Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Skwerek
AutorWiadomość
Skwerek [odnośnik]05.03.16 22:01
First topic message reminder :

Skwerek

Zielone serce miasta z wielką fontanną, która przyciąga wzrok. To idealne miejsce na spędzenie leniwego popołudnia na jednej z ławek, spacery ze znajomymi pośród wijących się ścieżek lub rozłożenie koca na intensywnie zielonej, wiecznie młodej trawie. W tym miejscu tętni życie całej magicznej społeczności doków - tutaj nawiązuje się znajomości, podsłuchuje najgorętsze plotki. W powietrzu unosi się zapach magnolii, które dzięki magii kwitną tutaj o wiele dłużej, a w słoneczne dni, dzieci szaleją w wodzie pomiędzy ustawionymi figurkami łabędzi i syren.

Jak wszędzie w magicznym porcie, znajdzie się tutaj odrobinę magii - mieszkańcy twierdzą, że wrzucenie do wody monety przynosi szczęście - być może to tylko jedna z plotek, jednak gdy próbujesz, coś się dzieje (możesz rzucić kością k100):

1-20 - figura syreny ożywa i spryskuje cię wodą prosto w twarz.
21-30 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
31-40 - łabędź ożywa, trzepocze agresywnie skrzydłami, wyciąga swoją długą szyję, próbując cię dziabnąć w rękę. Tracisz 1 pkt OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.
41-60 - widzisz, że na murku fontanny znajduje się wielka żaba, która wskakuje ci do kieszeni/za dekolt, gdy tylko się zbliżasz. Jeśli nie czujesz obrzydzenia, możesz ją zatrzymać.
61-80 - syrena uraczyła cię swoim śpiewem. Niezależnie czy twój głos jest godny śpiewaka operowego, czujesz nieodpartą potrzebę, by stworzyć duet wraz z nią.
81-90 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
91-100 - syrena ożywa, podpływa do ciebie, by dać ci buziaka. Otrzymujesz +1 pkt do OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.

Lokacja zawiera kości.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 22:31, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Skwerek [odnośnik]29.12.21 19:30
|22.01.1958

-Lordzie Black, proszę się zająć Obiektem. To bardzo ważne.- powiedział Rigelowi jeden z Niewymownych, kładąc na jego biurko czarną, lakierowaną skrzynkę wielkości pudełka na kapelusze oraz zwój pergaminu, opatrzony pieczęcią Sali mózgów. Zanim młodszy czarodziej zdążył zareagować, mężczyzna zniknął, prawdopodobnie wróciwszy do dalszej pracy. Albo też poszedł na przerwę do pobliskiej herbaciarni, zostawiając Blacka z kolejnym dziwacznym, ale typowym dla Departamentu Tajemnic zadaniem.
Obiekt albo też dziwaczne, meduzopodobne, mieniące się najróżniejszymi barwami coś, umieszczone w okrągłym szklano-metalowym pojemniku, był rzeczą, których Rigel nigdy nie widział. Wszystko wskazywało na to, że Obiekt nie należał do pierwszej kategorii przedmiotów, większość z których młody lord znał na pamięć, dzięki pracy przy przenoszeniu i zabezpieczaniu artefaktów... a to z kolei mogło oznaczać tylko jedno - dziwaczna meduza należała do kategorii trzeciej, do której to dostęp mogliby mieć tylko nieliczni praktykanci. Blacka spotkał prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że zostało mu powierzone podobne zadanie. Te myśli jednak szybko zmieniły się na “za jakie grzechy”, kiedy czarodziej w końcu rozwinął instrukcję i ją przeczytał. Otóż Obiekt potrzebował… “zapoznać się” z nową grupą pozytywnych emocji w terenie. Czyli, mówiąc wprost - spaceru. I wszystko byłoby dobrze, gdyby przy próbach wydobycia pojemnika ze skrzyni, co było warunkiem koniecznym, Obiekt nie trzepał swojej ofiary całkiem odczuwalnym ładunkiem elektrycznym.
-A żeby cię… paskudna galareto… - mamrotał pod nosem Black, idąc z lewitującym obok pojemnikiem. Nie mógł niestety trzymać go przez cały czas w tym stanie. Szczególnie w miejscu, do którego zamierzał go zabrać, na Jarmark zimowy. Pasowało to idealnie do misji, jaką miał wykonać. Przecież nie ma w Londynie innego takiego miejsca, gdzie można spotkać tyle najróżniejszych odcieni pozytywnych emocji! Niestety, jarmark był chaotyczny i zatłoczony, z biegającymi wszędzie dziećmi, które przez przypadek mogłyby uszkodzić Obiekt, a do tego Black nie mógł dopuścić.
Ostatecznie okropnie się zmęczył, wymyślając kolejne opcje na odizolowanie się od efektów ubocznych dąsającego się skarbu Departamentu Tajemnic. Miało to też swoje plusy. Podczas spaceru mężczyźnie udało się zauważyć interesującą rzecz. Obiekt reagował agresywnie zupełnie jak rozkapryszone dziecko - kiedy chciał, aby Rigel szedł szybciej, w drugą stronę albo został w jednym miejscu dłużej.
Na szczęście, nie chciał, abym kupił mu jabłek w karmelu…
Ostatecznie nogi zaprowadziły go do pachnących ziołami ognisk. Potrzebował chwilę wytchnienia i ogrzania zziębniętych kończyn. Postawił Pojemnik z obiektem w głębokim śniegu, żeby ten się nie przechylił i nie uszkodził, po czym zbliżył się do pojemników, opatrzonych runami.
Ciekawe, czy emocje wywołane sztucznie też się liczą? - zamyślił się, przypominając sobie słowa, zapisane w instrukcji. Nigdzie nie było informacji, że takie odpadają. - W takim razie można upiec dwie pieczenie przy jednym… ogniu.
Uśmiechnął się lekko do siebie i po krótkim zastanowieniu, sięgnął do piątego pojemnika, żeby rzucić garścią ziół w tańczące płomienie.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.



Ostatnio zmieniony przez Rigel Black dnia 14.01.22 20:33, w całości zmieniany 1 raz
Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 13 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Skwerek [odnośnik]31.12.21 15:33
| 19 II

Coś chrupnęło, gdy pięść grubasa spotkała się z moim nosem.
Zachwiałem się, zaskoczył mnie siłą uderzenia, lecz w ostatniej chwili, nim runąłbym prosto w śnieg, odzyskałem równowagę; może rozsądniej byłoby sięgnąć po różdżkę? Albo przynajmniej przestać go lekceważyć...? Krępy, niski, nie powinien wyprowadzić tak szybkiego ciosu – a jednak zrobił to, wyrywając z piersi zebranych wokół ogniska gapiów krzyki przerażenia lub podziwu, zależnie od płci obserwatora. Krew spłynęła w dół gardła, zostawiając po sobie metaliczny posmak. Rękawem płaszcza otarłem zroszoną czerwienią wargę, nie spuszczając przeciwnika z oka; wciąż wyginałem usta w zaczepnym, prowokującym uśmiechu, choć w głębi duszy wiedziałem, że gdyby uderzył znowu, w głowę czy splot słoneczny, nie skończyłoby się to dobrze. A przynajmniej nie dla mnie. Szeroki w barach, walił jakby miał młoty zamiast rąk – ile takich ciosów mógłbym znieść...? Pewnie ledwie kilka, nie więcej. Dlatego musiałem podejść do tego z głową. Znaleźć jego słabe punkty. Wypracować jakąś taktykę...
Odskoczyłem na bok, gdy nieznajomy – nazwijmy go Bob – ruszył na mnie niczym rozjuszony garboróg, chyba próbował mnie staranować. Korzystając z sytuacji, szybko odwróciłem się w jego stronę i rąbnąłem w potylicę na tyle mocno, na ile potrafiłem – wyglądało jednak na to, że nie zrobiłem na nim większego wrażenia. Skąd on się urwał? Znając życie, musiałem zirytować zaprawionego w bojach marynarza, który zaraz nie tylko spierze mnie na kwaśne jabłko, ale i przywłaszczy sobie moją sakiewkę, bo dlaczego nie... Pięść zagłębiła się w brzuchu, treść żołądka zaczęła wędrować w górę przełyku, a ja – nie wiem kiedy – osunąłem na jedno kolano. Stęknąłem cicho, wyczekując kolejnych razów. Bob coś mówił, wyzywał od psidwakosynów, jednak nie kontynuował walki. Myślał, że to koniec? Uparcie dźwignąłem się do góry, choć powoli stawało się dla mnie jasne, że nie mam szans na wygraną. Duma nie pozwalała na kapitulację, jeszcze nie.
Powinienem pamiętać, że po terenie jarmarku ciągle krążą patrole policji. Może mundurowych zwabiło zbiorowisko, a może wykrzykiwane epitety, jakimi raczył mnie muskularny czarodziej – przybyli jednak w samą porę, by powstrzymać go przed podbiciem mi oka. Nie podziękowałem za ratunek, nie chciałem ich pomocy, nie chciałem mieć z nimi do czynienia; banda niekompetentnych, pozbawionych oleju w głowie oportunistów. Jedną ręką pokazywałem im wygnieciony certyfikat rejestracji różdżki, drugą ściskałem zakrwawiony nos; czy zamierzali zabrać nas do Tower? Przesłuchać? Ta myśl nie dawała mi spokoju; nie mogłem sobie na to pozwolić, Jocunda urwałaby mi nogi przy samej dupie, gdybym nie wrócił przed północą i nie odebrał spod jej opieki syna. Miałem pracować, a nie zwiedzać port. Policjanci poprzestali jednak na pouczeniu, najwidoczniej nie chcieli sobie dokładać obowiązków, targać nas po całym mieście. Prawdziwi tytani pracy.
Bob pożegnał mnie ostatnim nienawistnym spojrzeniem, na które odpowiedziałem perskim okiem, po czym zniknął wśród snujących się wśród mroku późnego popołudnia czarodziejów. Dopiero wtedy przestałem robić dobrą minę do złej gry; ostrożnie skierowałem się na bok, do jednego z mniejszych ognisk. Miałem złamany nos, to jasne. Ale co z żebrami? Były całe? Niewiele robiąc sobie z tego, co wypada, a co nie, usiadłem na gołej ziemi, dbając jedynie o to, by od zmrożonego podłoża odgrodził mnie materiał grubego płaszcza – teraz ubrudzonego ciemnymi plamami krwi. Musiałem się ich pozbyć przed powrotem do domu.
Dopiero po chwili poczułem na sobie czyjś wzrok, wzrok, który nie chciał dać spokoju, choć przestałem już odgrywać rolę atrakcji turystycznej, zaś aparycja tego kogoś nakazała odnaleźć w sobie namiastkę dobrego wychowania, które matka wiele lat temu próbowała wbić do mojej opornej głowy. – Dzień dobry. A może dobry wieczór – odezwałem się zmienionym od odniesionego urazu głosem, słowa te kierując do delikatnej, blondwłosej kobiety o szlachetnej twarzy. Przestraszyłem ją? Była zniesmaczona? Czekałem, aż zacznie mnie rugać. Jarmark stanowił nagrodę dla porządnych czarodziejów, a nie urwipołciów i mąciwód...! Zanim zdążyłaby rozpocząć swoją tyradę, wolną dłonią – znaczy tą, którą nie ściskałem nasady nosa – sięgnąłem do ozdobionego runą pojemnika. Bez zastanowienia rzuciłem w płomienie wydobyte z niego kadzidło, łudząc się, że może wyzwolony w ten sposób zapach przyniesie mi choć trochę ulgi; ogień strzelił wyżej i zabarwił się niecodziennym odcieniem, zwiastując rychłą zmianę nastroju.

| rzucam k6 na kadzidło
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Skwerek [odnośnik]31.12.21 15:33
The member 'Everett Sykes' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Skwerek [odnośnik]31.12.21 19:07
odpowiedź na post Rigela

22.01

Ostatnia wizyta na zimowym jarmarku należała do nieprzyjemnych. Hector spotkał kobietę, która jako jedyna potrafiła wyprowadzić go z równowagi - bo znała go zbyt dobrze. Wiedział, że cierpkie słowa Valerie zostały wypowiedziane w gniewie, próbował to sobie wytłumaczyć - ale jakoś nie działało. To nie twoja noga jest problemem, tylko twoja dusza przegniła, takich słów się nie zapomina, zwłaszcza z ust swojej pierwszej mi... nie miłości, nigdy jej nie kochał. Kochanki.
Zmusił się jednak, aby tu wrócić i tym razem nie nawiązywać pochopnie kontaktu wzrokowego z żadnymi blondynkami. To jedyne miejsce, gdzie można bez problemu kupić słodycze, a na początku stycznia - gdy w nerwach odchodził od Valerie i zmierzał do Wenus - nie kupił nic. Rozglądał się uważnie, chyba nie mogąc się zdecydować. Nie miał aż tyle pieniędzy, by wrócić do domu z torbą słodyczy. Co najbardziej ucieszy małego? Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że to Beatrice znała jego ulubione słodycze. Ulubiony kolor, bajka, nawet ubranie - Hector wiedział o tym wszystkim, ale to do niej należały domowe obowiązki i zakupy, gdy on siedział w gabinecie. A po jej śmierci mały nie był zbyt... wylewny.
Zamyślony, omal nie trącił laską jakiegoś pojemnika z...
...zatrzymał się raptownie i zmarszczył brwi, widząc... meduzę przy ognisku? W nozdrza uderzył go zapach mieszanki ziół, której nie umiałby chyba rozpoznać, choć pewnie kojarzył pojedyncze składniki.
-Najmocniej przepraszam, nic się nie stało? To pana... pojemnik... - zagaił do siedzącego obok dziwnego obiektu mężczyzny, w którym - spojrzawszy uważniej na jego profil - rozpoznał z pewnym zdziwieniem dawnego pacjenta. -...lordzie Black? - przywitał się uprzejmie. Pamiętał go jako bladego i przestraszonego nastolatka, z pierwszych lat kursu uzdrowicielskiego. Nie był wtedy jeszcze nawet na specjalizacji, asystował starszemu uzdrowicielowi - jednemu z wielu, których wpływowa rodzina sprowadziła do Hogwartu po diagnozę. Dotyk Meduzy, straszny wyrok. Hector miał nadzieję, że lord Rigel Black otrzymał najlepszą opiekę, magipsychiatryczną również. Taka choroba, szczególnie zdiagnozowana u kogoś tak młodego, wymagała pogodzenia się z samym sobą.
-Hector Vale, pamięta mnie lord jeszcze? - uśmiechnął się blado, kurtuazyjnie. Nie chciał za bardzo wchodzić w prywatność dawnego pacjenta, niektórzy reagowali na to panicznie - chciał tylko zasygnalizować, że się znają. -Czy... mogę spytać, co to? - jakaś nowa moda na zwierzątka domowe arystokratów, wielkie meduzy w ruchomych akwariach...? Zdumiewające.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Skwerek [odnośnik]03.01.22 22:27
Kiedy dawała upust rozbawieniu nie zastanawiała się nad tym, czy ktoś spoza odgrodzonej krzewami ostoi spokoju zdoła ich usłyszeć - zanim nawdychała się oparów opium zależało jej na tym, by jak najdłużej pozostać w relaksującej samotności, ale od przybycia Mulcibera ten cel i tak poszedł z dymem, dlaczego więc miałaby się przejmować? Obserwowała jego drobne ruchy, zastanawiając się, czy naprawdę mu na tym zależy - na tym, żeby zostali sami. Absurd. Zresztą, chichoty, rozmowy podniesionym głosem, czasem nawet coś więcej nie były na tym skwerze pełnym ognisk niczym zaskakującym.
Gdy zasugerował jej brak wdzięczności, ucichła i uniosła brew z wymownym niedowierzaniem. Tu i teraz miał zamiar tłamsić jej niewinne słowa, egzekwować obowiązki, które same przybyły do niej na dwóch nogach, nieproszone, niechciane, złośliwe?
- Jest tyle sposobów na okazanie wdzięczności, ale oczywiście musiałeś powiedzieć, że chcesz mnie na kolanach. - Spojrzała w ogień i schowała dłonie do kieszeni, zaciskając w nich palce, by dać upust bezsilnemu rozdrażnieniu. - Mężczyźni są tacy... przewidywalni - westchnęła.
Dostrzegła na granicach spojrzenia, że odwrócił się w jej stronę, wyzywająco jednoznacznie. Najbardziej racjonalna (a może wręcz przeciwnie?) część Elviry chciała udać, że niczego nie zauważyła; abstrakcja sytuacji wystarczająco mąciła w głowie i nie uważała, by Mulciber miał jakiekolwiek prawo w tym momencie oczekiwać od niej czegoś tak upadlającego. Ta druga część natomiast - ta, która chichotała, zachłyśnięta kadzidłem - spychała w cień pozory dumy, w kapryśnie koci sposób zaciekawiona, co stałoby się, gdyby wytrąciła go z równowagi. Miał przecież swoje zdanie, jakiś plan, schemat, na którego wzorze rodziły się przewidywania. I tak byli sami. Dlaczego nie miałaby podjąć próby rozbicia jego oczekiwań?
Powoli przesunęła językiem po zębach, a potem w szybkim, nagłym i nienajbardziej zgrabnym ruchu odwróciła się w jego stronę, przyklękając na jedno kolano - bardziej jak oblubieniec na moment przed poproszeniem o rękę niż pokorna dziewka.
- No i gdzie ten pierścień? - spytała głucho, nie zastanawiając się nad tym, co robi, zanim bez prośby schwyciła Mulcibera za dłoń i przycisnęła ją do własnych ust. Niespodziewane myśli, przelatujące przez głowę, prawie zadawały ból. Ugryź go. Odgryź palec. Zmiażdż kość. Pożryj. Ostatecznie tylko lekko przesunęła wilgotnymi wargami od pierścienia do paznokcia, a potem uśmiechnęła się z absurdalnym samozadowoleniem, jakby zrobiła coś zupełnie po swojemu. - Nie mam ani jednego ani drugiego, przynajmniej przy sobie - rzuciła lekkim tonem, podnosząc się na nogi.
Jego zachowanie, zainteresowanie jej osobą były niespodziewane i gdyby chciała poświęcić chwilę na analizę własnych odczuć, doszłaby do wniosku, że wzbudzają niepokój. Dreszcze wędrujące po plecach i karku mogły być jednak tak lękiem jak przyjemnością, a przy gorącym ognisku i w słodkich oparach łatwiej było przyjąć opcję, która nie zmuszała do refleksji.
- Zatrzymaj adres dla siebie. Moja bliska kuzynka pracuje w Domu Mody. Dziś jednak nie wyszłam po to, by na kimkolwiek robić wrażenie - powiedziała powoli. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego męczyło ją, serce przyspieszało rytmu, pierwsza musiała odpuścić, gdyż próba interpretacji tego, co przekazać miało milczenie, wzbudzała wrażenie podobne do mdłości. - Och? - sapnęła, gdy podsumował swoją myśl. Arogancki, bezczelny, nadęty. - Myślisz, że raz klękłam i już jestem gotowa wyskoczyć z ubrań na twoje zawołanie? - Przygryzła wyschniętą wargę, wyciągnęła dłonie do płomieni, obserwując swe szczupłe palce na tle czerwieni. - Nigdy nie dało się mnie kupić komplementami - stwierdziła nagle. - Obelgami też nie. Ludzie zazwyczaj mnie irytują. Często nudzą. Rzadko zasługują na rozmowę.


i am coming
for everything
they said
i could not have
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Skwerek [odnośnik]06.01.22 21:01
Początkowo wcale nie wybierała się na Zimowy Jarmark. W jej odczuciu nie było czego świętować. Jeszcze do niedawna te same ulice, po których spacerowali teraz uczestnicy zabaw zalane były krwią. Na wodach Tamizy unosiły się ciała, w brukowanym labiryncie niosły się echem krzyki terroru, a jej lecznica przypominała bardziej szpital polowy. Teraz wszystko ucichło. Pozornie. Wojna wciąż trwała. Ludzie dalej cierpieli. Wszyscy wokół zachowywali się jednak jakby los był już przesądzony, a życie tych wszystkich ludzi nie miało kiedykolwiek najmniejszego znaczenia. Irytowało ją to. Oczy błyszczały w gniewie, pierś unosiła się i opadała w przyspieszonym tempie za sprawą ciężkiego oddechu, a paznokcie wbiłby się w skórę przy zaciskaniu pięści. Miała ochotę krzyczeć na tą całą znieczulicę. Naprawdę ich to nie obchodziło, a może znajdowali się wśród tych ludzi ci, dla których była to jedna, wielka gra pozorów? Ona sama musiała je zachować. Nie była dobra w kłamstwie, obłudzie, przywdziewaniu masek, a jednak była częścią tegoż przedstawienia, tańcząc tak jak oni jej grali. Chodziło w końcu o przetrwanie. Tego dnia zdecydowała się nie omijać w końcu bawiącej się gawiedzi topiąc się w tłumie. Przechadzała się niespieszno pomiędzy straganami. Choć to w pierwsze dni Jarmarku można było zaobserwować tu najwięcej ludzi, tak tłum, skuszony przeróżnymi atrakcjami, wydawał się nie maleć, szczególnie o tej porze. W powietrzu zamiast zgnilizny unosił się teraz korzenno-owocowy zapach wystawionych na sprzedaż specjałów, na które oczywiście nie było jej stać. Zatrzymała się jednak na dłuższą chwilę przy straganach poświęconych dziełom sztuki. Przeróżne obrazy, rzeźby i gobeliny można było zakupić i przyozdobić nimi dom, już na zawsze będąc w stanie cieszyć nimi oko. Jej wystarczyć musiała jednak chwila. Doceniała artyzm. Jej rodzina umiłowała sztukę każdego rodzaju, Beauxbatons miłość tą w niej rozwinęła o jej własne zdolności. Talenty, które jednak nie rozwijane, z biegiem lat przepadły w niepamięć. Miała inne priorytety, ale wrażliwe oko, czy słuch pozostały. Przechodząc dalej główną aleją mogła usłyszeć dobiegającą z jednego z namiotów muzykę. O tej porze jeszcze klasyczna, dla wyższej sfery, choć odzieniem wyróżniała się spośród portowych mieszkańców, to wciąż by jej tam nie wpuszczono. Potrafiła jednak wychwycić brzmienie kwartetu smyczkowego - dwoje skrzypiec, altówka i wiolonczela. Może wróci tu później? Wraz z nadejściem wieczora zaczynały się tańce. Nie wiedziała czy miała ochotę w takowych uczestniczyć, ale z chęcią by im się przyglądnęła. Dziecięcy śmiech zwrócił jej uwagę. Wojna na śnieżki wciąż trwała. Jej epicentrum miało miejsce na zamarzniętej tafli, ale maluchom nie szczególnie zależało, aby ograniczać się wyłącznie do tego miejsca. Nie potrafiła ukryć uśmiechu na widok tejże beztroski. Ile jednak dzieci zostało tejże pozbawionych? Gdy zaczęła zauważać większą ilość patroli policji wiedziała gdzie się pomału zbliża. Arena była miejscem, do którego nie zaciągnięto by jej siłą. Nie podchodziła nawet bliżej niej już z daleka słysząc rozemocjonowane krzyki mężczyzn. Niepotrzebny rozlew krwi, ku uciesze gawiedzi trwał tam od samego otwarcia Zimowego Jarmarku i nie zapowiadał szybko się skończyć. Psy, magiczne zwierzęta, ludzie... Nie rozumiała i nie chciała rozumieć. Zawrzały triumfalne okrzyki skutecznie zagłuszając rozczarowane głosy i pojękiwania przegranych. Dla nich to była tylko zabawa, gra. Z obrzydzeniem ruszyła dalej nie chcąc zostawiać tu choćby chwili dłużej.
Dała nogą samym zdecydować gdzie kolejno powinna się udać, byleby jak najdalej stąd. Z ulgą odnalazła się wśród ognisk, gdzie było zdecydowanie mniej tłoczno. Spokojniej. Dopiero czując bijące od nich ciepło zorientowała się jak zziębła po całej tej drodze. Skręciła w bok, do jednego z zagajników, chcąc oddalić się od tańczącego wokół większego ogniska towarzystwa, które miało zostać właśnie wylegitymowane przez jeden z patroli. Zatrzymała się w półkroku jednak, gdy jej jasne oczy zatrzymały się na mężczyźnie siedzącym na ziemi przy ognisku. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie krew, którą było okryte jego ubranie i twarz. Stała tak przez chwilę przyglądając się oświetlonemu przez płomienie ogniska blondynowi. Zdecydowanie nie była ani wystraszona, ani zniesmaczona. Bardziej zaniepokojona i zaciekawiona. W końcu czując wzrok na sobie odwrócił głowę w jej kierunku krzyżując z nią spojrzenie, a ona poczuła się jakby ją na czymś przyłapano. W zdziwieniu na uprzejme powitanie tak dziwnie kontrastujące z sytuacją rozchyliła usta. - Dobry wieczór. - Odpowiedziała w końcu decydując się, że chyba jednak ta forma będzie bardziej adekwatna. Podeszła nieco bliżej nie spuszczając z niego spojrzenia. - Zasłużył pan chociaż? - Zapytała unosząc lekko brew w pytaniu. W Porcie było łatwo o guza, nawet teraz z panoszącymi się patrolami. Nie była w stanie zliczyć jak wiele osób leczyła po wszelkiej maści bijatykach, sporach, czy nawet walkach za pieniądze. Po czasie dało się do tego przyzwyczaić, a portowa gawiedź, choć “rozrywkowa” okazała się wcale nie być taka zła jak się ją malowało. - Wygląda na złamany. - Nie była jednak pewna. Stała niewystarczająco blisko, a i zasłaniająca nos dłoń nie poprawiała jej widoczności. Patrzyła jak wolną dłonią sięga po stojący nieopodal pojemnik, ze skrytą w środku mieszkanką, którą rzucił w ogień. Zapach był ciężki, duszny, ale nie nieprzyjemny. Później poczuła znane jej zioła. Zagryzła wargę w zamyśleniu decydując się na kolejne pytanie. - Mogę? - Podejść? Pomóc? Nie chciała go tak tu zostawiać zakrwawionego, tym bardziej, że nie miała pewności, czy złamany, bądź nie, nos, to jedyne jego obrażenie. - Jeśli nie miałby pan nic przeciwko mogłabym na to rzucić okiem. Jestem uzdrowicielem. - Dodała śpiesząc z wyjaśnieniem.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Skwerek [odnośnik]24.01.22 14:38
Rozłożył ręce w bezradnym geście, z niewinnym uśmiechem.
— Nie przychodzi mi do głowy nic innego, czym mogłabyś się odwdzięczyć.— Nic nie miała, niczego nie umiała, z czego chciałby skorzystać, nie znała nikogo istotnego, nie reprezentowała sobą niczego wyjątkowego. Była ładna. Tylko tyle. Musiała być posłuszna, o to mu w gruncie rzeczy chodziło. Poddana, uległa. Właśnie tym był ten symbol, klękanie na kolanach to symbol pokory, usłużności i oddania i to właśnie do tego zmierzał w swoich słowach. Niesforny, szelmowski uśmiech jaki pojawił się na jego ustach był wyrazem rozbawienia, że sama sprowadziła to wszystko do jednego. — Lepiej się prezentujesz kiedy masz zamknięte lub zajęte usta — odpowiedział swobodnie podążając za nią tą ścieżką, zrelaksowany i lekko otumaniony kadzidłem. — Zaskakuje mnie, że liczysz na moją kreatywność względem ciebie. Sprawiam wrażenie zainteresowanego? Zejdź na ziemię, Multon — odpowiedział poważnie i westchnął. Wymagania mogła mieć wobec absztyfikantów, kochasiów, kolegów, ale chyba nie oczekiwała, że wysili się choć trochę by jej zaimponować. — Jeśli próbujesz mnie sprowokować lub zachęcić, musisz się mocniej postarać — dodał, pochylając się, żeby wyjawić jej tę prawdę konspiracyjnym szeptem. Lubił zaczepki słowne, gry — ich poziom wiele mówił o człowieku, ale uważał się za trudnego przeciwnika. Mało co, potrafiło go poruszyć. Był jednak zaskoczony jej zachowaniem, tym, co zrobiła, zapominając o tym, że jeśli miałaby pośmiertnie jako duch zyskać przydomek, byłoby to szalona. Spojrzał jak klęka przed nim, wydurnia się, jak nastolatka. Ale przecież nie był gołosłowny. Uniósł brew, pokiwał głową z uznaniem. Fałszywym, kiedy ujęła prędko jego dłoń, by ją ucałować. Wilgoć z palca szybko zniknęła, kiedy wystawił dłonie do ognia. — Tak właśnie myślałem — Dopiero co przyznał, że nie ma mu czego zaoferować. Ani papierosów, ani alkoholu. Szkoda, że się nie mylił. — Bezbłędny osąd bywa irytujący — westchnął teatralnie. Przechylił głowę, nie odejmując od niej spojrzenia. — Jest szwaczką u Parkinsonów? I nie dba o twoją prezencję?— To, jak się nosiła, zupełnie jakby chciała sobie dodać powagi przez męski, nijaki płaszcz, a co przynosiło całkiem odwrotny skutek. Odbierało jej powagi, ale jej uroda sprawiała, że łatwo było jej to wybaczyć, zrzucić na karb głupoty, kobiecej bezmyślności. — Gdybyś zamierzała zrobić wrażenie na kimś, jakie kroki byś podjęła?— spytał zaciekawiony, postanawiając pociągnąć temat. — Potrafisz gotować? — pytał poważnie. Zerknął na nią kątem oka, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza. Brakowało mu landrynek, ale miał orzechy w papierowej torebce. Wyjął ją, a z niej kilka orzechów. — Nie myślę. Wiem, że byś to zrobiła. Gotowa, czy nie... — powtórzył, spuszczając wzrok na trzymany orzech, po czym włożył go do ust, temat był jak każdy inny, ale czająca się w jej głosie irytacja spotkała się z jego nonszalancją, kiedy poczęstował ją orzechami. Nigdy nie ukrywał, że wykorzystywał swoją władzę i możliwości. — Bez obaw, Multon. Dopóki mnie nie drażnisz możesz czuć się bezpieczna. Nie interesują mnie młodzieńcze zabawy— zapewnił ją z miłym uśmiech. — No i widzisz. Jesteśmy tu. Rozmawiamy. Wciąż nie odeszłaś. Mam podejrzewać, że darzysz mnie sympatią? — zadrwił, przechylając głowę, wciąż wbijając w nią spojrzenie.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Skwerek - Page 12 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Skwerek [odnośnik]25.01.22 20:00
Miałem ochotę zakląć pod nosem, szpetnie i soczyście, by chociaż w taki sposób ulżyć odczuwanemu bólowi, jednak pojawienie się przy moim ognisku nieznajomej czarownicy – na pierwszy rzut oka kruchej i nienawykłej do towarzystwa piorących się po mordach facetów – niejako pokrzyżowało mi plany. Podejrzewałem, że zniknie tak szybko jak się pojawiła, wpierw po prostu racząc mnie jakimś surowym spojrzeniem, może też przesyconym jadem kazaniem. Kiedy dorzuciłem do płomieni wybrane na chybił trafił kadzidło, poruszyłem się niespokojnie i wsparłem dłoń na kolanie, drugą wciąż ściskając nasadę uszkodzonego nosa; no już, nie ma na co czekać. Jakich słów użyje? Ile przewin zadecyduje się wpisać na moje konto? Zmrużyłem oczy, wędrując natarczywym wzrokiem po skąpanym w blasku ognia licu kobiety, wciąż nie wiedząc, czego powinienem się po niej spodziewać. Za grosz było we mnie subtelności czy ogłady, gesty podszyte miałem dochodzącym do głosu zmęczeniem i wywołaną domysłami irytacją. Choć może silniejsze od rozdrażnienia, wciąż odległego, było rozbawienie, wszak nie przejąłbym się wcale, nawet gdyby blondynka postanowiła obrzucić mnie najgorszymi – z tych odpowiednich dla elegantki, oczywiście – epitetów.
Ona jednak nie wykrzywiła ust w grymasie złości, nie spojrzała na mnie jak na robaka. Może pomyślała, że jestem bezdomny i zaczęła mnie żałować...? Parsknąłem krótkim śmiechem w odpowiedzi na zadane pytanie, śmiech ten przeszedł jednak w stłumiony jęk, gdy zamroczyła mnie fala nagłego bólu. – Cholera... – Potrzebowałem chwili, by przestać widzieć świetliki tak wyraźnie odcinające się na tle przymkniętych powiek. – Wie pani, trudno powiedzieć. Wytknąłem mu, że plecie głupoty i jest zakutym łbem... Ale nie kłamałem, więc wychodzi na to, że oberwałem za prawdę – mruknąłem cicho, powoli otwierając wpierw jedno z oczu, później drugie. Łypnąłem na kobietę o twarzy anioła, by z pewnym zdziwieniem zaobserwować, że wciąż tkwi w tym samym miejscu, że jeszcze nie odwróciła się na pięcie i nie odeszła. Może po prostu wszystkie inne ogniska były już zajęte, dlatego przyszła do mnie? – Powinien być złamany, po tym jak mi wp... jak mnie uderzył – przyznałem zmienionym głosem; brzmiałem głucho, może nawet śmiesznie, lecz przecież nic dziwnego. To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś postanowił przefasonować mi mordę. Wiedziałem już, że to dość normalne przy tego typu urazie. Nieważne, czy przebywałem w Norwegii, na Islandii, czy w rodzimej Anglii, zawsze umiałem kogoś wkurwić. Albo znaleźć się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiedniej porze. Odetchnąłem nieco głębiej, a przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie, trochę przy tym rzężąc. Dopiero wtedy zarejestrowałem ciężki zapach paczuli, niewiele później dołączyła do niego woń znajomych ziół... Poczułem, jak gdybym stanął z boku, wyjęty z kontekstu ostatnich zdarzeń, z kontekstu toczącej się wszędzie dookoła wojny. Znów byłem młodym chłopakiem, który wyruszył w świat w poszukiwaniu niedoścignionego spełnienia. Wędrował po obcych, kuszących egzotyką ziemiach. Tańczył wokół ognisk, lecz nie takich jak te – wyższych, palonych w środku lasu, zasnutych oparami diablego ziela. I dał owinąć wokół małego palca tej przeklętej wiedźmie, omamić jak skończony głupiec... Z tym wspomnieniem nadciągnęła doskwierająca jeszcze bardziej od obolałych żeber melancholia. Czy kiedykolwiek miałem o tym zapomnieć? Albo przynajmniej – przestać odczuwać emocje na myśl o niej?
Jeśli jesteś pewna, że chcesz – odparłem, porzucając sztuczne grzeczności i budowany nimi dystans. Dopiero po chwili zrozumiałem, że nie pytała o podejście do trzaskającego wesoło ognia, a do mnie samego. Jej profesja wyjaśniała, dlaczego nie uciekła na widok krwi. – Nie mam przy sobie pieniędzy, by zapłacić – uprzedziłem niemrawo, choć nie do końca była to prawda. Odebrałem należność za talizman z runą oddanego stróża, nie mogłem jednak marnować choćby knuta, jeśli nie chciałem nadszarpnąć domowego budżetu; ważniejsze od siniaków czy złamanego nosa było to, by Jarvis nie chodził o pustym brzuchu. Czy nadal miała zamiar mi pomóc? Za nic? – Jak się nazywasz, uzdrowicielko? – Uniosłem wyżej brwi, ledwie na moment uciekając wzrokiem; próbowałem odnaleźć nim grupę, której śmiech poniósł się wraz z powiewem chłodniejszego wiatru. – Myślę, że mógł mi złamać żebro. – Może tak było, a może przesadzałem; trochę się z nią drażniłem, próbując sprawdzić, czy kierowała nią dobroć serca, czy raczej chęć zarobku. Nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie tym się zajmowała, opatrywaniem kolejnych ofiar jarmarku. – Możesz mi jednak wierzyć, że ten drugi wygląda gorzej – podsumowałem, próbując złożyć usta w uśmiechu; nawet nie próbowałem zabrzmieć poważnie, śmiałem się z samego siebie.


nature always wins
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Skwerek [odnośnik]01.02.22 18:46
Odnosiła wrażenie, że bezbłędnie odczytuje wszystkie jego zuchwałe aluzje, sugestie przemycane między wierszami - w rzeczywistości była to jednak tylko zgubna pewność siebie. Zakładała, że dopadł ją tutaj z rozmysłem, poszukiwał drogi do tego, by głębiej wcisnąć się w jej podświadomość, podburzyć płomień lęku i ośmielona opium świadomie się przed tym broniła. A prawda była zapewne znacznie prostsza, choć pozostająca daleko poza Elviry narcystycznym egocentryzmem. Byli tylko i aż dwójką ludzi przyzwanych w to samo miejsce niepoznanym zrządzeniem losu.
- Widać mało jesteś domyślny - rzuciła bez namysłu. Powinieneś bardziej się postarać, zaoferować mi lepsze wyzwanie, chciała powiedzieć. Słowa ostatecznie splotły się inaczej, zalotnie zaczepiając o obelgę. - Taki jesteś pewien? Kiedy ostatnio widziałeś mnie z zajętymi ustami? - zapytała i ktoś lepiej przystosowany do tych damsko-męskich gierek musnąłby teraz językiem usta, niewinnie i zaczepnie zarazem. Elvira jednakże więcej miała w sobie ze strzygi niż księżniczki, więc gdy miękki róż jej języka mignął w poświacie płomienia, zarysowała nim obrys zębów. Jakby szczerzyła kły, choć przecież, rzecz jasna, wcale ich nie miała.
Zaraz jednak po jego następnych słowach żar w spojrzeniu przygasł, twarz na nowo przybrała wyraz znudzenia.
- Nie chcesz, żebym ci mówiła, jakie sprawiasz wrażenie, Mulciber - to mówiąc, na powrót uniosła dłonie do ognia, choć, jak się miało wkrótce okazać, nie na długo.
Uległa zaczepkom i wcale nie odczuwała z tego względu wstydu. Chciała go zaskoczyć, wytrącić z równowagi, sprawić, by zwątpił w przekonanie, że doskonale przewiduje kierunek dyskusji i może kierować nim wedle własnego widzimisię. Jeżeli nie potrafiła zrobić tego w czasie rozmowy, zamierzała grać nieczysto, podejmując się nieprzewidywalnych czynów wyłącznie dla płonnej satysfakcji obserwowania jak wiele wkłada w to, by zachować twarz.
Nie spodziewałeś się tego, Mulciber, przyznaj.
Kiedy wstała, wargi paliły ją w miejscach, w których na krótką chwilę zetknęły się z jego pierścieniem. Miała ochotę przetrzeć je rękawem, ale powstrzymała się. Rozproszył ją komentarzem na temat jej rodziny, od którego jej brwi zmarszczyły się ponuro, a usta skrzywiły w nieskrywanym, lecz krótkim grymasie niechęci.
- Właścicielką. - ucięła, ignorując jego głupie pytania na temat jej prezencji. W swoim mniemaniu wyglądała dobrze, zresztą przyszła kręcić się samotnie po porcie, a nie na obiad do szanowanej restauracji. - Odetta Parkinson. To moja kuzynka. A ich nestor - wujek. Moja matka była Parkinsonówną - Znów przesunęła językiem po zębach, by pozbyć się cierpkiego posmaku, jakie zostawiło w jej ustach słowo "była". - Miałam pecha. Albo szczęście. Zależy jak na to spojrzeć - dodała po chwili z zaskakującą szczerością. Niemożliwe, aby została ona wywołana czym innym niż kadzidłem. - Nie gotuję, mam od tego ludzi - prychnęła z przesadnie egzaltowanym zmęczeniem, jakby chciała w ten sposób podświadomie udowodnić pochodzenie. - Zależy mi na tym, by robić na ludziach wrażenie wiedzą i umiejętnościami. Jestem cholernie dobrym uzdrowicielem, Mulciber. Powinieneś to pamiętać.
Jak uderzenie błyskawicy, przebłysk złego przeczucia, spłynęły na nią wspomnienia sprzed wielu miesięcy. Ból, najgorszy jaki można sobie wyobrazić, wściekłość, strach i szaleństwo. I krew wsiąkająca z powrotem w męskie ciało, w czasie gdy jej własna plamiła kamienną posadzkę. Oczy zaszły jej ciemnością nim zamrugała i skupiła oszołomione spojrzenie na migoczących językach płomieni.
Mulciber stał tam dalej, bezczelnie uśmiechnięty, pogryzając orzechy i pieprząc nonsensy. Przełknęła ślinę, gdy zaschło jej w ustach i rzuciła długie, natarczywe spojrzenie jego szczupłym dłoniom. Pod rozbawieniem poczęło buzować coś jeszcze - emocja toksyczna jak arszenik i żrąca jak jad bazyliszka.
Mam podejrzewać, że darzysz mnie sympatią?
Uśmiechnęła się sztucznie, podchodząc do niego, pokonując ten ostatni dzielący ich krok od tego, by stykać się ramionami. Bez pytania dość brutalnie wepchnęła dłoń w opakowanie orzeszków i uniosła jeden do własnych ust.
- Nie - powiedziała nieco głośniej niż dotąd, ale dość cicho, by nikogo nie zaalarmować. - Możesz podejrzewać, że jest mi cię szkoda. - Jej ręce drżały lekko, więc zacisnęła je w pięści. A potem, wraz z kolejnym dłuższym oddechem: - To było tutaj - przypomniała szeptem, nagle całkowicie przekonana do własnej racji. Na powrót rozluźnioną dłoń bezwstydnie oparła na kolanie Ramseya, a potem powoli powiodła palcami w górę, wzdłuż wewnętrznej krawędzi uda. Wyżej i wyżej. Nie zatrzymując się ani na moment. - Została blizna? Nie, nie. Przecież to ja cię leczyłam.
Lekki, nieuświadomiony rumieniec spowił szczupłą szyję Elviry.


i am coming
for everything
they said
i could not have
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Skwerek [odnośnik]18.03.22 12:16
Ilu ludzi im się przyglądało? Ile osób wokoło dostrzegło to, co robili i jak się zachowywali; nie, jak ona się zachowywała? Nie wiedział, o, zgrozo, nie dbał o to nawet w tej chwili, otumaniony zapachem kadzidła, które odprężało go i zwalniało ze sztywnego poczucia jakiegokolwiek obowiązku. Spojrzał na nią wpierw ze śmiertelną powagą, a później zmarszczył brwi, otwierając nieco szerzej oczy, zupełnie jakby zdał sobie z czegoś sprawę.
— Absolutnie! — palcami dotknął czoła, a później z ulgą i oczywistością spojrzał na nią. Pełen dozgonnej wdzięczności uśmiech wykwitł na jego twarzy. — To jest właśnie to, czego szukałem, co przez cały czas mi gdzieś umykało... Jak mogłem tego nie widzieć. Ta wiedza rozwiązuje wszystkie moje problemy. Chodziło o domyślność — mówił z typowym dla naukowca przejęciem, po czym cała ta ekspresja jeszcze przez chwilę tętniąca na twarzy, w rozemocjonowanym spojrzeniu, ruchach dłoni, brwi, warg, po prostu znikła. Spłynęła nagle, pozwalając się zastąpić stępioną obojętnością. — Niech pomyślę... Podczas sabatu? — Niespełna kilka dni temu. Kłamał, nie widział jej tam. Pewnie nie dostrzegłby jej pomiędzy dziesiątkami znacznie bardziej intrygujących gości, pięknie ubranych kobiet. Ale wszystkie sączyły zaproponowane przez kelnerów drinki, musiała więc i ona. Z pewnością ona. Uśmiechnął się do niej, wiedząc, że nie o to pytała. Jeśli chciała go sprowokować musiała się postarać bardziej. Zerknął na jej uśmiech, wyszczerzone kły, po których przejechała językiem. Zatrzymał wzrok na jej wargach.Wbrew pozorom bardziej interesujących niż oczach.— Nie krępuj się. Słyszałem już o sobie tak wiele, że twoje zdanie nie zrobi mi żadnej różnicy. — Uśmiechnął się pogodnie, wręcz pobłażliwie, ale przecież nie kłamał. Zmieniał się. Jedyne, co można było o nim w całą pewnością rzecz to to, że był nieszczery i zakłamany. Czy potrafiła go zdefiniować? Wątpił w to. Nie znała go na tyle, by móc to zrobić.— Każde wrażenie pozostaje tylko wrażeniem, efektem na to, co robię, a to jestem w stanie kontrolować. Czy w związku z tym mam wpływ na to, jak mnie postrzegasz i co o mnie myślisz? — spytał zaczepnie, unosząc wzrok wyżej, w pozornym zamyśleniu, ale przecież nie oczekiwał odpowiedzi. Ta była jasna. — Może zależy mi na tym, byś takie miała o mnie zdanie, Ellie. Mówił ktoś kiedyś do ciebie w ten sposób? Ellie? — Zmarszczył brwi i złapał jej spojrzenie, wkładając ostatniego orzecha do ust. O wiele łatwiej było mu sobie wyobrazić ją jako kogoś kto pieklił się za każdym razem, gdy używano zdrobnienia jej imienia w sposób pieszczotliwy, trudniej kogoś kto by się na to zdecydował.
— Właścicielką — powtórzył po niej z zaskoczeniem, dosadnie akcentując każdą głoskę. — Jakież to niezwykłe. Wiadomo więc po kim odziedziczyłaś urodę — mruknął zaimponowany. — Płynie w tobie szlachetna krew. Niewyparzoną buzię musisz mieć po swoim ojcu — zgadywał. Szlachcianka nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś podobnego. — Parkinsonowie zdecydowanie mieli szczęście — dodał zaraz w zastanowieniu, a kiedy wspomniała o tym, że miała ludzi od gotowania zmierzył ją wzrokiem. Milczał przez chwilę.— Jakich ludzi?— spytał w końcu całkiem poważnie. — Stać cię na służbę? Pracujesz w ogóle gdziekolwiek? — męża nie miała, co właściwie robiła Elvira Multon na co dzień, poza pomaganiem potrzebującym Rycerzom? Powstrzymał wetchnięcie. Kadzidło, którego dym wciąż się wokół unosił odprężał go, przyprawiał o błogość w spojrzeniu, wygładzał mięśnie twarzy. Oczy zdawały się nieco mętne, kąciki ust lekko uniesione, choć nie na tyle by uznać to za uśmiech. — Jedna jaskółka wiosny nie czyni, Multon. Nie znam twoich umiejętności, nie jestem w stanie ich potwierdzić ani zaufać twojej wiedzy. I moim szczerym życzeniem jest, bym nigdy nie musiał tego sprawdzać — zapewnił ją, przechylając lekko głowę. Uśmiechnął się dopiero teraz. Nie lubił uzdrowicieli — był zmuszony zawierzać w ich ręce własne życie i zdrowie. — Mogę to powiedzieć natomiast o Belvinie Blythe — pomogła mu, kiedy był w naprawdę ciężkim stanie. I nie był to pierwszy raz. Obudził się u niej po wydarzeniach z Dziurawego Kotła. Świeże blizny po lamino pokrywały jego ciało, nie czuł już bólu, ale pamiętał, że był na skraju.
Rozejrzał się dookoła, choć nie z powodu zaniepokojenia obecnymi wokół ludźmi. Kadzidła przyciągały zwiedzających jarmark, ogień ogrzewał zmarznięte dłonie i serca. Wsunął jeszcze jednego orzecha do ust, kiedy się zbliżyła. Nie przegryzł go, zatrzymał w całości między zębami, zatrzymując na niej wzrok. Spojrzenie niewiele mówiło, było nieruchome, mdłe, wpatrzone prosto w nią. Nie poruszył się, kiedy dotknęła jego kolana. By to zrobić musiała się mocno schylić, nie mogła tego ukryć, a w związku z tym także tego, co zrobiła później. Przesuwając dłonią po jego udzie z pewnością zwróciła czyjąś uwagę. Nie wiedział, nie obejrzał się. Patrzył na nią. Złapał jej dłoń za nadgarstek, zacisnął na niej palce mocno i uniósł ją wysoko.
— Zapominasz się — ostrzegł ją cicho, nie zmieniając swojego wyrazu twarzy. Słowa brzmiały zupełnie inaczej niż to, co mogła widzieć. Soczyście. — I widzę, że nie lubisz tej ręki. Mogę się nią zająć — ton jego głosu zrobił się chłodny, ale na ustach wykwitł uśmiech. Puścił jej dłoń wyraźnie, zamaszyście odrzucając ją w bok. — Jeśli chcesz, mogę ci pokazać, jak goją się rany po twoich uzdrowicielskich metodach, ale nie tutaj. Dziękuję za twoje towarzystwo, panno Multon. To było pouczające doświadczenie — odpowiedział nieco głośniej z uśmiechem, skinając lekko głową.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Skwerek - Page 12 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Skwerek [odnośnik]18.03.22 14:29
Nie rozglądała się, nie szukała zgorszonych spojrzeń: rzadko przywiązywała wagę do tego, w jaki sposób odbierają ją ludzie, których nie zna, a teraz, o zgrozo, była również otumaniona słodką wonią opium. Nie widziała swojej winy, oskarżała jego - bo ją podszedł, bo nie chciał zostawić jej samej, bo ją prowokował. Kiedy tak naprawdę ostatnim razem wzięła odpowiedzialność za chaos, do którego doprowadzała przypadkiem, poddając się impulsom, żądzom, życzeniom?
Wtedy, kiedy przekraczała granice, zaiste.
Nie od dziś wiedziała, że zachowywała nad sobą zimną kontrolę tylko wtedy, gdy była sama, gdy pracowała, gdy walczyła - jakże daleko w tyle była, gdy przychodziło jej rozmawiać, robić wrażenie? Stąpała po cienkim lodzie, którego wątłość była efektem nakładających się na siebie wysiłków jej rodziny, jej bliskich i jej samej, by nie widzieć dalej niż czubek własnego nosa.
- Kpisz sobie ze mnie - stwierdziła, nie pytała, nagle mniej pewna siebie, zgorzkniała. Widziała ironię i widziała pogardę, ale naprawdę odwróciła się i wycofała dopiero wtedy, gdy wspomniał Sabat. - Co możesz wiedzieć...? - wyrzuciła przez zaciśnięte zęby, ale cicho, coraz ciszej. Zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie, gdy przyszło jej na myśl, że wiedzą już wszyscy, i on, i Drew, i Sigrun, i Deirdre. Może śledził ją specjalnie, obserwował? Gęsty dym zaczął jej nagle przeszkadzać, wciskał się w płuca i sprawiał, że oddychała płytko i szybciej. - Nie - przyznała i ciężko było zgadnąć, czy ma na myśli mówienie co myśli na jego temat czy dziwaczne, upokarzające zdrobnienie imienia. - Ellie - powtórzyła na próbę i skrzywiła się, obnażyła zęby, pozwalając, by na śliczną twarz wpełzł jej paskudny grymas pozbawiony jakiegokolwiek uroku. Cillian mówił do niej Elvi. Większość mówiła do niej Multon. Matka nazywała ją księżniczką.
Ale nawet mdła księżniczka nie brzmiała tak pretensjonalnie i dziecinnie.
Podążała jak we mgle, spełniając jego zachcianki jakby sądziła, że tego od niej oczekuje; w rzeczywistości jednak dla własnego (i naiwnego) poczucia kontroli. Licząc, że wyraz jego twarzy, jego zaskoczenie, może ściągnąć z jej piersi ciężar, pomóc odzyskać pewność siebie. Tak bardzo próbowała udowodnić, że nie da się jej zażenować, że sama wpędziła się w zażenowanie. Rozbiła się o mur, znowu, z wielkim bólem odkrywając, że pogrywa sobie z kimś, z kim pogrywać się nie da. I tym razem nie była nawet wystarczająco pijana, by świadomość ta nie okazała się miażdżąca dla ego i odwagi.
Nie mogła jednak milczeć, czy nie tak? Nie mogła odejść. Z pełną jasnością docierało do niej, że na to jest już za późno. Gdziekolwiek pójdzie, nigdzie nie zdoła się ukryć. Żeby zachować siebie, musiała stać prosto, podnieść brodę i przygryźć język do krwi.
- Na pewno nie po ojcu. Mój ojciec jest nudnym tchórzem. - Nie kłamała, ale też nie zaprzeczała, nie całkiem. Jej własne usta naprawdę były niewyparzone, sączące jadem.
Zadał jej pytanie, oczekiwał odpowiedzi. Znowu zapędziła się w róg.
- Rzadko jadam w domu - wyznała w końcu z niemym westchnieniem. Ogień odbijał się w jej błyszczących oczach, w źrenicach rozszerzonych niepokojem i złością. - Teraz pracuję w domu pogrzebowym, w prosektorium. Asystuję czasem Cassandrze w lecznicy. Przyjmuję prywatnych pacjentów. A w lecie pracowałam u lady doyenne Morgany - dodała, bo wszak nie mogła się powstrzymać, nie mogła nie unieść się dumą; to byłoby wbrew jej naturze, wbrew niestrudzonemu narcyzmowi. Tego, że ją zwolniono, nie omieszkała pominąć. - Moim życzeniem także jest, byś nie musiał - Już nie patrzyła mu w oczy, choć zbliżała się krok po kroku, łudząc się, że z Mulciberem, jak z wężem, bliski kontakt złagodzi napięcie. Albo to albo zostanie ukąszona; ale przecież zawsze kochała ryzyko. Żachnęła się w myśli, gdy wspomniał Belvinę, ale nie dała tego po sobie poznać. - Ja też mogę. Zaopatrywała mnie po tym jak straciłam rękę. Jak wiemy, wypadki chodzą po ludziach. - Miała spięte gardło, gdy szeptała słowa i pochylała się, zbyt wysoka i zbyt pochłonięta przesiąkniętą lękiem fascynacją, by pomyśleć o tym, że znów balansuje na granicy.
I w końcu - w końcu - złapał ją za nadgarstek, mocno, aż zapiekły ją wystające kostki. To była lewa ręka, ta nowa, ta, bez której obywała się przez pełen miesiąc po podziemnej misji. Nie sądziła, że jeszcze ją zaskoczy, ale to zrobił. Swoim szeptem, swoją ofertą.
- Naprawdę? - spytała z zaskoczeniem, jakby nie wierzyła w to, że naprawdę mógłby tego chcieć, choć dopiero co usiłowała sprawiać wrażenie tak beztrosko pewnej siebie. Bezwiednie zwilżyła wargę, wolniej i bardziej kobieco, na blady nos wpełzł jej rumieniec. Ale zanim powiedziałaby coś więcej, coś cholernie niemądrego, w głowie znowu zaświtała jej wątpliwość. Serce przyspieszyło jak u sarny; przecież już na początku, już jakiś czas temu wspomniał o Sabacie. Po co jednak uciekałby się do pułapki? Musiał wszak wiedzieć, że nie jest to koniecznie, że gdyby ją wezwał to by przyszła. - Jak bardzo pouczające? - spytała szybko zanim zdążyłby odejść i po raz pierwszy od kiedy pojawił się przy jej boku w jej głosie przebrzmiał strach. - Nie igraj sobie ze mną, powiedz prawdę. Przyszedłeś tu po mnie? Czekasz aż będę sama? To był test? - Nie miałoby to żadnego sensu, lecz kadzidło się wypalało, a ona, ona była zmęczona, zła i pełna żalu.


i am coming
for everything
they said
i could not have
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Skwerek [odnośnik]21.03.22 1:23
Uniósł brwi i pokręcił głową. Rysy twarzy mu złagodniały, kiedy spojrzał na nią zaskoczony. W otumanionych opium tęczówkach migotało chłopięce rozbawienie.
– Skąd — zaprzeczył i wzruszył ramionami, zaraz potem wsuwając do ust kolejny orzech. Przygryzł go i zastygł na moment w bezruchu, kiedy zwróciła uwagę na jego słowa w sposób bardziej intrygujący. Coś było na rzeczy. Co? Co wydarzyło się na sabacie? Nie spędził tam zbyt wiele czasu; po rozmowie z Cassandrą ulotnił się, opuścił dostojne i eleganckie Hampton Court. Zaczynał żałować czegoś, co mógł dziś wykorzystać. Usta rozchyliły się lekko, zęby błysnęły w świetle trzaskającego ognia.Przyglądał jej nieruchomo, niemalże czując, jak jej chłodne słowa wbijają się w jego skórę, niczym drobne igły.
— Co mogę wiedzieć? — powtórzył po niej, choć w jego głosie czaiła się niezachwiana pewność siebie, pobłażanie, ale też drwina. Wzruszył lekko ramieniem, wyraz twarzy mu spoważniał, kiedy tak nie odrywał od niej przenikliwego spojrzenia. Kiedy znowu zacisnął szczękę drobiny orzech znowu chrupnęły między siekaczami.
— A ty jesteś intrygująca i dzielna? Błyskotliwa i odważna? Jaka jesteś, Ellie? Dlaczego twoja pyskata matka wybrała sobie nudziarza za męża? Och, no tak. Nie miała wyjścia. Taki już los krnąbrnych panien. Jeśli mają odrobinę szczęścia — dodał po chwili w zastanowieniu, zerkając w ognisko. Otumaniające kadzidło wciąż sprawiało, że czuł się błogo, ale dopalało się, a efekty jego działań stopniowo słabły. Wysłuchał tego, czym się zajmowała i uśmiechnął szerzej, choć krótko. Nie zajmowała się niczym konkretnym, niczym stałym. Błąkała się to tu, to tam, gdzie była potrzebna. — Nie obawiasz się, że pewnego dnia braknie miejsca dla ciebie? Co wtedy zrobisz? — Kiedy nikt jej nie wezwie, nikt nie będzie potrzebował? Jej praca w prosektorium byłaby interesująca, przydałby mu się ktoś, kto znał się na anatomicznej śmierci, ale wątpił, by wiedziała o tym tyle ile on sam potrzebował się dowiedzieć. Westchnął, kiedy ktoś przeszedł obok nich, zerknął na mężczyznę pobieżnie, nie zatrzymywał jednak na nim wzroku dłużej. Widząc, jak wydusiła z siebie słowa pochwały na temat Belviny pociągnął temat dalej. — Jest doskonała w tym, co robi, prawda? Skoncentrowana, skupiona. Inteligentna. — Lubił inteligentne kobiety. Takie, które nie tylko posiadały wiedzę, ale umiały ją dobrze wykorzystać — także w świecie zwojowanym przez mężczyzn. Mało takich znał, ale tym bardziej wyjątkowy był jego podziw. Ten względem Belviny —n nieszczery. Nie znał jej aż tak dobrze, że irytowanie Elviry mu się spodobało. — Ale masz rację. Wypadki chodzą po ludziach. Kto wie, co może się zdarzyć. — Zdawał się na moment zamyślić, ale czujność i trzeźwość powróciła do jego spojrzenia szybko. Wiatr przewiał ostatnie opary kadzidła, przywołał go do porządku.
Zerknął na jej wargi, kiedy je bezwiednie zwilżała. Była atrakcyjna, nie mógł jej tego odmówić. Równie mocno, co szalona i niezrównoważona. Niepewna. Autodestrukcyjna. Uniósł brew, zaciągając się świeżym, nawianym powietrzem.
— Masz ochotę się przekonać? — spytał poważnie, przechylając głowę. Z kieszeni wyciągnął zegarek kieszonkowy i spojrzał na godzinę, a później na Multon. Nie odpowiedział jej. Odwrócił się, by ruszyć w kierunku miasta, ale zatrzymały go jeszcze jej słowa. Odwrócił się, by spojrzeć na nią przez ramię. Przez chwilę chciał jej odpowiedzieć, otworzył nawet usta, ale zawahał się. Zamknął je i uśmiechnął się, wiedząc, że niepewność doprowadzi ją do szewskiej pasji, a jeśli przemawiał przez nią prawdziwy strach, niewiedza poruszy każdą, najwrażliwszą strunę w jej ciele. Skinął jej głową z uśmiechem; czując jeszcze przyjemność z tego spotkania, z resztek oparów, które na niego wpłynęły nim kadzidło dopaliło się do końca. — Do zobaczenia, panno Multon.

| rzucam na wizję; 1: poproszę to



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

Świat smakuje jak machora
a machora jak ten świat,
kiedy przyjdzie na mnie pora
sam wyostrzę czarny bat.
OPCM : 40
UROKI : 20 +2
ALCHEMIA : 0 +3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5 +3
Genetyka : Jasnowidz
Skwerek - Page 12 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Re: Skwerek [odnośnik]21.03.22 1:23
The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : Rzut kością


#1 'k6' : 4

--------------------------------

#2 'k100' : 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Skwerek [odnośnik]21.03.22 17:38
Obserwując go w ciężkim milczeniu, przez rzęsy, z ukosa, gdzieś na peryferii wzroku, odniosła wrażenie, że w końcu udało jej się wywrzeć na nim wrażenie. Jakie? Nie mogła ocenić, gdy stała w ten sposób, w mgiełce rozszerzającego źrenice opium. Musiałaby się odwrócić, zadrzeć brodę i spojrzeć mu wprost w oczy, a tego nie zrobi, już nie. Kto wie, być może nawet wtedy nie uzyskałaby pełnej odpowiedzi?
Coś się jednak zmieniło w jego słowach, w jego wciąż tak niedbałym i figlarnym sposobie bycia, który nadal działał jej na nerwy.
- Wiesz - powiedziała, z trudem powstrzymując się przed cedzeniem słowa głoska po głosce. Rozluźnienie szczęki kosztowało ją wiele, ale zmusiła się do tego, tak jak do tego, by odsunąć się od płomienia. Rozsądnie, mała ćmo. - A jeśli nie wiesz, to znaczy, że wiedzieć nie musisz. - Zostawiła go z tą tajemniczą odpowiedzią, choć podszept paranoi podpowiadał jej, że była to z jego strony kolejna gra, a ona mogła się jej oprzeć tylko i wyłącznie zmianą tematu.
- Moja matka nie była pyskata. Nic o niej nie wiesz - mówiła cicho i bez większej pogardy, nie starała się jednak bronić starej Multon. Nie czuła do Miriam miłości jaką winna czuć córka wobec matki, wciąż nosiła w sobie złość spowodowaną wszystkimi beznadziejnymi cechami tej kobiety, które doprowadziły ją i jej córkę do miejsca, w którym były teraz. - Była cicha, nudna i niezbyt mądra. Nieurodziwa. Dziwaczna - Coś w drgnieniu ust Elviry zdradziło niesmak przy ostatnim słowie. W głowie zabrzmiały jej chórem słowa, które tak często słyszała na szkolnych korytarzach i potem też, szeptane w kątach pokoju uzdrowicieli w Mungu. Dziwaczka, dziwaczka, dziwaczka. - Ja natomiast jestem dość intrygująca, by sprawić, że nadal tu stoisz. Dość odważna, by pójść za tobą w mrok, w którym czekało na mnie tylko cierpienie. - Musiał wiedzieć co ma na myśli. - I dość błyskotliwa, by dostać się na jedną z najcięższych specjalizacji w Mungu. Na choroby genetyczne. Po to tylko, by potem przez własną bezczelność stracić pracę, bo zabiłam pacjentkę, która moim zdaniem umrzeć powinna. Co jeszcze chcesz o mnie wiedzieć? - Wątpiła, by w rzeczywistości chciał wiedzieć cokolwiek, by przyjemnością było mu jej słuchać. Mówiła jednak, bo w ten sposób zagłuszała własne lęki, mówiła, by przeciągnąć chwilę, która w jednym momencie zdała jej się fragmentem ostateczności. - Zrobiłabym to, co każda rozsądna czarownica. Zajęła czymś innym. Jednakowoż to w kostnicach czuję się najlepiej. - Uniosła brew, nie dało się ukryć jak bardzo wątpiła w jego słowa.
Dla niej nigdy nie mogło zabraknąć miejsca - do jakiegoś zawsze wygrzebie sobie drogę, choćby miała to zrobić własnymi pazurami. Podupadła na psychice i zdrowiu po wyrzuceniu ze szpitala Świętego Munga, ale nauczona doświadczeniem nie pozwoliła sobie na tę słabość już nigdy więcej. Skończenie współpracy z Selwynami prawie jej więc nie obeszło.
Zmrużyła powieki i zacisnęła zęby, słysząc kolejne pochwały pod adresem innym niż jej. Widać przyjemność sprawiało mu pogrywać sobie z nią, celować wprost w jej najbardziej wrażliwe cechy - w dumę i w potrzebę uznania. Tylko resztki instynktu samozachowawczego sprawiły, że odpuściła sobie polemikę i złość o kobietę, która nie była niczemu winna. Znała Belvinę tyle o ile, ale nie mogła powiedzieć o niej złego słowa.
- Ty pewnie wiesz - Nie odpuszczała, naciskała szeptem, chcąc otrzymać odpowiedzi, jakich on nie zamierzał udzielić. Wyczuwała to, domyśliła się, kiedy wsunął do ust ostatniego orzeszka i złapał ją za smukły nadgarstek. A kiedy ją puścił, wciąż czuła na skórze jego palce, jakby pozostawił po sobie piekące piętno. - A jeślibym nawet miała? - Uniosła brew, przełknęła myśl o tym, by pójść za nim, by do niego napisać.
Wiedziała, że tego nie zrobi. Nie w pełni świadomie. Niesiona chwilą i nierozsądnym pragnieniem potrafiła zrobić wiele, ale nie pozwoli sobie na to samo, gdy przyjdzie jej przemyśleć swoje działania. To nie było to czego szukała. Niczego by jej to nie dało, poza wypełnieniem pustki na krótką i nic nie wartą chwilę.
Ten uśmiech, ten cholerny uśmiech.
Mogłaby zawołać za nim raz jeszcze, ale głos uwiązł jej w gardle. Zamknęła oczy i odetchnęła powietrzem świeżym, tchnącym jedynie chłodem od Tamizy i czystym dymem ogniska. Rzuciła miażdżące spojrzenie kobiecie, która obserwowała ją z oburzeniem, a potem wetknęła do kieszeni zaciśnięte pięści i odeszła stamtąd szybkim krokiem. Naciągnięty na głowę kaptur miał ukryć złość, lęk i desperację. Najlepiej, gdyby mógł to zrobić także przed nią samą.

/zt x 2? :pwease:


i am coming
for everything
they said
i could not have
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Skwerek [odnośnik]28.03.22 22:05
Była przyzwyczajona do podobnych scen. Widziała dużo gorsze. Nauczyła się nie oceniać. Poznała tak wiele ludzi, z różnych sfer społecznych, z różnymi historiami, przewinieniami.... kim była jednak, aby ich oceniać? Aby wydawać na nich wyrok? To był właśnie jeden z jej głównych powodów dlaczego zdecydowała się na otwarcie lecznicy w porcie. Tym ludziom nikt nie chciał pomóc. Byli prości, niektórych nazwano by nieokrzesanymi, przestępcami, motłochem, na pewno słyszeli jeszcze więcej, dużo gorszych obelg pod swym adresem. Nikt nie się przejmował tym dlaczego tu byli, dlaczego tak żyli, że może też zasługują na szacunek, zwykłe traktowanie po ludzku, a i nawet pomocną dłoń. Nie była zła, zdegustowana, czy urażona. W porcie łatwo było o guza, nawet teraz z patrolami, więc mógł to być równie dobrze przypadkowy przechodzień, który nie miał tego wieczoru zbyt wiele szczęścia. Stała więc dalej z sympatią i zatroskaniem spoglądając w jego stronę czekając na odpowiedź, której się szczerze nie spodziewała. - Nie za uprzejmie z jego strony tak obrażać się za prawdę. – Pokręciła głową w niedowierzaniu wymieszanym z rozbawieniem ani trochę nie dziwiąc się w takim razie, że blondyn został tak, a nie inaczej potraktowany. Miał nieszczęście trafić na... wrażliwca, których przecież w porcie było co niemiara. Sam szukał zaczepki, a może po prostu był tak bezpośredni? Szczery aż do bólu. Dosłownie. - Jakie to głupoty plótł, że postanowił mu je pan wytknąć? - Czym naraził się mu nieznany brutal? Słowa mężczyzny ją uspokoiły. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że może jest jedną z tych osób z areny. Nielegalne kluby pojedynków to jedno. Bili się tam o pieniądze, równy z równym. Nie popierała tego, ale nikt nikogo tam do niczego nie zmuszał, a ona jedynie potrząsając w niezadowoleniu głową i tak godziła się ich leczyć. Arena jednak nic nie miała wspólnego z równą walką, własnym wyborem, nie mówiąc już o tym, że niewinne istnienia traciły tam życie. Zwierzęce i ludzkie. Choć niektórzy stwierdziliby, że tylko te zwierzęce.
- Jestem. – Była. Nie chciała go tak tu zostawić skoro już się na niego natknęła. Poza tym, była ciekawa. Nierozsądnie, ale wciąż tak samo. Nie wspominając już o tym, że los naprawdę się uwziął, aby podstawiać jej pod nos w takich okolicznościach przystojnych mężczyzn ze złamanymi nosami i o ciętych humorach. Postąpiła krok do przodu, a za nim kolejny powolnym chodem zbliżając się do ogniska. - Proszę się nie przejmować. W końcu nie prosiłeś też o pomoc. – Sama ją zaproponowała. Zresztą, nawet gdyby było inaczej nie oczekiwałaby zapłaty. Nie nowością dla niej było, że za leczenie nie brała nawet złamanego knuta. Nie miała serca prosić o pieniądze dobrze zdając sobie sprawę z tego w jakich czasach przyszło im żyć i że kogoś mogło być nie stać na pajdę chleba, a co dopiero leczenie. Nie oczekiwała więc zapłaty oferując swą pomoc z czystej troski. - Yvette Baudelaire. A pacjent? – Zapytała zaczepnie nie będąc mu dłużna. Nie miała absolutnie nic przeciwko przejściu na "ty". W sytuacji, w której się znajdowali taka decyzja wydawała się być najwygodniejsza, najbardziej na miejscu. Naturalna. Nie wydawał się być kimś kto chował się za pięknymi słowami, czego zdążyła już uświadczyć przez ten krótki czas ich znajomości. Doceniała to jednak. Bezpośredniość i prostotę w kontaktach. Szczerość. Z tego właśnie powodu dużo łatwiej odnajdywała się w porcie, aniżeli nowobogackich salonach.
Na słowa mężczyzny zaśmiała się perliście, a dźwięk ten zgrał się na krótki moment wraz z tym dochodzącym z ogniska nieopodal. - Nie wątpię. - Uśmiech dalej błąkał się na jej ustach, a ona przez chwilę naprawdę zastanowiła się nad swoimi słowami. Nie wiedziała jak wyglądał przeciwnik Everetta, choć po tym jak prezentował się nos mężczyzny tamten miał raczej ciężką rękę. Sam blondyn wydawał się być wysoki, choć ciężko było jej stwierdzić jak bardzo kiedy to ona aktualnie górowała nad jego siedzącą sylwetką. Fakt, iż nie był zakryty płaszczem dawał jej jednak pogląd na jego posturę. Nie był przesadnie umięśniony, ale na pewno nie był też chuchrem. - W takim razie może to jego powinnam była teraz leczyć? – Rzuciła stając w końcu naprzeciw niego, obok ogniska, w końcu mogąc przyjrzeć się Everettowi z bliska w świetle ognia, który przyjemnie kontrastował z otaczających ich półmrokiem. - Ale skoro zasłużył… - Wsadziła dłoń do kieszeni płaszcza zamiast różdżki jednak wyjmując z niej haftowaną, białą chusteczkę. Nie czekając na jakiekolwiek dalsze przyzwolenie uklękła na materiale rozłożonego płaszcza mężczyzny, aby chwycić jego dłoń, większą i cieplejszą, niż ta należąca do niej i odciągnąć ją od jego twarzy, w końcu mogąc przyglądnąć się urazowi w pełnej krasie. - Przez chwilę myślałam, że jesteś jednym z zawodników z areny. – Wymruczała wycierając zasychającą już krew. Ostrożnie, tak aby nie sprawić mu jeszcze większego bólu. Nos był ewidentnie złamany, co widziała gołym okiem, ale mogła to też teraz wyczuć pod materiałem chusteczki. - Okropne. To co tam robią… - Wyszeptała zupełnie jakby zdradzała mu sekret. Nie powiedziała jeszcze nic co byłoby nie na miejscu, co odebrane mogłoby być w zły sposób. Nikogo nie powinno dziwić to, że kobieta nie była przychylna przemocy. Jej słowa jednak kryły przekaz, za który trafiało się do Tower, albo szło się prosto na stryczek. Szlamolubstwo. Cierpiała na głupotę serca, ale nie rozumu. Wiedziała, że to nie są rzeczy, którymi powinna dzielić się z nieznajomymi. A jednak wezbrał w niej żal. Związany z tym co się działo, z tym czego była świadkiem, czego doświadczyła. Żal, który w końcu chciałaby z siebie wyrzucić, od którego chciałaby się uwolnić, bo zbyt długo tkwiła w jego niewoli. Nie pozwalała sobie jednak na to. Tłumienie własnych emocji wydawało jej się być zawsze łatwiejsze. - Mogę go nastawić, jeśli nie masz nic przeciwko. - Zaproponowała jedną dłonią przytrzymując chusteczkę przy jego nosie, aby zatamować krwawienie, drugą zaś kładąc na kieszeni płaszcza w niemym pytaniu. Nie chciała wyciągać różdżki bez jego wiedzy i przyzwolenia.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Strona 12 z 13 Previous  1, 2, 3 ... , 11, 12, 13  Next

Skwerek
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach