Wydarzenia


Ekipa forum
Wejście
AutorWiadomość
Wejście [odnośnik]08.08.15 18:58
First topic message reminder :

Wejście

★★★
Wszystkie budynki na ulicy Śmiertelnego Nokturnu wyglądały podobnie - tak samo podniszczone, tak samo zaniedbane i brudne, odpychające, czy nawet mogące przerazić zbłąkanego przechodnia. Jednakże dla większości bywalców o wątpliwej moralności, te tereny są codzienne, znajome, swojskie. Nic więc dziwnego, iż sklep ulokowany pod 13B, opatrzony wypłowiałym już nieco szyldem z łuszczącym się, złotawym napisem Borgin & Burkes nie był wyjątkiem od tej niepisanej reguły.
Stojąc na zakurzonej, kamiennej ulicy trudno było ujrzeć cóż owy przybytek mógł kryć w swym wnętrzu; zmatowiałe, w niektórych miejscach osnute pajęczynami szyby łukowatych okien pilnie strzegły tajemnic właścicieli, odstraszając niechcianych gości, przypadkowych i niewtajemniczonych laików... Odróżnić dało się jedynie chłodny poblask lamp muszących znajdować się gdzieś po drugiej stronie, gdzieś kilka kroków dalej, w bliskim, lecz odległym świecie czarnomagicznych artefaktów, śmiertelnie niebezpiecznych przedmiotów niejednokrotnie sprowadzanych z odległych krajów, z przemytniczej Bułgarii, mroźnej północy. Po przekroczeniu skrzypiącego progu, do uszu dociera cichy, nieprzyjemny brzęk zaśniedziałego dzwoneczka mającego informować stojącego przy wyszczerbionym kontuarze sprzedawcę o każdym, dosłownie każdym gościu. Wnętrze sklepu jest nieuporządkowane, ciemne, brudne; w powietrzu unosi się zapach stęchlizny i kurzu. W oczy rzuca się masywny kominek, w którym to wiecznie pali się blady, chłodny ogień. Ustawione pod ścianami szafy, komody, komódki zastawione są przedmiotami drobnymi, jak i całkiem sporymi, niepozornymi, jak i już na pierwszy rzut oka powodującymi mdłości; przede wszystkim jednak wszystkie te przedmioty mrowią skórę doskonale wyczuwalną magią, magią potężną, niepojętą i śmiercionośną. Tak wielce pożądaną w tych czasach.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:46, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wejście  - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Wejście [odnośnik]27.07.22 23:41
Wojna już nie docierała do Londynu - nie w taki sposób, w jaki to robiła przed roku, kiedy miejsce miały upragnione czystki. Ale dzisiaj, gdyby nie ekonomiczny stan stolicy, wszystko zdawałoby się trwać jak przed wojną - przynajmniej dla niego.
Ale obserwował ją, jej reakcje, jak ta młoda szara myszka pozwala z siebie czytać niczym z otwartej księgi. Bała się? Wyraźnie...
Sięgnął powoli wydania Walczącego Maga.
- Zakon Feniksa rozbity - zaczytał jeden z artykułów, zaraz znów przywołując dalej. - Na skutek planowanych od wielu tygodni, skoordynowanych działań, patrolom egzekucyjnym udało się rozbić kilkanaście grup buntowników, wśród których znajdowało się jedenastu niebezpiecznych, poszukiwanych listami gończymi członków Zakonu Feniksa - przerwał, odkładając gazetę na bok i spoglądając na dziewczynkę, znów delikatnie się do niej uśmiechając. Przyjaźnie i ciepło, choć jego wzrok był mroźny. - To dobrze, masz ogromne szczęście, że mieszkasz w spokojnym miejscu. Chociaż czasem i tam mogą pojawić się źli ludzie - przyznał, kiwając delikatnie głową. - Twój tata to mądry czarodziej - przyznał, a widząc na jak niepewny, a jednocześnie wyraźny grunt trafił, zaraz spochmurniał i posmutniał. Splótł dłonie przed sobą, jakby szukając czegoś na swojej dłoni - na palcu, na którym kiedyś nosił obrączkę. - Są okrutni i bezlitośni. Jeszcze przed wojną, miałem żonę. Piękną, kochaną i troskliwą... Spodziewaliśmy się dziecka, wiesz? - powiedział, uśmiechając się smutniej i krótko. Po tym westchnął, przenosząc wzrok z Marii na brudne okno wystawy. Starał się grać swoją mimiką i mową ciała, jakby temat który przywoływał był trudny - a nie był ze względów, o których wspominał. Tęsknił za Freyą, jednak nie dlatego, że nie uważał że nie zasługiwała na śmierć. - Zabili ją, kiedy opuściła Londyn... Nie była stąd, wiesz? Dorastała w Norwegii, a Anglia była dla niej piękna... Była artystką, poszukiwała często inspiracji dla obrazów. A ja... ja powinienem wtedy z nią być. Może gdybym był, wszystko skończyłoby się inaczej? - dodał, urywając jednak i pokręcił delikatnie głową. Uśmiechnął się przepraszająco do dziewczynki. - Wybacz, to wciąż bolesne wspomnienia... ale... Twój tata ma racje. Szlamy są złe, są agresorami i chcą mordować czarodziejów. Nie można im ufać. Na pewno zmartwiłby się, gdyby coś stało się i tobie - a nie jest to przecież niemożliwe - powiedział, mając szczerą nadzieję, że jego słowa dotrą do Marii, szczególnie jeśli była wrażliwą młodą panną. Nie wiedział czego mógł się spodziewać po kolejnej Multon - po samej Elvirze nie spodziewał się niczego dobrego, a jeśli były siostrami lub w jakikolwiek blisko spokrewnione, mogło to być bardziej niż pewne, że ta dziewucha to same kłopoty i nie posiadała empatii. Ale czy na pewno? Może powinien mieć nadzieję na coś lepszego niż Elvira?
Tym bardziej, że póki co, nie wykazywała się takim nieposłuszeństwem jak stara panna Multon. Może to mogło być wystarczającym dowodem na jej inność w tej materii?
- Och, proszę nie martwić się takimi rzeczami. Jesteś teraz moim gościem i również pod moją opieką, nie mogę pozwolić ci wrócić głodnej do domu, prawda? - zapewnił szarą myszkę, zaraz uśmiechając się do niej łagodnie. - Czuję się bardziej niż zobowiązany do tego, aby zapewnić ci bezpieczną drogę do domu, ale również nie mogę pozwolić ci wrócić o pustym żołądku. Teraz jest wojna, powinniśmy sobie pomagać, czarodziej czarodziejowi, prawda? - dodał, chcąc wyłącznie dalej zaszczepić w Marii pewnego rodzaju powinność i poczucie wspólnoty w magicznym społeczeństwie. W końcu był po jej stronie, prawda?
Nie bał się klątw, nie bał się czarnej magii - może to była zasługa dziadka, a może samego Durmstrangu? Może wszystkiego po trochu, bo od dziecka przebywał nie tylko w sklepie, ale i na samym Nokturnie - z niektórymi podzielał swoje zainteresowanie, z innymi rozmawiał na temat czarnej magii.
- Klątw? Nie, dlaczego bym miał się ich bać? - zapytał spokojnie, przesuwając wzrok do niej. - Mario, boisz się pułapek magicznych? - zadał jej kolejne pytanie z uśmiechem. - Klątwy to sztuka. Można nałożyć je na miejsce, można nałożyć je na kogoś... lub bliski nam przedmiot. Mają na celu nas bronić, ale niektóre klątwy są również samą historią - wyjaśnił spokojnie, zaraz odkładając jeden z pakunków i odwracając się do szafki za nim. Otworzył ją powoli, wyciągając z niej pudełko wyłożone skórą widłowęża, a po tym otworzył - ukazując jego zawartość Marii. Nawet niewprawione oko mogło dostrzec zapisane brunatnoszarym odcieniem rzędy run na rękojeści i tyle grzebienia wykonanego z kości słoniowej - wyraźnie przedmiotu starannie wykonanego, ale również i mającego już swoje lata.
- To zapis historii czarodziejów, inne zastosowanie magii. Proszę, nie dotykaj - potrzeba ostrożności z klątwami, ale ta ostrożność odpłaca się ukazywaniem historii - wyjaśnił, podnosząc wzrok na dziewczynkę, chcąc zobaczyć jej minę i to czy jest bardziej przerażona, czy bardziej zainteresowana. - Grzebień kiedyś, przed dwustu laty, miał być prezentem dla jednej czarownicy, która podobno knuła przeciwko swemu mężowi i popadała w szaleństwo. Dopuszczała się rzeczy, które doprowadzały jej rodzinę do ruiny, a których nie chcę przy pannie podnosić, bo nie wypada - ale była czarownicą, która stanowiła zagrożenie dla siebie, ale i dla innych - wyjaśnił z nutą smutku w głosie. - Klątwa nałożona na grzebień miała na celu ochronę innych przed nią. Ale czy historia miała dobre zakończenie? Jeszcze do końca nie odkryłem pełni historii, która skrywa się za tym grzebieniem - wyjaśnił, po dłuższej chwili zamykając pudełko i odkładając na miejsce, z którego je zabrał.
- Och, szycie jest bardzo dobrą umiejętnością dla czarownicy. Przydatną w domostwie, z pewnością twój przyszły mąż będzie zachwycony - pochwalił, chociaż słysząc o jednorożcach powstrzymał swoje skrzywienie. Nienawidził zwierząt - tych magicznych i tych pozbawionych fascynujących właściwości. Były głośno, wielkie, brudne... chociaż wcale nie gorsze od mugoli. Niewiele lepsze, a jednak wciąż odpychające. - Jak cieszy cię prawda w rezerwacie? Jestem pewny, że lordowie Parkinson dobrze dbają o swoich pracowników - przyznał, powoli zaczynając sprzątać na ladzie to czym się zajmował, ale również i opróżniony dzbaneczek, czy miseczkę. Powoli powinien zająć się Marią i odprowadzeniem jej do miejsca, z którego mogła sama dostrzec z powrotem do domu. Oraz zadbać o jej posiłek.
- Udamy się pierw do kawiarni, dobrze? Może zechcesz zabrać coś słodkiego również do domu, dla rodziców? - zaoferował, może chcąc na złość Elvirze traktować Marię jak najlepiej tylko mógł - chociaż wątpił, aby czarownica w jakikolwiek sposób miała się dowiedzieć o dzisiejszym spotkaniu w sklepie z młodą panną.


I den skal Fienderne falde

Dalens sønner i skjiul ei krøb
Oyvind Borgin
Zawód : Pracownik Borgin and Burkes, specjalista od run nordyckich
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Hide away the proof that I had loved you
Never see the truth, that final breakthrough
OPCM : 7
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9 +2
CZARNA MAGIA : 16 +3
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11114-oyvind-borgin#342285 https://www.morsmordre.net/t11189-frode https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f419-smiertelny-nokturn-10 https://www.morsmordre.net/t11191-skrytka-bankowa-nr-2433#344452 https://www.morsmordre.net/t11190-oyvind-borgin#344451
Re: Wejście [odnośnik]12.08.22 17:29
Wraz z każdym kolejnym czytanym słowem kolor odchodził z twarzy Marii, pozostawiając ją niemal zupełnie bladą. Niewiele było przecież potrzeba, by wyobraźnia młodej panny zaczęła działać, podsuwając jej obrazy niesłychanie dlań straszne. Oddychała bardzo powoli i płytko, tak, jakby nie chciała się poruszyć, a już tym bardziej wydać jakiegokolwiek dźwięku. Zupełnie jakby była naprawdę na celowniku rebeliantów gotowych odebrać jej dom, rodzinę, bezpieczeństwo, może nawet i różdżkę wraz z magią. Gdy Oyvind skończył czytać i odłożył gazetę na bok, uśmiechał się przecież uprzejmie, ale coś w jego oczach sprawiało, że uśmiech ten ich nie sięgał. Maria prędko opuściła swój wzrok na filiżankę, którą zaraz przytknęła ponownie do ust, wypijając resztę jej zawartości. Ciepła herbata przepłynęła przez usta i gardło do przełyku, dając jej przynajmniej chwilę wytchnienia i ukojenia.
— Tak pan myśli? — spytała wreszcie, drżącym ze strachu głosem odpowiadając na złowróżbne słowa Borgina o złych ludziach, którzy kiedyś mogą zjawić się w jej rodzinnych stronach. Nie chciała o tym myśleć, ani zakładać planów na taką ewentualność. Chciała... Przecież chciała wyłącznie żyć w swoim rytmie, w spokoju podróży między Okruszkiem a rezerwatem, z daleka od wojny, w ciszy starych lasów otaczających domek tak jej, jak i jej rodziców, daleko od hałaśliwych odgłosów wojny. Na słowa o ojcu pokiwała trzy razy głową. Był mądrym czarodziejem, choć rzadko kiedy — w opinii Marii — dzielił się swoją wiedzą. A jednak posiadał talent do języków i znał pewnie każdą ciekawostkę o magicznych stworzeniach. Nigdy jednak nie mówił swej córce, że wojna zbliża się do ich drzwi; trudno było powiedzieć, czy w ten sposób chciał ochronić najmłodszą z córek przed sercem ściśniętym trwogą, czy miało to jakiś wyższy cel.
Nie było jednak czasu na myślenie o tacie, gdy pan Borgin wspominał swoją żonę. Im dłużej mówił, tym łatwiej było Marii ją sobie wyobrazić, choć niewiele mówił o jej wyglądzie. Ale przed oczami panny Multon stanęła smukła blondynka o włosach układających się w starannie wykonane fale, o rozmarzonym spojrzeniu artystki, stojącej przy sztalugach, na których spoczywały jej prace. Nie takie, do których nawykła w pięknie korytarzy Beauxbatons, tam dostrzec można było jedynie sztukę francuską. Nie przypominały też obrazów angielskich, widywanych przez Multon znacznie rzadziej, były bardziej... Surowe i łagodne zarazem, zimne i orzeźwiające. Jak Norwegia stworzona w jej wyobraźni naprędce, pod wpływem nagłych skojarzeń. Wszystko jednak, co mówił, w połączeniu z tym, że oczekiwali dziecka, sprawiło, że zwilżone od łez oczy Marii wzniosły się raz jeszcze na twarz mężczyzny, spomiędzy warg wydostało się przejmująco smutne westchnienie.
— Bardzo mi przykro, panie Borgin... — szepnęła wreszcie, stosując się do prostych schematów zachowań ludzi postawionych w podobnych sytuacjach. Należało wyrazić współczucie, żal po stracie, ale czy jakiekolwiek słowa mogły na to faktycznie wpłynąć? Prawdziwie zatrzeć ślad rozpaczy, choćby na moment? Nie miała pojęcia. — Ja... będę uważać... — dodała po chwili, jeszcze raz kiwając głową, jakby na przypieczętowanie dopiero co powiedzianej obietnicy. Tak bardzo nie chciała, by komukolwiek działa się krzywda... Wojna była prawdziwą tragedią, a im więcej o niej słyszała, tym bardziej chciała, by zakończyła się jak najprędzej. Najlepiej tu i teraz. By wszyscy źli ludzie zostali ukarani, by nie grozili już nikomu, żadnej niewinnej duszy...
Ale była przecież nadzieja, skoro w miejscu takim jak to, na Śmiertelnym Nokturnie, trafiła na kogoś równie miłego i opiekuńczego co pan Borgin. Pan Borgin, który nie tylko zaproponował jej odprowadzenie w bezpieczną część stolicy, ale jeszcze posiłek i zapewnił, że nie wyjdzie od niego głodna!
— Bardzo... bardzo panu dziękuję — na wargach zadrżał niepewny, ale wdzięczny uśmiech. — Będę... mogła się jakoś odwdzięczyć? — dopytała wreszcie, raczej nie dlatego, że uważała, że pan Borgin będzie coś od niej chciał; przede wszystkim kierowała się grzecznością, oraz faktem, że w jej oczach Oyvind malował się na naprawdę przyjemnego, troskliwego mężczyznę. Nawet był odrobinę podobny do taty...
Ale tata Marii nie był biegły w dziedzinie klątw, to jedno można było stwierdzić z całą pewnością.
— Profesorowie w szkole mówili, że klątwy potrafią robić wyłącznie czarnoksiężnicy — szepnęła w karykaturalnej dla tego miejsca tajemnicy, wymownie spoglądając na pudełko, które okazało się trzymać w sobie grzebień. Przeklęty grzebień, który trafił kiedyś do kobiety, która miała knuć przeciwko mężowi. I w dodatku robić rzeczy, których nie wypadało podnosić przy młodych pannach. W takim razie najwyraźniej zasłużyła na karę, ale połączenie klątw z czarną magią wydawało się Marii wciąż zbyt brutalne. — Skoro popadała w szaleństwo... Czemu nie można było jej pomóc? Posłać po uzdrowiciela? — spytała naiwnie, odruchowo cofając dłonie z lady, by wreszcie znów położyć je na swych kolanach. Jej kuzynka Claire była klątwołamaczką, może będzie mogła odpowiedzieć jej na to pytanie?
Humor, a przynajmniej jego z trudem budowana konstrukcja, powróciły gdy Oyvind skomplementował wagę szycia w domowym życiu. Na wzmiankę o zadowolonym mężu spuściła znów wzrok w dół, wyraźnie speszona. Praca w rezerwacie dawała jej nadzieję, że może uda jej się uniknąć zamążpójścia. Lęk, który świadomie został jej podarowany przez ojca, sprawiał, że... nie chciała myśleć o małżeństwie, chłopcy w jej wieku zawsze mieli być z a g r o ż e n i e m, dlatego zwykła trzymać się od nich na dystans.
— Bardzo się cieszę, że mogę tam pracować. Bo wie pan... to prawdziwy zaszczyt — znaleźć się w grupie dziewcząt o najczystszych sercach, przyjętych do instytucji zarządzanej przez ród szlachecki. To naprawdę nie lada osiągnięcie.
Gdy Oyvind zaczął zbierać rzeczy, sama drgnęła dość wyraźnie, odruchowo chcąc zająć się tym sama. W ostatniej chwili przypomniała sobie jednak, że miała niczego nie ruszać i spokojnie siedzieć, dlatego to właśnie uczyniła. Dopiero gdy Oyvind powrócił w jej pole widzenia, wstała z zajmowanego przez siebie krzesła, kłaniając się przed mężczyzną, jednocześnie unosząc rąbki sukienki nieco do góry.
— Bardzo, bardzo panu dziękuję. Jeżeli to naprawdę nie jest kłopot, wzięłabym rodzicom ciasto czekoladowe... To ulubione mojej mamy...

| z/tx2?


Having dreams means
at times you'll be faced with loneliness
You have to walk an empty path



Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18/19 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
with golden hair tangled everywhere
this flower will soon
disappear from me
f r u i t l e s s
blooming crazily
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Wejście [odnośnik]31.01.23 19:41
Dziwny jest ten świat
3 lipca 1958 r.
Noc była pełna strachów. Zbudzone nad ranem oczy łaknęły dalszego snu, ale ten napawał niepokojem. Niejasne wspomnienia przywoływały czerwone światło, czy było postrzępionym fragmentem snu, czy rzeczywiście dobiegało zza okna? Niewypoczęte ciało wydawało się spięte, lekki ból głowy subtelnie stukał w czaszkę ze wszystkich stron. Każda napotkana od rana twarz wydawała się równie zmęczona. Mogły dotrzeć do ciebie pogłoski o krwawym księżycu, który nocą pokazał się na niebie, barwiąc gęste obłoki szkarłatem. Zawieszenie działań wojennych winno przynieść chwilowy oddech, a jednak...

Deirdre: Twoje dzieci były tego dnia nienaturalnie ciche. I one nie przespały nocy, o czym zapewniła cię twoja służka, lecz jak na zmęczone wydawały się dziwnie spokojne. Wiedziałaś, że magia dzieci różni się znacznie od magii dorosłych czarodziejów, że najmłodsi bywali bardziej wyczuleni na niektóre bardzo subtelne aspekty magicznego świata, a niedawna manifestacja mocy bliźniąt mogła dawać im się jeszcze we znaki. Zdawało się, że podczas zabawy spoglądały w pochmurne niebo, jakby dostrzegały w nim coś więcej - i myśl ta, jakkolwiek absurdalna by nie była, nie dawała ci spokoju, budząc nieprzyjemny dreszcz nie do końca zrozumiałego dla ciebie napięcia. W pewnym momencie w powietrze zerwało się stado czarnych ptaszysk, choć ich krakania nie słyszałaś na Wyspie często - znacznie częściej w okolicy gnieździły się białe mewy. Wrzask tych złowieszczych ptaszysk przenikał cię na wskroś, nienaturalnie, dziwnie, jakby były czymś więcej lub czymś innym, niż się wydawały. Szybowały w kierunku lądu gęstą ławicą, która nagle rozwidliła się w dwie strony; ptaki zaczęły się ze sobą zderzać i opadać w podobnie nienaturalnie wzburzone wody. Spienione morskie fale wzbijały się tego dnia wysoko, choć wiatr nie był aż tak silny. Może to wzrok płatał ci figle, a może widziałaś to naprawdę, gdy nieopodal brzegu woda zaczynała subtelnie - w miejscu zdawałoby się całkowicie przypadkowym - wirować. W powietrzu wisiało coś bardzo niepokojącego, a otaczająca cię magia wydawała się być temu podporządkowana. Nigdy wcześniej nie dopadło cię tak silne poczucie, że coś było nie tak, lecz wokół nie było nikogo ani niczego. Jeśli próbowałaś - żadne zaklęcie nie wykazało niczyjej obecności, upewniając cię, że okolica była bezpieczna. Pozornie. Nie mogłaś zostać na Wyspie dłużej, wzywały cię obowiązki.
W Londynie miałaś zająć się sprawunkami, grymuar braci Goodwin był wspominany w studiowanych przez ciebie kręgach, lecz sam pozostawał trudno dostępny - traktował ponoć o iście niebezpiecznych i potężnych aspektach praktyki czarnej magii. O jego dostępność pytałaś w Borginie&Burkesie, nie mieli go, ale obiecali dla ciebie sprowadzić. Dzisiejszego poranka nadeszła wiadomość, że mogłaś go odebrać - wiedziałaś, że nie powinnaś zwlekać, w nieodpowiednich rękach księga mogła się okazać bardzo niebezpieczna.

Primrose: Ciężka noc nigdy nie była tym, co mogło powstrzymać cię od wykonywania codziennych obowiązków. Dzień nie zaczynał się dobrze. Podczas porannej toalety, kiedy wpatrywałaś się lustro, przy jego krawędzi - wydawało ci się, czy to działo się naprawdę? - dostrzegłaś kształt czarnego pyska wielkiego brytana o krwistych oczach; jeśli twoim odruchem było spojrzeć przez ramię, zwierzę zdążyło zniknąć. Czy naprawdę pojawiło się w twojej komnacie? Znaczenie spotkania z ponurakiem nie było ci obce. Niezależnie od tego, jak zwykle reagowałaś na podobne zabobony, posępne zdarzenie tego dnia wydawało się szczególne. Inne, bardziej doniosłe, nie potrafiłaś tego jednak wyjaśnić niczym poza drażniącym przeczuciem, że coś było nie tak i jeszcze bardziej irytującym poczuciem oczekiwania.
W przybytku na Nokturnie miałaś spotkać się z interesującym zleceniodawcą, któremu zamierzałaś wręczyć talizman wykonany głównie ze srebra. Był gotowy od wczoraj, już gdy znalazłaś się na miejscu odwinęłaś kraniec chusty, w który został zapakowany, z zamiarem upewnienia się co do jego właściwości, by zamiast tego dostrzec coś całkowicie nieprawdopodobnego: srebro zaśniedziało warstwą tak grubą, jaka mogłaby się zbierać na nim przez dziesięciolecia, jeśli nie przez wieki. Twoja obszerna wiedza alchemiczna nie pozwalała rozsądnie wyjaśnić tej zagadki, przeciwnie: byłaś przekonana, że to wcale nie miało prawa się zdarzyć. I byłaś całkowicie pewna, że masz rację. Niemal czarny amulet nie nadawał się do niczego, a tobie wydawało się wątpliwe, byś była w stanie kiedykolwiek doczyścić go z tej śniedzi. Do talizmanu dostępu nie miał nikt oprócz ciebie, reakcja musiała zajść naturalnie, nawet jeśli z naturą nic wspólnego nie miała. Wtem u progu sklepu pojawił się spodziewany gość. Zamówienie dla madame Mericourt oczekiwało od pewnego czasu, wiedziałaś, gdzie je znaleźć - wuj poinstruował cię wyraźnie, nim wyszedł, zostawiając cię w sali samą.

Wasze spojrzenia się zetknęły, lecz żadna z was nie zdążyła się poruszyć, gdy w miejscu zatrzymał was drażniący dźwięk, który rozległ się nagle: bezlitośnie wwiercał się pod czaszkę przerażającymi wysokimi tonami, a gdy któraś z was spróbowała odnaleźć źródło dźwięku wzrokiem, dostrzegła rękę glorii, której pazur skrobał właśnie po wiszącym za nią lustrem. Po jego tafli spłynęła strużka krwi, a pazur wbijał się coraz głębiej, pozostawiając po sobie kruche pęknięcie. Pęknięcie, w które stukał uparcie, pozwalając mu przeobrazić się w całą sieć połączonych pęknięć - jeśli żadna z was nie spróbuje tego powstrzymać, zwierciadło pęknie na trzynaście nierównych części. Zaczarowana dłoń nigdy nie zachowywała się w podobny sposób, jej możliwości były ograniczone do kilku poleceń, a pętająca ją magia nie pozwalała nawet na tak swobodny zakres ruchu. Wpatrzone w to dziwne zjawisko - nagle - usłyszałyście kolejny stukot, nie było go trudno zlokalizować. Szkarłatne krople kapały z jednego z kredensów, na jego wierzchu leżała talia kart Tarota. Całkowicie przemoczona. Metaliczny zapach wskazywał na krew, lecz skąd się tu wzięła? Jeśli któraś z was przyjrzała się talii kart, dostrzegła, że kartą na wierzchu było Koło Fortuny. Leżąca obok książeczka mogła pomóc wam poszukać jej interpretacji - oświetlił ją blask zza okna, gdy w pomieszczeniu pojawiło się nienaturalnie dużo światła. Primrose usłyszała, jak pęka pieczęć zabezpieczająca księgę przeznaczoną dla Deirdre. Tajemniczy grimuar był nieobliczalny, widywane ostatnimi czasy cienie wydawały się najmniej przerażającą siłą, którą mógł tu przywołać.

Na niebie rozgorzała kometa, za którą ciągnął się złocisty warkocz. Przyciągała wzrok w przedziwny sposób, jakby hipnotyzowała samą swoją obecnością na niebie. Jaśniała jak drugie słońce, trwała nieruchomo, a im dłużej oko spoglądało w jej światło, tym większy budziła niepokój. Jakby to światło wnikało gdzieś w umysł, w serce, pozostawiając po sobie trwogę i przerażającą pustkę, której nie sposób było zrozumieć.

Mistrz gry nie kontynuuje rozrywki, ale jest gotów odpowiedzieć na ewentualne wątpliwości. Zakończony wątek należy zgłosić w temacie dziwny jest ten świat; jeżeli współgracz nie pojawi się w wątku lub przestanie pisać w jego trakcie postać oczekująca może zaprosić dowolną inną, która odnajdzie się w sytuacji, w zamian za uciekiniera.
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wejście  - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Wejście
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach