Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Skwerek
AutorWiadomość
Skwerek [odnośnik]05.03.16 22:01
First topic message reminder :

Skwerek

Zielone serce miasta z wielką fontanną, która przyciąga wzrok. To idealne miejsce na spędzenie leniwego popołudnia na jednej z ławek, spacery ze znajomymi pośród wijących się ścieżek lub rozłożenie koca na intensywnie zielonej, wiecznie młodej trawie. W tym miejscu tętni życie całej magicznej społeczności doków - tutaj nawiązuje się znajomości, podsłuchuje najgorętsze plotki. W powietrzu unosi się zapach magnolii, które dzięki magii kwitną tutaj o wiele dłużej, a w słoneczne dni, dzieci szaleją w wodzie pomiędzy ustawionymi figurkami łabędzi i syren.

Jak wszędzie w magicznym porcie, znajdzie się tutaj odrobinę magii - mieszkańcy twierdzą, że wrzucenie do wody monety przynosi szczęście - być może to tylko jedna z plotek, jednak gdy próbujesz, coś się dzieje (możesz rzucić kością k100):

1-20 - figura syreny ożywa i spryskuje cię wodą prosto w twarz.
21-30 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
31-40 - łabędź ożywa, trzepocze agresywnie skrzydłami, wyciąga swoją długą szyję, próbując cię dziabnąć w rękę. Tracisz 1 pkt OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.
41-60 - widzisz, że na murku fontanny znajduje się wielka żaba, która wskakuje ci do kieszeni/za dekolt, gdy tylko się zbliżasz. Jeśli nie czujesz obrzydzenia, możesz ją zatrzymać.
61-80 - syrena uraczyła cię swoim śpiewem. Niezależnie czy twój głos jest godny śpiewaka operowego, czujesz nieodpartą potrzebę, by stworzyć duet wraz z nią.
81-90 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
91-100 - syrena ożywa, podpływa do ciebie, by dać ci buziaka. Otrzymujesz +1 pkt do OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.

Lokacja zawiera kości.


Ogniska

Wzdłuż zamarzniętej linii brzegowej, w pewnym oddaleniu, by rozświetlić, ale nie ogrzać lodu, płoną mniejsze i większe ogniska. Wokół nich zbierają się zmęczeni czarodzieje, szukając odpoczynku, chwili samotności, wytchnienia lub ogrzania się. Przy niektórych z nich panuje kontemplacyjna cisza, inne skryte są w zagajnikach zapewniających dyskrecję, wokół jeszcze innych tłoczą się czarodzieje z instrumentami muzycznymi. Wygrywają weselsze piosenki, przy których niektórzy tańczą - lub smutniejsze, zbyt metaforycznie, by zrozumieli to stróże jarmarku, wyrażające żal za tymi, których przepędzono i tymi, których zabito, zasłaniając to żalem za poległymi w ogóle. Od ogniska do ogniska regularnie maszerują patrole Ministerstwa Magii.

Zdobione runami metalowe pojemniki leżące przy płomieniach zawierają magiczne kadzidła, które można wrzucić w ogień, uwalniając w ten sposób zapach, który odniesie efekt na wszystkich znajdujących się przy palenisku istot. W jednym wątku można wykorzystać tylko jedno kadzidło. Są to głównie substancje roślinne, zioła. Postać z zielarstwem na co najmniej II poziomie potrafi rozpoznać ich znaczenie i wybrać odpowiednie, wrzucając do ognia konkretne spośród rozpisanych na poniższej liście. Pozostałe postaci mogą próbować ich w sposób losowy - poprzez rzut kością k6:

1: Mieszanina żywicy i sosnowych igieł przepełniona jest też czymś, co pachnie jak świeże górskie powietrze. Bardzo orzeźwiająco, nieco otumaniająco. Zapach jest łagodny, koi zmysły, uspokaja nastroje, wzbudza zaufanie do rozmówcy. Pobudza do wstydliwych wyznań i zdradzania sekretów.
2: Drzewny zapach musi mieć swoje źródło w drzewie sandałowym, które zmieszano z niedużą ilością suszu opium oraz ostrokrzewu; kadzidło jest trochę duszne, głębokie, wprowadza w przyjemne odrętwienie, spowalnia zmysły i pozwala w pełni odprężyć ciało. Pod jego wpływem trudniej jest zebrać myśli, ale łatwiej jest nie być tymi myślami ograniczonym. Wprowadza w przyjemne otępienie i relaksację, odpędza troski, nakłania do myślenia o przyjemności.
3: Słodki zapach bergamotki przebija się przez skromniejszy bukiet egzotycznych owoców, które prowadzi passiflora oraz nieznacznie mniej wyczuwalne mango, zapach jest przyjemny, świeży, lekko cytrusowy, dodaje energii, poprawia nastrój. Dalsze nuty kadzidła lekko i przyjemnie otępiają. Czarodziej znajdujący się pod wpływem tego kadzidła staje się bardziej figlarny, nabiera ochoty na psoty i staje się pobudzony do flirtu.
4: Wpierw daje się wyczuć paczulę, indyjska roślina roztacza ciężką, duszną i drzewną toń. Przez nią przenikają się gryzące zioła, pieprz, rozmaryn i tymianek, które przemykają do odrętwionego umysłu, wyciągając z niego cienie. Niektórzy twierdzą, że to kadzidło oczyszcza umysł: pobudza smutek, zmusza do sięgnięcia po problemy i uzewnętrznienia ich, do szczerych wyznań odnośnie tego, co ostatnim czasem trapi czarodzieja, co jest jego zmartwieniem. Wyciska z oczu łzy, ale dzięki temu pozwala zostawić najczarniejsze myśli za sobą i rozpocząć nowy etap życia bez obciążenia.
5: Zapach wiedziony przez silnego irysa w towarzystwie polnych kwiatów wywołuje wesołość, a przy dłuższej ekspozycji - niekontrolowany śmiech. Poprzez lekkie przytępienie zmysłów dodaje odwagi, skłania do czynów i wyznań, na które czarodziej nie miał wcześniej odwagi, a na które od zawsze miał ochotę.
6: Lawenda przeważnie koi zmysły, ale w towarzystwie czterolistnej koniczyny i konwalii odnosi podobny efekt na istoty, nie na ludzi. Czarodziejów zaczyna drażnić, rozbudza złość, roztrząsa najdawniejsze urazy i pobudza agresję. Pod jego wpływem niektórzy mogą stać się skorzy do kłótni.

Skorzystanie z kadzideł przy ognisku zastępuje jedną wybraną używkę z osiągnięcia hedonista.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 14.01.21 22:25, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


|22.01.1958

-Lordzie Black, proszę się zająć Obiektem. To bardzo ważne.- powiedział Rigelowi jeden z Niewymownych, kładąc na jego biurko czarną, lakierowaną skrzynkę wielkości pudełka na kapelusze oraz zwój pergaminu, opatrzony pieczęcią Sali mózgów. Zanim młodszy czarodziej zdążył zareagować, mężczyzna zniknął, prawdopodobnie wróciwszy do dalszej pracy. Albo też poszedł na przerwę do pobliskiej herbaciarni, zostawiając Blacka z kolejnym dziwacznym, ale typowym dla Departamentu Tajemnic zadaniem.
Obiekt albo też dziwaczne, meduzopodobne, mieniące się najróżniejszymi barwami coś, umieszczone w okrągłym szklano-metalowym pojemniku, był rzeczą, których Rigel nigdy nie widział. Wszystko wskazywało na to, że Obiekt nie należał do pierwszej kategorii przedmiotów, większość z których młody lord znał na pamięć, dzięki pracy przy przenoszeniu i zabezpieczaniu artefaktów... a to z kolei mogło oznaczać tylko jedno - dziwaczna meduza należała do kategorii trzeciej, do której to dostęp mogliby mieć tylko nieliczni praktykanci. Blacka spotkał prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie, że zostało mu powierzone podobne zadanie. Te myśli jednak szybko zmieniły się na “za jakie grzechy”, kiedy czarodziej w końcu rozwinął instrukcję i ją przeczytał. Otóż Obiekt potrzebował… “zapoznać się” z nową grupą pozytywnych emocji w terenie. Czyli, mówiąc wprost - spaceru. I wszystko byłoby dobrze, gdyby przy próbach wydobycia pojemnika ze skrzyni, co było warunkiem koniecznym, Obiekt nie trzepał swojej ofiary całkiem odczuwalnym ładunkiem elektrycznym.
-A żeby cię… paskudna galareto… - mamrotał pod nosem Black, idąc z lewitującym obok pojemnikiem. Nie mógł niestety trzymać go przez cały czas w tym stanie. Szczególnie w miejscu, do którego zamierzał go zabrać, na Jarmark zimowy. Pasowało to idealnie do misji, jaką miał wykonać. Przecież nie ma w Londynie innego takiego miejsca, gdzie można spotkać tyle najróżniejszych odcieni pozytywnych emocji! Niestety, jarmark był chaotyczny i zatłoczony, z biegającymi wszędzie dziećmi, które przez przypadek mogłyby uszkodzić Obiekt, a do tego Black nie mógł dopuścić.
Ostatecznie okropnie się zmęczył, wymyślając kolejne opcje na odizolowanie się od efektów ubocznych dąsającego się skarbu Departamentu Tajemnic. Miało to też swoje plusy. Podczas spaceru mężczyźnie udało się zauważyć interesującą rzecz. Obiekt reagował agresywnie zupełnie jak rozkapryszone dziecko - kiedy chciał, aby Rigel szedł szybciej, w drugą stronę albo został w jednym miejscu dłużej.
Na szczęście, nie chciał, abym kupił mu jabłek w karmelu…
Ostatecznie nogi zaprowadziły go do pachnących ziołami ognisk. Potrzebował chwilę wytchnienia i ogrzania zziębniętych kończyn. Postawił Pojemnik z obiektem w głębokim śniegu, żeby ten się nie przechylił i nie uszkodził, po czym zbliżył się do pojemników, opatrzonych runami.
Ciekawe, czy emocje wywołane sztucznie też się liczą? - zamyślił się, przypominając sobie słowa, zapisane w instrukcji. Nigdzie nie było informacji, że takie odpadają. - W takim razie można upiec dwie pieczenie przy jednym… ogniu.
Uśmiechnął się lekko do siebie i po krótkim zastanowieniu, sięgnął do piątego pojemnika, żeby rzucić garścią ziół w tańczące płomienie.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.



Ostatnio zmieniony przez Rigel Black dnia 14.01.22 20:33, w całości zmieniany 1 raz
Rigel Black
Rigel Black
Zawód : Praktykant w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647

Powrót do góry Go down

| 19 II

Coś chrupnęło, gdy pięść grubasa spotkała się z moim nosem.
Zachwiałem się, zaskoczył mnie siłą uderzenia, lecz w ostatniej chwili, nim runąłbym prosto w śnieg, odzyskałem równowagę; może rozsądniej byłoby sięgnąć po różdżkę? Albo przynajmniej przestać go lekceważyć...? Krępy, niski, nie powinien wyprowadzić tak szybkiego ciosu – a jednak zrobił to, wyrywając z piersi zebranych wokół ogniska gapiów krzyki przerażenia lub podziwu, zależnie od płci obserwatora. Krew spłynęła w dół gardła, zostawiając po sobie metaliczny posmak. Rękawem płaszcza otarłem zroszoną czerwienią wargę, nie spuszczając przeciwnika z oka; wciąż wyginałem usta w zaczepnym, prowokującym uśmiechu, choć w głębi duszy wiedziałem, że gdyby uderzył znowu, w głowę czy splot słoneczny, nie skończyłoby się to dobrze. A przynajmniej nie dla mnie. Szeroki w barach, walił jakby miał młoty zamiast rąk – ile takich ciosów mógłbym znieść...? Pewnie ledwie kilka, nie więcej. Dlatego musiałem podejść do tego z głową. Znaleźć jego słabe punkty. Wypracować jakąś taktykę...
Odskoczyłem na bok, gdy nieznajomy – nazwijmy go Bob – ruszył na mnie niczym rozjuszony garboróg, chyba próbował mnie staranować. Korzystając z sytuacji, szybko odwróciłem się w jego stronę i rąbnąłem w potylicę na tyle mocno, na ile potrafiłem – wyglądało jednak na to, że nie zrobiłem na nim większego wrażenia. Skąd on się urwał? Znając życie, musiałem zirytować zaprawionego w bojach marynarza, który zaraz nie tylko spierze mnie na kwaśne jabłko, ale i przywłaszczy sobie moją sakiewkę, bo dlaczego nie... Pięść zagłębiła się w brzuchu, treść żołądka zaczęła wędrować w górę przełyku, a ja – nie wiem kiedy – osunąłem na jedno kolano. Stęknąłem cicho, wyczekując kolejnych razów. Bob coś mówił, wyzywał od psidwakosynów, jednak nie kontynuował walki. Myślał, że to koniec? Uparcie dźwignąłem się do góry, choć powoli stawało się dla mnie jasne, że nie mam szans na wygraną. Duma nie pozwalała na kapitulację, jeszcze nie.
Powinienem pamiętać, że po terenie jarmarku ciągle krążą patrole policji. Może mundurowych zwabiło zbiorowisko, a może wykrzykiwane epitety, jakimi raczył mnie muskularny czarodziej – przybyli jednak w samą porę, by powstrzymać go przed podbiciem mi oka. Nie podziękowałem za ratunek, nie chciałem ich pomocy, nie chciałem mieć z nimi do czynienia; banda niekompetentnych, pozbawionych oleju w głowie oportunistów. Jedną ręką pokazywałem im wygnieciony certyfikat rejestracji różdżki, drugą ściskałem zakrwawiony nos; czy zamierzali zabrać nas do Tower? Przesłuchać? Ta myśl nie dawała mi spokoju; nie mogłem sobie na to pozwolić, Jocunda urwałaby mi nogi przy samej dupie, gdybym nie wrócił przed północą i nie odebrał spod jej opieki syna. Miałem pracować, a nie zwiedzać port. Policjanci poprzestali jednak na pouczeniu, najwidoczniej nie chcieli sobie dokładać obowiązków, targać nas po całym mieście. Prawdziwi tytani pracy.
Bob pożegnał mnie ostatnim nienawistnym spojrzeniem, na które odpowiedziałem perskim okiem, po czym zniknął wśród snujących się wśród mroku późnego popołudnia czarodziejów. Dopiero wtedy przestałem robić dobrą minę do złej gry; ostrożnie skierowałem się na bok, do jednego z mniejszych ognisk. Miałem złamany nos, to jasne. Ale co z żebrami? Były całe? Niewiele robiąc sobie z tego, co wypada, a co nie, usiadłem na gołej ziemi, dbając jedynie o to, by od zmrożonego podłoża odgrodził mnie materiał grubego płaszcza – teraz ubrudzonego ciemnymi plamami krwi. Musiałem się ich pozbyć przed powrotem do domu.
Dopiero po chwili poczułem na sobie czyjś wzrok, wzrok, który nie chciał dać spokoju, choć przestałem już odgrywać rolę atrakcji turystycznej, zaś aparycja tego kogoś nakazała odnaleźć w sobie namiastkę dobrego wychowania, które matka wiele lat temu próbowała wbić do mojej opornej głowy. – Dzień dobry. A może dobry wieczór – odezwałem się zmienionym od odniesionego urazu głosem, słowa te kierując do delikatnej, blondwłosej kobiety o szlachetnej twarzy. Przestraszyłem ją? Była zniesmaczona? Czekałem, aż zacznie mnie rugać. Jarmark stanowił nagrodę dla porządnych czarodziejów, a nie urwipołciów i mąciwód...! Zanim zdążyłaby rozpocząć swoją tyradę, wolną dłonią – znaczy tą, którą nie ściskałem nasady nosa – sięgnąłem do ozdobionego runą pojemnika. Bez zastanowienia rzuciłem w płomienie wydobyte z niego kadzidło, łudząc się, że może wyzwolony w ten sposób zapach przyniesie mi choć trochę ulgi; ogień strzelił wyżej i zabarwił się niecodziennym odcieniem, zwiastując rychłą zmianę nastroju.

| rzucam k6 na kadzidło
Everett Sykes
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896

Powrót do góry Go down

The member 'Everett Sykes' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 12 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

odpowiedź na post Rigela

22.01

Ostatnia wizyta na zimowym jarmarku należała do nieprzyjemnych. Hector spotkał kobietę, która jako jedyna potrafiła wyprowadzić go z równowagi - bo znała go zbyt dobrze. Wiedział, że cierpkie słowa Valerie zostały wypowiedziane w gniewie, próbował to sobie wytłumaczyć - ale jakoś nie działało. To nie twoja noga jest problemem, tylko twoja dusza przegniła, takich słów się nie zapomina, zwłaszcza z ust swojej pierwszej mi... nie miłości, nigdy jej nie kochał. Kochanki.
Zmusił się jednak, aby tu wrócić i tym razem nie nawiązywać pochopnie kontaktu wzrokowego z żadnymi blondynkami. To jedyne miejsce, gdzie można bez problemu kupić słodycze, a na początku stycznia - gdy w nerwach odchodził od Valerie i zmierzał do Wenus - nie kupił nic. Rozglądał się uważnie, chyba nie mogąc się zdecydować. Nie miał aż tyle pieniędzy, by wrócić do domu z torbą słodyczy. Co najbardziej ucieszy małego? Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że to Beatrice znała jego ulubione słodycze. Ulubiony kolor, bajka, nawet ubranie - Hector wiedział o tym wszystkim, ale to do niej należały domowe obowiązki i zakupy, gdy on siedział w gabinecie. A po jej śmierci mały nie był zbyt... wylewny.
Zamyślony, omal nie trącił laską jakiegoś pojemnika z...
...zatrzymał się raptownie i zmarszczył brwi, widząc... meduzę przy ognisku? W nozdrza uderzył go zapach mieszanki ziół, której nie umiałby chyba rozpoznać, choć pewnie kojarzył pojedyncze składniki.
-Najmocniej przepraszam, nic się nie stało? To pana... pojemnik... - zagaił do siedzącego obok dziwnego obiektu mężczyzny, w którym - spojrzawszy uważniej na jego profil - rozpoznał z pewnym zdziwieniem dawnego pacjenta. -...lordzie Black? - przywitał się uprzejmie. Pamiętał go jako bladego i przestraszonego nastolatka, z pierwszych lat kursu uzdrowicielskiego. Nie był wtedy jeszcze nawet na specjalizacji, asystował starszemu uzdrowicielowi - jednemu z wielu, których wpływowa rodzina sprowadziła do Hogwartu po diagnozę. Dotyk Meduzy, straszny wyrok. Hector miał nadzieję, że lord Rigel Black otrzymał najlepszą opiekę, magipsychiatryczną również. Taka choroba, szczególnie zdiagnozowana u kogoś tak młodego, wymagała pogodzenia się z samym sobą.
-Hector Vale, pamięta mnie lord jeszcze? - uśmiechnął się blado, kurtuazyjnie. Nie chciał za bardzo wchodzić w prywatność dawnego pacjenta, niektórzy reagowali na to panicznie - chciał tylko zasygnalizować, że się znają. -Czy... mogę spytać, co to? - jakaś nowa moda na zwierzątka domowe arystokratów, wielkie meduzy w ruchomych akwariach...? Zdumiewające.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
We men are wretched things.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Powrót do góry Go down

Kiedy dawała upust rozbawieniu nie zastanawiała się nad tym, czy ktoś spoza odgrodzonej krzewami ostoi spokoju zdoła ich usłyszeć - zanim nawdychała się oparów opium zależało jej na tym, by jak najdłużej pozostać w relaksującej samotności, ale od przybycia Mulcibera ten cel i tak poszedł z dymem, dlaczego więc miałaby się przejmować? Obserwowała jego drobne ruchy, zastanawiając się, czy naprawdę mu na tym zależy - na tym, żeby zostali sami. Absurd. Zresztą, chichoty, rozmowy podniesionym głosem, czasem nawet coś więcej nie były na tym skwerze pełnym ognisk niczym zaskakującym.
Gdy zasugerował jej brak wdzięczności, ucichła i uniosła brew z wymownym niedowierzaniem. Tu i teraz miał zamiar tłamsić jej niewinne słowa, egzekwować obowiązki, które same przybyły do niej na dwóch nogach, nieproszone, niechciane, złośliwe?
- Jest tyle sposobów na okazanie wdzięczności, ale oczywiście musiałeś powiedzieć, że chcesz mnie na kolanach. - Spojrzała w ogień i schowała dłonie do kieszeni, zaciskając w nich palce, by dać upust bezsilnemu rozdrażnieniu. - Mężczyźni są tacy... przewidywalni - westchnęła.
Dostrzegła na granicach spojrzenia, że odwrócił się w jej stronę, wyzywająco jednoznacznie. Najbardziej racjonalna (a może wręcz przeciwnie?) część Elviry chciała udać, że niczego nie zauważyła; abstrakcja sytuacji wystarczająco mąciła w głowie i nie uważała, by Mulciber miał jakiekolwiek prawo w tym momencie oczekiwać od niej czegoś tak upadlającego. Ta druga część natomiast - ta, która chichotała, zachłyśnięta kadzidłem - spychała w cień pozory dumy, w kapryśnie koci sposób zaciekawiona, co stałoby się, gdyby wytrąciła go z równowagi. Miał przecież swoje zdanie, jakiś plan, schemat, na którego wzorze rodziły się przewidywania. I tak byli sami. Dlaczego nie miałaby podjąć próby rozbicia jego oczekiwań?
Powoli przesunęła językiem po zębach, a potem w szybkim, nagłym i nienajbardziej zgrabnym ruchu odwróciła się w jego stronę, przyklękając na jedno kolano - bardziej jak oblubieniec na moment przed poproszeniem o rękę niż pokorna dziewka.
- No i gdzie ten pierścień? - spytała głucho, nie zastanawiając się nad tym, co robi, zanim bez prośby schwyciła Mulcibera za dłoń i przycisnęła ją do własnych ust. Niespodziewane myśli, przelatujące przez głowę, prawie zadawały ból. Ugryź go. Odgryź palec. Zmiażdż kość. Pożryj. Ostatecznie tylko lekko przesunęła wilgotnymi wargami od pierścienia do paznokcia, a potem uśmiechnęła się z absurdalnym samozadowoleniem, jakby zrobiła coś zupełnie po swojemu. - Nie mam ani jednego ani drugiego, przynajmniej przy sobie - rzuciła lekkim tonem, podnosząc się na nogi.
Jego zachowanie, zainteresowanie jej osobą były niespodziewane i gdyby chciała poświęcić chwilę na analizę własnych odczuć, doszłaby do wniosku, że wzbudzają niepokój. Dreszcze wędrujące po plecach i karku mogły być jednak tak lękiem jak przyjemnością, a przy gorącym ognisku i w słodkich oparach łatwiej było przyjąć opcję, która nie zmuszała do refleksji.
- Zatrzymaj adres dla siebie. Moja bliska kuzynka pracuje w Domu Mody. Dziś jednak nie wyszłam po to, by na kimkolwiek robić wrażenie - powiedziała powoli. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego męczyło ją, serce przyspieszało rytmu, pierwsza musiała odpuścić, gdyż próba interpretacji tego, co przekazać miało milczenie, wzbudzała wrażenie podobne do mdłości. - Och? - sapnęła, gdy podsumował swoją myśl. Arogancki, bezczelny, nadęty. - Myślisz, że raz klękłam i już jestem gotowa wyskoczyć z ubrań na twoje zawołanie? - Przygryzła wyschniętą wargę, wyciągnęła dłonie do płomieni, obserwując swe szczupłe palce na tle czerwieni. - Nigdy nie dało się mnie kupić komplementami - stwierdziła nagle. - Obelgami też nie. Ludzie zazwyczaj mnie irytują. Często nudzą. Rzadko zasługują na rozmowę.


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Początkowo wcale nie wybierała się na Zimowy Jarmark. W jej odczuciu nie było czego świętować. Jeszcze do niedawna te same ulice, po których spacerowali teraz uczestnicy zabaw zalane były krwią. Na wodach Tamizy unosiły się ciała, w brukowanym labiryncie niosły się echem krzyki terroru, a jej lecznica przypominała bardziej szpital polowy. Teraz wszystko ucichło. Pozornie. Wojna wciąż trwała. Ludzie dalej cierpieli. Wszyscy wokół zachowywali się jednak jakby los był już przesądzony, a życie tych wszystkich ludzi nie miało kiedykolwiek najmniejszego znaczenia. Irytowało ją to. Oczy błyszczały w gniewie, pierś unosiła się i opadała w przyspieszonym tempie za sprawą ciężkiego oddechu, a paznokcie wbiłby się w skórę przy zaciskaniu pięści. Miała ochotę krzyczeć na tą całą znieczulicę. Naprawdę ich to nie obchodziło, a może znajdowali się wśród tych ludzi ci, dla których była to jedna, wielka gra pozorów? Ona sama musiała je zachować. Nie była dobra w kłamstwie, obłudzie, przywdziewaniu masek, a jednak była częścią tegoż przedstawienia, tańcząc tak jak oni jej grali. Chodziło w końcu o przetrwanie. Tego dnia zdecydowała się nie omijać w końcu bawiącej się gawiedzi topiąc się w tłumie. Przechadzała się niespieszno pomiędzy straganami. Choć to w pierwsze dni Jarmarku można było zaobserwować tu najwięcej ludzi, tak tłum, skuszony przeróżnymi atrakcjami, wydawał się nie maleć, szczególnie o tej porze. W powietrzu zamiast zgnilizny unosił się teraz korzenno-owocowy zapach wystawionych na sprzedaż specjałów, na które oczywiście nie było jej stać. Zatrzymała się jednak na dłuższą chwilę przy straganach poświęconych dziełom sztuki. Przeróżne obrazy, rzeźby i gobeliny można było zakupić i przyozdobić nimi dom, już na zawsze będąc w stanie cieszyć nimi oko. Jej wystarczyć musiała jednak chwila. Doceniała artyzm. Jej rodzina umiłowała sztukę każdego rodzaju, Beauxbatons miłość tą w niej rozwinęła o jej własne zdolności. Talenty, które jednak nie rozwijane, z biegiem lat przepadły w niepamięć. Miała inne priorytety, ale wrażliwe oko, czy słuch pozostały. Przechodząc dalej główną aleją mogła usłyszeć dobiegającą z jednego z namiotów muzykę. O tej porze jeszcze klasyczna, dla wyższej sfery, choć odzieniem wyróżniała się spośród portowych mieszkańców, to wciąż by jej tam nie wpuszczono. Potrafiła jednak wychwycić brzmienie kwartetu smyczkowego - dwoje skrzypiec, altówka i wiolonczela. Może wróci tu później? Wraz z nadejściem wieczora zaczynały się tańce. Nie wiedziała czy miała ochotę w takowych uczestniczyć, ale z chęcią by im się przyglądnęła. Dziecięcy śmiech zwrócił jej uwagę. Wojna na śnieżki wciąż trwała. Jej epicentrum miało miejsce na zamarzniętej tafli, ale maluchom nie szczególnie zależało, aby ograniczać się wyłącznie do tego miejsca. Nie potrafiła ukryć uśmiechu na widok tejże beztroski. Ile jednak dzieci zostało tejże pozbawionych? Gdy zaczęła zauważać większą ilość patroli policji wiedziała gdzie się pomału zbliża. Arena była miejscem, do którego nie zaciągnięto by jej siłą. Nie podchodziła nawet bliżej niej już z daleka słysząc rozemocjonowane krzyki mężczyzn. Niepotrzebny rozlew krwi, ku uciesze gawiedzi trwał tam od samego otwarcia Zimowego Jarmarku i nie zapowiadał szybko się skończyć. Psy, magiczne zwierzęta, ludzie... Nie rozumiała i nie chciała rozumieć. Zawrzały triumfalne okrzyki skutecznie zagłuszając rozczarowane głosy i pojękiwania przegranych. Dla nich to była tylko zabawa, gra. Z obrzydzeniem ruszyła dalej nie chcąc zostawiać tu choćby chwili dłużej.
Dała nogą samym zdecydować gdzie kolejno powinna się udać, byleby jak najdalej stąd. Z ulgą odnalazła się wśród ognisk, gdzie było zdecydowanie mniej tłoczno. Spokojniej. Dopiero czując bijące od nich ciepło zorientowała się jak zziębła po całej tej drodze. Skręciła w bok, do jednego z zagajników, chcąc oddalić się od tańczącego wokół większego ogniska towarzystwa, które miało zostać właśnie wylegitymowane przez jeden z patroli. Zatrzymała się w półkroku jednak, gdy jej jasne oczy zatrzymały się na mężczyźnie siedzącym na ziemi przy ognisku. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie krew, którą było okryte jego ubranie i twarz. Stała tak przez chwilę przyglądając się oświetlonemu przez płomienie ogniska blondynowi. Zdecydowanie nie była ani wystraszona, ani zniesmaczona. Bardziej zaniepokojona i zaciekawiona. W końcu czując wzrok na sobie odwrócił głowę w jej kierunku krzyżując z nią spojrzenie, a ona poczuła się jakby ją na czymś przyłapano. W zdziwieniu na uprzejme powitanie tak dziwnie kontrastujące z sytuacją rozchyliła usta. - Dobry wieczór. - Odpowiedziała w końcu decydując się, że chyba jednak ta forma będzie bardziej adekwatna. Podeszła nieco bliżej nie spuszczając z niego spojrzenia. - Zasłużył pan chociaż? - Zapytała unosząc lekko brew w pytaniu. W Porcie było łatwo o guza, nawet teraz z panoszącymi się patrolami. Nie była w stanie zliczyć jak wiele osób leczyła po wszelkiej maści bijatykach, sporach, czy nawet walkach za pieniądze. Po czasie dało się do tego przyzwyczaić, a portowa gawiedź, choć “rozrywkowa” okazała się wcale nie być taka zła jak się ją malowało. - Wygląda na złamany. - Nie była jednak pewna. Stała niewystarczająco blisko, a i zasłaniająca nos dłoń nie poprawiała jej widoczności. Patrzyła jak wolną dłonią sięga po stojący nieopodal pojemnik, ze skrytą w środku mieszkanką, którą rzucił w ogień. Zapach był ciężki, duszny, ale nie nieprzyjemny. Później poczuła znane jej zioła. Zagryzła wargę w zamyśleniu decydując się na kolejne pytanie. - Mogę? - Podejść? Pomóc? Nie chciała go tak tu zostawiać zakrwawionego, tym bardziej, że nie miała pewności, czy złamany, bądź nie, nos, to jedyne jego obrażenie. - Jeśli nie miałby pan nic przeciwko mogłabym na to rzucić okiem. Jestem uzdrowicielem. - Dodała śpiesząc z wyjaśnieniem.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Yvette Baudelaire
Zawód : Portowy uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f315-doki-darnley-street-142 https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Powrót do góry Go down

Rozłożył ręce w bezradnym geście, z niewinnym uśmiechem.
— Nie przychodzi mi do głowy nic innego, czym mogłabyś się odwdzięczyć.— Nic nie miała, niczego nie umiała, z czego chciałby skorzystać, nie znała nikogo istotnego, nie reprezentowała sobą niczego wyjątkowego. Była ładna. Tylko tyle. Musiała być posłuszna, o to mu w gruncie rzeczy chodziło. Poddana, uległa. Właśnie tym był ten symbol, klękanie na kolanach to symbol pokory, usłużności i oddania i to właśnie do tego zmierzał w swoich słowach. Niesforny, szelmowski uśmiech jaki pojawił się na jego ustach był wyrazem rozbawienia, że sama sprowadziła to wszystko do jednego. — Lepiej się prezentujesz kiedy masz zamknięte lub zajęte usta — odpowiedział swobodnie podążając za nią tą ścieżką, zrelaksowany i lekko otumaniony kadzidłem. — Zaskakuje mnie, że liczysz na moją kreatywność względem ciebie. Sprawiam wrażenie zainteresowanego? Zejdź na ziemię, Multon — odpowiedział poważnie i westchnął. Wymagania mogła mieć wobec absztyfikantów, kochasiów, kolegów, ale chyba nie oczekiwała, że wysili się choć trochę by jej zaimponować. — Jeśli próbujesz mnie sprowokować lub zachęcić, musisz się mocniej postarać — dodał, pochylając się, żeby wyjawić jej tę prawdę konspiracyjnym szeptem. Lubił zaczepki słowne, gry — ich poziom wiele mówił o człowieku, ale uważał się za trudnego przeciwnika. Mało co, potrafiło go poruszyć. Był jednak zaskoczony jej zachowaniem, tym, co zrobiła, zapominając o tym, że jeśli miałaby pośmiertnie jako duch zyskać przydomek, byłoby to szalona. Spojrzał jak klęka przed nim, wydurnia się, jak nastolatka. Ale przecież nie był gołosłowny. Uniósł brew, pokiwał głową z uznaniem. Fałszywym, kiedy ujęła prędko jego dłoń, by ją ucałować. Wilgoć z palca szybko zniknęła, kiedy wystawił dłonie do ognia. — Tak właśnie myślałem — Dopiero co przyznał, że nie ma mu czego zaoferować. Ani papierosów, ani alkoholu. Szkoda, że się nie mylił. — Bezbłędny osąd bywa irytujący — westchnął teatralnie. Przechylił głowę, nie odejmując od niej spojrzenia. — Jest szwaczką u Parkinsonów? I nie dba o twoją prezencję?— To, jak się nosiła, zupełnie jakby chciała sobie dodać powagi przez męski, nijaki płaszcz, a co przynosiło całkiem odwrotny skutek. Odbierało jej powagi, ale jej uroda sprawiała, że łatwo było jej to wybaczyć, zrzucić na karb głupoty, kobiecej bezmyślności. — Gdybyś zamierzała zrobić wrażenie na kimś, jakie kroki byś podjęła?— spytał zaciekawiony, postanawiając pociągnąć temat. — Potrafisz gotować? — pytał poważnie. Zerknął na nią kątem oka, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza. Brakowało mu landrynek, ale miał orzechy w papierowej torebce. Wyjął ją, a z niej kilka orzechów. — Nie myślę. Wiem, że byś to zrobiła. Gotowa, czy nie... — powtórzył, spuszczając wzrok na trzymany orzech, po czym włożył go do ust, temat był jak każdy inny, ale czająca się w jej głosie irytacja spotkała się z jego nonszalancją, kiedy poczęstował ją orzechami. Nigdy nie ukrywał, że wykorzystywał swoją władzę i możliwości. — Bez obaw, Multon. Dopóki mnie nie drażnisz możesz czuć się bezpieczna. Nie interesują mnie młodzieńcze zabawy— zapewnił ją z miłym uśmiech. — No i widzisz. Jesteśmy tu. Rozmawiamy. Wciąż nie odeszłaś. Mam podejrzewać, że darzysz mnie sympatią? — zadrwił, przechylając głowę, wciąż wbijając w nią spojrzenie.



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 40
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 60
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz
Skwerek - Page 12 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber

Powrót do góry Go down

Re: Skwerek [odnośnik]Yesterday at 20:00
Miałem ochotę zakląć pod nosem, szpetnie i soczyście, by chociaż w taki sposób ulżyć odczuwanemu bólowi, jednak pojawienie się przy moim ognisku nieznajomej czarownicy – na pierwszy rzut oka kruchej i nienawykłej do towarzystwa piorących się po mordach facetów – niejako pokrzyżowało mi plany. Podejrzewałem, że zniknie tak szybko jak się pojawiła, wpierw po prostu racząc mnie jakimś surowym spojrzeniem, może też przesyconym jadem kazaniem. Kiedy dorzuciłem do płomieni wybrane na chybił trafił kadzidło, poruszyłem się niespokojnie i wsparłem dłoń na kolanie, drugą wciąż ściskając nasadę uszkodzonego nosa; no już, nie ma na co czekać. Jakich słów użyje? Ile przewin zadecyduje się wpisać na moje konto? Zmrużyłem oczy, wędrując natarczywym wzrokiem po skąpanym w blasku ognia licu kobiety, wciąż nie wiedząc, czego powinienem się po niej spodziewać. Za grosz było we mnie subtelności czy ogłady, gesty podszyte miałem dochodzącym do głosu zmęczeniem i wywołaną domysłami irytacją. Choć może silniejsze od rozdrażnienia, wciąż odległego, było rozbawienie, wszak nie przejąłbym się wcale, nawet gdyby blondynka postanowiła obrzucić mnie najgorszymi – z tych odpowiednich dla elegantki, oczywiście – epitetów.
Ona jednak nie wykrzywiła ust w grymasie złości, nie spojrzała na mnie jak na robaka. Może pomyślała, że jestem bezdomny i zaczęła mnie żałować...? Parsknąłem krótkim śmiechem w odpowiedzi na zadane pytanie, śmiech ten przeszedł jednak w stłumiony jęk, gdy zamroczyła mnie fala nagłego bólu. – Cholera... – Potrzebowałem chwili, by przestać widzieć świetliki tak wyraźnie odcinające się na tle przymkniętych powiek. – Wie pani, trudno powiedzieć. Powiedziałem mu, że plecie głupoty i jest zakutym łbem... Ale nie kłamałem, więc wychodzi na to, że oberwałem za prawdę – mruknąłem cicho, powoli otwierając wpierw jedno z oczu, później drugie. Łypnąłem na kobietę o twarzy anioła, by z pewnym zdziwieniem zaobserwować, że wciąż tkwi w tym samym miejscu, że jeszcze nie odwróciła się na pięcie i nie odeszła. Może po prostu wszystkie inne ogniska były już zajęte, dlatego przyszła do mnie? – Powinien być złamany, po tym jak mi wp... jak mnie uderzył – przyznałem zmienionym głosem; brzmiałem głucho, może nawet śmiesznie, lecz przecież nic dziwnego. To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś postanowił przefasonować mi mordę. Wiedziałem już, że to dość normalne przy tego typu urazie. Nieważne, czy przebywałem w Norwegii, na Islandii, czy w rodzimej Anglii, zawsze umiałem kogoś wkurwić. Albo znaleźć się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiedniej porze. Odetchnąłem nieco głębiej, a przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie, trochę przy tym rzężąc. Dopiero wtedy zarejestrowałem ciężki zapach paczuli, niewiele później dołączyła do niego woń znajomych ziół... Poczułem, jak gdybym stanął z boku, wyjęty z kontekstu ostatnich zdarzeń, z kontekstu toczącej się wszędzie dookoła wojny. Znów byłem młodym chłopakiem, który wyruszył w świat w poszukiwaniu niedoścignionego spełnienia. Wędrował po obcych, kuszących egzotyką ziemiach. Tańczył wokół ognisk, lecz nie takich jak te – wyższych, palonych w środku lasu, zasnutych oparami diablego ziela. I dał owinąć wokół małego palca tej przeklętej wiedźmie, omamić jak skończony głupiec... Z tym wspomnieniem nadciągnęła doskwierająca jeszcze bardziej od obolałych żeber melancholia. Czy kiedykolwiek miałem o tym zapomnieć? Albo przynajmniej – przestać odczuwać emocje na myśl o niej?
Jeśli jesteś pewna, że chcesz – odparłem, porzucając sztuczne grzeczności i budowany nimi dystans. Dopiero po chwili zrozumiałem, że nie pytała o podejście do trzaskającego wesoło ognia, a do mnie samego. Jej profesja wyjaśniała, dlaczego nie uciekła na widok krwi. – Nie mam przy sobie pieniędzy, by zapłacić – uprzedziłem niemrawo, choć nie do końca była to prawda. Odebrałem należność za talizman z runą oddanego stróża, nie mogłem jednak marnować choćby knuta, jeśli nie chciałem nadszarpnąć domowego budżetu; ważniejsze od siniaków czy złamanego nosa było to, by Jarvis nie chodził o pustym brzuchu. Czy nadal miała zamiar mi pomóc? Za nic? – Jak się nazywasz, uzdrowicielko? – Uniosłem wyżej brwi, ledwie na moment uciekając wzrokiem; próbowałem odnaleźć nim grupę, której śmiech poniósł się wraz z powiewem chłodniejszego wiatru. – Myślę, że mógł mi złamać żebro. – Może tak było, a może przesadzałem; trochę się z nią drażniłem, próbując sprawdzić, czy kierowała nią dobroć serca, czy raczej chęć zarobku. Nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie tym się zajmowała, opatrywaniem kolejnych ofiar jarmarku. – Możesz mi jednak wierzyć, że ten drugi wygląda gorzej – podsumowałem, próbując złożyć usta w uśmiechu; nawet nie próbowałem zabrzmieć poważnie, śmiałem się z samego siebie.
Everett Sykes
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896

Powrót do góry Go down

Strona 12 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12

Skwerek

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach