Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Potańcówka braci Fancourt
AutorWiadomość
Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]16.07.16 18:33
First topic message reminder :

Potańcówka braci Fancourt

★★
Nawet czarodzieje od czasu do czasu potrzebują się rozerwać i w rytm rock and rolla odtańczyć skocznego jive'a. Dwaj bracia Fancourt założyli przed paroma laty wypełniony muzyką lokal na wzór mugolskich potańcówek. Gwarantują wszystkie czynniki zapewniające przednią zabawę - najznamienitsze szlagiery, olbrzymi parkiet, klimatyczne oświetlenie i doborowe towarzystwo. Gdy ktoś zmęczy się tańcem, może odpocząć przy jednym ze stolików otaczających gęsto zaludniony parkiet. W powietrzu nieprzerwanie dryfują szklanki wody i kieliszki słabego, najpewniej rozcieńczonego czerwonego wina.
Choć nawet w trakcie tygodnia można tu ujrzeć co najmniej kilkanaście par wirujących w energicznym tańcu, prawdziwe tłumy spotyka się dopiero w weekendy - a przynajmniej tak było przed wprowadzeniem jednego z dekretów Minister Magii. Dalej czarodzieje gromadzą się tutaj, by dobrze się zabawić, jednak nie tak licznie, jak mieli w zwyczaju. Czyżby ponownie nastały czasy, w których lepiej nie wychylać nosa poza dom?
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:33, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Potańcówka braci Fancourt - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]20.01.20 18:05
Tego wieczoru Moss niczego specjalnie nie potrzebowała, donikąd nie uciekała. Nienachalnie wypatrywała zabawy, uśmiechu, czyjegoś głosu splatającego się z jej rozmówkami w niekończącej się dyskusji. Żadne ambitne motywacje nie doprowadziły jej tutaj oprócz tej ludzkiej, dość prymitywnej chęci zakosztowania rozrywki. Taniec ją wyzwalał, królowała na parkiecie, ale o wiele bardziej wolała wpędzać ciało w ruch poza dachami Pasażera. Tutaj, w obcej dzielnicy mało kto ją znał, a oni wszyscy wokół wiedzieli tylko to, co sama bezgłośnie zdołała przekazać. W nieoswojonych rejonach napotkać mogła o wiele więcej intrygujących twarzy niż w okolicach portu. Teraz trwała beztroska, wyzwolona i wyraźnie pogodna. Przystojny mężczyzna dotrzymywał jej towarzystwa, wyglądał na bystrego, nie mogła porównać go z pierwszym lepszym obdartusem. Może tego nie kontrolował, ale wyraźnie się obnażał. Krok po kroku, powoli rozbierał kawałek siebie. W naturalnych odruchach, w niby niewinnych słowach czaiły się pewne prawdy. Moss znała mężczyzn, wydawało jej się, że dawno temu zdołała rozszyfrować ich pochrzanione myślenie – niby prości, niepoplątani, a jednak piekielnie skryci. Jakby w emocjach kryło się zło, wstydliwe tajemnice męskości. Jakby czucie było złe.
Czy jednak miała prawo to komentować, skoro sama tak chętnie się przed nimi broniła, łapiąc dzień, grzejąc się we własnej rutynie i poszukując nieskomplikowanych, chwilowych wrażeń? Michael właśnie tym był. Przymilała się do jego duszy, zaczepiając ciało, ale  gdzieś tam po drodze umiała dostrzec, że nie ośmielił się objąć jej mocno, pewnie. Zamiast tego cień niepokoju przemykał przez jego oddalone od niej spojrzenie. Był z nią czy jednak odfrunął myślami daleko stąd? Nie lubiła, gdy coś stawało ponad nią, gdy nie poddawano się jej działaniu jakby była wszechmocnym, wymarzonym narkotykiem. Mogła uszanować jego bliską nieobecność, choć w tej sprawie skłóciły się ze sobą dwa głosy. Szczególnie że zamiast przyłączać swoje dłonie do jej bioder, odsuwał się. Popatrzyła na niego czujnie, przenikliwie. Chciała odpowiedzi, których wcale nie musiał jej dać. Byli sobie obcy i nie wyglądało na to, by cokolwiek miało się w tej kwestii zmienić. Nie powinien być smutny. Nie znosiła smutnych mężczyzn. Wolała ich złość, podniecający gniew manifestujący siłę. Rozgoryczenie chowające się w głębi spojrzenia zwiastowało problemy, a te mogły pętać. Tracił wolność, kiedy pozwalał, by smutek przebijał się przez cielesne powłoki. Nie godził się na łatwą bliskość. Czego więc potrzebował? Rozproszony. Wątpiła, by sam potrafił pojąć źródło tych uczuć, nazwać swój wycofany stan niepotrzebnego przygnębienia. Mogła mu pomóc, gdyby tylko odważył się zapomnieć. Odważył się oddać siebie obcej dziewczynie z klubu. To ryzykowane, ale niekiedy zbawienne.
– Powiedzmy – rzuciła tajemniczo, nie wygrzebując na głos przyuważonego nastroju – Najwyraźniej was przyciągam – zanuciła lub raczej wykrzyczała z wyjątkowo cwanym spojrzeniem. Coś sugerowała, czegoś nie dopowiedziała. Zawsze działało. – Więc jestem bezpieczna? Poradziłbyś sobie z każdym z nich? – podpytała z nutą teatralnej niewinności a jej wzrok objął roztańczone towarzystwo. Nikt z imprezowiczów nie mógł podejrzewać, że blisko nich bawi się bohater. Razem mogliby kraść aetonany? Obrabować Gringotta? A nie przecież to auror. Ciekawe czy faktycznie był taki święty. Grzeszyło się z Bojczukiem, nie z aurorem. A może właśnie najciemniej pod latarnią? Dziwni byli. Znała ledwo dwóch, ale każdy wydawał jej się beznamiętny, taki przesadnie poważny, jakby coś nieprzyjemnego ciążyło im na gardle, na barkach – w duszy. Wiedziała, że to ciężka robota. Walczyli ze złem, łapali najgorszych zbirów i rozwiązywali zawiłe przestępcze łamigłówki. Wyobrażała sobie codzienną dawkę adrenaliny. To mogło uzależniać. Gdy Michale się uśmiechał, czuła jednak ulgę.
– A ty byś się odważył mnie nie posłuchać, Michaelu? Zaręczam, że nie warto próbować. Większość klientów mnie zna. Wiedzą, do czego jestem zdolna, co takiego potrafię – objaśniła, na nowo podejmując próbę złamania wyznaczonej przez niego bariery. Drobny krok dłonie próbujące wybadać, ile im wolno. Mogło być miło. Bez obietnic, bez dręczących emocji. – Ale dla ciebie wcale nie muszę być nieprzyjemna – powiedziała, dokładnie akcentując każde słówko, coś się kryło między tymi głoskami, jakaś emocja chętnie wślizgała się między nie. Philippa chciała, by przestał myśleć. Potrzebował orzeźwienia. Wspólnie mogli je osiągnąć. Chwyciła jego dłoń. Chciał się bawić, czy jednak wolał uciec?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]21.01.20 1:37
Unikał jej wzroku, niewypowiedzianych pytań, troski. Rzadko nie czuł się na tyle swobodnie, by obnażać swe troski przed innymi, zwłaszcza przed kobietami. Powoli, za sprawą jakiegoś podstępu losu, zbliżył się tylko do Hannah, która zręcznie uniknęła jego pocałunku, skazując ich na dziwną egzystencję na pograniczu przyjaźni i krawędzi zauroczenia.
Ta kobieta była inna - chętna, bardziej bezpośrednia, niemyśląca o konsekwencjach. Wilczy, zwierzęcy instynkt kazał mu cieszyć się dłużej jej towarzystwem, skosrzystać z okazji, cieszyć się, że nie zna jego nazwiska. A może niepotrzebnie przypisywał swoje pożądanie do likantropii? Przecież już od lat nieroztropnie i zbyt pochopnie ulegał chętnym kobietom - może Michael Tonks był po prostu niepoważny i podatny na damskie wdzięki.
-Poradziłbym sobie z każdym. - zapewnił, wirując z Philippą w tańcu - a wraz z nimi wirowało jego doświadczenie w zakresie rzucania zaklęć, nowe pozwolenie na używanie Avady przez aurorów, wspomnienia ze szkolnych bójek, oraz kły i pazury... odpowiednio sprowokowany, rozszarpałby przecież każdego.
-Co takiego potrafisz? - szepnął Philippie do ucha, przyciągając ją do siebie. Przymknął oczy, wdychając miły, kobiecy zapach, a kosmyki jej włosów łaskotały go po policzku. Mógł być dzisiaj tylko Michaelem - nie Tonksem, nie mugolakiem, nie wilkołakiem, nie przyjacielem zauroczonym w siostrze swojego kumpla. Nieroztropnie zdradził jej tylko swoją profesję, ale nie wyglądała na na tyle zdesperowaną lub poważną, by szukać go potem w Biurze Aurorów.
Wirując, znaleźli się w kącie sali, blisko wyjścia. Tonks chwycił dłoń dziewczyny i dał się pociągnąć ku drzwiom - a może to on ją prowadził, może to on tu rządził?
Zimne powietrze zaróżowiło ich rozgrzane policzki, ale nie otrzeźwiło jego szampańskiego nastroju. Obejmując Philippę w talii, łagodnie (ale stanowczo) przyparł ją do ściany w rogu zaułka za klubem, z dala od spojrzeń przechodniów. Skryty w ciemności, pod gwiazdami i półksiężycem, nie musiał już myśleć ani na nic się zdobywać. Odwaga przyszła mu naturalnie - oparł ciepłe czoło o główkę Philippy i lada moment całował już nową znajomą, do woli korzystając z jej życzliwości i chęci wykazania się. Które z nich zaspokajało teraz swoją ambicję?
-Aurorzy też sporo potrafią, Philippo. - szeptał, muskając ustami jej policzki, wargi, a jego pocałunki stopniowo stawały się coraz bardziej zaborcze i namiętne. Panna Moss smakowała jak ogień, a nie herbata z rumem.

Przestał, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
-Nie powinniśmy. - zdał sobie sprawę, choć wiedział to od samego początku - i choć nadal trawił go zimny ogień pożądania. Spokój był na wyciągnięcie ręki, nieskażony uczuciami ani wątpliwościami.
-Jest ktoś inny. - dodał ciszej, choć wiedział, że Philippa nie ucieszy się z takiego wyjaśnienia, że kobieca zazdrość bywa straszna. Przełknął ślinę, czując, że jest jej winien więcej wyjaśnień, nie nosił w końcu obrączki. -Ktoś, kto może mi dać co najwyżej sympatię, więc nieroztropnie szukałem zapomnienia na potańcówce. - dodał, smutno i z zadziwiającą trzeźwością - po raz pierwszy nazywając po imieniu ten mętlik, który towarzyszył jego myślom o Hannah.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Potańcówka braci Fancourt - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]27.01.20 16:39
Gdy mowa o sile i walce, brzmiał pewnie. Jego profesja nie pozostawiała miejsca dla słabeuszy i tchórzy. Wyobrażała sobie te wyczuwalne pod materiałami mięśnie napinające się w chwili adrenaliny. Odruchowo jej dłoń przemykała po tej piersi, po tym brzuchu kuszącym mniejszymi i większymi załamaniami. Intrygował, ale miała wątpliwości. Zaradność w pracy to jedno. Michael zdradzał, że po jasnym dniu w boju nastawała noc, a wtedy miękły aurorskie skorupy. Drobne wycofania, ostrożność i niepewność z jaką przyjmował ich splatające się emocje budziły mnóstwo pytań. Jeszcze jednak przez chwilę dawali ponieść się rozkosznej grze dwóch ciał. Złapała oddech, a wtedy przyciągnął ją pewnie do siebie, pozwalając, by wybaczyła mu wcześniejsze uniki. Podobało jej się to. Wirowali wspólnie w dusznym cieple, lecząc się tym spotkaniem na swój sposób. Ona pozwalała, by zamalowywało ono niezbyt bolesny zawód związany ze Sproutem, a on… to pozostawało wciąż zagadką. Przecież nie był nieśmiały. Jednak umiała stworzyć i uargumentować niewypowiedziane głośno teorie. Skupienie się na tym w tej chwili wydawało się jednak dość absurdalne. Philippa nie była głupia, ale też nie obciążała za mocno głowy. Ciężki umysł nie potrafił się zrelaksować, a przeczuwała, że w tej chwili obydwoje właśnie tego potrzebują – odpoczynku. – Może będziesz miał szansę się o tym przekonać, Michaelu – mruknęła, trącając nosem jego ucho. Później chuchnęła lekko w nie, powstrzymując usta od zahaczenia o delikatniejszą skórę. Nie mogła działać aż tak zdecydowanie. Wciąż były pewne przeszkody dla wepchnięcia go na pierwszą ścianę w kiblu. Wyrosła z tych gierek. Czyżby?
Zawalczył. Dziewczęce plecy otarły się o ściany chłodnego syfu, przyjmując nienormalną dawkę podniecenia. Zaułek. Mróz. Obcy auror obejmujący ją mocno, łaszący się do czułości – odbierający ją sobie w niespodziewanym zrywie namiętności. Przyjemnie. Piekielnie przyjemnie i zarazem niebezpiecznie. Mężczyźni lubili zaciągać ją do zaciemnianych kątów. Lubili pod gwiazdami przysięgać rozkosz, łakome usta spotykały się w wolnej manifestacji czułości. Nie mógł wytrzymać? Obejmowała go więc mocno, tuląc do siebie w głodzie. Potrzebowała zamazać niechciane obrazy, potrzebowała otworzyć się na nowe doznanie. Pachniało wyjątkowo ekscytująco. Czuła jego siłę. Mógłby ją z łatwością podnieść i wziąć. Tu i teraz Na pieprzonej ulicy pod klubem. Żenujące? Niekoniecznie. Nigdy nie lubiła małżeńskich gierek w kołderkę i łóżeczko. Zakazy smakowały tak dobrze. Jego wargi otaczała zachłannie pieszczotą swoich ust, pragnąc więcej i mocniej. Nie miała żadnego powodu, by przestać. Chciała go. Tej jednej nocy mógł być jej. – Więc mi pokaż – przecięła szeptem parującą między nimi ciszę. Głos był chętny, prowokujący. Wołała o zapomnienie. Oddawała się rozpalającym momentom.
Potem stchórzył, wystawiając ją znów na mróz. Opierała się wciąż o chropowate mury, łapiąc drapiące, zimowe powietrze. Cholernie niepewny. Cholernie pogubiony. Bosko. – Idź do niej. Zdobądź albo odpuść i zapomnij. Inaczej cię wykończy – odpowiedziała sucho, konkretnie. Nie chciało jej się bawić w głaskanie go po główce.  Jego dziecięca szczerość wydawała się bardzo naiwna. – Nie jestem zapomnieniem, Michaelu – dodała na koniec z trudną do wyczucia emocją. Księżyc odbił się w jej oczach. Czuła pogardę i jednocześnie wydawało jej się, że nie był pierwszym lepszym burakiem z rynsztoka. Miłość. Miłość była durna. Wymęczała, odbierała radość bliskości, zaślepiała umysł, blokowała kroki. Nigdy nie chciała tego doświadczyć.
Ominęła go i poszła w swoją stronę. Miał rację. Nie powinni, gdy wyobrażał sobie, że całuje inną. Philippa nie znosiła być lekiem. Leczyć umiała jak mało kto, ale… nie chciała tego robić. Miał widzieć ją, a nie jakaś inną babę.
Zostawiła go tam i tylko księżyc mógł robić mu za spowiednika.

zt x2
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]13.06.21 23:30

3 XI 1957

come on, dance with me
the earth is spinning
we can't just stand on it

Wirowała, a świat wirował wraz z nią, kiedy obracała się raz po raz, ze śmiechem na zaróżowionych wargach, krążąc wokół dziewczęcej sylwetki, której słowa przestrogi niosły się w powietrzu. Przecież ja wszystko wiem, chciałaby rzec, pochwycić dłonie w swe drobniejsze, zapewnić, że wszystko będzie w porządku, że ma rozplanowany każdy aspekt wieczoru oraz sposoby na uniknięcie wszelkich kłopotów, które umiłowały sobie niemożliwie córę ognia. Że to nie noc smutków nadejść miała, a oddechu, lekkiego wytchnienia wobec szarości codzienności ich otaczającej, pomimo tylu świateł oraz skocznej muzyki rozbrzmiewającej dookoła. Chciała się bawić, zapomnieć, zamknąć oczy, chociaż na chwilkę i nie widzieć smutku oraz straty, coraz to trudniejszych dni ofiarujących za każdym razem mniej powodów do uśmiechów, nawet tych najmniej szczerych. Czy było to okrutne? Tak pragnąć normalności, choć tak niewiele z nią wspólnego miała od tylu lat? Ale była młoda, zapomniała o tym po prawdzie nader często, przygnieciona ciężarem swych win, lecz była. Wciąż z lekka dziecinna, poddająca się emocjom, chwili odpowiedniej albo i nieodpowiedniej wcale. Dlaczego nie miałaby więc zachować się tak, jak wymagał tego wiek, nie bacząc na konsekwencje, upojona trwającym momentem? I może trochę piwem, to też wydawało się całkiem przyjemne. Tak też wyjście wydawało się oczywistością, taka nie do końca ucieczka od cyrkowych realiów, lecz wystarczająca, by ten wewnętrzny zew nakazujący iść dalej, biec ślepo przed siebie zamilkł przynajmniej na trochę. Powinnaś iść z nami, zapragnęła dodać raz jeszcze, ale wie, że Nora by tylko przewróciła oczami, bo skoro Finnie miała wolne, nie oznaczało, że to się tyczyło reszty trupy i ona, mistrzyni cieni oraz tkanin wszelakich i tak się poświęca niebywale, skoro zajmuje się tancerką przed innymi oczekującymi na poprawki artystami. To nie jednak wina blondyneczki, że tajemnica odpowiednio dobranych strojów wciąż była dlań niedostępna, że świat nie do końca gotów był na krzykliwe kostiumy oraz błyszczące elementy, a w ogóle to wolała zaufać komuś bardziej doświadczonemu pod tym względem. A Fletcher nie zawiodła oczekiwań jeszcze nigdy. Nawet teraz wyszukała dla niej całkiem uroczą sukienkę barwy głębokiej czerwieni, z rozkloszowaną spódnicą do łydek, w pasie przetykaną czarną wstążką, w której nie wyglądała niczym śmierć, biorąc pod uwagę bladą skórę, popiół oczu oraz jasne kosmyki układające się w miękkie fale, gdzie kosmyki na skroniach zebrane zostały w kok na tyle stabilny, by nie rozpadł się przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nawet makijaż nałożony, podkreślał figlarne skry pląsające wokół czerni obręczy okalających tęczówki, pozbywał się zmęczenia fioletem pocałunków znaczącym dolne powieki. Gdyby Finley nie była sobą, uznałaby, że wygląda całkiem ładnie, lecz nie była nikim innym, tak też stwierdziła, że jest całkiem znośnie. Ponaglana ostatnią przestrogą, wymknęła się zza kulis głównej sceny, machając na pożegnanie mijanym akrobatom, otulona ciepłym płaszczem, pomknęła ku swemu celowi, nie kryjąc wcale narastającego podekscytowania. Nie spodziewała się wiadomości od Eve, nie spodziewała się zresztą żadnego listu w zasadzie od nikogo, lecz zdziwienie zastąpiła prędko radość. Skoro dziewczyna była w Londynie, należało to wykorzystać, poddać się czarowi długich, zwiewnych spódnic oraz zgrabnych ruchów, oczarować stolicę jak tylko one potrafiły, chociaż Jones nie kryła tego, że brunetka radziła sobie z tym zawsze lepiej. W każdym ruchu jej bowiem tkwiła niepojęta wolność, szczupłe kostki zdawały się nie nosić ciężkich kajdan przeszłości przykuwających do ziemi, a może tak tylko wydawało się artystce, wszak nie mówiły nigdy o zdarzeniach minionych, każda zagłębiona we własnym bólu, czerpiąca otuchę z milczącego towarzystwa pozbawionego wszelkich ocen, czy osądów. I teraz też tak miało być, nie musiały mówić, co się działo w czasie, w którym się nie widziały - aczkolwiek interesujące anegdotki oraz nade wszystko plotki byłyby czymś świetnym - wystarczyło, że były. Umówiły się pod budynkiem mieszczącym w sobie klub, już nie tak licznie uczęszczany, lecz wciąż pełny sądząc po sylwetkach wślizgujących się do środka. To nie ważne, bo tą najważniejszą dostrzegła od razu, tego swojego kolorowego ptaka, tak niepasującego do robaczywego miasta, jakim się stał Londyn.
- Eve! - zawołała, chcąc zwrócić na siebie uwagę, zaraz to ujmując rąbek płaszcza, wykonała karykaturę ukłonu, wnosząc rękę do góry, jakby właśnie zapraszała swoją towarzyszkę do tańca - Gotowa jesteś zdobyć cały parkiet i zauroczyć wszystkich na nim? - zapytała, a kąciki ust zadrżały od tłumionego śmiechu. Przyciągnęła zaraz dziewczynę do siebie, by pod ramię ją ująwszy, móc się skierować zaraz w stronę wejścia - Powinnyśmy zacząć od czegoś na odwagę, czy też z miejsca podjąć się szturmu na niewinne dusze? - zapytała jakoś tak mało konspiracyjnie, lecz Finley była wprost w szampańskim humorze. Mając u boku kolejnego ducha, echo wspomnień, lecz tych nie aż tak bolesnych, czuła się jakoś pewniej, lepiej, wiedząc, że pokrewna dusza zareaguje równym entuzjazmem, co ona. Niech więc zabawa trwa do rana, nie zamierzała dziś się ani ograniczać, ani ośmieszać w żaden sposób. Co też było całkiem miłą odmianą, jeśli mogła zauważyć nieśmiało.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Potańcówka braci Fancourt - Page 4 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]23.06.21 13:32
Ujmując rzecz metaforycznie, znalazłem się w pandemonium.
Co ja tu właściwie robię? Nie wiem, który raz zadałem sobie to pytanie, a przecież wciąż nie potrafiłem wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Dałem wyciągnąć się na potańcówkę, ot co; a raczej nie protestowałem przeciwko równie absurdalnemu pomysłowi wystarczająco energicznie. Wzięty z zaskoczenia, bardziej skupiony na precyzyjnym podążaniu za nowym przepisem na zupę niż na słuchaniu, co się do mnie mówi, bezrefleksyjnie pokiwałem głową i wymamrotałem coś pod nosem. Słowo się rzekło, moje słabe skargi - ucichły - więc tak oto znaleźliśmy się u wejścia do przerażającego lokalu. Dante nie miał prawa słyszeć o dancingach, ale jeżeli dziewięć kręgów piekielnych istniało naprawdę, wrota otchłani potępienia nie mogły wiele różnić się od tych drzwi. Wcale nie potrzebowałem żadnego napisu, by porzucić wszelką nadzieję.
Mogłem pozwolić się tutaj przyprowadzić, ale żadna siła nie zmusi mnie do wyjścia na parkiet. W dusznym, zatłoczonym pomieszczeniu wypatrzyłem jakiś wolny stolik i, przepychając się przez tłum, czym prędzej zająłem pierwsze dostępne miejsce. Zdążyłem schylić się w samą porę, by uniknąć lecącego w moim kierunku kieliszka. Czerwone wino, co? To chyba najlepsza rzecz, na jaką mogłem liczyć tego wieczoru.
Obejrzałem się, żeby sprawdzić, czy nie zgubiłem gdzieś Kostii. Kiedy zrównał się ze mną, popatrzyłem na niego i uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Nie ma mowy, żebym tam poszedł - zadeklarowałem, palcem wskazując roztańczonych uczestników zabawy. Chcąc zając czymś dłonie, na wypadek gdyby Kostia nie poddał się bez walki, zręcznie pochwyciłem jeden z dryfujących w powietrzu kieliszków i upiłem łyk trunku. Skrzywiłem się. Teraz nabrałem pewności, że Brytyjczycy niczego nie potrafią zrobić porządnie. Chociaż nigdy żadnej nie widziałem, nie wątpiłem, że nawet sowieckie potańcówki cechują się wyższą jakością.
A jeśli nie, przynajmniej można było się porządnie napić i zapomnieć, że wokół panuje niemiłosierny rwetes, a ludzie zachowują się jak kompletni wariaci.
Kirill Kalashnikov
Zawód : Alchemik
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
This is our life; there's no use in asking what if.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9819-kirill-kalashnikov https://www.morsmordre.net/t9829-poczta-kirilla#298019 https://www.morsmordre.net/t9830-kirill-kalashnikov#298021 https://www.morsmordre.net/t9832-skrytka-bankowa-nr-21-084#298023 https://www.morsmordre.net/t9831-kirill-kalashnikov#298022
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]25.06.21 14:24
Cmentarna noc dziadów dwa dni wcześniej w żadnym stopniu nie odebrała mojego nastroju do unikania towarzystwa, wręcz przeciwnie. Siła płynąca z obrzędu czczonego w naszych kresach sprawiała, że miałem ochotę jedynie powrócić do wszystkich tych spotkań, gdzie zabawa trwała na całego. Nie sprawiało mi trudności w oddzielaniu nastrojów, bo też emocje musiały odchodzić w bok, szczególnie kiedy widziałem, jak naszej dwójce przyda się nieco rozrywki w klimatach innych, niż te pożądane tylko przeze mnie. Wciąż byliśmy nastolatkami, nieważne jak bardzo nowymi w środowisku Brytyjskim - potrzebowaliśmy wychodzić gdzieś poza wspólnie wynajmowane kąty. Dobrze wiedziałem, że Kiro nie przepada za tak dużymi spędami, jednak słysząc o potańcówce, nie byłem w stanie odpuścić sobie ewentualnej możliwości poznania kolejnych ludzi. Nigdy nie chodziło mi o faktyczne zacieśnianie więzi, a jedynie koneksje, jakie mogły wypłynąć z tak przeróżnych miejsc. Wciąż szukałem nauczyciela i nawet jeśli umysł psotliwie próbował powiedzieć o tej chęci wyjścia w sposób mało wyróżniający się logiką, potrafiłem to samemu sobie wytłumaczyć wszystko. Przecież nawet zdołałem wyciągnąć bliźniaka do miejsca, w które nigdy nie zaszedłby sam tak swobodnie.
Idąc ulicą, zacząłem go przekonywać w sposób tak, aby się ugiął pod nie tylko moją wolą, ale również i rozsądnymi słowami, które wyjaśniały jak dobrym spożytkowaniem czasu będzie wejście do lokalu, gdzie są ludzie. Wciąż szukałem kontaktów, wiedziałem przecież, że im więcej nazwisk będzie na liście, tym łatwiej nie tylko zacznę posługiwać się językiem brytyjskim, ale również być możne odnajdę rzeszę innych osób zdolnych poświęcić się dla nauki. Nie chodziło mi wcale o konkurencję, a obiekty badań, te, które tak zgrabnie prezentowałyby się jako części lub w zimnej całości. Czułem, jak na mojej twarzy rozciąga się uśmiech w prawym kąciku ust. Zdecydowanie należało zawiązać jakież znajomości tego wieczoru, a Kiro jak to Kiro, pójdzie za mną wszędzie, nawet do własnej czeluści piekielnej. Próbowałem nawet nie myśleć o bohemistycznej trupie, z którą pozwalałem sobie na wieczorne wyjścia w towarzystwie przeróżnych używek podbijających umysł w przestworza. Te czasy zdawały się odległe, jednak nie na tyle bym zapomniał wyszydzania tego Ragtime'u i Castle Walk'u, którym zachwycali się wszyscy ci wyrafinowani państwo zza dalekiego Oceanu. My w ZSRS wiedzieliśmy, czym była dobra zabawa, szczególnie że nie przyjmowaliśmy żadnych zagranicznych modowych idiotyzmów do naszej skocznej i żywej muzyki. Daleko nam było od wykwintnych tańców, choć wiedziałem, że powodem do tego był brak takowych możliwości, bo gdzie na rynsztoku znajdziesz miejsce do tańca nieco bardziej poważnego? Faktycznie nasze szczęście pozwoliło na liźnięcie tej wyższości, jednak szara rzeczywistość ściągnęła nas z powrotem do pięknego St.Petersburga, gdzie musieliśmy musiałem odnaleźć sobie inne formy tańca. Kątem oka zauważyłem jakieś wścibskie oczyska przypatrujące się naszej dwójce. Na takie impulsy nigdy nie należało się reagować obojętnością, dlatego posłałem w jej kierunku ujmujący, dżentelmeński wręcz gest skinięcia głową z tym ciągłym, małym uśmiechem. Pierwsza chętna?
Minęliśmy wszystkich stojących w przejściu i choć było to nie lada wyczynem, praktycznie od razu moja dłoń odnalazła lewitujący kieliszek powitalny. Z pewnością miał on swoją cenę, jednak żaden z nas do tej pory nie próbował nawet wychodzić z budżetem ponad akceptowalne minimum. Oboje znaliśmy się na prowadzeniu pieniędzy, stąd środki zaoszczędzone wciąż pozwalały nam na dość dużą swobodę, a perspektywa mojej rozmowy z jednym spośród wielkich panów rodu Burke sprawiała, że postanowiłem świętować, Kiro nie miał wyjścia. Bliźniak na chwilę zniknął mi z oczu, jednak dobrze wiedziałem, że nie odejdzie nigdzie daleko. Był zbyt przywiązany własną nieporadnością, która sprawiała, że mogłem mieć nad nim kontrolę. Nawet bez moich słów spisywał się dobrze, odnajdując dla nas miejsce przy stoliku.
Przechyliłem kieliszek, wykrzywiając twarz z obrzydlistwa, jakie zostało nam zaproponowane.
- Co to za ścierwo, gdzie wódka? - wyraziłem w oburzeniu do brata po rosyjsku, bo gdzie była czysta? Przecież takich ścieków nie powinno się nawet serwować dla zwierząt ani ubogich! Mój szukający baru wzrok, zamiast miejsca odnalazł postać, znajomą twarz, którą bardziej zapamiętałem jako nieruchome truchło o wielce ciekawym zajęciu zarobkowym. Tańcząca z ogniem. Miała towarzystwo, pięknie, być może Kiro zdoła pokrzepić się do czegoś więcej niż dziecinnego tupania nóżką przed parkietem. - Może wcale nie będziesz musiał tam iść! - odpowiedziałem w pewnym opóźnieniu w rodzimym języku, jakoś dość bezwiednie szukając po lokalu miejsc, gdzie dwie panienki mogłyby usiąść. Czyżbyśmy zajęli ostatni stolik? Chyba jakoś nikt nie spodziewał się dojrzeć na mojej twarzy współczucia, wręcz przeciwnie, było tam zadowolenie rozpoznawalne jedynie przez błysk oka i w lekko uniesionych kącikach ust. Emocje jedynie osłabiały, dlatego nic dziwnego, że posługiwałem się jedynie faktami.
- Pani i Pani. - melodia brytyjskiego języka przecięła moje gardło, podchodząc do dwóch dziewcząt z bardzo grzecznym skinieniem głowy. Znalazłem się przy nich w kilku krokach, a po drodze nawet miałem okazję skorzystać ze złapania dwóch lewitujących na wysokości mojego ramienia kieliszków. Nie zamierzałem pozostać z bratem sam na sam przez całą potańcówkę, szanujmy się. - Witamy - powitałem je z niemałą trudnością wypowiedzenia początku w sposób owalny, a nie spłaszczony, jednak słowo z pewnością przeszło w niepamięć, ponieważ wyciągnąłem w ich kierunku dwa nienaruszone kieliszki. Przecież mogły zobaczyć, jak wyłapuję je w locie po drodze, niestety. Moje spojrzenie przemknęło z twarzy Finley do nieznajomej. - Bardzo zapraszamy. - zaproponowałem ze słowiańskim, nieco wąskim i precyzyjnym akcentem, ustawiając się bokiem i wskazując na stolik, przy którym był mój bliźniak. Nie starałem się o żadne względy, wiedziałem, że z nami pójdą, bo przecież nigdzie indziej nie było miejsca, a ja wcale się nie narzucałem, jedynie uprzejmie proponowałem. Teraz równie grzecznie tancerka powinna zapoznać mnie ze znajomą, ale czy była gotowa do wkroczenia tego świata kurtuazji? Dałem jej szansę, gotów w każdej chwili się przedstawić, wróciłem wzrokiem do dziewcząt.
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]01.07.21 20:19
Pierwsze pojawienie się w Londynie wspominała źle. Idealny plan runął szybko, a przypadek skonfrontował ją z szerzą rzeczywistością w postaci kobiety, bardziej przebiegłej niż Ona sama. Próbowała o tym zapomnieć, znaleźć lepsze strony miasta, chociaż nie powinno jej zależeć aż tak. Nie miała tutaj czego szukać, Dolina była jej przyjaźniejszym miejscem. Mimo to próbowała, kręciła się po okolicy przez kolejne dwa dni, aż trzeciego z rana wysłała kruka z listem. Szczerze liczyła na Finley, prosiła w myślach, aby stała się jej dzisiejszą towarzyszką zabawy. Nie spotkała się z odmową, co ucieszyła ją bardziej niż cokolwiek innego w ostatnich tygodniach. Potrzebowała jej towarzystwa, pamiętając dobrze okoliczności poznania i czas później. Cieszyły się dniem obecnym, nie zadawały pytań o przeszłość, wiedząc o sobie tylko to, co tu i teraz. Jakie to było łatwe i przyjemne, inne od ciekawości czarodziejów na około. Każdy kierując się dobrymi intencjami, zasypywał pytaniami, dociekał, co robiła sama w okolicy, próbował się troszczyć, gdy ona tego nie chciała.
Przeszukując swe rzeczy za odpowiednią sukienką, czuła narastającą panikę, gdy nie potrafiła znaleźć niczego idealnego na dziś. Nie miała wiele, stąd wybór był znikomy. Z pomocą przyszła jednak starsza czarownica, która przygarnęła ją pod dom jak bezpańskiego kociaka. Ciemne tęczówki błyszczały zachwytem, kiedy spoglądała na swe odbicie w lustrze. Granatowy materiał sukienki otulał miękko sylwetkę, podkreślając jej atuty w postaci wąskiej talii, delikatnego zarysu bioder i biustu. Pionowe białe oraz czarne pasy na niebieskim materiale, optycznie wydłużały jeszcze sylwetkę, przyciągając wzrok nawet Jej. Dziękowała wielokrotnie, obiecała odwdzięczyć się, nawet kiedy spotkała się ze stanowczym sprzeciwem. Usta zdobił uśmiech, dłonie muskały materiał sukienki, podobała się sobie. W myślach pojawiło się jednak wahanie, które pociągnęło w dół kąciki ust, wprawiając ją w zamyślenie. Czy podobałoby się i Jemu? Dostrzegłaby akceptację czy naganę? W końcu zwiewna sukienka odbiegała od tych, które nosiła wcześniej, gdy codzienność nie rozpadła się w drobny mak.
Pokręciła zaraz głową, nieważne. Cokolwiek mogłaby usłyszeć, nie miało teraz znaczenia, bo liczyło się tylko to, aby dotrzeć na miejsce i zobaczyć z Jones. Nie bała się chodzić po stolicy, zarejestrowana już różdżka i dokumenty, które miała przy sobie, zapewniały spokój. Po błędzie, jaki popełniła w Ministerstwie, próbowała dowiedzieć się więcej o człowieku, którego nazwisko przyjęła, lecz okazało się to kłopotliwe. Pytać tak, aby nie zwrócić na siebie uwagi, było ciężko. Dlatego odpuściła, może kiedyś, zanim zdąży wpakować się w kłopoty z tego powodu.
Czarny, znoszony płaszcz falował lekko w rytm kroków, odrobinę zlewając jej sylwetkę z otoczeniem. Było już późno, ale i tak zdążyła dotrzeć na miejsce przed Fin. Nie czekała długo, ledwie zdążyła spojrzeć na wejście w którym znikały kolejne osoby, a już usłyszała swoje imię. Zdrobnienie, które padało częściej i znane było większości.
- Finley! – uśmiech rozciągnął dziewczęce usta, powietrze przeszył cichy śmiech, gdy widziała ten pokraczny ukłon.- Pewnie i bardziej gotowa już być nie mogę.- nie mogła się doczekać, chciała już być wewnątrz, rozejrzeć się po otaczających ją osobach. Taniec był czymś, co kochała nad życie, muzyka grała jej w duszy od zawsze. Nie mogło być inaczej, pochodzenie mocno warunkowało to, jaka była.
- Nie brak mi odwagi, ale dziś wydaje mi się, że lepiej dać chwilę tym niewinnym duszą, by żyły w nieświadomości, co los im zgotował.- zaproponowała pokrętnie. Złapała ją lekko za dłoń, chcąc pociągnąć w kierunku, w którym znajdą coś z procentami, lecz nie zdążyła zrobić ani kroku. Odwróciła głowę, zawieszając uważne spojrzenie na chłopaku, który właśnie zaczepił je. Punktował odwagą już na początku, wielu było przecież takich, którzy mocni byli w gębie.
Słyszała obcy akcent, zniekształcający nawet proste słowa, jednak nie umiała rozpoznać dokładnego pochodzenia, nieznajomego. Zerknęła na Fin, czekając i na jej reakcję, by w międzyczasie wziąć oferowany kieliszek. Chciały ich towarzystwa? Czy wolały swoje? Wzruszyła delikatnie ramionami, dając znać przyjaciółce, że to na niej spoczywa wybór.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Potańcówka braci Fancourt - Page 4 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Potańcówka braci Fancourt [odnośnik]21.07.21 15:34
Noce nie bywały bezpieczne. Nie tutaj, nie w samym sercu miasta, które od dawna straciło swój urok oraz wszystkie cenione dotąd wartości. Pozostawał tylko cień, marne echo tego, co niegdyś było, obleczone w niewiadomą, w przemoc, w odgłos buciorów patroli przemierzających ulice. I niebo też było jakieś inne, niższe, cięższe, jakby gotowe było zwalić się na ramiona przechodniów, przygnieść całkowicie brutalną rzeczywistością. Czasem miała wrażenie, że natłok tego wszystkiego pozbawiał tchu, czasem czuła, że jasna skóra staje się zbyt ciasna, aby pomieścić w sobie ten chaos odczuwanych emocji. A czasem po prostu zapominała. Tak jak teraz. Z sercem trzepocącym w piersi, burzliwie uderzającym w pręty kościanej klatki, przemykała znanymi sobie ścieżkami wpatrzona tylko przed siebie, nie chcąc dostrzec, jak wiele opustoszałych okiennic mija, jak latarnie migają złowrogo, jak niewiele osób widać w poszczególnych częściach stolicy. Nie chciała pamiętać dlaczego, nie doszukiwała się drugiego dna w obawach swej przyjaciółki pozostawionej w cyrku. Nie zamierzała być dziś odpowiedzialna, znaczy zamierzała, ale w rozsądnych ilościach, które nie powstrzymałyby ją przed dobrą zabawą. Przed przypomnieniem sobie, że ma tylko naście lat, tysiące błędów popełniła, ale i tysiące kolejnych popełni. Przy Eve wydawało się to łatwiejsze, nie zerkać wstecz, cieszyć się tym, co jest, z życia garściami czerpać, a jeśli to będzie oponować, to kraść ile się da i zwiewać. Więc nie powstrzymywała śmiechu tańczącego na rozchylonych wargach, ni skry tlącej się w szarości spojrzenia, gdy wreszcie przyszło im się spotkać. Bo żadna z nich nie pytała, nie padało to prozaiczne co tam? Wywołujący dreszcz niechęci przemykający po skórze. Bo co miały mówić? Wojna, głód, smutek, żal? Nic to nie wniesie, zwierzać się z prób przetrwania też nie musiały. Wiedziały. Oczy bywały odpowiedzią, umykający wzrok w niektórych kwestiach również. Dlatego też bez zbędnych wstępów ruszyły w głąb budynku, wiedzione muzyką, rytmem wprawiającym ciała w ruch, nawołującym do dołączenia pląsów, do zatracenia się w tym artystycznym uniesieniu.
- Ach, a więc królowa jest dziś łaskawa? - aż westchnęła ze sztucznym przejęciem, chichocząc zaraz, gdy ich palce splotły się, uniemożliwiając przypadkowe rozdzielenie. I niemal wpadła na postać ciemnowłosej, w zdziwieniu zerkając zza jej plecami, czując, jak żołądek ściska się boleśnie. Nawet w półmroku jego smukła sylwetka potrafiła wyróżnić się pośród innych, ta nienaturalna sztywność ramion, pustka oczu, której dojrzeć nie mogła, ale tam była, wiedziała, że tam była, mącona przez coś, co mogło uchodzić za uczucie, lecz znikało ono nazbyt prędko, by można było uznać je za prawdziwe, obecne. Nie rozumiała, skąd pojawiła się w niej chęć odsunięcia się natychmiastowego, przecież przy ich ostatnim spotkaniu był niedorzecznie uprzejmy. Zaoferował płaszcz, grzecznie ruszył za nią ku namiotowi Harfistki, zdradził się z tym, iż podobał mu się jej występ. To głupie, powinna potrząsnąć głową na te niemądre wrażenia, jednak miast tego prostuje się, przyjmując kieliszek. Co tu robisz? Nie pyta, brzmiałoby to śmiesznie, podobnie jak zarzucanie, iż rosjanin pasował do tego otoczenia jak pięść do oka. Nie wyglądał na takiego, który przepada wirować na parkiecie, ale kto wie?
- My również - raczej, lecz to zwątpienie pozostaje nieme, gdy wargi unoszą się delikatnie, a ona o krok się zbliża do młodzieńca - Eve - zwraca się do przyjaciółki, ważąc w myślach, czy to faktycznie dobry pomysł. Ale lepsze to, niż początkowe siedzenie w samotności, zawsze mogły się wymknąć - Poznaj Konstantyna. Konstantynie, to Eve - zakończyła tę drętwe formalności, zastanawiając się, czy obrazi się za próbę skrócenia jego imienia. Było nieznośnie długie, długie i poważne - Dziękujemy za zaproszenie - dodała, chwytając towarzyszkę za wąski nadgarstek i ciągnąć ją ku wskazanemu stolikowi, przy którym siedziała inna osoba. Chłopiec identyczny, jak ten za nimi. Och, tego się nie spodziewała - Hej! Jestem Finley - przedstawiła się Kirillowi z pogodną miną, wcale nie umierając z niezręczności wewnętrznie. Gwiazdy były jednak łaskawe, w dłoni wciąż miała alkohol - Muzyka jeszcze nie zdążyła porwać was do tańca? - spytała, ponieważ było to lepsze niż siedzenie w ciszy i sączenie zawartości szklanki. Zamierzała się bawić i nikt, ale to nikt jej tychże światłych planów nie popsuje.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Potańcówka braci Fancourt - Page 4 IYOfLg4
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Potańcówka braci Fancourt
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach