Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Korytarze na piętrze
AutorWiadomość
Korytarze na piętrze [odnośnik]30.07.19 0:12

Korytarze na piętrze

Liczne schody odchodzące od dolnego holu prowadzą na piętra - jest to część zamknięta dla gości, obejmująca głównie skrzydła sypialniane i prywatne komnaty poszczególnych domowników. Przestrzeń wydaje się tutaj mniej rozległa, utrzymana bardziej w przytulnej niż reprezentacyjnej atmosferze, przyozdobiona skromniejszą, ale nie mniej wytworną sztuką. Na ścianach nie wiszą portrety, piętro jest znacznie cichsze, bardziej intymne od parteru. Z korytarzami sąsiadują wielokondygnacyjne krużganki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]30.07.19 2:00
6 grudnia
Była już późna noc, kiedy z założonymi na piersi rękoma stał pod drzwiami jej komnat, oczekując znaku - minęło już naprawdę dużo czasu, a Chateau Rose już od dawna nie było tak głośne, tak żywe o tak późnej porze. Przez korytarz raz za czas przebiegały zabiegane służki, a rozpalone światła w kolejnych korytarzach zdradzały, że mało kto spał dziś spokojnie. Niepotrzebnie. Evandra była cała, podobnie jak ich dziecko, jego pierworodny, dziedzic rodu. Kolejne błyskawice rozświetlały przestrzeń niepokojącym blaskiem, widoczne przez szyby strzelistych okien zalanych deszczem, gromy wprawiały tak posadzki jak ściany w ponure drżenie. Ponoć sytuacja była już stabilna, jego żona odpoczywała, ale nie potrafił wyzbyć się niepokoju. Nie widział, co działo się za zamkniętymi drzwiami, a ostatnimi czasy coraz rzadziej przychodziło mu się mierzyć z tym, nad czym nie mógł mieć żadnej kontroli. Na jego przedramieniu lśnił czernią mroczny znak, bo przeznaczeniem mężczyzny była wojna - batalia kobiet toczyła się w zaciszach czterech ścian, ale nie była wcale okupiona mniejszym poświęceniem. Gdyby tylko mógł jej pomóc, ochronić ją, użyczyć własnych sił, zrobiłby to bez zawahania - ale nie mógł. Mógł jedynie stać bezradnie i oczekiwać końca jej męki, liczyć na litość losu. Nie była jak inne kobiety, była wyjątkowa w każdym calu, jej ciało przypominało piękną i cenną najdoskonalszą, najbielszą porcelanę. I jak porcelana było kruche. Delikatne, zagrożone, dziś brutalnie rozdarte.
Tak naprawdę nie czekał wcale długo - kiedy to wszystko się zaczęło, nie było go na miejscu, nie tutaj, w Dover. Wpierw porwały go obowiązki związane z rezerwatem, a kiedy wrócił, jej drzwi były już zamknięte. Krótko później opuścił rodzinne strony, by spotkać się z Mathieu w Wenus - wyjątkowo nie ku własnej uciesze, a obciążany wagą nowego tytułu. Rozmowa z kuzynem minęła jednak gładko, znacznie lepiej, niż się tego spodziewał. Jego układ z Isabellą miał przynieść im przyjaźń Selwynów - i przyniesie, był tego pewien. Był mu wdzięczny, że tego nie utrudniał - naprawdę ciężko przychodziło mu skupić myśli w trakcie ich spotkania. Nie wspomniał jednak kuzynowi o swoim frasunku, miał się dzisiaj zabawić pozbawiony przyziemnych zmartwień. Ledwie wrócił, ledwie zdążył zrzucić z ramion przemoczony deszczem płaszcz, zmienić koszulę na suchą, ledwie wypalił papierosa wcale nie kojącego zmęczonego lękiem umysłu. Ale chwila za chwilą przeobrażały się w ciągnącą się wieczność podkreślaną zbyt silnymi uderzeniami serca i zbyt głośnym tykaniem wskazówek zegara. Nie był cierpliwy, nigdy. Bezczynność zasadziła w jego sercu frustrację, która rosła, pulsowała w rytm otaczających go cichych hałasów, irracjonalnie zatruwając jego myśli tymi najczarniejszymi. Ale, wreszcie, drzwi zostały uchylone na dłużej niż chwilę potrzebną służce, by przemknąć - napotkał jej spojrzenie, skinięcie głowy, dygnięcie, ignorując jej spłoszoną ucieczkę - gdy po krótkim przerażonym zawahaniu minął wreszcie drzwi komnaty.
- Wyjdźcie - Nakazał od progu, zwracając się do służby, ale i wszystkich pozostałych w pomieszczeniu - nie odnajdywał wzrokiem nikogo, prócz niej samej, zbyt bladej i zapadniętej w miękkiej pościeli. Chciał zostać z nią sam. Chciał ofiarować jej spokój, gdy tylko stanie się to już możliwe. Jego głos zwykle naznaczony był czymś władczym, teraz czuł, że grzązł mu w gardle i wydobył się z trudem. - Evandro - wypowiedział jej imię miękko, czule, niedbałym gestem chwytając po drodze oparcie ustawionego przy stoliku krzesła, które postawił przy jej łóżku. Nie chciał siadać przy niej, musiała być obolała. - Najdroższa - odnalazł dłonią jej nadgarstek, zamknął w uścisku jej palce, składając je w pięść i pochylając się, by ucałować knykcie. - Jak się czujesz?



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]19.09.19 0:20
Jeszcze nie teraz – to była pierwsza myśl, która uderzyła w tył jej głowy, kiedy wiele godzin wcześniej silne ukłucie bólu rozeszło się po jej ciele, rozlegając się fałszywą nutą, przerywającą ciche i melodyjne Clair de lune. Wstrząśnięte nagłym spazmem palce szarpnęły za delikatną strunę harfy zbyt mocno, pobladłe wargi gwałtownie wciągnęły powietrze, a w ustach – czy to była tylko jej wyobraźnia, przez długie miesiące karmiona wizjami zaciskających się na jej szyi palców serpentyny? – poczuła cierpki i rdzawy smak krwi. Resztę pamiętała jak przez mgłę, nie potrafiąc przypomnieć sobie, ani kto zaalarmował służbę, ani w jaki sposób znalazła się na górze, przebrana w luźną suknię i ułożona na szerokim łożu, które w razie najdrobniejszych komplikacji mogło stać się jej mogiłą. Błyski podobnych obaw dostrzegała w spojrzeniach ludzi, którzy zewsząd ją otoczyli, choć możliwe, że strach dostrzegalny w oczach wypełnionych troską stanowił wyłącznie odbicie jej własnego. Nie wiedziała – i nie była w stanie się nad tym zastanawiać, skupiona jedynie na powtarzaniu tej niekończącej się, ale pozbawionej kojącego działania mantry, wypowiadanej zarówno w chaotycznej przestrzeni obciążonego silnymi emocjami umysłu, jak i szeptanego na głos, tonem, którego nie słyszano u niej niemal nigdy, brzmiącym jak niema prośba o pomoc.
Jeszcze nie teraz.
Jej dziecko postanowiło inaczej, nie było już odwrotu, chociaż w spowitym bólem zaprzeczeniu tkwiła niepokojąco długo, krzycząc nie do końca świadomie na uwijające się wokół niej służki, żeby zostawiły ją samą – i jednocześnie najbardziej bojąc się właśnie tego. Odziedziczony po babce, wili temperament, wyjątkowo niestłumiony niemożliwym do przywołania opanowaniem, wymykał się spod kontroli; ogarnięty paniką umysł uspokoił się dopiero, gdy podano jej łagodne mikstury kojące nerwy, a przy jej łóżku znalazła się Fantine. Zapytała o Tristana, nie było go jednak w Dover – a ona sama nie była pewna, czy chciałaby, by zobaczył ją w takim stanie, z twarzą bladą i dziwnie woskową, z włosami przyklejonymi do czoła i z ciałem raz po raz wstrząsanym przez coraz mocniejsze skurcze. Ciągnące się w nieskończoność, czy może ledwie chwilę – nie była pewna, czas nabrał dziwnej, trudnej do zmierzenia konsystencji, a kiedy wreszcie do jej uszu dotarł płacz, cała reszta zupełnie straciła na znaczeniu. Liczył się tylko on, jej syn, jak jej powiedziano, którego – na moment, zdecydowanie zbyt krótki – pozwolono jej potrzymać w osłabionych wysiłkiem ramionach.
Zabrano go chwilę później, pozostawiając jej ręce dziwnie pustymi; chciała zaprotestować, ale nie odnalazła siły na nieuzasadniony sprzeciw – zamiast tego pozwoliła służkom na pomoc w doprowadzeniu jej do porządku, odnajdując okazję do złapania oddechu, gdy ocierano jej twarz i poprawiano zburzone w nieładzie włosy; fakt, że przeżyła, że przeżyli oboje, dotarł do niej z opóźnieniem – dopiero, gdy zjawił się uzdrowiciel, by upewnić się co do jej stanu. W pierwszej chwili zapytała o dziecko, o syna – miał się jednak dobrze, był zdrowy i silny, a chociaż codzienność zazwyczaj zajmowała ją tysiącem myśli, to w tamtym jednym momencie nie potrzebowała niczego innego.
Może oprócz niego; dostrzegła jego twarz w uchylonych sekundę dłużej w drzwiach, odruchowo unosząc się wyżej na łóżku, gdy wszedł do komnaty. Uśmiech wypłynął na jej wargi mimowolnie i bezwiednie, a gdzieś po klatce piersiowej rozlała się ulga – i coś innego, ciepłego, jakaś czułość i wzruszenie, wzmocnione najprawdopodobniej skrajnym zmęczeniem. Doskonale widocznym, zdawała sobie z tego sprawę – ale dzisiaj wiedziała już też, że nie doczeka się z jego strony oceny ani nagany, nie odnajdywała ich też w sylabach, składających się na jej imię. – Tristanie – odpowiedziała, jakby samej szukając potwierdzenia, że rzeczywiście był zaraz obok. Nie powinna była w to wątpić, ale jednocześnie wiedziała, jak niespokojne były czasy, w których żyli; odległy, stłumiony okiennicami grzmot przypominał jej o tym aż nadto wyraźnie. – Wszystko dobrze – szepnęła, nie do końca odpowiadając na jego pytanie, ale zapewniając o – jej zdaniem – kwestii najistotniejszej. Jej głos był słaby, zachrypnięty od krzyków, daleko mu było do zwyczajowej śpiewności. – Masz syna, Tristanie. Jest silny i piękny – ciągnęła dalej; głos załamał jej się nieznacznie na ostatnich głoskach, w kącikach oczu błysnęły łzy – ale tym razem nie były bynajmniej oznaką cierpienia.


różo, tyś chora:
czerw niewidoczny,
niesiony nocą
przez wicher mroczny,

znalazł łoże w szczęśliwym
szkarłacie twego serca
i ciemną, potajemną
miłością cię uśmierca


Evandra G. Rosier
Zawód : alchemiczka w smoczym rezerwacie w Kent, harfistka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

beauty is terror.
whatever we call beautiful,
we quiver before it.

OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7039-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t7155-melpomena https://www.morsmordre.net/t7040-evandra https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7054-skrytka-bankowa-nr-1701#185873 https://www.morsmordre.net/t7053-evandra-rosier#185872
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]07.12.19 2:32
Wszystko dobrze - czy to był tylko sen, czy jednak rzeczywistość, która dziś zwróciła się ku nim w swojej łaskawości z większą przychylnością? Sytuacja była wszak poważna, choroba przetaczająca się przez drobne, kruche ciało Evandry sprawiała, że dzisiejszy dzień był dla niej znacznie większym wysiłkiem, niż dla innych kobiet - wiedział o tym - i wiedziała też ona, wiedzieli oboje, że dzisiejszy dzień mógł się skończyć różnie. Ale - czy którekolwiek z nich było na taką ewentualność przygotowane? Pokochał ją, lata temu, pokochał od pierwszego wejrzenia każdy cal jej alabastrowej skóry i każdą nutę jej śpiewnego głosu, każde naznaczone błękitem spojrzenie i każdy uśmiech na różanych, tak zmęczonych teraz ustach. Zmęczenie jednak nijak nie odbierało jej urody - a on mógł się jedynie domyślać, co przechodziła przed paroma chwili, w krwawej i bezlitosnej walce z własnym przeznaczeniem. W walce o przetrwanie - jego, jego rodziny, wydając na świat spod własnego serca jego pierworodnego syna. Dziedzica nazwiska Rosierów, pierwszego z młodszego pokolenia, tego, który w przyszłości poniesie jego schedę - dumę i chwałę, walcząc dalej o wpływy i potęgę znamienitego rodu. Czy już nie miał w sobie iskry, gdy uparcie i na przekór medykom zapragnął pojawić się wcześniej, niż powinien? Uparta była jego matka. I uparty był też jego ojciec. Uparty okazał się i on.
Nie wypuścił z uścisku drobnej, kruchej dłoni żony, choć serce zabiło mocniej, gdy usłyszał jej osłabiony głos; troskliwie odnajdując jej wzrok, usilnie szukając w niej powodów do niepokoju pomimo zdecydowanych zapewnień uzdrowicieli. Do pierwszej dołączyła druga, uścisnął jej palce oburącz, na krótki moment opierając o nie czoło, zbierając myśli, usiłując przegnać zbędne nerwy, odetchnąć z ulgą, która wreszcie mogła nastać. Jej słowa wracały do niego żmudnym echem, któremu chciał, choć nie potrafił dać wiary. Po chwili dopiero uniósł głowę, nie wypuszczając jej dłoni, przysuwając do niej usta raz jeszcze, trwając w tej chwili o chwilę, może dwie, zbyt długo.
- Syn - powtórzył po niej w końcu, miał syna, silnego i pięknego. - Jak wielkie ma szczęście, że to właśnie ty jesteś mu matką? - Odnalazł spojrzeniem jej źrenice, wilgotne od łez, choć wyraz jej twarzy zdradzał, że nie były to łzy bólu. Wciąż czuł dziwny niepokój, w kontraście do kobiecego wzruszenia, do wszystkiego, co dzisiaj przeszła - on musiał pozostać silny. Był lordem, nestorem i mężem, teraz - teraz został również ojcem. Pierwszej róży na ich wspólnej gałęzi, silnej po nim i pięknej po niej. Silnej po obojgu, tak wiele dziś przeszła. A przecież to dopiero początek długiej drogi - drogi, u kresu której stała chwała, cześć i bogactwo ich wspólnego dziecka. Pierworodnego syna nestora rodu Rosier. W którym tygodniu życia okaże magiczny talent? Szarpało nim wiele uczuć jednocześnie, czasem sprzecznych, czasem zgodnych, życie syna przeleciało mu przed oczyma dziwnym echem niespełnionej przyszłości; pierwsze słowo, pierwszy samodzielny krok, pierwszy kontakt ze smokiem, pierwszy wyjazd do Francji, pierwsza smocza wyprawa, pierwsza przelana krew w służbie Czarnego Pana. A może - gdy dorośnie, zapanuje już pokój? Przecież to właśnie on był za to odpowiedzialny, za zakończenie wojny i wprowadzenie Anglii w nowy wspaniały świat budowany przez ich utalentowanego przywódcę. Poczuł dziwną siłę, wewnętrzny ogień podsycony iskrą, powinni podejmować bardziej zdecydowane kroki. Chciał, chciał patrzyć, jak dorasta w świecie pozbawionym niedoskonałości szlamu. Przecież robił to dla nich, dla niej, dla niego. Dla przyszłości.
- Zrobię dla was wszystko - zdobył się na wyzwanie, poniekąd werbalizując te uczucia; nie sądził wcześniej, że mógłby ją kochać bardziej, ale przecież rola matki była po stokroć ważniejsza od roli matki. To jej ramiona miały się zająć przyszłością jego rodu - jego synem. - Będzie dumą tego domu - Niezależnie od tego, w którym momencie zrozumie, że to jest jego przeznaczeniem; on nie chciał tego jako dziecko, był głupi. - Naszą dumą - dodał po chwili ciszej, nie odejmując spojrzenia od jej oczu. Nie błyszczały dziś tak jak zwykle, były zmęczone, naznaczone bólem, a mimo to piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
- Powiedz, najdroższa, czy jest coś, czego pragniesz? Musisz odpocząć, wiem, ale nie daj mi się pogrążyć w mdłej bezczynności. Brakuje ci tu muzyki? Masz za mało kwiatów? - Kiedy właściwie będzie mogła wstać z tego łóżka? - Każę ci sprowadzić więcej owoców - obiecał, tych najrzadszych, najsłodszych, najbardziej egzotycznych, które umilą smak i pomogą wrócić ci do zdrowia, przecież niedługo święta, a krótko potem wielki bal.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]25.12.19 16:48
Próbowała zebrać myśli – poukładać ostatnie godziny we własnej głowie, nadać im porządek, ukoić wciąż drżące chaotycznie emocje – ale okazywało się to niemożliwe; czy była to wina podanych jej eliksirów, że czuła się taka wrażliwa, przesadnie reagując na każdy bodziec, nawet ten najlżejszy, ograniczony do pojedynczego słowa? Odetchnęła powoli, czując, jak jej klatka piersiowa unosi się i opada w nierównym, rozedrganym oddechu; była niewypowiedzenie szczęśliwa i niemożliwie zmęczona jednocześnie, marząc o zamknięciu powiek – i nie chcąc robić tego już nigdy, żeby nie uronić ani sekundy z życia, które minuty temu wydała na świat. Życia kruchego, tak łatwego do zgaszenia, które będą musieli chronić – które mieli obowiązek chronić; ta myśl, świadomość, że nie była już odpowiedzialna wyłącznie za siebie, na moment ją przytłoczyła, przychodząc zupełnie bez ostrzeżenia – dokładnie w chwili, w której Tristan powtórzył po niej to najpiękniejsze, pojedyncze słowo. Syn. Uśmiechnęła się, a spomiędzy jej warg wydostało się coś pomiędzy śmiechem a szlochem, surowy zlepek nieobrobionych emocji; nie miała siły ich dzisiaj pilnować. Może nie musiała, zostali sami, choć była pewna, że odprawiona służba czekała za drzwiami, gotowa zareagować na każde polecenie nestora. – Jesteś jego ojcem, Tristanie. To całe szczęście, jakiego będzie potrzebował – odpowiedziała cicho, głosem wciąż zachrypniętym – od krzyku i od ściskających gardło uczuć. Jej słowa nie były rzucane na wiatr; wiedziała, że jeżeli tylko ich syn odziedziczy część siły i determinacji, dumy i uporu, wszystkich tych cech, które doprowadziły jego ojca do miejsca, w którym obecnie się znajdował, poradzi sobie ze wszystkim; z każdym trudem i przeszkodą, które rzuci w jego kierunku los.
Nie spuszczała spojrzenia z męskiej twarzy, kiedy milczał przez krótką chwilę, w szlachetnych rysach i znajomych oczach szukając wszystkiego tego, czego nie wypowiadał na głos – w końcu godząc się z faktem, że nie posiadła umiejętności wyczytywania prawdy z lekkich, ledwie widocznych gestów. – Zdradź mi swoje myśli – poprosiła, wyciągając drugą dłoń, żeby dotknąć szorstkiego od zarostu policzka; ignorując ból, odzywający się niemrawo spod przytępiającej warstwy utkanej z przeciwbólowych mikstur. Wyciszających również zmysły, choć nie na tyle, by nie dotarły do niej śmiałe zapewnienia i wizje wspaniałej przyszłości, kreślone głosem Tristana. Niektórzy mogliby nazwać je nawet zuchwałymi – żyli wszak w świecie niepewnym, wypełnionym wojną – ale Evandra mu wierzyła, już jakiś czas temu ufnie składając własne bezpieczeństwo w jego ręce. – Wiem – powiedziała więc po prostu, opuszczając dłoń z powrotem na gładką pościel. – Wiem – powtórzyła raz jeszcze, zupełnie jakby ten jeden krótki wyraz mógł sprawić, że dobra wróżba stanie się rzeczywistością, a szczęśliwa przyszłość ich syna zapisze się w kamieniu, zamiast pozostawać mglistą niewiadomą, znakiem kreślonym na wodzie.
Słysząc następne słowa, pokręciła głową. – Mam wszystko, czego potrzebuję – odpowiedziała, odruchowo zaciskając mocniej palce na męskiej dłoni. – Chociaż… – Zawahała się; oparła się wolną ręką o miękki materac, żeby usiąść stabilniej, pilnując, by nie skrzywić się, gdy jej wykończonym od wysiłku ciałem ponownie wstrząsnął ból. – Czy mogę go zobaczyć? Pozwolono mi go potrzymać tylko przez chwilę. – Wiedziała, że był to wynik troski i przezorności; że uzdrowicieli musiały zaalarmować jej blade policzki, błękitne żyłki pod na wpół przymkniętymi oczami i drżące zbyt mocno ramiona; że jej dziecku, wyczekiwanemu i ważnemu, pod tym dachem nie miała stać się żadna krzywda – ale zdrowy rozsądek za nic nie chciał współpracować z bijącym niespokojnie sercem, domagającym się – irracjonalnie – żeby zobaczyć na własne oczy, że wszystko było w porządku. A może po prostu doskwierała jej sama rozłąka, po dziewięciu długich miesiącach zdająca się czymś nienaturalnym i niewłaściwym. Odwróciła na moment spojrzenie, błądząc nim po zamkniętych drzwiach komnaty, zupełnie jakby spodziewała się, że zdoła otworzyć je samą siłą woli; nie zdołała, pozostawały irytująco nieruchome – a ona sama zbyt słaba, by podnieść się z łóżka. Ta słabość też jej doskwierała, mimo że po tym, co dopiero przeszła, trudno byłoby oczekiwać czegoś innego.
Jej wzrok powrócił do Tristana, tknięty nagłą myślą i nieco spokojniejszy. – Musisz nadać mu imię – powiedziała, znów skupiając rozproszoną uwagę na parze brązowych tęczówek. Kiedy zapytano ją o to wcześniej, nalegała, by na niego zaczekać; pozostawienie mu ostatecznej decyzji, jej mężowi i ojcowi ich syna, nestorowi rodu, wydawało się w jakiś sposób naturalnym porządkiem rzeczy.


różo, tyś chora:
czerw niewidoczny,
niesiony nocą
przez wicher mroczny,

znalazł łoże w szczęśliwym
szkarłacie twego serca
i ciemną, potajemną
miłością cię uśmierca


Evandra G. Rosier
Zawód : alchemiczka w smoczym rezerwacie w Kent, harfistka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

beauty is terror.
whatever we call beautiful,
we quiver before it.

OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7039-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t7155-melpomena https://www.morsmordre.net/t7040-evandra https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7054-skrytka-bankowa-nr-1701#185873 https://www.morsmordre.net/t7053-evandra-rosier#185872
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]30.12.19 1:19
Był ojcem - jakże dziwnie dźwięczały te słowa. Jeszcze nawet nie ujrzał swojego dziecka, jeszcze nie był z nim związany jak Evandra, która strzegła go przed światem przez ostatnie dziewięć miesięcy. Jeszcze nie widział w nim człowieka, a już poczuł dziwny ciężar obowiązku, innego niż wszystkie dotąd, obowiązku dbania o przyszłość już nie własną, nie swojej żony, a pokolenia, które miało nadejść po nich. Cały krąg życia zamykał się w jednym cyklu, ludzie przychodzili, odchodzili, a po nich nadchodził czas kolejnych, żyli w ich oczach, w ich głosach, w ich umysłach, tak jak w nim żył panteon przodków dodający mu sił w tych wszystkich trudnych chwilach. Doszedł do władzy, doszedł do prawdziwej potęgi, doszedł do tego dzięki nim i dzięki temu, co z niego uczynili. Teraz - teraz musiał postarać się, by to wszystko przejął jego jedyny, najstarszy syn. Odkąd tylko nauczy się chodzić, odkąd tylko wypowie pierwsze słowo: odpowiedzialność za jego czyny będzie jego, ich. Będzie spoczywać na ich nazwisku. A on - on miał je reprezentować najlepiej, jak będzie w stanie, lepiej niż sam Tristan jeszcze kilka lat temu. Nikt nie będzie mu w niczym pobłażać.
Jego usta wygięły się w łagodnym uśmiechu, gdy poczuł dotyk jej delikatnej dłoni na własnym policzku; na krótki moment zmrużył oczy, badawczo przyglądając się jej delikatnej, choć zmęczonej, to wciąż nadludzko pięknej twarzy - jej dotyk miał w sobie coś kojącego, był jak aloes wylany na poranioną skórę, lód przyłożony do poparzonej blizny, jak miód, słodki i czuły zarazem. Moment później jego usta drgnęły, gdy usłyszał jej słowa. Chciałby powiedzieć jej wszystko, ale nie mógł, nie teraz, gdy znużona pozostawała więźniem bólu własnego ciała - zasługiwała na odpoczynek, nie moc kolejnych trosk, zmartwień i nieszczęść. - Martwiłem się - zdradził zatem to spośród zmartwień, które nie musiało mu już dłużej towarzyszyć. - Martwiłem się i bałem się o ciebie dziś tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Bałem się, że cię stracę. Że więcej cię nie zobaczę. Kocham cię, Evandro - kiedy ostatni raz jej to mówił? ściszył głos do szeptu, musiała odpoczywać - zawsze kochałem. I nigdy nie przestanę - Dziś, po poświęceniu, jakie dla niego przeszła, dziś, nierozproszony obecnością wyrzuconej z Białej Willi kochanki, rozumiał to jeszcze bardziej. Doceniał jeszcze bardziej. Uścisk dłoni był jednak jedynym gestem, jaki wykonał, nie chciał rozjątrzać świeżych ran, zaburzać jej spokoju, dotykać kruchego ciała, które tak wiele dzisiaj przeszło. Dzisiejszą noc miał spędzić z piórem w ręku - pisząc sonet o tęsknocie, poświęceniu i pojednaniu. Zwycięstwie życia. Ciche, powtórzone przez nią wiem było jak klucz, który zamyka drzwi złożonej obietnicy - złożonej na zawsze, złożonej świadomie, złożonej zuchwale, ale ze szczerym przekonaniem o jej prawdziwości.
- Nie wstawaj, najdroższa - poprosił, ledwie dostrzegł, jak podpiera się dłonią o materac wygodnego łoża, jak podciąga ciało wyżej, jak oznaka bólu przeszła przez jej blade dziś usta. Wciąż mówił cicho, szeptem, powinna odespać, odpocząć, zregenerować siły. - Uzdrowiciele mówili, że musisz teraz odpocząć. Z rana... z rana, gdy tylko dojdziesz do siebie, znowu go zobaczysz. - Przeniósł uścisk z dłoni na łokieć, chcąc zelżeć jej próbom uniesienia ciała, powstrzymać ją łagodnym gestem. - Jest w dobrych rękach, opiekunki zajmą się nim najlepiej, jak potrafią - obiecał, z głosu nie umknęła troska - nasz syn potrzebuje swojej matki stojącej o własnych siłach, nie możesz teraz nadwyrężać zdrowia. Nasz syn nie może zakłócać twojego odpoczynku - dodał, na krótko podążając za jej wzrokiem ku zamkniętym drzwiom. Jedno słowo pewnie wystarczyłoby, żeby sprowadzić chłopca do niej - ale uzdrowiciele jasno przedstawili swoje zalecenia. Przeciwstawiać się im nie rozumiejąc powagi rzeczy byłoby z jego strony nieodpowiedzialnością. Była jego żoną, żoną nestora, najważniejszą kobietą w Chateau Rose. Ona też była tutaj potrzebna, bardziej niż sądziła.
- Chcę, żeby nosił imię po swojej matce - odparł bez zawahania, wiedział to już od dawna, chciał w ten sposób uhonorować swoje oddanie wobec niej. Była dla niego najcenniejsza, nie mniej ważny miał być jego syn. Jej imię niosło siłę, znaczyło silnego człowieka, wojownika. W pewien sposób Evandra walczyła całe życie. Niosło też młodość, angielska etymologia odnajdywała w tym imieniu epitet młodego wojownika, choć w tym momencie Tristan nie zdawał sobie sprawy z klątwy, jakie to imię mogło nieść - z tego, że młody wojownik, by pozostać młodym, musi również młodo umrzeć. Nie wierzył zresztą w zabobony, evan w języku starej Anglii przede wszystkim oznaczało władcę - a do tego niewątpliwie został stworzony. - Drugie, zgodnie z tradycją tego domu, mój pierworodny powinien nosić po mnie. - O tym zapewne wiedziała, był pewien, że któraś z kobiet zamieszkujących dwór zdążyła ją do tego przygotować. Dziwnie było mówić o tym na głos - tak oficjalnie. Ale to właśnie było teraz jego zadaniem. - Evander Tristan Rosier poniesie naszą schedę ku przyszłości. Stanie się kimś wielkim, czuję to. Ty też to czujesz - nie pytał, kiedy wpatrywał się w jej błękitne oczy, dziś zmęczone, sprawiające wrażenie śpiących, a jednak błyszczących iskrą determinacji, by ujrzeć syna. Odsunął nieśpiesznym ruchem dłoni kosmyk złotych włosów z jej twarzy.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]06.02.20 20:46
Od dawna zdawała sobie sprawę z ryzyka, jakie wiązało się z dzisiejszym dniem – mówiono jej o nim od wczesnej młodości, odkąd tylko była w stanie pojąć jego sens; świadomość, że wydanie na świat dziecka może okazać się dla niej wyrokiem śmierci, była czymś, z czym dorastała, czego istnieniu początkowo zaprzeczała, przeciwko czemu długo się buntowała, krzywiąc się na niesprawiedliwość świata i zarzekając, że nigdy nie wyjdzie za mąż; czymś, co w końcu zaakceptowała – ale również czymś, czego ani przez chwilę nie przestała się bać, tak samo jak nie udało jej się pozbyć dziecięcego strachu przed kompletną ciemnością, a raczej – przed tym, co mogło czaić się w czarnych, pogrążonych w mroku kątach. Owszem, mogła oswoić się z brakiem światła, tak samo jak z czasem zdołała przywyknąć do napadów słabości i uczucia, jakie niosło ze sobą tysiąc wbijających się pod mostek igiełek czystej paniki, ale nigdy nie pogodziła się z tym, że śmierć mogłaby zabrać ją tak szybko i nagle. A chociaż wiedziała, że zaledwie godziny temu balansowała na krawędzi, to pełen ciężar tego faktu dotarł do niej dopiero po słowach Tristana, wcześniej spychany w daleki kąt umysłu przez przytłaczającą wszystko inne potrzebę upewnienia się, że z jej dzieckiem wszystko było w porządku. Ciche martwiłem się zdawało się mieć wagę ołowiu, zamykając w sobie dziesiątki jej własnych obaw: że nie będzie jej dane ani razu potrzymać w rękach syna; że życie, które tak bardzo kochała, i które chciała w pełni przeżyć, wymknie jej się spomiędzy palców jak śliska tkanina; że nie zobaczy już jego, nie dotknie szorstkiego od zarostku policzka, że jego wargi więcej nie złożą na jej ustach słodkich pocałunków, że nie wyszepta jej do ucha już ani jednego pięknego wiersza, że… – Ćśś – powiedziała ledwie słyszalnie, być może do niego – a może starając się uciszyć własne myśli. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, choć miała wrażenie, że ledwie to poczuł; to, że dzielił się z nią tymi emocjami, przyznawał do strachu, ściskało jej gardło nagłym wzruszeniem, ale nie chciała, by dłużej tonął w tych ciemnych wizjach – chciała pociągnąć go ku powierzchni, do realnego tu i teraz, do rzeczywistości, w której zarówno jej, jak i ich synowi, nic nie zagrażało. – Ja też się bałam – przyznała cicho, ale jej wargi rozciągnęły się w słabym uśmiechu. – Ale już nie musimy się bać. Ani ja, ani ty. Jesteśmy bezpieczni, wszyscy troje. – Nawet nie wiedziała, w którym momencie jej głos nieznacznie się załamał, a po policzku spłynęła pojedyncza łza; starła ją wolną dłonią, wciąż się uśmiechając. – Wygląda na to, że jestem silniejsza, niż na pierwszy rzut oka wyglądam – pozwoliła sobie na żartobliwy ton, w pewien sposób chcąc przełamać powagę chwili, chociaż tylko odrobinę. Nic w jej wyglądzie nie potwierdzało jej słów, wiedziała, jak blada musiała być jej skóra, jak słabo brzmiał głos, i jak drżące były gesty – ale to były drobiazgi, które kolejne dni miały wymazać. – Ja też cię kocham, Tristanie – odezwała się po chwili, pozbywając się chwilowej lekkości i zniżając głos do szeptu. – Zawsze będę cię kochać, nieważne, co się stanie – dodała, mając absolutną pewność, że była to prawda, wspaniała i przerażająca jednocześnie; uczucie wypełniające jej klatkę piersiową, które towarzyszyło jej od lat, które przez lata próbowała stłumić, i któremu wreszcie się poddała, nie miało zniknąć bez względu na wszystko. Mogło ją uszczęśliwić, mogło ją równie łatwo zniszczyć – a ona dobrowolnie się na to godziła, wierząc, że słowa Tristana były szczere.
Kiedy jej odmówił, łagodnymi zdaniami odwołując się do jej zdrowego rozsądku, początkowo chciała zaprotestować, ale ostatecznie poddała się, odprężając zmęczone mięśnie i opierając ciężar obolałego ciała na miękkich poduszkach. Miał rację, była słaba – a jego znajomy, wypełniony troską głos dodatkowo koił nerwy. – W porządku – odpowiedziała więc po prostu, odrywając spojrzenie od zamkniętych drzwi. – Sprawdzisz później, czy wszystko jest dobrze? – zapytała jednak po chwili, nie potrafiąc tak do końca pozbyć się tej kłującej potrzeby upewnienia się, że naprawdę było już po wszystkim.
Skupiła całą swoją uwagę na nim, czekając, aż odpowie – ale kiedy już to zrobił, sama nie potrafiła odnaleźć właściwych wyrazów, zamiast tego w kółko odtwarzając w głowie jego słowa: Evander Tristan Rosier, ich imiona połączone już na zawsze, w sposób najtrwalszy z możliwych. – Evander Tristan. Evan – powtórzyła szeptem, zastanawiając się, jak to możliwe, by zlepek głosek mógł nieść ze sobą tak wiele. Chciałaby wiedzieć, gdzie zapisze się to imię, jaka historia i osiągniecia zostaną do niego przypisane w przyszłości – a jednocześnie obawiała się sięgać myślami tak daleko, kusić przewrotny los. Odetchnęła bezgłośnie, czując przy twarzy delikatny dotyk palców, przez moment ciesząc się tym gestem – pozornie prostym, ale przepełnionym jakąś czułością – a później kiwając głową. – To prawda – przytaknęła, choć w słowach Tristana nie było pytania; w jej własnych malowała się za to pewność, duma – i troska, której nie zdołała ukryć; wielkość chowała za sobą wiele, kojarzyła się nie tylko z chwałą, ale i trudnym do uniesienia ciężarem, z cierpieniem, którym była okupiona, i z często ogromną ceną, jaką trzeba było za nią zapłacić. Coś w jej twarzy się zmieniło, kąciki warg zadrżały, skórę między jasnymi brwiami przedzieliła zmarszczka. Otworzyła usta – ale zawahała się; może nie powinna go o to prosić, jednak przed oczami wciąż miała widzianą tylko przez chwilę twarz dziecka, ich dziecka; dziecka, które przez dziewięć miesięcy starała się utrzymać przy życiu mimo buntującego się ciała. – Ochronisz go? – zapytała, utraconą na moment pewność odnajdując wreszcie w parze brązowych tęczówek. – Pomożesz mu, jeżeli będzie trzeba? – Jeżeli upadnie, jeżeli ciężar odpowiedzialności go przygniecie? Nie precyzowała, o co dokładnie jej chodziło, ale z jej spojrzenia musiał wyczytać, że nie mówiła o kwestiach błahych; że w tamtej chwili, wypełnionej szczęściem z narodzin dziedzica, myślała też o pogrążonej w mrokach przyszłości, teraz – z grzmiącą nad nimi burzą – bardziej niewiadomej, niż kiedykolwiek przedtem.


różo, tyś chora:
czerw niewidoczny,
niesiony nocą
przez wicher mroczny,

znalazł łoże w szczęśliwym
szkarłacie twego serca
i ciemną, potajemną
miłością cię uśmierca


Evandra G. Rosier
Zawód : alchemiczka w smoczym rezerwacie w Kent, harfistka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

beauty is terror.
whatever we call beautiful,
we quiver before it.

OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7039-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t7155-melpomena https://www.morsmordre.net/t7040-evandra https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7054-skrytka-bankowa-nr-1701#185873 https://www.morsmordre.net/t7053-evandra-rosier#185872
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]03.03.20 2:08
Kiedy dostrzegł łzę błyszczącą na jej policzku ze zmartwieniem zmarszczył brew; czy istniało coś, co mógł jeszcze dla niej zrobić? Tak bardzo chciał jej w tym pomóc - i tak bardzo odczuwał niesprawiedliwość, że nie mógł. Walczył o ich rodzinę, o nią, o lepszy świat dla ich syna, narażając siebie - dziś przyszła kolej na jej walkę, walkę, która szła samotną drogą, przez którą nie mógł jej przeprowadzić. Zrobił, co mógł - sprowadził dla niej najlepszych medyków, upewniając się, że Zachary będzie w stanie nad wszystkim czuwać. Ale wciąż - musiał patrzeć na jej cierpienie, zmęczenie i ból, przed którymi pragnął ją uchronić. Był bezradny wobec jej męki. Umilkł jednak na jej znak, przymykając oczy, bo rozkoszować się brzmieniem jej melodyjnego głosu.
- Jesteś tak silna, jak silną może być kobieta - zapewnił ją bez zająknięcia, wydała na świat jego pierworodnego syna. Spełniła swój obowiązek. I choć na tym jej walka nie miała się skończyć, oboje o tym wiedzieli, byli przecież więźniami odwiecznej tradycji, to przecież pokonała dzisiaj niewidzialną barierę słabości, własnych słabości, lęków i wahań. - Z ciebie już mogę być dumny - na dumę z dziecka będzie musiał poczekać kilkanaście lat.
Kąciki jego ust uniosły się łagodnie, w subtelnym uśmiechu, gdy posłyszał jej słodkie jak miód wyznanie. Zawsze. Po śmierci. Po pojmaniu. Po odejściu.
Na krótki moment wróciła do niego mara straszliwego Azkabanu i trzeszczących w jego murach łańcuchów.
- Nieważne, co się stanie - powtórzył jej słowa, myślami pozostając pośród tych ponurych cel. Chciał, by i ona przyjęła tę obietnicę. To jej wspomnienie było tym, które pozwoliło mu zachować zdrowy rozsądek. To dla niej chciał żyć. Wyjść żyw - z tego bagna.
- Sprawdzę, najdroższa i powiadomię cię, jeśli zaistnieje coś, czym mogłabyś się zmartwić. - Wiedział, że tego nie zrobi - jego słowa miały ją uspokoić, nie zdenerwować, niezależnie od prawdy. - Zachary mówił, że z dzieckiem jest wszystko w porządku. Upewnię się, żeby go do ciebie przyprowadzili, kiedy tylko dojdziesz do siebie i poczujesz się silniejsza. - Obietnicę za to złożył szczerą. Widząc, jaką troską, jakim uczuciem darzy jego syna, nie chciał przerywać tej więzi. Był jeszcze bardzo młody, dość młody, by matczyna czułość nie była mu zagrożeniem. Odnajdywał spokój w jej radości, nawet jeśli rozmytej w znużeniu, osłabionym ciele, to jednak widocznej doskonale w mimice twarzy, w stęsknionym spojrzeniu, w szczerych słowach i czule wypowiedzianym zdrobnieniu. Evan.
Wtem spokój ten zmąciła jakowaś mara - z niepokojem odnalazł jej spojrzenie, by wysłuchać trosk, które nagle zmąciły jej spokój. Wielkość niosła za sobą olbrzymią odpowiedzialność, a ta odpowiedzialność - bywała zdradziecka. Będzie miał wielu wrogów. Niektórzy będą mogli chcieć go zranić przez jego syna. Inni - będą upatrywać w nim zagrożenia od najmłodszych lat. Jeszcze inni mogą chcieć wydrzeć mu z rąk to, co niepodzielnie winno należeć do niego. Pokręcił głową przecząco. To on był przyszłością rodu. To on miał przejąć ich schedę. To dla niego robił to wszystko.
- Mój ojciec - Minęło już pół roku, odkąd odszedł. Był młody, czarodzieje nie powinni ginąć w takim wieku. A jednak...  - odszedł, kiedy już go nie potrzebowałem. - Przecież chorował od dawna - tak jakby kurczowo trzymał się życia wiedząc, że jego zadanie jeszcze się nie skończyło. Dopiero gdy upewnił się, że było inaczej, zdecydował się odejść. Złego licho nie bierze. - I ja też nie odejdę wcześniej - obiecał, wiedząc, że musi tej obietnicy dotrzymać - niezależnie od wszystkiego. - Pomożemy mu razem - Czasem będzie potrzebował twojego wsparcia, a czasem mojego. - Stanie się silnym mężczyzną. Synem jednej z najstarszych czarodziejskich rodzin. Będziemy z niego dumni, Evandro, nawet jeśli to nie zawsze będzie proste - Wyzwania czekały tak przed dzieckiem, jak przed nimi. Skażone nasienie nie zawsze rodziło się skażonym, czasem gniło dopiero pod wpływem rodziców. - Oczywiście, że mu pomogę. Poprowadzę go, jak prowadził mnie mój ojciec. - Przeszło mu przez myśl, że powinien dziś zapalić świecę na jego grobowcu. Nie zrobi nigdy nic za niego. Nie obniży też wymagań - oboje wiedzieli, że ich syn będzie je miał postawione wysoko. Ale zrobi, co będzie w jego mocy, aby do tych wyzwań go przygotować. Najlepiej, jak potrafi. Czy potrafi? Dojrzewanie, dorastanie, odnajdywanie w sobie siły - to będzie sprawdzian tak samo dla Evana, jak dla nich obojga. - Boisz się - Bardziej stwierdził, niż zapytał. Nie było w tym nic dziwnego, zdawało się, że podobna reakcja była w tym momencie bardziej niż naturalna. Evan był dzieckiem zrodzonym w trakcie wojny - która mogła się nie skończyć, gdy ten dorośnie.
- Spróbuj zasnąć - dodał szeptem - twoje ciało potrzebuje odpoczynku. A twój syn potrzebuje cię wypoczętej. - Na razie mogła zająć się nim mamka. Evandra była z pewnością znacznie bardziej osłabiona, niż sprawiała wrażenie - emocje otrzeźwiały ją pewnie zbyt mocno, dodatkowo nadwyrężając wytrzymałość organizmu. - Mathieu zostanie drugim ojcem chrzestnym - Dopiero znając płeć mogli podjąć tę decyzję. Francis, jako brat Evandry, był oczywisty. Podobnie jak starsza z jego sióstr, Melisande. Czy drugim rodzicem zostanie Mathieu czy Fantine, miało okazać się dzisiaj. Chłopiec potrzebował dwóch mężczyzn, nie kobiet.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]02.04.20 23:44
Chciała w to wierzyć – że była silna, wystarczająco silna, by unieść ciężar odpowiedzialności, który spoczął na jej barkach – dzisiaj jakby większy, a może ze względu na jej stan zwyczajnie bardziej odczuwalny. Źle było jej z tą słabością zmęczonego ciała, z bólem roznoszącym się po mięśniach, przytępionym działaniem eliksirów przeciwbólowych, które również zdawały się zasnuwać mleczną mgiełką ostrość jej umysłu – nie przywykła do głośnego wygłaszania narzekań, ani skarżenia się na drobne niedogodności. Nie dlatego, że ich nie odczuwała – ale z uwagi na wyrobioną w młodości obawę, że jeśli tylko przyzna się do gorszego samopoczucia, zostanie otoczona jeszcze szczelniejszym kokonem wymuszonej ostrożności, uplecionym z uważnych spojrzeń i zaniepokojonych szeptów. Dorastała w przekonaniu, że mogła osiągnąć znacznie więcej niż to, na ile jej pozwalano, choć po części była to myśl zrodzona z niedojrzałej buty, przytępionej później pokorą; dziś znacznie lepiej zdawała sobie sprawę z własnych ograniczeń, na ogół trzymanych pod kontrolą – ale teraz zalewających zmysły ogólnym wyczerpaniem. Gdyby nie obecność Tristana, prawdopodobnie w końcu rozszlochałaby się z emocji, które coraz trudniej było jej utrzymać w ryzach, siłę czerpała jednak od niego: z łagodnych słów, delikatnych gestów i zapewnień, w które wierzyła – nie mogąc inaczej. Skoro uważał ją za silną, to taką właśnie musiała być; chciała być wsparciem, nie zmartwieniem i ciężarem.
Kiwnęła powoli głową, kiedy powtórzył jej słowa – pozornie przypadkowe, a w rzeczywistości brzmiące jak przepowiednia; choć nie posiadła nigdy daru jasnowidzenia, to w sercu przeczuwała, że stanie się wiele – być może w niedalekiej przyszłości, może za kilka lat, może dopiero za dekadę – ale to nie był koniec wyzwań, przed jakimi mieli stanąć. Nie teraz, nie w świecie zmąconym wojną i wydarzeniami nieprzewidywalnymi i niezrozumiałymi. – Czuję się spokojniejsza ze świadomością, że Zachary nad nim czuwa – powiedziała, przyjmując już bez protestów słowa Tristana i chwytając się złożonej przez niego obietnicy; w tamtym momencie nie potrzebowała wiele więcej niż zapewnienie, że zdrowie jej syna leżało w rękach ludzi, którym ufała.
Jasną skórę na jej czole podzieliła pionowa zmarszczka, odzwierciedlająca trwające sekundę ukłucie niepokoju, kiedy Tristan pokręcił głową, a ona mylnie zinterpretowała to jako odmowę. Jej wargi drgnęły, ale w tym samym momencie dotarł do niej sens słów wygłoszonych przez jej męża, a za opadającą i unoszącą się powoli klatką piersiową rozlała się ulga. Wiedziała, że mówił poważnie – że nie rzucał tych zdań na wiatr, a ona z więcej niż jednego powodu czerpała z nich pociechę: jeżeli Tristan nie miał opuścić ich syna przedwcześnie, odebrać wzoru, za jakim będzie podążał, to oznaczało, że tak samo długo nie opuści i jej; myśl, być może egoistyczna, zapłonęła w jej umyśle, wywołując na bladych wargach słaby uśmiech – ale nie odejmując powagi jasnemu spojrzeniu. – Dziękuję, Tristanie – powiedziała, po czym zawahała się – ale tylko na chwilę. – Masz rację – boję się – przytaknęła; zabrzmiało to jak usprawiedliwienie – i częściowo nim było, pytała go w końcu o kwestie, które powinny być oczywiste – dlatego, że w tamtej konkretnej chwili potrzebowała je usłyszeć: wypowiedziane na głos, pomagające jej w ten sposób położyć do snu zbudzone do życia obawy o przyszłość. – Jest tyle rzeczy, na które nie mamy wpływu – dodała. Inne nie budziły w niej strachu, mogła wątpić w siły pozostające poza ich kontrolą, tlące się w ich wrogach szaleństwo, ostatnio nawet w magię, nad którą powinna władać – ale nie w niego; i miała nadzieję, że on również nie wątpił w nią, dlatego nie potwierdzała dodatkowo jego słów, nie zapewniała, że będzie trwała przy synu przez każdą minutę, w której będzie jej potrzebował – bo w chwili, w której po raz pierwszy wzięła go w ramiona, wiedziała już, że nie miała nawet innego wyboru.
W porządku – przytaknęła, nie było sensu się sprzeczać – naprawdę potrzebowała odpoczynku. – Ale zostań ze mną jeszcze przez chwilę – poprosiła, nie chcąc by pozostawił ją sam na sam z myślami. – Jestem pewna, że Mathieu doskonale sprawdzi się w tej roli – przytaknęła, kiedy Tristan poruszył temat rodziców chrzestnych; darzyła młodszego smokologa sympatią, mimo jego małomówności odnajdując z nim jakąś trudną do wyjaśnienia więź porozumienia. Ale co istotniejsze: ufała mu, wierząc, że nie zlekceważy roli, jaką chcieli mu powierzyć.
Przymknęła na chwilę powieki, orientując się, jak bardzo była senna dopiero w chwili, w której chciała ponownie je otworzyć; przyszło jej to z trudem, zatrzepotała nimi bezwiednie, niepewna, czy świadomość nie wymknęła jej się spomiędzy palców – ani na jak długo. Na powrót skupiła jednak wzrok na twarzy Tristana. – Opowiedz mi coś – poprosiła. Mógł mówić cokolwiek, opowiedzieć jej o swoim dniu lub o tym, co działo się w rezerwacie, a o czym – ze względu na trudność ostatnich dni – nie mogła wiedzieć; chciała posłuchać brzmienia jego głosu, wiedząc, że jeśli to on ukołysze ją do snu, będzie to sen spokojny – pozbawiony szeptów i koszmarów.


różo, tyś chora:
czerw niewidoczny,
niesiony nocą
przez wicher mroczny,

znalazł łoże w szczęśliwym
szkarłacie twego serca
i ciemną, potajemną
miłością cię uśmierca


Evandra G. Rosier
Zawód : alchemiczka w smoczym rezerwacie w Kent, harfistka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

beauty is terror.
whatever we call beautiful,
we quiver before it.

OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7039-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t7155-melpomena https://www.morsmordre.net/t7040-evandra https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7054-skrytka-bankowa-nr-1701#185873 https://www.morsmordre.net/t7053-evandra-rosier#185872
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]07.04.20 1:26
Złożył usta w łagodny uśmiech, spoglądając na jej lico, bał się, bał się o nią, bał się o dziecko, bał się o ich wspólną przyszłość, ale przynajmniej jeden z tych lęków jawił się teraz w jego oczach stabilnie; Evandra stoczyła dziś heroiczną walkę z samą sobą i z własną kobiecą naturą - walkę, z której wyszła zwycięsko. Mężczyźni od lat narażali życie na froncie, ale walka niewiast bynajmniej nie była wcale prostsza ani mniej niebezpieczna. Czarodzieje ginęli we krwi i tak samo przychodzili na świat. Skinął głową, pewien, podobnie jak i ona, że Zachary uczyni wszystko, by mały Evan nie odczuł dzisiaj słabości swojej matki. Dla niej ten dzień był trudniejszy jeszcze niż dla innych kobiet - ale podołała wyjść naprzeciw własnemu przeznaczeniu. Był z niej dumny, ale nigdy nie powiedziałby tego na głos - odczytałaby to zapewne jako chwilowe zwątpienie, które, co oczywiste, w trosce o jej zdrowie odczuwał, a którego też ona nie lubiła.
- I ja dziękuję tobie - szepnął zatem krótko, oszczędny w słowach, choć głęboki w wyrazie; pewien był, że w swojej wrażliwości dostrzeże wszystkie aspekty, za które dzisiaj chciał jej podziękować - za to, że była, za to, że dała mu dziecko, za to, że połączyła swój los z jego i wreszcie za to, że i ona już pokochała ich syna, łaknąc jego bliskości. Pewien był, że będzie matką takiej, jakiej mogły potrzebować jego dzieci - mądrą, czułą i wrażliwą. Po wszystkim, co dziś przeszła, musiała być wykończona. Nic w tym ze słabości, najtęższy tytan poczułby zmęczenie, a co dopiero ona: fizycznie krucha jak porcelanowa lalka. Nie chciał zmęczyć jej jeszcze bardziej swoją wizytą, miał być jej wsparciem. - Nie masz się czego lękać, najdroższa. Przy mnie oboje jesteście bezpieczni - zapewnił ją spokojnie, w swojej arogancji pewien, że mówi prawdę. Pewien, że byłby w stanie ochronić ją - ich oboje - przed wszystkim, co mogło ich spotkać i przed całym złem, jakie mogło chcieć ich - niby czarna otchłań nieznanego - pożreć. Niepewna przyszłość majaczyła gdzieś na horyzoncie, mawiają, że nic w świecie nie jest tak pewnego jak śmierć. Ale od śmierci pewniejsza jest krew, a jej zew wytyczał Evanowi jedyną właściwą ścieżkę - wiodącą wprost ku chwale. Wiedział, że również jego matka odda mu wszystko, czego ich syn będzie potrzebował - a nawet i więcej, w matczyne oddanie nigdy nie odważyłby się zwątpić.
- Jest tyle rzeczy, które musimy nauczyć się kontrolować - odparł w kontrze do jej słów, i tym razem chcąc odegnać burzowe chmury. Oczywiście, że w życiu dorastającego człowieka czekało na niego wiele pokus i jeszcze więcej zagrożeń, na które będzie musiał uważać. I które oni będą musieli trzymać od niego z daleka - lub samego Evana z dala od tych zagrożeń. Zadziwiało go, jak łatwo przychodziła mu dzisiaj konieczność utrzymania dyscypliny. Zadziwiało, jak łatwo stawał się własnym ojcem - dziś jego odbiciem, kiedyś człowiekiem tak odległym. Widocznie trzeba dorosnąć samemu, by pojąć mądrość starszych. Chciał, by o tym wiedziała, że gdy trudno jej będzie pozostać surową, będzie obok, by móc ją wesprzeć. Evan od dziecka musiał mieć wpojone twarde zasady - tylko tak będą mogli zachować pewność, że nigdy z nich nie zboczy. A zboczyć nie mógł. Jeszcze nie wiedział, a może tak łatwo zapominał, jak bardzo młodsze pokolenie lubi chadzać własnymi ścieżkami - nie tymi starannie wyreżyserowanymi przez rodziców.
Skinął głową, wiedział, że Mathieu podoła - byli zrodzeni z jednej krwi. I cieszyło go, że jego małżonka nie wątpiła w jego wybór.
Przyglądał się jej zmęczonej twarzy i choć po raz pierwszy w życiu dostrzegł na niej zmęczenie, wyzierające nawet ponad wilą urodę, dostrzegał w niej tylko piękno - może nawet jeszcze bardziej obezwładniające niż zawsze. Już nie dziewczęce, a kobiece, z zamkniętymi oczami i otoczona aureolą złotych włosów rozsypanych na jedwabnej poduszce przypominała personifikację sennego marzenia. Nie trwało to chwili, gdy ze snu wyrwały ją jej własne myśli, ścisnął mocniej jej dłoń, upewniając ją w poczuciu, że wciąż był obok, że czuwał, że jej nie opuścił.
Mógł przecież czuwać w ten sposób nawet całą noc.
Jeśli mógł ulżyć jej w cierpieniu opowieścią, zamierzał przynajmniej spróbować - nie odpowiedział od razu, w emocjach i jemu trudno było oderwać myśli od zdarzeń dnia dzisiejszego, od wszystkiego, co było najważniejsze, od jej osłabionego ciała i znużonego spojrzenia, od noworodka, który wkrótce stanie się chłopcem, a potem mężczyzną, od ich nowych ról i nowych zadań, wyzwań, z jakimi musieli się zmierzyć. Tak właśnie powinien to potraktować, jak wyzwanie.
- Dzisiejszego ranka do Kentu dobił statek wiozący ostatnie wodne rośliny, jakie zatopimy w Srebrnym Stawie. Dwa sękate drzewa, które wydzielają specyficzny, neutralny raczej zapach dla nas, na smoka działając relaksująco. Oraz wodną magolilię, której fioletowe płatki falują jakby wciąż były smagane wiatrem - podobno stanowią atrakcyjną przekąskę, dobrze działającą na układ pokarmowy srebrników. Kenny - nasz specjalista od flory, przecież wiesz - twierdzi, że warunki w akwarium Teddrisa są już bardzo zbliżone do jego naturalnych. Ogranicza go co prawda przestrzeń, ale po tym, co przeszedł, może to mieć i dobre strony - graniczne jaskinie wytyczają bezpieczną strefę, w której srebrnik może poczuć się komfortowo, nie obawiając się napływu drapieżników. Staje się na swoim terenie coraz śmielszy - i coraz pewniej, coraz wyżej wyskakuje czasem nad taflę wody. To piękny widok. Pokażę wam go, kiedy tylko dojdziesz do siebie. Zdąży się stęsknić za twoim głosem - obiecał szeptem, powoli przyzwyczajając się do myśli, że od dzisiaj było nich nie dwoje a troje. Przyglądał się jej bladej twarzy, szarościom pod oczami, niemal sinym wargom, czuł słabość ściskanej dłoni, wiedząc, że dziś Evandra była silniejsza, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie zamierzał odchodzić od jej łoża, nie zamierzał jej opuszczać, z trudem hamując wzruszenie zakochanego serca. Chciałby móc przejść to za nią, poddać się bólowi, przejąć choć część tych trosk - ale to nie było możliwe. Zrobiłby wszystko, by odjąć jej choć odrobinę cierpień. Dosłownie wszystko. Kątem oka spojrzał za okno, ale niewiele dostrzegł ponad roztaczającą się nocną czernią.
Chciał przy niej zostać, chciał nieprzerwanie czuwać. Może mógł zrobić choć tyle, odegnać senne koszmary i pozostać na straży jej spokojnego snu. - Kiedy widziałem go ostatnim razem... - Mówił - cicho i nieśpiesznie, szeptem - mówił tak długo, aż jej powiek nie przerywał już nerwowy trzepot rzęs, aż Morfeusz nie utulił ją w czułych objęciach, pozwalając jej odetchnąć.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Korytarze na piętrze 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Korytarze na piętrze [odnośnik]12.04.20 13:30
Kąciki jej warg drgnęły odruchowo, kiedy na ustach Tristana pojawił się uśmiech, odganiający – przynajmniej na chwilę – targające zmęczonymi zmysłami lęki. W łagodnym wyrazie twarzy wciąż kryło się coś z tego dawnego, który po raz pierwszy ujrzała przed laty, jakieś odległe echo tamtej przemieszanej z nadmierną pewnością siebie beztroski, która zwykła na przemian wywoływać u niej rumieniec zawstydzenia i złości; teraz to wszystko przykryły inne emocje, ukształtowane wiekiem i doświadczeniem, troską kryjącą się w drobnych zmarszczkach wokół oczu; chciała do nich sięgnąć, wygładzić opuszkami palców, ale wraz z każdą upływającą minutą jej ramiona wydawały się cięższe – nie wysunęła więc dłoni z obejmujących ją palców Tristana, zamiast tego po prostu ściskając je nieco mocniej. Nie musiał jej dziękować; dał jej już przecież tak wiele – to dzięki niemu odnalazła swoje miejsce w rezerwacie smoków, to on pozwolił jej poczuć się tam przydatną; to on podarował jej również Fantasmagorię, zwracając jej skrawek opuszczonego domu rodzinnego; wreszcie – dał jej Evana, gdyby nie on, nigdy przecież nie wzięłaby go w ramiona, ani nawet nie nosiła pod sercem przez długie miesiące, i już sama ta myśl wydawała jej się nie do zniesienia.
Być może dlatego też nie próbowała zaprzeczać jego słowom, kiedy tak śmiało próbował odsunąć od niej dręczące ją obawy. – Wiem, że jesteśmy, Tristanie – odpowiedziała cicho, zatrzymując spojrzenie na jego twarzy – przepełnione czułością, ale też przemieszane z jakimś odległym smutkiem. Wiedziała, że zrobiłby wszystko, by ich ochronić, i nie tylko ich – od niedawna na jego barkach spoczywała w końcu odpowiedzialność za przyszłość całego rodu, i zdawała sobie sprawę, że otrzymane zadanie traktował poważnie; ale wiedziała też, że istniały w ich świecie siły potężniejsze nawet od niego. Pamiętała – nigdy nie miała zapomnieć – majową noc, która niemal odebrała jej życie, wspomnienie bólu i przerażenia wyryło się w jej umyśle niczym rana, zasklepiona już i zabliźniona, ale obecna. Choć dzięki szybkiej reakcji magomedyków udało jej się przeżyć, chociaż nie miała wątpliwości, że było to doświadczenie, z którego ostatecznie wyszła silniejsza, to czuła też, że istniało coś, co tamtej nocy straciła bezpowrotnie: przekonanie o własnej niezniszczalności, o tym, że szczelne mury arystokratycznych koneksji i posiadłości mogły ustrzec ją przed wszystkim – nawet przed chorobą osłabiającą ją od środka. Czy mogły ochronić jej syna, ich syna – czy on sam im na to pozwoli?
Masz rację. Musimy – odpowiedziała jedynie cicho, nie decydując się na wylanie z siebie całego morza wątpliwości, ich nagromadzenie przypisując własnemu stanowi; wiedziała, że zmęczony umysł zdecydowanie łatwiej poddawał się złym myślom, a tymi nie chciała trapić Tristana. Pozwalała mu więc na odciągnięcie własnych w zupełnie innym kierunku, ku pięknemu terrarium ze szkła i metalu, w którym do pełnego zdrowia z każdym dniem powracał morski smok. Nie, nie chciała ignorować problemów ani czekających na nich wyzwań, wiedziała, że gdy przyjdzie właściwy dzień, podejmą je wspólnie i wspólnie im sprostają – ale nie musieli tego robić dzisiaj; dzisiaj Evan był cały i zdrowy, otoczony opieką i trzymany z daleka od zagrożeń. – Nie mogę się doczekać, kiedy będzie mógł go zobaczyć. Jego – i inne smoki. Jest tyle rzeczy, które możemy mu pokazać – odpowiedziała głosem nieco nieprzytomnym, częściowo już odpływającym – w sen, i ku srebrnemu stawowi, magicznej lilii o fioletowych płatkach, unoszących się chwiejnie na powierzchni, najpierw gładkiej – a później marszczącej się gwałtownie na kilka sekund przed przebiciem jej przez zwinną sylwetkę srebrnika. Słuchała głosu Tristana, malującego pod jej powiekami obrazy znajome i dobre, przesiąknięte ciepłem; tego dnia jakby odrobinę innym – bo przemieszanym z obietnicą, że niedługo będą mogli dzielić się tym wszystkim nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z dorastającym pod ich opieką chłopcem. Przez moment mogła go prawie zobaczyć we własnej wyobraźni, jasne włosy lśniące w letnim słońcu i dziecięcy śmiech przetaczający się przez piękne korytarze Chateau Rose. Zastanawiała się, czy odnajdzie w sobie choćby cień zainteresowania alchemią – czy jego świat zupełnie pochłoną smoki. – Odwiedzimy go – niedługo – mruknęła jeszcze, tym razem nie otwierając już oczu, ani nie wyjaśniając, kogo miała na myśli; może Teddrisa, może Evana, a być może coś jeszcze innego, do czego w tamtej chwili zaprowadziły ją senne myśli. Westchnęła cicho, już więcej się nie odzywając – pozwalając, by kojący, spokojny, ukochany głos Tristana ukołysał ją do snu.

| zt x2 :pwease:


różo, tyś chora:
czerw niewidoczny,
niesiony nocą
przez wicher mroczny,

znalazł łoże w szczęśliwym
szkarłacie twego serca
i ciemną, potajemną
miłością cię uśmierca


Evandra G. Rosier
Zawód : alchemiczka w smoczym rezerwacie w Kent, harfistka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

beauty is terror.
whatever we call beautiful,
we quiver before it.

OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7039-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t7155-melpomena https://www.morsmordre.net/t7040-evandra https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7054-skrytka-bankowa-nr-1701#185873 https://www.morsmordre.net/t7053-evandra-rosier#185872
Korytarze na piętrze
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach