Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Opuszczona wieża
AutorWiadomość
Opuszczona wieża [odnośnik]17.06.21 18:39
First topic message reminder :

Opuszczona wieża

Ta dziwna konstrukcja wyrasta spomiędzy fal spokojnego jeziora w północnej części Kornwalii, stojąca na okrągłym wzniesieniu może przypominać miniaturową twierdzę. Kamień od wielu lat porasta mech, natomiast otaczająca wieżę aura sprawia, że wędrujących po borach mugoli przeszywają dreszcze niesprecyzowanego niepokoju. Właścicielem tego miejsca w dawnych wiekach był alchemik, którego imienia nie zapisały karty historii; był samotnikiem pracującym nad miksturami mającymi za zadanie przepędzać ciemne moce, lecz eksperymenty obróciły się przeciwko niemu. Z ciała pozostał ledwie proch, a laboratorium znajdujące się pod ziemią, w piwnicach, obróciło się w ruinę. Od czasu ów nieszczęśliwego wypadku wieża pozostała niezamieszkana i niezagospodarowana.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Opuszczona wieża - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Opuszczona wieża [odnośnik]12.12.21 23:17
Gdyby wiedziała, co będzie teraz robić, najpewniej parsknęłaby śmiechem, a może nawet i śmiałaby się na cały głos. Po prawdzie to kiedy wyszła cało z sierocińca, a potem lata na morzu nie skończyły się dla niej tragicznie, zaczęła podejrzliwiej patrzeć na życie, nie wiedząc, czy rzeczywiście była coś za bardzo podejrzliwa, czy wszystko to dopiero miało nadejść. Uśmiechnęła się lekko, widząc, jak na twarzy Moora znajduje się uśmiech przywołany po prostu skupieniem na czymś, na czym tak naprawdę upatrywał to co kochał. Rozumiała go w jakimś sensie, widząc podobne miny u niektórych marynarzy, kiedy siedząc na lądzie mogli splatać sieci albo uśmiechać się do siebie, ciesząc się na wykonanie nawet prostej czynności związanej z morzem. Kiedy zapytał o węzeł, sama spojrzała na niego, ostrożnie sięgając do dłoni Williama aby złapać je i w kolejnych ruchach, krok po kroku, zaprezentować mu jak zawiązać linę.
- To pewna odmiana węzła refowego. Przydaje się, jeżeli chcesz zawiązać coś, co potem musisz dość szybko odwiązać, a jednocześnie, nic z tego nie powinno wypaść. – Najgorzej byłoby stracić cały towar przez nieuwagę, a nurkowanie za nim i wyłapywanie paczek (albo, co gorsza, zbieranie ich z ziemi, o ile przetrwałyby ostatnie lądowanie) mogło zająć im więcej czasu i wcale nie zapowiadało się na fascynujące. – Gdybyś potrzebował więcej…mogę ci jakoś rozpisać jak je zawiązywać albo przesłać gotowe przykłady. – Miała wrażenie, że to nie pierwszy taki kurs Willa i jeszcze czeka go parę takich przepraw, być może właśnie jeszcze z nią, dlatego jeżeli chciał poszerzyć swoją wiedzę, nie była temu przeciwna.
Ostrożnie sadowiąc się za nim na miotle, a jednocześnie uważając na paczki, nie mogła powstrzymać drobnego uśmiechu. Czy kiedykolwiek leciała na miotle w towarzystwie? Wydawało się, że nawet Quiddticha w szkole ćwiczyła samodzielnie, w znaczeniu, że wypożyczoną ze szkolnego schowka miotłę nie dzieliła z nikim. Towarzystwo w takim wypadku wydawało się jednak znacznie raźniejsze, a ona…powinna tak jak i Billy pilnować okolicy, ale jednak nie mogła się powstrzymać, aby nie skupić się na kolorze nieba, wyjątkowo cicho jak na nią oglądając niebo. Coś w niej drgnęło – czuła jak łzy napływają jej lekko do oczu i w sercu wyczuła ukłucie. Czy tak właśnie miało to wyglądać? Czy jeszcze kiedyś wypłynie w morze, czy zostanie tutaj i oglądanie jasnych przestworzy będzie jej jedynym skrawkiem wolności. Westchnięcie uciekło z jej ust, nie powiedziała jednak nic, ostrożnie zsuwając się na przestrzeń dachu.
- Ostrożnie, nie powinno się zawalić, ale lepiej po tym nie biegać. – Uśmiechnęła się lekko, sprawnie przerzucając towar z jednego miejsca na drugie. O wiele sprawniej szło to w momencie, kiedy miała kogoś do pomocy – zerknęła jeszcze na oznaczenia na skrzyniach, sprawdzając wszystko spisane dziwnymi symbolami na kartce papieru zanim nie upewniła się, że w tym miejscu to wszystko, mogła więc na nowo usadzić się na miotle, zadzierając głowę wyżej.
- Dam radę zrobić tyle ile ty dasz radę, więc w razie czego się mną nie przejmuj. Oceń na ile dasz radę. – Wolała nie stawiać go w pozycji zagrożenia, zwłaszcza, że musiał jeszcze przebyć drogę do domu. Uśmiechnęła się lekko, ostrożnie robiąc mu miejsce aby mógł lepiej usiąść na miotle. Dobrze, że to nie było auto, bo nie zajechali by zbyt daleko. – Dziękuję, naprawdę. Gdyby nie to, całe przekazanie szło by o wiele wolniej, ale po dzisiejszym dniu to wszystko będzie mogło trafić do mieszkańców. – To wszystko było jedynie kroplą w morzu potrzeb, ale przynajmniej kradziony towar będzie mógł być jakoś wykorzystany dla tych, którzy go jednak potrzebowali, niż dla kolejnych ludzi napychających sobie kieszenie.
- A ty? – Spojrzała na niego, z zaciekawieniem, zaraz też odchylając się lekko. – Ja? Anthony Macmillan szukał pomocy u Shannon, miałam przekazać informacje do kapitana, ale jeżeli chodzi o przemyt lokalny…to bardziej moja działka. Wiesz, łatwiej z metamorfomagią i tym wszystkim. W końcu kiedy przez wiele lat udajesz kogoś innego, już na zawsze nigdy nie będziesz w pełni sobą. Zawsze jesteś gotowy do bycia kimś innym. – Było to dość smutne stwierdzenie, ale było to rzeczywiście prawdą. Nie tylko o niej, ale o wszystkich, którzy wybierali życie pod przykrywkami, spędzając lata jako ktoś o innym nazwisku, innej historii…nawet jeżeli wracało się do dawnego życia, umysł już zawsze pamiętał te lata i gotowy był przywołać je od razu, gdyby wypadało zagrożenie.
- W St. Austell szukamy konkretnie małego schronu w ziemi, będzie tuż w okolicy dawnej stacji pożarowej. – Chodziło jej oczywiście o stację straży pożarowej, ale zabrzmiało to dziwacznie. – Tam zostawiamy więcej rzeczy i zabierzemy niewiele, więc nasz następny lot być może będzie nieco szybciej. – W końcu będą mniej obciążeni.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Opuszczona wieża [odnośnik]26.02.22 21:46
Refo… co? – wyrwało mu się, wymieniona przez Lavinię nazwa nie mówiła mu kompletnie nic; sztuka żeglarstwa była mu zupełnie obca, bo choć jego dom rodzinny znajdował się niedaleko kornwalijskiego wybrzeża, to on sam nigdy nie wszedł na pokład żadnego statku. Marynarze kojarzyli mu się głównie z zatłoczonymi portami, żeglarskimi przyśpiewkami i ulotnym zapachem soli, z twarzami ogorzałymi od słońca i wiatru, i z tęczówkami dziwnie wyblakłymi, milcząco opowiadającymi tysiące niewiarygodnych historii zza mórz. Fascynowali go – ale jednocześnie nie pamiętał, by kiedykolwiek ciągnęło go za ocean; już w nie-tak-odległej Francji czuł się obco, dziwnie; nieodpowiednio – jakby znalazł się w miejscu, do którego nie należał, i które w żadnym wypadku nie należało do niego. Był przywiązany do Anglii, do wrzosowisk i lasów, a od niedawna – zaczynał jak dom traktować też irlandzkie góry, ośnieżone szczyty majaczące ponad wierzchołkami iglastych drzew oraz kręte, kamieniste, wijące się w górę ścieżki, chłodne jeziora i szemrzące strumienie. – Zresztą – nieważne, po p-p-prostu mi pokaż – poprosił, wyciągając do przodu dłonie – pewien, że czarownica po prostu odbierze od niego sznur, ale nie protestując, gdy zamiast tego nakierowała jego palce na odpowiednie tory. Zawiązał linę z jej pomocą, najpierw jedną – później kolejną, tym razem już samodzielnie. – Jeśli znalazłabyś chwilę, to b-b-bardzo mi by się to przydało – przyznał, pociągając dla pewności za węzeł, żeby sprawdzić, czy trzymał się wystarczająco stabilnie; wydawał się solidny, boczny wiatr nie powinien mu zaszkodzić.
Nie przywykł do towarzystwa drugiej osoby tuż za sobą, na ogół podróżując samodzielnie lub w niewielkich, dwu-trzyosobowych grupach lotników, lecących w zwartym szyku; nigdy nie brał jednak pasażerów, zbyt mocno polegając na możliwości szybkiego odwrotu. Dodatkowy ciężar, o który trzeba było się martwić, nie sprzyjał gwałtownym manewrom, tym razem jednak nie spodziewał się, by musieli uciekać – miejsca wybrane przez Lavinię wydawały się opustoszałe i dobrze zabezpieczone, bo wokół nich nie kręcił się nikt niepowołany – a przynajmniej on nikogo nie dostrzegł, gdy przywiązywał do miotły podawane przez nią pakunki.
Nim ruszyli dalej, obejrzał się na nią, spoglądając na jej twarz spod zmarszczonych brwi. – Jesteś p-p-pewna? – zapytał; długie trasy i godziny spędzone na miotle były dla niego codziennością, a w powietrzu czuł się niemal tak dobrze, jak na twardej ziemi; istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że przed dokończeniem zadania powstrzyma go zmęczenie. Wzruszył ramionami. – W takim razie zróbmy tyle, na ile p-p-pozwoli nam światło dnia – zadecydował, milknąc jeszcze na krótką chwilę i dając jej szansę na ewentualny protest. Zdarzało mu się latać również po zmroku, zwłaszcza, odkąd ziemię przykrywała gruba warstwa śniegu znacznie poprawiająca widoczność – ale po zachodzie słońca robiło się też znacznie zimniej; jeśli mógł tego uniknąć, wolał to zrobić. – Nie ma o czym m-m-mówić – zapewnił w odpowiedzi na jej podziękowania, uśmiechając się ciepło, a później siadając przed nią na miotle. Zaczekał chwilę, pozwalając jej na poprawienie pozycji, po czym ostrożnie odepchnął się stopami od ziemi – dostosowując prędkość do uwiązanego do drewnianej rączki ciężaru. Wzbiwszy się na kilkadziesiąt metrów, rozejrzał się po okolicy – a później łagodnym ruchem skierował ich we właściwą stronę, ku kolejnemu punktowi z wyrysowanej przez Lavinię mapy.
Uśmiechnął się lekko, gdy odbiła w jego stronę pytanie o Macmillanów. – M-m-miałem latać jako rezerwowy w Zjednoczonych – wyjaśnił, przez moment chcąc wspomnieć jeszcze o Jastrzębiach, ale odległa myśl sprawiła, że jego wnętrzności wykręciły się nieprzyjemnie, a tuż za mostkiem zapłonął nieprzyjemny, palący ogień. Chociaż minęło już sporo czasu, to niesprawiedliwość i okrucieństwo, które dotknęło jego drużynę – a zwłaszcza to, które spotkało Rodericka – wywoływało w nim duszący, trudny do opanowania gniew. Odetchnął głęboko, zmuszając się do skupienia na locie, choć okryte rękawiczkami palce zbielały mu od zbyt kurczowego zaciskania ich na miotle. – Kiedy d-d-drużyna została rozwiązana, Anthony zap-p-pronował mi pracę lotnika – dodał. Był mu za to wdzięczny; gdy godził się z myślą, że kariera gracza Quidditcha nie była mu już pisana, nie spodziewał się, że będzie mu dane robić to, co kocha – ale pomiędzy działalnością łącznika a trenowaniem Płazów w Oazie, niczego właściwie mu nie brakowało.
Zastanowił się przez chwilę nad jej słowami, nie do końca wiedząc, co właściwie powiedzieć; nie potrafił sobie tego wyobrazić – jakby to było: udawać kogoś innego. – Ale chyba koniec k-k-końców nie da się tego zapomnieć? Kim jest się nap-p-prawdę? – zapytał, odwracając się przez ramię; był jednak w stanie dostrzec zaledwie kawałek jej profilu, mignięcie miedzianych włosów.
Gdy wyjaśniła, czego szukali, kiwnął głową, wracając do lustrowania okolicy; charakterystyczny budynek zlokalizował niemal od razu, jednak dostrzeżenie ziemnego schronu było już trudniejsze – krążył nad terenem przez parę minut, nim wreszcie go zauważył – śnieg ubity jakoś dziwnie, starte ślady stóp, prostokątny zarys czegoś, co musiało być schowanym pod białą warstwą włazem. Obniżył lot, zatrzymując się tuż obok, a później ostrożnie schodząc na ziemię; wyciągnął do przodu nogę, podeszwą buta zsuwając część sypkiego śniegu. – To tutaj? – upewnił się, kiedy spod pokrywy wyłonił się kawałek drewnianej powierzchni. – Kto właściwie p-p-przygotował te kryjówki? – zapytał, zaciekawiony, rozglądając się dookoła.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Opuszczona wieża [odnośnik]12.03.22 22:54
- Nazwa węzła – westchnęła cicho. Wiedziała, że jeżeli ktoś nie interesował się żeglarstwem, nazwy mówiły mu niewiele, a i nie miał co ich pamiętać, mimo wszystko jednak było to dość…niespodziewane, jeżeli mogła to tak określić. W końcu nie chciała narzekać ani nagle przymuszać Williama do tego, aby nagle uczył się tego co ona, a jednocześnie…momentami czuła się, że nie tylko przez bycie kobietą nie traktowali jej zawodu tak, jakby był poważny. A może po prostu rozdrapywała za mocno te wszystkie drobne szczegóły, bo była już na nie wyczulona, gdy w tym momencie po prostu wystarczyło, aby po prostu pokazała.
- Jasne, gdy będziemy mieć chwilę, to pokażę ci co i jak! – Może powinna zrobić przeszkolenie, jeżeli inni lotnicy też latali z towarami? Raczej by nie zaszkodziło, biorąc pod uwagę, że każdy kęs jedzenia wydawał się teraz być na wagę złota. Albo bardziej cenny.
- Zdecydowanie, nie ma co się martwić. W końcu podobno w dobrym towarzystwie czas płynie szybciej. – Uśmiechnęła się w jego stronę, uważając, że to całkiem miłe, że się o nią martwił. Nie miała w końcu doświadczenia z bardzo długimi podróżami na miotle, ale chciała wierzyć, że po latach spędzonych na statku nie odczuwałaby takiego dyskomfortu jak osoba w ogóle nie wprawiona w jakichkolwiek podróżach albo działaniach. – W takim razie ufam twojemu osądowi. – To nie tak, że nie umiała stwierdzić, kiedy zachodzi słońce, ale jako kierujący miotłą, Willy najlepiej wiedział, jakie warunki przeszkadzają mu w kierowaniu miotłą. Każdego dnia był dzień, jutro też dało się przewieźć część rzeczy.
- Jest za co, więc proszę mi tutaj nie zgrywać skromnego, to dość przereklamowana cecha w tych czasach. – Poklepała go po ramieniu, siadając ostrożnie tuż za nim. Dopiero teraz przyszedł jej do głowy pomysł, który też mógł sporo wspomóc wysiłki Williama, ale nie chciała go już wprowadzać w życie, kiedy byli w locie, machnęła więc tylko dłonią w nieokreślonym kierunku, rzucając cicho przekleństwo. Tak to bywało, kiedy miało się siano zamiast mózgu. No nic, przynajmniej mogła to zaproponować, ale już po opowieści od Moora.
- Tylko rezerwowy? Przyznaj się, Billy, nie dostałeś się do pełnego składu tylko dlatego, że byłeś za miły, prawda? – Uniosła lekko brwi, ale nie ciągnęła tematu. Nie znała pełnej historii, nie miała też zamiaru wyśmiewać Billa w żaden sposób. Nie była jednak ślepa i widziała, jak latał w szkole, pozostawianie go w rezerwie było idiotyczne i nie miało żadnego sensu. Stronniczość i bycie po stronie Moora jednak nie stawiały ją w najlepszym miejscu do sędziowania. – Brzmi, że Anthony to naprawdę dobra osoba. – Kwestia mogła się wydawać dość dziwaczna, skoro pracowali dla niego obydwoje, ale do tej pory spotkała go bezpośrednio jedynie raz. Jednorazowa rozmowa mogła coś powiedzieć o kimś innym, ale jednocześnie nie dawała trwałego świadectwa, podejrzewała więc, że William znał go już o wiele dłużej.
- Nie, nie da. Dlatego…skończyłam jak skończyłam. – Pływając jako ona, co przysporzyło jej więcej problemów. Każdego dnia żałowała po trochu tego, czego doświadczała i swoich decyzji, ale nie było już odwrotu. Uniosła głowę, spoglądając na niebo przez które szybowali, zastanawiając się, jakie uczucia towarzyszyły Williamowi kiedy szybował przez przestrzeń i czy one się zmieniły na przestrzeni lat.
Przerzuciła nogę na drugą stronę, ostrożnie zsuwając się z miotły i lądując na przykrytej śniegiem powierzchni – biały puch zaskrzypiał cicho pod jej stopami, a ona przez chwilę czekała, czy coś dziwnego się nie wydarzy, na szczęście jednak powierzchnia była w miarę stabilna, mogła więc zabrać się do pracy, a mieszkańcy okolicznego miasteczka będą mogli dostać leki przetransportowane tutaj z poprzedniej kryjówki, a to na pewno ulży paru osobom, do tej pory odciętym od dostaw.
- Wyszukiwaniem, zajęciem się przestrzeniom i rozplanowaniem trasy zajmowałam się ja. Okazuje się, że jak czasem wracasz do kraju i nie masz domu, to naprawdę dużo masz czasu na przemieszczanie się pomiędzy miastami i znajdujesz dobre miejsca. Nie, że namawiam do bycia bezdomnym, zwłaszcza w tych czasach. Wysłałam jeszcze prośby o zabezpieczenia miejsc, więc powinni tym się zająć na dniach, ale póki co, dostawy nie mogą czekać, wybrałam więc po prostu dobre miejsca, z dala od ciekawskich oczu i rąk. Jakbyś kiedyś szukał kryjówki tutaj, to dawaj znać. – Mrugnęła do niego, jednocześnie skupiając się na kolejnym przywiązywaniu nowych paczek do miotły. I przypomniała sobie, że powinna zasugerować swój pomysł.
- Nie chcesz abym się zmniejszyła? Wiesz, metamorfomagią mogę obniżyć sobie wzrost i wagę, to mogłoby ci trochę odciążyć miotłę. Co ty na to?



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Opuszczona wieża [odnośnik]13.03.22 15:39
Świetnie – przytaknął, uśmiechając się do Lavinii z wdzięcznością, nie wyłapując kryjącego się w ledwie słyszalnym westchnieniu przekazu; nie próbował w żadnym wypadku zachować się lekceważąco, z przydatnością żeglarskiej sztuki wiązania węzłów trudno byłoby mu zresztą dyskutować – solidne zabezpieczenie transportowanych paczek było podstawą, zwłaszcza w trakcie tych dłuższych i bardziej niebezpiecznych tras, niejednokrotnie prowadzących przez przetaczające się nad Anglią nawałnice albo szalejące nad morskimi cieśninami sztormy. Żałował, że nie pomyślał o tym wcześniej, wciąż jednak uczył się na własnych błędach – treningi Quidditcha może i zapewniły mu kondycję fizyczną, ale z całą pewnością nie przygotowały go na całą resztę przeszkód.
To nap-p-prawdę nic takiego – zaprotestował, wzruszając ramieniem i pochylając się nieco niżej nad miotłą, starając się dostosować prędkość do nieco większego obciążenia; leciał spokojnie, raczej zachowawczo, nie chcąc wprawić przytwierdzonych do rączki paczek w niepotrzebne kołysanie; wiedział, że nie był w stanie uniknąć go całkowicie, bo wiejący w wyższych partiach wiatr i tak prędzej czy później rozchwieje lżejsze i cięższe pakunki, ale robił co mógł, już niemal instynktownie wprowadzając lekkie korekty kursu i prostując miotłę, gdy wyczuwał, że zaczyna przechylać się niebezpiecznie na którąś ze stron. – Nie p-p-próbowałem dostać się do pierwszego, planowałem najpierw wrócić do formy. Miałem dłuższą p-p-przerwę, bo po wybuchu anomalii musiałem zabrać córkę za granicę. P-p-pamiętasz, co działo się wtedy z dzieciakami? – upewnił się, na krótki moment odwracając się za siebie. Nie był pewien, czy Lavinia w ogóle przebywała wtedy w kraju, czy może chaos, w którym na kilka długich miesięcy utonęły Wyspy Brytyjskie, zupełnie ją ominął. – To wsp-p-paniały przyjaciel. I dobry człowiek – potwierdził, kiwając odruchowo głową, zapominając o tym, że Lavinia prawdopodobnie nie była w stanie wyłapać subtelnego gestu. Anthony’emu zawdzięczał naprawdę wiele; pracę, przede wszystkim – ale też wsparcie, życzliwość i nieocenioną pomoc przy budowie boiska dla dzieciaków w Oazie. Częściowo właśnie dlatego bez zawahania zgodził się na propozycję rozwiezienia paczek, poniekąd chcąc spłacić przynajmniej część zaciągniętego długu. Wiedział, że los mieszkańców Kornwalii leżał młodemu lordowi na sercu.
To znaczy jak? – zagadnął, zsuwając się lekko z miotły, gdy tylko poczuł, że czarownica bezpiecznie wylądowała na lodowej pokrywie. Wyprostował się, wyciągając w górę zdrętwiałe od podróży ramiona i rozciągając zgarbione do tej pory plecy; przyglądał się kobiecie przez moment, nie do końca wiedząc, co miała na myśli – nie widzieli się od dłuższego czasu, jej wewnętrzne rozterki były mu więc obce. – P-p-poczekaj, pomogę ci z tym – zaproponował szybko, uzyskawszy od niej potwierdzenie, że znajdowali się we właściwym miejscu. Przykucnął ponad drewnianymi, ukrytymi pod leśną ściółką drzwiami, rękami odgarniając resztę śniegu i gałęzi, które ominęły stopy. Przesunął dłońmi po chropowatej powierzchni, aż pod palcami wyczuł uchwyt; zacisnął na nim mocno palce, po czym zaparł się mocno nogami o ziemię i z całej siły szarpnął. Zawiasy skrzypnęły głośno, niosąc się w miękkiej, otaczającej ich ciszy, ale ciężka klapa dała się unieść – odsłaniając przed nimi zejście do niewielkiej, wydrążonej w ziemi kryjówki. – Wyciągamy stąd w-w-wszystkie? – zapytał, posyłając Lavinii pytające spojrzenie. – Może wejdę do środka i będę ci je p-p-podawał, tak powinno być wygodniej – zasugerował, łapiąc się mocno krawędzi, a później zsuwając w dół – ostrożnie, żeby nie wylądować na żadnym ze schowanych pod ziemią worków czy pakunków. Schylił się, biorąc w ręce pierwszy z nich, a później podchodząc wyżej. – Wiem, jak to jest – przyznał ze zrozumieniem; kiedy wiosną wrócił do kraju, również nie miał się gdzie podziać; mieszkanie w Londynie zostało mu odebrane, przejęte przez ludzi Malfoya w trakcie Bezksiężycowej Nocy – jako mugolak był od niego odcięty, nie będąc w stanie zgodnie z prawem przekroczyć granic miasta. – P-p-przez jakiś czas mieszkaliśmy wszyscy w Oazie – wyjaśnił, wspominając maleńką chatę, w której jakimś cudem mieścili się w piątkę, ciągnąc losy decydujące o tym, kto w danym tygodniu miał spać na podłodze. Rzadko na to narzekał, wdzięczny za ofiarowane im przez Zakon Feniksa schronienie, starając się odpłacić za nie pracą nad przystosowaniem wyspy do coraz większej ilości zamieszkującej ją ludzi – ale nie żałował decyzji o budowie domu w Irlandii. – Jeśli p-p-potrzebowałabyś pomocy z zabezpieczeniami – nie jestem ekspertem, ale coś tam p-p-potrafię – zaoferował, podając jej kolejną z paczek. Gdy kryjówka opustoszała, wyjrzał ponad jej krawędź. – Zostawiamy też coś t-t-tutaj? – zapytał, powoli wyłapując już schemat, w jakim pracowali: wyglądało to na handel wymienny. – Kto p-p-później przyjdzie odebrać te paczki? – zagadnął z zainteresowaniem, tym razem przyjmując od niej pakunki, które przywieźli ze sobą i zaczynając starannie układać je na zwolnionej dopiero co przestrzeni. Kiedy ostatnia z nich znalazła się na miejscu, zaparł się rękami o klapę i podciągnął do góry, wysuwając się na zewnątrz – a później ostrożnie zamykając za sobą właz. Pochylił się nad nim, zagarniając odsunięte poprzednio gałązki i śnieg, starając się ukryć wejście przed niepowołanymi oczami.
Nie był w stanie ukryć zaskoczenia propozycją Lavinii; spojrzał na nią z chwilową dezorientacją, w pierwszej w chwili nie do końca rozumiejąc, co właściwie proponowała. – Możesz t-t-to zrobić? – wyrwało mu się; niewiele wiedział o darze metamorfomagii, nie potrafiąc też oszacować, na ile podobna przemiana miała być dla czarownicy wyczerpująca – wierzył jednak, że sama była w stanie realnie to ocenić. – Jeśli to nie p-p-problem – to znaczy, rzeczywiście moglibyśmy wtedy p-p-polecieć szybciej, ale tak normalnie też sobie poradzimy – odpowiedział trochę koślawo, pozostawiając ostateczną decyzję w jej rękach. – Gdzie teraz? – poprosił o przypomnienie, po raz kolejny dosiadając miotły i czekając, aż Lavinia zajmie miejsce za nim. Oderwawszy się od ziemi, zerknął jeszcze w dół, upewniając się, że nie zostawili po sobie zbyt oczywistych śladów.

| zt x2 :pwease:


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Opuszczona wieża
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach