Wydarzenia


Ekipa forum
Droga na skróty
AutorWiadomość
Droga na skróty [odnośnik]04.12.16 0:44
First topic message reminder :

Droga na skróty

Urokliwa ścieżka prowadzi przez las. Może posłużyć jako skrót na drodze do okolicy mieszkalnej, niestety jednak istnieją duże szanse na to, że nie będzie to miły i przyjemny spacer, a wręcz przeciwnie - w tej części lasu zwykł urzędować poltergeist Krzykacz i prawdopodobieństwo, że na niego trafisz jest bardzo wysokie.

Opcjonalny rzut kostką:
1-20 - Krzykacz rusza za tobą, głośno odśpiewując wulgarne piosenki. Jeśli zauważa, że repertuar ci się spodobał, przerzuca się na pieśni miłosne. Jeśli i to nie odnosi skutku, zaczyna się po prostu wydzierać.
21-40 - Jeśli poltergeist ma zły dzień, poprawia sobie nastrój rzucając szyszkami w przechodniów. Dziś stałeś się jego celem numer jeden.
41-60 - Krzykacz postanawia oznajmić całemu światu, że ty i jedna z osób znajdujących się na ścieżce jesteście parą. Bez znaczenia czy jesteście tej samej, czy przeciwnych płci, rodzeństwem, obcymi osobami, parą czy przyjaciółmi, Krzykacz lata, krzyczy i co chwila zadaje bardzo prywatne pytania. Jeśli jest was więcej, nie ma oporu przed sugerowaniem “wielokątów”. Możesz tylko liczyć na to, by żaden twój znajomy nie był w pobliżu i nie usłyszał tych obelg. Zrujnowały one już życie niejednemu czarodziejowi.
61-80 - Zostajesz oblany wiadrem lodowatej wody z pobliskiego strumyka.
81-94 - Krzykacz ciągnie cię za włosy. Chociaż nie grozi ci wyrwanie wielkiej ich ilości, na pewno jest to dość bolesne. Jeśli twoje włosy są zbyt krótkie, po prostu popycha cię w błoto.
95-100 - Masz dziś szczęście! Słyszysz gdzieś w oddali marudzenie poltergeista, jednak nie wydaje się, by zbliżał się w twoją stronę. Lepiej przyspiesz kroku i staraj się być cicho, żeby nie zwrócić jego uwagi!
Lokacja zawiera kości.

Ognisko

Festiwal miłości nie mógłby odbywać się bez tańców wokół ognisk, które są poświęcone Tailtiu, Matce Ziemi. Dźwięk bodhránu, dud i skrzypiec rozbrzmiewa po całym lesie, zachęcając czarodziejów do podejścia. Skoczna, celtycka muzyka wygrywana przez siedzących na złamanych konarach grajków czasem zmusza do wysiłku, by nadążyć za wyraźnym rytmem, ale za sprawką miłosnej aury w powietrzu, zachęceni kobiecymi wdziękami czarodzieje podejmują ten trud bez protestu, nawet jeśli na co dzień są opornymi tancerzami. Dziewczęta oddają swój taniec wybrankom, którzy ukoronowali je kwietnymi wiankami; czarodzieje chwytają się naprzemiennie za dłonie i otaczają ognisko, by oddać się wspólnej celebracji wyjątkowego święta.

Atmosfera ognisk sprzyja zawieraniu nowych znajomości, lekkim rozmowom i zacieraniu dawnych uraz. Zapach kwiatów miesza się z aromatem popiołu i palonego drewna. Stare wiedźmy przechadzające się boso po trawie częstują zgromadzonych rogami poświęconego reema wypełnionymi tradycyjnym celtyckim winem z porzeczek z gałązką jemioły. Mężczyzn częstują także tabaką, sprowadzoną z odległych krajów, angielskich kolonii, a zakochanym parom wtykają plecionkę z sianka, której wspólne spalenie w ognisku ma zapewnić odgonienie trosk i złych duchów zesłanych przez nieżyczliwych.



Muzyka


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.01.23 19:22, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Droga na skróty - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Droga na skróty [odnośnik]31.10.23 11:49
Wznosi jasne brwi ku niebu i zastanawia się nad słowami czarodzieja, jednocześnie rozmarzając nad ideą dalekich podróży.
- To brzmi jak fascynujące zajęcie. Pomijając kurz i pajęczyny - stwierdza z błąkającym się na twarzy rozbawieniem. - Przyznam, że wybrałabym się kiedyś chętnie na podobną wyprawę. Przed paroma tygodniami byliśmy z Tristanem w Rumunii odwiedzić tamtejszy rezerwat smoków. Wspaniałe doświadczenie, jednak chętnie zwiedzałabym podobne miejsca w bardziej kameralnym gronie. - Sugestywnie kładzie dłoń na zaokrąglonym brzuchu, mając w rozumieniu, iż wolałaby większą swobodę, chociażby w poruszaniu się. O ileż przyjemniejszą byłaby konna przejażdżka na punkt widokowy, gdyby nie trzeba było martwić się o silniejsze zerwanie klaczy, czy szybszy jej krok. Lady doyenne także wykracza swymi zainteresowaniami, jak i preferencjami względem innych szlachetnie urodzonych kobiet. Bliżej jej do walczącej o prawa czarownic Primrose, niż wylegującej się na miękkości poduszek Cordelii. W opinii Evandry każda dama powinna znać swoje miejsce, jakie w jej odczuciu wykracza poza funkcję błyszczącego w butonierce kwiatu.
Spogląda na czarodzieja przychylnym, ciepłym spojrzeniem i uśmiecha się doń z pobłażliwością. Sama dopiero uczy się, jak być dobrą matką, jak wylewać na dziecko uczucie, jednocześnie nie będąc dlań utrapieniem. Wszelkie wspomnienia związane z własnymi rodzicami przywodzą na myśl wdzięczność i sympatię, pomijając nieszczęsne przymuszenie do zamążpójścia; nim Evan dojrzeje do wieku, by szukać mu partnerki, minie na szczęście jeszcze parę lat.
- Skoro z niego już niezależny kawaler, może najlepszym rozwiązaniem byłoby dowiedzieć się, co też pasjonuje młodego lorda? Pamiętam, że kiedy mój brat bez zapowiedzi wyruszył w roczną podróż, tęskniłam za nim każdego dnia. - Powraca czasem do dni, kiedy sama ledwie dostała list z Hogwartu, nie mogła się nim cieszyć bez towarzystwa Francisa. - Na długo po jego powrocie nie potrafiliśmy znaleźć nici porozumienia, choć dotąd był mi bardzo bliski. - Tak, jak bliskim można być z jedynym rodzeństwem, mimo dziesięciu lat różnicy. - Zainspirował mnie wtedy swoją wyprawą. Opowiadał o podróży, poznanych ludziach i choć wiem dziś, że znacznie je podkolorował, by zaciekawić dziecko, tak okazało się to być idealne rozwiązanie dla wzmocnienia naszej więzi. - Chce go zachęcić do podążenia podobnym tropem. Wiele by dziś oddała za możliwość ponownego spotkania z bratem, wie jednak, że to niemożliwe.
Przyjmuje słowa Xaviera ze skinieniem głowy, w większości się z nim zgadzając. Nie do końca podziela myśl, jakoby ze szkół powinno się pozbyć osób mieszanej krwi, bo gdyby nie one, dziś Evandra miałaby w sobie znacznie mniej wrażliwości, jak i zrozumienia wobec tragizmu ich żywota.
- Sądzę, że to idealny moment, by samodzielnie sięgnąć do tych reform, Xavierze. Zbyt długo powtarza się nam, że Beauxbatons ma najlepszy program nauczania młodych arystokratów. Nasza szkoła powinna się mocniej wybić, udowodnić, że zasługuje na uznanie, jednak z Hogwartem są związane elementy, które skutecznie obniżają średnią ocen. - Marzy jej się, aby zarówno Evander, jak i jego młodsze rodzeństwo udali się do brytyjskiej szkoły, zmieniając Rosierową tradycję, jednocześnie uświetniając hogwarckie grono. - Zaczęłabym od przejrzenia obowiązkowych podręczników, jak i przyjrzała się profesorom, którzy je zalecili. Czy masz może swoje sugestie względem przedmiotów, które w twojej ocenie wymagają pilnej uwagi? - interesuje się żywo, mając nadzieję, że ojciec małych dzieci będzie mieć wyrobione w tym temacie zdanie. - Gdy byłam na ostatnim roku, wprowadzili nam naukę czarnej magii, co dość mgliście wspominam przez wzgląd na przygotowywanie się do egzaminów. Natomiast sądzę, że w dzisiejszych czasach wszyscy zdajemy sobie już sprawę z tego, że wstęp do jej tajników powinny otrzymać także młodsze pokolenia. - Zaznajomić się z teorią, poznać podstawy, wiedzieć, czego się spodziewać. Nie można nadal utrzymywać, że dzieci nauczą się nią posługiwać same z podręczników, ryzykując wypadkami i chorobami. Edukacja powinna odbywać się pod czujnym okiem wykwalifikowanego profesora.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Droga na skróty [odnośnik]20.11.23 2:18
13 sierpnia

Melodie, które jeszcze wczoraj rozbrzmiewały tu wesoło, zachęcając do zabawy i podrygów, umilkły, pozwalając by zastąpiła je melodia lasu — szumu drzew przypominającego chór z oddali, skrzypienia starej kory, spróchniałych gałęzi niczym wiolonczela, śpiewu ptaków, najpiękniejszych solistów, którzy poruszali najbardziej zgorzkniałe serca. Ta melodia zastąpiła mu tę, która od zawsze mu w duszy grała. Skrzypce zamknięte w starym, nadpalonym pokrowcu — wyciągane tylko po to, by skradzioną kalafonią przetrzeć smyczek, wypolerować stare, wysłużone drewno — ukrywały się pod łóżkiem. Traktowane z miłością, nostalgią, jak utracona miłość wciąż niedopuszczona do siebie po tak długim czasie. Ale nieśmiały szelest liści wypełniał pustkę, bo ciszy słuchać się przecież nie dało. Teraz, kiedy wracał z powrotem na ścieżkę, melodii matki ziemi towarzyszyły radosne zaczepki psidwaka Marcela, który podrygiwał wesoło, zaczepnie łapiąc go za nogawkę. Podniósł z ziemi patyk, który był tym samym patykim, który rzucał mu nim odszedł na stronę dla zajęcia go czymś w wysokich krzakach i rzucił mocno przed siebie, prosto w opuszczoną ścieżkę. Londyn witał ich smutkiem, nostalgią — żegnał czas beztroski i spokoju w najbardziej dotkliwy sposób, wyraźnie dając do zrozumienia, że wszystko, co dobre musiało się kiedyś skończyć. Dziesiątki czarodziejów kończyło festiwal w żałobnym nastroju, krocząc pochodem w milczeniu. Nie ciągnęło go tam, do zmarłych. Jak większość swoich wierzył w złośliwość duchów, nie pragnął ich spotkać i bał się, choć nie potrafił przyznać tego nawet Marcelowi, że gdyby się pojawiły nie potrafiłby im spojrzeć w twarz. On już pożegnał swoich bliskich. Zakopał ich ciała na wzgórzu, które było dokładnie takie jakim je zapamiętał. Zielone, budzące się do życia po zimie. Gdyby nie nadpalone deski, pozostałości po kolorowych karanawancsh i ludziach, którzy tam kiedyś żyli, wyglądałoby jak zawsze. Smutny pochód ku ich pamięci niczego nie zmieni — nie przyniesie im spokoju ani ulgi; nie zazna jej nawet on.
Po kolorowych straganach z dnia poprzedniego nie było już prawie śladu. Nie żałował, że nie spędził tu więcej czasu. Handlarze nastawieni byli na duży zysk, szczególnie od zamożniejszych klientów, a na takich jak on każdy tu krzywo spoglądał. Marcel mówił, nie patrz im w oczy. Nie patrzył. Unikał spojrzeń strażników z pokorą chyląc głowę jak na biedaka, nieszczęśnika przystało. Jakby nigdy nie szukał kłopotów. Tu ich nie chciał — wiedział, że drugi raz z Tower nie wyjdzie.
Pomiędzy skrzypiącymi drzewami patrzył w stronę kolorowej karaweli, objazdowych grajków, cyrkowców szukających tu zajęcia. Zawiesił wzrok na dziewczynie, która podciągając ramiączko sukienki umykała gdzieś w krzaki. Szedł dalej, ścieżką na skróty, mijając wszystkie zbierające się stragany od tylu.
— Miałem braci, miałem wielu bliskich— szedł mrucząc cicho pod nosem starą romską piosenkę. Poprawił spadające z ramion szelki i wsunął dłonie w kieszenie ciemnych, znoszonych spodni, patrząc za powracającym Blue. — Przyszli ludzie, zabili wszystkich. Miałem braci, miałem wielu bliskich. Wszystkich razem, chłopców i dziewczęta, zabili też małe niemowlęta. — Westchnął cicho, chwytając za patyk. Psidwak nie wiedział, że powinien puścić, szarpał się więc z nim chwilę, aż w końcu ustąpił od razu zrywając się do biegu. — Miałem braci...— Rzucił mu daleko, prosto w krzaki, nie spodziewając się, że poruszy się w nich coś znacznie większego, a Blue zacznie ujadać, nie zbliżając się po rzucony kawałek drewna. Nie przyspieszył, ale nie ociągał się, podchodząc ze spokojem. Blue był szczeniakiem, reagował jednakowo na Leonorę, jak i wielkiego jak dąb osiłka śmierdzącego gorzałą. Zszedł ze ścieżki i wyciągnął rękę, by odciągnąć gałęzie niższych drzew, by nie smagnęły go po twarzy. Spróbował przedrzeć się głębiej, tam skąd w psidwaka poleciała gałązka. Nie odzywał się, zachodząc intruza, który próbował odpędzić psiaka od tyłu. Złapał za ostatnie gałązki wątłej robinii i spojrzał prosto w twarz małego chłopca. W pierwszej chwili jęknął ze zdumienia, w ciemnościach słabo dostrzegając rysy kogoś, kogo kiedyś znał.
— Zgubiłeś się? — spytał, próbując mu się przyjrzeć. Wyciągnął ku niemu lewą dłoń, którą zdobiła bransoletka z kolorowych koralików, chcąc pomóc mu wydostać się z krzaków. Nie był pewien, czy wpadł tutaj, czy próbował się ukryć, dlatego nie sięgnął po różdżkę, nie rozjaśnił miejsca intensywnym blaskiem, które mogłoby sciągnąć niepotrzebnych widzów. Im dłużej mu się przyglądał w tym półmroku tym bardziej zyskiwał pewność, że go znał. Nostalgia szarpnęła jego sercem, które zatrzepotało w piersi tęsknie. — Jak masz na imię? Blue, cicho!— skarcił szczeniaka, który cały czas szczekał z boku. Nic przez to nie słyszał, nie trafił zebrać własnych myśli. Jak miał na imię ten chłopiec, wyglądający jakby życiem wyjęto go z włoskiej wioski? Szarówka była takim momentem każdego dnia, że nie było ani ciemno ani jasno, a oczy z trudnością przyzwyczajały się do zmiany otoczenia. Kucnął opierając wyciągniętą rękę na kolanie. Miał kuzynów takich jak on. Kuzynów, którzy zginęli w pożarze, zostali wybici jak psy. Przed czym się chowasz? — Vito? — spytał w końcu niepewnie, ale bez strachu, że się pomylił. Mógł się mylić, przecież nie żyli. Czy to duchy z tamtego pochodu postanowiły nawiedzić go tu i ukarać za brak pokory?




it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty

sick thoughts

OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Droga na skróty [odnośnik]21.11.23 18:57
Trzynaście uważnych zerknięć i ciepła dłoń w dłoni, aromat sycylijskich pomarańczy w głowie oraz całe kilogramy zmartwień ciągnące ramiona ku ziemi, które zaraz to się prostują w imię fałszywej pewności. Fidarsi è bene, non fidarsi è meglio, jak to powiedział kiedyś mądry Włoch, a ową mądrość przyjęła reszta gorącokrwistych amatorów wina. Dobrze jest ufać, nie ufać jeszcze lepiej. Gia więc nie ufa. Nie ufa miastu, które uchodziło kiedyś za to rodzinne, które pachniało suszoną bazylią i oregano, bezpieczeństwem. Nie ufa ludziom, każdy odstawiony jakby spodziewał się chodzić po Mediolańskim wybiegu, próbujący zetrzeć ze skóry biedę uporczywym szorowaniem, ale gattino, bieda tkwi w oczach, kilka festiwalowych dni nie zdoła jej przegonić. Tego też jest świadoma, o schludny wygląd ubrań, czyste paznokcie i gładko ułożone włosy spływające na ramionach dba mocniej, niż te wszystkie wyfiokowane szlachetne wiedźmy na pierwszych stronach gazet. Ot, żeby nikt nie zauważył słabości, pęknięcia w zbroi, skry desperacji - bo desperacja jest niebezpieczna, daje zbyt wiele pomysłów innym. W takich chwilach wspomina Eleanor, słodką, delikatną Eleanor leżącą w zbiorowej mogile, bo Aurelius Moon nie będzie łożyć z własnej kieszeni na osobny pochówek. Prostuje plecy i idzie dalej, tylko palce mocniej zaciskają się na chudej rączce.
- Jeszcze raz - Moretti żąda, bo tylko w takich momentach ma prawo chcieć cokolwiek - Co jeśli ktoś cię zaczepi?
- Nie odpowiadać i jak najszybciej cię znaleźć - odzywa się chłopięcy głos, nieco niewyraźnie zbyt zajęty przeżuwaniem drożdżówki z marmoladą. Skinięcie wyrażające zadowolenie, dziewczyna poprawia koszyk wypełniony polnymi kwiatami, wiszący na zgięciu łokcia, ot kilka dodatkowych knutów, które można zarobić. Dzisiaj Gia nie występuje, jej skóra jest zbyt ciemna, żeby mogła porwać tłumy, pośród których przewijają się nieliczne godne uwagi persony.
- A jeżeli ktoś ciebie złapie i zacznie ciągnąć w nieznaną stronę? - dopytuje, ponieważ ludzie to zwierzęta, a wyglądające na sieroty dzieci są łatwą ofiarą. Nie potrzeba do tego nawet zaklęć, teraz kiedy wszystko jest kontrolowane. Ot, chwycić i zniknąć. Vito wygląda czysto, ale jest też za chudy po bliższym przyjrzeniu się.
- Gryźć ręce i palce, kopać, najlepiej we wrażliwe rejony - jest niecierpliwy, obiecała mu dzisiaj oglądanie występów i słodką bułkę, jednej obietnicy dopełniła, drugą przeciągała.
- A jeśli ktoś stwierdzi, że jest moim znajomym? - tutaj nawet brew uniesie, jakby była pewna, że och! Właśnie postawiła przed ośmiolatkiem arcy trudną zagadkę. Młodszy Moretti nie jest raczej pod wrażeniem, marszczy za to z niezrozumieniem brwi.
- Ale Gia... - ciemne oczy, ciemniejsze od jej własnych patrzą na nią z niewypowiedzianym smutkiem - Gia, przecież ty nie masz znajomych. Ani przyjaciół. Ani towarzyszy. Nawet chłopaka. Praktycznie nigdzie nie wychodzisz, tylko pracujesz. Nikt mnie na to nie nabierze - oświadcza jej i coś w niej pęka, jak lustrzana tafla, bo chociaż stwierdzenie było prawdziwe, tak mocno niewygodne. I całkiem upokarzające.
- Może od razu chwycisz za moją różdżkę i wbijesz mi ją prosto w serce? Hę? Bolałoby mniej - burczy z doskonale słyszaną urazą, jednak Vito jedynie chichocze oblizując lepkie palce. Jakby faktycznie się obraziła, to już targałaby go za ucho, gestykulując przy tym szaleńczo. Wszystko więc było w porządku.

Nic nie było w porządku. Nie teraz. Kilka godzin wcześniej? Semplicemente bello. Kwiaty sprzedane, parę występów obejrzane, nawet zdążyli pomachać Księżycowym Dzieciom. Wahała się przy Czuwaniu, myśli wracały w nieprzyjemne rejony, w obrazy muskane zachodami słońca i czerwienią pomidorowego sosu, uderzeniem bosych stóp podczas tańczenia tarantelli. Ale Vito zasługiwał na pożegnanie się, na zrozumienie, że nikt go dobrowolnie nie opuścił. Poza Cesare, tylko Cesare to culo di bue, a nie brat. Jednak kiedy chłopiec tylko usłyszał przestrogę o uszanowaniu obecności zmarłych, o tym, że ci mogą przybyć w każdej chwili, tak zbladł straszliwie i wyrwał się z siostrzanego uścisku, pobiegł w las. A za nim Gia. Gia, która powinna być szybsza, zwinniejsza, a mimo to ciemniejące okolice spowalniały ją, panika gulą wisiała w gardle.
- Vito! Vitovitovitovitovito - wołała za nim, z każdą zgłoską coraz płaczliwiej, bo zgubiła go. Zgubiła własnego brata. Zgubiła jedynego brata, ostatni okruch rodziny - VITO!
Ale Vito tego nie słyszy. Zamiast tego patrzy się ogromnymi oczami na chłopięcą postać, dolna warga drży, ramiona kulą się jakby zaraz miał dostać ścierą za bycie niegrzecznym. Na początku bada twarz Doe, niespokojnie i nieufnie, jakby nie był pewien, czy teraz powinien uciekać, czy raczej gryźć ręce i palce. Tego Gia nie przewidziała.
- Uciekłem - mówi więc cichutko, patrząc w czubki wysłużonych, ale mimo wszystko solidnych butów, brunetka o nie zadbała bardziej niż o swoje własne - Nie chce ich widzieć - dodaje, a jego głos zaczyna brzmieć głucho, wzrok stopniowo traci na ostrości. Wzdryga się, kiedy słyszy swoje imię, zaskoczenie okrągłym "o" układa się na ustach, zna go? On też go zna? Znają się?
- Jim - rozpoznaje, Jim co śpiewa, Jim co przymyka oko, kiedy na zmywaku razem z kuzynostwem polowano na ostatnie krople wina w kieliszkach po gościach. Lubił Jima. Grał ładnie. Wpatruje się w jego twarz urzeczony, acz spojrzenie sięga zaraz wyciągniętej ręki, na której wisi bransoletka. Pamięta ją, cała radość na buzi gaśnie - Ty też jesteś martwy - pojedynczy szept, zanim chłopiec zerwie się na równe nogi, odsunie się na kilka kroków obejmując się ramionami - Non...non non non non non - powtarza, a paznokcie wbijają się początkowo w przedramiona, nim sięgnie nimi ku policzkom - Nie chce widzieć, nie chce spotkać, non non non non - mamrocze, trzęsąc się, łzy jak grochy mieszają się z krwią wypływającą z zadrapań. I taką oto scenę tragikomedii widzi Gianna. Pies, kucający chłopak i wpadające w panikę dziecko. Co teraz?
- Odsuń się od niego! - nie pyta kim jest, różdżka pojawia się w jej dłoni naturalnie, determinacja jak Wezuwiusz, gotowa jest lawą pochłonąć wszystko na swej drodze.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Złoty klucz na dłoni, to nie mój dom
Siwy włos na skroni - ucieknę stąd


Ostatnio zmieniony przez Gia Moretti dnia 11.12.23 19:05, w całości zmieniany 1 raz
Gia Moretti
Gia Moretti
Zawód : aktorka w wędrownej trupie teatralnej
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Nothing ever ends poetically.
It ends and we turn it into poetry. All that blood was never once beautiful.
It was just red.
OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
  older sister
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12011-gianna-moretti https://www.morsmordre.net/t12015-felice https://www.morsmordre.net/t12110-gia-moretti https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t12013-szuflada-gianny https://www.morsmordre.net/t12014-gianna-moretti
Re: Droga na skróty [odnośnik]23.11.23 3:03
Jego twarz, w blasku komety przedzierającym się przez gęste korony drzewa tak blada, pozbawiona kolorów, oznak życia — wystraszona, przejęta. Twarz martwego dziecka. Nie powinien go widzieć, nie powinien go spotkać, a jednak wszedł mu w drogę niemal, jakby chciał z włoską pretensją obarczyć go winą. Zapomniałeś. Zapomniałeś przecież. Zapomniał, pochłonięty życiem, bólem, własną tragedią rozszczepiającą cię na części pierwsze. W jego sercu rozbrzmiewało tylko echo cygańskich melodii, skrzypiec, włoskiego śpiewu, kochających rodzin, które dawno odeszły, pozostawiając w sercu pustkę. Pamięć o zmarłych nosił głęboko, nie przywoływał ich we wspomnieniach i przypowieściach, nie wolno my było igrać z duchami. Upomniały się o to — o to, że zapomniał.
— Już w porządku, tu nic ci nie grozi — powiedział spokojnie, melodyjnie. Zanucił melodię — tę, którą pamiętał z Małej Italii, choć słów żadnych przywołać nie potrafił; pamiętał tylko jej głos, który przenikał go na wskroś, każda komórkę ciała pobudzając do tańca. Nic ci tu nie grozi, Vito, nie znajdą cię, nie złapią — ci, którzy zniszczyli wasz dom, którzy odebrali wam życie. Nierealny obraz krótko malował się przed nim, nie mógł przecież żywych mylić z martwymi. Patrzył na niego, kiedy dostrzegł bransoletkę na jego ręce, a później wpadł w szał, wiedząc już — może wiedząc od początku, choć trudno mu było oswoić się tu i teraz z tą myślą — że był w błędzie od początku. Jestem martwy, pomyślał. Jak niewiele się myliło to dziecko. Małe, nieświadome. Myląc go ze zjawą, czy czytając to z jego pustych oczu? Był martwy już od dawna, tak się czuł, nie czując tak naprawdę dogłębnie nic, karmiąc się jedynie złudzeniami, że mogło być jak dawniej. Wyprany, popsuty, złamany i całkiem zagubiony nie był sobą, nie był tez nikim innym. Może był martwy, może cząstka niego umarła na tamtym wzgórzu. Może cząstka jego została w Tower. Ile pozostało, ile w nim było z niego? — Vito? — spytał głucho, bo czy to możliwe, że to był on? Prawdziwy, żywy, realny? Jak to możliwe, że przetrwał, że ocalał, kiedy po Małej Italii nie zostały nawet wylizane, zmiażdżone puszki? — Nie, nie, przestań— dopadł do niego, Blue zaczął szczekać merdając przy tym. Nie mógł patrzeć na niego w tym chaosie, jakby widział samego siebie, małego, zagubionego, chłopca uciekającego z miasta w poszukiwaniu nowego życia. — Nie jestem, nie jestem, to ja, pamiętasz mnie? To ja — powtarzał, próbując go złapać, chwycić jego ręce, uspokoić go. Miał tyle pytań, ale jak mógł jakiekolwiek zadać w takim chaosie emocji? I nim zdążył go unieruchomić jej głos przedarł się słabo przez szczekanie psidwaka, przez dziecięcą panikę.
— Gia? — spytał, obracając się przez ramię z mieszaniną przerażenia i niedowierzania. Gia, Gianna pachnąca ostrym pieprzem, wędzoną papryką, cedrem i drzewem sandałowym. Gia nucąca w kuchni, Gia śpiewająca podczas zmywania naczyń, tańcząca na stole już po zamknięciu. Gia o uśmiechu anioła i oczach jak dwa czarne diamenty tak samo żywa, choć nie tak szczęśliwa jak wtedy. Czy to mogła być Gia? Ulokował w niej spojrzenie dopiero wtedy dostrzegając wycelowaną w siebie różdżkę. Czy mogła go pamiętać? Chłopca jednego z wielu? Chłopca, który mógłby uchodzić z jej krewnego, ginącego jednak w morzu mężczyzn, obracających się za nią i sięgających przypadkiem do falującej spódnicy? Uniósł obie dłonie w geście pokoju z jednej strony mając wystraszone, rozhisteryzowane dziecko z drugiej dziewczynę, kobietę z dawnych wspomnień, dawno zapomnianej ery.
— Myślałem, że nie żyjesz — wymamrotał z niezrozumieniem i obrócił się w stronę chłopca. — Vito — szepnął w jego stronę nie obniżając dłoni; wciąż wyciągniętych na wysokość własnej twarzy. Nie uspokoi go, wiedział to; nie on. — Nic nie zrobiłem — usprawiedliwił się hardo, nie tknął go nawet, nie zdążył. Próbował mu pomóc, chciał mu pomóc.
Klęknął na jedno kolano, usiadł na pięcie, osuwając się nieco, by w gęstwinie znalazła drogę do rozchwianego, poszukującego ukojenia brata. Spojrzał na nią nie dowierzając, nie mogąc zrozumieć, jak to było możliwe; jakaś część niego zaśmiała się radośnie na jej widok. Była cała, miała się względnie dobrze, żyła. Druga załkała tęsknie za tamtymi dniami, za beztroską i radością jaką karmił jeszcze przedwojenny Londyn. Za namiastką domu w obcym miejscu, melodią, tańcem i śpiewem, który niosła. Przemknął po niej wzrokim śmiało, od góry do dołu po jej bojowym spojrzeniu, ramionach, talii, jakby chciał sprawdzić, czy to prawda, a potem opuścił wzrok, bo nie powinien. Nie powinien tak patrzeć, analizować, badać każdego calu jej sylwetki w poszukiwaniu pamiątek po wojnie. — Nie chciałem. Myślałem... Nie wiedziałem... — zaczął tłumaczenia spoglądając pod uniesionym ramieniem na paciorkowate oczy Blue. Co właściwie sobie myślał? Czy to był sen, Gia? Tamto życie? Czy tylko to wyśnił w tęsknocie i potrzebie, a to wszystko nigdy naprawdę nie miało miejsca? A tamten taniec na blacie, tamta pieśń? Czy tylko sobie to wymyślił?



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty

sick thoughts

OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Droga na skróty [odnośnik]24.11.23 3:27
Dwa trupy, każde martwe dla siebie nawzajem o tysiącu tragedii zapisanych w tożsamo brązowych oczach, próbujący wprawić się w marne podrygi prowadzące do zmartwychwstania. Ot, wyrwania się z mogiły pogrzebanej przeszłości. W tle jazgocze pies, nad głowami błyszczy kometa, wszystko to w barwach ciemniejącego nieba. Może gdyby była bardziej marzycielska, tak nawet mogłaby zadumać się na kilka sekund, podziwiać mimowolnie ten niepodobny do niczego obraz. Ale nie była. Gia to Gia i obecnie jest absolutnie przerażona. Z sercem jak młot uderzającym o unoszącą się gwałtownie pierś; z rozwianymi od biegu włosami, których pojedyncze kosmyki przylepiły się do skroni; z lekko pomiętą lawendową spódnicą zadzieraną do pędu i przeskakiwania ponad wystającymi korzeniami. Pobladłe usta zaciska w gniewnym wyrazie, postawa ciała jest iście bojowa nawet z koszykiem wciąż wiszącym na zgięciu łokcia. Cała krew z twarzy kumuluje się na zaróżowionych policzkach i może napiętą postawą, głosem wybrzmiewającym determinacją oraz kurczowo zaciskaną w dłoni różdżką może sprawiać wrażenie, że jest dzielniejsza niż w rzeczywistości. Wystarczyło tylko zerknąć na zaszklone paskudnie tęczówki, żeby się przekonać, jak cały ten miraż rozmywa się z łatwością. Bo co innego omawiać hipotetyczne sytuacje, a co innego jest się z nimi mierzyć. W swojej głowie utworzyła konkretną wizję, podobiznę animali-okrutnika: czasem brzydka jak mijani szybkim krokiem pijacy, co zmarnowali swoje życie do cna i czekała nań już tylko kostucha; czasem równie piękna niczym mężczyźni widniejący w gazetach rzucanych na ulicę, kawalerowie co dostają ordery za ładny uśmiech i proste zęby. Zawsze byli starsi. Zupełnie tak, jakby Włoszka nie potrafiła zaakceptować tego, że rówieśnicy z plusowymi oraz minusowymi latami mogą być równie potworni. Młode jabłka także potrafią zgnić zarobaczone.
Gia? Trzy litery, znajomo nieznajomy dźwięk, akcent kładziony na DŻI-a zamiast na dżI-Ja. Kilkusekundowy skręt żołądka, jakby ktoś władował się weń pięścią i lekkie mdłości, bo pamięć musi sięgnąć do zakładek, cofnąć się o kilkadziesiąt stron a strony te umownie miały być nieczytelne, żeby nie tęsknić, nie wspominać. Powinna to zignorować, udawać, że nie wie, o co chodzi, że przecież płacze tutaj dziecko, paznokciami orze policzki. Tylko gdyby tak łatwo zapominała, tak nie należałaby do Księżycowych Dzieci. Na co komu aktor, co nie potrafi zapamiętać swoich kwestii? Wojna krótsza niż ta prawdziwa rozgrywa się we wnętrzu, równie krwawa, żniwo ofiar zbierała w emocjach. Zawahanie, lekkie zmarszczenie brwi i podświadome rozluźnienie, kiedy chłopak unosi ręce w pokojowym geście, różdżka obniża się tylko trochę.
- Gia - łka Vito, zapłakane spojrzenie nadal ma wbite w bransoletkę - Gia, Giaco-Jim jest martwy i po mnie przyszedł - zdanie zlewa się płynnie z myślałem, że nie żyjesz i Moretti ma wrażenie, że rozboli ją głowa, że pochyli się zaraz i zwróci cienkie śniadanie oraz jeden gryz drożdżówki na leśne poszycie. Bo to wszystko było poplątane, zagmatwane. James Doe klęczący na ziemi. James Doe dźwigający tace z parującym włoskim jedzeniem. James Doe doprowadzający do płaczu jej młodszego brata. James Doe będący młodszym bratem Tommiego. James Doe żywy, względnie cały i zdrowy. James Doe żyjący tylko wtedy, kiedy spod jego palców ulatywała melodia skrzypiec; który potrafił śmiać się całym sobą jak rodowity Sycylijczyk; który stąpał cicho jak kot i podobnie się wzdrygał, kiedy papà Moretti klepał go z całej siły po plecach ucieszony odpowiedzią Roma. James Doe tłumaczący się, że nic mu nie zrobił, pomimo dziecięcego zawodzenia i psiej nerwowości, czerpiącej z panującej atmosfery. Różdżka niknie w kieszeni - ponieważ tak, jej spódnice posiadały kieszenie, sama je doszywała - a kciuk wraz z palcem wskazującym szczypią nasadę nosa. Koszyk rzuca pod nogi, niech leży zapomniany teraz istniały ważniejsze rzeczy niż kawałek wikliny.
- Wiem tesoro - odpowiada więc Jimowi, ramiona opadają w raptownym zmęczeniu, spojrzenie nabiera hardości. Po kolei. Kryzys po kryzysie. Pojawia się przy nich w ledwie trzech susach, nabierając wcześniej utraconej zręczności, nabierając gwałtownej werwy. Kuca tuż obok bruneta, dłońmi sięgając po nadgarstki panikującego chłopca, który nie przestawał mamrotać, gdy tak jego siostra przeżywała własne dramaty - Vito, dlaczego Jim miałby być martwy? - bełkot ośmiolatka staje się jeszcze bardziej niezrozumiały, przecinany przez siąknięcia nosem i łkanie, jednak oczy nie opuszczają ręki grajka. Jej własne podążają tą samą ścieżką, och, rozumie raptownie. Bransoletka. Dzieło nonny, darowane każdemu członkowi rodziny. Bransoletka papy wyglądała identycznie jak ta, którą nosił James, z tą różnicą, że jeden koralik był lekko wyszczerbiony, a na drugim wygrawerowano malutkie G. Ozdoba należała do niej, zostawiona przypadkiem w restauracji, miała zajść po nią rano, ale rano nigdy nie nadeszło - Yish, stupido - tsyka marszcząc śmiesznie nos - Duchy można na wylot przejrzeć, a ten konkretny jest całkiem solidny piccolo leone, no popatrz na niego - szorstkie słowa, łagodne gesty, tym charakteryzowało się południe. Sięga delikatnie po dziecięcy podbródek, unosząc go na tyle, żeby zapłakany mógł spojrzeć na rzekomego trupa, druga dłoń nadal zaciska się na nadgarstku, gotowa pociągnąć go w swoje ramiona - Wygląda ci na takiego, co jadłby zginłe ryby? Albo dania pełne białych glizd? Ser co pokrywa zielona pleśń i zaraz zacznie żyć własnym życiem? Duchy najbardziej lubią, kiedy jeszcze wszystko śmierdzi - podczas swojego wywodu puszcza go całkowicie, ręce układa na kształt pazurów, jakimi gotowa jest przestraszyć brata. Głos nabiera aktorskich tonów, tych, które mają zaciekawić, zainteresować, skupić uwagę. Nie myśleć o dawnym - Podobno to je łaskocze - dodaje konspiracyjnym szeptem, a młody Moretti milczy wreszcie, tylko trochę czka. Ciemne oczy patrzą się w nią na kilka uderzeń serca, nim rozpłacze się jeszcze gorzej.
- Giaaa, to obrzydliweeeee....właśnie dlatego nie maaasz znaaajooomych - zawodzi, a Gianna może tylko przybrać typową dla rodzeństwa minę nim roześmieje się na głos, odrzucając do tyłu głowę. Było dobrze, skoro wychodził z niego mały gremlin.
- Hej, to też ma swój urok - protestuje, przybliżając czoło do czoła chłopca. Spokojniejszy opada wprost w jej ramiona, dając się przytulić, kwiląc przy tym ciszej i dopiero wtedy może twarz odwrócić w stronę Jima. Że jest niezręcznie, to raczej mało powiedziane. Na szok oraz radosne zaskoczenie, na powitalne pocałunki w policzki oraz mocne przytulenie jeszcze będzie czas, teraz musiała uspokoić swoje głupiutkie lwiątko - Nienajlepsze okoliczności na ponowne spotkania, hę? - mówi, a uśmiech rozciąga się na ustach, łokieć dźga młodzieńca kucającego tuż obok. Może powinna użyć innych słów, być bardziej poetycka. Ale Gia to Gia. Inna nie będzie.




Złoty klucz na dłoni, to nie mój dom
Siwy włos na skroni - ucieknę stąd
Gia Moretti
Gia Moretti
Zawód : aktorka w wędrownej trupie teatralnej
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Nothing ever ends poetically.
It ends and we turn it into poetry. All that blood was never once beautiful.
It was just red.
OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
  older sister
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12011-gianna-moretti https://www.morsmordre.net/t12015-felice https://www.morsmordre.net/t12110-gia-moretti https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t12013-szuflada-gianny https://www.morsmordre.net/t12014-gianna-moretti
Re: Droga na skróty [odnośnik]25.11.23 1:06
Nic nie zapowiadało nadciągającego kataklizmu. Niebo eksplodowało feerią barw w chwili, kiedy słońce tonęło na linii horyzontu. Czerwienie przerodziły się w fiolety, a fiolety w granaty zalewając świat przyjemnym ciepłem, wieńcząc dzień słodkim wspomnieniem. Przyroda wydawała się szykować do snu w swym nieskończonym rytuale, by zbudzić wszystkich poranną mżawką i lekkim gradem. I tak miał wyglądać każdy następny dzień, gdyby nie wisząca od przeszło miesiąca na niebie kometa, w dziwny, niewyjaśniony sposób zastygła na nieboskłonie w jednym miejscu. Zwiastun Śmierci, od zarania dziejów uznawany przez wieszczów i jasnowidzów za przepowiednię nieszczęścia. I ta, wraz z początkiem wieczoru miała się ziścić.

Giannę otoczył dziwny niepokój już nie tylko z powodu rozdygotanego brata. Niebo roziskrzyło się pierwszymi gwiazdami, a wisząca na firmamencie kometa rozbłysła intensywnym, oślepiającym blaskiem. Światło było intensywne, ale docierało przez korony drzew jak przez filtr, jaśniejąc miejscami i zmuszając do przymknięcia oczu. Pojawiło się znikąd, niespodziewanie i nagle. A kiedy już wszystko zgasło, oboje musieli przywyknąć do matowej ciemności. Przyzwyczajeni do obecności komety na niebie ludzie z trudem upatrywali w niej źródła świata, a jednak każdy kto tylko spojrzał w górę mógł zrozumieć, że zabrakło na nim nieodłącznego elementu — długiego, błyszczącego warkocza. Pozostała tylko mała iskrząca kropka, znacznie jaśniejsza od gwiazd, ale ciemniejsza i mniejsza od wstającego po drugiej stronie księżyca. Ziemia pod stopami zaczęła wpierw wibrować a potem niespokojnie drżeć, liście dygotały, stare drzewa zaczęły skrzypieć dookoła falować jak podczas silnego wiatru, choć tego wokół nie było wcale. Kiedy Gianna i James spojrzeli w niebo, ujrzeli dziesiątki połyskujących gwiazd, ale wśród nich zgubili tę, która jeszcze chwilę wcześniej była wiszącą nad głowami kometą. Przedziwne zjawisko przyciągnęło uwagę na nieco dłużej, bo przecież wiedzieli, że nie tak wyglądało niebo każdej poprzedniej nocy, oboje dobrze znali ten widok. Dziesiątki, a może setki roziskrzonych gwiazd migały jak płomienie w oddali, ale wciąż patrząc i wsłuchując się nieruchomo w nachodzące przeznaczenie, Giana widziała, że niektóre z nich powiększają, a potem powiększają wszystkie ale jedne szybciej od innych. Czy to było złudzenie? Czy jakaś fatamorgana? Czy zwariowali, czy padli ofiarą paskudnej klątwy? Wiele myśli mogło przychodzić do głowy, kiedy błyszczące plamki na niebie stały się kulami, za którymi ciągły się dziesiątki, a potem setki warkoczy podobnych do tego, który wisiał od pamiętnej lipcowej nocy. Ciemne niebo pojaśniało od gwiazd i ciągnących się za nimi świetlistych smug.

I tak rozpoczęła się Noc Tysiąca Gwiazd.

Spadały, jedna po drugiej, pokrywając całe niebo, które mieli w zasięgu swojego wzroku. Piękny i niecodzienny widok potrafił zatrzymać w miejscu i zachwycić, ale musiał także przerazić, uświadamiając, że połyskujące gwiazdy bardzo szybko zwiększały swoją wielkość, aż w końcu jedna z nich stała się wielka jak księżyc. Płonęła. Zdawała się być kulą ognia, za którą ciągnęły się dymiące smugi przypominające ogniste burze. Leciała prosto na londyński las. Jakże potworny był dym, iskry, wyraźne eksplozje wewnątrz kotłujących się czarnych smug? Przez chwilę nie docierało do dwójki czarodziejów nic. Tik tak. Tylko tykanie zegara. Tik tak. Jakby ktoś odmierzał im czas. Tik tak. W sekundzie lub dwóch spadający meteor podwajał swoją wielkość, aż runął kilkaset metrów dalej — gdzie dokładnie, nie wiadomo. Ziemia zatrzęsła się tak mocno, że młodzi czarodzieje zachwiali się, choć w uszach była jeszcze tylko cisza. Trzask łamanych drzew, pękającej ziemi, dziesiątek bombard i płaczącego lasu zbliżał się do nich falą i ta fala nadciągała, oboje w jednej chwili mogli to dostrzec. Impet uderzenia łamał wszystkie drzewa mknąć ku nim nieubłaganie, aż w końcu zwalił ich z nóg, cisnął nimi jak szmacianymi lalkami, prosto w łamane dalej drzewa i w ściółkę. Giannę, Jamesa i Vito na kilka chwil całkiem zamroczyło. Cisza. Świszcząca, okropna cisza i pisk w uszach. Tyle słyszeli, nie widzieli nic więcej, bo wszystko wokół utonęło w kłębach szarego i czarnego dymu. Dopiero po chwili zaskoczył ich okropny i ogłuszający dźwięk, potworny huk. Świat się trząsł, świat dygotał. Wokół znów wszystko zamarło.

To nie był koniec. Noc dopiero się rozpoczęła.

Kidy kłęby dymu zaczęły się przerzedzać, po okolicy poniosły się krzyki, nawoływania i płacz. Wtedy też Gia i James, powoli dochodząc do siebie mogli spojrzeć w niebo raz jeszcze, z żalem doświadczając potwornego deja vu. Setki, dziesiątki a może tysiące identycznych gwiazd spadały na ziemię. Gdzieś w okolicy uderzyło coś mniejszego, nie wiedzieli jeszcze gdzie, ale jedno było pewne — nigdzie nie było bezpiecznie, a niebo dosłownie waliło się im na głowę.

Mistrz Gry wita w nowym okresie deszczem meteorytów. Nie kontynuuje rozgrywki.

Przed podjęciem się jakiejkolwiek aktywności fabularnej w tym okresie należy dopełnić swojego obowiązku w tym temacie (każdą postacią osobno).

Gia - obrażenia tłuczone -10; obrażenia cięte -5; obrażenia psychiczne -20
James - obrażeń tłuczone -10; obrażenia cięte -5; obrażenia psychiczne -20

Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Droga na skróty - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Droga na skróty [odnośnik]25.11.23 13:20
Dla Evandry

Pokiwał lekko głową na jej słowa. Naturalne było, że damy raczej nie przepadały za kurzem i pajęczynami. Co prawda nie mógł tego powiedzieć o swojej kuzynce, która zdecydowanie nie wpisywała się w ramy standardowej szlachcianki. Primrose zawsze była odważniejsza, bardziej ciekawa świata i mniej szablonowa niż damy w jej wieku. W jego mniemaniu sprawiło to, że był wyjątkowa i nigdy nie pomijał sytuacji kiedy mógł jej o tym przypomnieć. Nie wiedział jednak jakie dokładnie zdanie ma na ten temat Lady Rosier, chociaż Prim wspominała, że jej przyjaciółka często brała udział w przedsięwzięciach, które miały na celu pomoc innym. Znaczyłoby to, że ona również nie należała do szablonowych dam, chociaż wydawałoby się inaczej na pierwszy rzut oka.
- Nigdy nie byłem w rezerwacje smoków, to na pewno była fascynująca podróż. Mathieu kiedyś zapewniał, że mnie zabierze na wycieczkę krajoznawczą jednak nie było czasu. - odparł spokojnie, po czym mimowolnie uśmiechnął się łagodnie widząc jak kobieta kładzie dłoń na swoim brzuchu.
Pamiętał kiedy Charlotta była w ciąży i te wspomnienia znów na moment sprawiły, że odpłynął. Na szczęście tylko na kilka sekund, potem znów zawrócił całą swoją uwagę na towarzyszącą mu kobietę.
- Gdyby tylko chciał ze mną spędzić więcej czasu niż podczas rodzinnych posiłków z przyjemnością opowiedziałbym mu o swoich wyjazdach. Wiem, że udało mi się zaszczepić w nim zamiłowanie do szermierki, w przeszłości nawet wspólnie trenowaliśmy. - westchnął cicho – Odnoszę wrażenie, że podobałyby mu się moje opowieści. Możliwe pozwoliłoby to nam nawiązać więź porozumienia. - uśmiechnął się łagodnie.
Wysłuchał jej słów w uwagą. Miała racje, należało się dokładniej przyjrzeć całemu systemowi nauczania w Hogwarcie. Jego dzieci już niedługo postawią swoje pierwsze kroki w tej szkole, wolałby aby uczuli się rzeczy odpowiednich i przydatnych, a nie takich, które tylko bez sensu zabierałyby im czas.
- Wiesz, wydaje mi się, że to dobry temat na dłuższą rozmowę. Można by się na spokojnie wszystkiemu przyjrzeć, złożyć wniosek w ministerstwie. Kto wie, może wzięliby to pod uwagę. - pokiwał lekko głową. - Myślę, że na pewno należałoby się pozbyć mugoloznastwa, ten przedmiot w niczym nie pomaga. Zwłaszcza teraz. Tak jak mówisz, przyjrzenie się profesorom, dokładne ich prześwietlenie z całą pewnością by nie zaszkodziło. I tak, może nie skupiłbym się całkowicie na czarnej magii, ale teraz kiedy dostęp do niej jest zdecydowanie większy na pewno przydałoby się aby młodzież w szkołach zaczęła z nią bliżej obcować. Może nie zagłębiać się tak bardzo w szczegóły, ale jednak pokazać im jak to działa. Nie wszyscy muszą chcieć obcować z nią w przyszłości, ale żeby wiedzieli z czym mają do czynienia. To na pewno nie zaszkodzi. - odparł spokojnie kiwając głową.


I know what you are doing in the dark

I know what your greatest desires are.
Xavier Burke
Xavier Burke
Zawód : artefakciarz, menager Palarni Opium
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
I know what you are doing in the dark, I know what your greatest desires are
OPCM : 10 +2
UROKI : 11 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 18 +2
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9606-xavier-burke-w-budowie https://www.morsmordre.net/t9631-korespondencja-lorda-burke#292826 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t10032-skrytka-bankowa-nr-1569#302913 https://www.morsmordre.net/t9630-xavier-burke#292819
Re: Droga na skróty [odnośnik]25.11.23 15:35
Lady Primrose Burke jest czarownicą, jakiej nie ma w całym świecie. Dobrze urodzona, piękna i elegancka, z głową pełną pomysłów i zapału w działaniu. Półwila może się szczycić mianem jej przyjaciółki, sympatią zaskarbioną przed laty. Obecnie jest jej najbliższą powierniczką sekretów i już wkrótce będzie o niej wiedzieć więcej, niż ktokolwiek inny.
- Oh doprawdy? - dziwi się, że Xavier nigdy nie dostał się do rezerwatu. Jest świadoma, że on wraz z Mathieu dobrze się znają, wszak to Rosier był tym, który polecił przyjaciela jako najlepszą osobę, co do dyskusji o ekonomii. Evandra dobrze wspomina ten moment i chętnie podjęłaby się kolejnej współpracy w przyszłości. - Wobec tego jeśli nie uda ci się wcześniej, już teraz chciałabym cię zaprosić do Smoczych Ogrodów. Planuję otworzyć nową wystawę, serpentarium poświęcone stworzeniom z Wyspy Węży. O ile nic się po drodze nie wydarzy, trzymaj proszę kciuki, zapraszam w połowie października. - Uśmiecha się tym szerzej, czując nieskrywaną dumę z powodu prowadzonego projektu. Prace trwają już od kwietnia, wielkimi krokami zbliżają się ku końcowi i wszystko byłoby gotowe już we wrześniu, gdyby nie te nieszczęścia, które pojawiły się w rezerwacie wraz z kometą. Dziwna zbieżność wydarzeń.
- Szczerze wierzę, że wszystko się ułoży - chce pokrzepić jego serce. Spogląda na Xaviera ciepłym, typowo matczynym wzrokiem. - Niestety trzeba dać mu trochę czasu. Może kiedy się oswoi z twoim powrotem, zrozumie, jak bardzo jesteś mu potrzebny? Tęsknota objawia się na różny sposób. Kluczem do sukcesu będzie tu cierpliwość. Myślisz, że jesteś w stanie mu ją ofiarować - pyta dalej metodycznie, acz z wrażliwością. Ostatnim, czego pragnie, jest zniechęcenie lorda Burke do pojednania z jedynym synem. Więzy rodzinne są dla Evandry najwyższą z wartości. Zrobi wszystko, by zadbać o swoich najbliższych i chce tego samego dla niego.
- Zgadzam się co do mugoloznawstwa, już wkrótce nie będzie w Anglii żadnych, więc to absolutnie zbędna wiedza - myśli na głos, zastanawiając się jednocześnie, czego do tej pory nauczano na tym przedmiocie. O zwyczajowości przedmiotów? O mało istotnej dla świata historii? - Chciałabym także zobaczyć wśród uczniów nowych cech. Nauczyć ich ogłady, zachowania w towarzystwie, przydałaby się lekcja etyki. Myślę także o zadbaniu o zdrowe ciało. Lot na miotle, to obecnie jedyna ze sportowych dziedzin, do jakich się sięga. Co z tańcem, szermierką, pływaniem? Hogwart nie robi żadnego pożytku z bliskiej obecności jeziora. Wystarczyłoby pomówić z trytonami, by przypilnowały innych stworzeń, aby potencjalnie nikt nie ucierpiał - zastanawia się na głos, szukając tego, czego brakowało jej w hogwarckich czasach. Wprawdzie większość pobytu w szkole i tak spędziła na nauce i opanowaniu swego wilego czaru, ale przecież chętnie uczestniczyła we wszystkich lekcjach. Brałaby w nich udział tym częściej, gdyby wykładana wiedza była znacznie szersza. - Sądzę, że skoro szkoła zabiera nam dzieci na cały rok, powinna im gwarantować lepsze wychowanie. Kształcenie nie tylko w zakresie magii, rzucania uroków i warzenia eliksirów, ale też ogólnego poruszania się w społeczeństwie. Masz rację, przydałoby się wystosować pismo. Sądzisz, że któryś z wyższych urzędników od edukacji jest tu obecny? - Odruchowo unosi wzrok i przesuwa nim po okolicznych ludziach, choć nawet nie ma pojęcia, jak ten mógłby wyglądać.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Droga na skróty [odnośnik]29.11.23 18:00
Słysząc o jej inicjatywnie uniósł brew ku górze, a po chwili pokiwał głową z uznaniem.
- To bardzo ciekawy pomysł. - uśmiechnął się łagodnie – Choć dla niektórych nazwa Wyspy mogłaby być oczywista, że tylko żyją na niej węże, to jednak z całą pewnością posiada bardzo fascynującą faunę. Możesz być pewna, że jak tylko wystawa zostanie otwarta z przyjemnością się na niej pojawią i dowiem nowych rzeczy. - odparł patrząc na nią.
Był naprawdę ciekaw tej wystawy. Opieka nad magicznymi stworzeniami nigdy nie była jego mocną stroną, więc jeśli miał okazję dowiedzieć się czegoś nowego, a kto wie, może i przydatnego, z przyjemnością to zrobi.
- Czasu i przestrzeni tak myślę. - odparł na jej słowa odnośnie jego syna – Nie chcę też na nim nic wymuszać, bo to wcale nie o to chodzi. I możesz mi wierzyć, jestem w stanie ofiarować mu cierpliwość. Dobro moich dzieci jest dla mnie najważniejsze, zwłaszcza teraz kiedy został im tylko jeden rodzic. Oczywiście, nadal mają rodzinę, która otacza ich opieką, nie zmienia to jednak faktu, że nikt nie zastąpi im rodziców. - dodał uśmiechając się lekko.
Wiedział, że Cornel potrzebuje czasu aby oswoić się z tym, że ojciec jest znów obok. Nie było go kilka miesięcy i młodzieniec bardzo się przez ten czas usamodzielnił jak na siedmiolatka, co z jednej strony cieszyło Xaviera, ale z drugiej chyba by jednak wolał aby nadal był tym małym chłopcem.
- Zgadzam się w pełni. Nasze dzieci już w domach otrzymują lekcje odpowiedniego zachowywania się i wiedzą, że słowami mogą zdziałać dużo jeśli tylko potrafią się nimi odpowiednio posługiwać. Inne dzieci tego nie mają, więc dlaczego nie miałyby nauczyć się tego w szkole. Nasze rodziny zatrudniają najlepszych nauczycieli dobrego wychowania, Hogwart też mógłby takiego mieć w swoich szeregach, z całą pewnością zrobiłoby to wiele dobrego dla dzisiejszej młodzieży. - zgodził się z nią.
To był naprawdę dobry pomysł. Dzięki dobremu wychowaniu, umiejętności zachowania się w określonych sytuacjach można było sobie zjednywać przyjaciół i robić dobre wrażenie dla ogóle. Były to umiejętności, do których każdy powinien mieć dostęp.
- Taniec dla dziewcząt, szermierka dla chłopców i pływanie też jest dobrym wyjściem. Każdy mógłby znaleźć coś dla siebie, a ci, którzy ewentualnie nie byliby zainteresowani zawsze mogą pozostać przy lataniu. Jednocześnie wprowadziłbym te zajęcia jako obowiązkowe aby każdy miał kondycję i czuł się dobrze. - dodał spokojnie – Widzę, że myślałaś już nad tym wcześniej Evandro. To są naprawdę dobre sugestię i jeśli tylko będziesz miała ochotę możemy spotkać się ponownie i przysiąść nad planem aby dołączyć go do pisma. - pokiwał głową, po czym powiódł wzrokiem za nią patrząc po ludziach zgromadzonych na około – Całkiem możliwe, jednak na ten moment nie znam nazwisk osób odpowiedzialnych za edukację. Jednak kilka dni i powinienem zdobyć odpowiednie nazwiska. - uśmiechnął się łagodnie.


I know what you are doing in the dark

I know what your greatest desires are.
Xavier Burke
Xavier Burke
Zawód : artefakciarz, menager Palarni Opium
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
I know what you are doing in the dark, I know what your greatest desires are
OPCM : 10 +2
UROKI : 11 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 18 +2
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9606-xavier-burke-w-budowie https://www.morsmordre.net/t9631-korespondencja-lorda-burke#292826 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t10032-skrytka-bankowa-nr-1569#302913 https://www.morsmordre.net/t9630-xavier-burke#292819
Re: Droga na skróty [odnośnik]29.11.23 18:54
- Masz rację, nazwa jest oczywista - śmieje się dźwięcznie, przytakując czarodziejowi. - Nie są to jednak wyłącznie węże, ale też inne stworzenia, o których niestety ci nie opowiem, gdyż nie miałam na tyle okazji, by się z nimi zaznajomić - przyznaje z rozbrajającą szczerością, odsłaniając swoją niewiedzę. Nie ma oporów przed tym, aby zdradzać swój brak kompetencji. Do tego przecież dąży — do ciągłego wzrastania i powiększania wiedzy. Gdyby wszystko było takie jasne i oczywiste, nie można by było dostrzec żadnego progresu, a przecież rozwój jest tym, co Evandrę najmocniej ekscytuje. Dotąd w kwestii magicznych stworzeń skupiała się głównie na poszerzaniu wiedzy o trytonach i hippokampach, jako że te najczęściej można spotkać w okolicy Thorness Manor. W ciągu ostatniego roku zaczęła się także interesować smokami, jako że lady doyenne wypada być zaznajomioną z podopiecznymi rezerwatu, nad którym pieczę sprawuje ród Rosier. Przed półwilą nadal długa droga, lecz spogląda na nią z optymizmem, szczerze wierząc, że ma jeszcze trochę czasu, aby się weń zgłębić.
- Jesteś dobrym ojcem, Xavierze. Pamiętaj, że twoja absencja nie jest twoją winą, a wynika z obowiązków, jakich małe dzieci nie potrafią zrozumieć. Z biegiem lat więcej stanie się dla nich jasne, zaznajomią się z prawami rządzącymi tym światem. - Wzdycha tylko cicho, bo sama nauczyła się tych zasad stosunkowo późno, przez większość czasu będąc w stanie wymusić na rodzicach, jak i profesorach niemal każdą zachciankę.
- Dokładnie to samo mam na myśli, cieszę się, że się zgadzamy - uśmiecha się tym szerzej, kiedy lord Burke podziela jej zdanie. To dobrze, że są wśród arystokracji czarodzieje, którzy poważnie podchodzą do wychowania nie tylko swoich dzieci, ale też całego czarodziejskiego społeczeństwa. - Jeśli mamy wspólnie tworzyć nowy, lepszy świat, to nie możemy stale pogłębiać podziałów. To oczywiste, że szlachetna krew zawsze wieść będzie prym, lecz nie oznacza to, że reszta świata powinna mocno od nas odstawać. - Walczy o to każdego dnia, organizując rozmaite wydarzenia, mające na celu wzmaganie w czarodziejach zrozumienie oraz jedność.
- Myślałam o tym, a i owszem. Może i Evan kończyć będzie dopiero drugi rok życia, tak jeśli chcę, aby dostał wszystko, co najlepsze, chciałabym zobaczyć w Hogwarcie zmiany już teraz, aby te miały okazję się utrwalić. W najbliższych miesiącach mogę nie mieć na to czasu, córka z wolna wybiera się na ten świat i muszę poświęcić jej dłuższą chwilę, ale sądzę, że po noworocznym sabacie będzie ku temu okazja. - Marzeń ma wiele i chce o nich myśleć, jak o realnych planach. Nawet jeśli żyje ze świadomością, że każdy dzień może być jej ostatnim, że któryś z ataków serpentyny zabierze jej oddech i ukróci istnienie, tak nie może przecież poddać się stagnacji.
- Przejdziemy się? Słyszałam, że nieopodal na moście rozstawili się artyści malarze. Chętnie poobserwowałabym ich przy pracy - proponuje, powoli podnosząc się z miejsca, pozwalając przy tym czarodziejowi, aby usłużył jej dłonią. - Interesujesz się może malarstwem? Miałam niedawno przyjemność doświadczyć wspaniałej wystawy z epoki romantyzmu.

| zt dla Evandry i Xaviera



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Droga na skróty [odnośnik]29.11.23 19:48
Panika chłopca, tak niezrozumiała i nagła wprowadziła go w konsternację, chwilę szoku, ale zreflektował się w końcu, próbując go uspokoić, złapać wpierw jego dłonie, którymi drapał po sobie, a potem sięgając do kieszeni, by wyciągnąć z niej monetę — ta w tym świecie nic nie była warta, być może nigdy nie była nawet monetą, a medalikiem, który odpadł z czyjegoś łańcuszka.
— Popatrz, popatrz — podjął, próbując go zaciekawić, zająć czymś jego myśli, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy. Wyciągnął dłoń, pomiędzy palcami obracał monetę, wpierw obracała si po knykciach, a potem zniknęła. Rozwarł obie dłonie, obrócił je w obie strony. Tylko nie płacz, nie płacz, nie chciałem cię wystarczyć. Nim mu się udało, nim choćby na chwilę osiągnął to, co zamierzał pojawiła się za jego plecami jak cień, jak duch, jak zjawa. Jej odpowiedź taka spokojna, cicha wcale nie ukoiła rozszalałego serca. Taka rozsądna, taka poważna, tłumacząca chłopcu najprościej jak się dało oczywiste fakt, nie śmiejąca się z niego, nie krytykująca zachowania, pełna zrozumienia i cierpliwości. Patrzył na nią przez chwilę, przez pryzmat wspomnień widząc jej śmiech, słysząc jej głos w małej, włoskiej restauracji. Wydawała się cieniem samej siebie, a jednak była tak mocno zakorzeniona w rzeczywistości, że sam nie mógł w to uwierzyć.
— Shh.. Blue — uciszył psidwacze szczenie, wyciągając do niego ręce, odsuwając się od rodzeństwa, które potrzebowało w tej krótkiej chwili siebie wzajemnie i przestrzeni wolnej od tych, którzy wywoływali niepokój. Klepnął uda, zachęcając psiaka przyjaciela by wskoczył na nie, a kiedy po którymś razie to uczynił, nieporadnie, ale z serdecznością, chwycił go na ręce i podrapał. — Nie szczekaj, wszystko jest w porządku — pogłaskał go po głowie, trącając palcami brązowe uszy. Wstawał, kiedy obejmując brata zwróciła się w jego stronę. Już wcześniej pojął, że się wygłupił. Dlaczego miałaby nie żyć, dlaczego mógł tak o nich myśleć — mogli uciec jak wszyscy, kiedy bruk spłynął w Londynie krwią. Jakże głupie było to stwierdzenie, przecież nie szukał jej dostatecznie mocno, nie podejrzewał nawet, że umiała o siebie zadbać, umiała przeżyć i przetrwać. — Sam nie wiem, mają jakieś znaczenie? Te okoliczności? — spytał, spoglądając na nią, kiedy sprzedała mu kuksańca, jakby chciała powiedzieć, że nic się nie stało, mógł się rozchmurzyć. Mógł? — Byłoby inaczej w innych? — Jego serce zabiłoby tak samo, gdyby spotkał ja pośród kwiatów na łąkach Weymouth, jak i w gruzach kamienic sąsiadujących z Londynem miast. Czuł się głupio, przekreślił ją, nie myśląc nawet o tym, że mogła potrzebować pomocy, wsparcia, znajomej gęby. Uznał ją za martwą, pożegnał, przeżył żałobę, jak po kimś bliskim — a była mu bliska, ona, jej rodzina. Namiastka utraconego domu, utraconej rodziny. Ile razy można ją stracić, ile razy życzyć by ziemia miękką im była? Chciał jej powiedzieć, że czuł ulgę, czuł radość, ale czuł też, że wybrzmiałby jeszcze bardziej głupio niż wcześniej. — Przepraszam, to... — Zdał sobie sprawę w końcu na co wskazywał Vito, jej braciszek. I ona na to patrzyła przez chwilę. Nie puszczając jedną ręką Blue, drugą zsunął z nadgarstka otarciem o biodro bransoletkę z koralików. — To chyba... twoje. — Wyciągnął rękę w jej stronę, w palcach jeszcze chwilę obracając kolorowe kamyki, które od tak dawna przypominały mu o ludziach, których los zabrał. — Znalazłem to u was, kiedy... — Chciał sprawdzić, czy wszystko było u nich w porządku, czy przetrwali ten horror. — Nie powinienem był tego brać, ale po prostu... — Chciałem zabrać ze sobą coś, co będzie mi o tobie przypominać. Niezbyt długie epizody stały się ważnym elementem londyńskiego życia. A jej śmiech potrafił napawać optymizmem nawet w najczarniejszą i najbardziej przygnębiającą noc. — Nie masz pojęcia, jak dobrze cię widzieć — wyrzucił w końcu z siebie z uśmiechem pełnym ulgi; szczerym, oddanym. Nim powiedział więcej światło zalało cały las, a on przymknął oczy i odwrócił się w stronę źródła światła, choć widział przez to jeszcze mniej. Wyciągnął rękę, próbując się osłonić, ale Blue zaczął się wiercić nerwowo, musiał go objąć obiema rękami. — Shh...— Próbował go uspokoić, gładząc go po grzbiecie, ale drżał. — Co się dzieje? Co to było? — spytał już czarownicę, zerkając w niby, kiedy wszystko zgasło. Fajerwerki? Bez hałasu, bez eksplozji? Tak ciche i niepokojące? Wyprostował się i obrócił w drogą stronę, próbując odnaleźć spojrzeniem źródło zagrożenia, ale nie potrafił, aż w końcu ziemia zaczęła drżeć. Zerknął pod własne stopy, w leśnej ściółce szukając odpowiedzi, ale przecież jego ciało się już spięło, wiedziało zanim sam to zrozumiał. Musieli uciekać.
— Gia, chodźcie — ruszył przed siebie, przedramieniem przedzierając się przez krzaki, osłaniając niesionego, drżącego psidwaka. Zaszedł kilka kroków, kiedy dostrzegł łamiące się drzewa. Fala szła ku nim. — Gia! — Zdążył tylko krzyknąć, zrobić jeden krok w jej kierunku, kiedy ich zmiotła, rzucając w trawę, niewysokie krzaki.
Świst w uszach, dezorientacja. Rozejrzał się dookoła, ale wszystko się trzęsło, a wszystkim były tylko tumany pyłu i kurzu, który drapał gardło. Ciepły język liżący jego twarz zmusił go do otwarcia oczu. Było ciepło, nieprzyjemnie. Wsparł się dłońmi, ale czuł się jakby był pijany, kiedy nie potrafił złapać na klęczkach równowagi. Krew sączyła się z ramienia, zbroczyła jasną koszulę. Musiał o coś zahaczyć, ale nie wiedział ani co, ani kiedy. Cały brudny, pokryty kurzem i wystraszony szczeniak próbował na niego wskoczyć. Zaszczekał, zmuszając go do wzięcia się w garść, przypomnienia sobie gdzie było i co się działo.
— Gia?— spytał głucho, ogniskując spojrzenie na psie, który wciąż wystraszony, wydawał się pobudzony. Podbiegał i odbiegał, jakby chciał go gdzieś prowadzić, jakby chciał dokądś uciec. W kieszeni miał kompas od Marcela, ale Blue musiał wiedzieć lepiej. Tylko gdzie była Gia? Wstał chwiejnie na nogi i spróbował dotrzeć do niej przez opadający pył. Liście i igły sypały się na wpół spopielone na głowę. — Gia? — Spróbował do niej dotrzeć, myślał, że wiedział, gdzie była, a kiedy ją zauważył, doskoczył do niej przytomniej. — Musimy iść. Musimy uciekać!
Co się stało, co się działo — nie miał pojęcia. Nie miał czasu na myślenie, wiedział tylko, że musieli biec. Zabrać Vito, znaleźć Marcela i biec przed siebie.



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty

sick thoughts

OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Droga na skróty [odnośnik]01.12.23 1:15
dla Jima

Kiedyś była muzyka, kiedyś był taniec. Śmiech jak musujące bąbelki gromadzący się w gardle, gromko wyrywający się z piersi i intensywność kolorów, aromat śródziemnomorskich dań. Kiedyś były obroty wokół własnej osi, gdy z rąk zwisały wciąż nieugotowane nitki pasty niesione do wrzącej wody oraz kąśliwe uwagi rzucane w najpiękniejszym języku, jaki istniał, nim w ruch poszła szmata wymierzająca złudną karę za bezczelność i pełne chichotów ucieczki przed nią. Kiedyś było ciepło i ciepłem tym dzielono się równie chętnie, co kieliszkiem wina po zakończeniu ciężkiego dnia, bez uprzedzeń, za to z sercem na dłoni. Kiedyś były marzenia, te o wielkiej sławie i podziwie, wyobrażenia o zasłuchanych tłumach oraz ucieszonych oklaskach. Dziś nie było nic. Szary fragment, smutny cień wczepiający się kurczowo palcami w rzeczywistość, choć tak naprawdę puściłby się najchętniej i zniknął w tej całej codzienności. Wojna odcisnęła swoje piętno na każdym, naznaczyła czerwienią, nauczyła przetrwać, a nie żyć. Czy nie byłoby dziwniejsze, jakby tak pozostali tacy sami? Okrutniejsze nieco nawet, naiwne wręcz. A naiwność zabija. Oboje jednak mimo wszystko przetrwali, trochę wypaleni, trochę wypaczeni, karykatura przeszłości, bądź nowy szkic nałożony na stary obraz, przy którym trzeba wytężyć wzrok, żeby coś faktycznie dojrzeć. Ale byli, a to wystarczyło dziewczynie w zupełności. Być, trwać mimo przeciwności, nawet jeśli piosenki nie układały się tak łatwo na ustach, a uśmiech z sycylijskiego słońca zamienił się na to angielskie.
Mokry nos wciśnięty w prawy obojczyk, chude ramiona trzęsące się coraz słabiej. Gdyby nie trik z monetą, gdyby nie wyliczanka Gianny, tak atak paniki chłopca ciągnąłby się przez kolejne minuty. Szczęśliwie, ośmiolatkowie posiadali nadzwyczajną zdolność skupienia godną złotej rybki, stąd też dalsze zawodzenie zostało im oszczędzone. Mimo to dłoń głaszcze ciemne kosmyki kojąco, równie ciemne węgielki oczu wędrują ku Doe trzymającego szczenię na rękach. Pyta ją, a ona w głowie ma tylko natrętne żywy, żywy, żywy. Jest żywy. Oczywiście, że jest. Nie wątpiła w to przecież, kostucha nie mogłaby sięgnąć ku niemu, bo był zbyt sprytny, zbyt zaradny. Wykręcał się jak kot, podczas spadania obracał się tak, żeby nie tylko mógł spaść na cztery metaforyczne łapy, ale i przy tym uśmiechnąć się zawadiacko. Nie wątpiła, a jednak fakt, że nadal istniał i dzielił przestrzeń świata z jej własnym wprawiał w oczarowanie, lekką ekscytację podszytą nostalgią. Co innego w marazmie trzymać poszczególne postaci w umysłowej zakładce pod tytułem: żywi, a co innego stać tuż obok.
- Cóż - zaczyna, zastanawiając się całkiem poważnie. Czy byłoby inaczej? Może nie byłaby taka wystrachana, a zarazem gotowa wydrapać każdemu oczy, kto zaczepiał jej brata. Może Vito nie wybuchnąłby płaczem, może byłoby nieco jaśniej, dzięki czemu mogłaby jak podróżnik śledzić mapę jego twarzy w poszukiwaniu drobnych zmian, przesunięć linii, nieznanych zaciśnięć ust, innego drgnięcia mięśni, nowych blizn i historii z tym związanych. Może, może, może - Nie mogę gwarantować braku łez, ale na pewno nie byłyby takie - odpowiada powoli, pstrykając małe lwiątko w czubek głowy palcami, na co młodszy Moretti reaguje stłumionym chichotem - I nie płynęłyby z tych samych oczu - dodaje, bo to, że wzruszyłaby się roztkliwiona ponad miarę, było dlań oczywiste. Bo James żył, żył, żył. Był tutaj. Względnie cały i względnie zdrowy. Powinno być jej głupio, że aż tak reagowała? Na młodszego brata Tommiego, na wspomnienie wspólnych wieczorów spędzanych w Małej Italii, kiedy raz jeszcze pokonana wracała z teatru Palladium? Nie, uznaje Gia. Głupio jest nie czuć nic.
- Och - z tego natłoku emocji nie wpadła na to, że bransoletka na nadgarstku chłopaka mogła do niej wrócić. Speszyła się lekko, wzrok odwracając, czując napięcie spinające kręgosłup, mimowolnie ściągający łopatki do tyłu - Nie...to... - gubi się. Jak powinna to powiedzieć? Jak nie wyjść na totalnego tchórza, niemal histeryczkę? - Sama nie mogłabym... - nie potrafiła tam wrócić, samo wejście do Londynu, zarejestrowanie różdżki było jak wbijanie ogromnej szpili raz po raz w klatkę piersiową. Zobaczyć co zostało z jej drugiego domu? Wejść w próg pierwszego, w poszukiwaniu śladów po linie? Nie, nie była w stanie. Nabiera głębszego wdechu - Dziękuję - mówi kulawo, na twarz przywołując uśmiech. Wyciąga rękę, sięgając po bransoletkę i na moment, ledwie kilka uderzeń serca swoją dłonią przykrywa tą jego, ściskając lekko. Dziękuję, że ją zabrałeś. Dziękuję, że ją zatrzymałeś. Dziękuję, że ją oddałeś. Dziękuję, że nie zapytałeś o...że nie zapytałeś. Kontakt skóry ze skórą urywa się równie szybko, jak się pojawił, koraliki grzechoczą cicho, kiedy wsuwa je na lewy nadgarstek, ma wrażenie, że jest dzięki temu bardziej sobą. A może to tylko tęsknota tak jej mówi, a ona wierzy durnie. To nic, to nic.
- Yhm. Ciebie rów... - urywa w pół słowa. Ciało spina się, żołądek ciągnie w dół, gardło zaciska się gwałtownie. Jeży się cała, to instynkt wprawia wnętrze w niepokój, krzyczy, żeby zwiewać, uciekać czym prędzej nim umysł zdoła pojąć, co się właściwie wyprawia. Intensywny blask wdziera się między korony drzew, nie tak bolesny jak powinien, acz wciąż mruży oczy. Spojrzeniem sięga do góry, do przebić skąd dostrzec można niebo. Jest jakieś inne. Przyzwyczajona do komety, do gwiezdnych piegów, bo na konstelacjach nie znała się wcale, podświadomie była przekonana, że coś się zmieniło, że coś jest nie tak. Nie może się jednak ruszyć, zerwać na równe nogi, bo obserwowane gwiazdy się powiększają. Na początku niemal niezauważalnie, żeby w jednej chwili część wyprzedziła inne.

Gia, chodźcie.
Nie ma dokąd Jim, chce powiedzieć, chociaż milczy. Gwiazdy sypią się jak brokat z niebiańskiego materiału.
Gia! Tik tak. Tik tak. Gramoli się na drżące nogi, pociągając za sobą brata, wtulając jego głowę w siebie, żeby nie widział tego, od czego sama nie jest w stanie oderwać przerażonego wzroku.
Tik tak. Tik tak.
Caro bambino, szepcze nonna Ignazia tuż przy jej uchu. W głowie. Meteor znika. A ziemia drży. Chwieje się, kurczowo ramionami obejmując Vito, jakby to mogło go obronić. Ocalić. Cisza piszczy w uszach, następnie zastępuje ją trzask łamanych gałęzi. Fala uderzeniowa nadchodziła i jedyne co mogła zrobić Gia, to odwrócić się plecami, wziąć cały impet na siebie. Tik tak. Tik tak.
Ciemność.

Pierwsze wrażenie, to suchość w ustach oraz głuche pulsowanie głowy. Pisk oraz świst w uszach i wirowanie otoczenia. Nie widzi całkowicie, jedno oko ma zamknięte, lepkie. Drżąca dłoń wędruje do powieki, ściera krew sklejającą rzęsy, rozcięła łuk brwiowy przy upadku. Krew płynie jeszcze z innego miejsca, ale myśli rozbiegają się zbyt szybko, żeby mogła zlokalizować inne źródło bólu niż ona sama w całokształcie. Dym wdziera się do gardła, kaszle wypluwając pył gromadzący się na języku. Chce się podnieść, ale nie może. Jest za ciężka. Smród spalenizny dociera do nozdrzy, ma wrażenie, że zaraz się udusi, zwymiotuje od nadmiaru mdłości. Vito by się z niej śmiał. Vito...VITO. Otwiera szerzej oczy, przytomniej, szukając gorączkowo drobnej postaci, ale chłopiec leży tuż obok, oddycha płytko rozglądając się w panice, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Gia na kolanach przypada do niego, badając rękoma każdy fragment, upewniając się, że nic nie jest złamane, chociaż podobno należy wpierw sprawdzić siebie, nim zacznie się udzielać komukolwiek pomocy. Gia o to nie dba, ważniejszy jest Vito. Żyje. Nic nie złamał. Westchnienie ulgi zmienia się w częściowy szloch, kiedy powoli podnosi głowę.
- Gia, siamo morti? - pyta słabo Vito, a słysząc to podstępna łza wymyka się z oka. Bo niebo właśnie kruszeje, spada prosto na nich.
- Sì, mio piccolo leone, siamo - mamrocze, a strach raz jeszcze wprawiłby ją w bezruch, gdyby nie Doe. Jego głos - Jim żyje, żyje, żyje, więc oni też? - wyrywa ją z szoku, zmusza do wstania, do podniesienia dziecka siłą, bez udziału samego chłopca.
- Niebo się rozpada Jimmy - odpowiada głucho na jego nawoływania do ucieczki. Niebo się rozpada. Rozpada. Spada. NA NICH - BIEGIEMVELOCE - krzyczy w końcu zdjęta paniką, bo zaraz to się znowu stanie, znowu uderzy. Chwyta za rękę Vito, za rękaw pociąga Jamesa, żeby zaczął biec razem z nią. Muszą stąd spływać. Już. Teraz. NATYCHMIAST. CZY PIES JEST BEZPIECZNY?!




Złoty klucz na dłoni, to nie mój dom
Siwy włos na skroni - ucieknę stąd
Gia Moretti
Gia Moretti
Zawód : aktorka w wędrownej trupie teatralnej
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Nothing ever ends poetically.
It ends and we turn it into poetry. All that blood was never once beautiful.
It was just red.
OPCM : 11
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
  older sister
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12011-gianna-moretti https://www.morsmordre.net/t12015-felice https://www.morsmordre.net/t12110-gia-moretti https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t12013-szuflada-gianny https://www.morsmordre.net/t12014-gianna-moretti
Re: Droga na skróty [odnośnik]05.12.23 2:47
stąd

- Nic ci nie jest? - pytał, gdy wtulona w niego usiłowała odzyskać oddech; odciągnięta na bok głowa przetarła nos o ramię, barwiąc czerwienią krwi biały materiał koszuli. Sam odkaszlał, ale wiedział, że na nic nie mieli już czasu - nie mogli trwać tak w nieskończoność, choćby pragnął tego co sił, nie był w stanie ochronić jej przed tym, co ciskane było z nieba. Poczuł dotyk Marii na swoim nadgarstku, nie wahał się ani przez chwilę, ściskając go i gnając jej śladem, gdy wyminęli tłum droga wydawała się prosta i bezpieczna, choć żadne z nich nie mogło mieć pewności, czy rzeczywiście taką była. Ból go nie osłabił, choć coraz mocniej kręciło mu się w głowie, nie mógł się zatrzymać - był pewien, że jeśli to zrobi, dziewczyna zatrzyma się razem z nim, zamiast biec dalej i ratować siebie. Biegł dalej, zamiast na własnych, polegając na jej oczach. Im mocniej jednak oddalali się od pochodu, tym bardziej wydawało mu się, że tak naprawdę zmierzali donikąd, że ta ucieczka wydawała się nonsensem, bo przełamane w pół niebo rozciągało się chyba nad całym miastem - co tu się właściwie wydarzyło? Krew na twarzy tamtej wiedźmy majaczyła mu przed oczami obrazem grozy, obrazem czegoś więcej, krwawych łez, w jakim rytuale nieświadomie wzięli przed momentem udział i jakie miały być jego konsekwencje?
Nie wypuścił dłoni Marii, gdy znaleźli się już przy stołach - chłonął ten widok, widok zgliszczy, pożar zdawał się być jeszcze ledwie iskrą. Zajął stoły, zajął korony drzew, lecz wkrótce mógł zająć całe Waltham. Nikt nie opanuje go wobec tego, co działo się na niebie. Nikt nawet nie spróbuje. Ciała. Martwe ciała przy stołach. Zaklął, z niedowierzaniem, nie wiedząc, czy stał w ten sposób jedną czy kilka, czy może kilkanaście dłuższych chwil. Musiał się otrząsnąć. Musieli biec dalej, póki nie będą bezpieczni. Las zamieniał się w pułapkę, płonący pierścień ognia, który zacznie zaciskać się wokół nich. Płomienie sięgały coraz wyżej i wyżej. Tańczyły na tle upstrzonego gwiazdami nieba, na którym kolejne smugi pozostawiały ciskane niewidzialną dłonią meteoryty.
- JIM! JIM! JAMES!!! - ryknął, mimo bólu ściskającego nozdrza złamanego nosa, mimo krwawej strużki, która znów spłynęła po twarzy, upuszczona gwałtownym oddechem wymuszonym przez krzyk. Lada moment podniesie się silna wrzawa, lada moment zjawi się tu reszta pochodu. Wtedy będzie znacznie trudniej. Zobaczyć się, usłyszeć. - BLUE! - Psidwak miał lepszy słuch od Jima, jeśli nie znajdzie przyjaciela, zwierzę powinno im pomóc. Jim musiał tu być, żywy, cały, niedaleko się rozstali, nie mógł zniknąć daleko stąd. Nie powinien był, nie powinien był zostawiać go samego. Dłoń w przerażonym napięciu wzmocniła swój uścisk na dłoni Marii. - JIM! On... on gdzieś tu jest, musi być, przed chwilą tu był - wymamrotał pośpiesznie do dziewczyny, gdy zawilgocone - może z dymu, może z bólu, może z przerażenia - błękitne oczy rozpaczliwie usiłowały odnaleźć przyjaciela, nie było to łatwe, gdy wciąż trudno było nabrać oddechu, gdy serce biło zbyt mocno, a prócz łuny pożaru otaczały ich ciemności, lada moment będzie trudniej, gdy reszta pochodu rozpierzchnie się po łące. - JIM!!! BLUE!!! - Wiedziała przecież, o kim mówił, wiedziała, bo to on ich poznał, bez niego stąd nie wyjdzie. - Biegnij do miasta, Mario, muszę go znaleźć - zwrócił się do niej, nie chcąc w tę ognistą pułapkę ciągnąć jej - choć odgłosy eksplozji dobiegające z daleka wywoływały słuszne wahanie, soczyste krople krwi z nozdrzy znów spadły na ogrzaną płomieniami trawę, w amoku nie zwracał na to uwagi. Skoncentrowany na celu zdawał się nie myśleć o niczym innym - teraz musieli przetrwać, tylko tyle. I aż tyle.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

red -
the blood of angry men

OPCM : 6 +3
UROKI : 5 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 41
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Droga na skróty [odnośnik]05.12.23 19:24
Chciała powiedzieć, że nic jej nie było; ale nawet przez pancerz adrenaliny przebijał się pulsujący ból kończyn, na które upadła najpierw, w instynktownej próbie obrony przed upadkiem. Teraz był jednak prosty do zignorowania, przynajmniej tak długo, jak serce pompowało krew, tak długo, jak istniał najmniejszy nawet płomyk nadziei, że jeszcze od tego wszystkiego uciekną, że dadzą radę przeżyć, bardziej w całości niż nie. To chyba jego ramiona, nieoczekiwanie bezpieczna przystań, w której się znalazła, pozwoliły na zrodzenie się myśli, że to przecież nie może być koniec. Wbrew logice, wbrew podpowiedziom trzęsącej się ziemi, odpowiedzi, zupełnie bezpośredniej, meteoru uderzającego w las.
— Nic mi nie będzie — odpowiedziała więc, walcząc z kolejnymi napadami kaszlu; pył wdzierał się podle do nosa i gardła, nie pozostawiał wyboru. Albo będzie walczyć, albo zginie. Nie było trzeciej drogi, nie było pokoju, było tylko poddaństwo lub powstanie. Choćby przeciw niebu. — Twój nos... — zaczęła, ale nie dokończyła. Musieli biec dalej, pomimo bólu, pomimo strachu trzymającego ich w żelaznym uścisku. Jeżeli jest jeszcze coś później, Marcel, obiecuję, że się tam znajdziemy i wszystko będzie już lepsze niż teraz, i zrobimy coś z nosem, z tym pyłem, nawet całym światem, ale musimy tam dotrzeć. Jeszcze trochę...
Biegnący przed nimi młodzieniec wyznaczał drogę, którą mieli podążać. Żołądek podchodził powoli do gardła, gdy oczy chłonęły rozmiary tragedii. Czuła kręcące się w kącikach oczu łzy, ale łykała je raz za razem, musiała, prowadziły przecież nie tylko ją, ale i Marcela, który pewnie czuł, jak mocno, pomimo uścisku, drży trzymająca go dłoń. Niebo przecież wcale nie było najgorsze — im bliżej serca lasu, tym więcej straganów, pozostałości po nich, tym więcej, wydawało się, porzuconych kukiełek — ludzie nie wyglądali jeszcze na martwych, ale nie ruszali się; ci przygnieceni nie byli często widoczni w całości, ale nawet w szoku, a może przede wszystkim w szoku, nie mogła udawać głupiej, nieświadomej powagi sytuacji. Czy w okolicy była jakaś pusta łąka? Nie miała pojęcia, ale taka uchroniłaby ich przed drzewami. A co, jeżeli las zajmie się ogniem? Sucha od sierpniowego słońca trawa pochłonie ich żywcem. Może więc uciekać do miasta? Co z budynkami? Odnaleźli nawet długi stół, zastawiony zwęglonym już jedzeniem, przełamanym w pół. Obiekcie ich krótkiego marzenia o pełnym żołądku. Nawet to zostało im zabrane w obliczu końca świata. Ale może to lepiej — myśl o robactwie powróciła do głowy Marii ze zdwojoną siłą, choć w gardle znowu zaschło. Nie zauważyła, że zatrzymali się przy tym widoku, jak na komendę, w milczącym porozumieniu, w chwilowej — wszystko przecież wydawało się skondensowane do kilku chwil, na więcej nie mieli czasu — żałobie. Bo dopiero po chwili dojrzała to, co było w całym obrazie najgorsze. Oczy bez iskry życia wpatrujące się w nich bez wyrazu, choć jeszcze wilgotne. Otwarte usta, krzyczące bez dźwięku, że mają uciekać, ratuj się kto żyw.
Kto wykonał polecenie, kto pierwszy szarpnął ich w ponowny pęd? A czy to miało jakieś znaczenie? Otworzyła szerzej oczy, w niedowierzaniu. Jim — on był tutaj? Sam? Najgorsze scenariusze przemknęły w tej samej chwili przez jej głowę, wydawało jej się, że grunt znów osuwa jej się spod nóg.
— JIM! — wrzasnęła bez zadawania pytań; może nigdy ich nie zada, bo może z góry byli skazani na porażkę. A może chichot losu sprawi, że znajdą go niedługo, tuż obok. Nikt nie zasługiwał, aby prawdziwy koniec dopadł go samego. Co z tego, że ledwo go znała. Wtedy, w domku na drzewie powiedział, że tak nazywają go przyjaciele i ona też może. To niewiele, aby pomyśleć, że ktoś mógłby kiedyś stać się prawdziwym kompanem, ale gdy było się nikim, nawet niewiele potrafiło być wszystkim. — JIM, TUTAJ!!! — w kolejnym akcie desperacji wzniosła rękę do góry. Blada skóra odcinała się w ciemności od czerni opończy, kaptur już dawno zsunął się z włosów, pozostawiając je na pastwę pyłu; kosmyki wcześniej splecione w warkocz i związane podarowaną Marcelowi wstążką poruszały się na wietrze, podobne do chorągwi, lecz tylko po jednej stronie głowy, drugi z warkoczy wciąż — jakoś — się trzymał.
— Znajdziemy go — choć głos drżał, próbowała włożyć wszelkie siły w to, aby zabrzmiał jak najbardziej pewnie. Oczywiście, że go znajdziemy, nie mamy innego wyjścia. I Blue, kimkolwiek jest, też znajdziemy, może będą wiedzieć, dokąd uciekać. Ledwo powstrzymała się przed zatrzymaniem, gdy kazał jej uciekać do miasta. Zimna fala niedowierzania i niezrozumienia oddzieliła ją na chwilę od gorąca przybierającego na sile pożaru. Ciało jednak na powrót zadziałało prędzej niż głowa, palce zamiast rozluźnić uchwyt zacisnęły się jeszcze mocniej, wyciągnięta w górę dłoń dalej trwała w tej samej pozycji.
— Uratowałeś mi życie — słowa same spłynęły na język, same wydostały się na zewnątrz. Rozumiesz, ile to znaczy? — Nie mogę was tu zostawić — Ciebie, Jima, Blue. Całe życie uciekała, teraz również prosto byłoby po prostu wziąć nogi za pas, ale gdzieś w umyśle dźwięczały — raz jeszcze — słowa Pani Jeziora. O odwadze płynącej z dobrego serca, o tym, że mogła przecież uczynić wiele więcej niż tylko uciekać, nie mogła dać zdominować się swoim obawom. Jeżeli kiedyś miał być ten moment — to tylko teraz. — JIM!! — krzyknęła raz jeszcze, próbując skupić się na tyle, by dostrzec cokolwiek — białą koszulę, którą miał wczoraj na sobie, ciemne loki, cokolwiek, po czym mogłaby poznać, że wreszcie znaleźli Jamesa. Teraz nie mogła spojrzeć znów na Marcela — obawiała się dostrzec na jego twarzy rozczarowanie, do którego miał pełne prawo; strach, już nie tylko o siebie i przyjaciela, ale jeszcze o nią. Był dobrym chłopcem, dzielnym i czułym, choć dwa dni spędzone w swoim towarzystwie różniły się dramatycznie. Nie mogła go zawieść. Nie mogła zginąć, gdy już raz podarował jej drugą szansę.
Przepraszam, Marcel, nie mogę inaczej, twoje życie to też moja sprawa.


Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Maria Multon
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You poor thing
sweet, mourning lamb
there's nothing you can do
OPCM : 12 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 16
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t12111-maria-multon https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#360683
Re: Droga na skróty [odnośnik]05.12.23 22:00
Jeszcze chwilę wcześniej, jeszcze nim niebo runęło im na głowy, pokręcił własną. Nie potrzebował łez, nigdy nie szukał w nich pocieszenia i pewności; łzy były złe. Były marnym wyrazem rozpaczy, bezradności, kapitulacji. Słabości wzruszeń. Nie pragnął jej płaczu, tęskniąc za uśmiechem radosnym, za iskierkami w oczach, które sprawiały, że kiedy ich ciała przypadkiem się zderzyły lub zetknęły w zbyt wąskim przejściu ładunek przeskakiwał z nią na niego, przeskakiwał synapsa po synapsie. Patrzył na nią wciąż nie wierząc, że żyła i wciąż nie rozumiejąc dlaczego tak łatwo przyjął tę myśl. Mógł jej poszukać, mógł o nią pytać — nie zrobił tego, zamiast tego zabierając z miejsca, które kojarzyło mu się z domem, małą kolorową bransoletkę z koralików. Bransoletkę, która przypominała mu o niej, o tym, co od niej dostał, o tym, co dała mu jej rodzina, kiedy stracił własną, zupełnie jakby w kilku nawleczonych na nitkę kulkach można było zamknąć dziesiątki wspomnień. Odwzajemnił uśmiech, kiedy jej ciepła dłoń przykryła jego własną; żywa, prawdziwa. Czuł bicie serca pod jej drobnymi palcami, paluszkami, którymi nawijała makaron przed wrzuceniem do garnka, którymi szarpała za struny. Zamknęła w nich jego; niegdyś połamane i okaleczone. Czy potrafiłby zagrać z nią na gitarze? Powtórzyć po niej te same ruchy dziś? Kąciki ust wygięły się lekko, a potem wszystko zniknęło. Zastała ich ciemność. Zastał ich czas strachu i rozpaczy.
Rozharatane ramię sączyło się krwią, która wsiąkała w brudną koszulę, ale nie zważał na to, bo skaleczenie i ból były w tej chwili najmniej ważne, najmniej istotne. Nie potrafił myśleć, co się działo, co się stało i gdzie, drzewa wokół — połamane, zniszczone; nieboskłon spowity świecącymi gwiazdami w ogniu, które leciały prosto na nich. Strach wstrząsnął jego sercem; strach o życie tu i teraz, nic więcej jeszcze, bo czas na refleksje dopiero nadejdzie. Spróbował pomóc dziewczynie; gotów by wziąć chłopca na ręce, ale postawiła go na nogi. Biegiem, przed siebie. Ruszył, potykając się o korzenie, fragmenty złamanych drzew, które runęły chwilę wcześniej prosto na nich, dopiero teraz zastanawiając się nad tym, że cudem uszli z życiem. Biegł tuż za nią i jej bratem, nie chcąc ich tracić oczu. Blue prowadził, gnał na przedzie, obracając się raz po raz, by szczeknąć nagląco. Dokąd ich kierował, nie wiedział. Wciąż oszołomiony, niepewny tego, co się działo, co się wydarzyło, ze wzrokiem na współobecnym, na wpółprzytomnym — wola życia kierowała ciałem zanim zdołał sam myśleć o tym, co powinni robić.
— Szybciej — wychrypiał przed siebie, dobiegając do Gii ciągnącej Vito, częściowo wyprzedził ją tylko po to, by chwycić za gałąź, którą miała przed sobą i odciągnąć ją na bok. Wokół niosło się echo, niosły się krzyki. Świadomość zaczęła do niego powracać, to gdzie był i co robili tutaj. Wpadli na ścieżkę prowadzącą prosto do serca lasu, gdzie miało zakończyć się to smutne wydarzenie ku czci duchów, poległych. Marcel — przypomniał sobie nagle, rozglądając się wkoło, po zniszczonym krajobrazie, po ogniu zajmującym gałęzie, stragany, po kurzu opadającym powoli. Gdzie był? Czy był z dala od tego wszystkiego? — Blue! — krzyknął do psiaka, przywołując go do siebie. — Szukaj pana, szukaj! — krzyknął rozkazem, ale jego głos załamał się na końcu. Czy będzie w stanie? Był młody, niedoświadczony. Czy potrafiłby odnaleźć Marcela w takich warunkach? Krzyki ludzi niosły się z prawej, zawodzenie i płacz z lewej. Ciemność mieszała się ze światłem, a nad głowami spadały gwiazdy buchając gorącem. Nie chciał umierać, nie dziś. Nie tak. — Marcel?! — krzyknął, rozglądając się dookoła. — Musimy stąd uciekać — krzyknął do dziewczyny, równając się z nim krokiem; musieli, wiedział to, ale przecież nie mógł go zostawić. — Do Londynu, tam... — napewno znajdziemy schronienie, chciał powiedzieć, ale gałąź nad nimi zaskrzypiała i zachwiała się. Chwycił Gię za rękę i pociągnął za sobą. Nie puszczaj Vito. Biegli za psidwakiem, ścieżką przed siebie, aż w końcu usłyszał własne imię. Przez chwilę nie dowierzał, bo czy to było możliwe? To był Marcel, czy to była Eve? — Tutaj! TUTAJ! — krzyknął, rozglądając się; wołali go, gdzieś tu byli. Ściskał mocno palce dziewczyny, nie puści jej przecież, nie pozwoliłby jej tu zostać, umrzeć. Razem będą bezpieczniejsi.
W końcu dostrzegł sylwetkę przyjaciela, w końcu go zobaczył. Przyspieszył instynktownie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że biegło z nimi dziecko. Odwrócił się do Gii z bladym uśmiechem na ustach, jakby chciał powiedzieć, że są już uratowani, ale co do tego nie miał wcale pewności. Blue wyskoczył prosto na Marcela, poszczekując radośnie. Puścił dłoń Gii dopiero kiedy sam znalazł się blisko, wpadł na przyjaciela, pewien, że chyba nigdy nie cieszył się tak bardzo na jego widok. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, był pewien, że umrą, że nie spotkają się już nigdy.
— Musimy znaleźć schronienie. W Londynie? Napewno w Londynie coś znajdziemy. Tu drzewa na nas runą za moment — wypowiedział na jednym wdechu, dopiero po chwili zauważając Marię; Marię nie Eve, ale skąd miałaby się tu wziąć? — Jesteś cała — przyznał ze szczerą ulgą. Dobrze, że była z Marcelem, przy nim nic nie mogło jej się stać. Obrócił się w pośpiechu na Gię; Marcelowi nie musiał jej przedstawiać — nie było nawet czasu na to, by przedstawił ją Marii, ale tym gestem chciał go poinformować o tym szczęściu. Żyła, miała się dobrze. — Co to jest? Co się wydarzyło?— Czy to dlatego, że zbudzili duchy? To dlatego niebo płonęło? — Chodźmy! — dodał prędko, nie czekając na odpowiedź; porozmawiają po drodze, nie było czasu. — Dasz radę biec? – spytał chłopca, oddychając ciężko. — Wezmę cię na ręce, jeśli nie dasz rady, ale szybciej będzie jeśli spróbujesz jeszcze trochę, Vito — zwrócił się do niego z prośbą; jeszcze trochę chociaż, niech tylko wybiegną z lasu, dalej będzie prościej go nieść. Był jednak na to gotów, Gia nie da rady taki kawałek. — Gia — przypomniał jej, biegnij, nie zatrzymuj się. Puścił ją przodem, Marcel ich poprowadzi, znał te drogi najlepiej z nich wszystkich — wszystkie skróty, przejścia. On upewni się, że nikt nie zwalnia.



it's hard
to forget your past if it's written all over your body


James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty

sick thoughts

OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 5 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Droga na skróty
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach