Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Altana na skraju lasu

Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 11 ... 18, 19, 20
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime16.01.18 0:20

First topic message reminder :

Altana na skraju lasu

Najbardziej zazieleniony zakątek lasu, płynnie przechodzący w zaczarowaną, leśną głuszę. Soczysty kolor trawy przetyka się gdzieniegdzie z fioletowym i różowym kwieciem, nie pozwalającym zapomnieć o godności organizatorów, tuż przy granicy z całkowicie zieloną częścią puszczy przebiega drobny strumyk z krystalicznie czystą wodą. Tuż za nim znajduje się altanka, magicznie powiększona i mieszcząca znacznie więcej osób, niż wydawałoby się po jej rozmiarach.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Aquila Black
Aquila Black

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8834-aquila-black https://www.morsmordre.net/t8844-sunshine https://www.morsmordre.net/t8843-child-of-the-sun#263595 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t8846-skrytka-bankowa-nr-2087 https://www.morsmordre.net/t8845-aquila-black
Zawód : badaczka historii
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży,
A występków szkaradność lub cnoty przykłady,
Te obrzydłe, te święte zostawują ślady.
OPCM : 5
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime24.10.20 23:34

Ten sugestywny uśmieszek w kąciku ust Primrose kompletnie wmurował dziewczynę. Może i Aquila miała ochotę roześmiać się i, niczym w szkole, poplotkować z przyjaciółką o spojrzeniach przystojnych mężczyzn, ale... Ale nie mogła się przemóc by wydusić z siebie chociaż jedno słowo. Nie była też pewna czy Panna Burke na pewno dotrzymała by sekretu przy swoim bracie, nestorze rodu. To z kolei budziło kolejne obawy. Wyniosły wzrok jakim Aquila karmiła służbę, zawsze dumnie uniesiona głowa oraz rozmowy na temat jej własnych ambicji nie oznaczały, że w głębi duszy nie była tą samą głupią dziewuchą marzącą o romantycznych uniesieniach. Co jedynie zmieniały jej się obiekty tych westchnień.
- Primrose, myślę, bazując na historii naszego świata, że nigdy nie jesteś w stanie poznać na wylot nawet swoich przyjaciół - ściszyła ton. - Spójrz chociażby na Isabelle Carrow... Myślisz, że spodziewałaby się tego co zrobił Percival? - myśli o tak bliskiej relacji ze zdrajcą przyprawiała ją o mdłości.
Dochodzenie do sprzecznych ze sobą wniosków było ostatnio specjalnością panny Black. Z jednej strony chciałaby sama wybrać swojego męża, oczywiście o poprawnym rodowodzie, bazując na swoim uczuciu, ale z drugiej... nestorzy o wiele lepiej wiedzieli komu należy ufać. A za nic w świecie nie chciałaby by spotkało ją to samo co spotkało Isabellę Carrow.
- Tak... Twój brat to bardzo mądry czarodziej. Myślę, że nigdy nie chciałby dla Ciebie źle - ponownie upiła napój z filiżanki. - Żałuję, że nie każda wiedza która dostępna jest nestorom, jest dostępna mi. I myślę, że masz podobnie... - spojrzała na Primrose z lekką podejrzliwością.
Chociaż dziewczyna sama przyznała, że pozwalano jej na o wiele więcej niż w innych domach, to w myślach Aquili, znając Primrose, i tak nie dostała tak wiele wolności o jakiej kiedyś mogłaby marzyć. Czy kiedykolwiek, siedząc w dormitorium, jeszcze razem z Evandrą Lestrange, zdawały sobie sprawę z tego jak rzeczywiście wygląda życie, dla kobiet takich jak one, po wyjściu z twardych murów szkoły?
- Primrose... Cieszę się, że mogłyśmy się spotkać - uśmiechnęła się szeroko. - Mam nadzieję, że nasze następne spotkanie odbędzie się w równie uroczym i przyjemnym miejscu.
Czy kiedyś zebrałaby w sobie na tyle odwagi by opowiedzieć przyjaciółce o czym rzeczywiście myśli? Na ten moment nie potrafiła sobie sama udzielić odpowiedzi na to pytanie, jednak prawdopodobnie nie nastąpiłoby to szybko.
Potrzebowała zrywu serca. Czegoś co sprawi, że jej pasja, chociaż dalej silna, wyrwie ją z tej jajecznej skorupki świata damy z dobrego rodu.





Może nic tam nie będzie. może to tylko fantazja. Potrzeba poszukiwania, która mnie wzmacnia. Potrzeba mi tego by wzrastać.
Powrót do góry Go down
Primrose Burke
Primrose Burke

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 5
UROKI : 6
ELIKSIRY : 21
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 8
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Altana na skraju lasu - Page 20 Dd3436d291f269d9d228b8e0011b3018

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime25.10.20 0:06

Czy była rozczarowana zachowaniem przyjaciółki? Trochę tak. Spodziewała się czegoś zupełnie innego. Iskry, chęci tworzenia, odkrywania, pasji. Otrzymała zaś powłokę zadziornej Aquili z wnętrzem pełnym obaw, frazesów i lekkiej manipulacji. Panna Black zachęcała Prim do otwartości, a sama wszystkie swoje wypowiedzi cedziła przez sito. Primrose nie wiedziała tylko czyje to było sito: strachu, rodziny Blacków czy braku informacji i rozeznania w sytuacji? Czy Aquila przed nią grała, wyciągała informacje by zaraz z okrzykiem pobiec w stronę swojego rodu mówiąc, że panna Burke opowiada herezje, które zagrażają integralności szlachetnej krwi, narażają na pośmiewisko i skażenie. Tego też nie wiedziała, ale była pewnego jednego, że dopóki nie pozna nowego charakteru przyjaciółki ze szkoły musi trzymać język za zębami i uważnie się jej przyglądać.
Czy było jej przykro i miała żal? Nie. Wiedziała, że są tworami swoich rodzin, świata, w którym się urodziły, ale nie sądziła, że te zasiane ziarna tak łatwo wykiełkują w umyśle Aquili. Mogła jedynie wewnętrznie zapłakać nad tym stanem rzeczy i pogodzić się z faktem, że przyjaciółka prawdopodobnie idzie w kierunku, który wyznaczyła jej rodzina bez zadawania pytań i zastanawiania się „dlaczego”. Oczywiście, że bracia ukrywali przed Prim wiele i ona o tym wiedziała, nie była głupia i naiwna. Wiedziała też kiedy nie zadawać pytań i nie drążyć, ale miała oczy i uszy. Można wiele zobaczyć i usłyszeć kiedy inni myślą, że nie patrzysz i nie słuchasz. Już wiedziała, że nie warto naciskać na Aquilę, bo ta i tak nic nie powie. Nie zdradzi się słowem ani gestem. Będzie idealną postacią, wykrojoną według idealnego wzoru. Czas na rozmowy, które inspirują musi poczekać. Kiedyś może taki czas nadejdzie, ale Prim wiedziała, że nie prędko to się stanie. Musi cedzić informacje i to bardzo dokładnie.
-Tak samo jak ty nie wiesz wszystkiego o swoich braciach, tak samo ja też nie wiem, a oni nie wiedzą wszystkiego o nas. - Odpowiedziała enigmatycznie kompletnie nie zrażona słowami Aquili. - Panna Carrow jednak nie jest niczemu winna, to nie ona podjęła tą decyzje, tylko Percival. Uważam, że należy się jej pełne wsparcie z naszej strony.
I znów, może za dużo powiedziała. Może Aquila właśnie uważa, że Isabella powinna ponieść konsekwencje wyborów innych osób. Westchnęła cicho i powoli wstała ze swojego miejsca tym samym oznajmiając, że czas wracać w stronę zamku, a wizyta Aquili właśnie dobiegała końca.
-Wróćmy do zamku aby Maczek mógł wyczyścić twoje pantofelki – uśmiechnęła się uprzejmie przyjmując ton głosu pasujący do perfekcyjnej gospodyni. - Dziękuję za twoje przybycie. To było dobrze spędzony czas. Pozdrów proszę swoich braci i życz im ode mnie wszystkiego najlepszego.
To spotkanie na pewno dało jej samej wiele do myślenia i zmusiło do wyciągnięcia pewnych wniosków. Panna Black jej nie ufała, zdystansowała się i zapewne bała się cokolwiek powiedzieć myśląc, że ona sama doniesie swoim braciom. Miała do tego pełne prawo, gdyby nie była Aquilą Black, z którą się przyjaźniła w szkole. Ta panna Black nie była tą samą dziewczyną. Pytanie czy grała, czy tak się zmieniła, czy może próbowała odnaleźć się w nowej sytuacji, w końcu konflikt odbijał się na nich wszystkich. W czasie drogi powrotnej podtrzymywała uprzejmą rozmowę tak jak powinna robić to panna z dobrego domu. Rozmawiała o pogodzie.

zt x2





May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Powrót do góry Go down
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime21.02.21 1:12

Para nr 20

Po ugryzieniu zaklętego ciastka padliście ofiarą niechcianej teleportacji – a po krótkiej chwili wylądowaliście tutaj: postać A w leśnym puchu, wzburzając swoim upadkiem lotne nasiona kwiatów, do złudzenia przypominające diamenty; postać B - w lodowatym strumyku tuż za kamienną altaną. Wirujące w powietrzu płatki osiadły na materiale ubrania postaci A, upodabniając ją do prawdziwej księżniczki. Postać B w tym czasie zdołała dostrzec altanę, w której mogła się osuszyć po nieprzyjemnej kąpieli w zimnym potoku, dlatego też dziarsko ruszyła w jej stronę.

Gdy tylko wasze spojrzenia się spotkają, ogarną was silne emocje, do złudzenia przypominające miłość: będziecie mieć wrażenie, że dla drugiej osoby zrobicie absolutnie wszystko, poczujecie oddanie, szczęście i tęsknotę do czegoś, czego nie będziecie potrafili określić; wyda wam się najpiękniejsza na świecie; będziecie gotowi poświęcić wiele, by spędzić z nią resztę życia.

W tym samym momencie nad waszymi głowami pojawił się duch o ciepłym uśmiechu, który wskazał wam wnętrze altanki. Zobaczyliście, że cała wyłożona była miękkimi kocami, stosami poduszek, a na jej środku znajdował się kosz, z którego wydobywały się zapachy waszych ukochanych potraw. Zachęceni przez zjawę zajęliście miejsca, a gdy tylko to zrobiliście, altana obrosła gęsto pnączami, oddzielając was od świata zewnętrznego i zapewniając odpowiednią prywatność. Wici obumrą nad ranem, wypuszczając was ze swojego kokonu.


Rzut kością
W dowolnym momencie trwania wątku możecie wykonać rzut na dodatkowe zdarzenie kością podpisaną jako Kupidynek.

Konsekwencje
Efekty zjedzenia zaklętego ciastka ustąpią następnego dnia, wraz ze wschodem słońca; po romantycznej schadzce pozostaną wam wspomnienia i potężny ból głowy, który ustąpi dopiero po 24 godzinach.


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime22.02.21 10:59

Przyjemny, korzenny aromat, który wypełniał całe pomieszczenie uderzył w nią tuż po tym, jak otwarła drzwi i przekroczyła próg własnej sypialni. Dłoń obejmująca stare woluminy z zaawansowanej transmutacji przycisnęła mocniej do piersi zaciągając się mocniej aromatem słodkiego ciastka. Ostatnio niewiele jadła, utraciwszy po zdarzeniach w Tower apetyt zupełnie — nie mogła jednak oprzeć się łakomej potrzebie choćby skosztowania deseru, który na jej szafce musiała pozostawić mama. Cokolwiek w nim było, pachniało obłędnie. Uśmiechnęła się lekko, nieco blado na widok dyniowej talaretki. Przysiadła bliżej, zostawiając tomiszcza obok siebie, na starym, wysłużonym łóżku. Poczekają, miała całą noc na to, by do nich zajrzeć. I choć zmęczenie po długim, wypełnionym pracą dniu dawało się już we znaki, wiedziała, że nie będzie lepszego momentu na naukę. A właściwie, żadnego innego.
Gdy była zła — piekła, a kiedy dopadał ją smutek jadła. Wspomnienia z londyńskiego więzienia raz po raz zaciskały się na jej przedramionach, wywołując paniczny strach, przywołując okropne obrazy sprzed przeszło miesiąca. Nie przeszła z nimi do porządku dziennego, nie poradziła sobie z wyrzutami sumienia i krzykami odbijającymi się w jej głowie w tym przerażającym nawoływaniu o pomoc. Nie pomogła. Zawiodła. I znów dopadało ją to smętne wrażenie, a wszystkie miłe myśli i wspomnienia przyprawiające ją o szybsze bicie serca i płytszy oddech zaczynały ulatywać.
Bez zastanowienia ugryzła kawałek ciasta, kiedy jej podświadomość szeptała, że z każdym kolejnym gryzem zrobi jej się lepiej, poczuje błogi spokój, przyjemność, która pozwoli jej odegnać złe myśli i wspomnienia daleko. Na tyle, by mogła funkcjonować w codziennej rzeczywistości. Ale wtedy stało się coś, czego na pewno się nie spodziewała. Żołądek szarpnął ją nieprzyjemnie, jakaś siła pociągnęła ją w nicość.
Upadek był miękki, choć czuła się zupełnie tak, jakby spadała z samego nieba. Rośliny, które uchroniły ją przed dotkliwym zetknięciem z ziemią wydawały się zaczarowane. Nasiona przypominające iskrzący, magiczny pył uniosły się w powietrze. Podążyła spojrzeniem za naturalnym brokatem, przypominając sobie w jaki sposób błyszczał Michael — to musiało być to. To samo? Wyciągnęła rękę przed siebie patrząc, jak osadza się na jej dłoniach. Delikatny, miękki jak puch, niewyczuwalny pod opuszkami palców, w których chciała go potrzeć. Uśmiechnęła się powoli, podziwiając, jak wszystko pięknie się mieni. Jej skóra zalśniła delikatnie, zupełnie tak, jakby była mokra, wysmarowaną kosztownymi mazidłami i balsamami wysoko postawionych dam. Spojrzała po sobie — na nieco znoszoną już sukienkę w kolorze granatowego nieba. Osadzające się na niej nasiona, oblepiające ją gęsto przysłoniły w mig czas, jaki odznaczał się na materiale. Kiedy się poruszyła, sukienka iskrzyła, jakby była wystawną suknią z wyszytymi drogimi kamieniami mieniącymi się w blasku księżyca. I choć to wszystko wyglądało pięknie, bajkowo, rozejrzała się wokół siebie z niepokojem. Zieleń dookoła nie mówiła jej nic, poza tym, że musiała znaleźć się w lesie, w którym nigdy dotąd nie była. Serce zatrzymało się na moment — w panice, która obejmie ją całą jeszcze zanim pójdzie po rozsądek do głowy i zda sobie sprawę, że poradzi sobie, gdziekolwiek nie trafiła. Przed nią rozpościerała się altana, ale zerknęła na nią tylko przelotnie, zatrzymując spojrzenie na mężczyźnie, który wyłonił się z gęstwiny obok. I choć zamierzała podnieść się z ziemi, otoczona wirującym, błyszczącym puchem, nie poruszyła się z miejsca, patrząc prosto na niego. Serce zabiło jej szybciej, oddech stracił gdzieś po drodze. Rozchyliła usta na chwilę, chcąc coś powiedzieć. Przywitać się, ale nie znalazła odpowiednich do tej sytuacji słów. Cześć, witaj, dzień dobry, wydały jej się tak trywialne. Z jej gardła wydostało się tylko westchnięcie na jego widok, a policzki pokryły się rumieńcami, gdy zdała sobie sprawę, że nie może oderwać od niego oczu.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Reggie Weasley
Reggie Weasley

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Zawód : co się nawinie pod rękę
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
zepsuty
OPCM : 21
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Metamorfomag

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime23.02.21 16:09

Przyjemny, słodko-korzenny zapach…nie chwila, chwila, przecież był w portowej dzielnicy, tam, gdzie smród stał się synonimem aromatu normy. Ponaglony chęcią dojrzenia skąd wydobywa się ten wręcz egzotyczny dla jego nozdrzy zapach, zauważył kolorowy papier skrywający coś w środku. Przeczulony na punkcie ochrony, wyciągnął różdżkę, szukając ewentualnego winowajcy, który skrywał się w cieniu. Kolejny obrót, wyjrzenie przez okno balkonowe, aż wścibskość przyciągnęła go do brudnego stołu, który nijak pasował do stykania się ze schludnym opakowaniem…tartaletki? Zarówno widok, jak i aromat wspaniałego deseru sprawiły, że jego ślinianki zaczęły wytwarzać trochę zbyt dużo śliny. Zassał powietrze, próbując ogarnąć niepohamowaną rządzę zjedzenia tego wspaniale wyglądającego ciastka. Przez moment przemknęło mu przez myśl wiele pięknych obrazów, spośród których wyłapanie jednego zdawało się wręcz nierealne; po chwili do nosa dotarły TE zapachy. Rześkie, deszczowe powietrze nie było przecież realnym w jego zagraconym mieszkaniu na Pont Street; wstał z krzesła, próbując zwiększyć dystans od tartaletki. Kolejne przejrzenie pomieszczenia i paniczny strach kojony uczuciem komfortu spowodowanego przyjaznymi zapachami. Podświadomość dobrze wiedziała, jak bardzo pragnął zjeść ciastko, produkując coraz to więcej śliny; czasy były ciężkie, a takie dobroci zdecydowanie rzadko spotykane – nieważne jak wiele dóbr sprzedał w ciągu tygodnia…może tylko kęs? Nie spodziewał się kolejnego, równie intensywnego zapachu, który niemalże zwalił go z nóg. Podtrzymując się ściany, odnalazł wzrokiem jedyne jasne i przyjazne zawiniątko, z którego widział już dyniową warstwę ciasta. W ciągu sekundy znalazł się przy stoliku, zapominając o wszelkich przejawach panicznej czujności, która przemknęła mu na początku niespodziewanego odkrycia. Świeżo wypieczone imbirowe traszki! Jego nochal zbliżył się do małego pakunku, a ręce ostrożnie rozwinęły go do maksimum. Sosnowy aromat wypełnił już nie tylko jego ciało, ale również duszę zmuszając do przypomnienia sobie wszystkich tych wspaniałych chwil spędzonych w Ottery, gdzie bezpieczeństwo i cała ta scysja nigdy nie miała miejsca, a świat poza wakacjami dzielił się tylko na Gryfonów, Krukonów, Puchonów i Ślizgonów. Właśnie wtedy to poczuł, gryz rozpływającego się w ustach ciastka wręcz momentalnie sprawił, że świat zakręcił się wokół tej jednej chwili, pozwalając mu na zaczerpnięcie iście świeżego powietrza nieznajomego lasu.
- Kur… – wyrwało mu się pod nosem, kiedy poczuł, że grawitacja zadziałała o wiele mocniej, niż powinna. Nagłe zimno przeszywające na wskroś całe jego ciało wręcz momentalnie przywołało dreszcze galopujące wzdłuż kręgosłupa. Półświadom otoczenia miał ochotę zdjąć spodnie, finalnie osiadając na pomyśle odnalezienia skrawka miejsca, gdzie zdoła ogrzać wszystkie swoje rzeczy. Ostatnim czego potrzebował, był jakiś zapatrzony się na jego tyłek zając. Dość już miał dwułapych, puchatych stworzeń, które zdawały się go prześladować. Poprawił uchwyt na różdżce, wyjątkowo nie rozglądając się zbyt czujnie po otoczeniu. Z każdym krokiem czuł coraz to większą potrzebę zbliżenia się do altany, która zdawała się jedynym racjonalnym pomysłem na zdjęcie i zaczarowanie mokrych ubrań. Delikatne promyki bólu po upadku były przyćmione przez coś większego, czego nie był w stanie nawet określić, aż jego oczom ukazała się ona. Siedziała – nie, unosiła się nad ziemią niegodna dotknąć jej choćby kawałkiem delikatnej stópki. Była zagubioną księżniczką, której błysk zniewalał na kolana w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie był do końca pewien, co powinien pomyśleć, powiedzieć, dotknąć…była zbyt krucha, bał się, że jego niszczycielska domena ponownie rozerwie jedyną z rzeczy, które naprawdę były ważne. Ona…Hannah? Jak?
Jego oczy rozszerzył się znacznie i choć szczenięcy wzrok zaczął wodzić po jej twarzy, nie był w stanie powiedzieć, co w rzeczywistości było nie na miejscu. Stała się jego muzą, może już kiedyś w rzeczywistości nią była? Nie miał nawet zamiaru dociekać wspólnych lat spędzonych na miotle – każdy na swojej, przynajmniej jeszcze wtedy w ten sposób się grało.
Wpatrzony w jej perspektywicznie drobną postać, przestał zwracać uwagę na drogę i właśnie wtedy, kiedy otworzył usta, żeby coś powiedzieć, poczuł, jak jedna z jego stóp haczy o jeden z wystających korzeni. Jak długi poleciał prosto na twarz, amortyzując zderzenie z podłogą rękoma. W głowie pojawiła się tylko jedna myśl, musiał ją odnaleźć. Zmartwionym, wręcz panicznym wzrokiem odszukał jej drobnej postaci, orientując się, że upadł na skrawek roślin, gdzie siedziała przepiękna ona. Cichy pomruk wyrwał się z jego pękniętych ust, na których wciąż pozostawał posmak dyniowej tartaletki. Nie był do końca pewien jak odnaleźć się w całej tej sytuacji, ale zdecydowanie nie miał zamiaru się wycofywać. Czuł się pijany miłością, w sposób o wiele przyjemniejszy niż podczas tych nocnych, portowych eskapad do Parszywego. Patrząc na nią, miał wrażenie, że całe jego ciało poddaje się mocy tych dwóch czekoladowych głębin, które oplatały delikatne rzęsy. Czuł nieodpartą chęć zanurzenia się w przepięknych tęczówkach, nawet nie myślał o kotwicy, bo po cóż miał choćby w minimalnym stopniu się ograniczać? Nawet kaskada jego rudych poskręcanych włosów nie była w stanie mu przeszkodzić obserwacji, dynamicznym gestem głowy zarzucił je wszystkie na jedną stronę, pozbywając się utrudnienia w opiewaniu jej perfekcji, ha, ona była ponad perfekcję!
Siła jej naturalnego uroku uginała pod nim nie tylko kolana, ale również ręce, które opuściwszy się, zmniejszyły dystans pomiędzy nim a podłożem, które już nie było takie wygodne. Jedna z szyszek ewidentnie upodobała sobie miejsce tuż pod jego biodrem, choć ani na chwilę nie pokazał swojego niezadowolenia, w końcu mógł na nią spoglądać, a światło przebijające się przez wysokie drzewa dodawało jedynie atutów, przedstawiając ją w jego oczach jako boginię skąpaną w blasku, nieważne czy była to noc, czy dzień, ważna była ona.
- Bogini moja. – powiedział szeptem, oddając się afrodyzjakowi; już dawno zapomniał o niewygodzie spowodowanej leżeniem poza runem leśnym. Mógł spoglądać na jej wyprofilowaną szczękę, kształtne usta, rys kości policzkowych, mocno zarysowane brwi, idealną szyję, a wszystkiego tego chciał dotknąć, zbadać, sprawdzić. Wydawała się niczym z bajki, bał się, że zniknie, jednocześnie będąc przekonanym, że była możliwie najprawdziwsza. Czy to była szaleńcza miłość?




Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime06.03.21 11:39

Mogłoby jej się zdawać, że na tle rdzawych liści porastających wszystko wokół, licznych krzewów i drzew, nie dojrzy go zbyt łatwo, a jednak jego ognista czupryna, pomimo nadchodzącej ciemności przykuła jej wzrok od razu, a jego oczy — niczym krystaliczne zwierciadła odbijające blade światło iskrzących wokół niej pyłków, wpatrzone prosto w nią przyspieszyły jej oddech. Serce zabiło jej gwałtowniej w piersi, a po plecach przebiegł przyjemny, mrowiący okolice lędźwi dreszcz. Żołądek skurczył się do rozmiarów orzecha — skąd to dziwne wrażenie, to błogie, uczucie? Motyle w brzuchu zatrzepotały skrzydłami wypełniając jej kurczące się trzewia, podsycając tylko pragnienie znalezienia się bliżej niego, ale nie ruszyła się ze swojego miejsca. Nie ośmieliła się pokonać dzielącego ich dystansu od razu, nie będąc pewna, czy nie narzuci mu swojej obecności, bliskości. Wszystko wokół pachniało tak świeżo. Pachniała trawa deszczem, burzą. A jego widok — tak niespodziewany, ale zaskakująco przyjemny, przywiódł jej na myśl drewniane trzony mioteł i zapach pasty Fleetwooda. Tym razem jednak nabrała dziwnej pewności, że to nie quidditch, z którym go wiązała przyprawił ją o ten stan. Dlaczego poczuła to dopiero teraz, a nie wtedy, kiedy z tym czarującym uśmiechem witał ją w szkolnej drużynie? Dlaczego zawróciła na niego uwagę dopiero teraz, a nie po pierwszym wygranym meczu Gryfonów, kiedy świętowali wspólnie sukces? Dlaczego jej serce nie zareagowało w ten sposób, kiedy prosiła go ostatnio o przysługę, by zajrzał do jej sklepu i upewnił ją, że ze spuścizną dziadka wszystko w porządku? Czy to musiało tyle trwać? Czy naprawdę czekała na fulgoro prosto z nieba? Przez całą szkołę był na wyciągnięcie ręki, był tak blisko. Dlaczego zawsze dostrzegała w nim tylko kolegę, a nigdy nie zapragnęła znaleźć się bliżej, poprosić go by zamknął ją szczelnie w klatce swoich ramion i otulił ciepłem własnego ciała? Nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z tych pytań, ale wszystkie wspomnienie napływały do niej, wypierając z głowy wszystkie inne myśli i osoby, które zajmowały jej umysł jeszcze wczoraj. Just się myliła. To uczucie jest możliwe. Tak nagłe, gwałtowne, otumaniające. Patrząc na niego, rozpoznając znane, a jednak zapomniane rysy malowała w głowie obraz najważniejszej w życiu osoby. Kogoś, przy kim chciała być i trwać od tej chwili aż po sam kres. Szczęśliwie zabrakło jej właściwych słów, by opisać to, co czuła, kiedy się zjawił — nie chciała go wystraszyć, ani zniechęcić. Nie chciała, by porzucił ją teraz samą, kiedy tak bardzo go potrzebowała.
Powoli, z przejęciem wciągnęła powietrze w płuca przez lekko rozchylone usta; jęknęła, kiedy potknął się o wystający konar — wiedziała, że to nie jego niezdarność. Był w nią tak zapatrzony, że nie dostrzegł trudności spoczywających na jego drodze. Od razu drgnęła, wyciągając ku niego dłonie, z troską i zmartwieniem wymalowanymi na twarzy zbliżyła się ku niemu na kolanach, a migoczący pyłek rozsypał się wokół.
— Reggie? — szepnęła cichutko, odrywając w końcu spojrzenie od jego obsypanej biegamy twarzy. — Nic ci się nie stało? Nie zrobiłeś sobie krzywdy?— Może nie powinna była nic mówić, psując tą przyjemną dla ucha symfonię, kiedy ich oddechy i bicia serca przeplatały się ze sobą w otaczającej ich ciszy, ale nie potrafiła zignorować tego upadku. Jako winowajczyni powinna zadbać o niego odpowiednio, otoczyć go opieką. Wyciągnęła ku niemu dłoń, by złapać między palce kręcące się ogniste kosmyki, choć poradził sobie z nimi sam, przerzucając włosy tym buntowniczym trzepnięciem głowy na jedną stronę; i odsunąć je od jego twarzy do tyłu, tak, aby nie zasłaniały jej widoku oczy skierowanych prosto ku niej. Nie dotknęła przy tym jego skóry, nie odważyła się na taki ruch, ale kiedy znów ich wzrok się skrzyżował poczuła jak jej ciało pokrywa się gęsią skórką.
Kiedy się odezwał zamrugała dwukrotnie, onieśmielona wyznaniem. Jasne lica pokryły się lekkim rumieńcem, ale usta powoli, leniwie wręcz wygięły się w kokieteryjnym uśmiechu. Słowa przez niego wypowiedziane były dowodem na to, że i on czuł to samo, co ona. Nie musiała się już lękać, obawiać odrzucenia. Nie czuła niepewności ani strachu, że zniknie, że ucieknie — był tu cały czas, przed nią, przy niej. I dzieliło ich od siebie tak niewiele, a jednocześnie ten dystans był tak nieznośny. Wytrzymywała go dzielnie, nie mogąc pozwolić sobie na więcej.
Powoli przesunęła nogi po miękkiej roślinie, przygotowując się do wstania i wyciągnęła ręce ku niemu, prosząc go, by uczynił to samo. Wtedy też dostrzegła, a może poczuła chłód bijący od niego. Drżał?
— Na słodkiego Godryka, Reggie... Jesteś cały... mokry — zauważyła z przejęciem zamierającym jej w gardle, jakby wiedziała, że przebywając tu, w żółkniejącym, jesiennym zakątku, otulony wiatrem mógłby się zaziębić — choć sama miała wrażenie, że pomimo pory roku było jej nienaturalnie gorąco, odkąd tylko go ujrzała.
Może zwróciłaby uwagę na altanę w pobliżu, gdyby była zdolna oderwać od niego spojrzenie i rozejrzeć się wokół. Nie chciała. Zapatrzona w niego pozwalała cennym sekundom upływać, ale nie spieszyła się nigdzie. Nie chciała wracać do domu. Nie chciała go tu zostawiać. I wtedy przy nich pojawił się duch, którego obecność w pierwszej chwili ją wystraszyła. Miał jednak dobre intencje — wskazał im ciepły, przytulny kąt, w którym — jak pomyślała od razu — mogli się ogrzać i porozmawiać. Sami, we dwoje, bez świadków. A było tak wiele rzeczy, o które chciała go zapytać, tak wiele historii, które pragnęła by jej opowiedział o sobie, o tym, co robił, gdzie bywał. Spoglądając na moment w tamtym kierunku dostrzegła, że jej wnętrze było ciepłe i przytulne, wyłożone poduszkami. Zerknęła na Weasleya, unosząc nieznacznie brwi, chcąc wiedzieć, co myślał? Nie czekając jednak na jego ruch i odpowiedź, delikatnie ujęła go za dłoń i pociągnęła w tamtym kierunku. Wkroczyła do środka, rozglądając się po stercie poduszek i kocy, które zachęcały do tego, by na nich usiąść. Nie spodziewała się, że za nimi przejście zarośnie, zamykając ich samych w tym sporym rozmiarów miejscu, znacznie większym nic zakładała w pierwszej chwili. Nieco zawstydzona intymnością altany z przejścia przeniosła wzrok na Reggiego, biorąc w płuca duży wdech. — Jak się tu znalazłeś?Mój drogi, chciała dodać, ale zamiast tego uśmiechnęła się promiennie. — Siadaj — i usiadła też sama, wskazała mu miejsce tuż obok. — Jak mnie znalazłeś?— Bo była pewna, że nie zjawił się tu przypadkiem. To przeznaczenie, prawda? To gwiazdy ich ku sobie zesłały.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Reggie Weasley
Reggie Weasley

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Zawód : co się nawinie pod rękę
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
zepsuty
OPCM : 21
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Metamorfomag

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime16.03.21 23:50

Piegowate poliki oblał rumieniec. Czuł się zaszczycony, bo wiedziała, pamiętała, po prostu była i ten szept wzbudzający w jego ciele przyjazny dreszcz ekscytacji. Pytanie, które wzbudziło w nim gamę przeróżnych emocji, głównie krążyło wokół niesamowitego faktu przebywania z nią w towarzystwie, jakby cały świat krążył właśnie wokół niej; każdy atom ciągnął do magnetycznego źródła jej czekoladowych tęczówek. Starał się być możliwie blisko, nie ruszając się z miejsca, zbyt zaaferowany widokiem wspaniałych rys, choć to nie o samą powłokę chodziło, było coś więcej, czego nie był w stanie zobaczyć, choć czuł całym sobą. Drżenie dłoni nie było wynikiem odstawionego na dzień alkoholu, przecież był przyzwyczajony do pozostawiania swojego nawyku sięgania po flaszkę co kilka dni, to była ona. Serce dudniące w piersi nawet nieświadomie zagrało w takcie z jej. Spojrzeniem starał się wyłapać, co było w niej tak wspaniałego, chciał nasycić się samym choćby widokiem, skoro nie śmiał jej nawet dotknąć. Gardło wyschło w ciągu sekundy, kiedy zauważył jej dłoń tak blisko, jakby monumentalność tego gestu świadczyła o wszystkim, co miało znaczenie. Odnalazł jej wzrok, zwyczajnie nie odpowiadając, nie był w stanie wykrztusić z siebie choćby jednego zdania, które miałoby sens. Świat zastygł.
Dopiero przy jej stwierdzeniu wrócił na planetę, pozwalając szkarłatowi oblać policzki. Martwiła się o niego, przynajmniej tak rozumiał ten ton. Widząc jej dłonie wiszące w powietrzu, nawet nie oponował, podniósł się z niewygodnej pozycji leżącej, starając się nie dawać jej powodów do najmniejszego oczekiwania. Był w stanie zrobić dla niej wszystko, począwszy od zapomnienia prostego faktu, że jego ubrania trawiła woda ze strumyka, na który wpadł, aż po oddanie się w tortury. W żadnym wypadku nie próbował zauważyć prostej reakcji na delikatne podmuchy wiatru, bo przecież to głównie ona była w jego głowie, nie jakieś tam małostki; była zarówno szczegółem, jak i ogółem wszystkiego, na czym był w stanie się skupić. Hannah niczym mantra, powtarzane jakby był to zarówno koniec, jak i początek, wdech i wydech, siła i słabość, obawiał się chcieć więcej. Niczym kwitnący pąk, bał się o jego kruchość, której moc powodowała, że nie był w stanie przywołać tego, co było albo będzie. Nie liczyła się wojna, ważne było to spojrzenie, uśmiech, rumiane poliki i to przejęcie, które powodowało, że zdawało mu się, jakby serce zaczęło walić własnym, przyspieszonym, jeszcze bardziej niż normalnie asynchronicznym rytmem. Przejął się swoim stanem tylko przez jej dobroć, która zwróciła mu uwagę. Zaczerwienione poliki ponownie zaatakowała kolejna fala zawstydzenia, bo przecież jak mógł śmieć, pozwalać jej się przejmować? Momentalnie miał ochotę zapewnić ją, że wszystko jest w porządku, że wcale nie jest mokry, że nie chce być jej utrapieniem, że chce być jej... wszystkim, tak jak ona była w tym momencie dla niego. Spojrzał na nią i ponownie zagubił rytm, słowa, cały świat, choć tym razem prawie się odważył, już otwierał buzię, kiedy pojawił się duch. Mimowolnie wyprężył pierś, wychylając się do niespodziewanego gościa, jakby miał mu odebrać miłość życia, którą ten po raz pierwszy odnalazł na swojej ścieżce; w tym lesie, kompletnie losowo, bez żadnej sprzeczności o nieprawidłowości okoliczności, po prostu się zatopił. Gotów stanąć w obronie damy, której nie widział przez pryzmat wspólnych treningów i rozgrywek w Quidditcha, Pokoju Wspólnego, przyjacielsko spędzonych lat szkolnych, teraz była jego zagadką, jego Enigmą, jego wszechświatem; nie było nic wcześniej, nawet ich sromotne porażki i zażarte dyskusje o możliwościach na boisku. Wzrokiem lustrował jeszcze ducha, jakby zaraz miał odebrać mu ten nadmiar szczęścia, który poczuł po raz pierwszy w ten sposób, aż w końcu złapała go za dłoń. Jego głowa eksplodowała.
Porażający z przyjemności dreszcz przebiegł po całym jego ciele, pozostawiając go nieświadomego ciągłego zimna, które odczuwał, zanim zauważył swoją leśną rusałkę. Twarz wyrażała szok, radość, niepewność, strach i przede wszystkim oddanie się każdemu jej życzeniu. Idąc w stronę altany, zamknął jej dłoń w swojej bez zamiaru puszczenia, nigdy nie odda nikogo tak cennego, choćby cały świat miał płonąć on będzie na straży, pomimo że nie był żadnym odważnym bohaterem, dla niej mógł być każdym. Nawet nie zwracał uwagi, że roślinność zamknęła się za jego plecami, cały czas wpatrywał się w nią z ubóstwieniem w błyszczących tęczówkach. Nigdy nie był samolubny, a jednak był w stanie koczować w tym miejscu, aż do późnej starości, co tam wojna i inne bzdety. Mieli siebie, choć ona odeszła. Pustka w jego dłoni była bolesna, jednak jej widok, obecność i cała aura sprawiały, że nie odczuł tego tak głęboko. Spełniając życzenie, usiadł obok, starając się nie narzucać, a jednocześnie nie być zbyt daleko, tylko o te dwa cale, niby po koleżeńsku, ale jednak blisko, w końcu był trzeźwy. Zerknął spod kurtyny swoich długich loków, które zaraz znalazły się za jego uchem, przeklęte przeszkadzały mu swobodnie na nią zerkać i pozwalać napawać się widokiem. Dawno już zapomniał o przemoczonym ubraniu, w końcu ciepło bijące od jej spojrzenia rozgrzewało na tyle, żeby to w ogóle odczuwał.
- Nie wiem... - odpowiedział szczerze, w końcu zbierając się na odwagę przełamania swojego milczenia. Nie mógł być mięczakiem, przecież potrafił rozmawiać i strzelać głupoty, dlaczego więc teraz siedział niczym trusia, starając się nie palnąć niczego głupiego? - po prostu wiedziałem, że tu będziesz. Często spacerujesz po lesie? Nie boisz się niczego? Nie potrzebujesz ochrony? - zaproponował niemalże od razu, ściągając rumieńce z policzków, bo przecież to była bardzo poważna sprawa. Nie mogła jej się stać żadna krzywda, żadna. - Chyba bym sobie nie wybaczył, gdyby coś Ci się stało. - wypalił nagle, łapiąc ją za dłoń w swoje dwie ręce. Nie chodziło o potrzebę bliskości, czy też własne poczucie ciepła, chciał ją zapewnić, że będzie dobrze, że niezależnie od sytuacji pomoże, znajdzie wyjście i oczywiście zrobi wszystko, żeby była szczęśliwa. Dopiero po chwili zorientował się, że siedzi do niej bokiem, spoglądając szklanymi oczami spomiędzy kosmyków, które wyrwały się jego wcześniejszemu gestowi odgarnięcia ich na bok. Niczym przedstawiciel futrzastych czterołapów potrząsnął głową, odrzucając długie loki gdzieś na bok. Musiał widzieć ją całą, bez żadnych niedogodności w postaci pojawiających się pomiędzy nimi przeszkód z jego włosów, a ona wciąż była idealna. - Czy myślisz... myślisz, że to... coś więcej? - zaproponował dosyć nieśmiało, garbiąc się przez myśl, że Hannah może odczuwać coś innego, że on na zbyt dużo sobie pozwala, że... obaw i myśli było tyle samo co uczuć, które podpowiadały, że trzymanie jej dłoni jest w porządku... gdyby tylko mógł ją przedstawić rodzinie... starał się być dżentelmenem.




Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Powrót do góry Go down
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime16.03.21 23:50

The member 'Reggie Weasley' has done the following action : Rzut kością


'Kupidynek' :
Altana na skraju lasu - Page 20 Sq7yQsd


Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Altana na skraju lasu - Page 20 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Altana na skraju lasu - Page 20 Empty
PisanieTemat: Re: Altana na skraju lasu [odnośnikAltana na skraju lasu - Page 20 I_icon_minitime08.04.21 23:53

Jego przedłużające się milczenie napawało ją lękiem. Przez chwilę. Zadrżała w obawie, że patrząc na nią pragnął jedynie uciec, zniknąć, rozmyć się w powietrzu. Sprowokowało ją do myśli, że uczyniła coś niewłaściwego, posunęła się za daleko. Już? Ledwie otworzyła usta, ledwie wypowiedziała kilka niewinnych słów. Wyciągnęła ku niemu dłoń. Nie powinna? Ale ujął ją bez wahania, wciąż patrząc na nią bez słowa. Jej ciało pokryła gęsia skórka, pierś zalało ciepło, schodzące niżej, w stronę brzucha. Jego palce były chłodne, ale w mocnym, stanowczym geście zamknęły się na jej ręce. I ta siła, którą jej przekazał bez użycia słów nagle stała się dla niej oparciem, którego tak długo poszukiwała, na które tak czekała latami. Dłoń, która mogła w jednej chwili zapewnić ją, że wszystko będzie dobrze; dotyk, który rozpalał jej serce, nagle i zupełnie niespodziewanie. Zdawało jej się, że czuła przez ten uścisk szybkie bicie jego serca, rozlewając po niej drżące uczucie podniecenia tym nieplanowanym spotkaniem. Patrzyła na niego, na te wszystkie piegi rozsiane po jego twarzy w przepięknym chaosie, na kształt nosa, zarys warg. Mówił tak, że wypowiadane przez niego głoski wprawiały powietrze w drżenie. A może to ona drżała, chłonąc każde jego słowo wypowiedziane tak melodyjnym, przyjemnym dla ucha tonem.
— Ja...— wyrwało jej się w zająknięciu, na wydechu. Zadarła brodę wyżej, nie spuszczając z niego wzroku. Na chwilę zapomniała o tym by nabrać powietrza w płuca, zaczerpnięcie go było gwałtowne, łapczywe. Zamrugała, onieśmielona jego propozycją. — Zrobiłbyś to dla mnie? — spytała cichutko, cichuteńko, ledwie szeptem. Pokiwała delikatnie głową. Często spacerowała po lesie, choć nie była pewna nawet, gdzie się znajdowała, czy tu, w Szkocji? Czy była dalej w Contin? Wyrwana jak ze snu, wiedziona jego osobą? To musiało być przeznaczenie. — Potrzebuję... towarzystwa — nie opieki. Radziła sobie sama, choć w tej jednej chwili nic bardziej jej nie uspokajało, jak to, że był przy niej, gotów by ją chronić — nawet gdyby podczas kolejnego spaceru ścieżkę zagrodził jej wilkołak; czy nie osłoniłby ją jak teraz własną piersią? Czyż nie było to największym dowodem oddania, uczucia i troski? Mógł to przecież zrobić. Uszczęśliwić ją. Już to robił, samą swoją obecnością. Tym, że był. Serce rwało się do niego, biło szybko, dudniło w piersiach głośno. Bała się, że usłyszy, że się zlęknie tym, jak silnie oddziałuje na nią niwelując odległość. Nie chciała go stracić. Nie chciała wystraszyć. Nie chciała, by ją zostawiał ani teraz, ani już nigdy więcej. Zbyt długo na niego czekała. — Nic mi się nie stanie. Nie przy tobie — wyznała śmiało i pewnie, zaczesując delikatnie włosy za ucho. Kiedy złapał ją za dłoń, tak nagle i tak gwałtownie, serce podskoczyło jej do gardła. Zadrżała, rozchyliła usta, by złapać powietrze. Miał wciąż chłodne palce, ich dotyk sprawiał, że raz po raz wzdłuż jej kręgosłupa przebiegał przyjemny dreszcz. Nie musiał jej w niczym zapewniać. Patrzyła w jego oczy widząc wszystko, co chciał jej przekazać. Z gardła wydostało się głośne westchnięcie, kiedy odrzucił głową zaplątane włosy; westchnęła z uwielbieniem, aprobatą i podziwem. Nikt nie robił tego tak, jak on.— Coś... więcej? — spytała niepewnie, a kąciki ust drgnęły ku górze. W pierwszej chwili niepewnie, by w kolejnej ułożyć się w ciepły, pełen oddania szeroki uśmiech. Uniosła dłoń, by dotknąć jego twarzy, ale zatrzymała palce kilka cali od niej, jakby bała się, że się sparzy. Nie mogła. Nie na nim. Wahanie trwało sekundę, bądź dwie, by w końcu ułożyła ją przy jego policzku, kciukiem delikatnie gładząc skórę. Miała nadzieję, że była to wystarczająca odpowiedź. Zdecydowana, pozbawiona wątpliwości. Przecież wcale ich nie miała. Nie względem niego.
Nie spodziewała się, że cokolwiek będzie w stanie oderwać ją od jego oczu, ale dynia, która pojawiła się za jego plecami, a później uniosła, śpiewając w kółko jedne i te same wersy popsuła cały nastrój. Gdyby nie charakterystyczne dla Święta Duchów wycięcia, pomyślałaby, że to jakiś paskudny żart, ale to nie mógł być przypadek. Fałszująca, mieniąca się światełkami dynia była coraz bardziej irytująca. Na tyle, że bez wahania wysunęła dłoń z dłoni Weasleya, wstając szybko wyciągając różdżkę. Kiedy upierdliwe warzywo spadło na ziemię, wycelowała w nie i rzuciła zaklęcie, pętające ją sznurem dookoła. Ciasno. — Pomóż mi, Reggie — poprosiła go, miękko wypowiadając jego imię, kiedy magiczne lasso zacisnęło się wokół szarpiącej dyni. Był przecież silnym mężczyzną, poradzi sobie z zaczarowaną dynią. Zbliżyła się do niej, by jej się przyjrzeć. Może jednak był to jakiś kiepski dowcip? — Myślisz, że ktoś chciał nam przeszkodzić? Reggie, wybacz, ja nie spytałam. Czy ty masz kogoś... Chyba muszę wiedzieć. Proszę, zniosę wszystko tylko... nie okłamuj mnie.– Spojrzała na niego z przestrachem, dopiero po chwili uświadamiając sobie, jak żałośnie i nieodpowiednio to brzmiało. Jej policzki spąsowiały, wróciła wzrokiem do dyni, odważając się ją w końcu otworzyć. Wewnątrz... znajdowały się prezenty? Brwi ściągnęły się ku sobie, dłonie delikatnie wyciągnęły z wnętrza bombonierkę w kształcie serca  i butelkę skrzącego wina. Uniosła brew nieco, spoglądając na Reggiego. Zaplanował to? To jego sprawka? Wiedział, że ją tu spotka, sam przecież to powiedział. To wszystko to miała być niespodzianka dla niej? Chwilę w jego twarzy szukała odpowiedzi; serce zadudniło jej głośniej. — Reggie... — szepnęła onieśmielona niespodzianką, jaką dla niej przygotował. Łzy zalśniły w kącikach jej oczu. Nigdy nikt nie zorganizował dla niej czegoś podobnego. — Nie musiałeś... Ale dziękuję. To naprawdę... Dziękuję. — Uniosła na niego spojrzenie. Pełne miłości, wdzięczności i oddania, po chwili przekazując w ręce butelkę, którą z pewnością szybko i łatwo mógł otworzyć. — Wypijmy za to spotkanie — zaproponowała śmielej i przygryzła wargę, niechętnie odrywając od niego spojrzenie, by otworzyć bombonierkę pełną słodkości. Nim jednak dostała się do czekoladek owiniętych w różowe papierki, jej wzrok spoczął na bardzo odważnych miłosnych scenach. Zapatrzyła się. Ramiona opadły niżej, głos ugrzązł w gardle. Jej policzki w jednej chwili pokryły się rumieńcami, a nisko, pod żołądkiem pojawił się jakiś drżący supeł. Przewróciła bibułkę, jak gdyby nigdy nic, jakby wcale nie onieśmieliło ją to, choć wcale nie potrafiła wcale ukryć tego zawstydzenia. Szybko sięgnęła po czekoladkę, nieco drżącymi palcami rozwijając ją, by skosztować, delikatnie przygryzając kawałek słodkości. Oblizała wargę, czując, że umorusała się czekoladą, środkowym palcem przesunęła po niej, próbując zmazać to, czego nie udało jej się tym drobnym gestem zlizać. Obróciła głowę lekko, spoglądając na niego prowokująco spod gęstych, ciemnych rzęs. — Nie przeszkadza mi brak kieliszków — wyjaśniła mu z rozbawieniem, domyślając się, że czuł się skonfundowany ich brakiem. Zapomniał, zdarza się. Przemilczała, że miała zazwyczaj mocną głową, świadomość podpowiadała jej, że powinna upić tylko trochę. Bo tak wypadało.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
 

Altana na skraju lasu

Powrót do góry 
Strona 20 z 20Idź do strony : Previous  1 ... 11 ... 18, 19, 20

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Durham-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21