Wydarzenia


Ekipa forum
Canonteign Falls
AutorWiadomość
Canonteign Falls [odnośnik]13.02.20 18:25
First topic message reminder :

Canonteign Falls

Canonteign Falls to urokliwe miejsce położone w okolicach wioski Christow. Właśnie tu, w Devon, z dala od cywilizacji, znajduje się najwyższy wodospad w Anglii, skryty na terenie parku znanego z zapierających dech w piersiach widoków oraz piękna naturalnej przyrody. Można tu spotkać paprocie wyższe od człowieka, kręte strumienie, wyjątkowo rzadkie kwiaty i niespotykane nigdzie indziej gatunki ptaków. Spacery wzdłuż malowniczych ścieżek pozwalają na odcięcie się od rzeczywistości, sprzyjają rozmarzeniu i zadumie. Dotarcie na sam szczyt wodospadu nie należy do najprostszych, droga jest zawiła i niebezpieczna - warta jednak swojej ceny.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Canonteign Falls - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Canonteign Falls [odnośnik]29.08.22 11:34
Kiedy przeprosiła przeniósł na nią wzrok, szybko jednak zdając sobie sprawę, że słowa dotyczyły czegoś innego niż w pierwszej chwili podejrzewał. Zmarszczył brwi, czując zakłopotanie większe niż wcześniej. Podjąłby znów tę dysputę o zakochiwaniu, ale dała mu jasno do zrozumienia, że najwyższa pora wycofać się za granice, których powinni przestrzegać od dawna. A panienka nie powinna z nim rozmawiać o takich sprawach. Nawet jeśli były teorią, nie flirtem. Nawet jeśli były głębią wynurzeń i osobistych aspiracji. Może miała rację, może za wiele ich dzieliło, by ta relacja mogła naprawdę zaistnieć.
— Moja siostra miała kiedyś koleżankę, która miała tak na imię. Nie wydawała się jednak umieć opowiadać takie historie, jednocześnie robiąc innych w balona — dodał z żalem, choć nieco teatralnym, próbując wypogodzić nastrój, który się pojawił. Nie miała go za co przepraszać, tak naprawdę. Nie zrobiła nic złego — mylnie zinterpretował jej słowa, gotów był jej przecież pomóc, nawet jeśli nie do końca podobał mu się ten pomysł. Miłe wyznanie spławił milczeniem, a je przerwał szybką zmianą tematu; udając, że nie dosłyszał. — Nigdy wcześniej tu nie byłem. Te plaże wyglądają naprawdę pięknie . — Dosłyszał jednak, ale po co to było wszystko? Po co te słowa, zapewnienia. Dopiero co przyznała, że nie powinna była. Coś zmienić się powinno. Nie był dumnym człowiekiem; to nie duma nakazywała mu ignorować te słowa. Myślał o sobie. I o tym, by nie dać się wbić na pal, a właśnie to mu podsuwała. Nadzieje się na nie w najmniej oczekiwanym momencie; próbował uniknąć głupoty, wyjścia na idiotę.
— Próżności? — zdziwił się, zerkając na nią. Czy tym to właśnie było? Nie rozumiał tych wszystkich zmian i urodowych potrzeb. Czy to jednak próżność, czy dotkliwa chęć bycia taką jak wszystkie inne? Zerknął na nią na chwilę. Nie mogła dorównać urodą dziewczynom, które znał; które zapierały mu bezspornie dech w piersi samym swoim widokiem. Chciała być piękna, czy normalna, zwyczajna? Wyróżniała się z tłumu. Rudy jak ogień na pochodni przykuwał uwagę, ale ognia potrzebował każdy. Szczególnie ten, kto chował się w ciemnym, zimnym kącie. Nieszczęśliwy, uznający za lepszego od innych. Doświadczyła tego? Próby zgaszenia ognia w kuble lodowatej wody? Czy to spotkałoby ją w szkole, gdyby do niej chodziła przez te wszystkie lata? On to znał. I czasem też chciał być jak inni. Jak Marcel. Steffen. Ian. Nadzwyczajny w swojej zwyczajności, pasujący do angielskiej prozy codzienności. Ale to właśnie ich sympatia i wiara nie pozwalała mu wątpić w siebie do końca. — Jesteś dumna ze swojego dziedzictwa — pamiętał, jak opowiadała o Weasleyach wtedy w lesie. Śmiali się wtedy z Marcelem, bo nie musiała udowadniać swej wielkości przy nich. — Ruda kita to też twoje dziedzictwo. I powód do dumy. Tak mówiłaś. — Spojrzał na nią poważnie. Nie musiała być piękna dla wszystkich. Wszyscy nie byli warci tego, by się dla nich zmieniać. Tego nauczyło go życie; ludzie wokół traktujący go z pogardą, wszystkie złamane serca — dziewczyny nie zwracały na niego uwagi bo pochodził z cygańskiej rodziny. Prościej było zmienić siebie niż świat dookoła, ale czy to mogło zagwarantować prawdziwe szczęście? Dopiero, gdy przyznała o tym podobaniu, pojął do czego zmierzała. Zatrzymał na niej wzrok. — Sama sobie przeczysz. — Chciała być piękna, chciała się podobać, ale nie chciała się zakochiwać. — Dziewczyny, które chcą się podobać, ale nie chcą się zakochiwać kończą w rynsztoku, prowadząc się... — Urwał. Wiedział, że nie do tego dążyła, ale taka była prawda. Dla miłości można było się dodać, zatracić, zapomnieć. Ale po co walczyć o czyjąś uwagę, jeśli nie pragnęło się tych emocji i przezywania. Pokręcił głową, ale nic nie powiedział więcej. Tak było dobrze.
— Nie, ja... — zaprzeczył od razu, gdy na bicie zeszło. Pokręcił głową, nie warto było o tym wspominać. Może lepiej, gdy myślała, że chciał ją czegoś nauczyć — lepiej to brzmiało niż to, że chciał by ktoś, sprawił mu ból. Fizyczny. Taki, który skutecznie zagłuszał ból myśli i serca. Żałosną rozpacz i wątpliwości. — Nieważne. — Zakończył temat, nie chcąc się z tego tłumaczyć. Co o nim pomyśli, gdy okaże się, że był okropnym egoistą? Nie dostał tego, co chciał, bo jej ciosy były marne; większość z nich przypominała walkę z niewidzialnym wrogiem niż takim, który naprawdę przed nią stał. Ale ostatecznie jego myśli i tak skupiły się na czymś innym, a on nim się zorientował, wytrzeźwiał i uspokoił się. Dzięki niej.
Pognał za nią plażą, do miasta, nie próbując jej wyprzedzić, z jakimś dziwnym niepokojem i przeczuciem, że spadnie. Piasek osypywał się spod końskich kopyt, kleił do pęcin. Droga była jednak prosta, przejezdna, pozbawiona przeszkód. Wiatr rozwiał jej włosy; jemu też. Serce przyspieszyło swój rytm; krew płynęła szybciej. Wrócił mu humor dzięki klaczy, która nakarmiła go słodyczą pozornej wolności.
Na miejscu zadbał o konie. Odebrał od niej wodze Montygona i poprowadził go razem z Bibi na bok, za budynek. Tam je rozsiodłał, pozwalając końskim plecom odpocząć. Przewiesił ekwipunek przez ogrodzenie, potem poszukał wiader, do których nalał wody i przyniósł koniom, by ugasiły pragnienie. Zdjął im wędzidła i wodze, do ogłowia przymocowując pożyczone sznury, by mogły odejść kilka kroków i poskubać skrawka trawy, który znajdował się obok. Upewniwszy się, że były bezpieczne i nie uciekną ruszył poszukać Neali. Nie protestował, otrzymawszy serię zadań. To też była praca, więc wysłuchał wszystkiego i od razu zabrał się do działania, pomagając w męskich pracach fizycznych. Kiedy wszystko było gotowe stanął z tyłu, pod ścianą, spoglądając na jej wystąpienie do ludzi. To jak się do nich zwracała. Miała dobre serce. Ona i jej rodzina, robili wiele dobrego dla innych, mimo pochodzenia, w którym nie przypominali wcale londyńskiej socjety. Nie chcąc pozostać bezczynnym, kiedy Neala wyszła na dwór, ruszył do pani Dorothei. Pamiętał ją z Blackpool. To ona opatrywała dziewczynie nogę, kiedy przyprowadził ją na koniu po pamiętnej kąpieli w strumieniu. Zaoferował się do pomocy, ale na ten moment nie mógł nic zrobić, więc usiadł na drewnianych stopniach z tyłu. Wetknął sobie źdźbło trawy w usta, trzy kolejne związał w supełek i zaczął zaplatać w coś na wzór sznurka. Częściej robił to ze słomy; w taborze, gdzie brakowało wszystkiego korzystali z dobrodziejstw przyrody. Uniósł wzrok spod zmarszczonych brwi, gdy usłyszał chrząknięcie i napotkał Nealę. Miała kwiaty we włosach. Przypominała mu tym artystki z londyńskiego cyrku towarzyszące Marcelowi podczas występów. Uśmiechnął się pogodnie, ale wyraz ten zmyło zaskoczenie.
— Dla mnie? — Przeniósł wzrok na wianek i westchnął, przenosząc źdźbło w ustach z jednej strony na drugą. Ucieszył się już, ale najwyraźniej nie miał z czego. Pokręcił głową przecząco — nie będzie takich rzeczy nosił. Wianki nosiły dziewczęta, nie chłopcy. Zerknął na dziewczynkę, Laurę, którą wskazała. Wziął wianek w dłonie, nie dając go sobie założyć na głowę, po czym podniósł się ze schodów i wyrzucił trawę z ust. Podszedł do dziewczynki. Ile mogła mieć lat? 14? W jego stronach, cygańskich taborach byłaby już panienką na wydaniu, ale nie śmiał na nią spojrzeć w ten sposób.— Mogę prosić panienkę do tańca? —  Ukłonił się nisko i zaoferował jej wianek. Przyozdobił jej główkę koroną z liści i ujął jej dłoń. Nie znał tego tańca, ale uczył się szybko. Zerkał na nią, na jej ruchy, na ruchy innych chłopaków i mężczyzn. Zerkał tez na Nealę, tańczącą dalej, z innymi. A po wszystkim podziękować dziewczynce z uśmiechem i ukłonił się nisko.
Gdy oznajmiła, że muszą pożegnać się z morzem, zmarszczył brwi.
— Po co? Wybiera się dokądś? — spytał, unosząc brew, ale ruszył za nią bez protestów. Rękawy bawełnianej koszuli miał podwinięte; było ciepło. Idąc jej śladami zdjął buty na piasku. Morze było spokojne — dlaczego nie skorzystać i nie wykąpać się od razu? Ściemniało się już, słońce zachodziło powoli za horyzont, ale woda musiała być przyjemnie chłodna. Podwinął nogawki do połowy łydki i ruszył za nią, nie zatrzymując się jednak, kiedy ona to zrobiła, mocząc stopy w morzu. Obrócił się do niej, w milczeniu wysłuchując tego dukania. Próbowała coś powiedzieć, ale marnie jej szło, więc zwrócił się znów w kierunku horyzontu i zachodzącego słońca. Upalny dzień dobiegał końca, niosąc ze sobą obietnicę chłodu. Mimo to, tęsknił za latem, a maj przyniósł je prędzej niż się spodziewał. — O Leonie czy Leonie? — wtrącił jej, próbując zrozumieć o co jej chodziło, ale zaraz potem zgubił wątek. Obrócił się do niej cały, patrząc na nią z coraz większym zdumieniem i zdezorientowaniem. Brwi uniosły się lekko, ściągnięte ku sobie w niezrozumieniu, oczy zdawały się tęsknić za prostą i jasną komunikacją. O jakiej kłótni ona mówiła, jakiej potrzebie? Coś o lubieniu usłyszał i bratnich duszach. Zatrzymany wzrok na jej oczach spuścił niżej, na jej szybko poruszające się usta, licząc na to, że z ruchu warg odczyta jej intencje, ale zgubił wątek już dawno, między pierwszym a piątym słowem. Nie wcinał się więc już, patrząc tylko niepewnie, jakby mówiła do niego w obcym języku, a potem usiadła, wstała, wcisnęła mu w dłoni czekoladową żabę. Stał tak skołowany, zatrzymany w innej czasoprzestrzeni, aż w końcu odzyskał rezon.
— Co? — wydukał, podążając za nią wzrokiem, wciąż stojąc w tym samym miejscu, w wodzie po kostki. Nic z tego nie zrozumiał, słowa go minęły razem z wiatrem, zalała go potokiem słów, z których wyłapał pojedyncze wyrazy, w tym imię Marcela i własnej żony. Rozmawiały? Zmarużył oczy. Co Sheila jej powiedziała podczas tej kłótni? Neala chciała mu coś wyjaśnić, ale tonął w jej wypowiedzi, nie odnajdując za grosz sensu. Serce zaczęło bić nieregularnie, a oddech się spłycił. Poczuł się jak w szkole, kiedy profesor brał go do odpowiedzi, a on nie potrafił pojąć najprostszych faktów o czarodziejskim świecie. — Co ty właściwie próbujesz mi powiedzieć?



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Canonteign Falls [odnośnik]29.08.22 19:27
Na padające z jego ust słowa o tych balonach, poczułam, jak czerwienię się cała z zażenowania i wstydu - nad sobą samą, tak po prawdzie. Naprawdę byłam okropna. Wzięłam wdech w płuca. Znów chciałam dobrze a wyszło jak zawsze. Wzięłam wdech w płuca.
- Nie chciałam… Nie mogłabym… - oh na litość, zacisnęłam trochę mocniej dłonie na wodzach. Biorąc wdech w płuca. Milknąc na chwilę. Zastanawiając się nad tym, czy znów świat z nas nie kpił - jeśli znał tą samą Leonie co ja. Nie dopytałam jednak o więcej. - Uroczyście przysięgam nigdy więcej całkowicie nie specjalnie nie robić nikogo w balona swoimi opowieściami i zadbać uprzednio, by zdawał sobie sprawę, że jakaś właśnie jest pleciona. Wybacz mi, ten jeden raz? - zapytałam spoglądając na niego i pochylając lekko głowę. Moje kolejne słowa pozostały bez odpowiedzi - ale może to i dobrze, nie byłam już pewna, co powinnam była mówić, żeby było dobrze. Może nic w ogóle. Wtedy… jakoś by poszło? Uniosłam wzrok przesuwając nim po otoczeniu. - O każdej porze roku są ekscytująco zachwycające. - zgodziłam się z nim rozpogadzając trochę.
- Próżności. - potwierdziłam i na potwierdzenie pokiwałam jeszcze kilka razy głową. - Jestem. - potwierdziłam trochę ciszej. Bo to nie było tak, że nie byłam. A jednocześnie, mimo tego jak się wyróżniałam, czułam się tak strasznie niezauważona. Blednąca, już będąc blada przy pięknościach które znajdowały się obok i wokół. Które kochałam, ale to nie znaczyło, że łatwo było być obok zdając sobie sprawę z tego. - I to prawda. - potwierdziłam po raz kolejny, spoglądając na niego lekko zdziwiona, że zapamiętał to wszystko. Zaraz uśmiechnęłam się trochę krzywo. Na te sprzeczności. I o kończeniu w rynsztoku. - Może z samych sprzeczności jestem złożona. - zastanowiłam się chwilę. - Może… chciałabym… - raz być zadowolona z tego jak wyglądam. Ale stchórzyłam, nie chcąc się przyznać do tego na głos. Jakby miało to zmienić cokolwiek. Chciałam, żeby ktoś mnie pokochał. A zakładałam, że ładne kocha się łatwiej. Dlatego postanowiłam nie zakochiwać się wcale, żeby oszczędzić sobie rozczarowań. Nie miałam złudzeń. - Mogłam pogubić się trochę w pragnieniach serca własnego. - orzekłam ostatecznie z westchnieniem lekkim wskazując na głowę pokrytą okropnym, pstrokatym różem.
Brwi uniosły mi się lekko ku górze. Kiedy zaprzeczył, że pokazał mi to bicie z powodu, który określiłam. Spojrzałam na niego, marszcząc odrobinę brwi w oczekiwaniu na wyjaśnienie. Uniosłam brwi na nieważne. Właśnie ważne. Ważne było dla mnie, żebym lepiej mogła zrozumieć, to czego pojąć nie potrafiłam. Ale nie zapytałam, jednie zerkając na jego profil, kiedy patrzył przed siebie. Mierząc go przez kilka chwil spojrzeniem, nim nie popędziłam konia ruszając znaną mi trasą. Wiedziałam, że jest za mną. Przeczucie, a może pewność, albo odgłos drugich kopyt. Pewnie to ostatnie. To nie tak, że pojechał za mną przejmując się czy coś, dzisiaj po prostu byłam jego pracą. Nic się nie zmieniło jakoś strasznie od pierwszego momentu kiedy się spotkaliśmy. Sprzeczaliśmy się, nie zgadzaliśmy, ale też rozmawialiśmy w pewnym momentach zdając się łapać porozumienia nic.
Dzień mijał szybko. Wypełniony zadaniami i rozmowami. Trochę niepewnie stanęłam przed nim. Wcześniejsza rozmowa była… niepełna chyba do końca. Zapatrzyłam się na chwilę na trawę w jego ustach i westchnieniu, które je opuściło. Drgnęłam, mrugając kilka razy. Nie byłam w stanie do końca ukryć rozczarowania które przemknęło mi przez twarz. Wyprostowałam się, próbując wciągnąć do twarz uśmiech. Splotłam dłonie za sobą. Mugolscy Greccy bogowie nosili ponoć takie splecione z roślin. Ale nie powiedziałam nic więcej, odprowadzając go spojrzeniem. Zerknęłam tylko raz w ich stronę. Laura wydawała się widocznie ucieszona.
Zaśmiałam się rozbawiona jego pytaniem. Pokręciłam głową wychodząc. Morskie powietrze owiało mi twarz. Splotłam dłonie za plecami. - A jesteś pewien, że będziecie mieli szansę znów się spotkać? - zapytałam spoglądając już na niebo przed nami. Zbierałam się w sobie, przekonywałam, że mogłam mu powiedzieć. A gdy już zaczęłam, z każdym słowem wątpiłam coraz bardziej.
- Longbottomie. Chciał żebym z nim poszła się… - poczułam że się czerwienię. - po tym, jak mi gadał że jestem z.. zmysłowa... - byłam czerwona już cała na pewno - ...w Sylwestra, był z nami na dworze. I Aidanem. - uściśliłam wracają na trajektorię słowotoku, który wylewał się ze mnie całkiem i bez kontroli i nic już zrobić nie mogłam. Nie miałam jak. Wiedziałam, że przestanę, dopiero jak padnie ostatnie słowo. A potem odwrócił się do mnie, zdawał się niewiele rozumieć - ale ja sama wiele nie rozumiałam. Mimo to mówiłam dalej, gubiąc się bardziej. Odbiegając czasem do pobocznego wątku nie potrafiąc zapanować nad sobą całkiem. A kiedy powiedziałam ostatnio słowo, kiedy oddech był jedynym co słyszałam przyszło otrzeźwienie. Milczał, kiedy podniosłam się ponownie, ostatecznie samej wciskając mu żabę do ręki. Więc może zrobił, tak jak chciałam. I dobrze, bardzo dobrze. Nie powinnam była nic mówić, nic robić. Nie zależało mu tak czy siak przecież. Zawiesiłam na nim jeszcze spojrzenie odwracając się, żeby zarządzić powrót do domu. Dotykałam stopą już piasku, na chwilę zastygając, kiedy z jego ust padło pytanie. Rozłożyłam je na chwilę po bokach uniosłam i opuściłam, żeby przekonać siebie do kolejnego kroku.
Wracajmy.
Powinnam była zostawić wszystko tak jak było. Kiedy próbowałam ostatnio coś zrobić, coś naprawić, wszystko rozpadało mi się po kolei w dłoniach. Zacisnęłam mocniej palce na trzymanym pudełku. I postawiłam kolejny krok do przodu. I następny. Dobrze, jeszcze trochę. Coś kuło mnie w środku, ale powinnam się zawrzeć i milczeć. Pewnie właśnie tak należało i było dobrze widziane - pomyślałam z przekąsem wykrzywiając usta. Ale kolejne słowa sprawiły że zamarłam w miejscu.
Co właściwie próbujesz mi powiedzieć?
Czułam jak serce szaleńczo daje mi znać o sobie i odbijając echem w uszach. Powiedziałam wszystko. Może chaotycznie i bez sensu całkiem, ale wyrzuciłam z siebie mimo obaw. Co powinnam była zrobić? Uciec, jak planowałam? Pozostawić to wszystko na piętrzącej się górze niedomówień i nieporozumień. Podniosłam rękę, patrząc na wstążkę. Zaciskając drugą z dłoni na nadgarstku nią owiniętym. Odwróciłam się energicznie, pchnięta impulsem. Jeden z kwiatów we włosach wyleciał i powoli opadł na ziemię. Będę tego żałować. Przez chwilę tak stałam, łapiąc powietrze w usta, patrząc jak zachodzące słońce odbija się refleksami na jego włosach. Jak naturalnie komponuje się z otoczeniem. Oczy zaszły mi łzami. Rozłożyłam dłonie bezradnie na boki. Wykrzywiając usta.
- Że nie wiem co robić. - przyznałam marszcząc brwi w zagubieniu, które czułam, łapiąc powietrze w usta. Przymknęłam powieki, odnajdując palcami kawałek wstążki, który zaczęłam między nimi przesuwać. Odwróciłam głowę w bok. Wiatr wyrwał kilka różowych kosmyków z upięcia. - Nie wiedziałam, że nie powinnam iść z tobą w sylwestra. Chciałam… Próbowałam… - pomóc. Pokręciłam lekko głową marszcząc brwi. Wzięłam wdech, próbując zwolnić, nie dopuścić do kolejnego słowotoku. - Nie chciałam sprawić ci kłopotu. Nie zdawałam sobie sprawy. Z tego, że to nie jest dobrze widziane. Dlatego kiedy się dowiedziałam pomyślałam, że powinnam… zachować dystans, żebyś nie musiał się, wiesz, przejmować. - uniosłam ręce i splotłam je na piersi. Nie spojrzałam na niego. - Ale… - zawahałam się. Uniosłam rękę, zaciskając wargi na palcu wskazującym. Marszcząc trochę brwi. - ...nie jestem pewna, czy chcę go zachowywać. Lubię z tobą rozmawiać i pracować. Masz do zaoferowania cały, całkowicie nowy, świat - inne spojrzenie. I… - wzięłam kolejny wdech, moje brwi znów się poruszyły, kiedy zastanawiałam się. Mama mówiła, że nie powinnam obawiać się prawdy, że powinnam mówić o uczuciach, żeby nie urosły i nie pochłonęły mnie całkiem. Ale nie powiedziała, jak trudne to było. - …czasem myślę… myślałam… wydawało mi się, że ty też… że dla ciebie to… nie jest kłopotliwe chociaż, a dzisiaj, dzisiaj mówisz że nie powinnam, że nie wypada. - brwi mi się znów poruszyły. - Naprawdę nie powinniśmy się przyjaźnić? - uniosłam rękę w której nie trzymałam pudełka, zakładając za uszy różowe włosy, odgarniając jeden pchnięty przez wiatr na twarz. Dopiero teraz przenosząc na niego spojrzenie. Mimowolnie uniosłam brodę. Nigdy nie sądziłam, że przyjaźń ze mną może być czymś… czego nie wypada, albo się nie powinno. Ale poradzę sobie z prawdą przecież. Albo i nie. Próbowałam być cierpliwa, dać Sheili czas żeby poczuła się ze mną dobrze i myślałam, że tak jest. Myślałam, że spędzone dnie z Jamesem zapewniają o lojalności, którą złożyłam w przysiędze. Ale czasem nie byłam w stanie pozbyć się gorzkiego uczucia, że nie zasługiwałam nawet na to, żeby dowiedzieć się o istotnych rzeczach w ich życiu, kiedy się dzieją. Że bliżej mi do egzotycznego wystroju, może śmiesznej maskotki, zbyt błahej i nieznaczącej, by poinformować ją o czymś ważnym. Nikt nie zwierzał się przecież do lampy.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Canonteign Falls [odnośnik]30.08.22 11:24
W końcu znajdziesz właściwą drogę, odpowiedział jej na to zagubienie w pragnieniach serca. Był tego pewien, tak jak tego, że któregoś dnia trafi na człowieka, który doszczętnie zburzy jej światopogląd i wypełni ją pragnieniem bycia z kimś i kochaniem. Tym, którego tak uparcie unikała. Miała wątpliwości, dostrzegł to, ale nie chciał analizować, obawiając się popełnienia błędu i zatopienia w nieprawdziwych interpretacjach. Dość już tego, może to była odpowiednia pora, by się wycofać. Koncentrował się więc na pracy i na tym, do czego mógł się dziś przydać. By zająć siebie i zająć ducha, który — młody i wciąż niewybawiony — tęsknił za zabawą i beztroską. Dlatego taniec z dziewczynką, której nałożył listny wianek na głowę sprawił, że jego myśli uciekły od problemów i kłopotów, od dramatów dnia dzisiejszego i wątpliwości. Zanurzył się w muzyce i szaleństwie na kilka chwil, ucząc tańca, którego nie znał w towarzystwie panienki, która nieświadomie stała się doskonałą partnerką do okiełznania rozbieganych myśli. A potem, gdy dzień dobiegł już końca wszystko wraz z nią wróciło jak wielka fala na morzu, która koniec końców uderzyła w brzeg z wielką siłą.
— Zmysłowa — powtórzył po niej głucho, patrząc jak się odwraca i odchodzi. Ściskał w dłoni podarunek. Był pijany wtedy. Bardzo pijany. Wiele momentów mu uciekło z tamtej nocy, wiele widział jak przez mgłę. Tego nie pamiętał. Pamiętał za to serię wyzwań, które spisał dla zabawy. Pamiętał, że kilka z nich obserwował, zastanawiając się, czy były splotem pragnień, czy może skrytą rywalizacją. A to? Czym mogło być? Mogło być tylko grą, jeśli życzył sobie czegoś więcej od niej? Czy mogło być początkiem czegoś, co nie miało szans rozkwitnąć wtedy? Patrzył na jej plecy, zagubiony i skołowany. Jak odchodzi, czując zawód i żal tym, że nie zechciała mu opowiedzieć o tym, co usłyszał. Próbował poskładać w głowie to, czym go obrzuciła, bo rozmowa to nie była. Cisnęła mu w twarz garścią informacji, z których trudno było mu rozdzielić fakty od podejrzeń. Był pewien, że odejdzie, ale nie odwrócił się, patrząc, gdy to robiła. Aż zatrzymała się. Serce zgubiło rytm, powietrze wydostało się z płuc, ramiona opadły. Przechylił głowę, kiedy się odwróciła, paradoksalnie, pozbawiona wahania. Słońce odbijało się w jej oczach błyszczących od łez. Dzięki tańczącym promieniom doskonale to dostrzegł. Zaskoczyła go serią wyznań i potokiem wypływających z niej słów, a na samym końcu zaskoczyła go łzami. Zmarszczył brwi z niezadowoleniem, widząc jej płacz, ale te niedługo uniosły się w szalonej bezradności.
— Też nie wiedziałem, że nie powinnaś... — odpowiedział zaraz po niej, jeszcze nie poukładawszy sobie tego w głowie. Nie był wcale lepszy w tym wszystkim. W zasadach rządzących jej światem odnajdywał się gorzej. Zdołał go poznać głównie w ciągu ostatnich trzech lat. W szkole wszystko wyglądało inaczej, reguły były jeszcze inne, a te, w których wychował go tabor całkowicie oderwane od wszystkich. Czasem gubił się w tym, co gdzie należało, instynktownie sięgając do wiedzy, w której go wychowano. Ten fundamentalnej, która otaczała go — w ostatnich latach nie najczęściej, ale w jego życiu najwcześniej. — Mile widziane? Jaki kłopot? — wypluł z siebie, nieprzerwanie patrząc na jej pełną emocji i żalu twarz. Dopiero teraz jej poprzednie słowa zaczęły uzupełniać luki. — Sheila tak powiedziała? — spytał z niedowierzaniem. — To nie ma sensu, dlaczego miałaby to zrobić? Nie sprawiłaś mi kłopotu. Nigdy jej tak nie powiedziałem — myślała, że skarżył się siostrze na tamto? Nie skarżył nikomu, nie miał powodu. To dlatego chciała, żeby nauczył Sheilę bić? Co to za pokrętna logika? — Co z tego, że nie wiedziała. Nie wie o wielu rzeczach, które robię, nie zwierzam jej się ze wszystkiego. — Wciąż nie do końca pojmował ten problem. Neali czy Sheili, tak naprawdę? Nie wiedział, co robiła w tym czasie, nie zarejestrował nawet jej flirtów z Marcelem. — Nie sprawiłaś mi kłopotu. Nie kłóciłem się z Eve przez ciebie — to o co chodziło? Sheila myślała, że Neala była problemem? Nie była. — Wściekłem się bo Castor kleił się do niej, a jej się to podobało. Byłem zazdrosny. — Nie chciał wtedy rozmawiać z nią, był wściekły i nagle okropnie trzeźwy. Ręce go świerzbiły, ale nie było chętnych do bitki. Castor zwiał po kilku wyzwiskach. Dziś wiedział, że to było niepotrzebne, niewarte całego tego zamieszania. Nie był pewien, jaki był dokładny przebieg tamtych rozmów, wyzwań. Chciała się bić, on też.— Potrzebowałem dostać wtedy po gębie. — Westchnął i wzruszył ramionami, po chwili spuszczając wzrok. Pokręcił głową, prawą dłoń uniósł, by przetrzeć oczy i czoło.— Nie poszło ci najlepiej, ale... Nie szkodzi. Pomogło.— Przyznał, unosząc wzrok, by wysłuchać jej słów, wyznań. Nie ruszyła się z miejsca, wciąż stała daleko, więc ruszył powoli w jej kierunku. Zatrzymał się dwa kroki od niej, próbując pochwycić jej spojrzenie. — Powiedziałem tak, bo myślałem, że nie możesz się ze mną widywać, bo twoja ciocia... Tego nie pochwala. — Rozumiał to, nie miał na to wpływu. Nie rozumiał jednak dlaczego Sheila miałaby nie chcieć tego dla nich. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Czy powinni? Rzadko wychodziło mu robienie tego, co powinien. Robił to co chciał, co czuł. Zwykle to ktoś inny był od mówienia, czego nie wolno. — Chciałbym — wyznał więc, zatrzymując na niej spojrzenie. Jeśli pytała go o zdanie — a nawet jeśli nie, tak właśnie czuł. Lubił jej towarzystwo. Lubił się z nią przekomarzać, udowadniać jej, że nie była wszechwiedzącą. Lubił z nią rywalizować, ale też słuchać kwiecistych historii, nawet tych zmyślonych. Thomas często opowiadał im bajki, kiedy byli mali. Dziś zastąpiły je kłamstwa, ale wszystko było strasznie poważne. Może mogli wrócić do tego? Do opowieści, mitów i legend? Tych, które nie miały złych intencji. — Poza tym nie przeszkadza mi tak bardzo, jak robisz mnie w balona. To była ładna historia — dodał, pochylając niżej, pokornie głowę. — Opowiesz mi jeszcze jakąś?— spytał, spoglądając na wstążkę, którą miała zawiązaną na dłoni. Tę samą, którą on przytroczył do kompasu, który otrzymał od Marcela. — Porozmawiam z nią, jeśli chcesz — zaproponował. Nie wiedział, czy mógł pomóc im się dogadać, ale widział, że pojawiła się między nimi jakaś dziwna zadra i nie był w stanie pojąć skąd w ogóle się wzięła. — Może nie chodziło o to, że poszłaś za mną, tylko, że Aidan poszedł za tobą — mruknął ciszej, próbując trochę ją pocieszyć. Sheila powiedziała, że go kocha. Może po prostu była zła, że nie został z nią wtedy w środku? Innego rozwiązania nie dostrzegł.



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Canonteign Falls [odnośnik]31.08.22 3:16
Nie potrafiłabym powiedzieć dokładnie, dlaczego jego słowa mnie zatrzymały. Nie było w nich nic konkretnego, poza pytaniem - a może prośbą - żebym wyjaśniała to, co próbowałam powiedzieć. Zawsze sądziłam, że więź ze słowami mam dobrą i że potrafią ująć je dobrze i odpowiednio. A teraz rzuciłam w nim wszystkim po prostu, bez wcześniejszej selekcji. Bez cenzury. Bez ostrzeżenia tak naprawdę. Może to wina zatrzymała mni w miejscu. Albo potrzeba, żeby zrozumiał co próbuję przekazać. Wahałam się. Rozbita między lojalnością do Sheili i obietnicą stałości przyrzekniętą Jamesowi. I… nie chciałam nic zmieniać. A jednocześnie wszystko to co powiedziała sprawiało, że czułam się w jakiś sposób winna, może odpowiedzialna? Nie miałam pojęcia co powinnam zrobić. I kiedy w końcu się odwróciłam. Kiedy postanowiłam odnaleźć w sobie odwagę by nie skrywać tego, co kotłowału się w moim środku, właśnie to powiedziałam. Głośno i wyraźnie przyznając się do tego, że w jakiś sposób potrzebuje pomocy. Choć, dla niego, nie chciałam być ciężarem. Kolejnym balastem który odkładał się na ramionach niosących i tak już za dużo - wedle mojej własnej prywatnej opinii. Obnażanie się z emocji, mówienie o tym co leżało głębiej nie było łatwe. Ale wiedziałam - że konieczne, jeśli chciało się budować dalej. A ja chciałam, mimo wszystkich (nie)powinności, które osiadły mi w głowie. Ten miesiąc wyraźnie zaznaczył się tym w którą chciałam podążać stronę. A jednocześnie, tak okrutne otwarcie się było przerażające. Może dlatego w pierwszej chwili postawiłam na ucieczkę. Zacisnęłam lekko usta, kiedy powiedział że też o tym nie wiedział. Moje brwi drgnęły unosząc się w krótkim wyrazie zaskoczenia ku górze, a potem opadły w zmarszczeniu, ale nie zwróciłam w jego stronę ani twarzy, ani spojrzenia. Przymknęłam na chwilę powieki. Nie odpowiedziałam na dwa padające pytania. - Nie dokładnie to. - zaprzeczyłam, ale potwierdziłam jednocześnie. Wzięłam wdech w płuca nadal spoglądając w bok, na kształt na niebie, który pofrunął gdzieś dalej. No właśnie, to nie miało sensu. Nie miało dla mnie nadal. Nie potrafiłam zrozumieć słów przyjaciółki. Ale byłam pewna, że ona była zła - może nie tyle zła. Co przekonana o tym, że nie powinnam była zrobić tego co zrobiłam. Przymknęłam powieki znów, kiedy zapewnił że nie sprawiłam mu kłopotu uspokajając serce. Wzięłam w lekko rozchylone wargi wdech. Nie sprawiłam kłopotu. Zaśmiałam się, krótko, właściwie parsknęłam krótko, wywracając oczami, choć nie wyglądałam na rozbawioną kiedy zapewnił, że nie kłócił się się z Eve o mnie. Dopiero teraz przesuwając na niego spojrzeniem. - Oczywiście, że nie przeze mnie. - nie byłam powodem. Nie wierzyłam że kiedykolwiek mogłabym być powodem takiej kłótni. A kiedy mówił dalej przesunęłam w końcu też głowę, zwracając ją w jego stronę. Zacisnęłam mocniej palce na ramieniu. Był zazdrosny - to też nie było jakieś odkrywcze. - Eve jest piękna. - posłałam mu uśmiech, uciekając jednak spojrzeniem, spoglądając na horyzont. Zmarszczyłam odrobinę brwi. Przez chwilę kusiło mnie by zapytać czy zamierza lać każdego, kto wykaże nią zainteresowanie, ale zamiast tego przygryzłam wargę. Ale kolejne słowa sprawiły że uniosłam brwi w krótkim zaskoczeniu wracając do niego wzrokiem i tym razem parsknęłam naprawdę. - I wybrałeś mnie. - to nie było pytanie. Ale zaraz spoważniałam. Unosząc w zaskoczeniu brwi. Pomogło. Więc jednak mu pomogłam. Oczy mi się znów zaszkliły, ale ty razem z ulgi, która nam mnie spadła na to jedno słowo. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo potrzebowałam usłyszeć potwierdzenie, że podjęłam wtedy dobrą decyzję. Nie dla świata. Nie dla postrzegania przez innych. Tylko dla niego. Bo wtedy w tamtej chwili poszłam z nim dokładnie z tych powód o których powiedziałam Sheilii. Poszłam za nim, bo wydawało mi się że potrzebował towarzystwa. Uniosłam wolną rękę, żeby otrzeć pojedyncze łzy. Nie ukrywałam ulgi, która mi towarzyszyła. - Teraz przyfasoliłabym ci mocniej. - mruknęłam przesuwając palcami pod oczami przesuwając głowę na boki żeby było mi wygodniej. Jednocześnie widząc, że zbliża się do mnie. Ale nie cofnęłam się, pozostając na swoim miejscu. Skrzyżowałam z nim tęczówki. I pierwsze co pojawiło się na mojej twarzy po jego kolejnych słowach było zdumienie. Mrugnęłam raz. A potem jeszcze kilka i mimowolnie pokręciłam przecząco głową cofając ją trochę. - Ciocia Elaine, która pozwala mi się przyjaźnić z Sheilą, Aidanem, Anne? - brwi mi się uniosły kiedy słowa po cichu wypadały z ust. - Która wychowała się latając na miotle i pomagając w stajni? - nie mógł tego wiedzieć. Wzięłam wdech w płuca. Marszcząc odrobinę brwi, ale tym razem nie z niezrozumienia, czym złości. A czego innego, czego nie miałam siły określać. Usta rozciągnęły mi się w uśmiechu, oczy pozostawały utkwione w tych należących do niego. - Ta ciocia. - pokręciłam lekko głową. Przecząco. Ta ciocia nie zabroniłaby mi tego, bez wyraźnego powodu. Ale to kolejne jedno, nie tak długie słowo zmieniło wszystko. Odpowiedź, na zadane pytanie. Unoszące się w uldze brwi i wypuszczane z płuc wstrzymywane powietrze, moje własne, powiedziały mnie wszystko. Pokiwałam głową nie zauważając nawet że uchyliłam lekko usta, do momentu, kiedy te mimowolnie nie ułożyły się w uśmiech, który rozpromienił cała twarz. Mruknęłam, odwracając na chwilę spojrzenie. - Ja też. - potwierdziłam, unosząc wolną dłoń, zakładając za ucho kosmyki różowych pstrokatych włosów. Wnętrze zdawało się wiwatować radośnie. Było… dobrze. Spojrzałam znów na niego kiedy podjął ponownie unosząc łagodnie brwi. Spojrzałam w górę w prawo, wydymając usta. - Miała kilka luk - nikt nie trzyma listów, które wysyła. - orzekłam, wracając spojrzeniem na moment w którym pochylał głowę. - Może… - odpowiedziałam, przeciągając trochę zgłoski, jednak uśmiech na mojej twarzy mówił coś całkiem innego. Na kolejną propozycję zareagowałam gwałtowniej, ręka mimowolnie wystrzeliła nim nim ją powstrzymałam jakby chciała się zatrzymać na nadgarstku, ale do niego nie dotarła. Postąpiłam krok do przodu, za nią. Pokręciła przecząco głową spoglądając na bok. Zmarszczyłam trochę brwi jakby dopiero teraz dokładniej się nad tym zastanawiając. Wróciłam do niego jasnym spojrzeniem kiedy znów się odezwał unosząc lekko brwi. - Nie. - zaprzeczyłam z pewnością, tego jednego byłam pewna. - Chodziło właśnie o to. Oh… - wypadło zaraz z moich ust. - Zaczekaj. - poprosiłam przysuwając się jeszcze kawałek z oczami utkwionymi na jego włosach. Rękę w której trzymałam żabę ułożyłam na jego ramieniu wspinając się odrobinę na palce żeby ściągnąć mu z włosów coś co zauważyłam łapiąc to lekko w dłoń. Ostrożnie. Opadłam na pięty cofając się z uśmiechem który pojawił się na ustach. Odwróciłam rękę i rozwinęłam dłoń, pokazując mu znalezisko. Podsunęłam ją wyżej, obserwując przez chwilę bidronkę. - Wiesz czego to symbol? - zapytałam zerkając w górę, na niego.
Wsadziłam żabę w jego wolną rękę i wycofując się z wody w stronę pozostawionych butów. Drugą rękę osłaniając ją przed wiejącym czasem wiatrem, tak, by nie spadła do wody. Usiadłam na piasku po turecku, układając ją na materiale spódnicy.
- Sheila… - zaczęłam, wzrokiem wskazując żeby też usiadł. Obok, albo na przeciw. Wyciągając rękę po żabę. Wzięłam wdech w płuca skupiając się na rozpakowaniu żaby. - …ona uważa chyba, że wolisz spędzać czas ze mną. Że wolisz mnie od niej. To absurdalne, wiem. Tłumaczyłam jej… - przerwałam na chwilę zgarniając biedronkę na środek spódnicy. Gdyby wpadła do piasku, nie byłam pewna czy dałaby radę odlecieć. - …że na pewno jest dla ciebie jedną z najważniejszych osób. Ale była w jakiś sposób tak pewna, że zrobiłam coś nieodpowiedniego wtedy, że chyba - choć logika mówiła mi inaczej - uwierzyłam jej. Tyle razy powtórzyła, że to bicie było dziwne, że… - właśnie taka się poczułam. Dziwna, ale nie w żaden sposób pozytywnym sensie. Pokręciłam lekko głową. - …że jej nigdy nie nauczyłeś. I że to oznaka że traktujesz mnie lepiej, bo pokazujesz mi rzeczy... Dlatego zaproponowałam dzisiaj, żebyś wrócił do domu. - powiedziałam marszcząc lekko brwi. Nie podnosząc wzroku. Dlatego zaproponowałam wszystko inne. - Rozmawiała z tobą o Harfie? - zapytałam go marszcząc trochę brwi, dopiero teraz spoglądając na niego. - Czy się wysypia i je? Mówiła mi że piła jakiś eliksir żeby zasnąć. - wyciągnęłam żabę z pudełka wkładając ją na chwilę do ust i wyciągając kartę. Obróciłam ją w dłoniach, unosząc lekko brew. Ugryzłam kawałek żaby łapiąc ją w palce, kontrolnie zerkając na biedronkę.
- Mam warunki. - zapowiedziałam doskonale pamiętając co powiedział mi kiedyś, odkładając żabę do pudełka, przymykając je. Układając łokieć na nodze a brodę na dłoni. Drugą rękę uniosłam wskazując na niego na siebie i znów na niego złapaną w palce kartą - jej rantem.- Do tej przyjaźni. - wyjaśniłam mrużąc odrobinę oczy. - Chronienie się, będzie obowiązkiem każdej ze stron. Możliwości poszukujemy najpierw u siebie. Problemy dzielimy na pół. A proszenie o pomoc, nie będzie ujmą i słabością. - wymieniałam kolejno, unosząc brwi w nieprzejednanym wyrazie nie uciekając spojrzeniem. Odwróciłam kartę w palcach w jego kierunku. - Te kolory coś znaczą? Zazwyczaj miałam złote. - zapytałam, nigdy nie zajmowałam się jakoś szczególnie ich kolekcjonowaniem. Ta teraz, przedstawiała smoka.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Canonteign Falls [odnośnik]17.09.22 14:19
Był pewien, że w rozmowy takie jak ta był naprawdę kiepski. Złość przychodziła równie łatwo, co radość. Potrafił się złościć ze wszystkiego i śmiać z tego samego, a jednak smutek dławił. Zatykał krtań, nie pozwalając wydobyć z niej ani jednego dźwięku, a dla kogoś kto śpiewał samo to było potworną torturą. Smutek rósł w trzewiach jak balon i pękał, zalewając rozbite narządy palącą żółcią. Nie potrafił o nim mówić, zwierzać się, choć nie sposób było nie zauważyć, że radosne oczy gasły, stając się matowe i nijakie, a melodyjny głos brzmiał ozięble i sucho. Uciekał od odpowiedzi, bo nie potrafił sklecić zdania. Nie robił tego sam, bojąc się posądzenia o słabość — to, jak wypadał w oczach innych, tych, na których mu zależało potrafiło zaboleć. Smutek pożerał od środka, rósł w człowieku jak pasożyt karmiąc się jego emocjami, dobrymi wspomnieniami, chwilami, które uciekały bezpowrotnie. Gniótł i gasił — naturalną rzeczą wydawało się pragnienie ucieczki o tego. Ktoś kto potrafił temu stawić czoło musiał być bardzo odważny. Ona była. Dusiła to w sobie wystarczająco długo, aż w końcu wyrzuciła z siebie coś. A on? Żal, ból i gorycz uczyniły go małym, żałosnym. Pozwalał im górować nad sobą miesiącami, stając się cieniem dawnego siebie. Kim był dzisiaj? Sam nie wiedział.
— Jest, to prawda— przyznał bez wątpliwości. Eve była najpiękniejszą dziewczyną, jaką widział, miał potworne szczęście, że mógł z nią być. Jej trudny charakter, o ile nie przeszkadzał mu w przyjaźni, czasem był niemożliwy do przekroczenia odkąd stali się małżeństwem. Ale była piękna. Zjawiskowa. Przełknął ślinę, pozwalać jej trawić skąpe wynurzenia, na które sobie pozwolił, ale jak miała mieć pełny obraz sytuacji, kiedy nie znała całej prawdy? Chciała wiedzieć. A może on sam po tylu tygodniach, miesiącach, chciał jej powiedzieć. Zrzucić to z siebie komuś, kto naprawdę chciał poznać ten ciężar, pomóc mu go zrozumieć.
— Byłem w Tower — wyrzucił z siebie, nie wiedząc, że zdążyła już poznać prawdę. — Złapali mnie na jarmarku, na początku stycznia. Za próbę...— Było mu potwornie wstyd, nie był w stanie tego z siebie wydusić. Bardzo jednak chciał, więc nie zatrzymując się poszedł dalej. — Byliśmy...— torturowani, nasuwało mu się na myśl, ale czy nie brzmiało to próżno? Był tylko kieszonkowcem. Ulicznym złodziejaszkiem. Trudno mu było ubrać w słowa to, co się wtedy wydarzyło. Oddać prawdę o tamtych wydarzeniach, nie chcąc przesadzić, wystraszyć jej i zniechęcić do siebie; nie chciał robić z siebie ofiary i słabeusza. — To był... koszmar. — Zawahał się na moment. — Źle to przyjąłem. Wróciły do mnie stare wspomnienia, nie mogłem się wziąć w garść, więc... Nie przemyśleliśmy tego. Ja, Tommy i Marcello. Przesłuchiwali nas. Poniżali, bili... katowali. — ściszył głos; pamiętając dobrze rozbawiony głos przesłuchującej go czarownicy, kiedy sadzali go nagiego w zimnej sali. Pamiętał dobrze jak z zasłonięta twarzą oblewali go wodą, dając złuda wrażenie topienia się w wodzie. Pamiętał też ten paskudny dotyk...— Na końcu łamali nam palce, by je uleczyć i złamać znów. Mieliśmy sprzeczne zeznania. Więc... zabawiali się tak w kółko.— Spojrzał na swoje dłonie. Bał się, że nie potrafił już grać. Nie wspomniał o Marcelu, o jego dłoni. Poświęceniu. O tym, że wziął to na siebie, bo przecież musiałby powiedzieć jej, że był złodziejem, a przecież miała go z porządnego mężczyznę chyba. Nie chciał o nim mówić, bo to było upokarzające także dla przyjaciela, nie sądził, by chciał by o tym mówił. Komukolwiek.— Nie potrafiłem wrócić do domu przez miesiąc. Zostawiłem Thomasa i uciekłem... To życie było jak pożyczka z banku... Nie potrafiłem go spłacić. — Uniósł na nią wzrok. Czy wiedziała, do czego dążył? Do czego tak koślawo zmierzał? — Było mi wstyd. Za wszystko. Zostawiłem rodzinę, przyjaciela, kiedy mnie potrzebował, ale nie mogłem... wiesz, spojrzeć im w oczy. To była moja wina, to ja ich w to wpakowałem. Przyciągam nieszczęścia. — Uśmiechnął się krzywo i znów spuścił wzrok. — A kiedy wróciłem nie byłem pewien, czy wciąż jestem kim byłem, czy kim chciałem być, albo powinienem. Próbowałem być kimś bo musiałem, nie wiem. — Uniósł na nią spojrzenie. — Ale byłaś obok. Odkąd przyszedłem poprosić cię o pracę, byłaś obok. Gotowa. Nie wiem czy wciąż jesteś. Słuchając tego prawdopodobnie tego żałujesz, ale... już się stało. Tak było. I obiecałaś.— Wskazał na jej dłoń, oplecioną czerwoną wstążką. — Odkąd się poznaliśmy sprawiałaś, że nie czułem się taki... całkiem sam, wiesz o co mi chodzi? Pozwalasz wierzyć, że wszystko się dobrze skończy. Więc nie mów więcej, że sprawiłaś mi kłopot, bo... — Bo to brzmiało idiotycznie przy zasługach, jakie jej przypisywał. Za jej pomoc i obecność, za które był wdzięczny. Bo to między innymi ona sprawiła, że zapomniał, wyrywając się ze szponów marazmu i beznadziei. Nie był pewien czym — pracą, dowcipami, kłótniami, czy może po prostu sobą. Ale to była jej zasługa.
Nie lubił i nie potrafił się uzewnętrzniać. Mówienie o uczuciach było proste, kiedy było teorią, nie wtedy kiedy było prawdą płynącą prosto z głębi serca. Mimo wszystko nie czuł się idiotycznie. Nie wybrzmiał najlepiej, prawdopodobnie niszcząc jej wyobrażenie na jego temat; obraz doregulowanie brata umocnionego przez zaborczą siostrę; ale t było warte tego, by uwierzyła w siebie i w to, że zrobiła coś dobrego. Dla niego świadomie, czy nie, zrobiła dużo dobrego. Pomogła mu naprawdę stanąć na nogi po tym wszystkim, nie mając pojęcia o tym, co się wydarzyło.
Uśmiechnął się, opuszczając głowę i wzrok. Napięcie zaczęło z niego schodzić, a dłonie, którymi się bawił, które masował podczas wypowiadania tych wszystkich żali opuścił wzdłuż ciała. Kiedy uniósł na nią wzrok, broda powędrowała wysoko, a twarzy przyozdobił zadziorny uśmiech.
— Chciałabyś — skwitował z kpiną, nie wierząc — ani trochę — że byłaby w stanie wykrzesać z siebie choć troch siły więcej niż wtedy.
Nie znał jej rodziny tak dobrze, ale znał ludzi na tyle by wiedzieć, że lubili przywdziewać maski, które kreowały ich na ludzi, którymi może i chcieli być, ale nie byli. Nie miał pretensji do jej ciotki i nie miałby, gdyby rzeczywiście zabroniła jej widywania się z nim. Znał zasady rządzące tym światem, rozumiał i nie śmiał sprzeciwiać się prawdom rządzącym nimi wszystkimi. Jego też obowiązywały jakieś, choć czas o tym zapominał, czasem umyślnie je ignorował, bo tak akurat było mu wygodnie.
Zmarszczył brwi, kiedy się zbliżyła. Śledził jej ruch, nie drgnąwszy ani trochę, kiedy wspinała si na palce, by zdjąć z jego włosów biedronkę. Uniósł brwi w zaskoczeniu, a potem zmarszczył w zadumie.
— Nie mam pojęcia. Szczęścia? — parsknął, bo było w tym coś zabawnego. Czy w całym tym pechu miał naprawdę szczęście? ta myśl brzmiała ironicznie, ale nie prostował jej, wzruszając tylko ramionami. Usiadł na piasku obok niej, zatapiając buty w sypkim podłożu. Zamyślił się na chwilę; w ustach zrobiło się gorzko i nieprzyjemnie, chociaż nie wypowiedział jeszcze słowa. Poczuł, jak zbierają się same.
— Czasem tak jest — odpowiedział, w zgodzie z samym sobą. Wstyd mu było z tego powodu, wstyd było, że uciekał do pracy z własnego domu, w którym się mijali, w którym było ostatnio tak wiele nieporozumień, wymagań, obowiązków, a tak mało przyjemności, zabawy, radości z powodu każdego pieprzonego dnia, który wciąż mogli spędzić razem. Po tym krótkim wyznaniu zamilkł na chwilę, bawiąc się rogami pudełka z czekoladową żabą.— Czasem nie chcę wracać do domu — dodał znów, marszcząc brwi. — Wszystko tam jest nie tak i to przeze mnie, a ja... nie potrafię tego naprawić. Sheila oczekuje ode mnie, że będę starszym, odpowiedzialnym bratem, który robi wszystko to, co do niego należy. Staram się, ale... Nie wiem... Jestem? Mam wrażenie, że to nie ja, tylko ktoś kim powinienem być, albo czasem żałośnie próbuję się stać, ale im bardziej się staram tym gorzej wychodzi. I nikt nie jest zadowolony. — Wzruszył ramionami, obracając pudełko z czekoladową żabą w dłoniach. — To moja siostra. To oczywiste, że jest najważniejsza osobą w moim życiu. Zawsze będzie — ale to nie oznaczało wcale że chciał spędzać z nią każdą chwilę, w której musiał konfrontować z jej oczekiwaniami własne sukcesy i porażki. — Jest moją siostrą... Chcę mieć też... przyjaciół. Robić z nimi różne rzeczy, które robią ze sobą przyjaciele. Czuć to. Czuć, że żyję... — Zawahał się na moment, marszcząc gniewnie brwi. Nie miał ich nigdy. W taborze było pełno dzieciaków, byli tam bezpieczni. Poza nim nikt ich nie akceptował, nie tolerował. Nawet w szkole czuł to dobrze. — Nie potrafię sprawić, żeby była szczęśliwa. Dostała psa, może widziałaś, gdy byłaś...— Na sylwestrze, ale wtedy był zamknięty. — Był wielkości cielaka. Przez niego nie jadła. My też nie dojadaliśmy. Bałem się, że kiedy będzie głodny po prostu ją zagryzie. Albo nas, więc zmusiłem Thomasa żeby go oddał. Nie jadła z powodu psa, żeby on miał co jeść. — Westchnął i wzruszył ramionami, nie wiedział, czy powinien jej o tym mówić. To były ich rodzinne sprawy. Do tej pory rozmawiał o tym tylko z Marcelem, wiedział, że stał po jego stronie — ale teraz mierzył się z niesprawiedliwym przeświadczeniem Neali o sobie; a może chodziło o niego. Może chciał, by mając już jakiś punkt widzenia usłyszała o jego? — Myślałem, że jej się poprawi. Szukałem stałej pracy żeby było na jedzenie. Wiem, jak ciężko ją znaleźć, teraz tylu ludzi jej potrzebuje... I jestem wdzięczny — Uniósł wzrok na Nealę, ale zaraz opuścił go z rezygnacją. Liczył na to, że to wszystko pomoże, ale Sheila nikła w oczach. Nie miał pojęcia o jej problemach, o eliksirach, o tym, że była chora. — Nie wiedziałem, że ma o to pretensje. O to bicie. To w jakiś sposób zabawne — mruknął z wyraźnym zażenowaniem wymalowanym na twarzy. — Nie rozmawiamy o tym, a ciągle mam wrażenie, że wszystko, co robię, robię źle. — Brakowało mu Thomasa. Kłótni z nim, tego, że stawiał go do pionu. Czasem wskazywał drogę, nawet jeśli się buntował. Bez niego był jak bez drogowskazów, zupełnie zagubiony. — Eve też nie jest szczęśliwa — rzucił, wzruszając ramionami. Zimna, nieczuła. O wszystko miała pretensje; a on miał do niej. Niekończąca się spirala wzajemnych pretensji, niezaspokojonych potrzeb. Stracił nadzieję na to, że będzie jak dawniej. Przygryzł wargę, a potem dodał szeptem: — Nie wiem, jak to zmienić...— To wszystko. Jak sprawić, by było dobrze, by wszystko się naprostowało, poukładało w końcu. By wrócił do nich spokój, radość. Oddalali się od siebie. Wojna, wybory — niszczyły ich. Uciekał od tego, co trudne i niekomfortowe, nie był lepszy od Thomasa. Dlatego wolał zostać. — Chciałbym... Chciałbym po prostu wrócić do domu i zobaczyć uśmiech na twarzy. Ma piękny uśmiech. Chciałbym żeby ktoś się cieszył na mój powrót, bez tych wszystkich pretensji dookoła. Że za długo mnie nie było, że się narażałem, że robiłem coś głupiego, że znowu byłem z Marcelem, że włóczę się bez celu, zaniedbuję wszystkich. Po prostu. A wychodzi na to, że na mój widok najbardziej cieszą się twoje konie — mruknął z rozbawieniem, zerkając na nią. — I to tylko dlatego, że wiedzą, że zaraz je nakarmię.
Potarł palcem wskazującym nos, w którym go zakręciło. Siąknął nim. — Twierdzi, że innych traktuje lepiej od niej? — Uniósł wzrok przed siebie, na wodę, czując, jak coś w nim pęka. Była jego małą siostrzyczką, ukochaną Paprotka. Nie było istotniejszych niż ona. — Co o harfie? — spytał, marszcząc brwi. Spojrzał na nią, słysząc też jej dalsze słowa o chronieniu i warunkach. Nie rozumiał do końca. Uśmiechnął się słabo w końcu, opuszczając wzrok na pudełko z karty. Nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Jej słowa brzmiały jak jedna z zasad, których należało się trzymać. Zobowiązanie, których nie lubił. Przyjaźń z Marcelem wydawała się łatwiejsza, nie było podobnych wymagań, oczekiwań. Zasad, według których mógł go potem oceniać, punktując, czy i dlaczego się do nich nie zastosował. Obrócił głowę w drugą stronę, sunąć spojrzeniem po plaży. — To przyjaźń warunkowa? — spytał w końcu, spoglądając na nią poważnie. — Dlaczego? — spytał wprost. — Jeśli nie powiesz mi o czymś, powinienem być zły, bo nie ufasz mi na tyle, żeby podzielić się ze mną taką informacją? Tak robicie z koleżankami? Macie potem pretensje o to? Dlatego kobiety są takie skomplikowane. Rozpisują wymagania, których niespełnienie grozi banicją, obrazą majestatu, brakiem kolacji, milczeniem i tak dalej... — wymieniał. — Co jeśli coś jest bardziej... złożone. Skomplikowane? Czasem nie mówisz czegoś nie z powodu braku zaufania... Czasem po prostu pewne słowa nie powinny paść. A czasem... nie muszą, po prostu wiesz... — Wzruszył ramionami. Tak odbierał to, co łączyło go z Marcelem. Wiedział, że był złym przyjacielem bo nie wrócił do niego w styczniu, wtedy kiedy najbardziej go potrzebował. Ale nie mówił nic. Ani wtedy, ani potem. A on i tak wiedział, że potrzebował pomocy. Kogoś, kto wyciągnie go z tego syfu. — Nie możemy po prostu... Spróbować? I zobaczyć jak będzie? Bez sztucznych zasad? Po prostu... być? — Spojrzał na nią znów, tym razem niepewnie. Nie wiedział, czy mogła się na to zgodzić, ale wydawało mu się tak prościej. Przyjaźń sama w sobie była wielkim brzemieniem, nie potrzebowała do tego całej tej wyidealizowanej otoczki. — Skąd wiecie z przyjaciółkami, że to jest to? Kiedy przestaje tym być?
Spojrzał na pudełko i zabrał się za odpakowywanie czekoladowej żaby. Wcisnął ją do ust całą, nim zdąży mu uciec, ale zanim obejrzał własną kartę zerknął z pełnymi ustami na tę Neali.
— Hm? — Kiedy na nią spojrzał, otworzył szarej oczy. — Żartfujesz! — wymamrotał z pełnymi ustami, spoglądając na jej kartę. — Jest szmaragdofa... Rzadka — przełknął w końcu oglądając. — To Rogogon! Uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych gatunków smoków... — przeczytał na odwrocie, a potem spojrzał na dziewczynę. — To karta kolekcjonerska! Bardzo cenna! Mogłabyś dostać za nią trochę pieniędzy, gdybyś miała kupca. Ale zatrzymaj ją. Nie zgub — polecił jej ze szczerym entuzjazmem, po czym zerknął na swoją i zmarszczył brwi. — To jakiś żart?



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Canonteign Falls [odnośnik]19.09.22 10:35
Brudny, wredny podszept zazdrości ścisnął mi serce, kiedy przyznał mi rację. Z jednej strony wiedziałam, że powiedziałam prawdę. Była piękna, tak po prostu, bez wysiłku. Musiała zapierać dech w piersiach, odbierać rozum bez wypowiedzenia słowa - te nie były jej potrzebne. Całkowicie kontrastowała z pięknością Celine. Ale obie właśnie takie były - jak boginie, do których wzdychali poeci. Bledła przy nich reszta, świat wstrzymywał oddech. Z drugiej, sama bardzo tego pragnęłam, wiedząc, że to miejsce do którego nie dotrę. Że w ten sposób nikt nie spojrzy na mnie. Że mogę być jedynie krótkim wspomnieniem w całym poemacie o niej. Ale choć to bolało, życie w zakłamanej nadziei byłoby jeszcze gorsze. Mój uśmiech tylko po części był szczery, a może bardziej był jedynie grymasem. Odwróciłam wzrok wcześniej. Ale kolejne słowa sprawiły że wróciłam nim szybko do niego. Sheila mówiła o tym, że zgarnęli ich do więzienia. Że Marcel stracił rękę. Patrzyłam milcząc, nie przerywając nie chcąc… może by zamknął się na nowo - zamilknął. On mówił dalej, a moje brwi najpierw unosiły się powoli, ale nie ze zdziwienia. Wiedziałam już o tym. Z żalu, może rozpaczy, złości, że nie byłam w stanie nic zrobić. Ręka mi zadrżała, a oczy zaszły łzami. Serce obiło się boleśnie. A wzrok przeniósł się w tym samym momencie co jego na dłonie. Znów zrobiło mi się niedobrze. Myśli wariowały. Wirowały. Jedne były cichsze a drugie głośniejsze. Jak wiele wtedy wycierpiał? Ile siły posiadał by móc znów się uśmiechać? Gdzie leżał koniec okropieństw, których świat miał się teraz dopuszczać? Złamałam kiedyś rękę, ból przemknął mi wtedy przez całą duszę. Ale jej złożenie było przyjemniejsze, tylko dlatego… tylko dlatego, że dostałam zaklęcie. Podświadomie wiedziałam, że on nie dostał żadnego. Ile razy rozszarpano mu wtedy duszę na kawałki? Dlaczego? Czy naprawdę na to zasłużył? Czy Marcel zasłużył na pozbawienie go ręki? Pokręciłam głową czując jak słowa grzęzną mi w gardle. Zacisnęłam powieki próbując odgonić łzy spływające do oczu. Nie przerywałam. Nie zapytałam. Po prostu je przyjmowałam, każde kolejne słowo, próbując zapanować nad przygniatającą mnie, odbierając dech, lawiną myśli. W końcu na mnie spojrzał, a ja nie uciekłam wzrokiem, opuszczając dłoń. Pokręciłam przecząco głową na tą pożyczkę wykrzywiając usta, ale nadal milcząc. Z trudem powstrzymując łzy pełne żalu - ale nie dla mnie, te dla niego, te za niego - jakby wiedząc, że zamilknie i nie będzie mówił dalej jeśli popłyną. Może nie wiedząc, przeczuwając, obawiając się, że tak będzie właśnie. Więc stałam, milcząc, jakby mnie ktoś zaklął. Wokół dźwięki roztaczał tylko on, cichy szum fal obmywający kostki i patki nad głowami. Rozchyliłam lekko wargi, ciało pociągnęło mnie do przodu, odrobinę bliżej, ale jedynie zafalowałam w miejscu. Chciałam mu tyle powiedzieć, tylko słów cisnęło mi się na usta. Ale zastygłam w zdziwieniu.
Byłaś obok.
Tylko tyle mogłam. Być - i to najbardziej mnie frustrowało. To, że nie byłam w stanie więcej. Że mogłam tak mało. Że czasem nie opuszczało mnie przeczucie że świat pędzi w galopie gdzieś poza mną, zostawiając mnie za sobą, pozwalając jedynie patrzeć, czasem nawet nie wiedząc o tragediach, które działy się obok. Tak jak teraz, tak jak wcześniej. A on właśnie mówił mi, że tylko tyle było w porządku.
Brwi uniosły mi się ponownie, wargi rozchyliły się biorąc drżący wdech w usta czując w jakiś sposób nieopisaną, trudną do określenia ulgę. Moje palce mimowolnie przesunęły się po wstążce, kiedy wspomniał o obietnicy. Nie potwierdziłam, kiedy pytanie wydobyło się z jego ust. Dla mnie to było… inne. W jakiś sposób naturalne. Choć trudne do uchwycenia w słowa w tym krótkim momencie. Nie tyle chodziło o samotność, co bardziej o odnalezienie. I choć się starałam, jedna łza pomknęła mi po policzku.
- Jestem. - Gotowa. Zapewniłam go kiedy urwał, unosząc rękę, żeby zetrzeć łzę szybko. - I będę. - dodałam powtarzając tak pospolite słowo, a jednocześnie to, które w złożonej przysiędze tak wiele znaczyło. Absurdalnie działał świat, splotłam je z morzem, teraz wypowiadałam je właśnie w nim stojąc. - Nie żałuję. - zapewniłam go spokojnie. Jak mogłabym żałować tego, że zrobił to czego potrzebował. Tego, co właściwie egoistycznie chciałam, żeby mi zaufał w jakiś sposób. Żeby się otworzył. Żeby nie obawiał o słowa. - Ale jeśli domyślam się dobrze dlaczego James, to nie będę udawać, że mi się to podoba. Stać cię na więcej. - zmarszczyłam lekko nos w widocznym niezadowoleniu odwracając wzrok. Wzruszyłam łagodnie ramionami. Widziałam w nim kogoś lepszego.
- Każde życie takie jest. Znaczy nie jest. Jest... - pokręciłam głową chcąc znaleźć słowa. - Jest określone czasem. To nie do końca pożyczka, ale trochę tak. Ale.. chyba nie możesz żyć, obawiając się, że cię na nie nie stać? - sprecyzowałam cicho, pozostawiając na końcu łagodne pytanie, unosząc rękę żeby przesunąć fatalnie różowy kosmyk włosów.
Ale co innego zajęło moją myśl. Dlaczego nic nie dostrzegłam kiedy poszukiwałam obrączki na jego palcu? Wyciągnęłam rękę, zbliżając trochę i nie zatrzymałam gestu. Złapałam za jedną z jego dłoni podciągając ją wyżej, oglądając, marszcząc brwi i nos do kompletu, przygryzając dolną wargę w skupieniu, przesuwając po jednym z palców kciukiem, jakbym była w stanie coś wyczuć. Nie ostrzegając i nie pytając o pozwolenie.
- Zrosły się dobrze? Pokazałeś je komuś... komuś potem? - zadawałam kolejne pytania nie unosząc wzroku. Przenosząc kciuk na kolejny z palców. Nie próbowałam go pocieszać, współczuć teraz kiedy wszystko stało się tak dawno, choć moje serce i tak drżało na samą myśl jak wiele okrucieństwa go spotkało. Chciałam go objąć, ale z żalu to ja zaczęłabym płakać. Byłam tego prawie pewna. Więc próbowałam znaleźć rozwiązanie, pomoc, tam, gdzie jeszcze mogła się przydać. - Poproszę panią Dorothę żeby je obejrzała. Popatrzę w książkach. Może chodźmy od razu. - obiecałam, zaproponowałam, unosząc spojrzenie. Był muzykiem, prawda? Grał. Czy nie potrzebował ich jak powietrza? Ta myśl zmroziła mnie całą, ściskając organ. Zaraz zrozumiałam, że chyba nie powinnam. Puściłam dłoń cofając się odrobinę. - Jeśli chcesz. - dodałam więc jeszcze choć początkowo brzmiałam jakbym podejmowała już konkretne decyzje, teraz to jemu pozostawiałam wybór.
Rzuciłam głupio o tej silne uderzenia - żart odnośnie tego bicia, może półprawdę, a kiedy odciął wywróciłam oczami rozciągając usta w krótkim, ale prawdziwym uśmiechu. - Zdziwisz się. - mruknęłam tylko. Ściągnęłam ostrożnie biedronkę z jego włosów, opadając znów na pięty, cofając się trochę a kiedy odpowiedział rozciągnęłam usta w głębszym uśmiechu.
- Szczęścia. - potwierdziłam potakując głową nie przestając się radośnie uśmiechać. - Według Celtów jest symbolem ochrony, który przynosi szczęście i zapowiada zmiany. Ponoć szanowali je do tego stopnia, że wierzyli że jeśli zabijesz jedną z nich, następnego dnia może czekać cię śmierć. - wyjaśniłam, chroniąc niewielkiego owada na ręce kiedy wychodziłam z wody. - Chyba nie tylko nieszczęścia przyciągasz. - mruknęłam, odwracając do niego głowę, żeby przez ramię posłać mu uśmiech obleczony w twarz pełną piegów i różowe włosy z kwiatami. Odleci, kiedy uzna za stosowne do tego czasu musiałam zadbać, żeby nie zapadła się w piasek. Zaczęłam więc mówić. Zaczynając odnosić niejasne wrażenie, że my dwoje, a może coś w tej znajomości naszej samo było jak morze. Czasem wzburzone, uderzające ze złością o brzeg, czasem spokojnie, bezkresne, pewne. Znajome.
Powietrze zastygło mi w płucach. A serce obiło się gwałtownie, kiedy to powiedział. Radość wymieszała się z niezrozumieniem, zadowoleniem, może winą trochę że jednak miała rację. Wzięłam wdech w płuca skupiając się na biedronce. Milknąc, by mógł powiedzieć swoje, ale słuchając uważnie. Uniosłam wzrok kiedy przyznał, że nie chciał wracać do domu czasem. - Przez ciebie? - zapytałam bez zrozumienia. Przez niego? Wszystko co robił, robił z myślą o nich. Dla nich. Chciał być dla nich siłą. Czy to mogło być za mało? Otworzyłam usta jakby chcąc coś powiedzieć, ale zamknęłam je nie wchodząc w wypowiadane słowa. O staraniach, które niszczyły wszystko czego dotykałam wiedziałam całkiem sporo.
- Marsa. - potwierdziłam krótko, podciągając ostrożnie jedną z nóg, przesuwając materiał spódnicy, żeby nie wyrzucić gwałtownie biedronki poza nią. Oparłam o kolano brodę. słuchając w ciszy. Ze spokojem, marszcząc jedynie co jakiś czas brwi.
- Nie możesz stać się kimś innym, niż jesteś. - powiedziałam unosząc brwi w łagodnej emocji, przekrzywiając odrobinę głowę na bok spoglądając na niego. - Kiedy próbujesz, to tylko gra, fałsz. Ciocia mi to powiedziała kiedyś. Elroy powiedział, że nie da sią zapanować nad tym, jakim się jest. Ale mnie wkurzył wtedy. Mówią, że ludzie się nie zmieniają. Długo nad tym myślałam, wiesz? I nie zgadzam się z tym. Ja sama się zmieniam, ale nie bo chcę, nie dlatego że muszę, tylko przez to co przeżywam. Może kiedyś przychodzi moment w którym dusza jest niezachwianie kompletna. Podobno największą odwagą to pozwolić sobie być sobą. - szepnęłam. Bez względu na koszty - ale tego już nie dodałam. Przeczytałam to kiedyś. Tylko, jak wielką można - czy trzeba - było zapłacić za to cenę?
Oczywiście, że miała piękny uśmiech. Jak mogłaby mieć inny, kiedy byłam piękna. Ale nie powiedziałam nic, przygryzając na chwilę dolną wargę słuchając go dalej. Nie potrafiąc zrozumieć czemu jej piękność była inna od innych. Dla mnie samej. Zazdrościłam jej strasznie.
- Nigdy nie zrozumiem tego, co przeszliście. A wuja mówił, żeby nie radzić, kiedy się w miejscu jakimś nie było. Więc będę głośno myśleć. - przyznałam po chwili opuszczając nogę, unosząc spódnicę na której była biedronka i pudełko z żabą znów zaplatając nogi po turecku. Opuściłam ją, poprawiając po chwili żeby zasłonić kolano. - Może… tego co próbujesz naprawić już się nie da, bo wy nie jesteście tacy sami? Może każdy musi chcieć budować na nowo? Na nowo się poznać? - zapytałam go, odchylając dłonie do tyłu i wplatając je w piasek. Czując go pod palcami. Czasem rozbitego wazonu nie naprawi nawet reparo. Poczułam jak zbierają mi się pod oczami łzy, spojrzałam na niego. - Czemu oddajesz siebie... - w procesie, który może być z góry przegrany? O to mi chodziło. Nie, nie byłam pewna. Powinien walczyć, ale nie powinien być jednym który to robi. - Po świętach było... dobrze. Co się zmieniło? Dlaczego musisz się tak czuć w domu z ludźmi, których szukałeś, za którymi tęskniłeś? Czy oni czują to samo? Trwoży mnie myśl, okrutna, która pyta, czy miłość to może być za mało? Czy ona nie miała wszystkiego przetrwać? - zadawałam kolejne pytania nie oczekując odpowiedzi, zastanawiając się na głos, czując łzy, czując jak drży mi broda. Kochał je - ich. Wiedziałam, że tak. Widziałam, że tak. Odnaleźli się po takim czasie. Czy ich chwil nie powinno wypełniać szczęście? Zamarłam, kiedy do mnie dotarło że chyba się zagalopowałam. Zamilkłam biorąc wdech, pokręciłam lekko głową. Wyprostowałam się. Wytarłam ręce przyciskając je do oczu. - Przepraszam, nie powinnam. Powinnam się zamknąć. - przyznałam nie odejmując ich od razu. - Ale nie rozumiem. - szepnęłam biorąc wdech. Próbowałam się uspokoić ale to było smutne po prostu. - Brendan… on, wiesz, spędzał całe dnie poza domem. Dnie, czasem noce. W pracy, albo robiąc coś dla Zakonu. Ja byłam w domu. Ucząc się, albo znajdując swoje zajęcie. Kiedyś postanowiłam usmażyć pączki. Wiedziałeś, że je się smaży a nie piecze? - zapytałam odsuwając trochę ręce i zerkając w jego stronę. - Cała nasza kawalerka była w mące. Ja też. Nazwał mnie bałwanem, a sprzątając uczył zaklęć i patrzył czy robię to dobrze. Ale… Chodzi mi o to, że wystarczyły mi te momenty. Wdzięczność kiedy zabierał kanapki. Rozbawiony uśmiech, kiedy zrobiłam coś głupiego. Czy obrażony grymas jak wywaliłam mu kawę, czy nie popisałam się rozsądkiem. Nie mówił mi o tym co robił, bo… miał swoje powody. Powiedział mi o tym kiedy przyszedł czas, trochę przed tym, jak wyjechał. I… - pokręciłam głową zaciskając usta, biorąc na chwilę wdech. Chciałabym, by znów był obok. - Dlatego nie rozumiem. Chciałabym umieć ci pomóc... Nie rozumiem, bo… - urwałam na chwilę w której sięgałam po pewność. - bo dla mnie przebywanie obok ciebie przychodzi bezwysiłkowo. Ale to co innego, nie? - wzruszyłam ramionami biorąc wdech, wycierając oczy. - Nie miej złudzeń, Doe, czasem mam ochotę porządnie cię walnąć, ale lubię kiedy jesteś obok. Cieszę się, że jesteś. Chociaż to nie dom - nie jego. Nie tu wracał, tu tylko przychodził. Na chwilę, kilka godzin. Brałam to, co dostawałam. Tak, jak zawsze. A jemu nie o to chodziło. - A co do koni, nie wiem jak to zrobiłeś że najpiękniejszy w stajni woli ciebie. - wydęłam lekko usta niby w obrażonej manierze zajmując się otwieraniem czekoladowej żaby. Bibi najbardziej mi się podobała, była piękna. Lubiłam piękno. Zatrzymałam się jednak kiedy zadał dwa pytania.
- Że mnie traktujesz lepiej, bo pokazujesz mi rzeczy. - powtórzyłam dokładnie jej słowa. Zaraz unosząc brwi. - Powiedziała że myśli nad sprzedaniem harfy. Zabroniłam jej. Kazałam pomówić z tobą, albo oddać ją w zastaw do mnie. U mnie by zawsze była, a nie musiałaby się czuć… dłużna. - zamilkłam na chwilę marszcząc brwi w zastanowieniu. - Eve była u mnie w styczniu. Ale nie mówiła… nie wyglądała… Nie bardzo się znam na tych… związkach. Żoną raczej też nie będę. - mówiłam to już dzisiaj, ale trudno. Pamiętałam ją ze stycznia. To było po liście Paprotki. - Ale… może ją weź na randkę, co? - zapytałam układając łokieć na nodze a na dłoni składając głowę, którą przechyliłam w jego stronę. Wydęłam lekko usta. Nie bardzo chciałam o tym rozmawiać. Ale mogłam chociaż spróbować coś doradzić jako kobieta, nie? - Mógłbyś wziąć Bibi i Montygona. Zrobić jakiś piknik... może to by pomogło. Wydawała się zadowolona mogąc pojeździć. Dla niektórych to ważne. Gest czy coś. - powiedziałam wzruszając lekko ramionami. Nie potrafiłam zrozumieć tych pretensji. Pracował dla nich. Wiedziałam, że wolał wolność - sam mi to powiedział. Ale egoistycznie cieszyłam się, że postanowił wtedy przyjść i zostać. Że miałam możliwość z nim przebywać i go poznawać. Podskórnie gdzieś czułam, że kiedyś odejdzie w końcu, ale nie chciałam o tym myśleć. Na tym się skupiać. Bałam się tego. Zrozumiałam to przez ten miesiąc.
- Zaraz miną trzy miesiące, prawda? - mruknęłam marszcząc trochę brwi. - Wuja ceni lojalność. Ciocia ją wynagradza. Są zadowoleni, ale czekają, nie każdy się sprawdza, niektórzy wykorzystywali ich dobroć. A oni są wiesz... Dobrzy, a nie głupi. - mówiłam. - Gdybyś jadł tu więcej. Więcej jadłyby one, nie? Porozmawiam z nimi, żebyś jeździł ze mną częściej jak chcesz. I tak upierają się że nie mogę sama. - wywróciłam oczami raz jeszcze. Mogłabym, ale niby nie mogłam.
Pokręciłam głową przecząco na tą przyjaźń warunkową. Trochę znów coś źle ujęłam. Otworzyłam usta, ale zaraz zamknęłam je kiedy mówił dalej. Unosząc brwi lekko. Wysłuchując tych wszystkich zarzutów względem kobiet. Więc byłam skomplikowana?
- Możemy. - zgodziłam się wypuszczając powietrze z ust kiedy skończył. Skrzyżowałam z nim spojrzenie kiedy zerknął na mnie. - Po prostu… - zawahałam się zerkając w bok na chwilę. Podrapałam się po policzku, sprawdzając czy biedronka jest bezpieczna. Zajmując się żabą. - Źle to ujęłam. Ostatnio tak robię… często. - westchnęłam lekko opuszczając głowę. Unosząc rękę, żeby założyć kilka różowych kosmyków za ucho. - Chciałam żebyś wiedział… że możesz… że możesz nie wiem… Że nie potrzebuję żebyś udawał, że jest w porządku jak nie jest. Czasem nie jest. Tak po prostu. Każdy może czasem być po prostu smutny. Moja mama tak mówiła. - mówiłam zajmując się opakowaniem. Słowa wydobywały się niepewnie. - Nie będzie żadnych banicji. Mogę się wściec, albo obrazić… ale będę... wrócę. Już milknę… już milknę… czasem nie umiem przestać gadać. Może już to po prostu… wiesz, ale… już nic nie mówię. - mruknęłam marszcząc trochę brwi w niezadowoleniu. W niezadowoleniu samą sobą wgryzające się w żabę po raz kolejny. Marszcząc nos. Obracając w dłoniach kartę, pokazując mu ją w końcu. Unosząc spojrzenie, kiedy podniesiony głos dotarł do mnie. Spojrzałam trochę zdziwiona w jego stronę.
- Naprawdę? - zdziwiłam się przesuwając spojrzenie od karty do niego trzymając pomiędzy wargami ostatni kawałek żaby. Moja mina musiała mówić, że ta cała szmaragdowość niewiele mi mówiła. Palcem wsunęłam ją do ust słuchając słów. Ktoś płacił za karty z czekoladowych żab? - Zbierasz je? - zapytałam przekrzywiając trochę głowę. Odbierając tą cenną kartę i obracając ją w palcach. Ale kiedy powiedział kolejne słowa nachyliłam się, żeby spojrzeć na tą jego. - Rzadka, hm? - mruknęłam powątpiewając w jego wcześniejsze słowa. Uniosłam brew, podsuwając swoją, całkowicie identyczną. Nie do końca wierząc w to, co wcześniej powiedział.
- Powinniśmy się zbierać. - powiedziałam cicho, chwilę później, sprawdzając biedronkę, ale ta rozłożyła skrzydła, odlatując gdzieś dalej. Przez chwilę odprowadzałam ją wzrokiem, słońce zachodziło coraz mocniej. Brwi mi się uniosły łagodnie. - Chciałabym odwiedzić Blackpool niedługo. - powiedziałam mu, mimo wcześniejszych podciągając kolana i układając na nich brodę. Spojrzałam przed siebie. Biedronka zapowiadała zmiany, wspierała dokonywanie ważnych wyborów. Na jeden był już czas. - Muszę pożegnać Brendana. P-pójdziesz ze mną? - zapytałam go cicho, w obawie, nie spoglądając ku niemu. Może miałam coś z nim wspólnego. Może dla bliskich, dla rodziny, chciałam być siłą. Może dopiero po tym, jak pogodzę się ze stratą będę w stanie zabrać ich w miejsce prowizorycznego grobu Garretta i tego, który zamierzałam postawić Brendanowi. Chciałam, żeby byli obok siebie. Byli przyjaciółmi i rodziną. - Postanowiłam to zrobić przed urodzinami. - dodałam jeszcze ciszej, przymykając oczy. Nie płakałam w jakiś sposób od zawsze byłam gotowa na to, że kiedyś nie wróci. A może nie płakałam, bo nadal wierzyłam. Mniej więcej tyle czasu minęło od zaginięcia Garretta, kiedy zabrał mnie, by go pożegnać. Nie chciałby, żebym trwała w zgubnej nadziei że wróci nie przechodząc żałoby. Musiałam ją odbyć.


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Canonteign Falls [odnośnik]17.12.22 18:45
Gdyby wrócił pamięcią do tyłu, przypomniałby sobie, że kiedyś wcale ją nie uważał za taką. Owszem, była ładna — chyba — bo gdyby ktoś go o to zapytał z wahaniem by mu odpowiedział. Nie dlatego, że wyglądała inaczej. On patrzył na nią inaczej. Była jednym z pierwszych dzieciaków, które zaproponowały mu zabawę, kiedy znaleźli się w taborze i od tamtej chwili towarzyszyła mu od czasu do czasu. Psociła razem z nim i Thomasem, wygłupiała się, chętniej wyglądając za tymi chłopięcymi i bardziej ryzykownymi zabawami niż rozbieraniem i ubieraniem na nowo tych kilku lalek, którymi wszystkie się dzieliły. Była koleżanką, potem przyjaciółką, której mógł zwierzyć się ze złamanego serca; co najmniej raz na dwa miesiące, nie miał odwagi, by spróbować nigdy, a sam nie cieszył się wielkim zainteresowaniem. Mógł ją pytać o sprawy, których kumple nie rozumieli, albo o które wstydził się pytać. Była otaczającą rzeczywistością, do której tak zupełnie przywykł, że oswojony z jej urodą nie czuł żadnego zainteresowania. I jak to zwykle bywało oglądał się gdzie indziej, im dalej, im egzotyczniej(dla nich), tym silniej. Buzujące hormony, smak pierwszych pocałunków, dotyku, intymność. Dopiero u progu dojrzałości dostrzegł to piękno, które widział dzisiaj. Wraz z nim poczuł smak tęsknoty i samotności. Czasem się zastanawiał, czy można było mieć to wszystko. Czy przeświadczenie o braku zrozumienia było kłopotem, który potrafili rozwiązać. Był za młody by to wszystko zrozumieć, umieć nazwać i odseparować od siebie. Przez to był zagubiony. Więzienie tylko pogłębiało to dziwne wrażenie — przeświadczenie, że nigdzie nie pasuje; do nikogo, czy to, że chciałby spróbować czegoś innego, ale bał się, że to też przeminie. Dorosłość nie była taka jak mówili. Obiecywali papierosy, alkohol, rozrywki przeznaczone dla starszych. Zapomnieli im powiedzieć, że to nie było warte dylematów, które przyjdzie im rozwiązać i odpowiedzi, których znalezienie może zająć nawet i całe życie.
Jestem. I będę. Te dwa słowa przywołały na jego usta mimowolny uśmiech. Obietnice były tyle warte ile oni sami. Czy inne słowa innej przysięgi oznaczały to samo? I gdzie on teraz był w swoim życiu, by mówić o samotności? Pokiwał głową. To było dla niego ważne, ale tak samo uświadamiało mu, że powinien wrócić do domu. Bo obiecał. I może niezależnie od tego co czuł i jak czuł trzeba to było zrobić, by nie złamać danego słowa.
— Nie domyślasz — zaprzeczył, kręcąc głową. Trochę w rozbawieniu, trochę ze wstydem. Nie zamierzał mówić tego głośno, nawet jeśli się domyślała, wciąż istniała szansa, że miała o nim lepsze zdanie. Dopóki nikt tego nie powie — nie będzie prawda, tak? Może mogli istnieć w idealnym świecie dokładnie tacy jak sobie wyobrażali?
— Sam nie wiem. Nie można tylko brać przez cały czas. Ale kiedy ciągle jest się głodnym nie myślisz, by dać. I to tak kręci się cały czas. Co czyni cię coraz gorszą i gorszą w oczach innych, a wciąż głodną. Brzmi beznadziejnie, jak dla mnie — mruknął fatalistycznie i wzruszył ramionami.
Kiedy ujęła jego palce w własne, uniósł brwi i spojrzenie nad nią, nie cofając dłoni, ale jednocześnie serce zabiło mu szybciej, a po plecach przebiegł dreszcz. Nie wiedział, co odpowiedzieć przez chwilę skupiony na tym, jakie to było delikatne, przyjemne, subtelne i nagle zupełnie wystarczające.
— Ehm...— zająknął się, opuszczając spojrzenie na palce w końcu i biorąc głęboki wdech. — Oglądała je uzdrowicielka u profesora Vane'a. To on wyciągnął nas z... z Tower. Zaproponował opiekę, pomoc. Nawet naukę... — Dziś było mu wstyd za to, jak zareagował, ale kiedy przypomniał sobie rozmowę w jego gabinecie i to, jak go potraktował, jak bezrozumnie podszedł do obawy o siostrę, znów był zły. — Ale ja... Byłem na niego zły, bo wcześniej zaproponował Sheili wyjazd na jakąś konferencję do Hiszpanii, czy gdzieś tam. Odpisałem mu zamiast niej, ale Vane się zorientował, pomówił z Sheilą, ona się na mnie wściekła. Wiem, że nie powinienem był, ale myślałem, że to mój obowiązek. Myślałem, że Sheila poczuje się... no wiesz... Jakby była... To... Dziwne, żeby taki profesor bywał na wczasach z nastolatką chyba, co nie? — Uniósł brwi, odsuwając dłonie w końcu, by potrzeć ręce o własne biodra. — W każdym razie jak próbowałem go uderzyć po Tower to, ehm... sparował cios magią i... potrzebny był znowu... uzdrowiciel. Oglądała je... I poskładała, bo znowu się...no, ten... złamały — dodał ciszej i przygryzł policzek od wewnątrz. Uniósł na nią wzrok, nie spodziewając się takiej dobroci. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Czy powinien odmówić? Było niezręcznie? — Nie chcę być kłopotem, Neala. Macie wystarczająco dużo osób do opatrywania — dodał, marszcząc brwi. Było mu wstyd, a kości — kości się dawno zrosły. Nie był jednak pewien swojej odpowiedzi i widziała to przecież.
Szczęście. Czasem myślał, że opuściło go na dobre, ale to przecież nie była prawda. Odnaleźli się. On, Eve, Sheila. W całym tym nieszczęściu coś się udało. Nawet Neala i to, że mógł ją spotkać w taki przypadek nie było bez znaczenia. Uśmiechnął się, zerkając na biedronkę, a później na nią, kiedy opowiadała mu o wuju i o tym fałszu, a później o jej przypuszczeniach. Spochmurniał, pokiwał lekko głową — bo właśnie tego się obawiał. Obawiał się, że byli kiedyś inni, zmienili się, wszystko zmieniło się wokół i przestało do sobie pasować jak wtedy. Nie miał na to żadnej rady, żadnego sposobu. Nie wiedział, czy uczenie się tego od nowa miało sen, bał się — tak jak z grą na skrzypcach — że jeśli spróbuje, okaże się, że to już niemożliwe. Rozgoryczenie, zawód były okropnymi uczuciami. Nie chciał ich czuć, dobrze znał ich smak. Unikanie było znacznie lepszą obietnicą przyszłości.
— Nie wiem...— Czy miłość to za mało. Czy to był problem z nim, czy on zmienił się tak bardzo. Był jak wybrakowany klocek, który przestał pasować do zestawu, więc leżał gdzieś z boku, ciągłe wciskanie go, kiedy odpadał wywoływało nieustanną frustrację. Wzruszył ramionami znów, nie odpowiadając na jej refleksję ani myśl, że powinna milczeć, choć nie dlatego, że się zgadzał. Pogrążył się w tych myślach, zatopił gdzieś w równoległym świecie, w którym wszystko miało być łatwiejsze. Uśmiechnął się dopiero na myśl o pączkach. Pokręcił głową przecząco; nie miał pojęcia w ogóle jak się robi pączki. Pierwsze w życiu ukradł, kolejne spróbował w Hogwarcie. Tam poznał smak dobrobytu, luksusu. Wszystko było pod ręką, na miejscu. Nic dziwnego, że nie miał czasu na naukę, kiedy wokół tyle było wszystkiego dla niego.
— Gdyby wrócił, umiałabyś żyć tak jak dawniej? Wystarczyłyby ci znów tylko te momenty? — czy może zachłannie chciałaby więcej brata w swoim życiu. Próbował sobie to tłumaczyć w ten sposób. On się już nacieszył, wrócił do normalności, a tą wypełniało już coś więcej niż tylko tabor, którego nie było przez prawie trzy lata. Byli koledzy, którzy trzymali go w wierze i formie. Nie potrafił zrezygnować z nowego życia na poczet starego, nawet jeśli za tamtym tak bardzo tęsknił. Myślał, że można je połączyć, poukładać. Ale teraz każde z nich miało swoje dwa światy. I przez to robiło się coraz mniej miejsca dla nich samych.
— Możesz mnie walnąć od czasu do czasu. Jeśli masz się poczuć lepiej — mruknął z lekkim uśmiechem, spoglądając na nią. — Ty też jesteś całkiem fajna. Jak na dziewczynę — dodał po chwili i wzruszył ramionami. — One z reguły nie nadają się na koleżanki — zamyślił się na chwili i zaśmiał. – Może w głębi duszy jestem tak samo dziki jak ona — odpowiedział jej na pytanie o Bibi, unosząc brew. Żartował, ale nie miał innej odpowiedzi. Nigdy nawet nie patrzył na to w ten sposób. Czy Bibi mogła go woleć? Opiekował się nią od niedawna, a więzi z końmi czasem budowało si latami. To były bardzo mądre zwierzęta i potrafiły naprawdę kochać ludzi. tego nauczył się od dziadka.
Zamyślił się, kiedy temat znów zszedł na Sheilę.
– Jej też pokazuję rzeczy, tylko inne — wytłumaczył się, choć nie był pewien, czy to była prawda. Czy nauczył ją kiedyś czegoś, czy mógł być bratem, którym chciał być. Sheila była mu bliska, zawsze się nią opiekował. A teraz? Teraz nie rozumiał skąd brał się mur między nimi. — Co? — zdziwił się, gdy wspomniała o harfie. Kiedy rozmawiali, mówiła, że ma jakieś pieniądze odłożone, ale nie mógł od niej ich wziąć. Musiał zrobić na rodzinę, zrobić to jak mężczyzna. DLaczego miałaby sprzedawać harfę? Co planowała? — Nie dawaj jej żadnych pieniędzy — powiedział cicho, niezręcznie, łapiąc się za dłonie, by je wykasować. — Nie miał pojęcia, co knuła, ale Sheila nie była taka. trudno mu było uwierzyć, że mogła wyłudzić pieniądze od Neali. Wiedział też, że gdyby ich potrzebowała zwróciłaby się z tym do Thomasa albo niego. Zmarszczył brwi niepewnie. Kolejnym zaskoczeniem było to, że Eve tu była. [b]— Mówisz, randka? — zadumał się na chwilę. — Okej. Sprawdzę to — powiedział, uśmiechając się lekko. — Zbliżają się jej urodziny — przypomniał sobie, kiwając głową. Może to był odpowiedni czas na to, może ją zaniedbał. Powinien dać coś z siebie, może Neala miała rację. — Jest spoko, i tak mam luz — przyznał po chwili. Jej krewni byli dobrymi pracodawcami. Być może najlepszymi jakich kiedykolwiek miał. — Nie rozmawiaj z nimi — poprosił ją, nie chcąc, by próbowała dla niego coś ugrać. Wystarczająco dużo mu pomagała. Odnalazł jej spojrzenie na powrót, gdy zeszło na te przyjaźń. Pokiwał głową w zrozumieniu, choć nie był pewien, czy mógł to zrobić. Czy mógł taki być.
— Możesz gadać i gadać, nie przeszkadza mi to wcale — dodał po chwili. — Lepiej słyszeć czyjś głos czasem niż zastanawiać się w ciszy, czy jest obok naprawdę, czy tylko tak... Ciałem. Lubię to — przyznał po chwili. Nawet jeśli sam nie potrafił mówić o sobie za wiele. Lubił słuchanie był typem samotnika. A ona go uspokajała. Jej paplanina pozwalał rozpocząć proces myślowy, który spychał w dal, nie chcąc się męczyć. Zmuszała go do wysiłku, do przepracowania rzeczy, których unikał, których chciał się pożyć i myślał, że to robił, dopóki to w kółko nie wracało. Może dlatego czuł się z nią tak dobrze. — Tylko ty potrafisz otworzyć mnie jak konserwę — mruknął, wzruszając ramionami z uśmiechem i szturchnął ją lekko w ramię.
Szedł przez chwilę po piachu, w stronę powrotną, ale kiedy wspomniała o Brendanie prawie się zatrzymał. Spojrzał na nią poważnie, choć nieco niepewny, co powinien o tym myśleć. To było ważne. Bardzo ważne. Naprawdę chciała, by tam był z nią? W takiej chwili? Rozchylił usta, ale nie spytał; to nie byłoby dobre pytanie.
— Pójdę. Pewnie, że pójdę— potwierdził zdecydowanie, wiedząc, że obarczała o odpowiedzialnością prawdziwego przyjaciela. Ale to było miłe i wcale nie chciał się tego pozbywać. Uśmiechnął się lekko i ruszył za nią, gdy go wyprzedziła. Było już ciemno, powinni byli pokazać się dawno temu.

| zt :pwease:



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Kiss me
until I forget how terrified I am
of everything
wrong in my life
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Canonteign Falls [odnośnik]18.12.22 21:43
- Oh. - wymknęło się z moich ust, kiedy stwierdził, że nie domyślam się co i jak. - W takim razie - przepraszam. - za to, że coś takiego na myśl mi przyszło. Może nie powinno. Naprawdę nie wiedziałam, a skoro się nie domyśliłam, nie zapytałam dalej. Kiedyś się dowiem, jeśli odpowiednio długo poczekam. Przekrzywiłam lekko głowę słuchające jego słów. Zmarszczyłam lekko brwi by zaraz pokręcić przecząco głową.
- Nie ma nic złego w braniu, kiedy ktoś chce ci dać. - nie zgodziłam się z nim marszcząc lekko brwi. - Głodny możesz nie być w stanie nic dać. Ale kiedy się napełnisz, będziesz mógł dobro które dostałeś puścić dalej w świat. - mówiłam z pewnością wierząc w słowa które mówię. - Poza tym, chyba nie widzisz, ale dużo dajesz. - oznajmiłam z pewnością i wedle własnego postrzegania. Patrzyliśmy na świat inaczej. Możliwe że ja nawinie, szukając w nim zawsze tego, co najlepsze. A on przeważnie od tej drugiej strony. Ale nie przeszkadzało mi to. Ważniejsze w tym momencie, ledwie następnym, były jego palce. Miał ciepłą rękę. Większą, trochę szorstką, ciemniejszą. Ujęłam je bez pytania i bez pomyślunku. Bez zastanowienia się, czy życzył sobie tego, przesuwając po nich własnymi palcami, próbując ocenić. Wydać własny werdykt, ale właśnie boleśnie uświadamiałam sobie, jak niewiele jeszcze umiałam. Nie podniosłam wzroku, kiedy zaczął mówić skupiona na nich. Uniosłam tęczówki dopiero kiedy mówił o tym, że się zezłościł. Mrugnęłam zaskoczona, czując jak rozwieram oczy w zdumieniu. Zaprzestając działania, czując jak zabiera własne dłonie.
- Też bym się wściekła. - oznajmiłam po chwili. - Przekroczyłeś jej granicę, Jimmy. Chociaż by zabrać ją gdzieś, powinien poprosić o zgodę jej opiekunów, nie jej. Wiem, że jesteście sami, więc myślę, że w jakiś sposób to był twój obowiązek. Jesteś za nią odpowiedzialny. - opuściłam w końcu ręce swobodnie opuszczając je po swoich bokach, cofnęłam się o krok. - To wczasy, czy konferencja? - zapytałam unosząc lekko brew. - Wczasy są dziwne. Nieodpowiednie z pewnością. - zgodziłam się a może przytaknęłam mu. Westchnęłam krótko słuchając dalej. Ale w tym westchnieniu nie było jakiejś złości. Opierało się ono chyba na akceptacji. Nie zdziwiło mnie, że zareagował. Jego emocje - zwłaszcza złość - znajdowały ujście w ciele. Wiedziałam.
- Ja decyduje o tym, czym dla mnie jesteś. To nie była odmowa. - powiedziałam, wskazując na niego palcem. - Odwiedzimy ją. Poszukam też informacji. Tylko już nie dzisiaj. - zdecydowałam więc od razu, wykorzystując moment. Potrzebował pewności, teraz i ja jej potrzebowałam. Wyszłam z wody, zabierając biedronkę z jego włosów, odnajdując miejsce na kawałku plaży. Ta rozmowa, choć tak gwałtowna, tak prawdziwie szczera i w jakiś sposób przerażająca. Dała mi też dużo spokoju. Zniknął niepokój i niepewność - niewiedza. Mówiłam ja. Ale on też się otwierał. Kiedy zadał pytanie zmarszczyłam na chwilę brwi w zastanowieniu.
- Nie. I tak. - odrzekłam po krótkiej chwili. - Nic nie byłoby takie jak dawniej. Nie moglibyśmy wrócić do Londynu. A Brendan pewnie znów nie zgodziłby się, żebyśmy zamieszkali razem. Uważa, że tutaj, jest mi lepiej. Teraz, kiedy wiem o Zakonie, chciałabym mu pomóc bardziej. Pewnie byśmy się o to sprzeczali. - chciałam mu to wytłumaczyć. Uniosłam lekko kącik ust ku górze. - Wzięłabym tyle ile byłby w stanie mi dać. Bo więcej by nie mógł, kiedy na ramionach dźwiga świat. Bo walczy o niego nie tylko dla mnie. Bo nigdy nie był tylko dla mnie, bym próbowała dla siebie tylko go zatrzymać. - ułożyłam brodę na podwiniętych nogach. - Czy chciałabym go więcej dla siebie? Oczywiście, że tak. Ale jesteśmy tak różni, że czasem musimy też odpocząć od siebie żeby nie zwariować. - zaśmiałam się lekko. Wzruszyłam ramionami. - Mamy swoje życia, wiesz? - zapytałam zerkając na niego. - Różne całkiem. - też dlatego, że dzieliła nam spora różnica wieku. Pewnie marudziłby na moje wybory, a ja złościłabym się, że nie dostrzega tego w ten sam sposób co ja. Ta myśl, uniosła mi wargi w uśmiechu. Parsknęłam niekontrolowanym śmiechem całkowicie rozbawiona kiedy ofiarnie złożył propozycję uderzenia go raz na jakiś czas. Pokręciłam głową.
- Jak na dziewczynę? - powtórzyłam po nim unosząc lekko brwi. - Dzięki. Chyba. - oznajmiłam skinając lekko głową. Uśmiech majaczył mi dalej na ustach kiedy mówił. Zadowolenie rozsiadło się w środku. Uniosłam rękę, zakładając różowe kosmyki za ucho.
- Yhym. - potwierdziłam, odrobinę mizerniejąc. - Może potrzebuje poczuć, że choć wszystko jest inaczej to nie to. Brendan... Rzadko się uzewnętrznia. Wiem, że mnie kocha. Ale to przyjemne, kiedy okazuje mi to czasem, częściej gestem niż słowem. Od słów zawsze byłam ja. - nie spojrzałam ku niemu. Zmarszczyłam lekko brwi. Nigdy nie byłam w romantycznym związku i nie chciałam w nim być. Z miłością, były same problemy. Ale wiedziałam, że Brendan mnie kocha i mu na mnie zależy. Co nie zmieniało tego, że czasem było dobrze też to usłyszeć. Tak, dla pewności. Może jej też o to chodziło. Spojrzałam na niego dopiero, kiedy powiedział o tym rozmawianiu. Uniosłam odrobinę brwi zaskoczona.
- Nie muszę, tacy są. - odpowiedziałam spokojnie, rozciągając lekko usta w uśmiechu. Wzięłam wdech w płuca. Polubiłam ten dzień, ale wiedziałam, czułam, że musimy wracać. Już nie powoli, tylko szybciej raczej. Uśmiech rozgościł mi się na ustach dłużej. Jeszcze pewnie pożałuje tego przyzwolenia. Przesunęłam na niego spojrzenie. I parsknęłam śmiechem znów. Robiąc asekuracyjny krok w bok, popchnięta lekkim gestem. Wracając szybko na swoje miejsce obok niego. Coś ciepłego, zadowalającego rozlało się wewnątrz mnie.
- Konserwę. - pokręciłam rozbawiona głową. Ale zadowolona ze słów, które usłyszałam. Tylko ja to potrafiłam? Zerknęłam ku górze na niego rozpogodzona, wdzięczna, szczęśliwa. - Dziękuję - wypadło z uśmiechem na ustach. Za to, że mi zaufał. Za to, że pozwalał być mi sobą i na to samo pozwalał sobie przy mnie. Wiele dla mnie znaczyła ta rozmowa. Cała, choć nie była łatwa. Ale te najważniejsze, nigdy takie nie są, prawda?
Prośba, którą wypowiedziałam obiła mi się ciężko we wnętrzu. Wiedziałam, że nadszedł już czas, choć ta świadomość nie ułatwiała niczego. Choć szliśmy, zamarłam w oczekiwaniu na odpowiedź splatając dłonie przed sobą.
- Naprawdę? - zapytałam zatrzymując się, z radości na chwilę unosząc na placach. - Dziękuję. - odpowiedziałam z tą samą radością, opadając na pięty. Do koni, wracając w rozpromienieniu, czując lekkie rumieńce na policzkach. Splatając dłonie za plecami z uśmiechem, który nie miał mi zejść z ust zbyt szybko, stawiając skocznie kroki do celu.
Trochę szkoda, że trzeba było już wracać do domu.

| zt :pwease:


she was life itself. wild and free. wonderfully chaotic.
a perfectly put together mess.
Neala Weasley
Neala Weasley
Zawód : asystentka uzdrowiciela
Wiek : 17!!!
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
your mind
is playing
tricks on you,
my dear
OPCM : 10 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +6
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
felix felicis
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Canonteign Falls [odnośnik]26.02.23 21:05
03.07?

Take all the courage you have left
And waste it on fixing all the problems
That you made in your own head

Minęło już dostatecznie wiele czasu odkąd Celine zamieszkała z nim w Dolinie Godryka, by zdecydował się zabrać ją na rodzinną wycieczkę do jednego z bezpieczniejszych hrabstw. Istniało wiele miejsc w Wielkiej Brytanii, które chciał jej pokazać, spędził wszak większość młodości na podróżach i wędrówkach, przede wszystkim z ojcem, o którym w tym momencie nie chciał jednak wspominać. Nic też nie powiedział Celine, poza może tajemniczym wspomnieniem, by nie robiła sobie na ten dzień żadnych planów, gdyż ma dla niej niespodziankę. A niespodzianka ta, pod postacią świstoklika, zaprowadziła ich aż na skraj puszczy w Devon, skąd mogli wybrać się na niedługą pieszą wędrówkę pod Canonteign Falls, jeden z najsłynniejszych wodospadów na wyspie.
- Pamiętam, że mówiłaś, że chciałabyś nauczyć się pływać. Możemy mieć dziś na to szansę - zapowiedział z uśmiechem, dźwigając na plecach torbę z prowiantem, napojami i kocami biwakowymi. Nie próbował przy niej nawet magicznie kombinować; trochę solidnego marszu z obciążeniem dobrze wpłyną na jego wydolność i siłę, które musiał utrzymywać w ryzach. - Sam chętnie się rozruszam. Ostatnio miałem mało czasu na to, żeby po prostu wyjść gdzieś aktywnie odpocząć. Ty też nie powinnaś ciągle wędrować tylko między domem a pracą. Dobrze nam to obojgu zrobi.
Owszem, liczył na to, że przypomni sobie dawne pływackie sztuczki, zwłaszcza, że został już niecały miesiąc do festiwalu lata - i wianków. Lucinda zgodziła się pójść razem z nim, zapowiedział nawet, że złowi jej wianek, więc nie mógł się teraz zbłaźnić. Po niespodziewanym prezencie od sowy - krysztale, który spadł mu wprost na czoło - czuł się też jakoś tak bardziej zmotywowany.
Za pełnym ekscytacji uśmiechem i dziarską postawą starał się jednak skryć przed Celine, że ich wycieczka miała też drugie, mroczniejsze dno. Patrząc na rumianą buzię i połyskujące oczy siostry nie mógł zapomnieć mrocznego snu, po którym zerwał się jak poparzony i nie mógł zasnąć przez kolejne dwie noce.
Od tamtego czasu wyniósł do szopy wszystkie lustra. Celine powiedział, że będzie malował i odświeżał ich ramy.
Nie pocieszyło go to jednak nawet o jotę. Nie przed wszystkim mógł ją uchronić. Nie zmieni szyb na papier, nie będzie jadł tylko z metalowych misek. Tego nie mógłby logicznie wytłumaczyć, a nie chciał jej straszyć, nawet jeśli przeczuwał, że prędzej czy później wszystko wyjdzie na jaw.
Ciążyło mu to bardziej niż byłby w stanie wyrazić i wiele wysiłku wkładał w to, by sprawiać wrażenie zrelaksowanego.
- Mam kanapki, ziarna słonecznika.... no i coś specjalnego, ale to zobaczysz dopiero jak pokażesz mi, że umiesz utrzymać się dłużej niż minutę na wodzie - rzucił z żartobliwą przekorą, gdy dotarli pod sam stok wodospadu. Niewielkie jezioro było tutaj krystalicznie czyste, odbijało na falach promienie słońca, zarazem prześwitując do dna wyłożonego kolorowymi kamykami. Przy samym wodospadzie woda była wściekle spieniona, a melodyjny szum wcinał im się w rozmowę pieśnią tła. Trudno byłoby ich tu podsłuchać. Może to i lepiej. Nie do końca wierzył w to całe zawieszenie broni. - To co? Kto pierwszy! - zakrzyknął, gdy już rozłożyli koce na suchym żwirze, w cieniu rozłożystego drzewa. Ściągnął kraciastą koszulę przez głowę i ruszył jeszcze zanim Cela miałaby czas do namysłu.
Niech się jeszcze chwilę pośmieje.
Choć chwilę.
[bylobrzydkobedzieladnie]



This is my
home
and you can't
frighten me
Elric Lovegood
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 12 +3
UROKI : 8 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Jasnowidz
all of them dreams
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Canonteign Falls [odnośnik]03.03.23 20:15
Pstryk! Palec nacisnął na guzik aparatu fotograficznego i utrwalił rozgadanego Elrica, który podążał szlakiem tuż za nią; chwilę wcześniej wyminęła go na dróżce, żeby uchwycić brata z lepszej perspektywy. Taka wycieczka wręcz domagała się pamiątek, fotografii, spośród których już niebawem wybiorą te najlepsze, najwyraźniejsze, najbardziej udane, po czym włożą je do nowego rodzinnego albumu. Albumu przeznaczonego dla nich dwojga.
- Już nawet prawie-trochę umiem! - zaszczebiotała dumnie. Poły fioletowej sukienki bawiły się z leniwym, gorącym wiatrem przedpołudnia, a kapelusz, spod którego wystawał złoty warkocz, odgradzał ją od słońca. Poza zasięgiem opiekuńczego Elricowskiego skrzydła, które mogłoby zechcieć trzymać ją z daleka od głupich i niebezpiecznych pomysłów, nauczyła się utrzymywać na wodzie przez kilka sekund bez podparcia stóp, a choć pozornie było to niewiele, dla Celine stało się to wystarczającym powodem do zadowolenia. Po kilku sekundach nadejdzie czas na kilka minut, później na kilka godzin. - Ale nie wiedziałam, że ty też umiesz pływać. I lubisz? Podobno istnieją ludzie, którzy nie lubią - westchnęła, rozanielona.
Nieświadoma sekretów, które znowu samotnie dźwigał na ramionach, wdychała świeże powietrze do płuc i wyobrażała sobie, że wiatr wkrada się w tkanki, czyniąc ją lekką jak piórko. Każdy krok naprzód stawał się płynniejszy, taneczny, nie zauważyła nawet, kiedy rozłożyła ręce do boków, odchyliła głowę lekko do tyłu i kawałek drogi przemierzyła w wolnych, rytmicznych obrotach. Miał wspaniały pomysł; oboje ciężko w ostatnich dniach pracowali, a on robił to zawsze, obarczony odpowiedzialnością i niebezpieczeństwem w postaci smoczego ognia, wielkich skrzydeł i długich, ostrych jak stal pazurów. Zasługiwał na odpoczynek bardziej niż ona.
- Byłeś tu wcześniej, Ellie? - spytała, przystanąwszy, żeby pochłonąć malujący się przed nią krajobraz. Skąpane w blasku słońca rośliny skrzyły się wyrazistą zielenią i drżały lekko, dotykane niewidzialnymi dłońmi wiatru; na polanie rozciągającej się obok nich swoje koncerty wygrywały świerszcze. Przez wysokie trawy lawirowały motyle, a przy kolorowych pączkach kwiatów przysiadały pszczoły. - Niesamowite. Nawet nie wiedziałam, że Devon ma takie miejsca - przyznała i uśmiechnęła się do niego szeroko, promiennie. Wzrok zawieszony na jego twarzy nie przedarł się przez pelerynę pozorów, wydawało się jej, że był tak samo wesoły i beztroski, wolny od bolączek. Tymczasem znów tak nie było. Znów nosił w sercu zadry, których jeszcze nie wypowiedział, zmagał się z nimi sam.
Kiedy dotarli w pobliże jeziorka przy wodospadzie, oczy Celine wręcz rozjarzyły się zachwytem na widok lazurowej, czystej wody i przylegającej do niej fosy z małych kamieni zagubionych w piaszczystym przylądku; aż klasnęła w dłonie i zarzuciła ręce na ramiona Elrica, nieco mniej zmęczona od niego, z kondycją, z której każdego dnia opadała rdza.
- Trzeba było powiedzieć, pomogłabym ci z tymi kanapkami. Ale doceniam niespodziankę, Ellie. Naprawdę. Jesteś... dobrym bratem, wiesz? - delikatnie zmierzwiła jego włosy i przyjrzała mu się tkliwie, by następnie cofnąć się o kilka kroków i ostrożnie ułożyć aparat fotograficzny razem z lnianą torbą na jednym z koców. Niby nigdy nic. Pierwszy raz jednak nazwała go w ten sposób, szczerze, nieprzymuszona okolicznością. Z daleka od piekących myśli, że los nie powinien połączyć ich w ten sposób, a mimo wszystko zostali spleceni ze sobą gęstą krwią bliskości. Żeby ukryć zakłopotanie, Celine zdjęła na moment kapelusz i zabrała się za ściąganie sukienki, pod którą już czekał strój kąpielowy. - Jak to minutę? Ty wiesz jak to długo? - jęknęła dramatycznie, a kiedy Elric zaordynował rozpoczęcie gonitwy, przez kołnierz miała przeciągniętą dopiero połowę głowy. - Hej! Hej no! - zawołała za nim i niemalże na ślepo rzuciła się w stronę jeziorka, w biegu zdejmując resztę ubrania, które odrzuciła na bok, zapomniane i nieważne. Lawendowa, letnia kreacja wylądowała w trawie, a woda przyjemnie przywitała ciało rozgrzane od lipcowych temperatur; śmiech mieszał się z szumem wodospadu, w powietrze wzbiły się krople wzburzone nagłym wtargnięciem, i przez to jedno krótkie tchnienie w wojennym życiu wszystko po prostu było dobrze. Rześko. Tak, jak powinno być. - A co jeśli są tu ogromne węże morskie? Zjedzą cię, bo grasz nieczysto - chichotała beztrosko, ułożywszy dłonie w koszyczki, które zatopiła w jeziorze, żeby zacząć chlapać w niego z zapałem. - I czy panowie w twoim wieku nie powinni zanurzać się powoli i ostrożnie? - podjęła z fałszywą powagą i znów wybuchła śmiechem.


paruje świt. mgła półmrok rozmydla. wschodzi światło spomiędzy mych ud, miodem rozlewa i wsiąka w trawę.
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w Palace Theatre
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
i was given a heart before i was given a mind.
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30+3
SPRAWNOŚĆ : 17
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t12088-celine-lovegood#372637 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Canonteign Falls [odnośnik]14.03.23 18:46
Za każdym razem, gdy z rytmu wybijał go błysk flesza, starał się, by na zdjęciu zachować pozę roześmianego i podekscytowanego wyprawą brata. W rzeczywistości cieszył się z okazji na zabranie Celi w piękne miejsce, w którym mogła poczuć się niemal jak na rodzinnych wakacjach, nawet jeśli nie towarzyszył jej ojciec ani nikt w jej wieku. Pamiętał, że uwielbiała wycieczki, gdy była jeszcze mała, pełna życia, nadziei i zupełnie niewinna w kwestiach okropności, jakie miały czekać ją w dorosłym życiu.
Dzień był dobry, ciepły, nic nie zapowiadało burzy, ale Elric wiedział, że chmury czają się za linią horyzontu i prędzej, czy później ich dopadną. Przed przeznaczeniem nie dało się uciec, choć próbował - nie raz i nie dwa, tylko po to, by zobaczyć znów, jak bardzo jest wobec niego bezradny.
- Oczywiście, że istnieją. Wody można się bać, nie ma w tym nic złego. Ale mnie... ja umiem pływać od dziecka, zawsze to lubiłem. Kiedyś pływałem więcej, teraz pewnie będę musiał trochę sobie przypomnieć - odpowiedział pogodnie, przygryzając język w odpowiednim momencie, by nie palnąć, że właściwie pływania nauczył go ojciec, gdy za czasów dzieciństwa zabierał jego i Magdalene nad wschodnie morze. Tego Celine nie musiała wiedzieć ani on nie musiał o tym myśleć. Miał wystarczająco wiele zmartwień.
- Byłem, dawno temu - przystanął przy ramieniu siostry i wciągnął głęboko powietrze, wyobrażając sobie, że w ten sposób ziemia przekazuje mu również odwieczną, stoicką odwagę, której wkrótce będzie potrzebował. To nie może być trudniejsze od wyznania jej prawdy o ojcu. Cóż, mogło. Ale mógł też ją zwyczajnie ostrzec, po bratersku, bez wyznawania całej prawdy o tym, że w snach widywał przyszłość. Tylko czy wtedy weźmie go na poważnie? - Ale wtedy była jesień i wszystko już żółkło i gniło. Teraz jest tu zdecydowanie piękniej.
Uśmiechnął się, widząc, jak zapaliły jej się oczy na widok wodospadu i jeziorka. Nie miał serca zmuszać się do tego, by sięgać po powagę, więc dość szybko po zrzuceniu na piach plecaka wpadł na pomysł wyścigu. Musiał poczekać z jego realizacją, bo Cela zarzuciła mu ręce na ramiona, a on schwycił ją w talii i okręcił kilka razy wokół osi aż jej warkocz zatańczył w powietrzu połyskliwy taniec.
- A ty jesteś dobrą siostrą, to już ustalone - powiedział, gdy już poprawił zmierzwione włosy. Nazywanie jej w ten sposób przychodziło mu naturalnie już od jakiegoś czasu.
Poczekał aż zacznie ściągać sukienkę, a potem zaordynował bieg. Sam ledwie zdążył zerwać koszulę i odrzucić ją na brzeg, zanim pod nogami rozbryznęła mu chłodna woda.
Cela dołączyła do niego z minimalnym opóźnieniem, ale i tak wybuchnął śmiechem, gdy na przywitanie zaczęła się szarogęsić.
- Węże morskie? W stawie? No wiesz, Cela, nie rób wstydu. - Zanurzył się cały i po kilku sekundach wypłynął nieco dalej, parskając i machając włosami. Tego potrzebował. Chwili orzeźwienia, zapomnienia o tym, co czaiło się na nich obu w cieniu. - W moim...? Ej! - Gdy zaczęła chlapać, odpowiedział jej tym samym, a potem z wymownym uśmiechem przepłynął te kilka dzielących ich metrów, żeby złapać ją za nogę. - No i co teraz? - Pociągnął łagodnie, ale dość, by straciła równowagę. - To pokaż co prawie-trochę umiesz. Jeszcze się nie chwaliłaś - Prawie mógł udawać, że przyszli tutaj tylko po to.

Co nam pływa pod nogami
1-3 - nic, wszystko pouciekało jak nas zobaczyło
4-5 - małe, kolorowe rybki
6 - homar chowający się między kamieniami



This is my
home
and you can't
frighten me
Elric Lovegood
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 12 +3
UROKI : 8 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Jasnowidz
all of them dreams
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Canonteign Falls [odnośnik]14.03.23 18:46
The member 'Elric Lovegood' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Canonteign Falls - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Canonteign Falls [odnośnik]14.03.23 22:06
On nie wspomniał, ona nie zapytała - czy to ojciec po raz pierwszy zabrał go nad jezioro i nauczył utrzymywać równowagę w wodzie. Czy obiecywał nagrody za przepłynięte metry bez podparcia stopami o muliste, przetykane glonami dno, i czy wtedy na brzegu wylegiwały się mama Elrica i Magdalene, starsza, zaczytana i śliczna. Temat starego Lovegooda wciąż był ością stojącą w ich gardłach, zepchnęli postać kłamcy w ciemność urażonego, pozbawionego wybaczenia eteru, w paszczę zapomnienia. Tak było łatwiej. Udawać, że to, co zbliżyło ich do siebie, rozmyło się jakby we mgle. Czasem zastanawiała się, czy Ellie za nim tęskni; nawet jeśli nie chciałby tego robić, serce nie sługa, rządziło się własnymi prawami i plotło własną historię jak pogrążony w natchnieniu artysta. Bohaterów nikt nie pytał o to, czy mieli ochotę na pisane im przygody.
- I cieplej - przytaknęła, nie odrywając spojrzenia od pejzażu puszczy kąpiącej się w złotym blasku słońca. Równiny przylegały do podstaw gór, ale to właśnie wzniesień widziała więcej, ich szerokich linii otulanych połaciami zieleni i korytami potoków, ich szczytów brodzących w chmurach. Ich szlaków prowadzących między gęstwiny drzew i pustki pochyłych łąk. Sielsko, tak pięknie. Łagodny wiatr i ptasi trel były jedyną orkiestrą, na jaką mogli tu liczyć. Owady musiały stronić od przedpołudniowego gorąca, choć Celine wciąż wydawała się zachwycona tym, że niedługo po teleportacji na jej ramieniu usiadła odpoczywająca ważka, którą niosła na sobie przez pół drogi. Odleciała przed momentem. - Wrończyka schładza magia, regularne zaklęcia transmutacyjne, więc na szczęście nie lepimy się od potu po pięciu minutach i dzięki nim da się tańczyć. Ale gdyby nie to, chyba zaczęłabym narzekać na te upiorne temperatury. Już przestało być zabawnie - westchnęła. Każda pora roku była piękna na swój sposób, jednak latem wszystko było dla niej bardziej inspirujące, nie mogła przeboleć tego, że w tym roku świat cisnął ich w płomienie. - Smoki pewnie mają tu teraz jak w raju - półwila dodała z boleściwym uśmiechem - w upałach, które osiągały niebotyczne wyniki trzydziestu pięciu stopni, przykrywając Wyspy zbyt grubą pierzyną zaspania, zmęczenia, braku apetytu i przegrzania.
Potem, odstawiona na ziemię po piruetach, w jakie ją porwał, zerknęła na akwen, byle tylko przez chwilkę nie patrzeć na Elrica, tak czystego i prawdziwego w braterskiej miłości. Uciekała spojrzeniem ilekroć ją tak nazywał, siostra, jakby słowa mogły parzyć, podświadomie unikała konfrontacji z własnym poczuciem zdrady i zazdrościła, że jemu odnalezienie wobec niej braterskich instynktów chyba przychodziło łatwiej. Tylko czy na pewno? Na tej relacji stracił więcej niż ona, musiał stanąć twarzą w twarz z obdarciem z synowskich złudzeń o ojcowskiej nieomylności i krystalicznym charakterze. Z dnia na dzień jego życie legło w gruzach, a mimo to nie poddawał się i dalej próbował - odnaleźć w ich nowym dzisiaj odrobinę normalności. Zganiła się w myślach, zmusiła, by spojrzeć na niego kątem oka, i z łagodnym uśmiechem odgarnęła za ucho srebrne pasemko, które podczas obrotów zdołało wysupłać się z warkocza.
- A skąd wiesz, że ten staw nie ma połączenia z morzem jakimiś krętymi, podwodnymi tunelami, których stąd, z brzegu, nie widać? Może ma - stwierdziła zdecydowanie i na pierwszy rzut oka trudno było ocenić, czy żartuje, czy wierzy w to całym sercem. Odległość dzieląca ich od wodospadu, chociaż pokaźna i bezpieczna, nie była w stanie w pełni zagłuszyć szumu wodnej kanonady, półwila spodziewała się, że Elric słyszał ją również podczas nurkowania, którego trasę śledziła za sprawą bąbelków powietrza docierających do powierzchni. Uśmiechnęła się wesoło, kiedy się wynurzył, a czekoladowe pukle, rozprostowane i dłuższe, niż kiedy kręciły się w drobne loki, przykleiły się do jego wilgotnej twarzy. - Idź sobie, ty mokry kocie, sio! - zaśmiała się, czując jego rękę na łydce, i wierzgnęła w wodzie - odchyliła się do tyłu, oparła stopę o ramię brata i odepchnęła się od niego zwinnie i gładko, jak od ściany, od punktu, który mógł utorować jej drogę przez szklistą taflę stawu. Płynęła do tyłu trochę nieporadnie i chwiejnie, ale przynajmniej po prostym torze. - Tak mi łatwiej niż do przodu. To normalne? - zapytała, dopiero po kilku ruchach obróciwszy się na brzuch. Na krótką chwilę ustawiła nogi na podłożu, jakby resetując w ten sposób pływackie wybryki, nabrała głębokiego wdechu, wypuściła z płuc powietrze i skoncentrowała się na ciele, które należało odpowiednio ułożyć, żeby podryfować świadomie, nie jak kłoda pchana przez nurt. Przyglądając się Elricowi, znów zniżyła się na kolanach, ułożyła ręce przed sobą. - No to patrz. Zaraz ci przypomnę jak się pływa i zrozumiesz, że to nie przechwałki, a fakty - zapowiedziała z teatralnym przekonaniem - i popłynęła.

jak mi idzie?
0-30 pech chciał, że wiatr smagnął w taflę stawu, a ja nie zdążyłam uchylić się przed falą, przez co na chwilę znalazłam się pod wodą, której niechcący się opiłam. wynurzam się z niej z kaszlem
31-70 udaje mi się przepłynąć kilka metrów, zanim dekoncentruje mnie ryba, która dotknęła pod wodą mojej łydki. z głośnym ble! krzywię się i ledwo łapię równowagę, na pograniczu miejsca, gdzie grunt staje się zdradliwy i gdzie za kilka centymetrów nie zdołałabym złapać już równowagi
71-100 płynę zdecydowanie lepiej niż titanic i zadziwiam tym samą siebie, natomiast tuż obok ciebie rozlega się bzyczenie owada. to wyjątkowo uparty giez, którego urzekłeś

[bylobrzydkobedzieladnie]


paruje świt. mgła półmrok rozmydla. wschodzi światło spomiędzy mych ud, miodem rozlewa i wsiąka w trawę.


Ostatnio zmieniony przez Celine Lovegood dnia 15.03.23 0:20, w całości zmieniany 21 razy
Celine Lovegood
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica, tancerka w Palace Theatre
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
i was given a heart before i was given a mind.
OPCM : 2 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 30+3
SPRAWNOŚĆ : 17
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t12088-celine-lovegood#372637 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Canonteign Falls [odnośnik]14.03.23 22:06
The member 'Celine Lovegood' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 40
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Canonteign Falls - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Canonteign Falls [odnośnik]29.03.23 14:45
Nie chciał rozmawiać o ojcu; rzeczywistość olbrzymiej zdrady na rodzinie jakiej się dopuścił wciąż była zbyt przytłaczająca i nadal nie podjął decyzji o tym, by powiedzieć prawdę matce i starszej siostrze. Zostawił to jemu, wymusił na nim listownie, by przestał wreszcie być tchórzem i wszystko im wyznał. Nie miał pojęcia, czy to zrobił, bo od wiosny nie otrzymał od matki żadnego listu. Magda za to wydawała się taka sama jak zawsze, gdy wysyłała mu zdjęcia swoich dzieci i pytała o to kiedy wreszcie ich odwiedzi.
Tęsknił za nimi nawet bardziej niż za ojcem - najbardziej to za tym światem, w którym mógł spędzać z nimi czas bez widma krzywd i tajemnic. Do tego jednak raczej nie zdołają już wrócić.
Uśmiechnął się pokątnie, gdy wspomniała swój teatr; jej spełnienie marzeń, jak chciał myśleć, choć pewnie jako młoda dziewczyna sięgała nimi znacznie dalej, do samych gwiazd. Cieszył się, że znalazła miejsce, w którym mogła wrócić do tańca, zająć się czymś, co sprawiało jej radość już od dziecka. Bo fakt, zastanawiało go, dlaczego przez te wszystkie tygodnie stroniła od czegoś, z czego najlepiej ją pamiętał. Ich małą baletnicę.
- Smoki są odporne na gorąco. Czasami im zazdroszczę, gdy tak patrzę jak wylegują się na skalistych zboczach jak gdyby nigdy nic. Ścieżki na szczytach rozgrzewają się już do takich temperatur, że ciężko się po nich chodzi, bo parzą w stopy - rzucił w odpowiedzi na jej rozważania.
Zauważył, że trochę się przed nim kryła, uciekała spojrzeniem i próbowała zamaskować prawdziwe uczucia. Napawało go to niepokojem tylko potęgowanym przez nocne wizje i koszmary. Czy o czymś mu nie mówiła? Czy planowała coś ryzykownego?
- Będziecie mieli teraz jakieś występy? Opowiedz mi o nich - poprosił, żeby nieco rozwiać mrok, który nad nim zawisł. Liczył na to, że we Wrończyku nie będzie w najbliższym czasie żadnych spektaklów z użyciem luster, szklanych witraży. Tak łatwo można byłoby zrobić sobie krzywdę.
Woda chłodziła nie tylko zmęczone upałem ciała, ale też otrzeźwiała ducha. Chętnie oddał się paru minutom niewinnej zabawy, ścigając się z Celine w wodzie i próbując złapać ją pod taflą. Dał jej się odepchnąć i przeciąć wodę ze zwinnością, którą dotąd widywał u niej tylko na lądzie.
- Raczej tak. Na plecach nieco łatwiej się utrzymać. Poza tym każdy ma jakiś styl, który pasuje mu najbardziej. No ale pokazuj jak pływasz, a nie się tylko wylegujesz - parsknął śmiechem, gdy rzuciła mu wyzwanie, ale serce i tak mu na chwilę zamarło, gdy jęknęła z obrzydzeniem i zakołysała się na wodzie, całkiem niedaleko spienionej warstwy, którą tworzył wodospad. - Prawie! Nie jest źle, ale musisz się skupić. W czasie pływania ważny jest oddech, nie zapominaj o nim. W płucach jest masa powietrza, które pomaga ci się utrzymać. Synchronizacja rąk z nogami idzie ci świetnie, ale tego to się akurat spodziewałem - Była w końcu tancerką, czy nie?
Wziął głęboki oddech, szykując się pomału do tego, by zadać jej jeszcze jedno, bardzo istotne pytanie. Najpierw jednak przepłynie choć kawałek, raz jeszcze zanurzy się w zimnej wodzie. Jest tak cholernie gorąco.
- Uważaj! - obwieścił i zanurkował pod wodę, zamierzając dopłynąć do niej pod taflą. Nie zamykał oczu, odgarniając dłońmi małe, kolorowe rybki.

A jak mi idzie?
1-30 - zagalopowałem się i podpłynąłem pod sam wodospad, gdy się wynurzam uderza we mnie ściana wody, robiąc ze mnie zmokłego psa
31-70 - dopływam akurat tam, gdzie chce, żeby połaskotać Celine w stopę i wynurzyć się obok
71 - 100 - udaje mi się zrobić pod wodą przewrót w przód i złapać Celine za biodra, by podrzucić ją wysoko do góry

[bylobrzydkobedzieladnie]



This is my
home
and you can't
frighten me


Ostatnio zmieniony przez Elric Lovegood dnia 29.03.23 14:46, w całości zmieniany 1 raz
Elric Lovegood
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 12 +3
UROKI : 8 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Jasnowidz
all of them dreams
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Canonteign Falls
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach