Wydarzenia


Ekipa forum
Central Park
AutorWiadomość
Central Park [odnośnik]08.05.16 1:32
First topic message reminder :

Central Park

Jedna z magicznych części parku centralnego wypełniona jest niezliczonymi drzewami czereśni, które dzięki magii zaczynają kwitnąć już wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca. Najznamienitsi zielarze oraz znawcy alchemii dbają o to, aby różowawe kwiaty kwitły tu od marca do końca lipca, kiedy to przeobrażają się w delikatne, słodkie owoce. Można do woli zrywać je z drzew i delektować się ich smakiem.
Park jest uwielbiany przez dzieci, zakochanych oraz artystów szukających tu inspiracji; spacerującym akompaniuje śpiew słowików oraz kosów. Tylko zimą nie występuje tu cała paleta barw - wtedy śnieżny puch otula wszystkie gałęzie i park skąpany jest bieli, co nie czyni go jednak ani trochę mniej urokliwym.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Central Park - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Central Park [odnośnik]10.11.21 17:17
Każdy miał swoje powody – każdy doświadczał tego samego, choć radzili sobie w zupełnie inny sposób. Ona trzymała się jednego skrawka dawnego życia – nadziei, przeświadczenia, że znajdzie Petera, maleńkiej informacji, którą Marcel ofiarował jej w listopadzie. Starała się ruszyć dalej, znaleźć sobie zajęcie, przede wszystkim pracę – ale wszystko to, co robiła, począwszy od obowiązków domowych po krótsze i dalsze podróże, umotywowane było poszukiwaniami brata.
– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytała wprost, choć nie było na to złotego środka; o ile słowa o niespokojnym śnie były prawdziwe. I ona miała problemy z zasypianiem – z zasypianiem i samymi snami, które nawiedzały ją zdecydowanie zbyt często, zbyt intensywnie, odbierając spokój.
Świat, w którym przyszło im żyć co dnia zdawał się wyglądać gorzej. Do tego nie dało się przyzwyczaić, nie dało się zapomnieć. Ludzie tacy jak oni po prostu nie mogli wpasować się do czegoś, co nie należało do nich.
– Wiem, ale... – urwała prędko, bo czy jej własna niepewność i nuta strachu była wystarczająca, by usprawiedliwić nierozsądne zachowanie? Mogła ryzykować tak wiele, nie wiedząc co tak naprawdę było powodem ciszy ze strony Carringtona?
Nie miała pojęcia o wydarzeniach w Tower; nie wiedziała nawet, że chłopcy tam trafili. Jedynie strzępki rozmów i zasłyszane plotki powiedziały jej, że wydarzyło się coś złego. Nie miała pewności, czy Marcela również to spotkało – ale ta cisza była nienaturalna. I nie wróżyła niczego dobrego.
– Ach, racja... – wymamrotała, marszcząc nieco brwi. Może faktycznie zapomniała? Może nie mieli okazji o tym porozmawiać? Odkąd zima na dobre zaszczyciła Anglię, nie zapuszczała się dalej niż to koniecznie; większość czasu spędzała w Dolinie, a widywanie się ze znajomymi, z rodzeństwem Doe czy Nealą faktycznie straciło na intensywności. Thomasa poznała dopiero na sylwestrze – to nie był czas ani miejsce, by rozmawiać o trudach codziennego życia.
Spuściła spojrzenie, gdy chłopak zapytał o Marcela; i równie prędko podniosła je ku górze, gdy powiedział coś więcej.
– C-co? – wyrzuciła z siebie od razu, mocniej oplatając dłonią jego ramię – W Tower? Wylądował w Tower? – starała się mówić szeptem, choć emocjonalność drgała w zgłoskach.
Czuła, że coś jest nie tak. Czuła, że wydarzyło się coś złego – Thomas, co... co się stało...? – zapytała dopiero, kiedy przechodzień ich minął, nie zwracając uwagi na słowa o jakiś światełkach; były wymówką czy jego faktycznym wymysłem – nieistotne. Nie w obliczu tego, co powiedział Doe.



chmury wiszą nad miastem
czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony, stanę wtedy na raz — ze słońcem twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
choć nie chcę budzić się, nie umiem spać
świat dziwny jest jak sen

a sen jak świat
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Central Park [odnośnik]10.11.21 17:41
- Nie martw się, wszystko okej. Kto nie ma koszmarów? Jest wojna. Jak ktoś potrafi spać spokojnie to chyba nie ma sumienia - wyminął pytanie dziewczyny, bo tak nprawdę to w jaki sposób mogłaby mu pomóc? Zresztą, nie chciał jej obciążać swoimi problemami. W końcu sama miała na pewno ich mnóstwo.
On za to był dobrym kłamcą. I wiedział jak bardzo ciężko czasem zachować twarz, udawać… Chociaż doskonale rozumiał, dlaczego dziewczyna się przejęła.
Kiedy tylko przechodzeń zniknął im z pola widzenia, pociągnął Anne w stronę jakiejś nieco bardziej zaciemnionej alejki. Tak, żeby zejść z głównej ulicy… I żeby niewiele osób na nich zwracało uwagę, chociaż wciąż byli niedaleko parku. Ale większość czarodziejów tutaj wolało iść głównym deptakiem.
- Tower, zamknęli nas za kradzież. A raczej podejrzanie. Mnie, Jamesa, Marcela… On… Marcel… On żyje, ale… Jest z nim źle, okej?- powiedział, a z jego twarzy kompletnie zniknął ten udawany uśmiech i zastąpiło go zmartwienie. Oczywiście, że pluł sobie w brodę przez to co się stało! Ale przynajmniej z tego co rozmawiał z Castorem… to… to będzie dobrze. Odzyska rękę.
Zaraz jednak widząc szok dziewczyny, postanowił się znów do niej lekko uśmiechnąć. Jakby chcąc ją pocieszyć.
- Będzie okej… Ale teraz… Stracił dłoń. Castor, pisałem z nim, podobno ma coś na to, w sensie hoduje mu dłoń czy coś? Nie znam się na tym, wybacz, ale… mówił, że będzie w porządku, tylko, że… Marcel jest… - zagryzł wargę, nie wiedząc nawet jak to określić. Wyglądał strasznie, jakby cała wola życia z niego uleciała. Jak miał to nazwać?
Zaraz jednak pokręcił lekko głową, posyłając jej uśmiech.
- Ucieszy się na twój widok, na pewno. Hej… słuchaj, nie wolisz, żebym przeniósł cię tam pod postacią fretki? Będzie bezpieczniej dla ciebie, nikt cię nie rozpozna… - zaproponował jej po chwili, pamiętając że w podobny sposób w końcu przetransportował Sheilę do Londynu, do Areny. Bo ta była zbyt przerażona, żeby iść samej pod własną postacią i kto mógłby się jej dziwić?
- Proszę, nie… nie wystrasz się na jego widok, okej? Nie jest teraz sobą… - powiedział, wzdychając cicho. Pokręcił zaraz jednak dłonią i posłał jej uśmiech znów. Bo co miał zrobić innego?
- Z Jamesem też jest już dobrze, jest w Irlandii pod odpowiednią opieką. No, ja jestem tutaj i jak widać, też wszystko okej. Mieliśmy uzdrowiciela, Marcel też jest na pewno zaopiekowany…


Central Park - Page 7 EbVqBwL
Thomas Doe
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Central Park - Page 7 AGJxEk6
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Central Park [odnośnik]10.11.21 18:02
Miał rację, wojenna rzeczywistość zbierała swoje żniwo niemalże bezustannie. Począwszy od maleńkich, codziennych czynności po wielkie wydarzenia na wiecach miast. Ludziom brakowało spokoju, radości, znikały produkty z półek a zakłady usługowe witały przechodniów tabliczką oświadczającą zamknięcie. Dolina była względnie bezpieczna – jak długo?
Londyn był przecież jej domem; miejscem, w którym przyszła na świat i się wychowała, które znała tak dobrze – wystarczało tak niewiele, by zaczęła czuć się jak intruz. Jak ofiara, zwierzyna wystawiona na czujne oko kłusowników.
Wiatr smagał nagimi drzewami, zlodowaciałe kupki śniegu przesypywały się z miejsca na miejsce, chodnik wciąż był niestabilny; mimo pośpiechu stawiała kroki ostrożnie, wciąż trzymając się kurczowo ramienia Thomasa. Tak było bezpieczniej. I cieplej.
Ale nagle przestała myśleć o bezpieczeństwie i o tym, jak ryzykownym był ich udawany spacer; skrzyżowała spojrzenie z chłopakiem, pełne niezrozumienia, żalu, w końcu paniki – strach doszedł do głosu prędko, choć przyznał, że Marcel żyje.
– Wiedziałam, że coś się stało... – wymamrotała cicho, bardziej do siebie niż do niego, choć mógł to usłyszeć – Za kradzież? Odbiło wam? – szept brzmiący wyrzutem był sykliwy. Postradali zmysły? Dopuszczać się kradzieży w takim miejscu, wśród tylu ludzi?
Wędrowała spojrzeniem po twarzy Doe w popłochu, prędko, z grymasem niezrozumienia i przejęcia wymalowanym na własnej buzi. Jak długo tam byli? Co się stało? Jakim cudem stracił dłoń?
Miała do niego mnóstwo pytań, jednocześnie wciąż mieli tak mało czasu; na moment wstrzymała oddech i przymknęła oczy, kiedy Thomas zaczął opowiadać o Castorze i sposobie, który miał pomóc Marcelowi. Miała nadzieję, że tak rzeczywiście jest.
– Okej? Thomas, do cholery, to nie brzmi okej... – począwszy od ich obecności na tamtym przeklętym placu, przez kradzież i to... co się stało – Odchodziłam od zmysłów, dlaczego nikt z was niczego nie powiedział... Co wam zrobili? – mamrotała nerwowo, w pewnym momencie mimowolnie zaczynając kręcić głową. Tower – mogła jedynie wyobrażać sobie okrucieństwo tej wizyty.
– Fretki? Co? Nie, chyba nie.. – zaczął mówić o jakiejś transmutacji, o bezpiecznym przejściu; choć rzeczywiście warto było się na tym skupić, nie potrafiła, nie w tamtej chwili – Wystraszyć? Nie mów głupstw – rzuciła zaraz potem, instynktownie, choć nie mogła być tego pewna – nie wiedziała jak coś takiego mogło się na nim odbić. Thomas brzmiał...niecodziennie, inaczej – Nie boję się go – zaprzeczyła od razu, kręcąc głową – Boję się o niego, Thomas – rzeczywiście to intuicja ją tu przywiodła? Głupie przeczucie, które okazało się być słusznym?
Wraz z nim skręciła w kolejną uliczkę, zaułek pozbawiony nadmiernego światła. Zamilkła na dłuższą chwilę, w końcu wypuszczając z ust ciężki wydech, by zaraz potem kiwnąć głową.
– Jesteście cali? Na pewno? Nie okłamuj mnie, proszę...


chmury wiszą nad miastem
czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony, stanę wtedy na raz — ze słońcem twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
choć nie chcę budzić się, nie umiem spać
świat dziwny jest jak sen

a sen jak świat
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Central Park [odnośnik]28.11.21 22:10
- Może, może trochę... Może byliśmy głodni. Nieważne, ważne, że jesteśmy cali - odpowiedział spokojnie, bo też... chyba nie chciał tłumaczyć dziewczynie, że to wcale nie był pierwszy raz kiedy czegoś takiego dopuszczał się razem z bratem. Zwyczajnie w świecie... Nie... Po prostu...
Stało się tak wiele, że sam Thomas wciąż jeszcze nie wiedział jak ma do tego wszystkiego podejść. Jarmark, Tower, Irlandia, Dolina, Cyrk, Londyn... To wszystko... Wszystko było tak dziwne i nienaturalne, tak bardzo wypaczone! Nie był w stanie zdecydować co powinien czuć i co powinien zrobić, a do tego te wszystkie koszmary, które nie dawały mu wciąż żyć.
Uśmiechnął się do niej delikatnie, przepraszająco. Poznał ją dopiero na sylwestrze - nie przeszło mu nawet przez myśl, żeby ją zawiadomić. Cóż, znała wyraźnie lepiej Marcela, może też i Jamesa? Może to dlatego na to nie wpadł, w końcu nie była mu bliska. A jednocześnie poczuwała się do tego, że powinna wiedzieć.
- Przepraszam... Nie pomyślałem o liście, o daniu ci znać o tym - przyznał spokojnie, chMaciaż na pytanie o to, co im dokładnie tam robili, uśmiechnął się nieco szerzej, jakby weslej.
- Żyjemy. To najważniejsze, prawda? - powiedział. - Nie traf tam, my też tam nie będziemy już wracać i... Hej, Anne, spójrz na mnie. Jest okej, wszystko jest dobrze, okej? - powtórzył, chcąc żeby dziewczyna w to uwierzyła, żeby o tym wiedziała, żeby była tego pewna...
Chciał ją pocieszyć, zapewnić, że będzie w porządku. Powinno być w porządku...
Spojrzał na nią jednak nieco smutniej, słysząc jej słowa.
- Anne... On... Nie to miałem na myśli... Po prostu... Ja nawet nie wiem jak to nazwać... On... nie jest teraz sobą, okej? Tak, żebyś wiedziała... - Jemu było ciężko znieść taki widok przyjaciela, a co dopiero jej - co dopiero Paprotce było cieżko znieść Marcela, który nie był sobą, tym uśmiechniętym i żywiołowym chłopakiem, którego przecież znali.
Poza tym, że Marcel nie ma dłoni?
Nie powiedział jednak tego na głos, bo... wciąż nie do końca dochodził do niego ten fakt. Co miał o tym powiedzieć dokładnie? Poza faktem, że nie miał...
- Tak. Wiesz, problemy ze snem... ale... jest w porządku z nami, naprawdę. Żyjemy, to najważniejsze - powtórzył swoją stałą mantrę, a później znów przygarnął do siebie dziewczynę ramieniem, po tym już na nowo prowadząc ją na Arenę Carringtona tak, aby nikt ich nie przyuważył. Nie mógł jej tak zostawić, bo sam doskonale rozumiał, dlaczego ta chciała odwiedzić ich przyajciela.

Zt x2


Central Park - Page 7 EbVqBwL
Thomas Doe
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Central Park - Page 7 AGJxEk6
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Central Park [odnośnik]31.01.23 19:38
Dziwny jest ten świat
3 lipca 1958 r.
Noc była pełna strachów. Zbudzone nad ranem oczy łaknęły dalszego snu, ale ten napawał niepokojem. Niejasne wspomnienia przywoływały czerwone światło, czy było postrzępionym fragmentem snu, czy rzeczywiście dobiegało zza okna? Niewypoczęte ciało wydawało się spięte, lekki ból głowy subtelnie stukał w czaszkę ze wszystkich stron. Każda napotkana od rana twarz wydawała się równie zmęczona. Mogły dotrzeć do ciebie pogłoski o krwawym księżycu, który nocą pokazał się na niebie, barwiąc gęste obłoki szkarłatem. Zawieszenie działań wojennych winno przynieść chwilowy oddech, a jednak...

Zlata: Wstałaś lewą nogą. Śnili ci się bliscy, których wolałaś nie wspominać na trzeźwo i koszmary, których nie chciałaś przeżywać jeszcze raz. Czułaś się zaspana, a pamięć podsuwała ci strzępy snów i wspomnień – bezsilność przy umierającym mężu, bezsilność wobec aresztowania bliźniąt, bezsilność w obliczu systemu. Na domiar złego, czułaś fantomowy ból i mrowienie utraconej ręki, choć od dawna nie miewałaś podobnych problemów. Wszystko zapowiadało parszywy dzień, ale po południu miałaś zdać w Gringottcie sprawozdanie z konfiskaty majątku jednego z mieszkańców Londynu. Musiałaś zagryźć zęby i udać się do pracy.
Wyszłaś z Nokturnu na Pokątną, gdzie drogę przebiegł ci czarny kot. W dodatku rozpoczęły się przygotowania do Festiwalu Lata. Na twojej trasie, na chodniku stało kilka drabin opartych o ścianę. Mogłaś przejść pod nimi lub je wyminąć.
Najkrótsza droga do mieszkania dłużnika wiodła przez Central Park. Poranne słońce zdawało się dzisiaj wyjątkowo upalne, mogłaś skryć się w cieniu drzew. Po drodze powinnaś minąć stoisko z lemoniadą, którego właścicielka rozstawiła się tutaj na początku czerwca. Znałaś już tą kobietę, czasem kupowałaś u niej spod lady domowy bimber. Zaschło ci w gardle, ale jak na złość – po stoisku nie było dziś ani śladu. Prędko przeszłaś skrótem przez park, zbliżając się do ulicy. Wyminęłaś jakąś starszą kobietę, która niosła dwa ciężkie wiadra. Jedno zachybotało, jakiś płyn wylał się z niego na ziemię.
- Brudny karzeł! – usłyszałaś nagle, a nadchodzący z przeciwka pięćdziesięcioparoletni mężczyzna w mundurze Brygady Uderzeniowej splunął ci pod nogi. Nie przyjrzał ci się nawet na tyle uważnie, by dostrzec, że jesteś kobietą. Miał opuchniętą twarz alkoholika, ale wydawał się trzeźwy, a pod oczyma malowały się cienie zmęczenia. Musiał wracać z nocnego patrolu. - Pieprzone gobliny. -wymamrotał. Zamrugałaś, gdy na jego twarz padły promienie słońca – przez mgnienie sekundy wydawał się podobny do jednego z mężczyzn, który katował cię tak bardzo, że straciłaś rękę i córkę. Wrażenie prędko minęło, a mężczyzna już szedł dalej, wzdłuż ulicy i…
Nagle usłyszałaś ochrypły krzyk, a potem wszystko potoczyło się szybko. Zobaczyłaś, że mundurowy w jednym momencie ślizga się na mokrej alejce, a w drugim leży jak długi, z głową na ulicy. Słyszałaś ludzkie kroki i coś jeszcze – mechaniczny odgłos kół - ale najpierw twoją uwagę przykuły przedmioty, jakie wypadły przy upadku z jego kieszeni. Sakiewka, która wydawała się ciężka. I pojemna piersiówka. Zawiesiłaś na nich wzrok, tracąc cenną sekundę – a potem było już za późno…

Arsentyi: Obudziłeś się w przepoconej pościeli. W hotelu było duszno, a słońce wtargnęło do wschodniego okna, rozgrzewając szybę i wypełniając cały pokój ciepłem. Jakże odmiennym od kojarzącego się z domem chłodu, do którego przywykłeś. Nawet gdy się przebrałeś, koszula lepiła się do ciała. Choć w nocy nie było przeciągu, gdy wszedłeś do łazienki zobaczyłeś na podłodze stłuczone lustro – zły omen, traktowany w Rosji jeszcze poważniej niż w Anglii.
Wciąż odkrywałeś Londyn, stolicę inną od Moskwy, choć równie pociągającą. Czułeś się dziś niewyspany i zmęczony, a na domiar złego miałeś wrażenie, że jakaś zła obecność ciągnie się za tobą – ale chwila rozproszenia pozwoli odpędzić kiepski nastrój, a Londyn oferował rozproszeń pod dostatkiem. Po chwili kroczyłeś już chodnikiem wzdłuż Central Park, zwiedzając miasto i jego ulice. Wyminąłeś kobietę z dwoma wiadrami – według rosyjskich przesądów taki widok zwiastował pecha, ale byłeś przecież na angielskiej ziemi – i szedłeś dalej. Po chwili na końcu alejki, kilka metrów od ciebie, pojawił się barczysty mężczyzna w mundurze. Funkcjonariusz, który również miał zły dzień. Na twoich oczach stanął jakoś niefortunnie – lewą stopą wdepnąwszy w lśniący płyn na alejce – i stracił równowagę. Wciąż byłeś za daleko, by mu pomóc, ale wyraźnie widziałeś jak upada wyjątkowo pechowo, uderzając głową o kamienny krawężnik. Na skroni pojawiła się krew, a choć mężczyzna nadal oddychał, to skierowane w twoją stronę mgliste spojrzenie było nieobecne. Nie mogłeś oszacować, jak poważny jest uraz i czy to chwilowe oszołomienie i byłeś za daleko, by mu pomóc. Zarazem kątem oka widziałeś sakiewkę, która wysunęła się z kieszeni nieznajomego – ciężko, jakby była wypchana monetami. Jedna ze złotych monet wypadła z sakiewki, a odbijające się w niej słońce padło na twarz mężczyzny. Zamrugałeś – przez ułamek sekundy wydawało się, że nie widzisz przed sobą nieznajomego funkcjonariusza, a puste oczy szamana o mongolskich rysach. Zaraz potem dziwny zwid minął, dekoncentrując cię wcześniej na tyle, że nie zauważyłeś ani niskiej kobiety ani fioletowego kształtu mknącego z zawrotną prędkością w stronę leżącego mężczyzny…

… Błędny Rycerz pędził ulicami miasta, a spojrzenie kierowcy również zdawało się błędne. Słońce odbijało się w przedniej szybie autobusu, a młody mężczyzna zdawał się patrzeć nieobecnie wprost na nie, a nie na drogę. Pojazd nawet nie zwolnił i przemknął tuż obok was. Jedno z kół przejechało po karku leżącego na chodniku mężczyzny, którego szyja wciąż wystawała na ulicę ponad krawężnikiem. Poczuliście na twarzach coś ciepłego i mokrego. Krople rozbryzganej krwi. Po pustej ulicy potoczył się ciemny obiekt.
Odcięta głowa.

Po magicznym autobusie nie było nawet śladu. Zostaliście sami, nad zmasakrowanym trupem, z kuszącą sakiewką (i piersiówką) pomiędzy wami i krwią na twarzach i ubraniach. Ciało wyglądało ohydnie, cięcie nie było równe, mężczyzna był zmasakrowany. Głowa potoczyła się na drugą stronę ulicy, gdzie z pewnością przykuje czyjąś uwagę. Podobne wypadki nie były w czarodziejskim świecie popularne, Błędny Rycerz był wyjątkowym autobusem w Londynie pozbawionym mugolskich pojazdów. Być może koroner byłby w stanie stwierdzić przyczynę śmierci, ale jeśli ktoś się tu zjawi – prawdopodobnie będziecie pierwszymi podejrzanymi, a historia o wyjątkowym pechu funkcjonariusza może zabrzmieć niewiarygodnie. Wiedzieliście, że o tej porze park nie będzie długo pusty, Londyn budził się do życia.
Nagle gdzieś nad gałęziami drzew zakrakał kruk. Głośno, przecinając upiorną ciszę. Odruchowo podnieśliście wzrok…

Na niebie rozgorzała kometa, za którą ciągnął się złocisty warkocz. Przyciągała wzrok w przedziwny sposób, jakby hipnotyzowała samą swoją obecnością na niebie. Jaśniała jak drugie słońce, trwała nieruchomo, a im dłużej oko spoglądało w jej światło, tym większy budziła niepokój. Jakby to światło wnikało gdzieś w umysł, w serce, pozostawiając po sobie trwogę i przerażającą pustkę, której nie sposób było zrozumieć.

Mistrz gry nie kontynuuje rozrywki, ale jest gotów odpowiedzieć na ewentualne wątpliwości. Zakończony wątek należy zgłosić w temacie dziwny jest ten świat; jeżeli współgracz nie pojawi się w wątku lub przestanie pisać w jego trakcie postać oczekująca może zaprosić dowolną inną, która odnajdzie się w sytuacji, w zamian za uciekiniera.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Central Park - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Central Park [odnośnik]19.03.23 1:12
Od momentu, kiedy otworzyłam oczy, wiedziałam, że nie będzie to dobry dzień, a sprawdzając zapasy alkoholu, jeszcze się w tym utwierdziłam. Ale może to i dobrze. Picie wódy zamiast śniadania to kiepski pomysł, szczególnie kiedy trzeba się pokazać rano przełożonym. A te chytre mendy, z całym szacunkiem do moich braci krwi, od razu wyczują charakterystyczny zapaszek i nie kupią się na śpiewkę o eliksirze na kaszel czy wyjątkowo mocnych perfumach.
Dobra, jebać to wszystko - stwierdzenie to miało być moim hasłem przewodnim na ten dzień. Jebać ten kraj. Jebać pracę. Jebać ból w lewym barku i ten przeklęty upał. Jebać i robić swoje. Przecież pieniądze same się nie zarobią.
Tylko że w ramach jebania wszystkich i wszystkiego, tuż po wyjściu z domu potknęłam się o jakiegoś kota, depcząc mu ogon. Czarny jak nokturnowy ściek sierściuch syknął i prawie wbił mi się zębami w nogawkę przydługich spodni.
-Пошел вон!* - ryknęłam na niego, w porę zabierając nogę, a kot szybko skrył się za rogiem. Widziałam w jego spojrzeniu, że już planuje zemstę w postaci naszczania mi na wycieraczkę. Zajmę się skurczybykiem kiedy indziej, bo obecnie mam inne problemy
Całe miasto ostatnio miotało się jak w amoku, przez te całe przygotowania do tak zwanego Festiwalu Lata, czy tam Festiwalu Miłości. Wszędzie najebane drabinami, że przejść się nie da. Musiałam zmienić trasę, bo kto normalny, by się przeciskał między nimi. Jeszcze na łeb coś spadnie. A co do samego tego Festiwalu, to na samą myśl o tej nazwie chce mi się rzygać. Na wściekłość Ragnuka, czy oni do reszty postradali rozum? Tu się wyżynają, a tu nagle miłość? Ale co tu dużo mówić - to pierdoleni Angole, którzy tworzą sobie ideologię z gówna i patyków. O jakiej logice tu w ogóle może być mowa?
I tak sobie rozmyślając, wlokłam się do roboty, mając resztki nadziei, że może po drodze uda mi się dorwać tę przemiłą sprzedawczynię lemoniady i kupić od niej bimbru - po spotkaniu z szefostwem moim świętym obowiązkiem będzie strzelenie sobie małpki w ramach nagrody oraz osłody życia. Jeszcze skwar taki, że gdyby nie cień drzew, to pewnie zmieniłabym się w smakowitą pieczeń.
Ale wiadomo! Biednemu, znaczy spragnionemu, kurwa, zawsze wiatr w oczy! Miejsce, gdzie zawsze urzędowała handlarka, stało puste. I kiedy już myślałam, że poranek nie może być gorszy, świat ponownie mnie zaskoczył.
Tuż za babą z wielgaśnymi wiadrami, pojawił się on - kwintesencja tego systemu. Tego i wszystkich innych systemów, które nie pozwalały mi normalnie żyć. Wielki, obleśny i chyba nadal najebany milicjant. Mokra plama zielonkawej śliny minęła o milimetr czubek mojego buta.
-Да чтоб ты сдох, блядина ебаная**- rzuciłam głośno w odpowiedzi, na jego słowa i chyba tylko resztkami siły woli zmusiłam się, by nie próbować mu pierdolnąć.
Jak mówiłam, to nie był mój dzień.
Milicjanta najwyraźniej też nie.
Dalej wszystko wydarzyło się na tyle szybko, że jedyne co czym udało mi się w tamtej sekundzie pomyśleć, było: “O żesz kurwa, od kiedy się nauczyłam nakładać klątwy w taki sposób?”
Sekunda i koleś ślizga się na rozlanej brei. Druga sekunda - upada, a z jego kieszeni, niczym z rogu obfitości wysypują się dary. Złoto i alkohol. Czy to nagroda dla mnie? Nagroda za ten chujowy początek dnia?
Na pewno.
Plan jest prosty - chwytać zdobycz i spierdalać jak najdalej, tylko że kiedy mimowolnie nogi same niosą mnie ku ofierze, słuch wyłapuje dźwięk, jakiego tu nie powinno być. Automobil? Tutaj?
Pomyliłam się. Wielki autobus mknął z zawrotną prędkością, ignorując wszystko i wszystkich. Może mam halucynacje z braku procentów we krwi? Kiedy jednak usłyszałam kolejny dźwięk, tym razem bardziej bliski memu sercu odgłos łamanych kości, a ciepła ciecz znalazła się na mojej twarzy, już wiedziałam, że wszystko, co się właśnie wydarzyło, było realne.
Odruchowo, wyciągnęłam język, by dotknąć nim jedną z kropel, która znalazła się tuż obok kącika moich ust. Słone. Metaliczne.
-Пиздец*** - skwitowałam, obserwując, jak głowa faceta toczy się po ulicy. Bo co tu więcej mówić. Byłam w czarnej dupie ze zmasakrowanymi zwłokami na środku ulicy, ujebana od stóp do głów we krwi. Nie, żeby to był mój pierwszy raz, jednak nigdy o tak wczesnej porze i nie w takim miejscu. Ponownie wróciłam do myśli zajebania pieniędzy oraz piersiówki i ucieczki, bo po co umarlakowi takie rzeczy.
Tylko że… właśnie się okazało, że miałam towarzystwo. Zanim jednak zdążyłam zrobić cokolwiek, wrzasnęło jakieś ptaszysko, prawie przyprawiając mnie o zawał, a na niebie pojawiło się… coś. Nie ukrywam, nie znam się na tych pierdoletach o gwiazdach, ale wiedziałam jedno - tego tu, kurwa, być nie powinno.

*spadaj
**A żebyś zdechł, jebany kurwiszonie
***Przejebane


Zlata Raskolnikova
Zlata Raskolnikova
Zawód : Komornik i najemniczka po godzinach
Wiek : 37
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Wisi mi kto wisi na latarni
A kto o nią się opiera
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półgoblin
Central Park - Page 7 Dc3d643ba14e88a20a9fb3c0c669eeb2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9153-zlata-raskolnikova#276833 https://www.morsmordre.net/t9433-sowa-bez-imienia#286806 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net/t9434-skrytka-numer-2143#286811 https://www.morsmordre.net/t9432-zlata-raskolnikova#286793
Re: Central Park [odnośnik]03.05.23 20:53
Zbudził mnie gorąc, ciężkość pościeli lepiącej się do ciała, powietrze tężejące od gorąca i zalewające płuca gęstością, która wydzierała oddech. Było wcześnie - zbyt wcześnie, by opuścić wygodne, miękkie legowisko, które z każdą sekundą stawało się nieznośna torturą. Potrzebowałem zimna, chciałem zmyć z siebie brud wydzielin własnego ciała, które kleiło się od potu. Niemal rozciąłem bosą stopę wchodząc do łazienki, której podłoga mieniła się od błysków zbitego lustra. - Reparo - Zarządem, a kawałki posłusznie wróciły na swoje miejsce. Stojąc w strugach lodowatej wody zastanawiałem się, co w zasadzie przyczyniło się do tego bałaganu, odpowiedzialność zrzucając na własne pijaństwo, które wczorajszej nocy jak zwykle utuliło mnie do snu, wymazując resztki wspomnień. Czy znowu zwiedzałem pokoje w Wenus, trwoniąc zaoszczędzone ruble na drogie dziwki? Najpewniej tak było - szkoda, że umysł nie pamiętał wszystkich doznań, których poddałem ciało. W tej zimnej kąpieli przeszedł mi jeszcze przez myśl stary przesąd, ale szybko wyrzuciłem go z głowy, uznając za bzdurne majaczenie starych wróżek, których pełne były moskiewskie ulice. Kiedy zszedłem na dół, do części wspólnej pensjonatu, z zaskoczeniem odkryłem, że kuchnia była jeszcze zamknięta. Londyn był wielkim miastem - pomyślałem o piekarni w pobliżu parku, powinna być otwarta o tak wczesnej porze. Bez kawy, za to z porządnym dudleniem pulsującym nad skronią, czułem się jakby wyrzygał mnie rogogon. Byłem zmęczony, pozbawiony sił, powłóczyście ciągnąć nogami po rozgrzanym chodniku. Miasto dopiero budziło się do życia, a mimo tego mogłem dojrzeć jak powietrze wokół falowało, rozmywając obraz parku w żarze. Nawet w cieniu drzew gęstość powietrza pozostawała nieznośna. Gorąc był zdradliwy, jego aura nie zwiastowała niczego dobrego - podobnie jak kobieta niosąca dwa wiadra, która przecięła mi drogę. Nigdy nie wierzyłem w przesądy, choć ich nagłe nagromadzenie nie pozostawało przeze mnie niezauważone. Poza idącym w oddali funkcjonariuszem park praktycznie świecił pustkami - i kiedy tylko zogniskowałem na nim spojrzenie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakbym zesłał na mężczyznę wszystko, co stało się po chwili. Potknięcie. Błysk monety. Spojrzenie szamana, które w tej gorącej zawiesinie przywołało na moich plecach lodowaty dreszcz. Dźwięk pojazdu. Fioletowa łuna. Bryzgająca krew. I w końcu głowa tocząca się po ciemnym asfalcie, pozostawiająca za sobą szkarłatną smugę. Poczułem jak lepki płyn ścieka po moim policzku. Spojrzałem w dół, choć nie musiałem. Wiedziałem już, co zobaczę. Całą szatę miałem bordową od cudzej krwi - nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Nie chciałem tego. Zakląłem siarczyście po rosyjsku. Jak się okazało - nie ja jedyny. Szybko zlokalizowałem źródło ojczystej mowy, nie do końca będąc zadowolonym z tego kim - a raczej czym - okazała się istota, która ośmieliła się skalać mój język. Niski wzrost, wyłupiaste, zachłanne oczy, szpiczaste uszy - choć nie tak wielkie jak u czystokrwistych goblinów - wszystko zdradzało, że należała do mieszańców. Nie ufałem tym stworzeniom - wszyscy wiedzieli, że nie należały do prawdomównych, że kłamstwo było dla nich powszechne jak usłużność u skrzatów domowych. Brzydziły mnie ich pokraczne sylwetki, ich wygórowane mniemania, że mogły stawać na równi z czarodziejami. Obrzuciem nie-kobietę krótkim, lekceważącym spojrzeniem. Nie zamierzałem wchodzić z nią w dyskusję, instynktownie sięgając po różdżkę i obracając ją w palcach. Wywrócił się sam, czy pomogła mu umrzeć? Zobaczyła sakiewkę ze złotem i wyczuła okazję? Mieszek pełen galeonów błyszczał obok zdekapitowanego ciała, gobliny były znane ze swojej chciwości. W milczeniu zmarszczyłem gniewnie czoło, nie dając strachowi przejąć nade mną kontroli. Ale coś niepojącego drgało pod moją skórą, jakby bijąc na alarm, choć nie potrafiłem jeszcze zlokalizować źródła tego niepokoju. Nie były nim przecież ani zabobony, ani półgoblinka, ani martwy mężczyzna, ani panująca duchota. Coś ponad horyzontem błysnęło, skłaniając mnie do zadarcia podbródka. Obok Słońca jarzyła się druga gwiazda - mniejsza, za to z długim, świetlnym warkoczem, migocząca na nieboskłonie w tajemniczy i cichy sposób. Nic nie było na swoim miejscu - ani niebo, ani panujący klimat, ani nawet przeklinający po rosyjsku mieszaniec, który albo znalazł się tu przypadkiem, albo właśnie zajebał policjanta dla kilku miedziaków.
Wiecie, co miałem z tym wszystkim wspólnego? Też byłem kiedyś mundurowym. I też miałem przy sobie sakiewkę pełną pieniędzy.
Uniosłem różdżkę w jej kierunku, gotów do obrony. Milczałem jednak, a zamiast mnie przemówił żołądek, który zawył donośnie, domagając się śniadania. - Odejdź. - Zażądałem w końcu po angielsku, znacząc zgłoski mocnym, wschodnim akcentem.




всегда мы встаем
Arsentiy Mulciber
Arsentiy Mulciber
Zawód : księgowy, ekonomista
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
count my cards
watch them fall
blood on a marble wall
I like the way they all
scream
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Central Park - Page 7 F7MRi3Q
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11518-arsentiy-mulciber https://www.morsmordre.net/t11521-poczta-arsentiego#357366 https://www.morsmordre.net/t12192-arsentiy-mulciber#375367 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11522-skrytka-bankowa-nr-2513#357367 https://www.morsmordre.net/t11523-arsentiy-mulciber#357368
Re: Central Park [odnośnik]02.11.23 22:19
06-08-1958
Lekki powiew wiatru rozwiał przydługie włosy Lorda, który odziany w czerń przemieszczał się po Londynie. Dawno nie odwiedzał tego miejsca, częściowo przez natłok obowiązków, a częściowo przez wzgląd na własne zdrowie psychicznie. Powątpiewał, aby ktokolwiek był w stanie zrozumieć chaos, który panował w jego głowie, ale nawet nie poszukiwał takiej osoby. Bolesne doświadczenia dotykały każdego, problemy niejednokrotnie nawarstwiały się, aż przygniatały pierś utrudniając pełen oddech. Od kilku dni było jednak… inaczej. Jakby wdychane powietrze stało się odrobinę lżejsze, jakby świat przestał być tak przytłaczającym i irytującym miejscem. Otworzył się na nowe doświadczenie, skupił się trochę na sobie – i choć brzmiało to niewiarygodnie egoistycznie, w tych wszystkich ostatnich miesiącach zapomniał właśnie o tym. Nastawiony na ciągłe parcie, ciągłe działanie, bez chwili wytchnienia, bez odpuszczania, zapomniał o sobie i swoich własnych potrzebach. Istotne kwestie wszak były ważniejsze, niż cokolwiek innego, a on swoje zadania zawsze wypełniał, wkładając w to całe pokryte mrokiem serce.
Nawet małżeństwo przestało być tak… uciążliwe. Od czasu wspaniałego doświadczenia niezwykłej magii, był w stanie spojrzeć na żonę z nieco innej perspektywy. Jak na kobietę, z którą się związał, a nie jak na przykry obowiązek, który ktoś usadził na jego barkach. Wiele myślał, wiele rozważał. Szczególnie bo rozmowie z Tristanem. Chyba właśnie tego potrzebował, bo dokładnie tego się po nim spodziewał. Tristan nie był nauczony współczucia, nie umiał też okazywać tych emocji – za to świetnie wychodziło mu przechodzenie w tryb ataku, był do tego wręcz stworzony. Nie miał żalu, nie było ku temu powodu. Niemniej jednak, czas leciał, kuzyn rzucił mu wyzwanie, a Mathieu mentalnie przygotowywał się do rozmowy z matką. Chciał naprawić to, co zostało zepsute. Postanowił poczekać do jej urodzin, dlatego też dziś znalazł się w Londynie – w ramach prezentu i na przeprosiny za swoje idiotyczne zachowanie w ostatnich miesiącach postanowił znaleźć coś wyjątkowego.
Krocząc w zamyśleniu przez alejki parku centralnego, rozglądał się po terenach wokół niego. Może powinien dziś zabrać ze sobą Corinne? Nie… Musiał wstąpić na Nokturn w drodze powrotnej, a to miejsce nie było dla niej odpowiednie. Może następnym razem, kiedy okoliczności będą bardziej sprzyjające. W całym tym zamyśleniu nie zauważył osoby, która dosłownie znikąd wyrosła mu na drodze. Automatycznie położył ręce na jej ramionach, aby uchronić przed ewentualnym upadkiem.
- A… - słowo nagle ugrzęzło mu w gardle, kiedy zobaczył kto przed nim stoi. Od razu cofnął dłonie, splatając je za plecami. – Primrose. - wypowiedział jej imię lekko skołowany całą sytuacją. Że też nie miał na kogo wpaść, tylko akurat na nią. I dlaczego nagle zaczęło mu szybciej bić serce. Zachował jednak twarz, przywołał na usta uśmiech, który miał dosłownie wytrenowany. Co z tego, ona przecież go znała. – Wybacz, zamyśliłem się. Mam nadzieję, że nic Ci się nie stało. – dodał, aby rozładować nieco atmosferę. Nie powinni przecież uciekać od siebie, byli dorosłymi ludźmi.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Central Park [odnośnik]04.11.23 21:51
Wizyta w galerii sztuki, przedziwne wrażenie jakie wywołał na niej portret lady Selwyn, sprawiły, że potrzebowała chwili oddechu. Momentu dla siebie, którego jest tak bardzo brakowało. Czuła podświadomie, że ktoś zwrócił jej uwagę na to jak bardzo jest zajęta, jak nie potrafi odpuścić i jak bardzo bywa niezdecydowana… ale nie potrafiła tej rozmowy przypisać do konkretnej sytuacji. Zapewne miało to miejsce w trakcie głównego święta, ale wszystko z tamtego dnia było lekko jak za mgłą, miała przed oczami zamazane obrazy i towarzyszące im uczucia oraz emocje, które wywoływały rumieniec na jasnym obliczu młodej kobiety.
Poprawiła nieznacznie kapelusz kiedy zawiał mocniejszy wiatr, tak bardzo upragniony w trakcie upalnego lata. Ostatnie dni były szaleńczą gonitwą, próbą zrozumienia tego co się wokół nich dzieje. Pomoc mieszkańcom Beamish Town była teraz jej priorytetem, poznanie tego czym są cienie oraz tajemnicze istoty, które zamieszkiwała w ciałach niektórych Śmierciożerców spędzała jej sen z powiek. Uzbierała coraz więcej elementów układanki, ale nadal wiele pozostawało do zebrania. Szukając odpowiedzi w księgach oraz starych zapiskach czuła, że jest na dobrym tropie, ale musiała to skonsultować z innymi. Potrzebowała ich głosu oraz wiedzy, skłaniała się ku temu, aby ich zaprosić do Durham. Tylko czy odpowiedzą na jej prośbę? Miała nadzieję, że tak. Była członkiem Rycerzy Walpurgi, Damą Orderu Morgany - miała pełne prawo poprosić o spotkanie wszystkich członków organizacji.
Od myśli oderwał ją widok spadających płatków wiśni z okolicznych drzew. Dotarło do niej, że wkroczyła w jeden z bardziej urokliwych skwerów Central Parku. Nawet nie zwróciła uwagi gdzie niosą jej własne nogi, kiedy zajęta była własnymi myślami. Patrzyła na wirujące płatki niczym tancerki, urokliwy widok, od którego nie chciała oderwać wzroku. Jeden z nich spadł na jej dłoń, był miękkie, o ładnym kolorze. Gdyby miała przy sobie notatnik, natychmiast zajęłaby się szkicowaniem. Wzór ten mógłby idealnie pasować jako element talizmanów, w formie broszki albo delikatnej zawieszki.
W tym momencie poczuła niespodziewany dotyk na ramionach, który postawił ją na nogi, sprawił, że powróciła myślami do rzeczywistości.
-Co się… - Miała już zadać pytanie, kiedy urwała na widok człowieka, jakiego nie spodziewała się spotkać dzisiaj na swojej drodze. -Mathieu… - Powiedziała zaskoczona jego obecnością. -Dziękuję, nic mi nie jest. - Odpowiedziała szybko, przybierając na twarzy uprzejmy uśmiech. Dokładnie taki sam jak jego, wyćwiczony, wytrenowany, ukrywający wszelkie emocje. Zamilkła na dłuższą chwilę trwając w niezręcznym milczeniu, w trakcie którego starała się znaleźć odpowiednie słowa. Jedyne co jej przychodziło to komentarz na temat pogody oraz festiwalu lata, które teraz wydawały się najbezpieczniejszym wyjściem z całej tej sytuacji. Po raz kolejny, mądrości matki, przydały się jej w życiu codziennym. -Podziwiałam kwitnące wiśnie w trakcie spaceru. Mam nadzieję, że wszyscy w Kent zdrowi. - Pytanie o samopoczucie rodziny też było jakimś wyjściem, z tego cudacznego spotkania.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, Dama
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 29 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Central Park - Page 7 6676d8394b45cf2e9a26ee757b7eaa37
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Central Park [odnośnik]23.11.23 21:26
Spodziewał się właściwie wszystkiego, wszak w dzisiejszych niespokojnych czasach dosłownie wszystko mogło się wydarzyć, lecz na pewno nie spodziewał się tego, że wpadnie w środku Cetral Parku na Primrose Burke. Na jej widok serce zabiło szybciej. Znał barwę jej głosu aż nazbyt dobrze, podobnie jak zapach, który nosiła na sobie. Wyglądała pięknie, olśniewająco, jak zawsze z resztą. Jej nietypowa uroda miała w sobie pewną magię, czar, którego tak bardzo pragnął. Przez moment miał wrażenie, że obrączka na jego palcu zaczyna płonąć, jakby przypominała mu, że czas kawalerskich szaleństw i bezmyślności minął, a w Chateau Rose ktoś wyczekiwał jego powrotu, a tym kimś była jego żona.
Wiele zmieniło się od ich ostatniego, gorzkiego spotkania. Z jednej strony bolało okrutnie, na samą myśl o tym, że nie może mieć jej dla siebie, a z drugiej strony…. Przemyślał te sprawy, mógł spojrzeć na nie trzeźwiej, skupić się na nich bardziej i popatrzyć z góry, a nie przez pryzmat żalu i bólu, który ściskał jego serce, miażdżąc w drobny mak.
Ta chwila ciszy trwała wieczność. Zastanawiał się czy tylko on odbierał takie wrażenie? Uśmiechnęła się przecież. Zupełnie tym samym wyuczonym uśmiechem, w którym więcej było grzeczności niż prawdy. Rozumiał ją, nie wiedział jednak czy czuła dokładnie to samo co on w tej chwili. Chciałby powiedzieć jej naprawdę wiele. Po pierwsze tęsknił, za spędzaniem wspólnego czasu i rozmowami. Nie chodziło już nawet o tą bliskość, ale o to, że naprawdę świetnie się ze sobą dogadywali. Po drugie… za jej specyficznością, za tym, że wyróżniała się na tle innych i zawsze potrafiła go zaskoczyć. Mógłby wymieniać więcej, ale… zbyt wiele się zmieniło i choć pewne rzeczy nie były zakazane, mogli śmiało przypuszczać, że nie wypadało przekraczać pewnych granic.
- W Kent wszystko w porządku, dziękuję. – odpowiedział cicho. – Wzajemnie, mam nadzieję, że w Durham również. – mówiąc o miejscu, z którego pochodziła Primrose jego uśmiech stał się bardziej napięty. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem rozmawiał z Xavierem. A ten przecież był jego przyjacielem. Durham unikał, chociaż swego czasu był tam dosłownie stałym bywalcem. – Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. – dodał po chwili. Naprawdę musieli być tacy spięci? – Przepraszam. – dopiero po dłuższej chwili ciszy dodał to jedno słowo, ale nie rozwinął… nie wiedział od czego powinien w zasadzie zacząć, bo tego było zbyt wiele, ale to jedno powinien na pewno. Przeprosić Primrose za to, że ją zranił.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Central Park [odnośnik]24.11.23 15:30
Starała się, aby Mathieu Rosier był dla niej obojętny, by samo wspomnienie o nim nie wyrywało łkania w sercu. Była Burke, a jako przedstawicielka tego rodu nie mogła pozwolić sobie na słabość. Jednak czym innym było zapewnienie samej siebie, a czym innym spotkanie się z mężczyzną nagle i niespodziewanie. W innych okolicznościach uradowałaby się jego widokiem. Znalazła od razu temat do rozmowy, ale teraz ciężko było przejść do swobodnej konwersacji. Wzięła głębszy oddech.
-Dziękuję, wszyscy zdrowi. - Zapewniła splatając dłonie przed sobą. Postąpiła nieznaczny krok do tyłu, tym samym zwiększając dystans. Tak było lepiej. -Mamy nadzieję, że niedługo odwiedzisz Durham, Xavier wspominał, że chętnie by się z tobą zobaczył. - Osoba kuzyna stanowiła równie dobry temat do rozmowy o pogoda, a mężczyźni przecież byli ze sobą w dobrych, wręcz przyjacielskich relacjach. Zapewniła zresztą kuzyna, że nie chciała, aby jej osoba stanęła między nimi. Obrączka zalśniła na palcu Mathieu boleśnie przypominając o tym, że pewne drzwi zostały całkowicie zamknięte. Nie ma już odwrotu od powziętych decyzji.
-Moja sowa musiała się zagubić z listem do ciebie, więc pozwolisz, że osobiście złożę gratulacje z ożenku. - Musiały te słowa wybrzmieć; nie zmienią rzeczywistości a jej zaklinanie mijało się z celem. U jego boku trwała lady Corinne Rosier, a lady Burke powinna żyć dalej swoim życiem i nie oglądać się przeszłość. -Zapewniam, że nic mi nie jest. - Dodała słysząc przeprosiny. Od ich ostatniej rozmowy wiele się w życiu czarownicy wydarzyło. Festiwal lata rozpoczęła w nietypowym dla siebie stylu, odkrywając kolejne karty życia, o których do tej pory czytała i śniła, kiedy noc przynosiła ze sobą senne marzenia powodujące rumieńce. Teraz stało się to rzeczywistością, a rozmowa z Evandrą pomogła jej ułożyć pewne myśli, zebrać je razem i choć trochę uspokoić samą lady Burke.
Nie wiedziała czy FitzRoy nie dostarczył listu, ale nigdy nie wrócił z odpowiedzią. Założyła dwa scenariusze, jeden z nich to zagubienie listu, drugi, ze Mathieu nie miał zamiaru nigdy na niego odpowiadać nadal czując żal do Primrose. Wyszedł z Durham wzburzony, urażony jej decyzją, wręcz zarzucając jej kłamstwo i celowe zwodzenie. Teraz te słowa tak nie bolały, ale pozostawiły ślad. Do końca swoich dni mieli pozostać znajomymi. Nic nie mogło wrócić do stanu sprzed tej rozmowy. -Miałam okazję spotkać się z Evandrą i Corinne w trakcie jarmarku w Kent. Był wspaniały, przetwory z gruszek bardzo przypadły naszej kucharce, pani Pott. - Zagadnęła na koniec czując, że niezręczna cisza przeplatan koślawymi zdaniami buduje coraz większe napięcie. Być może to spotkanie było im potrzebne, aby ostatecznie zamknąć za sobą pewien rozdział i rozejść się, każde w swoją stronę.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, Dama
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 29 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Central Park - Page 7 6676d8394b45cf2e9a26ee757b7eaa37
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Central Park [odnośnik]26.11.23 23:15
Czuł się tak, jakby pomiędzy nimi ktoś postawił wysoki mur. Swoboda, którą odczuwali w swoim towarzystwie zniknęła, była tylko wspomnieniem, za którym mogli patrzeć tęsknym wspomnieniem. Ich drogi musiały się rozejść, tak było lepiej dla niej. Przeanalizował to wszystko bardzo dokładnie i tym małżeństwem podciąłby jej skrzydła, zamknął w klatce i nie pozwalał oddychać pełną piersią, co sprawiłoby, że zwiędłaby w jego oczach, stając się nieszczęśliwa. Wtedy czuł do niej żal, myślał egoistycznie o sobie i o tym, że nie dostał tego, czego chciał. Jak gówniarz, któremu w prezencie pod choinkę nie dano wymarzonego prezentu. Z perspektywy czasu wiedział, że to było głupie.
Sowa wcale się nie zgubiła. Dotarła do niego. Długo zastanawiał się co powinien jej odpisać, aby nie brzmiało to banalnie i idiotycznie, bo tak wtedy się czuł. Rozdarty, zraniony i wściekły, w większości sam na siebie.
- Dziękuję, w imieniu swoim i Corinne. – odpowiedział na jej słowa i znów uśmiechnął się subtelnie, choć nieco wymownie. Wolał nie poruszać tematu sowy. Znał charakter pisma Primrose i wiedział, że tamte litery były pisane starannie, jakby od szablonu, a ona sama starała się ze wszystkich sił hamować drżenie dłoni. Czytał go i czuł, że ją to boli. Tak samo, jak bolało i jego, a może nawet bardziej. Chciał wyjaśnić jej wszystko, a jednocześnie nie wiedział od czego powinien zacząć. Primrose i Evandra były ze sobą blisko, nie wiedział o tym, że one i Corinne były wspólnie na jarmarku. Czy rozmawiały o nim? To chyba nie miało specjalnego znaczenia. Teraz wolał jednak… porozmawiać o tym, co było jego udręką przez ostatni czas.
- Nie tylko za to, że na Ciebie wpadłem. – powiedział cicho i odwrócił na moment głowę w bok. – Za to, że Cię zraniłem. Widziałem Twój list, a pomiędzy starannymi literami Twoje staranie ukrycia drżenia dłoni, kiedy kreśliłaś litery. Nie potrafiłem na niego odpisać. – dodał, przyznając się w końcu. Przesunął wzrok na jej oczy, ale już na jego twarzy nie gościł uśmiech.
- Byłem wtedy wściekły, że nie chcesz mnie… że nie chcesz poświęcić pewnych rzeczy dla mnie, bo nie czujesz tego samego co ja. – powiedział i odchylił na moment głowę do tyłu, zamknął oczy. Nie chciał niedopowiedzeń, nie chciał ściemy i kłamstw, ani tym bardziej głupich sytuacji. Nie chciał wpadać na nią przypadkiem i łapać się na tym, że zachowuje się jak dzieciak. – Egoistycznie do tego podchodziłem. Czas otworzył mi jednak oczy i cieszę się, że ten egoizm i wściekłość wzięły wtedy górę. – dodał i spojrzał jej głęboko w oczy. W głębi duszy nadal ją kochał i pewnie jakaś część jego nigdy nie przestanie, ale czasem warto było poświęcić nawet tak ważną rzecz jaką była miłość dla czyjegoś szczęścia. – Nie byłabyś szczęśliwa ze mną…. Nie byłabyś szczęśliwa stając się częścią mojej rodziny. Zamknięty w klatce ptak, nawet jeśli jest ona złota, nigdy nie będzie szczęśliwy. – dodał, mając nadzieję, że te słowa wyjaśnią jej wszystko. – Wybacz mi, że w ten sposób to wszystko… zakończyłem. – mruknął siląc się na lekki uśmiech.




Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Central Park [odnośnik]28.11.23 21:29
Nie miała czasu na umartwianie się nad sobą zbyt długo, zresztą nie leżało to w jej naturze. Parę chwil słabości zaraz przekuwała w działanie. Nie inaczej było z jarmarkami, którym oddała się całą sobą zachęcając też do działania inne kobiety - inne hrabstwa. Dzięki temu udało się je zrealizować w paru miejscach. W innych niestety nie pomimo chęci, ale była to wypadkowa losu, który tym razem im nie sprzyjał.
Podziękowanie z przemilczeniem tematu sowy odebrała jasno, że list dotarł. Sowy raczej nie zawodziły. Zwyczajnie nie odpisał. Może to i lepiej. Musiał zająć się swoim nowym życiem, układaniem go z żoną. Nie chciała być tą złośliwą, która ocenia inne kobiety, lecz Corinne zwyczajnie była nudna. Na jarmarku wykazywała mierne zainteresowanie jego wykonaniem, była bardziej widzem kiedy to Melisande u Traversów rzuciła się w wir działania. Tak dwie różne kobiety, z innym podejściem do życia i obowiązków. Być może jednak taka osoba była potrzebna Mathieu. Nie mogła tego roztrząsać. Ten etap się zakończył dla niej.
Kolejne słowa wprawiły ją w osłupienie. Jednak mówił o liście, a nawet posunął się dalej i zaczął wspominać ich ostatnie spotkanie. Każde kolejne zdanie sprawiało, że wpatrywała się w niego z mieszaniną niezrozumienia i zdumienia jednocześnie. Przyznawał się do wściekłości i egoizmu, a następnie swój wybuch starał się racjonalizować, kiedy kierowały nim emocje, nie zaś rozum. Miała ochotę mu przerwać, ale powstrzymywała się z każdym razem; musiała go wysłuchać do końca. Usłyszeć co miał do powiedzenia skoro uznał, że teraz to zrobi. To była jej szansa na zrozumienie, a być może też ostateczne zamknięcie pewnego rozdziału za sobą.
-Podjąłeś decyzję, tak samo jak ja. - Odpowiedziała w końcu kiedy wybrzmiały ostatnie słowa jakie wypowiedział. -Teraz musimy żyć dalej. Najlepiej jak potrafimy.
Przechyliła nieznacznie głowę ku ramieniu. Spojrzenie miała spokojne, łagodne, a na ustach błąkał się delikatny uśmiech. -Mogliśmy być prawdziwie szczęśliwi Mathieu, gdybyś tylko dał nam szansę i stanął twardo za swoimi deklaracjami. - Szczerze w to wierzyła, że gdyby się nie zawahał, postawił Tristanowi i z nią porozmawiał zamiast przedstawiać listy oczekiwań i żądać podpisania. Nie wiedziała jednak, że zanim przyszedł złożył swojemu nestorowi słowo. Uwiązał się sam w węzeł, którego nie wiedział jak rozwiązać. Możliwe, że przecięcie go było jedynym wyjściem i najlepszym też dla niego. -Przeprosiny przyjęte. - Kiwnęła głową w geście pojednania. Nie miała potrzeby pozostawania z nim w tym sporze i niechęci. Choć już na zawsze będą sobie obcy i nie powrócą do zażyłości jaką stworzyli. Był żonaty, a ona nie chciała, aby jej nazwisko wiązano jeszcze ze skandalem małżeńskim. Wystarczy, że Czarownica już dokładała swoje do ognia, a sama Primrose była na językach plotkar. Spojrzała na rozkwitające kwiaty, natura zawsze była dla niej inspiracją w tworzeniu kolejnych projektów na talizmany. -Nie umartwiaj się, Mathieu. Nie przystoi to lordowi Rosier.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, Dama
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 29 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Central Park - Page 7 6676d8394b45cf2e9a26ee757b7eaa37
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Central Park [odnośnik]29.11.23 22:24
Mathieu był oddany rodzinie i tradycjom, które pielęgnowane były od wieków. Owszem, łamał zasady bardzo często, jednak pewne kwestie nie mogły ulec zmianie. Nie mógł wystąpić przeciwko Tristanowi. Znał swojego kuzyna doskonale i wiedział, że nawet gdyby powiedział mu o uczuciu, którym darzył Primrose, niewiele by to zmieniło w jego podejściu. Wszak żona musiała dostosować się do zasad panujących w domu męża, a to stałoby się więzieniem dla Primrose. Wtedy patrzył na to samolubnie, teraz jednak wiedział, że dla niej ten bieg historii był dużo lepszym wyjściem. Była silną, piękną i niezależną kobietą. Mógł jedynie zazdrościć temu który zostanie jej mężem, bo będzie miał przed sobą prawdziwy skarb. Mathieu pozostawałby zawsze rozdarty pomiędzy nią, a Tristanem, a do tego nie mogli przecież dopuścić. Sam udusiłby się w końcu w tej relacji.
- Tristan by tego nie zaakceptował, tego co ja chciałbym Ci dać. Zawsze pozostawałbym rozdarty między młotem, a kowadłem. Ostatecznie ani Ty, ani ja nie bylibyśmy szczęśliwi. A ostatnim czego chciałbym darząc Cię uczuciem, byłoby patrzenie jak więdniesz i usychasz, nie zaznając szczęścia, żyjąc w ograniczeniach i nie mogąc w pełni rozwijać swoich skrzydeł. – odpowiedział na jej słowa. Gorzka prawda, którą z trudem przełknął, ale zdążył powoli przyzwyczaić się do tej myśli. Nie musieli być sobie obcy. Gdyby nie to przypadkowe spotkanie dzisiaj, zapewne zbierałby się do tej rozmowy jeszcze dużo czasu. Przynajmniej nie miał czasu na układanie w głowie tego, co chciałby jej powiedzieć. Mówił prosto z serca, dokładnie to co myśli.
Przyjęła jego przeprosiny. Tym razem uśmiech stał się dużo bardziej szczery i otwarty. Przyjął to z lekką ulgą. Wiedział, że sprawy pomiędzy nimi już nigdy nie będą takie same, jednak jeśli istniała szansa na naprawienie tej relacji, żeby choć mogli trwać w przyjaźni czy nawet dobrej znajomości, chciał z tego skorzystać.
- Teraz już nie muszę. – odparł, robiąc krok w stronę kwiatów, a później spojrzał na nią. – Chociaż nie będę ukrywał, że… brakuje mi tych naszych spotkań, nauki i… wspólnie spędzanego czasu. Moja żona nie wykazuje zainteresowania… takimi sprawami. – stwierdził z lekkim uśmiechem, chociaż nie sądził, żeby kiedykolwiek Corinne wykazała takie zainteresowanie. To nie było w jej stylu. – Ale poznałaś ją, więc... pewnie zauważyłaś.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Arystokrata, opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Here’s the misery that knows no end
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Central Park [odnośnik]02.12.23 19:37
Dziwne bywało koło życia, potrafiło czasem obrócić się na korzyść. Potrafiło zmienić bieg wydarzeń, decyzje, a nawet spoglądanie na innych. Słuchając czarodzieja, miała wrażenie, że od dawna szykował te słowa. Doskonale je przemyślał, spędził nad nimi jakiś czas. Te wypowiadane w Durham płynęły prosto z serca, nie były przemyślane, nie były wyważone. Były prawdziwe.
Nie chciała podejrzewać Mathieu o kłamstwo, ale czuła, że zwodzi sam siebie. Racjonalizuje, stara się wytłumaczyć, nawet nie jej, a sobie samemu. Zdawało się, że lord Rosier oferował swoje pragnienia dla usprawiedliwienia swoich czynów.
-Decyzja została podjęta, nie ważne z jakich pobudek. - Tłumaczenia i wyjaśnienia nie miały teraz znaczenia, ponieważ nie mogli cofnąć czasu, a nawet jeżeli mogliby coś zmienić, to nie była pewna czy byłaby to dobra decyzja. Czy Tristan Rosier zaakceptował by lady Burke jako członka rodziny Róż? Być może nie, a możliwe, że pewnego dnia mogliby sobie podać dłonie. Teraz te rozważania nie przyniosą niczego innego jak niepotrzebny ból. Rany ledwie się zasklepiły, rozdrapywanie ich było czystą głupotą. Dystans na zawsze pozostanie, nigdy nie będą blisko. Nie tylko ze względu na to ci ich wcześniej łączyło, ale ze względu na to, że był żonaty. Ona zaś nadal pozostawała panną.
Zmarszczyła nieznacznie brwi, spojrzała uważniej na mężczyznę nie spodziewając się takiego wyznania. Nie teraz i nie w miejscu, w którym każdy mógł ich usłyszeć.
-Corinne jest młoda i wychowana przez ród Avery. - Odpowiedziała powoli, starannie dobierając swoje słowa. Uderzyło ją to, że będąc ledwie dwa miesiące po ślubie skarży się na małżonkę. -Daj się jej poznać. Dopiero wzięliście ślub, sądzę, że nie masz jeszcze podstaw, aby stwierdzić, że nie będzie dla ciebie partnerką jakiej potrzebujesz.
Nie chciała słuchać tego jak nie jest zadowolony z ożenku, jak młoda lady Rosier nie spełnia jego oczekiwań. -Ja już twoją towarzyszką być nie mogę.
Musiał mieć świadomość, że to już przeszłość i nigdy nie wróci. Mógł spoglądać tęsknie za wspomnieniami, ale to przyszłość była ważna. To ona powinna być tym co napędza i zmusza do działania. Mimowolnie zaczęła bawić się pierścionkiem rodowym na dłoni, to pomagało zebrać dalsze myśli. Wybawieniem stał się zegar wybijający pełną godzinę. -To już ten czas. - Powiedziała nagle. -To oznacza, że powinnam ruszać dalej.
Należało zakończyć to spotkanie.
Zamknąć pewne drzwi za sobą.
Ruszyć dalej, nie oglądając się na przeszłość.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, Dama
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 29 +2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Central Park - Page 7 6676d8394b45cf2e9a26ee757b7eaa37
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke

Strona 7 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Central Park
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach