Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Stoke-on-Trent
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Stoke-on-Trent

Jedno z najmniejszych, jeśli nie najmniejsze miasteczko Anglii w ogóle, formalnie nie spełniające nawet warunków, by zyskać takie prawa. Otrzymało je ze względu na kwitnący przemysł garncarski. Miało turystyczne znaczenie wśród mugoli, niewielkie wśród czarodziejów: nigdy nie mieszkało ich tutaj wielu, ale dość powszechnie znany jest niewielki sklepik z ingrediencjami alchemicznymi miejscowej zielarki - ze względu na otaczające to miejsce niezamieszkałe tereny dość łatwo jest tu pozyskać rzadkie gatunki ziół lub innych komponentów odzwierzęcych, a zwłaszcza pióra.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stoke-on-Trent - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Nowy porządek wiązał się z licznymi zmianami wprowadzanymi do ich życia. Beznamiętnie patrzył na to, jak życie uchodziło ze zdrajców i plugastwo, które nie zasługiwało na to, aby stąpać po tym świecie. Mieli przed sobą trudne zadanie do zrealizowania, musieli stanąć naprzeciw tych, którzy tak otwarcie sprzeciwiali się nowemu porządkowi, kierując się w życiu zamiłowaniem do mugoli i nie bacząc na to, w jaki sposób te robaki traktowały ich wszystkich. Zapominali już o polowaniach na czarownice, zapominali o paleniu na stosie i tym, że musieli ukrywać się przed nimi. Najwyraźniej byli skłonni do wybaczania, stawiając się na równi z nimi, być może próbując im w pewnym sensie służyć. Stawiali samych siebie w roli niewolników. Niepojęte, niezrozumiałe i nie do zaakceptowania. Nie byli sługami, byli Lordami, Panami w hrabstwach, mieli pod opieką całą rzeszę ludzi, o których musieli myśleć. Ich tereny powinny być czyste, nieskażone, a z każdym mijającym miesiącem powinni oczyszczać Anglię z brudu coraz intensywniej, aż w końcu stanie się taka, jaką być powinna. Czysta i należąca tylko do nich.
Egzekucja dobiegła końca, wizyta Czarnego Pana pokazała, że wierzy w ich działania i jest zadowolony. Kilka porażek z przeszłości nie mogło przecież zaważyć na ich losie. Każdy, kto znajdował się na tym placu i przyłożył rękę do tego co dziś miało miejsce, był wart uwagi. Czarodzieje i Czarownice rozchodzili się powoli w swoje strony, miasteczko było teraz pozbawione brudu i skażenia, które trawiło je od środka. Jeśli wojna tego wymagała – będą musieli podjąć wszelkich działań, bez względu na to ilu będzie musiało zginąć lub zostać straconych, aby ich przewaga powiększyła się. Teraz jednak nie był czas na rozmyślania, choć powinno być to cały czas z nimi, gdzieś blisko. Mogli odejść do domów, świętować i cieszyć się sukcesem.
Wzrokiem wyłapał Evandrę, która właśnie spojrzała w jego kierunku. Miał ją zabrać do domu. Nigdy nie puściłby bratowej samej, wszak obiecał jej już jakiś czas temu, że będzie troszczył się o jej bezpieczeństwo w razie konieczności. Była mu bliska, rodzina miała dla niego ogromne znaczenia. Skierował kroki w jej stronę i skinął głową w kierunku Lady Black. Najwyraźniej obie kobiety miały ochotę kontynuować ten wieczór, świętować i bawić się.
- Zabiorę Was do Château Rose, w takim razie. - powiedział na jej słowa. Nie mogli ryzykować, zapewne wieści do Staffordshire rozejdą się szybko i trafią do Zakonu, któremu na rękę nie będzie to, co właśnie miało miejsce. Niech wiedzą, że procesy o mugolstwo ruszyły, niech mają świadomość, że to ich przyszłość. - Ruszajmy. - dodał jeszcze, zabierając obie Lady na bok, skąd mogli przenieść się do Château Rose, gdzie będą zupełnie bezpieczne.


ZT x 3 Mathieu, Evandra, Aquila


Mathieu Rosier


Be not the slave of your own past...
plunge into the sublime seas, dive deep, and swim far,
Mathieu Rosier
Mathieu Rosier
Zawód : Łowca i opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Here’s the misery that knows no end
OPCM : 30
UROKI : 10
ELIKSIRY : 3
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t7325-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier

Powrót do góry Go down

Wpatrywałem się w niebo rozświetlone przez Mroczny Znak i choć na mojej twarzy na próżno było szukać uśmiechu, to wewnątrz czułem dumę oraz satysfakcję. Nie mogłem doczekać chwili, kiedy we wszystkich hrabstwach stanie się podobnie, kiedy ludzie będą mogli na własne oczy dojrzeć potęgę oraz wielkość Czarnego Pana. Wieść o Jego władzy oraz sile miała być przekazywana z ust do ust, podszyta strachem, bezgranicznym szacunkiem i konieczności pokłonu, jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Był naszym przewodnikiem, drogowskazem, kierował na właściwie tory i wydawał rozkazy, które prowadziły nas do zwycięstwa. Nigdy się nie mylił – gdyby nie jego poczynania, nie stalibyśmy teraz na tym podeście i nie świętowalibyśmy zwycięstwa, a tłum nie pochyliłby się zgodnie ze słowami Tristana. Wierzyłem w tą nieomylność, nigdy nie zamierzałem zwątpić i choć nie zawsze byłem gotów ze wszystkim się zgodzić, to moja lojalność była większa niżeli duma.
Wsłuchiwałem się w słowa Czarnego Pana, który zwrócił się bezpośrednio do Tristana. Śmierciożerca najwyższy rangą był mu najbliższy, rozumiałem to, choć w głębi siebie i tak kiełkowała delikatna zazdrość. Nie była jednak ona zła, wręcz przeciwnie – budowała i motywowała do bycia tylko lepszym, do własnego rozwoju i nauki, jakiej wciąż pozostawało niezwykle wiele. Gdy ruszył w dół obróciłem się ponownie w kierunku tłumu i z lekkim uśmiechem obserwowałem jak zebrani zginali swój kark. Drżeli, prawdopodobnie ich ręce poruszały się w nerwowych tikach, co było dobrym znakiem – strach był wyjątkowo dobrym bodźcem. Odetchnęli dopiero wtem, gdy rozmył się w kłębach czarnej mgły.
Poczułem rękę na swym ramieniu, na co zmarszczyłem brwi. Obróciłem się przez ramię i już chciałem odpowiedzieć, kiedy to wtrącił się Ramsey. Nie mogłem powstrzymać ironicznego uśmiechu – jeśli nie chciała, aby usłyszał jej słowa, to miała wyjątkowego pecha. -Myślę, że naprawdę by się ucieszył, tylko głupio mu się do tego przyznać- rzuciłem przenosząc spojrzenie od jednego do drugiego. Wizja spędzenia wieczoru w towarzystwie dziewczyny oraz kuzyna brzmiała iście ciekawie zważywszy na ich cięte humory, natomiast najwyraźniej Mulciber miał inne plany. -Będzie jeszcze niejedna okazja- odparłem wiedząc, że to był dopiero smakowity początek.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

Stojąc w najlepszym dla siebie miejscu z tyłu, gdzie nie rzucał się w oczy, mógł obserwować wszystko, co miało miejsce wokół. Z pewną satysfakcją wyłapywał wszelkie szczegóły w tym poruszenia w tłumie ludzi. Jednak wraz z pojawieniem się Czarnego Pana, wbił na kilka długich minut spojrzenie w deski, chociaż błękitne tęczówki zdradzały dziwne podekscytowanie rozwojem sytuacji. Słuchał słów, które niosły się w powietrzu, uświadamiając zebranych, jak wyglądała rzeczywistość. Wzrok tylko raz uciekł w kierunku szubienicy i wiszących bezwładnie ciał. Tych, którzy według Niego nie zasłużyli na miejsce w świecie, który tworzony był od kilkunastu miesięcy. Dzisiejszy dzień był potwierdzeniem siły, pod którą mieszkańcy hrabstwa musieli ugiąć kark. Mieli wybór, a jeśli posiadali, chociaż odrobinę rozsądku, oczywistym było, co należało zrobić. Spojrzał na niebo, jeszcze raz zwabiony tym, co działo się w górze, wysoko ponad zebranym na placu i drewnianą konstrukcją. Mroczy Znak, sprawił, że kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie. Miał nadzieję, że szmaragdowa poświata widoczna jest z daleka, że każdy już wie, co dziś miało miejsce. Kiedy Czarny Pan zszedł w tłum, a później zniknął, nie ruszył się nadal z miejsca. Patrzył jedynie, jak plac powoli pustoszeje, kolejne osoby wracają tam skąd przyszły. Tłum gapiów miał już chyba dość, chłodu i atrakcji. Wsunął ręce w kieszenie płaszcza, przechodząc kawałek ku zejściu, zastanawiając się chwilę nad pewną kwestią, nim uniósł wzrok Multon, łapiąc jej spojrzenie. Zmiana planów mu nie przeszkadzała, mógł zostać w okolicy jeszcze chwilę, wypić za dzisiejszy sukces, nawet jeśli było mu mało. Potknięcie, które zaliczył przy łapaniu czarodziejów, zostawiły cień rozdrażnienia i chętnie wymazałby to z pamięci, zastępując czymś lepszym.
Nieco leniwie przeszedł przez podest, słuchając już z odległości wymiany zdań między dwójką śmierciożerców, a Elvirą. Chociaż początkowo wyłapywał tylko, co któreś słowo wypowiadane głośniej, nie bardzo wiedząc, cóż za towarzystwo przygruchała sobie. Przystanął obok, rozpoznając po głosie Mulcibera i Macnaira. No tak, kogo innego mogła zaczepić blondynka. Czasami, a raczej skrajnie rzadko zastanawiał się nad relacją tej dwójki, ale nadal nie interesowało go to na tyle, aby zapytać którekolwiek albo by skupić się na tej kwestii dłużej niż kilka sekund. To, czego trzymał się uparcie, to nie interesowanie się przesadne innymi, nawet jeśli łączyły ich więzy krwi.
- Otrząśniesz się z tej straty? – spytał lekko żartobliwie, może nieco zbyt kpiąco, zerkając na dziewczynę, by zaraz przenieść spojrzenie na jednego i drugiego. Nie odezwał się jednak do nich, nie mając nic do powiedzenia kuzynowi i ani odrobiny chęci na zaczepki w kierunku Mulcibera, póki maska śmierciożercy skutecznie przypominała o tym, kim był.


W głębokich dolinach zbiera się cień.
Ma barwę nocy…
lecz pachnie jak krew

Cillian Macnair
Cillian Macnair
Zawód : Łowca magicznych stworzeń, szmugler
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Krok wstecz to nie zmiana.
Krok wstecz to krok wstecz
OPCM : 20
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Zwierzęcousty

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8529-cillian-macnair https://www.morsmordre.net/t8563-dante#249835 https://www.morsmordre.net/t8556-cill https://www.morsmordre.net/f199-gloucestershire-okolice-cranham https://www.morsmordre.net/t8564-skrytka-bankowa-nr-2018#249854 https://www.morsmordre.net/t8557-cillian-macnair

Powrót do góry Go down

Być może zareagowała pochopnie, nie zniżyła głosu wystarczająco - a być może nie istniała żadna szansa, aby ktoś tak wścibski, złośliwy i arogancki jak Mulciber nie usłyszał, że zostało wspomniane jego nazwisko. Nie zamierzała dawać zbić się z tropu, nie w tak wyjątkowy wieczór jak dzisiejszy. Koniec końców, zwycięstwo nad Staffordshire było ich wspólnym sukcesem, wspólnym powodem do dumy i uznania zaangażowania towarzyszy.
- Owszem, mam nadzieję, że tobie również się podoba - rzuciła z nieco nad wyrost akcentowaną swobodą, zsuwając palce z ramienia Drew i opierając dłoń na własnym biodrze. Obrzuciła Ramseya wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na dłużej na śmierciożerczej masce. Każda jedna budziła w niej podziw i niechętnie przyznawaną zazdrość, nawet ta, która należała do niego. Przede wszystkim, chciała zapamiętać szczegóły i nie mieć więcej żadnych problemów z rozpoznawaniem ich na misjach. Będzie wszak pojawiać się na nich coraz częściej.
Początkiem zmrużyła powieki, gdy ponaglił ich do odejścia. Zanim jednak pozwoliłaby zawisnąć na języku zawistnej i zupełnie nieodpowiedzialnej odpowiedzi, odetchnęła głębiej i przyjęła do świadomości fakt, że dla niektórych z nich noc wciąż nie dobiegła końca. Doskonale wiedziała przecież, że nie o wszystkich planach informowano Rycerzy spoza najwyższego kręgu. Zacisnęła wargi i posłała Drew rozbawiony uśmiech na jego głupią sugestię. Osobiście wolałaby spać w jednym łóżku z Sigrun Rookwood niż złapać Mulcibera choćby za łokieć.
Towarzystwo Cilliana nieznacznie poprawiło jej humor i w jego przypadku nie odczuwała skrupułów przed podszyciem słów wyczuwalną ironią.
- Tym razem tak, liczę, że będziesz w stanie zabawić mnie za dwóch. Księżniczki są wybredne, zwłaszcza, gdy przychodzi do drinków. - Spojrzała na przyjaciela z ukosa, ale nie na długo; koniec końców wciąż powracała wzrokiem do Drew, zadzierając brodę do góry i przygryzając wargę. Z przyzwyczajenia. Bezwiednie. - Do zobaczenia więc. I powodzenia. Wypijemy twoje zdrowie, ropuszko. - Szybko przyłożyła dłoń do piersi i zerknęła na Mulcibera, udając zażenowanie. Może dość przekonująco. Prawdopodobnie nie. - Och, rzecz jasna, wasze zdrowie.
Jakiekolwiek zwierzęce porównania cisnęły jej się jeszcze na język, nie dodała ich, tylko pochyliła głowę w uniwersalnym wyrazie szacunku - wobec ich obu - i skinęła na Cilliana, wycofując się w kierunku schodów. Przełknęła wątły posmak zawodu; niezależnie od okoliczności, miała wszak powody do świętowania.

/zt <3
[bylobrzydkobedzieladnie]


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

« Even though I walk through the darkest valley, I will fear no evil, for I am the meanest mother fucker in the valley »
Trwała noc, a jaśniała niczym dzień. Tak bardzo niewłaściwie do przyzwyczajonego do polowań jedynie przy blasku księżyca Lupina. Wydawało się to inne, nienaturalne. Szczególnie że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej zajmował się tym, co zawsze. Wciąż czuł w powietrzu smród sierści jednego z wilkołaków, które kontrolował. Na nieszczęście żaden się nie zagubił... Pełnia dawała sił zapchlonym kundlom, jednak teraz musiały być wyczerpane po przemianach. Szkoda, przemknęło mu przez myśl. Tak samo szkoda, że pełnia nie trafiła na ten konkretny dzień, bo może nie musiałby tu być. A jeśli by był, jakiś sfrustrowany likanin wpadłby do miasta, dodając elementu odpowiedniej zabawy. W końcu byłoby co robić... Zamiast tego przymrużone oczy śledziły płomienie na stosach, czerwone od jego blasku twarze zgromadzonych oraz niewzruszone sylwetki trwające na podeście. Czy tylko mu się wydawało, czy wrzask, który usłyszał pod koniec, był prawdziwy? A może jedynie był to wytwór jego wyobraźni? Może też samo drewno wydawało taki odgłos — rozgrzane do horrendalnej temperatury trzaskało, piszczało, zawodziło w symfonii konających. To pojawienie się nieznanej, nowej sylwetki poruszyło wszystkimi, a w następstwie również wyczarowany znak na niebie. Kolejny twór. Kolejna informacja o własnym triumfie, którego nikt poza nimi samymi widzieć nie mógł. W końcu... Oddalony od Staffordshire Zakon Feniksa nie widział chyba z drugiego końca Anglii znaku wyczarowanego nad głowami aktualnie zebranych czy się mylił? Jednak był to znak na modłę wcześniejszego symbolizmu upadku jednych panów. Teraz wskazywał nowych. Wszystko było przesadnie pompatyczne dla kogoś takiego jak Lyall, jednak nie dało się odmówić dziwnego uczucia wiążącego się z mężczyzną, który był odpowiedzialny za węża i czaszkę.
Nie było jednak zbyt wiele czasu na myślenie o czymś, co tak naprawdę było dla brygadzisty irrelewantne. Jeden Minister czy inny. Jeden despota czy drugi. Co za różnica? Byle tylko mógł robić swoje. Dlatego też po zakończonej ceremonii zajął się tym, do czego był wynajęty. Jedni usuwali ciała, drudzy rozkładali pozostałości podwyższeń, przywracając plac do tego samego stanu, w jakim był wcześniej. Przydzieleni do ochrony ważniejszych gości brygadziści upewniali się, że ci opuścili miejsce wydarzenia bezpiecznie, a młoda grupa rekrutów dostała przydział przeszukiwania domów oraz wyciągania wszelkich elementów związanych z tą kulturą. Gdzieś w tym momencie odnalazł go Abraxas Malfoy, któremu Lyall oddał szacunek jako dowodzącemu. Słuchał uważnie jego słów, jednak nie odpowiedział, jedynie niewerbalnie dając znak, że przyjął wiadomość. Rozkazy mogły krótkie, a on nie potrzebował pochwał. Pilnowanie porządku, gdy nic się nie działo, było zadaniem, z którym poradziłby sobie i idiota. Malfoy musiał doskonale zdawać sobie z tego sprawę, ale chyba taka była rola polityków — mówienie rzeczy zbędnych ludziom, którzy tego nie potrzebowali. Gdy ten zniknął, Lupin wrócił do grupy dzieciaków, nadzorując ich działania, wcześniej jedynie wyciągając z popiołów krzyż kaznodziei. Schował go do kieszeni, chcąc jedynie zapomnieć o tej nocy.

Lyall zt


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470

Powrót do góry Go down

Zerknął na dłoń Multon, gdy zsuwała się z ramienia Drew, od razu domyślając się, że nie łączyła ich zwykła, pospolita znajomość.
— Doprawdy, wspaniała. Mam nadzieję, że ta okaże się przydatna.— Uśmiech pojawił się na jego twarzy także, ale pod maską, toteż ani Elvira, ani Drew ani Cillian nie mieli szansy tego dostrzec. Drew znał go jednak na tyle, by bez trudu przewidzieć jego reakcję i wiedzieć jakie było jego podejście względem uzdrowicielki. Uniósł głowę wyżej, na moment, by dostrzec, jak kłęby ciemnej mgły wznoszą się w stronę nieba. Tristan zniknął, nie mieli czasu do stracenia, szkoda go było trwonić na zwykłe pogaduchy i to jeszcze z tak marnymi kompanami.
— Przyrzekam, że będzie się dobrze bawił. Równie dobrze, co w waszym, jakże zacnym towarzystwie — dodał z nutą drwiny, ignorując zupełnie obecność Cilliana. Dwa spotkania Rycerzy Walpurgii z pewnością wystarczyły, by zrozumiał jaka jest jego pozycja w tym gronie i jak wiele się zmieniło względem dawnych czasów — jeśli nie pokwapił się, by pojąć swoją sytuację samodzielnie. Nigdy go nie doceniał. Widział w niego słabego zaczepnisia, ale od tamtych czasów minęło wiele lat, a jego wiedza, doświadczenie i możliwości znacząco przewyższyły wszystko to, o czym Macnair mógł choćby marzyć. Dzisiaj jego obowiązkiem było wykonywać jego rozkazy jakiekolwiek by nie były, a on nie zamierzał ograniczać się z nadużywaniem swojej władzy i pozycji względem niego. Przyjdzie taki czas, Cillian, że zapłaczesz nad sobą jeszcze, żałując wszystkich swoich błędów.
Śmierciożerczynie zniknęły, jedna po drugiej. Podążyły w smolistych oparach zaraz za Tristanem. Spojrzał na Drew i skinął ku niemu głową, na znak, by ruszył i nie zostawał za bardzo w tyle. Mieli jeszcze coś do zrobienia. Egzekucja dobiegła końca, ale w nich wciąż panowała rozgorączkowana żądza. W kieszeni ciążyło mu coś cennego, a dzisiejsza noc miała być idealna, do przesuwania kolejnych granic, zgłębiania się mocniej w arkana tajemnej, mrocznej wiedzy.
Spojrzał na Elvirę, kiedy spoglądała na Drew kokieteryjnie, przygryzając przy tym wargę. Kiedy się pożegnała, skinął jej głową, ledwie zerknął w kierunku drugiego Macnaira, kiedy jego ciemny, długi płaszcz załadował, a potem rozmył się w czarnym dymie i ruszył w górę, w ślad za pozostałymi.

| zt



pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Ramsey Mulciber
Ramsey Mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 40
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 60
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz
Stoke-on-Trent - Page 8 BfgY2uH
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-ursus#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber

Powrót do góry Go down

Serce młodego magipsychiatry omal nie wyskoczyło z piersi, gdy Lord Voldemort zszedł ze sceny i skierował się prosto na niego. Właściwie, to Czarnoksiężnik skierował się w stronę tłumu, którego częścią był również sam Perseus. Zdawało mu się, że czuje bijący od Czarnego Pana chłód, pomimo tego, że oddzielało ich co najmniej kilka metrów oraz ściana przypadkowych gapiów. Tyle wystarczyło, by wzdłuż kręgosłupa uzdrowiciela przeszedł przyjemny dreszcz, a źrenice rozszerzyły się w ekscytacji, zlewając się w jedno z onyksem tęczówek. Ani na moment nie spuścił Voldemorta z oczu; patrzył jeszcze długo w ślad za nim, nawet gdy zniknął pod postacią czarnego dymu.
Wtedy też zdał sobie sprawę z tego, że wszystko się skończyło. Czarodzieje i czarownice rozeszli się do domów lub innych spraw, a on stał na placu sam jak palec. Służby zaczynały robić porządki, widział wrzucane na wozy ciała zdrajców. Ruszył w kierunku przedstawiciela magicznej policji, który, jak mu się zdawało, dowodził całą akcją. Był wyższy od Perseusa o głowę, patrzył na niego gniewnie, jakby wielce niezadowolony z tego, że ktoś przerywa mu pracę. Ale też arystokrata nie zamierzał zabierać mu dużo czasu.
Lord Perseus Black, pozwolono mi zabrać dobrze zachowane ciała do badań — przedstawił się funkcjonariuszowi z lekkim skinieniem głowy. Tytuł postawiony przed nazwiskiem najwyraźniej podziałał, widział, jak twarz mężczyzny złagodniała, a on sam przywołał do siebie kogoś, z kim rozmawiał przez chwilę. Wreszcie lord Black otrzymał zgodę na zabranie zwłok; pozwolono mu sobie nawet wybrać te, które by go interesowały. Ostatecznie padło na nieszczęsnego Sprouta i trzech innych mężczyzn w zbliżonym wieku; wierzył, że w ten sposób wyniki będą jak najbardziej spójne. Celował głównie w tych, którzy zginęli w wyniku odcięcia tlenu — miał pewną teorię związaną z jednym ze swych pacjentów i ambicja nakazywała mu ją sprawdzić. — Proszę o przewiezienie ich do Uniwersytetu w Oxfordzie, tam się nimi zajmę. Do Londynu jest zdecydowanie za daleko.
Podczas, gdy niektórzy świętowali zwycięstwo, Perseus zamierzał spędzić kolejną noc na pracy. Lepsze to, niż rozmyślanie o wydarzeniach minionego wieczoru. Poinstruował jeszcze osoby odpowiedzialne za transport ciał do Oxfordshire i odszedł.

| zt


{.............................}

Ce qu'on appelle une raison de vivre, est en
même temps une excellente raison de mourir.





Perseus Black
Perseus Black
Zawód : Magipsychiatra
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
sztandarem będę ci, tarczą,
twym srebrnym mieczem
OPCM : 0
UROKI : 7
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t9827-perseus-black https://www.morsmordre.net/t9907-andromeda#299725 https://www.morsmordre.net/t9906-cold-in-my-kingdom-size#299689 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t10144-skrytka-bankowa-nr-2244#307565 https://www.morsmordre.net/t9908-perseus-black#299726

Powrót do góry Go down

Wygiąłem wargi w kąśliwym uśmiechu, kiedy Cillian nie pokwapił się ugryźć w język i rzucił dość dwuznaczne pytanie. Był dobrym kompanem do świętowania, dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, że Elvira będzie świetnie się bawić. Ciekawiło mnie jednak jedno – jakim cudem tych dwoje potrafi wytrzymać ze sobą choć chwilę? Przecież po ostatniej egzekucji o mało nie wydłubali sobie oczu. Najwyraźniej wiele mnie ominęło, lecz nic straconego, w końcu zawsze można było do tego tematu wrócić. Mieliśmy z kuzynem zaległą rozmowę, nieco z nią zwlekałem, jednakże w najbliższym czasie musiało do takowej dojść.
-Zabaw ją Macnair, nazwisko zobowiązuje. Tylko żebyście jutro byli w stanie podnieść się z łóżek, bo kac to średnia wymówka- rzuciłem z przekąsem, bo choć totalnie nie zamierzałem ingerować w ich prywatne sprawy, to nigdy nie mogliśmy mieć pewności, kiedy nadejdzie odwet. Być może wróg wykorzysta moment, w jakim wszyscy udadzą się świętować. Czujność zawsze należało zachować.
-Ramsey nie potrafi kłamać- skwitowałem jego słowa, choć tym razem to w moich nie było krzty prawdy. Potrafił mamić jak mało kto i nierzadko nawet ja dawałem się nabrać, mimo że znaliśmy się naprawdę dobrze. -Zatem z pewnością tak będzie- skinąłem głową, po czym przeniosłem spojrzenie na Mulcibera, który dał mi dość wyraźny znak, że czas się zbierać. Przez moment zastanowiłem się, dlaczego ignorował Cilliana, jednakże nie była to dobra chwila na roztrząsanie podobnych niesnasek. Kiedyś nie pałali do siebie sympatią, lecz czy mogłoby to przetrwać, aż po dziś dzień?
Skinąwszy głową na pożegnanie zmieniłem się w kłąb czarnej mgły i ruszyłem zaraz za Mulciberem, który pomknął w ślad za resztą Śmierciożerców. Egzekucja miała być jedynie przedsmakiem, triumfalnym rozpoczęciem długiej, spętanej przez mrok nocy. Wciąż było mi mało, rozlana krew jedynie wznieciła apetyt na kolejny sukces w imię Czarnego Pana.

|zt




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

7 stycznia 1958, godziny poranne

Mroczne wieści o wydarzeniach w Stoke-on-Trent rozniosły się błyskawicznie po terenach Wielkiej Brytanii, w jednych stronach traktowane jako niebywałe zwycięstwo czarodziejskiego świata i ministerstwa, w innych jako najpaskudniejszy akt ludobójstwa. Wszystko to było okraszone zmyślnymi historiami, niekiedy o mocno propagandowym charakterze, ale narracja żadnej ze stron nie była tego pozbawiona. Dla Olliego w tym wszystkim nie była najważniejsza polityka, którą gdzieś starał się odtrącać na bok i traktować jako tło, pomimo oczywistego i ważnego jej elementu na sprawy w kraju. Na pierwszym miejscu stawiał przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo ludzi, osób walczących o ostatnie resztki ludzkiej moralności jak i tych, którzy zwyczajnie z samą wojną nie chcieli mieć nic wspólnego, a mimo to zbierali krwawe żniwa czyichś okrutnych decyzji. Marlowe jako mugolak również został do wojny włączony mimowolnie, bo bierność nie była już wystarczającą formą obrony, a coraz bardziej śmiałe ruchy antymugolskie wymagały równie śmiałych ruchów drugiej ze stron.
Tym sposobem znalazł się tutaj, w mieście, w którym zaledwie dwa dni temu wydarzyły się rzeczy zbyt niegodziwe i paskudne, aby chciało się świadomie wracać do nich myślami. Jako uzdrowiciel został poproszony o udzielenie wsparcia przez swojego dobrego przyjaciela, który z kolei był jakąś rodziną z tutejszym, panującym rodem - Ollie nigdy specjalnie nie zagłębiał się w kwestie czarodziejskiej polityki i pozostawał w tej sprawie nieco zielony. Na szczęście zarówno w codziennym życiu jak i tutaj, towarzyszyły mu osoby nieco bardziej obyte w aspektach historii magii, wszelkiej maści polityk i wojennych działań. Doświadczona uzdrowicielka Yvette była nie tylko jedną z jego nauczycielek w trakcie stażu w Szpitalu Św. Munga, ale również wykształconym i doświadczonym praktykiem w zakresie magii leczniczej. Lucinda z kolei była dla niego nieco obcą kobietą, kojarzoną przede wszystkim z wizyt w Mungu ze względu na swoją przypadłość. Nie dane im było jeszcze zamienić szczególnie wielu zdań i raczej pozostawali na zawodowych relacjach, jednak wierzył że przydzielenie ich do wspólnego zadania z pewnością umocni ich znajomość. Zdaje się również, że to właśnie ona miała dbać o bezpieczeństwo uzdrowicieli w tym niebezpiecznym rejonie.
Zatrzymał się jeszcze przed wejściem do miasta, ubrany w szczelny, zimowy płaszcz, odpowiednio ciepłe spodnie, grube, skórzane obuwie i zimowy beret. Dłoń w pogotowiu trzymał na ukrytej w głębokiej kieszeni płaszcza różdżce, gotowej do błyskawicznego wyciągnięcia w sytuacji zagrożenia, którego można - a nawet trzeba było - się spodziewać. Rozglądał się po okolicy uważnie, czujnie lustrując nawet najmniejszy ruch, będąc stale w gotowości do ewentualnej obrony przed niespodziewanym atakiem.
- Dobrze panie widzieć. Proponuję bez nazwisk, sporadycznie użyć imion. Są panie gotowe? - zapytał raczej formalnie, bo sam był straszliwie przerażony całą tą sytuacją. To było chyba pierwsze tak poważne działanie w jego życiu, ale starał się to jakoś ukrywać. Nie chciał dać od razu po sobie poznać, że się zwyczajnie boi - był w końcu mężczyzną, powinien przecież świecić odwagą i przykładem, czy coś takiego. Trudno jednak było się nie bać, kiedy zdasz sobie sprawę jakie osobistości jeszcze niedawno odprawiały tutaj swoje rytuały...
Ollie Marlowe
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ELIKSIRY : 6
LECZENIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Powrót do góry Go down

Wieści niosły się szybko, a napływały z każdej możliwej strony - tej tryumfującej i tej niestety mniej. Wojna przyniosła ze sobą niepewność, strach przed tym co może się wydarzyć następnego dnia. Ludzie żyli w jednej wielkiej niewiadomej obawiając się najgorszego. Szczerze wątpiła w istnienie w pełni bezpiecznego miejsca. Nikt nie mógł być pewien gdzie padnie kolejny cios, czy kiedy do tego dojdzie. Mogli mieć nadzieję, że nieszczęście nie dotknie akurat ich, ani ich najbliższych. Życzyć sobie, aby to nie oni byli tymi biedakami, których spotka krzywda, którzy stracą dach nad głową, resztki zachowanej normalności w tych ponurych czasach, a nawet życie. Były to jednak czcze prośby. Niektórzy ludzie niewiele mieli wspólnego z człowieczeństwem o czym przekonała się już wiele razy. Moralność, przyzwoitość, wszelkie wartości upadły i to na rzecz czego? W Stoke-on-Trent nie zjawiła się z ramienia Zakonu. O ile zgadzała się z działaniami tejże organizacji sama do niej nie należała. Harold Longbottom był politykiem. Obawiała się, że koniec końców to jednak nie o pomoc ludziom chodziło, a o zwykłą grę o władzę. Jak zawsze zresztą. Przybyła tu więc ze swojej własnej inicjatywy. List od Thalii wyłącznie utwierdził ją w słuszności tejże decyzji. Czasy były ciężkie, a każda para rąk gotowa pomóc, na wagę złota. Nie miała wiele do zaoferowania, prócz swoich własnych umiejętności. W lecznicy sama ledwo wiązała koniec z końcem. Gdzie by się nie odwrócić sytuacja nie wyglądała za kolorowo, a nic nie zapowiadało jej poprawy. Bezczynność jednak nigdzie ich nie zaprowadzi. Musieli działać, robić cokolwiek, aby polepszyć sytuację tych najbardziej pokrzywdzonych. Po to właśnie tu dziś byli.
Zacisnęła wokół siebie jeszcze mocniej poły płaszcza czując kolejny zimny podmuch wiatru uporczywie zawziętego na kilka kosmyków jej włosów, które wyślizgnęły jej się z upiętego z tyłu głowy koka. Znajomą sylwetkę zobaczyła już z oddali toteż przyspieszyła kroku. Podobnie jak Ollie i ona w swej dłoni dzierżyła różdżkę spodziewając się… no cóż, wszystkiego. Całkowicie oddana sztuce leczenia i nieszczególnie kiedykolwiek w większym stopniu zainteresowana w nauce obrony wiedziała, że w razie potyczki zdziałać mogłaby niewiele. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru stać i się przyglądać. - Ciebie również. - Odpowiedziała mu ciepłym, choć lekkim uśmiechem. Ledwo co dosięgającym jej oczu. Była skoncentrowana, ale Ollie nie był jedną osobą odczuwającą niepokój. Skupienie się na zadaniu było więc teraz najważniejsze. Musiała wyłączyć się na inne bodźce, zacisnąć zęby, przestać zaprzątać sobie myśli rzeczami, które teraz nie pomogą ani jej, ani innym. Pracowała już w trudnych warunkach. Z czasem mogło być faktycznie łatwiej separować emocje, uciszać je, ale nie wierzyła, iż było to regułą. Przywitała się z nowo przybyłą, nieznaną jej kobietą przedstawiając się i podając jej swą dłoń do uścisku, a słysząc pytanie młodego mężczyzny kiwnęła wyłącznie głową udając się w kierunku wejścia do miasta nie będąc pewną co tam napotkają i ile pracy ich tam czeka.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Yvette Baudelaire
Zawód : Portowy uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 2
UROKI : 0
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f315-doki-darnley-street-142 https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Powrót do góry Go down

Każdy gdzieś tam miał swój początek na tej wojnie. Nie chodziło jedynie o walkę, ale o świadomość jej przyjścia. Jedni zdawali sobie sprawę z tego dużo szybciej od innych. Wyglądali symptomów, mieli wiedzę i potrafili ją poukładać w logiczną całość. Innym takie odnalezienie się w zaistniałeś sytuacji zajmowało miesiące, bo ciągle potrzebowali dowodów, byli rozdarci między tym czego chcieli, a tym jak naprawdę było. Jeszcze inni do dzisiejszego dnia nie potrafili pogodzić się z faktem, że świat, który znali dobiegł już końca. Nie ma odwrotu, a nawet końca nie można było dostrzec. Lucinda odkąd wróciła do Londynu czuła, że coś się dzieje. Dostrzegała znaki, pokrętnie brała udział w pierwszych potyczkach chociaż wtedy nawet nie myślała o tym, że to może nieść ze sobą coś tak potwornego. Widziała kontekst polityczny, czuła, że w tym wszystkim chodzi jedynie o władze, ale dałaby sobie rękę uciąć za to, że jak zwykle skończy się na potyczkach. Byli przecież tylko ludźmi. Każdy z inną wizją rzeczywistości, każdy marzący o tym by tą wizję urealnić. Dochodziło już do starć, dochodziło do zmian władzy, ale nigdy w taki sposób. Nigdy z celową śmiercią na rękach, nigdy z uśmiechem na ustach. To przerażało jak nic innego.
Hensley zapomniała już jak to jest robić coś bezinteresownie. Dla siebie. Od miesięcy była żołnierzem. Zapominała już o tym jak żyła kiedyś. W jej wspomnieniach Lucinda Selwyn to inna osoba, inne życie. Skupiała całą swoją uwagę na tym by działać. Angażowała się we wszystko w czym mogła być pomocna. Zdarzało się, że nie spała mając myśl, że jeśli zaśnie i w tym momencie ktoś będzie jej potrzebował to ona nigdy sobie tego nie wybaczy. Nie była jednak robotem i zdarzały jej się chwile zwątpienia. Padała ze zmęczenia, bezradności, bezsilności, obojętna na wszystko co ją otacza. Trwało to jedynie chwile, ale pokazywało jak człowiek uniesiony na skrzydłach motywacji może opaść na samo dno. Czasem tęskniła za życiem poza Londynem. Tęskniła do normalności, która właśnie się zmienia. W takich momentach gryzła się jednak w język i biła w pierś. Ona miała dach nad głową, chodziła, mówiła, myślała logicznie. Ile ludzi tego nie miało? Ile obozów czarodziejów w ostatnim czasie udało jej się odkryć? Świat upadł, a w kalendarzu nie było daty wskazującej końca tego wszystkiego.
Przybyła na miejsce o wyznaczonej porze. Dobrze było widzieć nowe twarze. To znak, że inni ludzie dostrzegają potrzebę zaangażowania się w konflikt. Zrobienia czegokolwiek dla innych. Minął strach, pojawiła się determinacja. Czarownica przywitała się z przybyłymi i skinęła głową na słowa mężczyzny. Różdżkę trzymała blisko siebie nie chcąc by ktokolwiek wziął ich z zaskoczenia. Nauczona doświadczeniem zabrała ze sobą też najpotrzebniejsze rzeczy. Nie wiedziała jakie doświadczenie mieli obecni w walce, ale podejrzewała, że niewielkie. Po to tu była. Oni mieli cenniejszy fach w ręku. Ratowanie życia. – Chodźmy – zakomunikowała tylko i ruszyła przed siebie mając nadzieje, że tym razem nic ich na drodze nie zaskoczy.


Ekwipunek:
różdżka, antidotum podstawowe (1 porcja, stat. 28), eliksir kociego kroku (1 porcja, stat. 20, 117 oczek), eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 20), eliksir wzmacniający krew.





Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Stoke-on-Trent - Page 8 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539

Powrót do góry Go down

The member 'Lucinda Hensley' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Stoke-on-Trent - Page 8 CdzGjcQ
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Stoke-on-Trent - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Wyjątkowo niepokojąca cisza napotkała ich na miejscu, towarzysząc im z każdym ostrożnym krokiem w głąb centrum miasta. Nigdy nie można było być do końca pewnym, czy owa cisza wynikała z braku zagrożenia, czy z nieświadomego wpadnięcia w pułapkę wroga. Z dwojga złego wolał jednak nie być świadom potencjalnego zagrożenia i żyć złudną nadzieją, że wszystko jest w porządku, dlatego też przyjął nieco pozytywniejszą perspektywę.
- Zdaje się, że jest względnie bezpiecznie. W takim razie powinien na nas czekać tuż za rogiem... - zakomunikował towarzyszkom, mając oczywiście na myśli informatora, który miał ich doprowadzić do większego zbiorowiska ocalonych. Ostrożnym, acz pewnym krokiem starał się prowadzić kobiety przez London Road, a gdy zabudowania zaczęły powoli majaczyć im na horyzoncie, ścisnął różdżkę w pewniejszym chwycie. Zbliżyli się wreszcie do jednej z bocznych ścieżek, będącej łącznikiem między dwoma innymi ulicami, bo to tam mieli spotkać Franka Turnera - jak wynikało z informacji, mugolaka w wieku bliżej czterdziestki, przeciętnego wzrostu i posturze, o pewnym spojrzeniu i nieco łapiących siwiznę krótkich włosach. Tego dnia miał mieć na sobie ciemny kapelusz z doszytą, niewielką, czerwoną wstążką.
Wymienił wymowne spojrzenie z Yvette i Lucindą, dając znak żeby były gotowe, kiedy mieli zagłębić się w boczną alejkę. Ich informator na szczęście znajdował się na miejscu cały i zdrowy, w pierwszym odruchu mierząc w ich kierunku różdżką. Dość szybko ją jednak opuścił, kiedy Ollie wyciągnął z kieszeni płaszcza podobną, niewielką, czerwoną wstążkę.
- Miasto chyba powitało was przychylniej niż nas, co? - mężczyzna wypowiedział słowa dość markotnie. Nie wyglądał na takiego, który był jednak skory do rozważań, zdawał się być raczej zadaniowym typem. A zadanie miał jasne, doprowadzić wsparcie do rannych.
- Nieważne zresztą, chodźcie, szkoda marnować czas. I nie czujcie się za pewnie, zawsze coś się może od-... - przekleństwo miało mu się wymknąć z ust, ale w porę ugryzł się w język. Zwłaszcza jak zauważył, że jest w towarzystwie kobiet. - ...popsuć.
- O jak dużej grupie rannych mówimy? I czy są bezpieczni? - zapytał młodzieniec dość cicho, nie chcąc zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi otoczenia, ale próbując wybadać grunt.
- Bezpieczni na tyle, na ile mogą być. Sami zobaczycie. - mugolak ewidentnie nie był chętny do rozmów, być może był potrzebny gdzieś indziej i chciał mieć to już za sobą. Albo nie traktował młodego uzdrowiciela zbyt poważnie i potrzebował jakiegoś większego autorytetu.
Dotarli wreszcie w okolice jednego ze znajdujących się na obrzeżach domów, w sąsiedztwie którego zdawało się, że nikt nie mieszkał. Cała okolica wydawała się być podejrzanie opustoszała, jakby masowe ludobójstwo przetrzebiło ludność co najmniej o połowę. Frank skinął głową na budynek, który pamiętał lepsze czasy i sam podszedł do drzwi wystukując w nie jakiś prosty rytm. Ollie kątem oka dostrzegł ruch wewnątrz budynku i poruszającą się nieznacznie zasłonę, skutecznie zasłaniającą wnętrze domostwa. Serce zabiło mu nieco mocniej a żołądek chciał się wywrócić do góry nogami, kiedy mieli ostatecznie wejść do jakiegoś podejrzanego budynku za człowiekiem, którego również pierwszy raz widzieli na oczy. A mieli mu zaufać po drobnym geście, jaki uzgodnili uprzednio przy planowaniu działań.
- Pójdę przodem. - zaproponował z lekkim westchnięciem, bo to wydawało mu się najrozsądniejsze i najbardziej odpowiednie. Jako mężczyzna powinien sprawdzić zagrożenie pierwszy, był też mniej doświadczonym uzdrowicielem od Yvette, i zdecydowanie nie dorównywał w walce Lucy - a przynajmniej tak wywnioskował z rekomendacji. Przygotował różdżkę w pogotowiu i jako pierwszy przekroczył próg mieszkania, a nieprzyjemny zapach potu, krwi i brudu szybko znalazł drogę do jego nozdrzy. Powoli przekroczył próg za mężczyzną, rozglądając się uważnie po pomieszczeniach w poszukiwaniu czegoś niepokojącego, ale zauważył tylko grupę rannych, przerażonych i zmęczonych osób w różnymi wieku.
- Ani kroku dalej! Co pan wyprawia, mogą być niebezpieczni! - odezwał się młody głos należący do dość niskiego nastolatka o przydługawych, ciemnych włosach. Chłopiec wyłonił się z wyższego piętra mierząc swoją różdżką w kierunku Olliego, wyraźnie gotowy do ewentualnego rzucenia jakiegoś zaklęcia, prawdopodobnie pierwszego jakie przyszłoby mu teraz do głowy.
- Paul, odłóż to i się nie wygłupiaj. - Frank zdawał się nie traktować poważnie zachowania nastolatka, prawdopodobnie nie było to dla niego nic nowego.
Z innej perspektywy jednak patrzył na to Marlowe, któremu to zupełnie nie uśmiechało się być ofiarą ataku jakiegoś dziecka, zwłaszcza w sytuacji kiedy to oni byli osobami, które miały nieść pomoc innym. Nie mógł jednak założyć, że nastolatek nie postanowi instynktownie pozbyć się potencjalnego zagrożenia - na wojnie nie można było się wahać i jego podejście było jak najbardziej sensowne.
- Spokojnie, jesteśmy uzdrowicielami, przyszliśmy wam pomóc. - zaczął się spokojnie tłumaczyć, unosząc powoli ręce w geście poddania. Nie zamierzał prowokować żadnych walk, liczył jednak że ten mały gest da nieco młodziakowi, ale może też pozostałym wątpiącym do myślenia.
Ollie Marlowe
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ELIKSIRY : 6
LECZENIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Powrót do góry Go down

Miasto przypominało ruinę. Nic dziwnego, że nikt ich nie zaatakował, przecież nikogo już tu nie było, nikt im nie zagrażał. Oprawcy zrobili już to co mieli zrobić, a mieszkańcom nie dali wyboru. Nakazali im dostosować się do nowej rzeczywistości. Wszyscy wiedzieli jak będzie wyglądać ta rzeczywistość. Zakon starał się zabezpieczać wiele frontów. Myślał o ludziach i ich losie. Nie byli jednak w stanie dla wszystkich zrobić wszystkiego nawet jeśli bardzo tego pragnęli. W końcu tam gdzie była wojna była też krew i na to nie istniało żadne rozwiązanie.
Blondynka ruszyła szybkim krokiem za uzdrowicielem. Wciąż była skupiona, wypatrywała nadchodzącego niebezpieczeństwa, ale nic się nie działo. Lucinda była dziś jedynie dodatkiem. Nie znała się na magii leczniczej, nie ratowała ludzkich żyć. Wiedziała jednak jak ważna jest to umiejętność w dzisiejszych czasach. Uzdrowiciele stanowili o ich przyszłości, mieli moc przewracania martwych z grobu. Niejednokrotnie widziała już jak ktoś kto niemal wykrwawił się podczas walki już następnego dnia stanął na nogi. To nie był cud, to była wiedza i lata praktykowania. Blondynka potrafiła to docenić.
Kiedy dotarli w umówione miejsce, Lucinda utkwiła spojrzenie w mężczyźnie, który miał ich zaprowadzić do osób, które przeżyły tę masakrę. Nic nie mówiła, ale obserwowała. Skupiła spojrzenie na jego trzęsących się dłoniach, na rozmazanej krwi na policzku, która prawdopodobnie nie należała do niego. Spoglądała na człowieka, który właśnie przeżył tragedię i wiedziała, że wszyscy tak wyglądamy nawet jeśli nie jest to coś co można dostrzec gołym okiem.
Mężczyzna zaprowadził ich na miejsce. Coraz częściej miała możliwość obserwowania rebeliantów, uciekinierów i niedobitków. Widziała jak potrafią się przegrupować, jak szybko znajdują sposób na odnalezienie się w danej sytuacji, dbają o bezpieczeństwo. Była pełna podziwu. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej miała żal do ludzi, że nie chcą się angażować. Wybierając bierność wybierali wroga. Teraz rozumiała, że to wszystko jest związane z doświadczeniem. Ten, który nie doświadczy tragedii nie będzie wiedział o co walczy. Każdy musi znaleźć własną motywację.
Weszli do środka i zanim Lucinda zdążyła się przyjrzeć ludziom znajdującym się w pomieszczeniu jeden z młodzieńców wyciągnął w ich stronę różdżkę. Bardzo szybko jego zapał został ostudzony, ale to wystarczyło by Lucinda uśmiechnęła się szeroko. Kiedy Marlowe zaczął tłumaczyć po co właściwie się tu zjawili, czarownica podeszła do młodzieńca i położyła mu rękę na ramieniu. – Bardzo dobrze – zaczęła chwaląc postawę chłopaka. – Następnym razem różdżkę podnieś trochę wyżej. Pamiętaj, że większość może być od ciebie wyższa – dodała, a kiedy chłopiec zmierzył ją wzrokiem przewróciła oczami. – Większość. Ja do tej większości nie należę. – dodała i rozejrzała się po otoczeniu.
Samo miejsce nie wyglądało bezpiecznie. Wiedziała już też, że oprócz tajnego kodu wystukiwanego na drzwiach nie mieli żadnych zabezpieczeń. Mogła i chciała to zmienić. – Nałożę na to miejsce kilka zabezpieczeń, pułapek. Będziecie czuć się bezpieczniejsi. – dodała spoglądając na mężczyznę, który ich tu przyprowadził. Dostając zgodę czarownica sięgnęła po różdżkę.
Nakładanie zabezpieczeń wymagało czasu i skupienia. Jeżeli miały odpowiednio działać powinny być nałożone z należytą starannością. Postanowiła zacząć od czegoś co mogłoby ich zaalarmować, gdyby działo się coś złego. - Cave Inimicum – wypowiedziała wykorzystując odpowiedni ruch różdżki. Potrzebowała na to jakichś piętnastu minut. Tyle powinno wystarczyć by zabezpieczenie nabrało mocy. Nie odzywała się już więcej. Robiła swoje.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Stoke-on-Trent - Page 8 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539

Powrót do góry Go down

To nie była pierwsza i na pewno nie ostatnia wojna, która miała skąpać te ziemie krwią. Od pokoleń ludzie wyniszczali się nawzajem i to po co? Jakiś cel zawsze im przyświecał, ale czy w ostatecznym rozrachunku był warty poniesionej ceny? Życia ludzkiego nie dało się tak po prostu przełożyć na cokolwiek innego. Nawet ideały. Świat rządził się jednak swoimi prawami, ludzie zaś bezprawiem. Mogli walczyć i będą walczyć, na Merlina, nawet i ona jeśli będzie trzeba, choć na pewno nie będzie to długa potyczka, wciąż jednak historia zatoczy koło, a po zakończeniu wojny, rozpęta się następna. Taki już był ich gatunek - destruktywny, ale nie tylko. To właśnie w najmroczniejszych czasach dobroć i empatią są najbardziej widoczne, zupełnie jak płomień w czarnym bezkresie, który można zauważyć nawet z daleka. Ludzie mieli swoje wady, popełniali błędy, podejmowali decyzje, za które musieli płacić inni, ale nie brakowało i tych, którzy utraconą wiarę w ludzkość przywracali. Wielu wciąż miało nadzieję, wolę walki, na jak długo jednak? Co się stanie gdy jej zabraknie, a o to nie trudno, gdy przyjmuje się cios po ciosie.
Ruszyli w głąb miasta. W zmartwieniu zmarszczyła czoło rozglądając się po okolicy, jeszcze mocniej niż dotychczas zaciskając uchwyt na trzymanej różdżce. W podobny sposób poruszała się po Londynie. Może i była czystokrwistą czarownicą z zarejestrowaną różdżką, ale zostanie przypadkową ofiarą wciąż było opcją. Nie mówiąc już o tym, że gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym co robi, o tym co robiła podczas ucieczki mugoli ze stolicy, to kto wie jakby skończyła. Może jak Pichard nabity na maszt? Pamięta ten widok. Była tam wtedy. Widziała wszystko. Nie było to pierwsze i nie ostatnie ciało porzucone na ulicach, ale jego pamięta bardzo dobrze. Miał być w końcu przykładem, ostrzeżeniem, nauczką. Cóż, nigdy nie była szczególnie usłuchliwa i choć widok ten faktycznie potraktowała jak ostrzeżenie, tak wciąż robiła swoje. Tylko ostrożniej...
Miasto było ruiną i choć tego się właśnie spodziewała tak atmosfera całkowicie ją przytłoczyła. Wizja tego co tu się musiało dziać łamała jej serce. W końcu dotarli na miejsce, a dłoń zadrżała na widok różdżki wymierzonej w ich stronę. Jak szybko została uniesiona jednak, tak szybko opadła ukazując jej ewidentnie zmęczonego właściciela. Współczuła mu. Im wszystkim. Dobrze pamięta to co działo się w Londynie, w Porcie. Razem z Ollim i Lucindą ruszyli za mężczyzną.  Nie zdawała pytań. Ollie zrobił to za nią. Zresztą, mężczyzna nie wydawał się być zbyt rozmowny, a sytuację będzie im i tak najlepiej ocenić samym. Frank poprowadził ich na miejsce gdzie mieli znajdować się poszkodowani. Zmartwiona spojrzała na Olliego. Nie podobało jej się to wszystko. Weszli do środka, a jej oczy napotkały znajome jej sceny. Rozglądnęła się po zaniepokojonych twarzach rachując jak wiele pracy ich czeka. - Zajmiemy się najpierw tymi najbardziej poszkodowanymi. - Nie byli w żaden sposób posortowani, więc to ona z Ollim musieli przejść się pomiędzy rannymi, aby dokładnie ocenić sytuację. Ruszyła do przodu wymijając mężczyzn oraz zerkając w kierunku Lucindy, która zaczęła się zabezpieczaniem tego miejsca. Dobrze. Niewiadomym było co może ich czekać, a do pracy potrzebowali się skupić.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Yvette Baudelaire
Zawód : Portowy uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 2
UROKI : 0
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 28
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f315-doki-darnley-street-142 https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Powrót do góry Go down

Strona 8 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Stoke-on-Trent

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach