Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Cmentarz dla magicznych

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cmentarz dla magicznych - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime14.02.19 0:05

First topic message reminder :

Cmentarz dla magicznych

Założony około roku 1930 przez czarodziejów i czarownice chcących ułożyć swoich zmarłych krewnych w ustronnym, bezpiecznym miejscu, które jednak wciąż mogło znajdować się w pobliżu centrum miasta. Postanowiono zagospodarować odseparowane tyły parku i wykorzystać je na swój użytek. Pierwszy nagrobek został postawiony 14 czerwca 1932r. - upamiętnił żywot Margaret Blicks, słynnej powieściopisarki - a jej rodzina rozpoczęła tradycję zaklinania rzeźb tak, by te dbały o groby swoich właścicieli. W taki też sposób cmentarz zapełnił się ożywionymi posążkami skrzatów i nimf, przyozdobionymi skrzydłami elfami i cherubinami, magicznymi stworzeniami i drobnymi podobiznami przedstawicieli magicznej społeczności. Z roku na rok przybywa coraz więcej nagrobków, a co za tym idzie - coraz więcej kamiennych strażników.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 16
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime20.03.20 11:07

Światłość spływała na nich niegasnącym blaskiem - osiadała na ubraniach, na rzęsach zmrużonych oczu, na tafli odsłoniętych fragmentów skóry, która zdawała się być jak płynna poświata. To zjawisko, czymkolwiek było, tworzyło miraż pejzażu piękna, rozszczepionego na miliony drobinek. I choć zdrowy rozsądek podpowiadał, że to nie może trwać wiecznie, nie miałby nic przeciwko, by jeszcze przez kilka nieskończonych oddechów móc przyglądać się snu na jawie.
Choć on sam zdawał się być nieco rozproszony, przytłoczony wirującymi bodźcami, zadane pytanie sprawiło, że ponownie skoncentrował swoją uwagę tylko na kobiecie, przyglądając jej się w ciszy.
- Nie jestem pewien - przyznał w końcu, ociągając się z odpowiedzeniem, jakby do ostatniej chwili nie wiedział, co tak naprawdę uważa - myśli pani, że anomalie mogły być komuś na rękę? Że pojawiające się w prasie informacje o tym, że trwają badania naukowe, i o tym, jak poradzić sobie z tym problemem, tak właściwie były tylko zasłoną dymną? - chaos i niepewność stały się ziarnem destrukcji; społeczeństwo potrzebowało stabilności, a każdy element, który wprowadzał zachwianie znajomego stanu rzeczy, doprowadzał do powstania kotła emocji. - Czyli z całą pewnością można wykluczyć, że anomalie powstały samoistnie? Ktoś musiał za tym stać? - upewnił się, czy dobrze ją zrozumiał - czy mogło to być w jakiś sposób powiązane... z przeciążeniem albo... wyczerpaniem się magii? Korzystamy z niej na ogromną skalę, z roku na rok zapotrzebowanie jest coraz większe, wykorzystujemy ją przecież do wszystkiego, nawet do pościelenia łóżka, takich zwykłych rzeczy; zawsze zastanawiało mnie to, czy źródła magii mogą się kiedyś skończyć - skąd ona się tak naprawdę bierze - czy jest w nas samych czy tylko przez nas przepływa, przez ten... nośnik, jakim jest różdżka albo czyjaś dłoń, jeśli czarodziej jest na tyle potężny, by być w stanie czarować bez niej - i choć cała ta sceneria wydawała się absurdalna, nie czuł się skrępowany zadając tego typu pytania, bo jego przypadkowa towarzyszka zdawała się wiedzieć w tej materii nieporównanie więcej niż on; nie obracał się wśród osób, które mogłyby choć spróbować jakoś na to odpowiedzieć - nawet jeśli błądził pośród mgły niepewności jak dziecko, to, co wydarzyło się obok nich, sprzyjało głębszej refleksji.
- Wiersze? - niemal się żachnął, niepewien, czy nie miała to być kpina, ostatecznie jednak po prostu zaprzeczył żarliwie samym poruszeniem głowy, jakby pisanie książek było zajęciem tak bardzo niemęskim, że sama insynuacja, iż mógłby to robić, stanowiła ujmę na samczym honorze.
Studiowała czarny kryształ, od którego on też nie mógł oderwać wzroku - jedno i drugie jest poza zasięgiem mojego zrozumienia, samo to, że ktoś podejmuje takie próby, warto docenić - nawet jeśli na efekty - jak w przypadku jej prognozy dotyczącej diagnozy anomalii - trzeba będzie poczekać całymi latami; im trudniej zrobić krok w wybranym kierunku, tym bardziej docenia się, że znalazło się w tym miejscu, bliżej zrozumienia. Jemu brakłoby cierpliwości, by w ogóle próbować.
Natura magii czy ludzkiej psychiki - co było bardziej złożone? I czy faktycznie w ich działaniach był jakiś sens - on chyba podchodził do tego typu dywagacji dość prosto - jeśli ktoś ten sens widział, to po prostu musi istnieć. Nawet jeśli tylko dla tej jednej osoby - czy to nie wystarcza?
- Przez chwilę zastanawiałem się nad tym samym - odparł tylko, w końcu odrywając wzrok od kryształów i spektaklu na niebie, przenosząc go na twarz numerolożki, którą spotkał na swej drodze może w dość nietypowym do zawierania nowych znajomości miejscu, lecz bez wątpienia w najbardziej odpowiednim czasie. Razem nie mogli ulec zbiorowej halucynacji, jej słowa wyjaśniały to, czego on sam nigdy nie byłby w stanie zrozumieć, przywoływały również efemeryczne wspomnienie tego, co miało miejsce dawno temu, tak dawno, że sięgnięcie tam pamięcią z początku wydawało się niemożliwe.
Lumos przyniosło oświecenie; w tak prozaicznej kwestii, jak doświetlenie nie tylko jego twarzy - i on mógł teraz przyjrzeć się uważnie kobiecie, która wypowiedziała jego imię, kolejną zagadkę wszechświata rozwiązując szybciej niż on; iluminacja spłynęła też w końcu na niego, kiedy przypomniał sobie tę twarz, upstrzoną piegami i ciemne spojrzenie, z którym krzyżował swoje własne przez jakiś czas, gdy mijali się wśród murów zamczyska. - We własnej osobie - przytaknął z szelmowskim uśmiechem, kiedy dopasował twarz do wspomnienia. - Pamiętam cię - zaprzeczył, może rzeczywiście nie byłby w stanie przypomnieć sobie jej imienia, lecz utkwiło mu w głowie coś innego. - Tuż przed zakończeniem roku grałaś na Błoniach w czarodziejskie szachy, chyba dość często - a przynajmniej tak mu się zdawało - zaszachowałaś mnie w kilkunastu ruchach, moje figurki nie zostawiły wtedy na mnie suchej nitki - roześmiał się cicho, bo choć może ona zupełnie tego nie kojarzy, on od tamtej pory łypie na szachy spode łba i unika tego typu rozgrywek. - Shelta z... Hufflepuffu? - choć gdyby miał obstawiać, pewnie celowałby w Ravenclaw, ale kojarzy mu się z jej osobą puchoński mundurek. - Chcesz, żebym poczekał, aż będziesz się mogła teleportować do domu? - wciąż trwała noc, wciąż niepokojący deszcz białej magii spływał z nieba, wciąż jeszcze wiele się tutaj mogło zdarzyć.





only shadows dwell where we are
creeping on the edge of the dark


Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Cmentarz dla magicznych - Page 3 SZkQsQ6

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime25.04.20 17:01

Wierzył w to, że nie był potworem dla swoich dzieci. Nie katował ich, nie głodził i czasem, pewnie za rzadko i bardzo nieporadnie, okazywał im ciepłe uczucia. Rodzicielską miłość wyparły krzyki wywoływane stresem zabieranym z pracy do domu. Tak naprawdę przez większość czasu bywał sam w domowej przestrzeni i zawsze trudno mu było odnaleźć się w niej na nowo, gdy dzieci wracały do niego na świąteczne i wakacyjne przerwy. Ciężko było mu wtedy zmusić się do tego, aby jednak wygospodarować dla siebie więcej czasu wolnego i wówczas trzymać się z dala od aurorskich śledztw. Organizował rodzinne wycieczki do lasów po to, aby nie zwariować w czterech ścianach, bo w zielonych labiryntach znów mógł być skupiony na kolejnych celach. Myślał zadaniowo: dokonać rozeznania w okolicy, znaleźć źródło, rozbić namiot, zabezpieczyć obóz, wytropić zwierzynę. Dotarło do niego, że nawet w tych nielicznych chwilach bliskości skupiał się na tym, aby coś robić, a nie po prostu być i cieszyć się chwilą wspólnie z najbliższymi. Vincent był świadom emocjonalnej ułomności ojca i nie mógł jej zrozumieć, potem nie mógł jej wybaczyć, a ostatecznie stała się ona powodem do żywienia niechęci względem rodzica. Kieran z kolei na synowską pogardę reagował wrzaskiem, a to kolejne awantury sprawiały, że pogarda rosła. Utkwili obaj w błędnym kole, dopóki Vincent swą ucieczką wreszcie go nie przerwał. Znów mieli do tego wrócić? Do tego instynktownie zmierzali, bo synowskie ucho wyłapywało słówka i chwytało się ich kurczowo, aby po chwili wytknąć zuchwale. W takiej chwili, gdy wspomniane zostało widmo śmierci z rąk zwyrodnialców, ważniejszą wagę dla Vincenta miał dokonany dobór słów. Dał mu szansę na dokonanie wyboru czy też uświadamiał o tym, że ma jeszcze wybór – warto się o coś takiego wściekać w czasie wojny? Przez te kilkanaście lat od ostatniej ich kłótni Kieran nauczył się czym jest opanowanie. Najtrudniejsze nauki przychodzą z czasem, ale stary auror bliski był wyczerpania wszystkich swoich pokładów cierpliwości. Robił wszystko, aby nie wybuchnąć i nie dać zaślepić się gwałtownym emocjom. Stali razem przed grobem ukochanej żony i matki.
Z iloma jeszcze prowokacjami przyjdzie mu się spotkać? Starał się pozostawać na nie odporny, nawet się udawało, ale wzmianka o Jackie było szarpnięciem wrażliwej struny, najwrażliwszej spośród wszystkich. – Kim się według ciebie stała? – spytał chłodno, mierząc drugie oblicze spojrzeniem ostrym, pełnym urazy. – Łapie bydlaków i tym samym chroni tych, którzy sami ochronić się nie mogą. Robi wiele dobrego, choć musi przy tym babrać się w najgorszym gównie. Jest głośna, twarda, nieustępliwa – przejęła po nim wady, ale również zalety. – A ty podważasz wszystko, czego dokonała sama. Masz za nic jej pot, krew, wysiłek i łzy, bo to ja wskazałem jej taką drogę i na nią skazałem. I nawet do głowy ci nie przyjdzie, że może jednak Jackie też chciała dla siebie właśnie tego? – musiał to powiedzieć, tych słów nie potrafił w sobie zdusić, gdy szło o obronę właśnie Jackie, ponieważ wobec niej dręczyły go jeszcze większe wyrzuty sumienia niż względem Vincenta. Jej nie ochroniło przed ambicjami ojca dawne wspomnienie matczynej czułości, a potem jedyna ochrona w postaci braterskiej miłości też zanikła. – Skoro wiesz, jakim jestem ojcem, to sądzisz, że prowadziłem ją za rączkę? Musiała borykać się z wieloma przeszkodami, ale dała radę, bo była zdeterminowana ruszyć dalej tą trudną i pełną bólu drogą. Gdyby nie podołała na kursie, na nic zdałyby się moje koneksje. Gdyby w którymś momencie zechciała zrezygnować, nie mógłbym jej powstrzymać – taka była prawda, na nic zdałaby się jego interwencja, gdyby którykolwiek z jego zwierzchników stwierdził, że ta właśnie kursantka nie nadaje się do tej roboty. Vincent o niczym nie miał pojęcia, mimo to śmiało wydawał swoje wyroki, ponieważ wszystko, co wiązało się z ojcem tyranem było odgórnie złe. – Nie znasz jej, więc nie myl jej ze mną.
Nie odważył się wmieszać do tej dyskusji swojej żony, zwłaszcza, że Vincent miał rację, słodka Abigail nie pozwoliłaby nigdy, aby podporządkować życie ich pociech z góry narzuconym wymogom. Gdyby tylko żyła dłużej. Oddałby nawet własne życie, aby tylko zawrócić ją na łożu śmierci. Losy bliskich mu osoby potoczyłyby się całkowicie inaczej, szczęśliwiej. Normalni ludzie chcą dla swoich dzieci szczęścia, ale pogląd Kierana w tej sprawie był wypaczony, on stawiał na pierwszym miejscu bezpieczeństwo. Zapewnić komuś bezpieczeństwo to uświadomić go o zagrożeniach i wyposażyć w odpowiednie środki do obrony. Na ten temat w końcu zeszli.
Obronisz? Ty?Ty, który całe życie uciekałeś, bo nigdy nie znalazłeś w sobie wystarczająco odwagi, aby zawalczyć o samego siebie?I co, będziesz bronił tylko tych, na których ci zależy? A śmierci obcych, tych bez żadnej winny, możesz się już spokojnie przyglądać? – tym razem to on zdecydował się na prowokację. Nie był w stanie całkowicie uwierzyć w to zapewnienie, mając w pamięci dowody tchórzostwa własnego syna. Vincent nigdy się nie angażował, wolał stać z boku, tak przynajmniej uznał jego ojciec, widząc tylko to, jak za młodu dystansował się od niego. Żyli pod jednym dachem, ale przez to tylko bardziej się od siebie oddalali. Krzyki, pretensje, trudna natura Kierana uniemożliwiała mu nawiązanie jakiegokolwiek porozumienia. Zwalczał krukońskie podejście Vincenta do świata, nastawione na zbyt głęboką analizę i wieloaspektowość zjawisk, bo w jego nieustannie gryfońskich oczach świat był prostszy, kiedy od początku życia człowiek obrał jeden słuszny kierunek. – Właśnie po to zadałem ci te pytania. Chcę wiedzieć, czy w ogóle potrafisz obronić siebie, a co dopiero kogokolwiek innego. Może i cię nie znam, ale gołym okiem widać, że nie masz cudzej krwi na rękach, a podczas walki chwila zawahania przed zadaniem ostatniego ciosu może kosztować cię życie. Jeśli nie ty ich, to oni ciebie, tak to właśnie działa.
Wojna jest okrutna i Vincent mógł sobie twierdzić, że wie, jakimi prawami się ona rządzi, lecz nie miał pojęcia, co się tutaj wyprawia. Łatwiej byłoby dla wszystkich, gdyby znów wyjechał. – Nie jesteś mi wrogiem – odpowiedział spokojnie, spoglądając prosto w synowskie oczy. Jego powrót rozbudził na nowo tak wiele emocji. – Ale pełnoprawnym sojusznikiem nigdy nie będziesz – dokończył niczym wyrok, ze szczerym żalem, bo sam do tego doprowadził. – Zawsze będziesz mnie zwalczał, podważał każde moje słowo, szukał tych ukrytych, złych intencji i odnajdywał je zawsze, nawet jeśli takie w ogóle istnieć nie będą. Będziesz wytykał moje winy, wypominał przeszłość, bo wciąż nie potrafisz się od niej odciąć. Nawet teraz nie potrafisz zrozumieć co mną kieruje, ale ja też nie potrafię zrozumieć ciebie. Wróciłeś i obawiam się, że tylko po to, by skończyć tutaj, przy swojej matce – znów jego głos znaczyła ostateczność, choć ostatnie słowa wypowiedział ciszej, mniej surowo, ujawniając własną słabość. Ten lęk był prawdziwy, najgorszy. – I może jestem twoim zdaniem potworem bez serca, ale nie chcę pochować syna. Jeśli masz już zostać, lepiej szybko naucz się jak zabijać i móc z tym później żyć. Dowiedz się prędko, kto zechce zabić ciebie tylko z powodu statusu krwi, więzów rodzinnych lub poglądów. To nie są rozkazy, tylko dobre rady i weź je sobie do serca, o ile chcesz jeszcze pożyć.




(

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

)
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime26.04.20 0:08

Ludzka empatia, pozwoliła kilkukrotnie wziąć nad nim górę. Skierować myśli w zupełnie inną stronę; okazać współczucie, akceptację, zrozumienie pewnych postępowań. Nieporadnie, pod osłoną nocy, próbował wtłoczyć w rosłe ciało zawziętego mężczyzny, wątłe zalążki człowieczeństwa. Usprawiedliwić przed całym, postępującym światem, uznać nieporadność w roli głowy nieidealnej rodziny. Przyznać, iż jedno, okrutne, tragiczne w skutkach wydarzenie, przytłoczyło współżyjącą wspólnotę. Zagubiło i zatopiło najtwardszą, nieustępliwą jednostkę. I kiedy te nieoczekiwane, burzliwe, zaskakujące przemyślenia, pragnęły ewoluować w odważne czyny – wszystko wracało do normy. Demony, które tak silnie zakleszczyły auroroską, podziurawioną duszę wychodziły na powierzchnię, by znów zebrać swe żniwa. Co mógł wtedy czuć? Rozczarowanie, zwątpienie? Wewnętrzną krytykę błądzących, nieprawdziwych wizji? Chciał ujrzeć w nim jednostkę, którą ukochana matka widziała każdego dnia; podczas gdy ciepły, jednostajny, spokojny głos, tłumaczył, że w głębi serca tata kocha ich najmocniej, a widoczne rozdrażnienie pochodzi od ciężkiego dnia w trudnej i wymagającej pracy. Czy miała rację? Czy z dumą obserwowała poczynania męża, starającego się dorównać w organizowaniu i spajaniu najważniejszych członków? Dlaczego nie dała jakiegoś znaku? Otrzeźwiła, gdy całość zdarzeń, posuwał się o ten jeden, ryzykowny krok za daleko. Gdy wychowawca z autorytetu, zmienił się w prawdziwego, bezwzględnego wroga.
Nie rozumiał i nie akceptował wybranej drogi postępowania. Musiał przyznać otwarcie, iż nie stanowili standardowego modelu rodziny. Z zazdrością obserwował inne, zaprzyjaźnione familie. Spoglądał na ciepło salonowego kominka, matczyną krzątaninę, świeże, podsycające apetyt wypieki, braterską zabawę oraz ojcowską troskę, zamkniętą w pasjonujących opowieściach z czasów młodości. Marzył o domu, w którym mógł bez obaw wyrażać swe odczucia, marzenia, niedopasowane opinie. Dzielić abstrakcyjnymi przemyśleniami, pochodzącymi z fabularnych, smakowitych tomiszczy. Gdzie czuł prawdziwą swobodę, przynależność oraz bezpieczeństwo. Nie bał się o każdy, niewłaściwy, nietaktowny, wręcz nieoczekiwany ruch. W tym domu, miał podążać za ślepo wykreowanym ideałem. Doskonałością wytworzoną przez niego. I choć niejednokrotnie podejmował odważne próby zespolenia rozdrobnionej całości, wiedział, że zakończą się bolesnym fiaskiem. Podświadomość, w tym jednym momencie zmuszała do odgrywania dobrego syna, pomocnego brata; tak naprawdę starał się już tylko dla niej. Leśne wyprawy, były jedynie namiastką ucieczki, którą zrealizował w odległej przyszłości. Zadziwiające, że pierwsza iskra pojawiła się tak wcześnie, zaskarbiła uwagę gdy ledwo odrastał od ziemi. Pamiętasz ojcze jak zgubiłem się w gęstych zaroślach? Pamiętasz co wtedy czułeś?
Wracali do czegoś, co nigdy nie zostało przepracowane. Urwane w połowie, zapomniane. Teraz odżywało ze zdwojoną siłą. Czy naprawdę wydawało im się, iż człowiek potrafi zmienić się aż tak diametralnie? Wyzbyć pewnych postaw, utartych, niewyplenionych schematów? Wszystko to można było zakryć niewidzialną kotarą, przykryć obecnymi wydarzeniami. Odwrócić uwagę, przyćmić. Lecz on nie dawał za wygraną, chcąc wygrać z niesprawiedliwością. Po tylu latach dokonać próby uzmysłowienia staremu tyranowi, jak bardzo się pomylił, twierdząc, że rozumie swój błąd, wie kim się stał, umie wyczytać i umiejscowić emocje syna. Że kocha go prawdziwą, rodzicielską miłością, skrywaną pod udolną stagnacją oraz opanowaniem. Przyznaj szczerze, umiałeś kiedyś prawdziwie kochać?
Chłodny wiatr, przemknął między granicą, która dzieliła dwie, przeciwstawne sylwetki. Dzień budził się do życia, gdy pojedynczy promień opadł na sąsiedni nagrobek. Zamrożony śnieg rozświetlił się roziskrzonym blaskiem, rzucając świetlisty cień na złowrogie, poważne twarze. Jedna z nich, o mocno wyrazistych rysach, spoglądała złowrogo, badając postępowanie przeciwnika. Zaciskała smukłe palce na twardych knykciach, hamując targające wybuchy. Brnęła w prowokacyjną przestrzeń, przekraczała granice. – Wierną kopią ciebie. – odpowiedział pewnie, pospieszając zadane pytanie. Błękit roziskrzył się dziwną, zachmurzoną ciemnością. Wiesz co to znaczy, gdy stanie się taka jak ty?
Zakpił pod nosem, słysząc plątaninę kolejnych, niewiarygodnych słów. Naprawdę to było najważniejsze? Aby jedyna opoka potrafiąca przetrwać towarzystwo ów mężczyzny, stanęła do barbarzyńskiej, śmiertelnej walki? – A czy zapytałeś ją kiedykolwiek… – zatrzymał, aby wyciągnąć dłoń z kieszeni i zaciskając ją w ciasną pięść, akcentując: – chociaż ten jeden, jedyny raz, czy naprawdę tego chce? Czy naprawdę pragnie być taka jak ty, czy rozumie kim się przez to staje? – jak zatraca moralność? - Czego chciałeś ją nauczyć? – kolejny krok demonstracji siły, przy niedowierzającym kręceniu głową. Dlaczego ją krzywdziłeś? – Powinieneś odciągać ją od błędów, które sam popełniłeś, nadal popełniasz. A ty? – ręka zadrżała wraz z spierzchniętymi ustami, wypowiadającymi coraz ostrzejsze, kaleczące słowa. – Potrafisz jedynie cieszyć się z tego, iż codziennie ryzykuje własne życie, stawiając czoła najgorszemu. – naraża siebie, pokazuje swą odwagę, determinacje, nieustraszenie. Czy wiedział jaka jest naprawdę? Co czuje połamane, gorejące serce? Pokręcił głowo przecząco. Mylił się. Kolejny raz, tak wyraźnie sygnalizował okrutne zagubienie.
– Jestem dumny z tego, że mimo tego co się stało w między czasie, wyrosła na silną i waleczną kobietę. Nie załamała się, walczyła o swoje. Była dzielna. Że dostała coś, czego ja nigdy nie miałem i nie będę miał. – wyrecytował silnie, przyjmując zuchwałą postawę. Głos był silny, statyczny, nacechowany bezgraniczną prawdą. Była dla niego wszystkim, to dla niej powrócił do przeszłości, mierzył się z przeciwnościami, chciał przystąpić do walki. Mogła być ratunkiem, lub ostateczną zgubą. – Jest dla mnie najważniejsza. – dodał jeszcze po chwili, miarowym półszeptem. Jeśli kontrastująca sylwetka, nie potrafiła przyjąć ów wiadomości, powtórzy ją jeszcze raz, aż do skutku.
– Zrobiłeś z nią to, czego nie udało ci się zrobić ze mną. – bo przecież tego chciał. Szlachetnego, godziwego potomka, który udźwignie wyolbrzymione morale, abstrakcyjne wymagania, postanowienia oraz wizje. Osoby, którą będzie mógł dyrygować, choć na zewnątrz będzie wyglądać na spełnioną oraz szczęśliwą. Zrobił delikatny krok do przodu. Jego głowa skierowała się na marmurowy nagrobek, na nowo poznając jego strukturę. Chwila milczenia, stała się wymowna, ostentacyjna. Wargi wykrzywiły się w wyrazie rozczarowanego uśmiechu. Westchnięcie uniosło klatkę piersiową, gdy powiedział z goryczą: – Masz rację, nie znam osoby, którą się teraz stała.
Wielokrotnie, szykując się do relaksującego snu, zastanawiał się, jak wyglądałoby ich życie w obecności matki. Czy dzięki niej, umieliby funkcjonować normalnie? Czy potrafiłaby zespalać tak ciężkie i temperamentne charaktery? Uspokajać, dawać wytchnienie, być mediatorem wieczornych, słownych walk. Żałował, że nie zostawiła ojcu wytycznych, rad, konkretnych działań. Nie rozumiał, że rodzic, nie postanowił pójść o krok dalej; zrozumieć pobudek własnego syna.
Rozmowa musiała zejść na nieco inny tor. Dosięgnąć i prześlizgnąć się po obecnej doczesności. Oddychał miarowo, czując jak krew burzy się na widok ojcowskiej reakcji. Zmarszczył brwi, zwężając punkt widzenia. Za chwilę miał przyjąć atak. Zignorował te wyraźną kpinę. Zabolała, nadszarpnęła męską dumę, uderzyła w sam środek szarganej podświadomości. Co on sobie wyobrażał? Że nie potrafi dzierżyć różdżki, wykorzystać jej do obrony, śmiertelnego ataku? Była jedynie zabawką, ozdobnym atrybutem? Że przez te jedenaście lat podziwiał malownicze krajobrazy odległej obczyzny, nie dotykając właściwości magii? Jesteś głupcem. – Nic nie rozumiesz. – zarzucił drżąco. Głos uniósł się nieznacznie; tracił kontrolę. – Nie chodzi o to za kogo będę walczył, tylko dla kogo. – to nie jego wojna, był tego świadom. Nie przynależał do tej ziemi, nie utożsamiał się z nią. Mógł pozostać nieodnaleziony, oddalony o bezpieczne kilometry. Świadomość uczestnictwa, przelewu krwi najbliższych, zmusiła do podjęcia działań. Póki miał dla kogo walczyć, zmierzy się z najgorszym. Zaoferuje własne życie. Nie obchodził go fakt, iż towarzysz, postrzegał go przez pryzmat dawnych, prezentowanych zachowań. Tak bardzo się mylił. – Póki będę miał dla kogo walczyć ochronię każdego. – i choć w to nie wierzysz, właśnie tak będę postępować. Wbrew tobie. Rozszerzył źrenice w niemym niedowierzaniu. Przechodził samego siebie. Wersety wysypywane na powierzchnię, były lodowate, karcące, kaleczące. Zaczepiały się o każdy, wystający skrawek skóry. Wbijały szklane odłamki w połamane i poharatane serce. Tak bardzo nie wierzył w zdolności, potencjał własnego dziecka. Jak okrutnie bezczelny się stał, mówiąc o tym wprost? Powieka zadrgała, gdzieś w oddali, wilgotna ciecz szykowała się do ujawnienia. – Nie znasz, nie wiesz kim jestem i zapewne nigdy się nie dowiesz. Nie wiesz co umiem, co robiłem i co przeżyłem. Nigdy przychylnie nie spojrzałeś na mój potencjał, inne zdolności, które dla ciebie, okazywały się bezmyślne, głupie, nieistotne. – oskarżycielski palec, skierował się w stronę aurora. – Wiedź, że aby dobrze walczyć, nie trzeba mieć na swoim koncie sterty lodowatych trupów. Nie musisz mnie tego uczyć, ktoś zrobił to przed tobą. - wyrecytował zaciskając szczękę. Sylaby były siłowe, złowrogie. Sylwetka drżała, popychana nieistniejącym podmuchem. Ktoś dał mu szansę, zauważył determinację, zdolności, talent. Nauczył pokory i sztuki walki. Nie musiał być tu od początku, aby poznać właściwą sekwencję bitewnych kroków. Jesteśmy dla siebie obcy. Słuchał, przyjmował rozgoryczenie. Łamał się pod ich ciężarem, nie wiedząc co powinien zrobić. Bolały go płuca, brakowało mu tchu. Cień łzy, wkroczył w jasne, błękitne tęczówki, które teraz stały się przezroczyste. Jego własny ojciec przewidział mu śmierć. Była to wątła granica między życzeniem jej naprawdę. Popatrzył na niego z niedowierzaniem rozczarowaniem, nienawiścią tak ciężką do wytrzymania boleścią. Przez te wszystkie lata nie zrobił żadnego kroku, zatrzymał się w miejscu. Był bezmyślny, a jednocześnie okrutny. Wątła kropla spłynęła, po policzku wnikając w wełniany płaszcz. – Z największą dumą spocznę obok niej. - zaczął drżąco, od zupełnie innej strony. – Jesteś tyranem, który na zawsze będzie widział we mnie niespełnione marzenie. Stracone oczekiwanie, które nie podporządkowało się wielkiemu aurorowi. – ostatnie słowo wypowiedział z obrzydzeniem, dławiąc się jego brzmieniem. – Dla ciebie będę nieudacznikiem, który uciekł, bo się bał. Bo, stchórzył. Tak mnie wtedy nazwałeś, pamiętasz? Tchórz. Nigdy nie poznasz prawdy, bo się jej boisz. Lękasz tego, że twoje błędy powróciły wraz ze mną. Że zmarnowałeś życie, że ci się nie udało. Że dałeś jej umrzeć. Że z taką łatwością mógłbyś dać umrzeć mnie. Jeżeli tego chcesz, to niech tak zostanie. – już się nie obchodzimy, pogódźmy się z prawdą, która już dawno nad nami zawisła. Już na zawsze będziesz wmawiał mi, że nie umiem zerwać z tym co było, że jestem niewyrozumiały. – Nie uwierzę już w żadne, dobre intencje. Nie potrzebuję twoich rad. Możemy stać po jednej stronie, ale tak jak zdążyłeś powiedzieć, nie będziemy sojusznikami. – pokiwał głową twierdząco, ścierając łzę, tak, aby tego nie zauważył. To koniec. – Nie mamy chyba już o czym rozmawiać. – spojrzał na zaśnieżony nagrobek i dodał: – Chciałbym jeszcze z nią porozmawiać, sam. – wypłakać, wyżalić, umrzeć.




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?
Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Cmentarz dla magicznych - Page 3 SZkQsQ6

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime17.05.20 18:24

Każde słowo wypadające z ust Vincenta było coraz bardziej zuchwałym oskarżeniem. Dalej powoływał się na Jackie, stawiając ją jako dowód ojcowskiej tyranii, bo córka mogła pójść w jego ślady tylko z powodu nieustannych nacisków. Obrała godną ścieżkę kariery, jej życie miało dzięki temu sens, więc dlaczego w jego oczach było to czymś złym? Walcząc z potworami nie musiała sama stać się potworem. Co chwila narażała swoje życie w walce, niebezpieczeństwo niejednemu odebrałoby zdrowy rozsądek i wybiło z płuc resztki oddechu, ale ona była silna, przeszkolona do radzenia sobie w różnych sytuacjach. Również czerpała swoje doświadczenia z działalności na rzecz Zakonu Feniksa, dzięki czemu wiedziała więcej o kulisach wojny. Zawsze miała w sobie tę odwagę, aby walczyć o to, co słuszne, gdy do domu powracała z siniakami i zadrapaniami niczym z wojennymi ranami, bo pobiła się z jakimś draniem, co dręczył inne dziecko lub kopał kota.
Co jest złego w tym, że walczy z bydlakami? – spytał raz jeszcze, nie mogąc strawić dziwacznych poglądów swojego syna, który kurczowo trzymał się tej jednej kwestii. – To powód do radości, że nie tchórzy i wie, co jest ważne. Walczy w to, co wierzy – w jego głosie rozbrzmiała duma, choć nikła, brzmiącą gdzieś pod warstwą irytacji i złości, jaką trzymał jeszcze w ryzach stanowczości. – A ty w co wierzysz? O co chcesz walczyć? – spytał go bezlitośnie, znów próbując dociec, po jakie licho wrócił i czego właściwie chciał.
Już nie dziwiło go to, z jaką łatwością Vincent wypaczał jego słowa. Słyszał tylko to, co usłyszeć chciał, nie dając szansy na to, aby prawdziwie znaczenie zdań w ogóle w jego umyśle wybrzmiało. Kiedy Kieran próbował rozciągnąć przed nim wizję zabijania wrogów w ostateczności, syn zaraz zarzucił mu, że wymaga od niego, aby zabijał całe rzesze. Miał czelność stawiać się, choć nie wiedział nic o tej wojnie. – Zatem wracaj do tego kogoś, aby cię oświecił odnośnie tego, jak powinieneś ratować swoje życie, kiedy wróg bez mrugnięcia okiem zaczyna rzucać w ciebie niewybaczalnymi – odparł ostro, nie zastanawiając się w tej chwili zbyt wiele nad przeszłością syna. Był w zbyt wielkich nerwach, aby w ogóle pomyśleć o tej kwestii. Vincent zresztą nie przybył tu po to, aby snuć własne opowieści, musiał szczerze pragnąć tej konfrontacji, wielkiej awantury, podczas której mógłby wytknąć znienawidzonemu ojcu wszystko, czego niegdyś nie zdążył wykrzyczeć jako rozdygotany nastolatek. Stawał się nim ponownie. Żadna łza nie mogła go zmiękczyć ojcowskiego serca. Kieran przyglądał się kolejnej niewielkiej kropli z jakąś pogardą, znów czując, że Vincent w swej bezsilności próbuje coś ugrać przejawem słabości.
Podłość. Podłość i okrucieństwo. Właśnie to wypłynęło z serca Vincenta, spłynęło po jego języku i ostatecznie rozlało pomiędzy nich. Słowa były jadem, trucizną najgorszą spośród wszystkich i w tej chwili bliskie były doprowadzić go do upadku. Dusza zatrzęsła się w posadach, kiedy oskarżenie wybrzmiało wyraźnie. Kilka miesięcy temu, gdy stawał tu wraz z Jackie, ona też wyraziła swoje wątpliwości, chciała wiedzieć dlaczego. Nie miał dla niej odpowiedzi.
Dałem jej umrzeć? – powtórzył po nim głucho, bezwiednie, jakby w pierwszej chwili nie rozumiejąc znaczenia tych słów, tego najgorszego zarzutu spośród wszystkich. Ta jedna śmierć dla ich rodziny znaczyła wszystko. Odejście Abigail było nagłe, niespodziewane, niezrozumiałe, ale przede wszystkim było rażąco niesprawiedliwe. Nic nie wskazywało na to, że czarna magia wyniszczała ją od środka. Jej dziąsła nie krwawiły, pod siną skórą nie rozlewały się ogromne krwiaki, właściwie w tych ostatnich tygodniach życia wydawała się zdrowa, może była nieco bardziej blada. Ale to sinica doprowadziła do jej śmierci, zdiagnozowana po śmierci. Mówiono mu, że była narażona na jej wpływ w pracy, kiedy pochylała się nad ofiarami najstraszniejszych zaklęć, ale równie dobrze to mąż mógł przynieść jej zgubę. Choć nie przynosił do domu zaklętych artefaktów, być może nosił na sobie ślady mrocznej magii. Jakim cudem mógł przeoczyć chorobę ukochanej kobiety? To nie była jego wina, a jednak nie mógł sobie darować tego, że był tak ślepy i uparty, że nie potrafił jej pomóc, kiedy nagle upadła. Szukał wyjaśnienia, uparcie go szukał, ale nie znalazł takiego, które by go zadowoliło. Straszna choroba, która u innych rozwija się latami, ją zabrała w ciągu chwili.
MYŚLISZ, ŻE TYLKO TY JĄ STRACIŁEŚ?! – ryknął wreszcie w jego stronę, w złości wyciągając po niego ręce, aby go chwycić, złapać za ubrania, potrząsnąć mocno i z bliska wykrzyczeć mu swoje racje. I już palce lewej ręki zacisnął na synowskim ramieniu, palce zaciskając na drugim ciele. Prawa ręka nie sięgnęła celu, kiedy pojął, że nie może szarpać Vincentem na oczach jego matki. Miejsce sacrum, gdzie przyrzekł zachować ciszę i spokój, zostało skalane krzykiem i nienawiścią. Szybko go puścił, zabrał rękę z odrazą. – Bo mi niby było łatwo, prawda? – zadał pytanie z jawną kpiną, tym razem samemu oskarżając Vincenta o bycie ślepym głupcem. – Patrzeć na ciebie, Jackie i myśleć tylko o niej – dopiero z czasem jego dzieci stały się odrębnymi bytami a nie tylko dowodem istnienia zmarłej żony. – Potrafiłeś na mnie patrzeć tylko z wyrzutem.
Poprawił płaszcz i zaraz wsunął dłonie do kieszeni, wykonując dwa kroki do tyłu. Irytacja i zmęczenie odmalowywało się na jego twarzy. – Jeśli chcesz umrzeć, droga wolna, ale nie obwiniaj mnie za swój marny koniec przy ostatnim tchnieniu. Dziś miałeś wybór i sam go dokonałeś – brzmiał tak, jakby umywał ręce i może właśnie tak było. Było to dopiero ich pierwsze spotkanie po powrocie Vincenta, a Kieran już miał szczerze dość długiego ciągu pretensji, jakie ten mu serwował. – Możesz być pewien, że po twojej śmierci urządzę ci piękny pogrzeb, taki ze mnie dobry ojciec – rzucił kąśliwie, prowokując Vincenta do tego, aby zdecydował się żyć jak najdłużej na przekór rodzicowi, to będzie najlepszy sposób, aby zrobić mu na złość, nieprawdaż? Inaczej chyba już nic do niego nie trafi.
Zrobił kolejny krok w tył, oddając własnemu dziecku coraz więcej przestrzeni. Obaj tego potrzebowali, samotności. Decyzja o odejściu nie była trudna. – Tak, porozmawiaj z nią, może ona przemówi ci do rozumu.
W to, ze matka nigdy nie chciałaby jego śmierci, pewnie uwierzy w mgnieniu oka, jeśli tylko cień ojca tyrana odsunie się od niego. Rineheart ruszył więc ścieżką w stronę wyjścia ze cmentarza, w myślach przeklinając skrajną głupotę własnego syna. Niepotrzebnie wracał.

| z tematu




(

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

)
Powrót do góry Go down
Shelta Vane
Shelta Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 10
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 19
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime15.06.20 8:51

- Czy mogły być komuś na rękę... Niepokojący to pomysł, lecz wcale nie taki nierealny. Po czymś takim bardzo trudno jest wrócić do tego jak było, a nastroje od roku, dwóch - są, jakie są... - uniosła bliźniaczo brwi wyżej w geście zamyślenia. Jeżeli komuś zależało na tym by zmusić czarodziei do wyjścia z cienia, ukazać mugolskiemu światu istnienie rzeczy których niemagiczni nie są w stanie pojąć to anomalie lepiej swej roli spełnić nie mogły. Starała się jednocześnie bezpiecznie dobierać słowa nie chcąc by została jej przytroczona polityczna łatka. Była naukowcem - nie potrzebowała takowej - A co osobiście myślę to cóż... Myślę, że na tę chwilę wiem za mało by potrafić to osądzić. Kto wie, może równie dobrze jest to niepożądany efekt jakiegoś doświadczenia - nie zamierzała się zamykać na jeden scenariusz - Jakiego? Kiedyś się dowiemy - Była tego pewna. Prawda miała to do siebie, że nie ginęła - zakopywała się jedynie pod grubą warstwą kurzu - Jeżeli to by nastąpiło, gdyby źródła magii się skończyły to skończyłby się świat. Magia tkwi we wszystkim, to życie, jak i śmierć - i tu nie chodzi o metafory - Nie potrafiła skryć pląsu rozbawienia słysząc podobny pomysł. Nie było w tym geście jednak nic szydzącego - Dużo o tym jednak by mówić. Jakby miał pan ochotę posłuchać w nieco bardziej ludzkich warunkach to zapraszam do Fleetwood w Lancashire, przy porcie znajduje się karczma Bajero - odgarnęła kosmyk nieśmiało z twarzy musząc przyznać, że lubiła podobne dyskusje, dywagacje, a o samej numerologii mogłaby opowiadać dłużej tym bardziej w towarzystwie, które wydawało się chcieć ją słuchać.
Światło uchodzące z różdżki odsłoniło kolejne tajemnice, a może bardziej przetarły szlaki dawno nieodwiedzanych wspomnień. Shelly być może nie rzucała się w oczy, lecz jak rasowy puchon - zwracała swoje własne na wszystkich wokół. Musiała przyznać, że przyjemne było to, iż on sam też ją rozpoznał. Nawet jeżeli było to drobne kłamstwo tak jednak nie potrafiła się go dopatrzeć w drugim człowieku. Czy była naiwna - niewątpliwie.
- Och, a więc zapadłam w pamięci jako czarny charakter... Mam nadzieję, że nie zniszczyłam potencjalnie wschodzącej gwiazdy koła szachowego - przyłożyła w niewinnym geście palec do dolnej wargi mrużąc nieco powieki. Żartowała miękko samej raczej pamiętając wydarzenie jak przez mgłę co raczej jej nie zaskakiwało - faktycznie grała dużo, a kolejne drobne zwycięstwo mieszało się w słodkiej kadzi tuzinów innych bo to przecież porażki czyniły niewidzialne blizny nie do zapomnienia - Zgadza się - kiwnęła głową - Czeka na mnie przed cmentarzem karoca. Opłaciłam woźnicę by na mnie poczekał. Tak trochę nie wypada teraz mi go porzucić. Chętnie dam się jednak odprowadzić do tej - była chętna przyjąć oferowaną uprzejmość, jednak w nieco innej odsłonie chcąc nieco przeciągnąć niespodziewane spotkanie smakując towarzystwa niegdyś chłopca, a obecnie mężczyzny w innej niż szkolnej odsłonie. Zerknęła na jego wysoką, barczystą sylwetkę uwydatnioną jeszcze bardziej przez przemoknięte ubrania, przyozdobioną w twarz o niepokornych załamaniach (a nawet złamaniach) - Um, jakbyś kiedyś chciał spróbować się zrewanżować za krzywdy wyrządzone przed laty to istnieje szansa, że być może udałoby ci się wygrać gdyby na stoliku znalazłaby się butelka skrzaciego wina - na policzkach pojawiły się subtelne dołeczki, które przerodziły się w lekkie rozbawienie pomieszane z niedowierzaniem. Co ona miała w głowie spotykając praktycznie nieznajomego mężczyznę. Na cmentarzu - lub jakbyś potrzebował świstoklika to nie wstydź się prosić - pomyślę może o zniżce - przymknęła psotnie jedno oczko




magic is in the air tonight
Powrót do góry Go down
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 16
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime15.06.20 17:26

Może dywagowanie na ten temat nie miało najmniejszego sensu, ale widząc to wszystko, co działo się wokół nich, trudno było nie zadawać sobie pytania jak; synestetycznie doznawali magii wszystkimi zmysłami - a ona nie była już tylko wyzwalaną czarami wiązką energii, lecz zaczęła pulsować własnym życiem.
Keat nie potrafił odgrodzić swoich myśli od aspektów politycznych; nie chciał popadać w paranoję i nigdy nie należał do fanów teorii spiskowych, ale polityką nasiąkało całe ich życie - nie dało się od niej odgrodzić. Na to, jak funkcjonują, wpływają podejmowane odgórnie decyzje. Czy tego chcą - czy nie, są częścią polityki. I choć jako naukowiec mogła uznać, że jest ponad tym wszystkim, to w strukturze czarodziejskiego świata na samej górze zawsze byli ci otaczający resztę siatką wpływów.
- Skoro magia jest jak życie, naturalną koleją rzeczy byłoby, gdyby kiedyś się skończyła - złapał ją za słowo, a na jego twarzy pojawił się niechlujny uśmiech; zrozumiał jednak przekaz - i poniekąd poczuł się uspokojony, że jego przypuszczenia nie miały nic wspólnego z prawdą, a magia była po prostu niewyczerpywalna. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad jej naturą, lecz ten wieczór i kryształowy spektakl wyzwalał skłonność do zadawania podobnych pytań nawet w nim - osobie, którą nikt nie posądziłby o naukowe spojrzenie na otaczający go świat. Na zdrowy rozsądek wydawało mu się oczywiste, że jak każde zasoby, i magia musi mieć jakieś ograniczenia, że nie można czerpać z jej źródeł w nieskończoność. Ale może była materią, która odnawiała się samoistnie. Jeszcze chwila, a dostanie potężnej migreny, próbując to wszystko rozebrać na czynniki pierwsze.
- Mam to rozumieć dosłownie? Magia... podtrzymuje nasz - w tym kontekście miał na myśli ten ludzki, nie magiczny - świat? Umożliwia jego istnienie i funkcjonowanie? - myślał zawsze, że to coś, co istnieje obok; iż świat czarodziejów i mugoli jest uzupełniany przez magię, ale że nie splatają ich ze sobą zależności, które warunkują istnienie jednego od bytu tego drugiego.
- Bajero - powtórzył po niej, zapamiętując nazwę; nigdy nie był w Lancashire, trzeba to będzie nadrobić. Kto by się spodziewał, że jednak mają coś wspólnego - a więc rozmawiał z dziewczyną z portu; podejrzewał, że skoro bywała tam tak często, musiała mieszkać gdzieś w pobliżu. - Zawitam tam kiedyś - może nie w najbliższym czasie, ale coś mówiło mu, że niegdyś odwiedzi to miejsce.
- Najczarniejszy, z szansą na to, by pewnego dnia zostać arcywrogiem; deptanie marzeń niedoszłej gwiazdy magicznych szachów możesz sobie już odhaczyć na swojej mrocznej ścieżce, do pełni nieszczęścia brakuje już tylko, żebyś wygrała ze mną w gargulki - albo im podobną grę. Swoją drogą, czy to wyzwanie? Nie próbowałby nawet się rewanżować, rozgrywając następną partię szachów, ale gargulki... w nich wygrana była czysto losowa. Przy czym czysto to słowo klucz. Bo przegrany już z czystością nie miał nic wspólnego.
- W takim razie odprowadzę cię chociaż do... karocy - zmarszczył brwi, niepewien, czy to był tylko żart, czy naprawdę pojawiła się tutaj właśnie w takim pojeździe. - Żebyś nie zgubiła żadnego buta - dodał jeszcze, testując ją z wiedzy o mugolskiej kulturze. Dwa kryształy - na pamiątkę - schował do kieszeni, a potem zaczął torować im drogę przez śnieżną zaspę - ku wyjściu. Po ich śladach zostały już tylko wgłębienia; śnieg tańczył na niebie z refleksami białej magii, wyściełając im ścieżkę miękkim dywanem, w których tonęli po kostki.
Obrócił się przez ramię, słysząc jej propozycję i nie wahał się ani chwili.
- A więc rewanż - pozostało mu tylko na nią przystać z niebezpiecznie skrzącymi się w oczach iskierkami - postara się, żeby tym razem nie poszło jej tak łatwo, nawet jeśli będzie musiał się uciec do mniejszego bądź większego oszustwa; okaże się, czy skończy się na szachach, czy na wspomnianych przez niego gargulkach. - Do zobaczenia w Lancashire - rzucił jeszcze na odchodne, gdy znaleźli się przy woźnicy.
Było już dawno po północy. Karoca powinna odjechać czym prędzej.

zt<3





only shadows dwell where we are
creeping on the edge of the dark


Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Cmentarz dla magicznych - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cmentarz dla magicznych   Cmentarz dla magicznych - Page 3 I_icon_minitime06.08.20 0:27

Nie sądził, iż samoistnie poddała się zdeterminowanej woli ojca tyrana. Zaproponowała konkretną drogę postępowania, za którą podążała tak zawzięcie, odważnie, bohatersko. Czyż nie była przyzwyczajona do pewnych standardów? Wychowywana w konkretnym schemacie, szczegółowej sekwencji przygotowanej przez siwowłosego, przebiegłego mężczyznę. Otrzymała nadmiar rodzicielskiej uwagi, przez którą przemawiało okrutne pragnienie posiadania prawdziwego, nieustraszonego potomka. Zwiastowała zwieńczenie i usidlenie rodzinnych tradycji, cech charakteru, wymierzania sprawiedliwości oraz chronienia słabszego ogniwa. Miała być honorowa, oddana wyższości, waleczna do granic możliwości. Wyszkolona na zabójczą wojowniczkę, wstawioną w sam środek bestialskiej, okrutnej, krwawej wojny. Dzięki powyższemu postępowaniu stwarzała powód do dumy? Naprawdę stawiano ją jako wzorzec wśród młodego pokolenia czarodziejów? Czy stary auror zdawał sobie sprawę z ryzyka kolejnej utraty? Nie wiedział, że podświadomie wystawia na śmierć jedyną jednostkę, którą naprawdę kocha? Był nieporuszony – tracił nadzieję, iż cokolwiek naruszy kamienną, nieprzepuszczalną barierę.
Pokręcił głową z niedowierzaniem słysząc wypowiedziane słowa. Westchnął cicho, bardziej do siebie pozwalając, aby lekki, poranny podmuch owiał zaczerwienione policzki. Na jedną, krótką chwilę wzrok powędrował na udeptane podłoże, przyglądając się nieregularnym śladom wąskich podeszew. Tracił chęć i determinację. Osobnik znajdujący się nieopodal wydawał się nieustępliwy, zaparty w swych bezmyślnych przekonaniach. Unosząc brodę spróbował jeszcze raz, wymownie, przez zaciśnięte zęby: – Nie wiem czy słyszysz sam siebie… – zaczął nie drgając ani o milimetr. – Dla jasności, walczy o to, w co ty wierzysz... Podporządkowałeś ją sobie jak psa. – skomentował dosadnie, zaciskając szczękę jeszcze mocniej, ciaśniej. Nie pozwolił, aby wtrącił kolejny, oskarżycielski ton: – Nie twierdzę, że jej zaangażowanie, umiejętności, wola walki jest czymś złym. Jestem dumny, że wyrosła na silną i mądrą kobietę. – zaakcentował ostatnie sylaby. Uniósł dłoń i gestykulował: – Nie masz tu już nikogo, dlatego powinieneś ją chronić, odciągać od najgorszego, zamiast szczycić się, że rozlewa swą krew na brudnych ulicach parszywego Londynu. – zakończył wściekle, przekręcając głowę w stronę obudzonego słońca. Zmarszczył powieki nabrał lodowatego powietrza w zszargane kanaliki płucne. Drżał z nadmiaru emocji, powstrzymywanych tak usilnie i zawzięcie. Jasne światło wybielało błękitne tęczówki rozświetlone pozaziemskim blaskiem. Miał już dość niepotrzebnej szamotaniny. Ty chyba też, tato.
Trwali w swych nieodwracalnych przekonaniach, próbując nakłonić przeciwstawną jednostkę. Uparcie wygłaszali dalekosiężne racje, poparte własnymi obserwacjami, poglądami, czy niedopełnionymi informacjami. Nie potrafili właściwie rozmawiać, ani pójść na kompromis.
Ciemnowłosy mężczyzna zamrugał kilkukrotnie, aby przywrócić właściwe pole widzenia. Skierował spojrzenie na wysoki, masywny profil zawieszając je na pomarszczonej, podstarzałej twarzy. Przyglądał się uważnie, dokładnie, wyszukując pojedynczych śladów utraconego człowieczeństwa. Usta zaciśnięte w wąską linię nie zdradzały żadnego odczucia. Wklęsłe policzki poruszały się w swym własnym rytmie, gdy szczęka zaciskała się mosiężnie, w napływie spotęgowanych nerwów. Dłoń ukryta w głębokiej kieszeni głaskała zbielałe knykcie. Czekał, aż przeciwnik odezwie się na nowo: – Ten ktoś już to zrobił. – odpowiedział spokojnie, choć siłowo. Nie spuszczał intensywnego wzroku, dając odczuć namiastkę swych jedenastu lat bezwzględnej tułaczki. Chciał wywołać nieistniejące poczucie winy? Uświadomić, iż obce osobistości dostrzegły niewykorzystany potencjał. Nauczyły prawdziwego egzystowania, przetrwania, radzenia w najtrudniejszych sytuacjach. Wychowali go na świadomego, dorosłego, silnego mężczyznę, który nie bał się konfrontacji, wrogów, a nawet śmierci. Miał przecież o co walczyć, lecz te powody pozostawiał wyłącznie dla siebie.
Nie pragnął konfrontacji. Ukrywał się przed wychowawcą jak najdłużej, jak najdalej. Postępował ostrożnie, nie wychylał się na powierzchnię zamrożonego miasta. Demony przeszłości odnajdowały go w najmniej spodziewanych, obskurnych zakamarkach. Chłonne ulice przekazywały ciekawskie informacje, które finalnie dotarły także do niego. A teraz stał w bezruchu pozwalając, aby zimna, niewymuszona, pojedyncza kropla prawdziwej rozpaczy spłynęła po zarośniętym policzku. Bezwstydna, prawdziwa, niezatrzymana. Pozwolił sobie na wyrzucenie prawdy, niezrozumiałych odczuć, pretensji, które cały czas w sobie nosił. Nie wstydził się, żądał tej chwalebnej i pielęgnowanej sprawiedliwości, o której tak głośno opowiadał. Pamiętasz ojcze? Lecz on, oprawca, potwór stał z wyrazem obrzydzenia, nadludzkiej pogardy. Łapał słowa niczym najsilniejsze ciosy. Formował obraz spłodzonego wychowanka na podobieństwo wroga, z którym mierzył się podczas codziennych walk. Zapomniał, że w niebieskich żyłach płynie ta sama krew. Zadrżał, drgnął, zauważył to. Trafił w punkt, który poruszał zamarzniętym ciałem. Dotknął najgłębszej, najwrażliwszej bolączki. On też ją nosił. Brzemię, bezsilność wobec wyniszczającej choroby. Okrutność dziecięcej postaci niezdolnej do jakiejkolwiek interwencji. Mógł jedynie przyglądać się jak z ciała ukochanej matki, z minuty na minutę ulatnia się delikatna mgiełka cennego, spajającego wszystkie ogniwa żywota.
Ten jeden moment był niespodziewany, niekontrolowany. Nie zdążył zareagować, gdy współrozmówca przekroczył dzielące milimetry łapiąc za pokaźne połacie grubego materiału. Nie dosięgnął różdżki – długie palce oplotły wykrojony kołnierz przybliżając twarz do obcej już twarzy. Czuł złowrogi oddech, okrutną siłę nabytą przez lata. Rozszerzył źrenice słysząc potężne warknięcie. Ojciec szykował się do ciosu. Naprężył się i wykrzyczał na wznak: – NA CO CZEKASZ? – sprowokował, zastygł. Czekał, aż straci kontrolę, wymierzy własną, właściwą sprawiedliwość. Okaże słabość. Przepraszam, że musisz to oglądać. Odpuścił, wycofał się w bezpieczną przestrzeń. Atmosfera drżała. Młody Łamacz nie poruszył się próbując rozluźnić spięte kończyny. Odchrząknął głośno, a wolną dłonią wyprostował wełniany kołnierz. Spojrzał w jego stronę z odrazą, wyrzutem. Czy mógł spodziewać się jeszcze czegoś więcej? Nie skomentował karygodnego zachowania, stracił do niego całkowity szacunek. Kręcił głową z niedowierzaniem. Wszystkie sylaby były zbyt obrzydliwe, nieprawdopodobne: – Jesteś samolubny. Zawsze taki byłeś. – stwierdził, robiąc delikatny krok do tyłu.
Schował ręce do kieszeni, aby wypowiedzieć coś jeszcze odrobinę ciszej:
– Ty nigdy na mnie nie spojrzałeś. Tak po prostu, jak ojciec na syna. – nie mieli żadnych relacji, wspólnych tematów, zainteresowań. Oponent stojący po drugiej stronie nie potrafił otworzyć się na inny, bajkowy świat pierworodnego syna. Nie dopuszczał do siebie wrażliwości, indywidualności i odmienności. Usilnie przemieniał je w stos niedopuszczalnych wad, z którymi bezzwłocznie dorastał.
Nie miał już sił mimo tak wczesnej pory. Westchnął, bolały go wszystkie mięśnie. Ramiona odmawiały posłuszeństwa utrzymując rosłą, wyprostowaną postawę. Podkrążone oczy wskazywały na kilka nieprzespanych nocy. Powieki zamykały się samoistnie, gdy ostatnie wersy wydobywały się na cmentarną alejkę:
– Gdy będę umierać pozdrowię śmierć w twoim imieniu. Zapewne nie będzie mogła doczekać się, aż przyjdzie także po ciebie. – wyrzucił beznamiętnie. Nie obchodziły go już żadne konsekwencje. Na kolejne zdanie prychnął wymownie wzruszając ramionami: – Nic od ciebie nie chcę. Nie musisz się wysilać. – dodał niedbale, aby po chwili odwrócić się w stronę szarego, oszronionego nagrobka. Zmarszczył brwi i podchodząc do wykutych liter, starł ostatnie płatki przymrożonego śniegu. Wypuścił powietrze przez zaciśnięte usta, czując jak zimno wnika przez pojedyncze otwory. Nie zwracał uwagi na intruza. Zignorował wypowiedź, wyciszył na oddalające kroki. Skrzyżował ręce oparte na biodrach. Zamykając oczy wziął głęboki wdech. Uspokajał się poprzez sentencję modlitwy wypowiadanej głęboko w myślach. Z każdą, kolejną sylabą łzy napływały do oczu skropionych przenikliwym błękitem. Nie miał już sił walczyć z destruktywną przeszłością. Nie po to wrócił. Musiał zacząć żyć – na nowo. Przepraszam cię mamo.

| zt  tears




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?
Powrót do góry Go down
 

Cmentarz dla magicznych

Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20