już, że stało się i się nie odstanie. Że nawet mimo upływu lat, starych ran i niedomówień, udało im się znaleźć wspólną ścieżkę.
Ochoczo wpadła w jego ramiona i odwzajemniła pocałunek z równą zachłannością, jakby nie widziała go co najmniej dwa miesiące, a nie tylko parę godzin. Przez ułamek sekundy pożałowała, że nie mogą zostać sami, że nie zaszyją się gdzieś w gajówce na resztę nocy, bo pragnęła go jak nigdy przedtem.
Ale wszystko w swoim czasie.
Parsknęła krótko, kiedy Michael uniósł ich dłonie w czymś na kształt triumfalnego gestu i ukradkiem otarła kącik oka wierzchem dłoni, nie chcąc, by jakaś nieproszona łza rozmazała staranny makijaż. Zeszła z podestu z właściwą sobie gracją, sukienka nie krępowała nadto ruchów, nie opinała mocno ciała, więc wcale nie było jej ciężko. Z ochotą jednak skorzystała z obecności Michaela, trochę się nim nawet wyręczając przy zejściu ze schodków ― dałaby radę sama, ale dzisiaj “sama” było na ostatniej stronie jej słownika ― potem wyściskała wszystkich i każdego z osobna, a najmocniej i najdłużej ściskała Maeve, bez której przecież nie zdążyłaby na własny ślub. (Wydawało jej się, że obie się trochę rozkleiły, ale być może był to zdradliwy efekt miodu?...).
Prowadź, mężu ― odparła zaczepnie, specjalnie akcentując nowe słowo. Wypowiadanie go jeszcze nigdy nie było takie proste.[bylobrzydkobedzieladnie]


Looking for trouble and if I cannot find it,
I will create it



Ostatnio zmieniony przez Adriana Tonks dnia 25.06.23 19:42, w całości zmieniany 2 razy
Adriana Tonks
Adriana Tonks
Zawód : podwójna agentka, rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
And you don't know the
consequences
of the things you say
I'll be your operator, baby
I'm in control
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 24 +5
CZARNA MAGIA : 1 +2
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11438-adriana-adda-de-verley https://www.morsmordre.net/t11442-rodzynka#353850 https://www.morsmordre.net/t12085-adriana-tonks#372538 https://www.morsmordre.net/f177-somerset-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t11444-skrytka-bankowa-nr-2503#353855 https://www.morsmordre.net/t11449-adriana-de-verley#353913
Re: Rozlewisko [odnośnik]25.06.23 19:40
Westchnęła tylko, gdy Ada – bez choćby cienia zawahania – przyznała się do ryzykownej drzemki, przez którą mogła nie zdążyć na swój własny ślub. Zaraz jednak pokręciła lekko głową, a kącik ust wzniósł się ku górze, przywołując na wargi mimowolny uśmiech; no cóż, w końcu do tragedii nie doszło, a odczuwane nie tak dawno temu nerwy lepiej było obrócić w żart, obśmiać, niż pozwolić im czaić się na granicy umysłu i zatruwać ten wyjątkowy wieczór. Czy już raczej noc, wszak ceremonia została ustalona na godzinę dwunastą, co tylko dodawało jej uroku – tak przynajmniej pomyślała, gdy już łączyła palce z Foxem, wymieniała się z nim krótkimi, miłosnymi spojrzeniami, bez słów dziękując za jego bliską obecność. Lecz kiedy przyjaciółka wraz z Tonksem wspięła się na drewniane podwyższenie, a w koło nich jęły orbitować odziane w rytualne szaty wiedźmy, Maeve poświęciła tej scenie pełnię uwagi. Była to pierwsza okazja, by obserwować ich razem. By przekonać się na własne oczy, w jaki sposób na siebie patrzą, jak kwitną w swym towarzystwie, racząc się podszytymi troską i czułością gestami.
Nie spostrzegła nawet, kiedy dotarł do niej zapach kadzidła; odurzający, przyśpieszający bieg krwi, potęgujący wypływające na powierzchnię świadomości wzruszenie. To przecież jej Ada, jej słodka i ryzykująca każdego dnia Ada, wiązała właśnie swe losy z mężczyzną, którego zwała Lwem. Niegdyś – ciskała przez niego wazonami, nie szczędząc pod adresem Tonksa słów pełnych wzburzenia, teraz jednak – po dawnych uprzedzeniach nie zostało nawet śladu. Ba, nigdy wcześniej nie widziała jej właśnie takiej, uśmiechniętej od ucha do ucha, bez pamięci i bez kalkulacji, z roziskrzonym spojrzeniem i falującą od szybszych oddechów piersią. Serce musiało walić jej jak młot, zresztą nie tylko jej, gdy przeprowadzające ceremonię czarownice naznaczały ich ciała błękitnymi runami, gdy splatali ze sobą zroszone krwią dłonie i powtarzali zabarwione przedwieczną magią, doniosłe, choć obco brzmiące słowa. Na dzień, na rok – i jeszcze dłużej. Wbrew chorobie, która toczyła Wyspy i wszelkim przeciwnościom losu. Dopóki fortuna miała się do nich uśmiechać, pozwalać wracać do domu, do namiastki normalności, którą gwarantowała bliskość umiłowanej osoby.
Dopiero co wznosili do ust kielich, a już na głowie Złotowłosej pysznił się spleciony z chabrów wianek. To jednak było jedynie preludium do tego, co wydarzyło się później; Michael obdarował ją obrączką, tym samym podkreślając, że złożona właśnie przysięga była czymś więcej, czymś trwalszym niż małżeństwo na próbę, a w końcu przyciągnął blisko, bliżej, i wpił się w wargi de Verley – już nie de Verley, tylko Tonks – jak gdyby nie całował jej całe wieki. Nie musiał się przy tym obawiać natarczywego czy zdziwionego spojrzenia; napływające do oczu łzy przejęcia sprawiły, że nie widziała już szczegółów, nie widziała otulającego ich blasku i splecionych ciał. – To teraz kąpiel w morzu, co? – wyszeptała tylko do ucha przyjaciółki, gdy zamykała ją w poufałym, drżącym uścisku, nawiązując w ten sposób do wypowiedzianej jeszcze w Gajówce sugestii; nie potrzebowały innych słów, nie teraz. Wszystko było idealne, piękne, jak ze snu. Nerwy odeszły w niepamięć – i Michael miał rację, noc była jeszcze młoda. Powinni świętować, czerpać z miłosnej, świątecznej atmosfery pełnymi garściami, bo nikt, nawet sam Merlin, nie mógł wiedzieć, kiedy znowu otrzymają okazję do takiej beztroski. Ucałowała Adę w policzek, po czym podchwyciła spojrzenie jej Lwa, męża, i skinęła mu głową; niech lepiej zadba, by zapamiętała tę noc do końca życia, a nawet na jeszcze dłużej.
Chodźmy – mruknęła w końcu w stronę Fredericka, wciąż wzruszona, pod wpływem czaru doświadczonego właśnie rytuału; czuła, że i oni powinni zadbać o siebie wzajemnie, wybrać na długi spacer po plaży, a może nawet zatańczyć – jak rok temu – w blasku jednego z rozpalonych na plaży ognisk. – Bawcie się dobrze – pożegnała zarówno Justine, jak i Kerry, po czym subtelnym gestem nakłoniła Foxa, by ruszył z nią w stronę szumiącego zachęcająco morza.

| zt wszyscy


All the fear there, everywhere
Burning inside of me
Maeve Clearwater
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
A woman in my place has two faces; one for the world, and one which she wears in private.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Rozlewisko [odnośnik]03.10.23 22:27

3 VIII 1958

Zdarzało się to rzadko, lecz dziś rzeczywiście nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przybywając do Dorset trzymał się założenia, że nie odstąpi Penny na krok, a przynajmniej tak wyobrażał sobie cały pobyt na Festiwalu Lata, zresztą bardzo krótki - przejdą się to tu, to tam, dziecko zapozna się z tradycjami, on trochę przemęczy się w tłumie magicznych, a potem wrócą do pozorowanego domu i będzie można zginąć w wirze obowiązków, nim wojna wróci do łask, pochłaniając umysły oraz życia. Tymczasem Penelope udało się spotkać koleżanki, małą chmarą zleciały się wokół niej i świergotały o planach wieczornych zabaw oraz noclegu w magicznym namiocie jednej ze wspomnianych, jakieś przebieranki, rytuały, połowy z tych chaotycznych planów nie zrozumiał, ale dziecięce spojrzenie było całkiem jasne i wyrażało chęć podążenia za gromadą. Bez przekonania podążył spojrzeniem po każdej z młodych czarownic, doskonale wiedząc, że szuka w sobie argumentów do powiedzenia "nie" tylko dlatego, że tego nie było w planach, a jemu, dorosłemu człowiekowi, taka kolej rzeczy nie odpowiadała. W końcu jednak zdobył się na burkliwe "no idź", dogadał się z opiekunami w sprawie odbioru pociechy i mógł snuć się do woli po lasach i plażach, rzucać oceniające spojrzenia i warczeć na ludzi, gdy tylko śmiali podejść za blisko albo, co gorsza, trącić go przypadkiem losową kończyną. Afery z brzegu wymiotły z Filcha resztki tolerancji dla ludzkości, wolał przemknąć gdzieś bokiem i znaleźć samotnię, a fakt, że w międzyczasie udało mu się zdobyć trochę diablego ziela, okazał się miłym zaskoczeniem - plan na wieczór sam wpadł w ręce i mógł rozwiązać kilka splątanych niewygodnie myśli, bo te, jak zwykle, kłębiły się uparcie.
Zdołał już zauważyć, gdzie złazi się największy tłum i rejony te ominął szerokim łukiem, docierając w nieznany sobie zakątek, niewzruszony kolejnym rytuałem, choć ciekawskie oko zahaczyło o drewnianą altanę i znajdującą się tam parę - minął chabrowy ślub bez większych przemyśleń, gdzieś w oddali dostrzegając dogasające ognisko. Półmrok już rozlał się między drzewami, ale ten punkt wyglądał obiecująco, trzeba było tylko dorzucić trochę suchego drewna. Poszukiwania zaczął niezwłocznie, kręcąc się chwilę po okolicy i parę minut później zrzucał chrust obok niewielkiego kamiennego okręgu, wzrok zaś przykuł niepozorny blask obok ledwo żarzących się węgli; złota obrączka - zwykła zguba? paskudna zdrada? - akurat oglądał pierścionek pod światło, gdy w tle zamajaczyła mu drobna sylwetka, trochę znajoma.
- Szukasz tu czegoś, Tonks? - rzucił - jak zwykle - burkliwie, opuszczając dłoń ze znaleziskiem zaciśniętym między palcami.


note by note
bruise by bruise




Argus Filch
Argus Filch
Zawód : strażnik porządku w lecznicy, pianista
Wiek : 29
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler

I crossed a line a life ago

OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8 + 3
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11606-argus-morpheus-filch https://www.morsmordre.net/t11618-panie-filch#359353 https://www.morsmordre.net/t12161-argus-filch#374483 https://www.morsmordre.net/f223-somerset-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t11619-szuflada-filcha#359354 https://www.morsmordre.net/t11617-argus-filch#359351
Re: Rozlewisko [odnośnik]06.10.23 23:14
Mimo wszystkiego co stało się na plaży jakoś udało im się względnie spokojnie przebrnąć przez ślub Michaela. Może dlatego, że żadna z nich nie chciała zabierać mu tego momentu który powinien opleść się dla niego w szczęścia. Bo szczęścia, dla swojej rodziny Justine chciała. Nie tylko dla rodziny - dla każdego, kogo ten świat próbował wykluczyć. Miała jasny cel i wiedziała dokąd prowadzą jej własne kroki. Poświęciła wiele - poświęciła siebie, ale nie zrobiła tego ani po nic, ani za darmo. Zyskała siłę, dzięki której mogła ocalić wiele istnień, nawet, jeśli w zamian za to przehandlowała swoje własne szczęście i swoje własne marzenia. W rzeczywistości najgorsze było to, że pamiętała dokładnie wraz z każdym szczegółem wszystko to, co wydarzyło się na Próbie. Pamiętała więc dokładnie każdą ciążę, którą donosiła. Pamiętała twarze Freddiego i Margie, jej własnych dzieci, które powiła - nawet, jeśli były jedynie tworem który realnie pozostawał w jej pamięci i pamięci ciała. Pamiętała dom z niebieskimi drzwiami i fakt, że ich zostawiała. Że zostawiła to wszystko - ich wszystkich - za sobą, by stanąć do walki. Walki, która ją wołała. By stanąć naprzeciw wrogów, którzy z niej kpili. Nawet wśród swoich ciężko jej było o zrozumienie, czy posłuch - wcześniej. Wytrwała - w postanowieniu i na drodze którą obrała widząc, czując, jak wielu odwróciło się od niej. Jak wielu nie rozumiało jej punktu widzenia. Czy chciała walczyć? Nie. Czy chciała pozbawiać innych życia? Nie. Ale w końcu zdała sobie sprawę, że ktoś musiał być w stanie skąpać swoje dłonie we krwi. Ktoś musiał, by inny nie musieli. By mogli żyć wedle ideałów które nimi kierowały. Poruszała się więc w szarości. Nie była światłem. Była jedynie powidokiem samej siebie. Rzucona na kolana tyle razy, że ciężko było już zliczyć to, ile razy się podnosiła. Ciężko było też przewidzieć, czy nadzieje moment w którym więcej nie będzie w stanie dźwignąć się ku górze ponownie.
Wiedziała, że zawieszenie było potrzebne. Może nawet przydatne. Dla większości napewno. Dla większości, bo nie dla niej. Kiedy zwalniała, kiedy zadań było mniej, kiedy pojawiał się czas na wytchnienie. Robiło się go za dużo na myślenie. A Justine, nie chciała myśleć. Nie o sobie, nie o tym co poświęciła i co straciła. Kogo zraniła i kogo jeszcze zranić będzie musiała. Festiwal więc był niemal jak odkupienie. Z dzbanem alkoholu w dłoni wędrowała zostawiając gdzieś wcześniej kogoś z kim rozmawiała. By po chwili trafić na kogoś (nie)znajomego. Burkliwe pytanie które pomknęło prosto do niej - kiedy nawet, przynajmniej z początku, nie planowała się obok zatrzymać - sprawiło, że zatrzymała swój pochód ze swojego miejsca mierząc sylwetkę. Twarz rozjaśnił prawie prawdziwy uśmiech - och, kłamczuchą przecież była wybitną. Ledwie trzy sekundy uniesione brwi i już zwalała się obok.
- Ciebie, a jakże. - odpowiedziała więc kompletnie niezrażona odrzucającym tonem. - Od wczoraj. - powiedziała prawie zgodnie z prawdą. Przyłożyła dłoń do piersi. - Oh Angusie, ależ tęskniłam. - dodała teatralnie na chwilę wyrzucając nogi przed siebie a głowę do tyłu. Zaraz usiadła po turecku - jak rzadko, nadal mając na sobie spódnicę. Podciągnęła rękę, której łokieć ułożyła na nodzę, a na dłoni złożyła głowę spoglądając na niego. - Ty jak mniemam czekałeś na mnie, co? Oto jestem. - powiedziała z zadowoleniem, specjalnie wcześniej przekręcając jego imię. Zapamiętywała je - imiona i twarze - zdążyła się już nauczyć, że bywało to przydatne czasem. Zwłaszcza kiedy dzierżyło się umiejętność taką, jak ona. Wskazała brodą na pierścień który dostrzegła w jego palcach. - To dla mnie? - zapytała niewinnie, unosząc dzban z piwem w którego pociągnęła, chwilę później kierując go w jego stronę.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Rozlewisko - Page 11 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Rozlewisko [odnośnik]08.10.23 20:38
W kwestii zajęcia umysłu działaniem dogadaliby się znakomicie. Niezawodna para bezruchu i bezczynności prędko roznosiła po umyśle brudne ślady niepokoju, wyżymała z pamięci błędy, tęsknoty, niesprawiedliwości - zastęp niechcianych przeciwności, w których zbolałe serca uwielbiały się taplać. Najskuteczniejsze remedium na ten stan Argus znajdował pomiędzy rzędami nut, przelewając mentalne potopy prosto w objęcia dźwięków; wyżywając się na znajomych klawiszach zostawiał w melodiach tyle pragnień, co rozgoryczenia, oferując sobie iluzję kontroli nad rozbuchanymi emocjami. Zawsze jednak, choć próbował ugasić je i zapomnieć, tliły się niczym dogasające ognisko, gotowe na przyjęcie opału. Parę życiowych podmuchów i płonęło w najlepsze, strzelając iskrami prosto w twarz, drwiąc z prób wytrwania w rozchwianej codzienności. Mojry doskonale wiedziały, gdzie i kiedy uderzyć, byle tylko nie było zbyt nudno, byle oddalić go od idyllicznej wizji spokoju. W ten czy inny sposób.
Pożałował tuż po wypuszczeniu z ust krótkiego pytania. Co go, do cholery, podkusiło? Akt samosabotażu niemalże, biorąc pod uwagę przebieg spotkania na plaży i poziom irytacji, długo utrzymujący się we wzburzonym krwioobiegu - choć z samego zamieszania otrząsnął się szybko, nie mając dużego udziału w powiązaniach między cyganami a Tonksami, gwałtowne usposobienie wcale nie potrzebowało wielkich uzasadnień na wytrwanie w rozdrażnieniu. Zmrużył oczy, przypatrując się rebeliantce z umiarkowanym zainteresowaniem, gdy przekręcała jego imię i odstawiała swoje cyrki - groteskowe, lecz po części spodziewane - identycznie zachowała się na brzegu. Nie próbował rozkładać jej na czynniki pierwsze, nie analizował szczerości uśmiechu, nie wnikał, jak często sięgała po strategię z arsenału farsy, mimo tego instynktowna czujność przetarła się w stłumionym błękicie tęczówek, niechętnie prześlizgujących się po usadowionej na ziemi sylwetce. Ciekawiła go, jako figura poruszająca się po wojennej planszy, bez zaangażowania nie trafiłaby na plakaty... chyba że w roli propagandowego pionka, był jednak niemal pewien, że czynnie uczestniczyła w konflikcie. Pozwalał jej mówić, słuchał o własnym oczekiwaniu i na te słowa sprawnie stłumił prychnięcie, zamiast tego wtrącając obojętne i jawnie ironiczne - Zawsze - bo w jej teatr mógł się wplątać tylko na swoich zasadach. Spojrzeniem na moment wrócił do wspomnianego pierścionka, próbując krytycznym okiem ocenić, czy da radę gdzieś go opchnąć. Scaletta powinien się orientować, w ostateczności mógłby kopsnąć swój parszywy zad do jakiegoś londyńskiego jubilera, tam z grubsza opłacało się robić interesy. Póki co ulokował obrączkę na własnym palcu, ignorując fakt, że była stanowczo za mała. - Najpierw mnie przekonaj, że dla ciebie warto - odpowiedział sucho, posyłając rozmówczyni krótkie spojrzenie znad lichego ogniska. Kucnął przy palenisku, wspierając się łokciem o kolano, gdy rozkładał chrust nad rozżarzonymi resztkami drewna. - Skoroś taka stęskniona, nie będziesz miała z tym problemu - w tonie nie zmieniało się wiele, kontrastował arogancją z pogodnym zabarwieniem damskiego głosu. Do prowokacji nie musiał się wysilać, z nią się urodził, wątpił jednak, by Tonks miała oburzyć się i odejść - nie znał jej też na tyle dobrze, by przewidywać, gdzie odzywki pociągnie, ale noc była długa, nie? Krótko pokręcił głową, w milczeniu odmawiając alkoholu, gdy dłonie zręcznie rozkładały gałązki nad ciepłymi węglami.


note by note
bruise by bruise




Argus Filch
Argus Filch
Zawód : strażnik porządku w lecznicy, pianista
Wiek : 29
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Kawaler

I crossed a line a life ago

OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8 + 3
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11606-argus-morpheus-filch https://www.morsmordre.net/t11618-panie-filch#359353 https://www.morsmordre.net/t12161-argus-filch#374483 https://www.morsmordre.net/f223-somerset-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t11619-szuflada-filcha#359354 https://www.morsmordre.net/t11617-argus-filch#359351
Re: Rozlewisko [odnośnik]10.10.23 21:44
Nie przejmowała się zbytnio tym, że nie ma może nie mieć ochoty na jej towarzystwo. Zimnym przyjęciem i burkliwym tonem też nie przejęła się za mocno. Głównie dlatego, że było jej wszystko jedno. Czy będzie na nią burczał, zbyje milczeniem czy wstanie i odejdzie dalej. Byli dla siebie obcy i ani on z pewnością nie liczył się z jej zdaniem, ani ona nie bardzo przejęłaby się jego zachowaniem. Było w tym coś z wolności, kiedy patrzące ku tobie spojrzenie nie znało cię naprawdę - nie znało twojej historii. Nie istniała więc szansa, by mógł wiedzieć, co czuła. Nie istniała by chciał jej próbować powiedzieć, co czuć powinna.
Cienkie wargi Justine rozciągnęły się mocniej, kiedy z ust jej dzisiejszego - całkowicie nowego - towarzysza, wypadło jedno, krótkie zawsze. Niemal czując wibrującą wokół kilku zgłosek ironię. Kontynuowała jednak pozornie wcale tym nie przejęta. Może nie tylko pozornie, Argus, była właściwie nikim więcej, ponad, przypadkowym przechodniem obok którego zdecydowała się dzisiaj zatrzymać. Wczoraj na plaży, przez krótką chwilę kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały zdawali się dzielić jedną myśl - ale ponad to, nie łączyło ich nic więcej. Wypowiedziane ku niej słowa sprawiły, że dźwignęła brwi wyżej, a wargi zadarły się w niemalże lisim uśmiechu. Przekonać go, że dla niej warto? Cóż za ironiczny absurd - głównie dlatego, że nie było, o czym przecież Argus nie mógł wiedzieć. Nie była warta nawet chwili, złamanego knuta, dłuższego spojrzenia. Była narzędziem wojny, nie będąc już nawet pełnoprawną kobietą. Nie będąc w stanie zadbać i donosić na ten świat dziecka, które zaczęło w niej życie i w niej je zakończyła. Bardziej była kostuchą, niż czymkolwiek, dla czego rzeczywiście było warto. Jeśli tylko szło o zwykłe, międzyludzkie interakcje. Bo były rzeczy, dla których było dla niej warto. Warto było jej zaufać - bo potrafiła przełożyć wszystko co miała dla sprawy, której się oddała i na której się skupiła. Warto było w nią uwierzyć - bo zgodnie z własnym postanowieniem i słowami walczyć zamierzała i miała, tak długo aż krwi jej nie zabraknie. Zła ulęknąć się nie miało. Warto było też porzucić niepewność i marazm i uwierzyć, że w tej toczącej się wojnie i walce nadal mieli szansę.
- Nie uciekaj, to może zacznę. - odpowiedziała mu po krótkiej chwili, nie ruszając się z miejsca, kiedy on nadal kucał przy palenisku, rozkładając wokół chrust. - Chyba że lubisz, jak kobieta za tobą biega, wtedy może wysilę się bardziej. - mruknęła, ale zamiast się podnieść, odsunęła się do tyłu, odkładając trzymane naczynie na bok, łokciami opierając się o podłoże, głowę zadzierając lekko, żeby spojrzenie przenieść na niebo nad ich głowami. Ładnie było tu widać gwiazdy. Niebo zdawało się spokojne - choć Justine od zawsze zdawało się to zabawne, jak świat kroczył dalej niewzruszony tragediami, które spotykały daną jednostkę. - Masz swój typ, Argie? - zapytała go, nie odwracając tęczówek od nieboskłonu nad głową. - Jak wprawiasz mnie w dobry nastrój to może się dopasuję. - rzuciła w eter swobodnie zarzucając jedną nogę na drugą, tej drugiej pozwalając swobodnie dyndać. Może dlatego tu została - może dlatego robiła to w ogóle - poszukując osób, jednostek, które nie znały jej prawie wcale. Może przy nich, czuła się choć na chwilę lepiej, swobodniej, mogąc odgrywać swój własny jednoosobowy teatr, który pozwalał jej na chwilę zapomnieć. A może siedzenie nocą i gapienie się w niebo robiło z niej jakąś cholerną filozofkę, ostatnia myśl sprawiła, że prawie prychnęła pod nosem. Przekręciła się trochę, sięgając po dzban, żeby pociągnąć z niego kolejnego łyka.



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +2
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Rozlewisko - Page 11 1
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f437-lancashire-forest-of-bowland-stocks-reservoir-gajowka https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Strona 11 z 12 Previous  1, 2, 3 ... , 10, 11, 12  Next

Rozlewisko
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach