Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Rzeka Lyn
AutorWiadomość
Rzeka Lyn [odnośnik]06.04.21 23:10
First topic message reminder :

Rzeka Lyn

Rzeka w hrabstwie Devon, która swój początek bierze z połączenia dwóch rzek: West Lyn i East Lyn, które łączą się kilkaset metrów przed ujściem do Kanału Bristolskiego w niewielkiej czarodziejskiej mieścinie - Lynmouth. Wędrując jej brzegiem w ciągu godziny można dotrzeć do miasteczka Barbrook, dalej na południe rzeka rozwidla się ku Furzehill i Shallowford tam kończąc swój bieg. Jednym z najbardziej znanych miejsc na rzece jest wąwozów Geln Lyn. Nagły uskok ziemi w lesie znajdującym się pomiędzy dwoma wioskami tworzy na rzece dość urokliwą kaskadę wodną otoczoną kamieniami i rosnącą wokół roślinnością. W odpowiednim okresie w rzece można natknąć się na jeżanki i pstrągi. Okoliczne lasy zamieszkuje sporo jeleni i łosi, na drzewach dostrzec można przemykające wiewiórki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rzeka Lyn - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Rzeka Lyn [odnośnik]06.06.21 19:22
Przyszło im żyć w zupełnie różnych światach, niby ta sama czas i przestrzeń, jednak nie dało się ukryć, że pochodziły niemalże z innych planet. Nie były w stanie zrozumieć drugiej ze stron, no bo właściwie jak. Życia, które znały wyglądały zupełnie inaczej. Prue od małego była temperowana, ciągle zwracano jej uwagę, czego nie powinna robić panna z dobrego domu, co było dosyć problematyczne przy jej temperamencie. Nauczyła się grać, uśmiechać w towarzystwie, chociaż przychodziło jej to trudno, czasem nie zdążała ugryźć się w język i cały czar pryskał.
Prudence, gdy wybierała się na samotne spacery robiła wszystko, żeby wyglądać jak zwyczajny czarodziej. Chciała zlewać się z tłumem, nie wyróżniać, by nie zwracać na siebie uwagi. Szczególnie, kiedy jej rodzina była w niebezpieczeństwie z racji na swoje promugolskie poglądy. Do tego jakoś łatwiej przychodziło jej nawiązywanie nowych znajomości, kiedy inni nie wiedzieli jaka krew płynie w jej żyłach, było to całkiem wygodne.
- Tak, więzy krwi są silniejsze niż wszystko. - odparła twierdząco. Miewała ich dość. Szczególnie, że naciskali na nią ostatnio w niewygodnych dla niej kwestiach. Z drugiej jednak strony, wiedziała, że zawsze może przyjść do najbliższych z każdym problemem i jakoś pomogą jej znaleźć wyjście z sytuacji. Dobrze było mieć świadomość, że jest na świecie ktoś, komu na tobie zależy i zawsze zechce ci pomóc.
- Słodka Neala, ile ona ma już lat, tak właściwie? - Próbowała sobie przypomnieć kiedy widziała ją po raz ostatni. Czas pędził szybko, zdecydowanie za szybko. Prue niemal od zawsze trzymała się z Reggiem, byli w podobnym wieku, odpowiadał też jej jego charakter, w końcu jak i ona nie należał do tych specjalnie okrzesanych osób. Jako jedna z nielicznych osób ją rozumiał i nigdy nie oceniał. - Może kiedyś indziej. Zapowiem się i napiszę list, nie lubię tak zaskakiwać. Dobrze, że o tym wspominasz, to może być odpowiedni moment na wizytę. - może powinna się nieco zaangażować w utrzymywanie relacji z innymi, nastawionymi do nich przyjaźnie rodami. W końcu nie było ich zbyt wiele.
- Możesz wspomnieć Neali, że zamierzam się do niej wybrać i pozdrów ją proszę od Lady Macmillan. - nie zamierzała dłużej ukrywać tego, kim jest. Nie obchodziło jej nawet specjalnie, czy napotkana dziewczyna wierzyła w jej słowa. - Każde zajęcie jest ciekawe na swój sposób, najważniejsze, aby zajmować się tym, co sprawia nam radość. - powiedziała jeszcze do kobiety. - Właściwie, może takie spontaniczne spotkanie to nie jest nic złego, skoro mówisz, że jest w okolicy, to chętnie się z nią zobaczę. - a niech będzie, skoro już się przypałętała na te ziemie.


I am the storm and I am the wonder
And the flashlights nightmares
And sudden explosions
Prudence Macmillan
Zawód : Specjalista ds. morskich organizmów
Wiek : 26/27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
With wild eyes, she welcomes you to the adventure.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rzeka Lyn - Page 4 D36cb059e33df5c9cc27b3102f0bf437286d1298
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9686-prudence-macmillan https://www.morsmordre.net/t9710-limbo https://www.morsmordre.net/t9701-syrenka https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t10646-skarpeta-pru https://www.morsmordre.net/t9860-prudence-macmillan#298534
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]12.06.21 14:10
Być może gdyby była zwykłą kobietą z miasta, taką, która zajmowała się swoim życiem, ale i obserwowała świat wielkich ludzi, może wtedy bardziej rozumiałaby to dążenie ludzi do sławy, bogactwa czy właśnie pragnienie bycia szlachtą. Była jednak równie odległa od Prudence jak ona od niej – cygańska dziewczynka, która od wielu lat jedyne co, to uczyła się prac sezonowych, zajmowania się domem i tym, że w każdej z relacji zawsze będzie dominował mężczyzna. Aspiracjami mogła być równie odległe od siebie jak urodzenie. Kobiety w nauce może były i szczytnym celem, ale po co by jej to było? Chociaż naukę doceniała, niewiele miała na ten temat do powiedzenia, a wymądrzać się nie miała po co.
Doceniała jednak, że nawet jeżeli kobieta była szlachetnego urodzenia, wydawała się być znacznie bliższa postrzeganiu świata jaki Sheila znała od rodziny Weasley. Neala, Reggie…ich zachowanie podpowiadało, że gotowi byli przyjąć czarodzieja niezależnie od tego, jaką krew miał albo jakie cechowało go pochodzenie. Przypominało jej to otwartość cygańskiego ludu, chociaż nie było oczywiście identyczne. Miała jednak nadzieję, że Weasleyom będzie się powodzić i że żadnego z nich nie spotka większe nieszczęście, niż dotychczas.
- Zwłaszcza te z mężczyznami! Kochamy ich, chociaż doprowadzają nas do szału! – Zaśmiała się lekko, nie wiedząc, jakie problemy miała obecnie Prudence, ale znacznie rozważając to ze swojej perspektywy, kiedy ledwie co sprzątnęła coś w wozie, a bracia potrafili wejść tam w pobłoconych ubraniach bo akurat postanowili się pobić nad brzegiem rzeki. Na całe szczęście wystarczyło jedne spojrzenie babci aby natychmiast wybiegali na zewnątrz i spróbowali zrzucić z siebie wszystko, tak aby nie oberwać jeszcze bardziej.
- Szesnaście na ten rok. W sumie niebawem będzie pełnoletnia… - Zawsze jakoś gubiła to, że ją i młodą Nelkę łączyły dwa lata znajomości, która to spokojnie przeszła w nierozerwalną na ten moment przyjaźń. Co prawda czasem się irytowała na nią, zwłaszcza kiedy rozmowy schodziły na kulturę cygańską i niekoniecznie zapowiadało się to dobrze, albo kiedy prezentowała jej piękny wykład o miłości.
- Mam nadzieję. Czasem tak często skupiamy się na danym zajęciu, że przestaje ono być przyjemnością, a zaczyna być obciążeniem. A skoro chcesz ze mną pojechać, to możesz zająć Montygona, ja pojadę na drugim koniu. Droga całkiem niedaleka. – Miała nadzieję, że kobieta naprawdę była tą, za którą się podawała, bo w innym wypadku ciężko by było powiedzieć Neli, że dała się łatwo nabrać. Cóż, jeżeli mówiła prawdę, niebawem miały to zweryfikować.

|ztx2


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]13.06.21 2:44
17 października 1957, południe
Przebudził się jako pierwszy - nic w tym dziwnego, spał z nich wszystkich najdłużej. Ledwie pamiętał moment, w którym odpłynął, nie zdążył nawet zjeść kolacji - żołądek skręcał się z głodu. Podniósł się krótko po tym, jak otworzył oczy, wyłapując spojrzeniem śpiącego Jamesa, a obok dziewczyny, na dłużej zatrzymując się spojrzeniem na profilu Anne. Czuł zapach ryby, pewnie zostawili ją dla niego, ale jej nie dotknął - nadszedł już poranek, dziewczyny będą chciały przecież zjeść śniadanie. Wyprostował nogi, wyciągając ręce do stóp w głębokim skłonie, odruchowo sięgając codziennej rutyny. Wplótł dłonie we włosy, uciskając skronie, w których wyczuwał ból po zbyt długim śnie. W końcu odbił się od podmokłej ziemi dłonią, stając chwiejnie na dwóch nogach, po czym dorzucił w żar ognisko nieco świeżego drewna, pozwalając mu zająć się ogniem - i podsycił płomienie, by mogły ogrzać ich wszystkich. W końcu zebrał do ręki wędkę, zamierzając wraz z nią znaleźć się przy wodzie i spróbować złapać coś jeszcze - brakło mu jednak cierpliwości, nie udało mu się niczego pochwycić. Wrócił do pozostałych, wyciągając dłonie nad ogień, żeby się ogrzać - październikowy poranek był naprawdę chłodny, a on zaczynał czuć katar. Poszarpana, brudna od krwi koszula dawała nikłą osłonę przed chłodem, ale ich rzeczy zostały w tamtym pubie - i musiał po nie pójść. Kurtkę by odpuścił, tak swoją jak Jamesa, ale on zostawił tam coś znacznie cenniejszego. Być może pakunek dla chłopca z Londynu obiektywnie nie był kluczowy dla wojennych losów, ale Marcel chciał czuć, że może pomóc, choćby i jednej tylko osobie. Bok ciała wciąż go bolał, ale z rany nie sączyła się ani krew ani ropa. Neala dobrze się nim zajęła. Nie budząc nikogo przy ogniu, odszedł w stronę, z której nadeszli, w podróż do opuszczonego lokalu. Tam dopiero znalazłszy się pod oknami najętych poprzedniego dnia pokoi wdrapał się po rynnie na górę, zbierając rzeczy zarówno swoje, jak i Jamesa i zniknął, nim ktokolwiek zdążył go zauważyć. Skok z pierwszego piętra nie sprawiał mu żadnych trudności, kiedy był zdrowy - ale teraz miał dziwne poczucie, że niewidzialne magiczne szwy jego rany zaczynały pękać. Ignorując ból powrócił do obozowiska, które tymczasem przebudziło się już ze snu. Ile mogło go nie być, godzinę, dwie? Stracił rachubę, wciąż był zmęczony. Skłamał, że zjadł w barze, żeby mięsa zostało więcej dla dziewczyn - jeszcze nim oddał Jamesowi wszystkie jego rzeczy, które udało mu się pozbierać, za wyjątkiem jego kurtki, którą bez słowa zatrzymał pod pachą.
- Sprawdź, czy niczego nie brakuje - zwrócił się do niego z westchnieniem, pewnie pieniędzy, ale z tym nic nie zrobią. Wydawało się, że to co najcenniejsze, pozostało przy nich. Jeśli nie - znów będą musieli się wrócić. Raz po razie ocierał rękę o bok, komary pogryzły go zbyt okrutnie. - Czas odstawić lady do domu - rzucił do Jamesa, kiedy dziewczyny nie mogły tego słyszeć, szukając na jego twarzy zgody. Ton jego głosu był zdecydowany, nie chciał usłyszeć od niego innej odpowiedzi niż przytakującej. Nie było jej w domu od wczoraj, jej rodzina pewnie stawała na głowie - i po prawdzie trudno im się było dziwić, jeśli słowa, jakimi dziewczyna opisywała swoich krewnych, były rzeczywiście prawdziwe. Musieli mieć trochę wrogów w tym kraju. Codziennie dziewczyny takie jak ona wychodziły z domów i już nie miały jak do nich wrócić, zatrzymane przez wichry wojny - ale nad dziewczynami ze zwykłych rodzin nikt nie płakał. Ona pochodziła od ludzi, którzy byli wpływowi, albo tacy mu się wydawali, a to mogło przede wszystkim sprowadzić na głowę kłopoty im dwóm, podczas gdy on w ostatnim czasie kłopotów miał wystarczająco dużo. I chyba tak łatwo nie się od nich nie wymigają. Śmierdzieli. Spędzoną w lesie nocą, ale nie tylko - również rozlaną krwią, rozlanym alkoholem, papierosami. Rodzice panienki będą zachwyceni. Będą musieli po prostu nawiać zanim na nich trafią - co może pójść nie tak?
- Weźcie - zwrócił się do dziewczyn, dając Naeli kurtkę Jamesa, a Anne własną, były tylko w sukienkach ubranych na potańcówkę - musiały być przemarznięte. - Zbierajmy się - poganiał ich w drogę przynajmniej parę razy. - Prowadź do tej swojej cioteczki - zaproponował Neali, bo wcześniej zarzekała się, że kobieta z radością ugości ich pod swoim dachem. Być może coś po drodze zmieniło jej punkt widzenia, ale w każdym przypadku musieli się tam dostać, Anne też była jej gościem. I była tu bezpieczna, na tyle przynajmniej, na ile wydawało się to dzisiaj możliwe.
Długi poranny spacer, drugi właściwie, działał na niego orzeźwiająco. Pozwalał się rozbudzić i odpędzał ból głowy, choć przez utratę krwi wciąż czuł się bardzo słabo. Nie do końca dlatego jednak większość drogi milczał, martwiło go to, co - lub kogo - mogli zastać w domu Neali. Było mu zresztą zimno. I był też zmęczony. Do tego głodny. I wciąż miał katar, a znamiona po komarach zdążył rozdrapać do krwi. Może uwierzą, że znaleźli ją przy drodze i wcale nie było ich w trakcie burdy w barze? Że to nie z nimi spała w ciemnym lesie? Budynek rodzinnego domu Neali wkrótce zamajaczył na horyzoncie, a wraz z nim - nieoczekiwana sylwetka, która mimowolnie wywołała na jego twarzy nieco nieodgadniony, ale z pewnością niezadowolony wyraz. Z popłochem poszukał wzrokiem przyjaciela, bez słów chcąc go poprosić - chodźmy już, będą bezpieczne. Czy możemy choć raz nie pakować się w kłopoty, tak po prostu?

nie udało mi się skołować wam lepszego śniadania, na odpis 72h dla wszystkich
k3 na narkolepsję, na 1 zasypiam


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali



Ostatnio zmieniony przez Marcelius Sallow dnia 25.11.21 17:52, w całości zmieniany 1 raz
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]13.06.21 2:44
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rzeka Lyn - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]17.06.21 0:32
Właściwie powiedzieć, że spałam dobrze, to byłoby grube no nadużycie słowa dobrze. Bo dobrze, znaczy bardziej że wygodnie, że może w ciepłym a dopiero jakby ta cała adrenalina zaczęła schodzić, oczy zaczęły ciążyć, a ja przysypiałam z brodą na kolanach i dłońmi obejmującymi nogi czasem - a może nawet często, czułam na plecach zimny podmuch wiatru, który sprawiał że drżałam chwilę ciała, szczęśliwie docieplana - że tak się wyrażę - jeszcze palącym się ogniskiem. Nie bardzo wiem w którym momencie straciłam świadomość całkiem. Z początku jeszcze czuwałam, miałam zamknięte powieki, ale każdy szmer zwracał moją uwagę i ją otwierał. Trochę chyba się bałam, ale strach naturalną rzeczą zawsze był, a fakt, że nie byłam tutaj sama jakoś lepiej na mnie działał i w końcu oczy zamknęły się całkiem i ogarnęła mnie ciemność. Jak się obudziłam, to już nie siedziałam. Nadzieję tylko miałam, że na nikim się nie pokładałam kiedy spałam. Bo to niekoniecznie grzeczne.
Kiedy się obudziłam, czułam jak wszystko mi skostniało, dosłownie, chociaż nie byłam pewna, czy to dobre określenie w ogóle. Chwilę jeszcze nie otwierałam oczu. Otworzyłam usta, czując w nich posmak chyba tego piwa i tych wcale nie lepszych papierosów. Zmarszczyłam brwi i wyciągnęłam na chwilę język na wierzch. Zaraz go schowałam jednak wzdychając cicho i uchylając zaspane powieki. Jasność zaatakowała jak zwykle nagle i brutalnie, dlatego zmrużyłam je, przesuwając jasnymi tęczówkami wokół, jeszcze trochę czekając aż dotrze do mnie, że naprawdę to wszystko wczoraj stało. A każda chwila uświadamiała mnie, że rzeczywiście tak było. Nie dość, że wymknęłam się z Anne, zostawiając jedynie kartkę. To krótkie wyjście zmieniło się w całonocną nieobecność. Która mogła być godzina? I jak właściwie miałam się czuć z Walterem, który zrobił to co zrobił? Nie byłam miła, ale dlaczego powinnam była? Rozejrzałam się dookoła, powoli przyswajając znajdujący się wokół obraz. Która była godzina? I jak okrutnie sobie przeskrobałam? To miało się dopiero okazać. Najpierw rozprostowałam nogami, licząc gdzieś w duchu, że nie mówiłam przez sen, albo nie robiłam żadnych dziwnych innych rzeczy. Zjadłam, bo w brzuch się jednak o jedzenie domagał. Ale głowa mi pulsowała, a posmak w ustach pozostawał. W końcu podniosłam się do pionu, rozprostowując nogi. Biała sukienka, to właściwie był nowy rodzaj pobojowiska. Krew na dole sukienki, ziemia wyżej. Była sukienka i nic z niej już nie było właściwie.
Ale dobrze. Wczoraj, było wczoraj. Dzisiaj, było nowe i tego zamierzałam się trzymać. Jeszcze nie zepsute, całkowicie do przeżycia, a wczorajsze błędy do naprawienia. Wzięłam głęboki wdech w płuca, czując mroźne, jesienne powietrze. Na kilka chwil przymknęłam powieki, by potem otworzyć je i rozejrzeć się wokół. I przywitać wszystkich.
- Dzień dobry! - zaintonowały moje usta melodyjnie. Bo dzień w istocie dobry jeszcze był. Ten. I zamierzałam właśnie takim go rozpocząć i zakończyć. Plan był, czas był na wykonanie. Kurtkę wzięłam. Unoszenie się dumą, czy kłamanie że zimno mi wcale nie było byłoby całkowicie… bezsensowne. Bo widać było, że z mocniejszym podmuchem wiatru wzdrygam się mimowolnie. A kiedy zwrócił się bezpośrednio do mnie przytaknęłam ochoczo głową na ruszając znajomymi ścieżkami między drzewami w lesie odnajdując się w nim bez problemów większych.
- Lubię październik. - stwierdziłam, kiedy tak szliśmy obok siebie w świetle dnia już. Zerknęłam w bok trafiając spojrzeniem na Jamesa. Splotłam dłonie przed sobą, stawiając kolejne kroki. - Niby zieleń przymiera, ale nie zgodzicie się - mówiłam w sumie do wszystkich - że feerią barw zachwyca i zdumiewa? - retoryczne pytanie. Jesień może nie była najłaskawsza, czy najcieplejsza, ale ciepłe barwy sprawiało, że jakoś cieplej się na sercu robiło. Dobrym humor, był kwestią nastawienia. A ja nastawiałam się bardzo dobrze. Wiedziałam jak, od rana było łatwiej, bo energii więcej było. Jakoś minęła ta droga, mówiłam, jak myśl jakaś przyszła, złość zostawiając jako przeszłą. W końcu dotarliśmy do domu w którym zatrzymaliśmy się na czas najbliższy. - To tutaj. - zapowiedziałam, stawiając kolejne kroki, ale te powoli jakby na impecie traciły. Bo z drzwi prosto w naszą stronę wędrował… zmarszczyłam brwi przekrzywiając głowę. W sumie, może to i lepiej? - Urien? - zapytałam unosząc rękę, żeby zwrócić jego i tak zwróconą już uwagę. Widocznie zaskoczona jego obecnością. Znaczy, nie tak znowu dziwną, ale no powiedzieć, że się jej spodziewałam, byłoby kłamstwem z której strony by nie spojrzeć. Moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, bo jego obecność zawsze dobra dla mnie była.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]21.06.21 10:29
Martwił się, wszyscy się martwili, bo przecież wychodzenie z informacją skreśloną w kilku zdaniach nie dawało poczucie bezpieczeństwa, ani trochę. Powitawszy rodziców, wcale nie poczuł się uspokojony tym, że Devon leżało daleko od Londynu - tutaj też pojawiały się cholerne męty ze świata! Poirytowany wędrował przed domem tam i nazad, niby szukając jakiegoś zajęcia, choć w rzeczywistości próbował opanować chęć teleportacji do domu cioteczki, która przesłała sową spisany przez Nealę liścik. Mógłby przecież prześledzić jej wyjście, pójść do tego baru, dowiedzieć się, czy stało się tam coś... straszliwa myśl porwania przebiegła przez jego umysł, mrożąc krew w żyłach. Wtedy pojawił się Walter, poczciwy, szczery młodzieniaszek. Ulubieniec Brendana - tak go zapamiętał. Nic dziwnego, że jego słowa wydały się prawdą, szczególnie kiedy zdziwiony dowiedział się o nieobecności młodej Panny Weasley. Rudzielec nie miał na tyle wyczulonego nosa, żeby zauważyć jego przejęcie Nealą, wystarczyła mu wiedza, że tamten uznawał się za protektora kuzynki. Oboje mieli wspólny cel, którym było jej bezpieczeństwo. Nic dziwnego, że widok siniaka na młodzieńczej twarzy przyprawił rudzielca o szybsze bicie serducha, a przy tym również chęć sięgnięcia po szklankę jakiegoś porządnego trunku, jakby to miało cokolwiek rozwiązać i ułatwić. Złość wbijała się niczym szpilki w rozmemłany umysł. Kilka dni spokoju, tym właśnie miał być wyjazd do Devon. Prosta ucieczka od Londyńskiej codzienności, zamiast której otrzymywał zamartwianie się o młodszą kuzynkę. Cholera, przecież powinien pojechać tam razem z nimi do ciotki w Lynmouth, a został w Ottery, wierząc, że przecież się spotkają! Jakim głupcem trzeba być, żeby choć raz pomyśleć o spokoju?
Musiał czekać, obiecał to rodzicom. Chciał być gdzieś w tym barze, szukać, pomagać, a zamiast tego został przywiązany do domostwa cioteczki. Posłał więc Waltera do domu, obiecał, że da mu znać w przypadku wszelkich zmian sytuacji i poprosił o to samo. Wydawało się, że młodzieniaszkowi zależy równie mocno, więc pozwalał na szukanie w jego imieniu, bo skąd miał wiedzieć, że nabyte siniaki były spowodowane zachowaniem Waltera? Opowiedział mu historię z tak wielkimi detalami, że ciężko byłoby wywnioskować coś innego niż samo to, że nocni towarzysze Neali byli nieprzyjemni. Starał się nie myśleć o tym, że pomimo rozsądku, jakim obdarzyła ją matka natura, pozwoliła sobie na wypicie jakichś napojów wyskokowych i zapalenie czegokolwiek. Dobrze wiedział, że tytoń był zdrowy, jednakże nie był w stanie zaakceptować faktu, że zrobiła to tak lekkomyślnie bez uprzedniego zapytania, bo przecież mocno wątpił, żeby jego rodzice się na to zgodzili! Tak drogie dobra nie powinny być łatwe w dostępności, bo nawet nie chciał myśleć, że zatruwała się czymś z niższej półki. Nawet jeśli nie byłoby ich stać, przecież mógł postarać się o coś porządnego!
Kolejne rozbite drewno spadło na podłogę. Rąbanie na opał wydawało się dobrym zajęciem do wyrzucenia z siebie złości, a i ciotka ucieszyła się, że znajdzie się zapas do kominka. Po niecałej godzinie został zawołany do środka na krótką przerwę. W trakcie rodzicielska wręcz pogadanka o tym, żeby się nie martwić, że Neala, to przecież taka porządna dziewczyna i ta jej koleżanka tak samo. Pod rudą, bujną i kręconą czupryną kiełkowały już różne nieprzychylne słowa określające towarzyszkę Nealki, która z pewnością namówiła ją do tego jakże haniebnego zachowania. Była wojna do cholery! Nie, żeby sam starał się czasem o tym zapomnieć, bo przecież z jakiegoż innego powodu znalazł się właśnie w Devon?
- Wiem ciociu, ale to nie zmienia faktu, że wyszła bez słowa... a ten Walter? Słyszałaś, co powiedział? Powinienem pójść ich poszukać... - odezwał się dość defensywnie, próbując przekonać kobietę do swoich racji i wtedy zobaczył czteroosobową kompanię zmierzającą w ich kierunku. Nawet nie próbował dojrzeć, kim było towarzystwo rudowłosej, na której w pełni się skupił. Burza loków poderwała się z miejsca, zostawiając nadgryzioną kanapkę na talerzu i już wędrował przed dom na bardzo nieprzyjemną rozmowę. Czuł, jak coś piekli się w jego gardle. Pięści już dawno miał zaciśnięte w mocnym uścisku.
- NEALA - odezwał się na jej nieco zdziwiony ton. Cholera jasna, powinna być w szoku, że to maleńkie wyjście obeszło się wielkim echem po Ottery! Zbliżając się do nich, przemknął wzrokiem po jej towarzystwie. Nieznajoma dziewczyna i Marcel... z Jamesem... co to kurwa miało znaczyć? - gdzieś Ty była? - emocje brały górę, praktycznie zawsze, kiedy chodziło o kogoś z rodziny. Na chwilę skupił na niej wzrok. Brwi ściągnęły się w złości na wszechświat. - Jesteś cała? Walter mi już wszystko opowiedział... jak mogłaś? Co to za towarzystwo? Nie wstyd Ci? - opresyjność wychodziła ustami, rękami i nogami. Bojowo nastawiony piorunował spojrzeniem każdą z osób, finalnie zatrzymując się na rudowłosej, która powinna dobrze wiedzieć, co zwiastowały jego krwiście czerwone poliki. Ręce, aż świerzbiły, żeby tylko komuś przyłożyć.

| prawie 72h, następnym razem będzie lepiej :thplz:


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]22.06.21 18:04
Noc splątała się z chłodem, mrok chciwie obejmował ognisko, które dość prędko zdążyło się wypalić, zostawiając za sobą jedynie szkarłatny żar, a ten muskał licho pogrążone w niespodziewanym śnie ciało. Niespodziewanym, zaskakującym przez sam fakt, że w ogóle nadszedł; wydarzenia wieczora tętniły żywo – równie intensywnie męczyły, sprowadzając na mięśnie odrętwienie, na skórę dreszcz, na głowę nieświadomość.
Być może powinna była mieć to sobie za złe – i przez moment faktycznie tak było, kiedy powieki uchyliły się i kilkukrotne mrugnięcie wyrwało ją ze spoczynku. Niepokój w kilku szybkich spojrzeniach, upewniających się, że wszystko jest w porządku – o ile w ogóle jeszcze znała znaczenie tego słowa – zniknął wraz z dźwięcznością głosu panny Weasley.
Przecież było też wspaniale.
Były tutaj razem – tutaj w ciemnym lesie, tutaj z chłopcami, tutaj po długiej nocy pełnej wrażeń, które niekoniecznie zaliczyć można było do dobrych. Tutaj, gdzie poszły bez zgody.
Dziwacznym trafem faktycznie przejmowała się zdaniem krewnych Neali; nie tylko ze zwyczajnego szacunku i troski o rudowłosą, co poczucia odpowiedzialności, które tliło gdzieś w środku, nawet jeśli nie dzieliła z Weasleyami więzów krwi. Ale przyjęli ją do siebie. A ona, przyglądając się brudnej sukience, zdartym dłoniom, odgarniając kołtuny włosów wyswobodzonych z warkocza, czuła coś na kształt wyrzutu.
– Już późno – było gorsze niż melodyjne dzień dobry, ale jedyne, na które Anne mogła się zdobyć; która mogła być godzina? Jak daleko mogli się zapuścić? I ile potrzebowali, by trafić do domu?
Wraz z ciężkim westchnięciem uniosła się w górę, uprzednio podrywając gwałtownie do siadu, dłoń zawędrowała w kierunku wysuniętego ramienia Marcela, a krótkie skrzyżowanie wzroku poprzedziło przyjęcie jego kurtki.
– Dziękuję – wybrzmiało odrobinę niepewnie, nim znów nie zerknęła, mimowolnie, w kierunku jego boku, który kilka godzin temu mienił się ciemną purpurą; kiedy miał jej powiedzieć? Nie o bójce, o tym wiedziała z własnych doświadczeń, ale o klątwie, którą tak paskudnie przedstawił James?
Tak czy siak, obiecała; że się nim zajmie i że mu pomoże – ale wszystko to wydawało się nagle okrutnie skomplikowane, kiedy do myśli dobierała się świadomość, że pani Weasley może dziś wcale nie być w humorze.
Pani Weasley, pan Weasley, albo...?
Wędrówka nie zajęła długo, bo imię w ustach Neali zagłuszyły słowa tego, do którego ów miano należało; Beddow intuicyjnie zatrzymała się w pół kroku, gdzieś w międzyczasie wysuwając ramię, którym chciała zatrzymać także Marcela i Jamesa; może faktycznie lepiej było...dać mu powiedzieć, co miał do powiedzenia? Nie wtrącać się w...sprawy rodzinne?
Ale wraz z następnymi zarzutami, pojawiło się także – ponownie – natrętne uczucie; przecież była współwinna.
– T-to, to nie jej wina....


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]24.06.21 0:24
Obudził się z lekkim katarem, ale założył, że cieknący nos jest wynikiem bójki, bo to przecież oczywiste, że jedno wynika z drugiego. Zimno nie doskwierało mu tak bardzo, nigdy nie był szczególnie wrażliwy na chłód, wilgoć, wiatr. Warunki w jakich mieszkali kiedyś, gdy był mały, toczące się na zewnątrz lichych wozów życie sprawiało, że nie pojmował natury złej pogody. Ta była jaka była, trudno było narzekać na coś, na co nie ma się żadnego wpływu. Otaczająca ich aura przywiodła na myśl marzenia o gorącym mleku z miodem podgrzanym w metalowym kubku. Słodkim przysmakiem miło witałoby się ponury dzień. Przeciągał się chwilę. Marcela nie było, ale nie martwił się o niego. Wiedział, że przyjaciel sobie radził świetnie, nie zostawiłby ich, poszukując dla siebie wygody i ciepła. Jak już — uczyniłby to tylko po to, by dziewczyny nie musiły się zmarznięte tułać po wsi bez sensu. Ale wrócił, ku jego zaskoczeniu, z rzeczami, które pozostawili w niewielkim pokoju na poddaszu. Odebrał swoją zgubę, zerknął do środka tylko pobieżnie spoglądając na zawartość. Nie było sensu, by przeszukiwał wszystko, nie miał tam nic cennego. Jedną, wymiętą koszulę, tę, w której pracował cały poprzedni dzień, spodnie. Ubrania nie nadawały się do ponownego założenia, wymagały porządnego prania. To, co miał na sobie było do wyrzucenia, pokryte cudzą i własną krwią, kurzem, brudem i błotem, które zgarnął z desek potańcówki, kiedy Walter przygwoździł go na chwilę do ziemi.
— Wszystko się zgadza — rzucił od niechcenia. Jeśli brakowało pieniędzy, a było to wielce prawdopodobne, musiał liczyć się z tym, że przebalował cały dzień ciężkiej pracy. Poszło na marne, powinien być na siebie zły, ale nie potrafił. Zerknął na dziewczyny, kąciki ust drgnęły mu prawie niezauważalnie. Takie chwile pomagały oderwać się od tego, co zaprzątało głowę każdego jednego dnia. Nie narzekał, nie powiedział ani słowa, z kieszeni wyciągając wilgotną i wygniecioną paczkę papierosów, która służyła mu do przechowywania ręcznie robionych skrętów z niezbyt szałowego tytoniu. Wsunął sobie jednego za ucho, resztę, w postaci paczki i całego jednego w niej, schował w parcianym plecaku, który związał, na supeł i narzucił na jedno ramię. Gdy wspomniał o odprowadzeniu lady zapomniał w pierwszej chwili. Obejrzał się i dopiero wtedy uświadomił sobie, że z nimi wszystko wyglądało inaczej. Ktoś się o nie prawdopodobnie martwił. Może trochę. O ile zauważył jej zniknięcie. Mógł niezauważyć?
Wyłaniająca się na samym końcu powrotem podróży postać sugerowała, że nie.
— Nie licząc tych dni, kiedy pochmurne niebo sprawia, że wszystko wydaje się szare i bure to rzeczywiście, jest... kolorowo — przytaknął Neali niepewnie, patrząc na nią jeszcze przez moment, ze stopniowo rosnącym na ustach uśmiechem. Ale to nie mogło trwać długo.
Nie znał człowieka. Był wysoki, jego włosy kręciły się niesfornie i wyglądał na niezadowolonego. Zerknął po sobie, jakby nagle zaczął zastanawiać się, jak bardzo fatalne wrażenie zrobią swoim wyglądem. Spojrzał też po Marcelu, tak jak robili to chłopcy, kiedy porównywali się ze sobą — mieli marne szanse na pozytywny odbiór. Krew, brud, mało schludny ubiór. Marcel był do tego nieuczesany.
Kiedy wspomniał o Walterze, obrócił głowę w jego kierunku. Nie wiedział sam, dlaczego i jak, ale instynktownie wyprostował się i urósł parę cali, głowę zadarł wyżej, usta spięły się, nim postanowił je otworzyć i się odezwać ze zdecydowaniem w głosie:
—Była pod dobrą opieką, nic jej nie groziło, dopóki się nie pojawił i nie zaczął się awanturować.— Tak to było, tak to szło. Przecież to on pierwszy zaczął, wpierw go wyzwał, a potem rzucił się z pięściami. — To on zaczął z wyzwiskami, a potem to on rzucił się z łapami — powtórzył zuchwale swoje myśli, nie spuszczając wzroku z człowieka, którego Neala nazwała Urienem. — Nie ma się czego wstydzić, nic złego nie zrobiła.— Ona nie, to ten gamoń naraził ją na upokorzenie i niebezpieczeństwo, a potem przybiegł tu się poskarżyć.  Dureń.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]25.06.21 0:42
Nie bardzo dopisywał mu humor, toteż nie wtórował radosnym słowom Naeli, gdy w drodze tak barwnie opisywała jesień, jednak ta krótka wędrówka zakończyła się znacznie szybciej, niż się spodziewali. Wyciągnięte ramię Anne go zatrzymało, jeszcze zanim usłyszał krzyk wołający imię panienki, zamknął oczy, policzył do trzech, otworzył oczy.
Ale wciąż był w tym samym miejscu i w tym samym towarzystwie. W brudnej przepoconej koszuli ubrudzonej krwią, z bokiem rozoranym rozbitym tulipanem i ciążącymi na myślach wyrzutami sumienia, na domiar złego - wszystko to na oczach Anne. Obiecał sobie przecież, że pozbiera swoje życie, że nie dopuści do tego nigdy więcej: dlaczego to się znowu powtarzało? Nie był pewien, jak od słowa przeszło do pięści, w którym momencie sytuacja wymknęła się spod kontroli, ani jak do tego doszło. Nie powinien był nazywać jej w taki sposób, to jedno - wiedział z całą pewnością. Poczuł na sobie piorunujące spojrzenie obcego mężczyzny, przed którym uciekł wzrokiem w bok, nagląc pozostałych. Niech będzie, Neala znalazła się w domu, odprowadzili ją tam, gdzie mieli. Co tu jeszcze właściwie robili? Powinni zmiatać, nic tu po nich, nic zmienić już nie mogli.
- Zostajesz tu? - zwrócił się do Anne, będąc szczerze przekonanym, że jego przyjaciel miał dość rozumu w głowie, żeby wykonać taktyczny odwrót; nie byli tu proszonymi gośćmi, a po prawdzie nie byli tu gośćmi w ogóle. Cud, jeśli nikt nie oskarży ich o uprowadzenie lady. Pamiętał, że Neala w swojej gościnności oferowała Anne znacznie więcej, nie wiedział, czy dziewczyna chciała tu zostać, czy może - wrócić razem z nimi. Dokąd? Dokądkolwiek, bez znaczenia. Nie jej wina, Anne miała rację, James w zasadzie też, problem polegał na tym, że obydwoje zapominali, że skoro wina nie spoczywała na jej barkach, to spoczywała na cudzych, a pech chciał, że stali obok - w stanie, krótko mówiąc, nieświeżym i mało eleganckim i w zasadzie to wcale nie budzącym zaufania.
Zaklął pod nosem, cicho, sam do siebie, kiedy James się odezwał. Kochał go jak brata, ale to był jeden z tych momentów, w których należało odwrócić się na pięcie i odejść zanim wszystko pójdzie w niewłaściwą stronę. Zanim ktoś sprecyzuje, że to nie ona miała się wstydzić tylko oni, a co gorsza on rzeczywiście trochę się wstydził, widział przecież - czuł - że Walter tylko potknął się o jego nogi i wcale nie rzucił się na Jamesa. Opowieść zresztą miała parę dziur, bo nie usprawiedliwiała w żaden sposób tego, że noc spędziła w lesie.
- James - szturchnął go w pół słowa. - James - Po prostu się zamknij. Nic już nie mów. To nie takie trudne. Odnalazł dłonią jego ramię, ciągnąć go nieznacznie w tył. - Zbierajmy się stąd - Niemal poprosił, korzystając z odległości dzielącej go jeszcze od krewniaka Neali - zresztą to nią wydawał się najmocniej przejęty. - Zaraz odjedzie nam ostatni pociąg do Londynu - Czy po Londynie w ogóle jeździły jeszcze pociągi? Nie wsiadł do żadnego, odkąd nauczył latać się na miotle, ale to przecież było pozbawione znaczenia. - Trzymaj się, Neala! Do następnego razu - zawołał, zdecydowanym ruchem szarpiąc Jamesa do odwrotu.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]25.06.21 0:42
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 41

--------------------------------

#2 'k3' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rzeka Lyn - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]25.06.21 23:41
- Wtedy, wybieram się na wędrówki po innych światach. - odpowiedziałam mu niewzruszona. Postanowiłam, że nie będę się nastawiać źle. Wszystko będzie jak będzie. Na pewno się ułożyć. Jakoś. Dobrze. Musi, prawda? Jakoś zawsze się układało mimo wszystko. Ale chyba tylko ja ten pozytywizm starałam się podtrzymać. No ktoś musiał chociaż spróbować, prawda?
Widok Uriena był odrobinę zaskakujący. Podskoczyłam mimowolnie kiedy jego głos uformował się w ostry ton wypowiadając moje imię. Usta zaraz wykrzywiły mi się trochę, bo już wiedziałam, że w sumie to tyle jeśli idzie o nowy dzień bez błędów żadnych. Nowych nie było może i jakoś nie uważałam, że popełniłam jakieś, ale no bez tej rozmowy nie obejdzie się jak było widać. Brew uniosła się się trochę do góry.
- W lesie…? - zaryzykowałam z prawdziwą odpowiedzią. Cóż, brudna - na moje nieszczęście biała - sukienka, miała na sobie ziemię, na samych końcach z tyłu zaschniętą krew którą starłam z podłogi w lokalu. We włosach kilka liści. - Dwie ręce, dwie nogi, jedna głowa. - wymieniłam, bo to też w sumie widać było. Usta uniosły się w łagodnym uśmiechu, który miał to potwierdzić i go uspokoić, ale kolejne słowa sprawiły, że mina mi całkowicie zrzedła. Walter mu już wszystko odpowiedział, tak? Towarzystwo? Spojrzałam w bok na Anne, przesunęłam tęczówkami po Jamesie i Marcelu i już miałam ruszyć głową dalej, kiedy zadał ostatnie pytanie, które zatrzymało mój ruch. Najpierw przesunęłam tęczówki, czując, jak złość zaczyna ogarniać mnie całą. Zacisnęłam pięści w końcu zwracając też w jego kierunku głowę. Otwierając usta, czując jak szyja zaczyna mi się palić ciepłem. Ale zanim chociaż słowo opuściło moje usta usłyszałam głos Anne. Zerknęłam ku niej, zaraz słysząc też Jamesa. Odwróciłam głowę, żeby spojrzeć też na niego. Powtarzane nie moja wina odbijało się chwilę w mojej głowie. Problem był, że po części moja była. Ale co innego wymknęło się z moich ust najpierw.
- No jak Ci Walter wszystko powiedział… - zironizowałam. Nie wierzyłam po prostu, ze wziął i przyszedł. - to z pewnością - pozwól Urien, że się wezmę i upewnię - pochwalił ci się, że postanowił wczoraj - kiedy martwiłyśmy się z Anne o Marcela - wziąć i poprosić o moją rękę? - byłam zła, bo nawet nie wziął i nie zapytał o moją wersję, o to co się właściwie stało. - Na pewno dodał też, że kiedy mu odmówiłam kompletnie rozum stracił i w bójkę się dał. Z pewnością powtórzył wszystkie te androny które wykrzywiał kiedy wyprowadzał kolejne ataki. No i nie zapomniał wspomnieć, że prosiłam go, żeby przestał, ale kompletnie to zignorował? No i musiałeś słyszeć o Franku, który uznał że atak butelką w głowę mojego przyjaciela - który skupiony jest na innym przeciwniku to właściwy i prawy sposób na załatwianie jakichkolwiek spraw. A później uznał, że jeszcze prawsze jest wbicie rozbitej końcówki butelki w Marcela, który - o czym Walter na pewno nie zapomniał wspomnieć - jako jedyny zareagował, kiedy jakiś goguś użył wobec najmilszej duszy jaką znam, najgorsze przekleństwo jakie można powiedzieć. - wygodnie pominęłam, że Marcel opacznie zrozumiał moją prośbę o pomoc. Ale ostatecznie, to wcale nie było kłamstwo. Wzięłam wdech w płuca, dopiero teraz uświadamiając sobie, ze wyrzucałam z siebie słowa jedno za drugim. - Wstyd? - zapytałam unosząc głos o oktawę wyżej. Oczy mi się zaszkliły trochę. Minę zawzięta jednak dalej miałam. - Oczywiście, że mi wstyd! Ale nie za siebie, Urien, tylko za Lynmouth… Devon całe! - wykrzyczałam, żeby zaraz potem zamilknąć, łapiąc oddechy w klatkę piersiową dopiero teraz słysząc, że coś o pociągu. Przeniosłam spojrzenie na Mercela, unosząc brwi w zdziwieniu. - Nie. - powiedziałam z największą pewnością, na którą było mnie stać. - Nie idziecie. - uparłam się raz jeszcze. Trochę może naiwnie. - Ty potrzebujesz kogoś, kto o klątwach wie. Oboje uzdrowiciela. Wszyscy - kąpieli, ubrań czystych i jedzenia. - przez chwilę wpatrywałam się w Marcela z uporem, by zaraz przenieść tęczówki znów na kuzyna. - Urien, moja wina. Wiem. Przepraszam. Za ton wcześniej też przepraszam. Nie powinnam była, co najgorsze jeszcze Anne namówiłam, żeby ze mną się wymknęła. Ale jak Dhalia w namiotach mówiła, że potańcówka będzie, to tak bardzo zapragnęłam choć raz jedną zobaczyć, że oprzeć się nie mogłam, rozumiesz? - zapytałam go z nadzieją. - Ktoś kto na klątwach się zna powinien sprawdzić Marcela, coś nie tak jest. Melody? Możemy ją zawołać? I te rany, ja je trochę zaleczyłam, ale nie umiem tyle co Dorotha. Proszę, Urien. Solennie obiecuję odpłacić za haniebny występek którego się dopuściłam i zmartwień, które na twoje i wujostwa barki złożyłam. - zamilkłam, czekając, czując jak serce obija mi się okrutnie w klatce. Nadzieja, chyba ona gdzieś chybotała mi się obok ramienia. Powiedziałam, że problemu nie będzie, a robił się nagle jakiś. I to jakiś spowodowany przeze mnie, a miałam ich nie sprawiać i nie robić. Zawiodłam, ale teraz nie do końca to było najważniejsze.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]27.06.21 20:12
Wszyscy chyba sobie stroili żarty. Nie dość, że każdy miał własne spostrzeżenia, to jeszcze próbowali przekonać go, że Walter kłamie. Opłakany stan ich ubrań wcale nie polepszał sytuacji, wręcz przeciwnie, a oni uparcie starali się przekonać do swojego. Tylko problem polegał na tym, że nie jeden Walter był świadkiem całego zamieszania! List od właściciela pubu dotarł do Ottery o poranku, co zaalarmowało rudzielca do pojawienia się w domostwie ciotki. Spuścić Nealę tylko na chwilę... a wydawała się taka rozsądna. Ewidentnie winę ponosiło całe jej towarzystwo i chęć spuszczenia nieco z tonu, bo jak inaczej to wytłumaczyć?
W lesie... W LESIE BYLI DO CHOLERY i co? I niby wszystko miało być w porządku? Tak właśnie myślała? Zapiekły go nawet pięty, kiedy próbowała udowodnić swoje racje. Widział w niej smarkulę, której nigdy wcześniej nie spodziewał się dojrzeć. Nawet niespecjalnie słuchał tego, co mówiła, a raczej odbijało się to od bariery, którą wytworzył już początek tej nieprawdopodobnej historii. Mierzył ognistym wzrokiem dziewczynkę, która była gościem i zachowywała się jak trusia, dobrze wiedząc, że była to tylko i wyłącznie ich wina; Marcela, z którym przecież WALCZYŁ ramię w ramię przeciwko czarodziejowi i... królikom; Jamesa PIEPRZONEGO Doe, który niby tak UWAŻNIE poszukiwał swojej rodziny dokładnie sześć dni temu. Panowie prezentowali się jak dwulicowe szuje, którym należało urąbać języki, aby nie opowiadali więcej takich niedorzeczeństw, może nawet skrępować ręce i nogi, bo nie wiadomo co takie licho postanowi zrobić! Patrząc na tę sytuację, chyba nawet wiadomo i właśnie dlatego głupstwem zdawało się puścić ich bez żadnej nauczki. Gówniarzeria postanowiła się zabawić, ot co! Drgnął jedynie na wieść o chęci zaręczyn Waltera. Faktycznie mówił mu o swoim afekcie względem Neali, ale przecież dość sprawnie mu wyjaśnił, że z takimi tematami należy iść najpierw do rodziców, bo przecież wciąż nie była pełnoletnia!
- DOŚĆ MŁODA PANNO. - zawyrokował ognistym błyskiem w oku i całkiem sprawną krtanią, z której wyrwały się mocne słowa. Wstyd za Lynmouth? Wstyd za Devon? CZY ONA CAŁKIEM ROZUM POSTRADAŁA? Co za sieczkę z mózgu zrobiło jej to towarzystwo! - O niczym nie będziesz teraz decydować. Straciłaś w oczach nie tylko moich, ale i ciotki, wujkowie zamartwiają się po wszelkie granice... NAWET WIĘCEJ SŁÓW NIE PRÓBUJ MÓWIĆ, szczególnie przekonywać ciotkę do czegokolwiek. - dech w piersi wydawał się niewystarczający do potężnego głosu, który ani myślał zejść z surowego tonu. Nigdy wcześniej się tak nie zdenerwował, a tym bardziej powiedział tak ostre słowa, czyżby duch Brendana zaszczycił go nieco większą ilością odwagi i pozostawił zmartwienia dotyczące Nealki? Szkoda, że nie zdążył mu powiedzieć, jak rozmawia się z młodzieżą, może byłoby jakoś przyjaźniej. - WY - zwrócił się od razu do Marcela, łapiąc zaraz również wzrokiem Jamesa. Nigdy nie sądził, aby uczucie nienawiści z lat szkolnych kiedykolwiek wróciło w pulę jego odczuć. - na pewno się stąd nie ruszacie bez naprawienia szkód. Dostałem już list od właściciela pubu... - zawyrokował ostro, patrząc ze złością na Jamesa, który go zwyczajnie oszukał, bo jak inaczej nazwać te maślane oczy, którymi go zaszczycił przy rozmowie o siostrze? A tutaj proszę bardzo. - już wyznaczył dla was zadanie godne tego występku. - skończył mocnym akcentem, dopadając wzrokiem Marcela, po którym spodziewałby się o wiele więcej. Zasilał przecież grono sojuszników Zakonu i w ten sposób zamierzał walczyć? - James nawet nie próbuj mnie więcej czarować. - ostrzegł go, zauważając oczywiście tę chęć wypowiedzenia kolejnego kłamstwa, pieprzony cygan, chyba tacy byli wszyscy, a żeby im w pięty poszło. - Żadnych pociągów, ucieczek i kolejnych potańcówek, wszyscy marsz do domu. Umyjecie się, przebierzecie i POROZMAWIAMY, co dalej. - zaakcentował na koniec, obracając się bokiem zarówno do nich, jak i domostwa ciotki, wyciągając przy tym jedną rękę i wskazując kierunek. Nie, żeby ktokolwiek mógł zauważyć, że powtórzył słowa Neali, ani trochę. - Marcel... nie jesteś wyjątkiem, odpracujecie to zamieszanie. - dodał zaraz, żeby jasnowłosy nie miał złudzeń, nie był traktowany wyjątkowo, oj nie. Szkoda tylko, że w ciągu ich dzisiejszego spotkania ani razu nie użyto jego imienia, a przecież widzieli się po raz pierwszy... ups?


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]01.07.21 14:48
Nie do końca tak miała wyglądać ich wielka przygoda; ani wieczór, ani noc, ani nawet poranek, choć spacerując u boku przyjaciółki, której nie opuszczała nadzieja, pozwoliła sobie nawet na kilka drobnych uśmiechów. Zawsze mogło być gorzej – w końcu stali wszyscy o własnych nogach, cali i zdrowi, o ile nie liczyć siniaków i rozcięć u chłopców, czy krwawych śladów i plam błota na dziewczęcych sukienkach. Ale skoro teraz zmierzali już w stronę domu, mogło być tylko lepiej. Pomijając potencjalne przywitanie w wykonaniu pani Weasley.
– Owszem, na... chwilę – wraz z kiwnięciem głowy przeniosła spojrzenie na Marcela – I ty też tu zostajesz. Nie możesz w takim stanie dalej snuć się...gdziekolwiek zamierzałeś iść – obiecała, że się nim zajmie, więc tak zamierzała zrobić, nawet jeśli obydwoje byli poniekąd na łasce jako tako obcych ludzi. Ale wiedziała też, że wujostwo Neali nie zostawiło ich – nikogo – w potrzebie. A w takiej właśnie znalazł się Marcel, nawet jeśli próbował robić dobrą minę do złej gry.
– Nie ma innej opcji, potrzebujesz odpoczynku – po tej dziwacznej nocy, po obrażeniach, po objawach klątwy, czymkolwiek ona tak naprawdę była. Przecież nie mogła pozwolić mu iść w świat w takim stanie.
Wyobrażenie, niekoniecznie przyjemne, o tym, jak mógłby zwyczajnie zasłabnąć na pozbawionej żywego ducha drodze, uleciały gdzieś na bok, kiedy rudowłosy mężczyzna, w którym Beddow prędko rozpoznała krewnego Neali, po raz kolejny podniósł głos. Własne słowa, które jeszcze moment temu wypowiadała, okrutnie niepewnie, tym razem zalęgły gdzieś w dole krtani, a ona sama spuściła wzrok. Podniosła go po chwili, wraz z kolejnym grzmotem niezadowolenia płynącego z ust starszego Weasleya, kierując spojrzenie na chłopców.
Kolejne oskarżenia płynęły, a płomiennowłosa przyjaciółka odpierała je zaskakująco dobrze, choć kiedy starszy chłopak wspomniał o liście, Anne przez moment miała wrażenie, że przestało bić jej serce. Naprawdę oni mieli odpowiadać za to, co zrobili tamci? Wspomnienia felernego wieczora, brudnej od krwi i rozlanego alkoholu posadzki, krzyków wdzierających się do uszu i okropnego rozgardiaszu, nie wspominając już o nieszczęsnym Walterze – po cóż ten chłoptaś zamierzał się na nich mścić?
– Nigdzie nie jedziecie – cichy szept poprzedził wyraźną negację ze strony Neali; bo miała rację, najświętszą, nie mogli po prostu wrócić do Londynu.
– Neala, to też moja wina... – powiedziała nieco pewniej, przemykając spojrzeniem między dziewczyną, która chciała wziąć wszystko na siebie, a ich wybawco-oskarżycielem – Odpracujemy wszystko co będzie trzeba – wraz z kiwnięciem głową zawiesiła wzrok na okrutnie zawiedzionym i rozzłoszczonym Weasleyu.
Była naprawdę gotowa ponieść konsekwencję, bo takowe się im należały, choć fakt tego, że to oni powinni ponieść całkowitą winę, był daleki od sprawiedliwości.
– Ale Neala również ma rację. A Walter, jakkolwiek szlachetny by nie był, zachował się wczoraj niegodnie i podle – na moment uniosła podbródek ku górze, zerkając kątem oka na przyjaciółkę. Ich była czwórka, święty Walter jeden. Ale cóż po tym, skoro właściciel pubu już na nich doniósł?
Należało wrócić jak najprędzej i wziąć się za odrabianie kary; ale najpierw naprawdę musiała się upewnić, że z Marcelem wszystko w porządku.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]06.07.21 1:47
Wpierw sądził, że zostanie w okolicy na dłużej nie będzie niewłaściwe. W okolicy, nie tutaj. Nie bez powodu sprzedał bajeczkę o klątwie i zmusił Anne do obietnicy, by się zajęła jego przyjacielem. Ta dwójka wyraźnie miała się ku sobie, ale może to była już jego własna interpretacja — to czego nie mógł nie zauważyć i ze śmiałością nie stwierdzić, że wpadła w oko Marcelowi. Znał go na tyle, by podobnych sygnałów nie przegapić, nie pomylić z niczym innym. Wszystko się zmieniło nagle, niespodziewanie. To słowa płynące od rudowłosego mężczyzny sprawiły, że miał ochotę przewrócić oczami i po prostu odejść. A jednak wciąż stał w miejscu, jakby stopy miał obłożone betonem, skrępowane razem z wielkim kuble, przez które nie mógł wycofać się do tyłu, zareagować poprawnie? właściwie?, mierząc mężczyznę wzrokiem. Nie jego sprawą było, co miał zarzucać Neali. To była jej rodzina, to on miał pełne prawo do tego, by wypytać ją, by martwić się i egzekwować nieposłuszeństwo. W nagłym zrywie chciał jej trochę pomóc, usprawiedliwić ją, pomóc wykaraskać się z bagna, w które niechcąco i nieświadomie wzajemnie się wepchnęli — bo przecież gdyby nie oni do awantury nigdy by nie doszło, ale gdyby nie one nie byłoby Waltera i tego wymoczka, który nie znał odmowy Anne. Nie miał wykształconego silnego poczucia sprawiedliwości, nie lubił też nadstawiać za innych karku — nikt nigdy za niego tego nie robił. Poza Marcelem i jego rodzonym rodzeństwem. To właśnie przywołanie Waltera sprawiło, że skamieniał, nogi wrosły w ziemię. Przypomniał sobie wpierw cios, który zupełnie go skonfundował, silny, precyzyjny; ból głowy promieniujący od uszkodzonego nosa i krew lejącą się prosto na koszulę. A potem uderzenie butelką w tył głowy, gdy jakiś synek postanowił draniowi pomóc. Gniew znów w nim napęczniała, przysłonił wszystko inne.
Słyszał wymianę zdań między Marcelem, a Anne. Spojrzał na nią na chwilę, ale nieszczególnie obecnie i nie tak, jakby chciał się dołączyć do rozmowy. Szybko zwrócił się do rzekomego Uriena. Zignorował już sprzeciw dziewczyny, który wpierw wyraziła Neala, a później także Ania.
— List od właściciela pubu — powtórzył, w jego głosie zatańczyła drwina. — Czy wszyscy uczestnicy dołączą do naprawiania szkód? Walter, ten frajer, który nazwał ją szlamą, ich koledzy, którzy zagrzewali ich do skopania nam tyłków? Hm? — Usta spięły się w wąską linię, a brwi uniosły wysoko. Wlepiał spojrzenie w rudego faceta, opierając się pociągnięciu w tył Marcela, który chciał odejść. Złapał przyjaciela za rękę, którą zakleszczył na jego ramieniu, ale jakby nie pewien jeszcze, co zrobić, nie strzepnął jej, ale też nie ustąpił. — Wszyscy będą tak dzielnie pracować, wszyscy goście tej knajpy, czy tylko my? Bo nie jesteśmy stąd? — Nikt ich nie zna, nikt za nich nie poręczy. Zresztą, za niego nikt by tego nie zrobił nawet za pieniądze, a co dopiero za darmo. Ten cały Urien miał ich chyba za frajerów. Myślał, że wrobią ich w zaaranżowanie bójki, kiedy tylko się bronili. Bronili dziewczyn przed napastliwymi kutasami. Nie widział przecież, że Walter tylko się potknął, po tym wyzwisku jego ruch był dla niego jednoznacznym sygnałem. Rzucił się z zazdrości o lady.
Zdziwił się, kiedy nakazał mu przestać czarować. Zmarszczył brwi, na ustach wymalowało się niewypowiedziane pytanie. Co on pieprzył?
— Nie mamy chyba o czym rozmawiać, wszyscy wyrobili sobie już opinię na temat tego, co się stało — zarzucił mu niesprawiedliwość, niesłuszny osąd. Ale jego interesowały tylko tłumaczenia tego idioty. O ile te same słowa wypowiedziane przez Nealę brzmiały jak coś, czemu nie warto się sprzeciwić, tak teraz choćby nie wiedział co, musiał zrobić rudemu na przekór.
W końcu beton puścił, nogi się poruszyły. Puścił rękę Marcela i cofnął się, klepiąc go w pierś, przystając na jego prośbę powrotu. Nic tu po nich.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Rzeka Lyn [odnośnik]28.07.21 21:30
- Cholera - mruknął pod nosem, kiedy jego słowa nie spotkały się ze zrozumieniem i towarzystwo - zamiast uciekać - wdało się w rozmowę. Być może podobne zachowanie mogłoby się wydać dojrzałe, ale nie w sytuacji takiej jak ta: kiedy rozpętali bójkę, dość brutalną w skutkach - połamana butelka ostatecznie trafiła  w niego, ale mogła trafić w każdego, również w dziewczyny - i uciekli, pozostawiając po sobie małą awanturę. I ten cały Walter - kim on właściwie był? Nie wiedział i pewnie się nie dowie. Otworzył szerzej oczy, umykając wzrokiem w kierunku Jamesa, spłoszony, kiedy zaczęła mówić o tym, że się o niego martwiły: wciąż nie do końca wiedział, co naopowiadał im James, ale ten dorosły facet pewnie nie nabierze się na to tak łatwo - a szkoda byłoby opowiadać o kompromitującej prawdzie. Wdał w bójkę - małe nadużycie - potknął się o leżącego na podłodze Marcela i spadł na Jamesa, który wziął to za atak - od dołu widział wszystko, ale pewnie tylko on. I nie zamierzał puszczać z gęby pary, bo nigdy nie zrobiłby tego przyjacielowi. No, może te oświadczyny to rzeczywiście była przesada, ale wtedy akurat spał. - Neala - wypowiedział jej imię, prosząco, kiedy wspomniała o butelce wbitej w niego - było już przecież po sprawie, nic mu nie było, trochę bolało, jeszcze poboli, a potem przestanie. Nic wielkiego. Tylko na ostatnie zachowanie nie znajdował wytłumaczenia, bo tę szlamę to wepchnąłby mu o gardła jeszcze raz z wielką radością. - Co - wymsknęło mu się, kiedy wspomniała o specjaliście od klątw, nie zamierzał być poddawany żadnym egzorcyzmom z powodu opowieści Jamesa. Nie miał na sobie żadnej klątwy. - My nie... - zaczął w odpowiedzi na jej ośli upór, ale po prawdzie nikt nie zwracał na niego większej uwagi - rodzinna sprzeczka trwała w najlepsze, traktując ich jako tło; mogiby się stąd zmyć, wciąż była szansa, Neala i ten cały Urien byli przecież skupieni głównie na sobie - a on czuł, że w rodzinne sprzeczki nie powinni wcale wchodzić. - Nikt mnie nie będzie sprawdzał - zaprzeczył od razu, bo nie zamierzał na to pozwolić. Nie znał tych ludzi. Nie wiedział, kim byli. Ale głos Uriena wybrzmiał donośnie, przerywając ten potok słów. Już chwytał Jamesa za ramię raz jeszcze, nie ustępując w wysiłkach odciągnięcia go na bok, lecz zaraz skierował słowa bezpośrednio do nich. I już otwierał usta, by zaprzeczyć, kiedy wypowiedział jego imię - choć przecież nikt wokół nie wypowiedział go ani razu. Wyjątek? Dlaczego miałby mieć wyjątkiem? Ściągnął jasną brew, wbijając w niego spojrzenie pozbawione zrozumienia, szukając w pamięci jakiejkolwiek wskazówki, która mogłaby mu podpowiedzieć, kim był Urien. Znał wielu ludzi, w cyrku, na ulicy, w porcie, mógł mu umknąć. Czy rzeczywiście mógł?
Anne zaprzeczyła jego słowom, spojrzał na nią, przepraszająco, bo naprawdę nie zamierzał ładować się w kłopoty i poddawać kolejnym rozmowom, nic mu nie było, ale czy ktokolwiek go tutaj słuchał? Poddawał się panice - i w panice chciał uciekać. Ale Anne podjęła decyzję za nich, zgadzając się na warunki postawione przez Weasleya. Świetnie. Po prostu świetnie. Co miał teraz zrobić - odwrócić się i odejść? Co by sobie o nim pomyślała?
- James - jęknął, słowa nie miały sensu, oczywistym było, że całe nieszczęście i tak spadnie na nich - ten cały Walter wydawał się dobrym chłopcem z dobrej rodziny, a tacy nigdy nie byli winni. Nazywanie go frajerem pewnie im nie pomagało. - Czekaj - zatrzymał go, kiedy zmienił zdanie i po skończonym wywodzie chciał jednak odejść - no stary, parę chwil za późno, mogłeś wytrzeźwieć wcześniej. Teraz - było już po ptakach. Chwycił go za ramię jeszcze raz, kiedy go wypuścił, nie pozwalając odejść, mogli uciekać zanim padły te wszystkie słowa. Zanim odezwała się Anne. - Jasne, że odpracujemy - stwierdził ze zrezygnowaniem, zakleszczając na drugim ramieniu Jamesa drugą rękę, przenosząc wzrok na dziewczynę i unikając przy tym spojrzenia wściekłego Weasleya.

narkolepsja - nie śpię


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Rzeka Lyn
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach