Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Aleja Theodousa Traversa
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Aleja Theodousa Traversa

Jedna z dłuższych alei, wybrukowana szarą kostką. Pomimo lokalizacji tuż przy samej Tamizie, gdzie odbywają się załadunki i rozładunki towaru, spotkać tu można wiele osób - najczęściej amatorów długi spacerów i charakterystycznego zapachu rzecznej toni. To właśnie tutaj  cumuje Jolly Jelly II, jeden ze statków rodziny Travers. Z portu można się na niego dostać poprzez drewnianą, stabilną kładkę. Z kolei woda przy porcie najczęściej jest dosyć chłodna - chodnik oddzielają od niej ponad metrowe żeliwne słupki, połączone łańcuchem zdobionym w morskie stwory.
W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Rycerzy Walpurgii i +10 dla Śmierciożerców.


Tańce

Przy jednej z głównych Alei czarodzieje rozstawili ogromny namiot, wewnątrz którego znajdowała się scena - na niej występy dają orkiestry, muzycy, śpiewacy, sztuczmistrzowie, szarlatani i inni. Zebrani czarodzieje oklaskują występy, a przy muzyce - tańczą. Charakter tego miejsca jest różny w zależności od dnia i godziny, popołudniami najczęściej słychać tu muzykę klasyczną, przy której bawią się wyższe sfery, a wieczorami i nocami rozlegają się bardziej współczesne nuty, które gromadzą bardziej rozbrykane towarzystwo. Zabawy codziennie rozpoczynają się w południe, a kończą nad ranem.

Choć wszyscy spodziewali się na zimowym jarmarku występu Celestyny Warbeck, która wciąż utrzymuje się na szczycie, śpiewaczka nie pojawiła się. Ministerstwo oznajmiło, że zatrzymała ją ciężka choroba, ale nieoficjalnie krąży plotka, że wybitna artystka odmówiła propagandowego występu, nie zgadzając się z aktualną polityką władzy.

Występy
Jeżeli jesteś artystą scenicznym i chcesz wystąpić na scenie, możesz napisać w tym wątku opowiadania na co najmniej 800 słów i zarobić w ten sposób 50 pm (należy je dopisać do skrytki samodzielnie, z zalinkowaniem owego opowiadania).

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 14.01.21 22:24, w całości zmieniany 3 razy
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Aleja Theodousa Traversa - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


do postu Sheili

Londyn może i był szary, ponury. Może i był potwornie niebezpieczny — dla nich przecież zagrożenie wcale nie ustało, nikt ich nie mógł chronić, nie strzegło ich nazwisko, fałszywe dokumenty były w stanie ich ocalić tylko na chwilę przed ewentualnym zainteresowaniem patrolu. Ale stolica była wciąż pierwszym miejscem w kraju, które miało przy nowej władzy rozkwitać. Niezależnie od tego, po której stronie barykady stali i czy się zgadzali ze zmianami, czy nie, to tu mieszkali najbogatsi obywatele. A tam, gdzie bogaci ludzie, tam praca dla nich. Dlatego obrał stolicę za cel już dawno temu, licząc, że możliwości i szansy zarobkowe ściągną tu członków taboru, którzy przeżyli. Nie myślał jeszcze o godziwym bycie, o tym, by znaleźć bezpieczny kąt, miejsce i w nim się zaszyć. Myślał perspektywicznie — próbował kalkulować co mu się opłacało najbardziej, a teraz im. Im wszystkim. Sheili, Thomasowi i Eve. Nieopłacalnie było zabrać się i stąd wyjechać już teraz, skoro się odnaleźli. Potrzebowali pieniędzy. Potrzebowali ich na jakikolwiek nowy start i chociaż życie tutaj było trudne i bardzo drogie, a społeczeństwo traktowało ich jak ludzi najgorszego sortu, to właśnie tutaj wciąż mieli szansę jak najwięcej zyskać. Okraść jak najwiecej bogatych dam, oczarować i wyżebrać jak najwięcej srebrnych monet, mężczyzn wdziękami, szyć stroje i szaty — bo przecież możni nie przestawali się ubierać. Wiedział, że dopiero, gdy uda im się zgromadzić jak najwięcej środków, wtedy będą mogli myśleć o ucieczce i o tym, by znaleźć miejsce gdzieś na obrzeżach, może na wsi. Może odkupić lub naprawić uszkodzone cyrkowe wozy, sprawić sobie konie, a może mały domek i osiąść gdzieś na chwilę. Ale im dalej od stolicy tym trudniej będzie o pracę. Nie mógł o tym zapomnieć, nawet jeśli pozostała trójka była już myślami gdzie indziej.
Zimowy jarmark dawał im legalną i łatwa możliwość zarobku. Nie mogli z tego nie skorzystać. Nie musieli żebrać, nie musieli kraść. Wystarczyło załatwić parę spraw, wyjść na scenę i otrzymać sowite wynagrodzenie za zabawianie gości. Bo to przecież głównie chodziło o to, by obdarować rozrywką mieszkańców Londynu, którzy postanowią swój czas spędzić w tym miejscu. Trzymając zniszczony futerał ze starymi skrzypcami skierował swoje kroki do mężczyzny odpowiedzialnego za organizację występów. Zadbał o to dziś, by być dobrze ubrany, schludnie, czysto. Eve uczesała niesforne, wykręcające się włosy, na które naciągnął kaszkiet. Przedstawił ich mężczyźnie z jak najlepszej strony, choć nie było to łatwe. Mieli zapewnić rozrywkę na poziomie, ale przysiągł mu, że się nie zawiedzie. Nawet jeśli cygańska melodia, ich własna gra go nie porwie, taniec Eve był w stanie stopić najmocniej zmrożone serce. Kokieteryjna, filuterna, przyciągająca oko czarownica o egzotycznej urodzie zawsze uderzała w samo sedno.
Kiedy się już udało, dał rodzeństwu i Eve znać, że mogą się szykować. Futerał odłożył na bok, a na leżący w nim instrument popatrzył krótko, nim go wyciągnął. Słyszał o tym kiedyś, że najwięksi wirtuozi codziennie i po każdej grze czyścili skrzypce, smarowali włosie smyczka kalafonią. On tego nie robił. Pomimo miłości, jaką darzył instrument nie był w stanie o niego tak dbać. Pieniądze zamiast na żywicę szły zwykle na żywność lub do skarpety, odłożone na czarną godzinę. Ale dziś wyjątkowo były wymyte, wyczyszczone, wstępnie nastrojone w domu tak, by wyglądały okazale. Drewno było ciemne, nierównomiernie polakierowane. Część bejcy zmieniła swój odcień przez temperaturę ognia trawiącego cygańskie wozy. Widać było na nich znak czasu, miały już kilkanaście lat — tylko struny były wymieniane, pudło wciąż to samo odkąd dostał je po raz pierwszy. Podbródek wytarty na drewnie pozostawił jaśniejsze smugi. Ale w ich brzmieniu było coś wyjątkowe. Coś, czego nie słyszał ani w operze, gdy był z Demelzą, ani u innych grajków. Miały swoją duszę, dlatego ani przez myśl nie przeszło mu, by ze sklepu muzycznego ukraść nowe.
Gdy był już na scenie, tuż przed rozpoczęciem cicho sprawdził struny w kilku ruchach, upewniając się, że brzmiały właściwie. Poczekał na Sheilę, na jej harfę, delikatne pociągnięcia strun, które przyjemnie niosły się po jarmarku. I dopiero wtedy uniósł miękko dłoń ze smyczkiem, przeciągnął nim po strunach. Palce lewej dłoni zatańczyły na gryfie, dopasowując się rytmem i melodią do chwilę prowadzącej siostry. Dźwięk skrzypiec zawsze wybijał się ponad inne, wiódł w muzyce prym. I to był jedyny czas, jedyna chwila, w której był pewien, że wokół nic innego nie ma takiego znaczenia, jak właśnie jego gra i ten jeden specyficzny dźwięk, odsuwający na bok wszystkie inne. Ciężkie, mięsiste brzmienie starych skrzypiec, w charakterystycznej, cygańskiej melodii dalekie było do gładkich i wysokich sonat czy symfonii. Zmiany rytmu, skoczne przeskoki, czy stacatto wzbogacały cały utwór. Początkowo płynęli ze znaną sobie nutą, tą, którą wygrywali już wielokrotnie. Później improwizował. Wzbogacał melodię o nowe dźwięki i zmieniał jej brzmienie. Nie stał tez w miejscu, to przychodziło mu z trudem. Poruszał się na scenie, kołysał ciałem na boki intuicyjnie dopasowując do wygrywanej melodii. patrzył na gryf, jak smyczek przecina struny, raz po raz zerkając na kobietę, która swoim tańcem ściągała całą uwagę na siebie. Bo i sam z olbrzymią trudnością, odrywał wzrok od jej nieprawdopodobnych ruchów.
Lubił to robić i dopiero wtedy, na scenie, uświadomił sobie jak bardzo mu tego brakowało. Wspólnego czasu, zabawy, śpiewów i muzyki. Czegoś, co było tylko ich, co rozumieli tychljo oni, jakby płynąca przez nich muzyka zawierała treść trafiającą prosto w ich serca.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I'm a little dysfunctional, don't you know?
If you push me, It might be bad
Get a little emotional, don't you know?
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Powrót do góry Go down

Nie wypadało się tutaj nie pokazać - jarmark nie był tylko uroczystością ku uciesze tłumu, igrzyskami zamiast chleba, miał ukazać triumf Ministerstwa Magii i stanowić wreszcie symbol oczyszczonego Londynu; oto czarodzieje po raz pierwszy jak sięgała ludzka pamięć przejęli to miasto w pełni, oddając się własnym przyjemnościom. Już bez ukrycia, bez odrzucania różdżek, bez ukrywania tradycyjnych strojów. Musiał przyznać, że ceremonia została przygotowana z rozmachem adekwatnym do okoliczności, a malownicze krajobrazy zamieniały zimowe struktury w prawdziwe dzieła sztuki. Mógł to dostrzec z okien Fantasmagorii, kiedy w dni takie jak ten pojawiał się w budynku, dopilnować swoich interesów. Przywdziany w czarną szatę materiałem i krojem zdecydowanie podkreślając pozycję Tristana, spiętą ciężkim pasem ze smoczej skóry, kierował się ku wystąpieniom scenicznym: miał spotkać się na miejscu z człowiekiem, z którym przyjdzie mu omówić sprawy nie cierpiące zwłoki, lecz spotkać się mieli po zakończonym występie. Zdaje się, że śpiewaczką miała być dziś jego córka. Ledwie znalazł się przy wyjściu, obok niego przemknęła bardzo młoda dziewczyna, której spojrzenie uchwycił kątem oka. Niosła kosz białych kwiatów, lilii będących symbolem nowego porządku, narodzin, niewinności nowego świata. Odebrał wręczony mu kwiat, krótką chwilę obracając go między palcami - nim pozwolił się poprowadzić w adekwatne rzędy. Zawiadomiono go, że mogą go usadzić z lady Avery, co przyjął z pewnym zaskoczeniem, nie spodziewając się tutaj jej obecności - przytaknął jednak na tę propozycję, kierując się ku kobiecie zdecydowanym krokiem.
- Lady Avery - Elaine, powitał ją krótkim ukłonem, wręczając jej na powitanie otrzymany przy wejściu biały kwiat, nim, nie czekając na pozwolenie od damy, zajął miejsce obok niej. Nie umknęły jego uwadze barwy na jej stroju, pierwszy raz od tamtej nocy widział ją w niepełnej czerń - i chyba też pierwszy raz od tamtej nocy widział ją w miejscu tak reprezentatywnym. Czy oto wracała na dawne tory? Śmierć jej męża była tragicznym wypadkiem, który nie wydarzyłby się, gdyby znał rozkazy Lorda Voldemorta. Świat wyglądał wtedy inaczej, jeszcze niewielu dostrzegało jego potencjał i idącą za nim potęgę. Przeniósł spojrzenie na scenie, śpiewaczka, którą z grzeczności miał dziś zobaczyć, nie stanęła jeszcze na scenie. Występ dawał uzdolniony skrzypek. - Nie wydajesz się przejęta poruszającym występem, twoich myśli nie zajmują też oczyszczone ulice miasta. - Wydawała się nieobecna, gdzieś poza swoim ciałem, poza tu i teraz. Nie było na jej ustach satysfakcji ni zwycięstwa, nawet zaintrygowania. - Przerwałem samotność, wybacz mi ten nietakt. - Pragnęłaś jej, prawda? Mimo to nie zamierzam odejść. - Nie czekałaś na nikogo - zgadnął, znając ją przecież na tyle, by rozpoznać celowo poszukiwany dystans, który bez zawahania przełamał. Umilkł, obserwując spektakl, opuszczając to miejsce wraz z Elaine po jego zakończeniu.

rzut na białe lilie - dostałem



/ zt



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Aleja Theodousa Traversa - Page 12 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier

Powrót do góry Go down

31 stycznia
zawędrowaliśmy stąd

A żryj pan gruz – pewnie gdyby nie obecność Amelii, nawet nie zastanawiałby się i pyskował, wszczął żywą dyskusję bez zawahania i troski o własne dobre imię – taki czasami w końcu był. Zbyt głośny, zbyt porywczy, za bardzo doprawiony alkoholem by myśleć o konsekwencjach.
Wielu mogło uznać to jednak za zwyczajne, artystyczne usposobienie, skłonność do namiętności, do ulegania porywom emocji i nienaturalnie wielkiej wrażliwości. Taki w końcu właśnie był, wbrew temu jak odbierana była muzyka klasyczna – nie był aż tak dystyngowany, chociaż nie można było odmówić mu manier w odpowiednich momentach. Wtedy, kiedy upoił się odpowiednimi miksturami albo rozumiał swój własny cel – nigdy wtedy, kiedy mógł zachowywać się naturalnie i wiedział, że zachowanie to spotka się z lustrzaną reakcją. Przy Amelii nie musiał być fałszywy, cała go na tyle długo, by znać jego jasne i ciemne strony. Rzadko mówił jej o wojnie, o etapie który kreował go najbardziej, jednak czas na to jeszcze przyjdzie. Wtedy, kiedy nie będzie miał już tylu wątpliwości czyli wtedy, kiedy ta wreszcie odważy się zaakceptować jego propozycję. Propozycję idącą prosto z jego serca, nie z chęci ubicia na tym interesu – Septimus był błędny w miłości, na początku kochając swoją nauczycielkę, z którą różnica wieku pozostawała drastycznie wręcz skreślająca. Nigdy nie pokazał tego jako dziesięciolatek, jednak zrozumiał to już w wieku nastoletnim. Zrozumiał, że potrzebuje osoby starszej, autorytetu, kogoś kto wie dokąd prowadzić mają ich stery. W szkole poznał Corneliusa którego pokochał również bezgranicznie, tym razem również bez typowo romantycznego i cielesnego polotu – traktował go jak brata, wtedy i teraz, być może gloryfikując go niekiedy za bardzo, nawet wtedy, kiedy oboje byli pchani do działań nieetycznych przez wojnę czy słodką wolę przetrwania. Potem kochał Stefana, naturalnie wchodzącego w rolę porzuconego za sobą w Anglii Sallowa, jednak pomimo niekiedy zgubnego wpływu – nigdy nie cofnąłby czasu i nigdy nie próbowałby wyleczyć się z tego niestosownego uczucia pomiędzy nauczycielem, a uczniem. Może dlatego też pozostawał tak nieustępliwy w miłości do Amelii, nauczony faktem, że nawet coś niewłaściwego może okazać się dla niego… Rozwijające. A on pomimo dojrzałego już wieku, wiele rzeczy nadal odkrywał. Miał nawet wrażenie, że niektóre rzeczy rozumiał lepiej…
- Oczywiście, że to znasz. Każdy utwór do galopu brzmi tak samo, ten akurat jest importowany z Ameryki, dziwię się że grają tu coś podobnego, widziałaś tamtego idiotę w śmiesznej tiarze? – zaśmiał się do niej Septimus, prowadząc w kierunku wydeptanego parkietu. Muzyka Gottschalka była mu znana, w końcu posiadał w domu znakomitego pianistę, który ucząc się grać, dość szybko przeszedł do jego skocznych i mimo wszystko – często dość prostych utworów. Te były często szybkie, skoczne i, jak Vanity stwierdził, dość dobre do tańca w miejscach takich jak to. Oczywiście, w aurze sali koncertowej, mogły brzmieć nawet szlachetnie, były jednak mało pompatyczne i lekkie. Dobrze do tańca dla ludzi nawet mniej zaznajomionych z utrzymywaniem się rytmu, ale nie dla… - Ta beczka smalcu nadaje się tylko do walca. W pozycji leżącej i ruchu podobnym do toczącego się po zboczu walca… – mówiąc to uśmiechał się do siebie niczym głupi do sera, a w głowie ponownie poczuł się jak nastolatek. Złapał Amelię za dłoń i prowadząc na parkiet pośród innych, młodych par, postanowił poprowadzić ją w tym dość intensywnym tańcu, dołączając w odpowiednim do tego momencie, kiedy wreszcie „poczuł rytm” i mógł wpasować się w niego krokami. Wymienił się spojrzeniami z jednym z mężczyzn prowadzących partnerkę tuż obok, uśmiechnął się do niego porozumiewawczo. W tańcu tym w końcu musiało dojść do wymiany partnerki i chociaż zwykle zachodziło to na schemacie poczwórnym, a nie podwójnym, Septimus nie miał zamiaru przygotowywać Amelii do wielkiej improwizacji którą zaplanował. W tańcu dość intensywnym niewiele było czasu na rozmowę. Może dopiero w partiach chodzonych, kiedy Vanity postanowił pooprowadzać ją dookoła pary, z którą po chwili mieli się zmieszać. – Orientuj się, tamten młody z wąsem to twój nowy partner.
Ostatnie co posłyszała, nim została przejęta przez faktycznie młodego i faktycznie z wąsem partnera, który wydawał się tańczyć nawet lepiej od dyrygenta. Co innego jego partnerka, którą Septimus przejął równie szybko. Ta nie miała zielonego pojęcia co powinna robić, co nie było właściwie niczym złym, a podwaliną do krótkiej rozmowy i przedstawienia się dobie w trakcie ostrożniejszego stawiania kroków. Zdeptane buty nie płakały, chociaż młódka wydawała się zmieszana. Zapytała czy żona Septimusa tańczy lepiej i odetchnęła z ulgą na pełną uprzejmości odmowę.
Amelia w końcu nie była jego żoną, nawet jeżeli tańczyła lepiej od tej pozbawione rytmu osiemnastki.


But man I thought I could fly
and when I hit the ground
it made a messed up sound and
it kept on rattling through my days
Septimus Vanity
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity

Powrót do góry Go down

Pojawienie się muzyki mogło zapowiedzieć następny krok poczyniony przez Septimusa, ostrzec ją zawczasu o tym, co planował - znali się przecież wystarczająco długo, by pewne zachowania mogła przewidzieć zanim Vanity jeszcze zdałby sobie sprawę z własnych zamiarów - ale tym razem jej czujność została uśpiona przez wytrącającego z równowagi czarodzieja w szpiczastej tiarze dopasowanej do znoszonej szaty. Lekceważąca odzywka wciąż piekła pod skórą; przynajmniej każdy krok naprzód, w kierunku namiotu skąpanego w delikatnych dźwiękach skocznej melodii, utwierdzał w przekonaniu, że oboje postąpili słusznie nie wdając się w scysje z byle motłochem. Nie każdy mieszkaniec Londynu był równy. Nie każdy był dobrze wychowany, nauczony kultury przez rodziców, wymodelowany na wzorowego obywatela przez szkołę i ustrój - Amelia rozmyślała o tym nawet kiedy częścią uwagi absorbowała akordy dobiegające ze środka, ledwie skupiona na wszystkim innym... Aż nagle poczuła dłoń zaciskającą się na jej dłoni, palce na jej palcach, a potem pociągnięcie w kierunku wnętrza konstrukcji, gdzie na parkiecie oczekiwały ich inne pary. Czy w ogóle wypadało im pląsać pośród rozradowanej młodzieży? Wątpliwość zamigotała w sceptycznym spojrzeniu skierowanym na niego spod pochmurnie ściągniętych brwi. Pozbawiona ekstatycznej spontaniczności Septimusa dłużej trawiła okoliczności, rozważała, czy te nie naraziłyby jej i tak nadszarpniętej reputacji na większą szkodę, obawiając się metamorfozy w publiczne pośmiewisko - jednak widok radosnego uśmiechu rozpromieniającego męskie oblicze wystarczył, by i tym razem poddała się z pełnym kapitulacji westchnieniem, w rytm kompozycji Gottschalka ruszając wraz z nim do tańca.
- Musisz mi kiedyś pokazać tego typu walc - wymruczała, z kolejnym wydechem pozbywając się grobowej ekspresji. Strząsnęła ją w pierwszych krokach wyznaczanych przez Vanity, nigdy nie śmiałaby przecież pozbawiać go roli tradycyjnego prowodyra, rytmicznego autorytetu chwytającego ją w zdecydowanym i zarazem ostrożnym uścisku, któremu Amelia poddała się ze zdumiewającą łatwością, zwinna na tyle, by gładkimi ruchami zamaskować braki w doświadczeniu. Dotychczas Septimus uczył ją przeróżnych balowych choreografii, aż w którymś momencie zrozumiała, że w większości z nich powinna po prostu - jeden raz, na ułamek sekundy - poddać się jego woli. Poruszać tak, jak jej sugerował. Jednoczyć z nim w pewnego rodzaju scaleniu. - Zdążyłam zapomnieć, że istnieje galop inny niż koński. To znak, że zaniedbałeś moje korepetycje? - zasugerowała z prowokacją brzmiącą w ostatnich zgłoskach pytania, podkreśloną przez subtelne drżenie kącików ust, nie tyle zapominając o otaczającym ich świecie, bo nic nie było na tyle silne, by do tego doprowadzić - co tworząca z nim wspólne uniwersum tkwiące obok tego prawdziwego, oceniającego, być może nawet wodzącego spojrzeniem zbyt wielu par oczu za personą artysty mającego pod swoją batutą jedną z najsławniejszych orkiestr dnia współczesnego. Ale żadna z tych par oczu nie znała go tak jak ona. Na tę myśl przez ułamek sekundy, przy jednym z piruetów, w jakim ją obracał, oczy Amelii zaszły mgiełką krótkotrwałego rozognienia; patrzyła na niego przez ramię, zanim wzburzone w powietrzu blond kosmyki przysłoniły wizję, patrzyła z zadowoleniem, coraz swobodniej czująca się w szybkim takcie piosenki, ośmielona jego wzorcowym przewodnictwem - z zaciekawieniem spoglądając potem na wąsatego młodzieńca wskazanego jej przez muzyka. Pary uległy przemieszaniu. Partner wymienił partnerkę, przechodziły do nowych rąk co najmniej jak kalumety, których istnienie zaobserwowała wiele lat temu wśród egzotycznej społeczności żyjącej w harmonii z rogatymi wężami; młodziutkie dziewczątko trafiło pod septimusowskie skrzydło, a Amelia przeszła do dłoni wiele wyższego od siebie czarodzieja o łagodnych oczach i zaroście o fantazyjnie podkręconych końcach. Gdyby miała zgadywać, oceniłaby go jako poetę. Francuza.
Nic bardziej mylnego. Kiedy przy następnej roszadzie powróciła w ramiona Septimusa, zrobiła to z rozbawieniem przejawiającym się przez łuk uśmiechu wyginający usta i urywanym oddechem wskazującym na kilka krótkich salw śmiechu, bynajmniej nie kurtuazyjnych.
- Tamten młody z wąsem - powtórzyła określenia, z których wcześniej skorzystał, - to salowy ze Świętego Munga. Powiedziałbyś? Przypominał mi paryskiego arystokratę, ale zamiast historii z francuskich pól opowiadał anegdoty ze szpitalnej poczekalni. Czy były zatrważająco zabawne, czy zabawnie zatrważające, tego nie wiem - przyznała pogodnie, pogodniej niż dotychczas. Najwyraźniej zdążyła zapomnieć o incydencie z bursztynami, o tym, jak zostali potraktowani przez grubiańskiego przechodnia, o tym, że wcale nie przepadała za podobnymi zbiegowiskami spragnionych pospolitej zabawy ludzi, o tym, że powietrze było za chłodne, płaszcz za ciepły - przez rezonujący w kieszeni skwar? dobre sobie -, a mężczyzna migający w tłumie zbyt podobny do jednego z jej współpracowników. Wiecznie niezadowolony Bennett nigdy jednak nie zawitałby w takim miejscu, co do tego miała absolutną pewność. Tym bardziej nie z żoną, której samego wspomnienia nie mógł zdzierżyć od lat. - A twoja nowa partnerka? Tańczyła równie dobrze, co jej mąż? - spytała z lekko uniesionymi do góry brwiami, rozbawiona na tyle, by podrażnić go ukłuciem kolejnej prowokacji.
Buty Septimusa były tego najlepszym niemym świadectwem. Biedak.

zt x2
Amelia Eberhart
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288

Powrót do góry Go down

Strona 12 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12

Aleja Theodousa Traversa

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach